W Więzach Księżyca - Aylin Red - ebook + audiobook

W Więzach Księżyca ebook i audiobook

Aylin Red

3,9

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Lune została wychowana przez wilki, ale nigdy nie była jedną z nich. Jako mag wody dorastała w watasze, którą kochała, lecz do której nie mogła w pełni należeć.

Jedno zlecenie miało być jej szansą, by udowodnić, że potrafi więcej niż wszyscy sądzą. Zamiast tego prowadzi ją do Adriana — wilka z ostrym językiem, trudną przeszłością i instynktem ochrony, który potrafi być równie irytujący, co niebezpieczny.

Lune nie szuka więzi. Adrian nie szuka nikogo, kto mógłby wejść mu pod skórę. Księżyc ma jednak własne plany, a zemsta, która od lat kierowała ich życiem, zaczyna pachnieć bardziej pułapką niż odpowiedzią.

Mroczny paranormal romance o wilczej więzi, pragnieniu przynależności, ranach z przeszłości i uczuciu, które nie pyta o zgodę.

 

W Więzach Księżyca jest częścią Wilczych Romansów w serii Istoty Nocy. 

W skład Wilczych Romansów wchodzą: WIlcze Pióro, W Więzach Księżyca i Świt Czarnego Wilka.

Możesz też od razu wkroczyć w główną historię serii.

 

Nigdy Twoja czeka na Ciebie.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
lub macOS

Liczba stron: 312

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 18 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Lektor AI

Oceny
3,9 (10 ocen)
3
4
2
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Asia555555

Nie oderwiesz się od lektury

Nie zaliczylabym tej pozycji do kategorii erorykow. Jednakże całkiem inaczej napisane romantasy. Piękno tu wilkołaków, wampirów i magów.
00
meg1991

Nie oderwiesz się od lektury

wciągajaca,chociaz czasami skomplikowana,ciekawe co będzie dalej
00
MegiJot87

Całkiem niezła

Słaba językowo, myślę że to problem z tłumaczeniem. Ogulnie fajne romantasy.
00

Popularność




W Więzach Księżyca

Aylin Red

2026

W Więzach Księżyca

W Więzach Księżyca

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Epilog

O autorce

Title Page

Cover

Table of Contents

W Więzach Księżyca

The Moonlight Bond

Aylin Red

Czasami zemsta nie jest odpowiedzią, której szukasz.

Rozdział 1

Widziała tylko płatki róż.

Czerwone jak świeżo rozcięta żyła, rozsypane po drewnianej podłodze domu jej dzieciństwa. Przy każdym oddechu metaliczny zapach wgryzał się jej w nozdrza i mieszał z mdlącą słodyczą kwiatów, przez co nawet we śnie żołądek podchodził jej do gardła.

Miała ledwie dziesięć lat. Drobne dłonie przycisnęła do ust tak mocno, że przez skórę poczuła własne zęby. Tłumiła krzyk, który rwał się z gardła i nie miał dokąd ujść. Cienie poruszały się w księżycowym świetle w sposób, który nie miał prawa istnieć, a cisza po odgłosach dobiegających z parteru ciążyła bardziej niż kamień.

Dygotała, kiedy mężczyzna, który ją odnalazł, podniósł ją i wziął na ręce. Jego ciepło przebijało się przez lodowaty koszmar wgryziony w jej kości, przez dreszcze, płacz i zimno, które siedziało głębiej niż pod skórą.

— Ciii — szepnął, biegnąc przez las.

Jej małe ciało podskakiwało przy każdym jego potężnym kroku. Koszula pachniała lasem i czymś dzikim, więc wczepiła się w materiał obiema pięściami.

— Wiem, mała. Wiem.

Łzy wsiąkały w jego koszulę, a gardło paliło ją od szlochu. Za nimi dom malał z każdym krokiem, aż zniknął między drzewami.

Ale czerwone płatki kwitły w jej pamięci wiecznie.

Będą ją nawiedzać już zawsze.

— Aaa!

Lune wyrwała się ze snu z gwałtownym wdechem. Serce tłukło jej o żebra tak mocno, że czuła puls w gardle, a zimny pot przykleił włosy do skroni. Dłonie zaciskały się na pościeli, szukając czegoś konkretnego i znajomego, lecz znajdowały tylko wilgotną, splątaną bawełnę, gorącą od jej ciała.

