Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
184 osoby interesują się tą książką
Kira Locke potrafi znaleźć idealnego partnera niemal każdemu. Prowadzi luksusową agencję matrymonialną, ufa danym bardziej niż pierwszym iskrom i doskonale wie, że ludzie najczęściej zakochują się nie w człowieku, lecz we własnym wyobrażeniu o nim.
Nick Coles zna ten problem aż za dobrze. Miliony słuchaczy kochają jego piosenki, media śledzą każdy jego krok, a kobiety widzą w nim dokładnie tego mężczyznę, którego stworzył na potrzeby sceny. On sam nie zamierza już nikogo wpuszczać za kulisy.
Gdy trafia do agencji Kiry, powinien dać szansę starannie wybranym kandydatkom. Zamiast tego wystawia jej cierpliwość na próbę, sabotuje kolejne randki i z niepokojącą łatwością przebija się przez jej profesjonalny pancerz.
Kira ma znaleźć mu właściwą kobietę.
Nick zamierza udowodnić jej, że już ją znalazł.
„Nie do Pary” to pełen ironii i podskórnego napięcia romans o matchmakerce, która nie ufa przypadkom, oraz muzyku, który po raz pierwszy nie chce grać narzuconej mu roli.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 239
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aylin Red
2026
Nie do Pary
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
O autorce
Title Page
Cover
Table of Contents
Seria Pogmatwane Serca
The Wrong Match
Aylin Red
W Locke & Key Matchmaking pachniało świeżymi kwiatami i drogą kawą. Cudze nadzieje były bezwonne, za to wypełniały poczekalnię od rana.
Kira lubiła wchodzić przez szklane drzwi, zanim poniedziałek zdążył czegoś od niej zażądać. Klimatyzacja musnęła jej kark, chłodna i o pół stopnia za ostra. W holu rozmawiano półgłosem, kroki ginęły w miękkim dywanie, a telefon przy recepcji dzwonił na tyle dyskretnie, na ile telefon potrafi. Bukiety przy konsoli wymieniano co trzy dni. Według badań świeże kwiaty poprawiały komfort pierwszej wizyty. Kira po prostu je lubiła, lecz badania brzmiały bardziej profesjonalnie.
— Dzień dobry, Kira — powiedziała Robin zza recepcji.
— Dzień dobry.
Kira minęła marmurową ladę i poprawiła jeden z bukietów. Białe róże, eukaliptus. Elegancko, ale bez przesady. Ludzie płacili jej za miłość; reklamy perfum nie było w pakiecie.
Za matowymi szybami jedna z konsultantek prowadziła już rozmowę z klientem. Mężczyzna po czterdziestce siedział z miną kogoś, kto przyszedł po miłość, ale liczy w duchu na gwarancję i instrukcję obsługi.
W gabinecie czekał chłód szkła i zapach jaśminowej świecy. Za oknem Los Angeles jak zwykle bezczelnie lśniło. Kira odstawiła torebkę, zsunęła płaszcz z ramion. Materiał ześlizgnął się z chłodem podszewki, a ona usiadła, zanim zdążył opaść na oparcie.
Otworzyła laptopa, a poniedziałkowy kalendarz był wypełniony od rana do wieczora.
Kira upiła kawę. Gorzka, jeszcze za gorąca.
Da się przeżyć.
Pierwsza klientka weszła o dziewiątej trzydzieści dwie.
Madison Vale, dwadzieścia dziewięć lat, idealny blond bob i uroda stworzona do drogiego restauracyjnego światła. Dziś wyglądała, jakby zapłaciła czterysta dolarów za fryzurę tylko po to, żeby zaraz potem rozpłakać się w samochodzie.
Kira wskazała jej fotel.
— Kawa, herbata, woda?
— Kawę, błagam — powiedziała Madison. Głos miała cienki.
Robin przyniosła kubek i dyskretnie zniknęła. Madison objęła kawę obiema dłońmi, jakby grzała przy niej palce. Odezwała się dopiero po dłuższej chwili.
— On powiedział, że jestem wspaniała.
Kira oparła się o fotel.
— Oczywiście, że powiedział.
— Skąd pani wie?
— Bo nikt nie mówi „nie chcę z tobą być” bez wcześniejszego rzucenia do kobiety jakimś komplementem. — Kira sięgnęła po tablet. — Standardowy pakiet?
Madison zamrugała.
— Słucham?
— „Nie jestem gotowy”. „Jesteś idealna”. „To nie ty, to ja”.
— Tak — przyznała cicho. — Dokładnie to powiedział.
Kira zanotowała coś i odłożyła tablet.
Madison piła powoli. Kubek lekko drżał w jej dłoniach, stukał o paznokieć.
— Myślałam, że idzie dobrze. Spotykaliśmy się prawie dwa miesiące. Pisał codziennie, zaprosił mnie do znajomych. Znałam imię jego psa.
— Znajomość imienia psa to nie deklaracja wyłączności.
Madison skrzywiła się jak ktoś, kto spodziewał się tej odpowiedzi i nadal nie chciał jej przyjąć.
— Wiem.
Nie wiedziała.
Gdyby wiedziała, nie siedziałaby teraz w tym fotelu po dwóch miesiącach związku, którego istnienie potwierdzała wyłącznie ona.
Kira odłożyła długopis.
— No i co mówiłam?
— Nie dawać za dużo za szybko — powiedziała Madison do kubka.
— Nogi zamknięte, dopóki koleś się nie określi. — Kira skinęła głową. — Żelazna zasada.
Madison wyglądała, jakby żelazna zasada była narzędziem tortur. Nie miała jednak siły protestować.
— Brzmi okropnie, kiedy pani tak mówi.
— Większość przydatnych prawd brzmi okropnie. Dlatego ludzie wolą cytaty na Instagramie.
Madison parsknęła śmiechem, mokrym od łez i trochę żałosnym. Zawsze coś.
Kira przesunęła tablet w bok.
— Nie zrobiłaś nic złego. Po prostu bardziej uwierzyłaś atmosferze między wami niż temu, co naprawdę robił. To da się naprawić.
— Da się?
— Tak. Ale nie z nim.
Madison przygasła.
Kira nie próbowała jej pocieszać. Pocieszenie działało do wieczora; konkretny plan miał szansę przetrwać dłużej.
— On już ci pokazał, kim jest. Jeśli za dwa tygodnie wróci z wiadomością: „dużo myślałem”, nie rezerwuj mu od razu miejsca przy swoim emocjonalnym stoliku.
— A jeśli naprawdę dużo myślał?
— Świetnie. Niech pomyśli jeszcze trochę, najlepiej sam. Może z psem, którego imię tak hojnie ci udostępnił.
Madison uśmiechnęła się szerzej.
Jeszcze nie wierzyła, że wszystko się ułoży, ale chyba właśnie dotarło do niej, że mężczyzna z ładnym profilem i słabym kręgosłupem nie zasługuje na efektowne sceny pod kołami.
Kira rozpisała jej plan.
Zero kontaktu przez trzydzieści dni, żadnych przypadkowych wejść na stories, spotkanie kontrolne za tydzień, aktualizacja profilu po detoksie.
Madison wyszła dwadzieścia osiem minut później. Nadal była blada, lecz trzymała plecy prościej.
Drzwi zamknęły się cicho.
Kira dopiła kawę, która zdążyła wystygnąć co najmniej kwadrans temu, i zerknęła na notatki. Poniedziałek zaliczył pierwszy atak.
Drzwi otworzyły się bez pukania.
Tylko jedna osoba w tej firmie mogła sobie na to pozwolić.
Sam Miller weszła z dwoma kubkami.
Jeden był dla Kiry, a to oznaczało temat. Rude włosy opadały Sam na ramiona, w szarych oczach błyszczało rozbawienie, ale Kira znała ją zbyt długo, żeby nie zauważyć troski.
Podała kubek przez biurko.
— Ojoj. Chyba będzie to trawić przez tydzień?
Kira odebrała kawę. Ciepło kubka przeszło jej w palce.
— Trzy dni, jeśli zastosuje się do zaleceń.
— Czyli tydzień.
Sam opadła na fotel po drugiej stronie biurka. Milczała, stukając paznokciem o kubek.
Raz.
Drugi.
— No i jak weekend?
Kira skupiła wzrok na kalendarzu.
— W porządku.
— Pytam, bo wyglądasz jak ktoś, kto zarwał noc z wilczym romansem.
Kark zapiekł ją zdradziecko, nie do odwołania. Upiła łyk, żeby mieć co robić z twarzą.
— Mam dużo pracy.
— Oczywiście. — Sam upiła łyk. — Jak twój system klasyfikuje samce alfa?
— To co innego.
— Zwłaszcza kiedy przez trzy rozdziały warczą, bo słowo „przepraszam” przerasta ich możliwości — odparła Sam i spokojnie upiła kawę.
Kira posłała jej spojrzenie.
Sam uniosła kubek w geście niewinności, ale uśmiech pozostał.
Mogły sobie pozwolić na ciszę. Kira wróciła do kalendarza, Sam dopijała kawę. Po chwili znów zastukała paznokciem o ceramikę.
Kira podniosła wzrok.
A więc jednak coś było na rzeczy.
— Mam potencjalnego klienta — powiedziała Sam.
— Prywatnie?
— Przyjaciel Erica.
Kira uniosła brew.
Sam rzadko mieszała prywatne znajomości ze sprawami Locke & Key. Rozsądek podpowiadał jej, ile kłopotów zwykle z tego wynika.
— Eric ma przyjaciół wymagających profesjonalnego swatania?
— Eric ma jednego przyjaciela, który zbyt długo jest singlem i zaczyna męczyć otoczenie.
— Męczyć otoczenie?
— Głównie mojego męża, więc siłą rzeczy również mnie. — Sam wzruszyła ramionami. — Rozumiesz.
— Jaki jest problem?
Sam odstawiła kubek.
— Jest znany.
Kira nie odpowiedziała od razu.
Sławni klienci bywali ostrożni i absurdalni, a ich pieniądze zawsze miały własne wymagania. Prawdziwy kłopot zaczynał się dopiero wtedy, gdy okładkę magazynu mylili ze zwolnieniem z zasad przyzwoitości.
— Jak bardzo?
Sam zawahała się. Odrobinę, ale wystarczająco.
— Nick Coles.
Palce Kiry znieruchomiały nad klawiaturą.
Raz, potem drugi raz powieki opadły, zanim zdążyła to powstrzymać.