Przez chwilę siedziała nieruchomo, łapiąc powietrze w urwanych szarpnięciach. Czekała, aż ciemność pokoju wypełni się czymś prawdziwym: kształtem komody, kredensem pod ścianą, srebrnym pasmem księżyca na deskach podłogi.

Tam.

Tylko tam.

Zsunęła nogi z materaca. Chłodna podłoga przyjęła jej bose stopy, a zimno natychmiast weszło w podeszwy i wspięło się po łydkach, aż mięśnie zaprotestowały przeciwko nagłemu kontaktowi.

W lustrze naprzeciwko złapała swoje odbicie: białe włosy przyklejone do szyi, oczy otwarte zbyt szeroko i napiętą wokół nich skórę kogoś, kto dopiero przed chwilą przestał się bać. Za duży t-shirt zsunął się z jednego ramienia.

Żołądek mruknął.

— Czas na śniadanie — mruknęła i ruszyła ku drzwiom.

Na korytarzu mijała ścianę rodzinnych zdjęć. Każde tkwiło w ramce dobranej przez Vivikę z pedantyczną starannością i wisiało tak, by razem tworzyły historię. W salonie piętrzyły się poduszki w ziemistych odcieniach, a świeże polne kwiaty z ogrodu chyliły białe główki ku szybie kuchennego okna.

Kuchnia przyjęła ją falą zapachów kawy, cynamonu i wanilii. Pod ściereczką wciąż czekało ciepłe śniadanie. Vivika siedziała przy drewnianym stole, obejmując parujący kubek obiema dłońmi. Jej blond włosy łapały poranne słońce złotymi nitkami, a szare oczy zmrużyły się łagodnie, kiedy się uśmiechnęła. Ten uśmiech natychmiast rozpromienił całą jej twarz.

— No proszę, no proszę, śpioszek wstał — powiedziała ciepło.

— Siemka. — Lune skierowała się prosto do lodówki.

Jej bose stopy bezszelestnie sunęły po kafelkach. Kiedy zajrzała do środka bez konkretnego zamiaru, zimne powietrze musnęło jej wciąż rozgrzane policzki.

— Podgrzałam naleśniki. — Vivika skinęła głową w stronę blatu. Spod czystej ściereczki wciąż unosiła się para. — Wszystkie twoje.

— Mi dwa razy mówić nie trzeba.

Złocistobrązowy stos czekał równo ułożony, a masło topiło się między warstwami w żółte, lśniące kałuże. Lune głęboko wciągnęła zapach. Wanilia i cynamon uderzyły natychmiast, a ślinka napłynęła jej do ust, zanim zdążyła usiąść. Żołądek burknął głośno i zupełnie bez wstydu.

Przyciągnęła do siebie cały talerz. Pierwszy kęs eksplodował smakiem, idealnie słodkim i tak ciężkim, że przykrył resztkę metalicznego zapachu z tyłu gardła.

— Tata już jadł? — Oboje rodzice wstawali z pierwszym brzaskiem, ponieważ ich wilczy instynkt domagał się wczesnych poranków. Zegar w kuchni ledwie dobijał dziewiątej.

— Tak. — Uśmiech Viviki ani na moment nie przygasł. — Nalać ci kawy?

— Jasne, mamo.

Rozmawiały o drobiazgach, podczas gdy Lune pochłaniała śniadanie: o liście zakupów, plotkach z watahy i planach treningowych.

Vivika mówiła z łagodną czułością kogoś, dla kogo każdy człowiek znajdujący się w zasięgu wzroku był wart uwagi. Śmiała się łatwo i bez wysiłku, a jej śmiech wypełniał kuchnię jak muzyka.

Kiedy ostatni kęs zniknął z talerza, Lune przeciągnęła się. Stawy cicho zatrzeszczały, ramiona się rozluźniły, a koszmar odsunął gdzieś w głąb, przykryty wanilią i ciepłem.

— Dzięki za śniadanie, mamo. Jesteś najlepsza.

— No już, już. — Vivika machnęła ręką z udawaną dezaprobatą, ale jej policzki zaróżowiły się z przyjemności.