To nazwisko coś znaczyło nawet dla ludzi, którzy nie słuchali jego muzyki. Refreny Nicka Colesa sączyły się z radia, reklam i głośników w kawiarniach, zwykle akurat wtedy, gdy ktoś próbował zapomnieć o fatalnym rozstaniu. Od lat był najbardziej rozpoznawalnym problemem przy fortepianie.
— Ten Nick Coles?
— Nie znam innego.
Kira milczała przez chwilę.
— Dlaczego miałby potrzebować mojej agencji?
— Bo ma alergię na oportunistki — powiedziała Sam.
— To nie alergia. To efekt uboczny sławy.
Sam spojrzała na nią ponad kubkiem.
— Właśnie. — Głos Sam złagodniał, choć spojrzenie pozostało czujne. — Chcę, żeby ktoś wreszcie powiedział mu coś, czego nie da się przerobić na piosenkę.
Ciekawość pojawiła się zbyt szybko, żeby zdążyła ją zdusić. Kira od razu uznała ją za bardzo niewygodną.
Oparła się o fotel.
— Jaki jest konkretny problem?
— Umawia się z kobietami, które kochają Nicka Colesa, nie jego. Kiedy to zauważa, znika albo robi coś głupiego. — Sam zawiesiła głos. — Czasem pisze kolejną piosenkę, przez którą Eric chodzi po domu jak wdowiec z teledysku.
— Ma zgodę menedżera?
— Nie wiem.
— Chce tego?
Sam zacisnęła usta i uciekła wzrokiem w bok.
Kira westchnęła.
— To było ważne pytanie.
— On jeszcze nie wie, że chce.
Popatrzyły na siebie.
Za oknem Los Angeles lśniło, jakby problemy sercowe jego mieszkańców były warte dokładnie nic. Kalendarz na biurku Kiry czekał.
Nick Coles: sławny, nie tak długo, jakoś dwa czy trzy lata po rozstaniu z influencerką i najwyraźniej uczulony na oportunistki. Do tego miał przyjaciela, któremu jego życie miłosne działało już na nerwy.
Rozsądek podpowiadał, żeby odrzucić ten przypadek bez namysłu.
Kira odblokowała tablet.
— Dobra. Przyprowadź go.
Sam wstała z uśmiechem, który od razu wzbudził podejrzenia Kiry.
— Nie ciesz się. Jeszcze nic nie powiedziałam — uprzedziła ją Kira.
Drzwi zamknęły się.
Kira jeszcze przez kilka sekund patrzyła na pusty fotel. Potem wpisała w wyszukiwarkę: Nick Coles.
To był research.
W przeciwieństwie do wilczych romansów mieścił się w godzinach pracy.
Nick Coles wybrał restaurację, w której dyskrecja była droższa od deserów.
Boczna ulica, żadnego neonu, żadnej ściany zaprojektowanej pod zdjęcia. W środku ciepłe światło, niski jazz i zapach masła z rozmarynem. Lokal bez wysiłku wyglądał na miejsce, w którym nikt nie pytał o nazwiska.
Właśnie dlatego Nick tu przychodził.
Gospodarz skinął mu głową i poprowadził do stolika w rogu. Nick usiadł, odłożył telefon ekranem do dołu. Skóra obicia była chłodna pod przedramieniem, jeszcze nie nagrzana. Zdążył wypić łyk wody, zanim drzwi otworzyły się ponownie.
Sam weszła pierwsza, w lekkiej czarnej marynarce narzuconej na satynowy top. Długie rude włosy opadały jej na ramiona, a zmęczenie ukrywała pod makijażem lepiej niż połowa sekretów swoich klientek.
Eric szedł za nią, wysoki, blond, w granatowej koszuli i z miną człowieka, który spóźnił się siedem minut i już dawno sobie wybaczył.
Nick uniósł rękę.
Eric uśmiechnął się od razu.
— Stary. Żyjesz.
— Też jestem zaskoczony.
Uścisnęli się krótko, mocno — Eric klepnął go w łopatkę za mocno, jak zawsze. Sam pochyliła się, żeby pocałować Nicka w policzek, cofnęła się o krok i przyjrzała mu się.
— Wyglądasz dobrze.
— Cierpienie twórcze mi służy.
— Nie zaczynaj — powiedziała spokojnie i usiadła.
Nick zamknął usta.
Eric opadł na krzesło naprzeciwko.
— Hayley robiła dziś projekt do szkoły. Układ słoneczny. Mamy brokat na suficie i Urana przyklejonego do psa.
Nick zatrzymał szklankę przy ustach.
— Macie psa?
— Sąsiedzi mają.
Sam zamknęła oczy na sekundę.
Nick pokręcił głową.
— Tęskniłem za wami.
— Wiem — powiedział Eric. — Widać po tym, jak odpisujesz na wiadomości.
Nick przyłożył dłoń do piersi.
— Artyści tak mają.
— Nie — powiedziała Sam.
Krótko. Bez złośliwości. Nick posłusznie się zamknął.
Kelner przyniósł wino, menu i pieczywo z masłem czosnkowym. Eric sięgnął po koszyk, zanim kelner zdążył odejść.
Przez chwilę rozmowa była zwyczajna — Hayley, szkoła, nowa klientka Sam, która chciała wyglądać naturalnie, ale drogo, czyli dokładnie jak ktoś, kto nigdy w życiu nie był naturalny przypadkiem. Nick słuchał, śmiał się, dopytywał. Lekko. Swobodnie. Tu nie musiał pilnować twarzy, więc nie pilnował.
— Jak album? — zapytał Eric, gdy zamówili jedzenie.
Nick odchylił się na krześle.
— Istnieje.
Eric spojrzał na niego.
— Czyli nie masz nic.
Sam oparła łokieć o stół i czekała bez komentarza.
Nick przesunął palcem po nóżce kieliszka, w górę i w dół.
— Mam kilka rzeczy.
— Dobrych?
Pół sekundy zawahania wystarczyło Ericowi. Nick westchnął.
— Jedna jest niezła.
— Czyli smęt — powiedział Eric.
— Nie każdy mój utwór to smęt.
Sam uniosła wzrok.
Nick spojrzał na nią.
— Dobra. Może jest trochę smętny.
— Ostatnie demo sprawiło, że przez dziesięć minut myślałem o przemijaniu — powiedział Eric. — Wynosiłem wtedy śmieci.
— Czyli działa.
Eric parsknął.
Sam nie.
Patrzyła na Nicka przez chwilę, już bez rozbawienia. Cisza przeciągnęła się o sekundę za długo. Odstawił kieliszek, żeby zająć czymś rękę.
— A serio? — zapytała.
Kelner postawił przed nim talerz z krewetkami, czosnkiem i cytryną, a gorąca oliwa wciąż skwierczała przy brzegu. Pachniało dobrze. Nick nabił jedną na widelec.
— Wytwórnia chce album na jesień. Menedżer chce singiel wcześniej. Producent chce, żebym przestał pisać rzeczy, które brzmią, jakbym siedział sam przy fortepianie w pustym domu.
Sam oparła się wygodniej.
— A siedzisz?
Nick spojrzał na nią. Patrzyła spokojnie, bez nacisku i bez żartu. Znała go zbyt długo, żeby potrzebować któregoś z tych narzędzi.
— Czasami.
Eric odchrząknął.
Nick wskazał na niego widelcem.
— Nie.
— Jeszcze nic nie powiedziałem.
— Twoja twarz mówi za dużo.
Eric uniósł ręce i odpuścił.
Sam odłożyła kieliszek.
— Właśnie dlatego chciałam się spotkać.
Nick spojrzał na nią uważniej.
— Myślałem, że przyszliśmy na kolację.
— Przyszliśmy. — Zerknęła na Erica. — I na rozmowę, której unikasz od miesięcy.
Eric zajął się pieczywem z nagłym, przesadnym skupieniem.
Nick oparł się o krzesło.
— Nie unikam niczego.
Sam westchnęła. Krótko.
— Nick.
Jedno słowo wystarczyło, żeby uśmiech trochę mu zszedł.
Kelner przyniósł steki. Eric wyprostował się odruchowo.
— Dobra — powiedział, patrząc na talerz. — Poproszę piosenkę „za chwilę wszamam tego zajebistego steka”.
Sam szturchnęła go łokciem.
— Eric.
— Co? Uprzedzam, że za moment tracę zdolność skupienia.
Nick spojrzał na stek. Gruby, idealnie przypieczony, masło ziołowe topniało na wierzchu.
— Nie będę rywalizował z mięsem.
— Rozsądnie — powiedział Eric.
Restauracja szumiała wokół nich ciepło i dyskretnie. Szkło, głosy, jazz gdzieś pod spodem.
Sam poprawiła Ericowi kołnierzyk, nie przerywając rozmowy. Eric przesunął w jej stronę sól, zanim poprosiła. Nick widział oba gesty — ten drobny, nieświadomy rytm dwóch ludzi, którzy wiedzą, czego ta druga osoba potrzebuje, zanim zdąży się zorientować. Coś go w środku ścisnęło, krótko, i puściło.
Wziął ostatnie krewetki z talerza.
— Co robisz jutro? — zapytała Sam.
Nick podniósł wzrok.
— Hm?
— Jutro. Rano.
— Luźniejszy dzień, chyba. Zależy o której.
Eric zamarł nad stekiem.
Nick zauważył to sekundę za późno.
Sam skinęła głową.
— Dziewiąta. Pod agencją.
Cisza.
Nick odłożył widelec.
— Tą agencją?
— Tak.
— Matrymonialną?
— Tak.
— Nie.
Sam nie próbowała go przekonać. Napiła się wina i czekała.
— Kira jest naprawdę dobra — powiedziała po chwili.
Eric odłożył sztućce.
Nick przeniósł na niego wzrok.
Eric milczał przez moment. Potem wzruszył ramieniem — powoli, jakby ważył to, co chce powiedzieć.
— Spróbować nie zaszkodzi.
Nick patrzył na niego dłużej, niż powinien.
Eric nie miał miny człowieka, który go w coś wrobił. Miał minę kogoś, kto po prostu zna go za długo i przestał udawać, że wszystko jest okej tylko dlatego, że Nick dobrze wygląda na zdjęciach.
— Serio? — zapytał cicho.
— Serio.
Nick przesunął językiem po zębach i odwrócił wzrok.
Sam powiedziała ciszej:
— Nikt cię nie zmusza. Chcę tylko, żebyś z nią porozmawiał.
— O czym?
— O tym, czego właściwie chcesz.
Nick przez chwilę nic nie mówił.
— Brzmi jak drogie pięćdziesiąt minut.
— Może — zgodziła się Sam.
Spojrzał na nią.