Lune wbiegła po schodach, pokonując po dwa stopnie naraz. W pokoju pootwierała szuflady i przebrała się w ciemnoniebieski strój treningowy. Włożyła solidne buty, na których podeszwach zostały ślady poprzednich sesji. Zawiązując sznurówkę, przez chwilę cieszyła się spokojem poranka, bez pytań pozbawionych odpowiedzi i metalicznego zapachu.

Za drzwiami poranne powietrze uderzyło ją w twarz. Było rześkie i przesycone zapachem sosen oraz żywicy, który wciągnęła głęboko do płuc. Słońce przesączało się przez korony drzew, rzucając długie, tańczące cienie na ubity trakt.

— Hej, śpioszku!

Krzyk doleciał z polany. Raven machała do niej spod ściany drzew, przestępując z nogi na nogę w podniszczonych trampkach i różnokolorowych skarpetkach. Słońce rzucało miedziane błyski na rude loki, a piegowatą twarz rozjaśniał uśmiech z lekko krzywymi zębami. Drżała z ekscytacji jak ktoś, kto ma za dużo energii na własne ciało.

Obok Raven stała dobrze znana, szeroka sylwetka.

Żołądek Lune opadł i natychmiast odbił w górę, zanim zdążyła zapanować nad twarzą.

Nathaniel opierał się o pień dębu ze skrzyżowanymi ramionami. Zanim właściwie go zobaczyła, poczuła ten ciężar, który zawsze w sobie nosił. Kilka kosmyków spadało mu na czoło i łapało przefiltrowane słońce. Jego spojrzenie znalazło ją zbyt szybko, a rozbawienie siedziało w nim wcześniej niż cała reszta.

Na ustach zatańczył mu ten wkurzający półuśmiech.

— Zajęło ci to trochę. — Głos niósł się przez poranną ciszę.

Lune ruszyła truchtem w ich stronę, a jej buty zachrzęściły na igliwiu. Im była bliżej, tym więcej dostrzegała szczegółów: palce Raven poplamione farbą po kolejnym zrywie oraz kosmyki Nate’a, które przy każdym oddechu opadały mu na czoło.

— Przepraszam, przepraszam! — Policzki zaczęły jej się rozgrzewać, zanim jeszcze do nich dobiegła. — Zagadałam się z mamą.

Nate jednym leniwym ruchem odepchnął się od drzewa. Rozluźnił barki i wyciągnął rękę, a jego szeroka, ciepła dłoń wylądowała na jej głowie. Ciepło przeszło od skroni w dół szyi, aż do obojczyka, zanim zdążyła się przygotować. Potargał jej białe włosy z kompletnie bezmyślną czułością, jakby było to czymś absolutnie oczywistym.

— Nasza mała nimfa wodna.

Zawsze to robił. Traktował ją jak młodszą siostrę, a nie kobietę z krwi i kości. Ciepło zatrzymało się pod jej obojczykiem, a wzrok Lune na ułamek sekundy za długo spoczął na linii jego szczęki, zanim siłą go oderwała.

Raven podskoczyła w miejscu i klasnęła w dłonie.

— Ooo, robimy poranne przebieżki? Powiedz, że robimy! Ćwiczyłam technikę i chyba już wiem, jak ominąć tę żałosną glebę z zeszłego tygodnia, kiedy próbowałam przeskoczyć powalony pień i—

— Będą przebieżki. — Nate uciął słowotok jednym słowem, z pobłażliwym rozbawieniem.

Oboje odsunęli się o kilka kroków. Powietrze wokół nich zadrżało od nienazwanej energii, którą Lune znała od dziecka. Była to chwila tuż przed przemianą, kiedy ludzki świat znikał, a jego miejsce zajmowało coś dzikszego i prawdziwszego.

Raven zmieniła się pierwsza. Jej drobna sylwetka wydłużyła się przy cichym trzasku kości układających się w nowych miejscach, aż tam, gdzie przed chwilą stała dziewczyna, pojawił się rdzawobrązowy wilk. Futro połyskiwało miedzianymi refleksami, a ogon merdał z tą samą niezahamowaną energią, która chwilę wcześniej rozpierała całe jej ciało.

Przemiana Nate’a była inna.

Wolniejsza.