Rude włosy spływały na ramię, kolczyk błysnął w ciepłym świetle. Nie przyszła tu wygrać. Siedziała naprzeciwko z tym swoim spokojem, który kosztował ją więcej, niż dawała po sobie poznać.
Sięgnął po kieliszek.
— Przemyślę.
Telefon zawibrował na blacie.
Spojrzał.
Adres. Godzina. Nazwa agencji.
— Mówiłem, że przemyślę, a nie—
— Wiem. Przemyśl po drodze.
Nick przez chwilę patrzył na ekran, potem na Erica.
Eric ukroił kawałek steka i włożył do ust z miną człowieka, który nagle nie ma żadnego związku z tą sytuacją.
Nick odłożył telefon ekranem do dołu.
— Nie obiecuję, że wejdę do środka.
— Dziewiąta, Nick — powiedziała Sam.
Eric zakrył uśmiech serwetką.
Nick napił się wina.
O ósmej pięćdziesiąt pięć Kira miała już otwarty kalendarz, trzy wiadomości oznaczone jako pilne i jedną decyzję, że dzisiejszy dzień nie będzie jej irytował.
Decyzja była świeża, optymistyczna i prawdopodobnie skazana na śmierć przed lunchem.
Siedziała w swoim gabinecie, w jasnej marynarce, z włosami upiętymi luźno — ciemna baza u nasady przechodziła w przygaszony śliwkowo-lawendowy odcień, jedyny element jej wizerunku, który nie udawał, że jest wyłącznie profesjonalny. Tablet leżał równo przy prawej krawędzi biurka. Za oknem Los Angeles rozciągało się w porannym słońcu z tą bezczelną lekkością miasta, które nigdy nie musiało skrobać szyb w samochodzie.
Nick Coles miał przyjść o dziewiątej.
Teoretycznie.
Drzwi otworzyły się bez pukania i Sam wsunęła się do gabinetu z kubkiem w dłoni.
— Mam dla ciebie kawkę.
Na kubku widniało logo kawiarni dwie ulice dalej — tej, która robiła brown sugar latte na owsianym mleku tak dobrze, że Kira raz prawie wybaczyła im literówkę w swoim imieniu.
Prawie.
Wyciągnęła rękę. Uśmiech pojawił się, zanim zdążyła go powstrzymać.
— Jesteś dziś wyjątkowo przydatna.
— Jestem przydatna codziennie.
Kira zdjęła pokrywkę i upiła łyk.
Ciepłe, karmelowe, z kawą dobrze wyważoną pod mlekiem owsianym. Przez sekundę zamknęła oczy.
Kiedy je otworzyła, Sam nadal stała przy biurku i uśmiechała się za niewinnie.
Kira opuściła kubek.
— Nie przekupisz mnie, Sam.
— Nie próbowałam. Poprawiałam nastrój.
— Czyli przekupstwo.
— Raczej motywacja.
Kira zerknęła na zegarek. Ósma pięćdziesiąt osiem.
— Powinien już być w budynku.
Sam upiła łyk własnej kawy i spojrzała na drzwi. Żadnych komentarzy. Żadnych przewróceń oczami. To było gorsze.
O dziewiątej zero siedem Robin poinformowała przez interkom, że pan Coles właśnie dotarł.
Kira zamknęła oczy na jedną sekundę.
Siedem minut.
Nie katastrofa. Informacja.
Sam wyprostowała się na fotelu.
— Bądź miła.
— Jestem profesjonalna.
Drzwi otworzyły się chwilę później.
Nick Coles wszedł tak, jakby nie musiał sprawdzać, czy jest mile widziany.
Czarne dżinsy, biały T-shirt, lekka rozpięta koszula w kolorze spranej oliwki. Nic krzykliwego. Był wyższy, niż sugerowały zdjęcia, i szerszy w ramionach — biały T-shirt leżał na nim tak, jak leży na kimś, kto nie musi się streszczać na siłowni, tylko po prostu tam bywa. Ciemne włosy w kontrolowanym nieładzie, krótki zarost wzdłuż linii szczęki.
Zdjęcia spłaszczały go do ładnej twarzy z okładki; na żywo zajmował przestrzeń inaczej, ciężej, jakby pokój musiał się trochę przesunąć, żeby go pomieścić. Oczy miał brązowe i uważne, z tym spokojem, który mógł być urokiem albo zasłoną dymną.
Kira nie zamierzała rozstrzygać które.
Zarejestrowała tylko, że ciepło, które przeszło jej pod żebrami, było całkowicie nie na miejscu, i odstawiła je tam, gdzie trzymała wszystkie rzeczy nieprzydatne w pracy.
Sam zmierzyła go wzrokiem.
— Spóźniłeś się.
Nick zatrzymał się przy fotelu i rozłożył ręce.
— Miałem przemyśleć, a nie przyjść punktualnie.
Sam westchnęła.
Kira odstawiła kubek.
— Panie Coles.
Przeniósł wzrok z Sam na Kirę i zatrzymał go na niej o ułamek dłużej, niż wymagała grzeczność. Na włosach, potem na twarzy.
Krótko.
Wystarczająco krótko, żeby mógł udawać, że to się nie zdarzyło, i wystarczająco długo, żeby Kira wiedziała, że się zdarzyło.
— Pani Locke.
— Proszę usiąść.
Nick usiadł.
Swobodnie, bez pełnego rozparcia — jedno ramię oparte o podłokietnik, rękaw naprężył się na bicepsie, kiedy przeniósł na nim ciężar. Druga dłoń na kolanie. Gotowy zostać. Równie gotowy wyjść.
— A więc to ty jesteś tą doktor od swatania — powiedział.
Kira uniosła brwi i spojrzała na Sam, która posłała jej uśmieszek znaczący: sama tego chciałaś.
— Sam wspomniała, że chciałby pan skorzystać z naszych usług.
Kącik jego ust drgnął.
— Śmiałe założenie, że chcę tu być.
— Nie musi pan.
Gestem głowy wskazała na drzwi. Nie dodała nic.
Nick patrzył na nią przez sekundę.
Sam wstała.
— Dobrze. Zostawiam was.
— Tak po prostu? — powiedział Nick.
— Tak po prostu. — Podniosła torebkę, zatrzymała się przy drzwiach. — Spróbuj. Porozmawiaj.
Uśmiech na jego twarzy pozostał, ale zrobił się odrobinę cieńszy.
— Dobra — powiedział.
Sam skinęła głową. Potem spojrzała na Kirę, krócej, łagodniej.
— Powodzenia.
Drzwi zamknęły się cicho.
Gabinet zrobił się nagle bardzo cichy i wyraźnie mniejszy. Kira słyszała własny oddech i to było o jeden dźwięk za dużo.
Sięgnęła po tablet.
— Na początek poproszę o wypełnienie krótkiej ankiety i testu osobowościowego. Standardowy etap kwalifikacji.
Podała mu urządzenie przez biurko.
Spojrzał na nią, potem na tablet, wziął go. Ich palce się nie dotknęły — pilnował tego, albo ona, trudno powiedzieć. Jego dłonie były długie, z krótkimi paznokciami i delikatnym odciskiem przy opuszku kciuka. Ślad po strunie albo klawiszu. Kira wróciła wzrokiem do notesu, zanim dłonie zdążyły jej powiedzieć coś więcej.
Nick zaczął odpowiadać.
Za szybko.
— Panie Coles.
— Nick — rzucił, nie podnosząc wzroku.
— Nick. Zależy mi na szczerych odpowiedziach, nie na czasie przejścia.
Dopiero wtedy spojrzał na nią znad tabletu.
— Jedno nie wyklucza drugiego.
— W teorii nie.
— W praktyce?
— W praktyce przy pytaniu o długoterminowe cele zaznaczył pan „zobaczymy”.
— To szczere.
Kira wyciągnęła rękę.
Nick oddał tablet bez oporu, ale z uśmiechem, który mówił, że doskonale wie, ile cierpliwości właśnie kosztował.
Zerknęła na ekran.
Kilka odpowiedzi pustych. Dwie zaznaczone sprzecznie. I jedna, przy której zatrzymała się dłużej — przy pytaniu o główny język miłości zaznaczył: steki i cisza.
Uniosła wzrok.
— Naprawdę wierzy pani, że taki teścik coś zmieni? — zapytał.
— Nie zmieni. Uporządkuje dane.
— Romantycznie.
Kira nie podniosła wzroku znad ekranu.
— Dla części klientów uporządkowanie danych bywa pierwszym krokiem do szczerości. — Przewinęła do kolejnej odpowiedzi. — Dla reszty do zrozumienia, że wcale jej nie chcą.
Przez chwilę patrzył na nią bez słowa. Potem uśmiechnął się lekko.
— I co jeszcze? Dobór na podstawie znaku zodiaku?
Kira odłożyła tablet.
Nie odpowiedziała.
— Czyli ten krok pomijamy — powiedziała po chwili.
Nick znieruchomiał. Potem jego uśmiech stał się wyraźniejszy.
— Czyli wierzysz w to.
Kira wróciła wzrokiem do notesu.
— To nie było „nie”. — Oparł się wygodniej.
Kira spojrzała na niego.
— Nick.
Tym razem jego imię wyszło ostrzej, niż planowała.
Nie niegrzecznie. Po prostu konkretnie. Nick to zauważył — coś w ułożeniu twarzy, minimalny ruch, który nie był jeszcze uśmiechem, ale już szedł w tę stronę.
Kira wygładziła palcem krawędź notesu.
— Moja agencja jest znana ze skuteczności. Nie z astrologii.
— Oczywiście. — Oparł się wygodniej. — Mam się spodziewać Notatnika Śmierci?
— Słucham?
— Kira. — Wskazał na nią lekko dłonią, jakby prezentował ją komuś niewidzialnemu.
Patrzyła na niego przez sekundę. Wypuściła powietrze przez nos.
— Jeśli będzie się pan dobrze zachowywał, przemyślę niewpisywanie pana do notesu.
Jego uśmiech tylko się poszerzył.
Kira przesunęła tablet na bok.
— Mój system jest prosty. Najpierw określamy potrzeby, wzorce i granice. Potem zawężamy profil. Kiedy znajdziemy odpowiednie kandydatki, umawiamy spotkania.
— Spotkania są obowiązkowe?
Przeczesał dłonią włosy — szybki, niestaranny ruch, pierwszy niekontrolowany gest od momentu, gdy wszedł. Kira odnotowała go i zaraz pożałowała, że odnotowała.
— Zazwyczaj tak działają spotkania. Trzeba się zjawić. Punktualnie.
Nick opuścił wzrok na swoje dłonie. Kciuk przesunął po krawędzi podłokietnika, raz, krótko.
— A jeśli kandydatka będzie świetna na papierze i kompletnie nie do zniesienia po pięciu minutach?
— Wtedy nie umawiam drugiej randki.
— Nawet jeśli system mówi inaczej?
— System się myli rzadziej niż ludzie.
Nick spojrzał na nią.
— Uważasz, że jest nieomylny?
Kira oparła dłonie na blacie. Spokojnie. Palce przy krawędzi notesu.
— Uważam, że jest skuteczny.
Przez chwilę milczał. Uśmiech trochę mu zszedł — nie zniknął, tylko cofnął się o krok.
— W każdym systemie są luki.
— Tak — zgodziła się. — Zazwyczaj są nimi ludzie.
Sięgnęła po kubek.
Kawa była już letnia, ale nadal słodka. Łyk dał jej dwie sekundy, w których nie musiała na niego patrzeć.
Nick obserwował ją z wyrazem twarzy, którego jeszcze nie umiała skatalogować.
— Czego pan szuka? — zapytała.
Pytanie wyszło bez ozdobników.
Nick spojrzał na nią i przez sekundę wyglądał, jakby miał gotową odpowiedź — tę samą, której pewnie używał od miesięcy w wywiadach i przy kolacjach z menedżerem.
— Nie wiem — powiedział.
Kira zapisała te dwa słowa.
Gdy podniosła wzrok, Nick już znowu się uśmiechał. Lżej. Bezpieczniej. Ale odpowiedź zdążyła zostać w gabinecie, i oboje to wiedzieli.
— To dobry początek — powiedziała.
— Brzmi jak coś, co mówi się klientom, którzy płacą z góry.
— Czasami.
Zaskoczyła go tym. Trochę. Wystarczyło.
Kira odłożyła długopis.
— Skoro nie wie pan, czego szuka, zaczniemy od tego, czego pan na pewno nie chce.
Nick spojrzał na tablet, potem na nią.
— To może potrwać.
— Mam czas do dziesiątej piętnaście.
— Tylko?
— Na początek.
Za drzwiami recepcja działała swoim spokojnym rytmem. Telefon, czyjeś kroki, niski głos Robin. W gabinecie pachniało kawą i czymś czystym, cytrusowym z dyfuzora na półce.
Nick przesunął palcem po krawędzi fotela.
— Osoba, która mówi o związku jak o marce — powiedział.
Kira zapisała.
— Dobrze.
Długopis zatrzymał się na ułamek sekundy, potem ruszył dalej.
Nick patrzył na nią uważnie.
— I jak pierwsze wrażenie, pani doktor?
— Bez tragedii.
Tym razem uśmiech nie wrócił od razu.
Kira zanotowała kolejną rzecz, już bez patrzenia na niego. Nick przechylił głowę.
Jest pan nieznośny, panie Coles.
— Uznam to za komplement.
— Oczywiście.
Zamknęła notes.
— Podeślę wieczorem pierwsze dopasowania. Jutro możemy umówić dalszą rozmowę.
Nick oparł się o fotel. Cisza była krótka — bardzo przyzwoita jak na pierwsze spotkanie.
— Dobrze, pani Locke.
Uśmiechnął się powoli. Nie tym scenicznym uśmiechem, który sprzedawał refreny i bilety na koncerty. Mniejszym. Bardziej niebezpiecznym, bo mniej oczywistym.
Kira wróciła do ekranu.
— Kira.
Powiedziała to, zanim przemyślała, czy powinna.
Nick zauważył.
Oczywiście, że zauważył.
— Dobrze, Kira.
Jej imię w jego ustach nie zrobiło nic szczególnego.
Absolutnie nic.
Kira poprawiła długopis na biurku, chociaż leżał idealnie prosto.
🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸❤️❤️🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸🌸
Kira wróciła do domu trochę po siódmej.
Dom przywitał ją ciszą, chłodnym powietrzem z klimatyzacji i dwoma maine coonami, które wybiegły z salonu z godnością stworzeń przekonanych, że to one opłacają kredyt hipoteczny.
Pierwszy był Mr. Fluffy — biało-rudy, ogromny, puszysty i absolutnie pewien, że jego uroda powinna zwalniać go z odpowiedzialności za wszystkie rzeczy strącone z półek.
Drugi, Mr. Grumpy, miał ciemne futro, spojrzenie starego sędziego i temperament księcia, któremu ktoś podał niewłaściwą temperaturę wody.
Obaj zatrzymali się przed nią. Ocenili. Łaskawie uznali jej powrót za akceptowalny.
Kira zamknęła drzwi biodrem, odstawiła torebkę na konsolę i kucnęła.
— Och, moje aniołki. — Wyciągnęła do nich obie dłonie. — Tęskniliście?
Mr. Fluffy od razu wcisnął głowę pod jej palce, ciężki i ciepły, mrucząc, zanim go w ogóle dotknęła. Mr. Grumpy pozwolił się dotknąć dopiero po trzech sekundach, żeby nikt nie pomyślał, że mu zależy.
— Wiem, wiem. Pańcia pracowała dziś ciężko na wasze smaczki.
Na słowo smaczki obaj nagle stracili dystans do świata. Kira wyjęła z torebki małą paczkę i potrząsnęła nią lekko. Pazurki zastukały po podłodze. Mr. Fluffy zamiauczał tak dramatycznie, jakby przez całe popołudnie karmiono go wyłącznie rozczarowaniem.
— Nie udawaj ofiary. Widziałam rano miskę.
Dała im po kilka kawałków. Mr. Grumpy jadł wolno, z namysłem, jak krytyk kulinarny przy degustacji. Mr. Fluffy połknął wszystko w czasie, który powinien wzbudzić zainteresowanie naukowców.
— Doskonale. Wszyscy przeżyliśmy kolejny dzień.
Kira zdjęła szpilki w korytarzu.
Bose stopy na chłodnym parkiecie — straciła centymetr autorytetu, ale zyskała wolę życia.
Przeszła do kuchni, wyjęła z papierowej torby sushi na wynos i butelkę wody gazowanej. Japońska knajpka trzy ulice dalej robiła łososia tak dobrego, że przez moment można było uwierzyć w sens istnienia.
Przez moment.
Włączyła telewizor bardziej dla dźwięku niż treści. Salon wypełnił się cudzymi głosami, trochę zbyt dramatycznymi skrzypcami i szumem reklamy przerwanej w połowie.
Idealny wieczór.
Sushi, koty, kanapa, zero klientów, zero spóźnionych muzyków, zero mężczyzn, którzy uważali, że zobaczymy jest długoterminowym celem relacyjnym.
Kira usiadła na kanapie, podwinęła nogi i otworzyła pudełko. Wasabi, imbir, sos sojowy — wszystko poukładane spokojnie w małych przegródkach.
Piękny koncept.
Mr. Grumpy wskoczył obok niej i położył się tak, żeby wyglądało to na przypadek. Kira wsunęła palce w jego ciemne futro. Gęste, miękkie, ciepłe. Kot zamruczał cicho, z pretensją, jakby to mruczenie zostało z niego wyciągnięte bez zgody prawnika.
— Tak, wiem. Też cię kocham.
Na ekranie leciał jakiś film romantyczny. Ciepłe światło, mokry chodnik, bohater, który właśnie zorientował się, że jego wielkie ego nie zastąpi osobowości.
Kira wzięła kawałek nigiri.
Bohater stał przed drzwiami bohaterki z bukietem i miną kogoś, kto odkrył skruchę dopiero po konsultacji ze scenarzystą.
— Bla, bla, bla, wybacz mi — wycedziła, zniżając głos. — Nie wiem, jak to się stało. Zmienię się.
Mr. Grumpy poruszył uchem.
— Też uważam, że przesadza.
Bohaterka na ekranie miała łzy w oczach. W takich filmach kobiety zawsze miały łzy w oczach dokładnie wtedy, kiedy powinny mieć wymieniony zamek w drzwiach.
Kira zamoczyła sushi w sosie.
— Raz zdradził, zdradzi znowu — powiedziała.
Za cicho jak na komentarz do filmu.
A jednak nie wyłączyła.
Film leciał dalej.
On mówił, ona płakała, deszcz padał z taką starannością, jakby też miał agenta. Kira sięgnęła po kolejny kawałek, ale przez chwilę trzymała go tylko między pałeczkami.
Thomas lubił sushi.
Oczywiście.
Thomas lubił wszystko, co dobrze wyglądało w eleganckim wnętrzu — sushi, wytrawne wino, minimalistyczne zegarki. Wykształcony, stabilny, z dobrego domu. Pamiętał rocznice, znał wino, miał plan pięcioletni i uśmiech, który dobrze wyglądał na zdjęciach z wakacji. Uprzejmy wobec kelnerów. Nigdy nie podnosił głosu.
Jej własny system wybrałby go bez wahania.
To było w tym wszystkim najbardziej żenujące.
Kira włożyła sushi do ust. Łosoś delikatny, ryż lekko ciepły, sos sojowy słony na języku.
W rzeczywistości Thomas patrzył na jej sukces jak na plamę na własnej koszuli. Na początku tego nie widziała — albo nie chciała. Łatwiej było nazwać to jego stresem, trudnym okresem, napięciem. Mężczyźni bardzo lubili, kiedy ich rozczarowania dostawały eleganckie nazwy.
Potem zaczęły się zdania.
Pracujesz znowu dziś wieczór?
Musisz odbierać przy kolacji?
Czasami mam wrażenie, że w twoim życiu jestem gdzieś po spotkaniu z klientem.
A potem pewnego wieczoru siedział naprzeciwko niej przy kuchennym stole — tym samym, przy którym wybierali zaproszenia ślubne — w szarym swetrze i z miną człowieka, który przyszedł wygłosić coś rozsądnego.
Nie wyglądał jak ktoś, kto zaraz złamie serce. To też było niegrzeczne.
Powiedział, że nie są do pary. Że za bardzo tonie w pracy. Że jest za ambitna i — to dorzucił na końcu, jakby litościwie — za mało kobieca.
Nie powiedział: przeszkadza mi, że idzie ci lepiej.
Nie musiał.
Kira odłożyła pałeczki na pudełko.
Na ekranie bohaterka właśnie otwierała drzwi szerzej. Idiotka.
— Nie rób tego — powiedziała Kira do telewizora.
Bohaterka zrobiła.
Mr. Grumpy przesunął się bliżej i położył ciężki łeb na jej udzie. Kira wsunęła palce w jego futro i trzymała tak, aż mruczenie zaczęło drgać pod jej dłonią.