Mięśnie napinały się i rozlewały pod jego skórą, szukając nowego kształtu. Wszystko odbywało się pewnie i bez wysiłku, jakby ludzka forma była czymś, co nosił dla innych, nie dla siebie. Tam, gdzie przed chwilą stał Nathaniel, pojawił się masywny wilk. Jego niemal czarną sierść przecinały srebrzyste nitki, które łapały światło przy każdym oddechu. Nawet w tej postaci miał w sobie spokojny autorytet, przed którym reszta watahy instynktownie cofała się o krok, choć nie zawsze wiedziała dlaczego.

Rzucili się przed siebie bez ostrzeżenia. Potężne łapy wzbiły kurz, po czym pochłonął ich las.

— No to jedziemy!

Lune sięgnęła po magię, po tę ciągłą, niską wibrację w żyłach. Woda odpowiedziała natychmiast. Zebrała się z porannej rosy i pobliskiego strumienia, chłodna i posłuszna, po czym uformowała pod jej stopami twardą, nośną powierzchnię. Ciecz popchnęła ją do przodu, a śmiech sam wyrwał jej się z gardła i popłynął razem z nią między drzewami.

Dogoniła ich i wskoczyła na szerokie plecy Nate’a. Palce wplotła w gęste, ciepłe futro, którego żar przenikał nawet przez rękawiczki, stały i pewny jak wszystko w nim. Nate jedynie przesunął środek ciężkości. Jego barki dostosowały się do jej ciężaru, po czym pobiegł dalej z tą samą bezwiedną rutyną, co tydzień.

Ich rytuał.

Lune, mag wody wychowana przez wilki, dotrzymywała im kroku dzięki magii zamiast przemiany.

Tu pasowała.

Tutaj, z figlarnymi popiskiwaniami Raven odbijającymi się echem między drzewami i stałą siłą Nate’a pod sobą, wszystko było naturalne.

Pognali głębiej w las ścieżkami wytartymi przez niezliczone wilcze łapy. Korony drzew filtrowały światło, zanurzając ich w zielonkawym półmroku pełnym starych sekretów.

Wkrótce spomiędzy gęstwiny wyłonił się znajomy zarys kryjówki, domu watahy Vossów i wszystkiego, co dla Lune liczyło się najbardziej.

Kryjówka wyrastała z lasu, jakby sama narodziła się z ziemi. Masywne, drewniane konstrukcje stapiały się z sosnami, a ściany z bali zdążyły nabrać ciepłego, miodowego odcienia. Między gałęziami połyskiwały sprytnie ukryte panele słoneczne. Na obrzeżach migotała bariera zaklęcia, niewidoczna dla ludzkich oczu, lecz krystalicznie wyraźna dla wszystkich pozostałych.

Przy bramie Lune zsunęła się z grzbietu Nate’a i miękko wylądowała na ubitym gruncie. Wilki przemieniły się z powrotem. Magia przeszła przez ich ciała niczym fala gorącego powietrza, a skóra zacisnęła się wokół ludzkich kształtów. Po chwili Nathaniel znów stał przed nią jak zawsze, z ciemnymi włosami rozczochranymi po przemianie i jednym kosmykiem opadającym na czoło.

Przeczesał je dłonią. Kosmyk i tak wrócił.

— Poranny patrol za piętnaście minut. — Zatrzymał na niej spojrzenie o ułamek sekundy za długo. Coś mignęło w jego brązowych oczach i zniknęło, zanim zdążyła to uchwycić. Potem ruszył w stronę biura strażników. — Tylko nie pakuj się w żadne kłopoty, jak mnie nie będzie.

— Czy ja kiedykolwiek pakuję się w kłopoty? — odkrzyknęła za nim.

Jego parsknięcie poniosło się po dziedzińcu jako najlepsza możliwa odpowiedź.

Dom wspólny stał w sercu osady. Miał trzy piętra, z komina sączył się dym, a z okien wylewało się złote światło. Raven wbiegła na schody, wciąż z lokami rozczochranymi po przemianie.

— Pani Henley mówiła, że dziś robi muffiny z jagodami. Powiedz, że nie jesteśmy za późno!

Ciężkie dębowe drzwi otworzyły się, wypuszczając falę zapachów kawy, ciasta i tego głębszego, zwierzęcego aromatu wilczej ziemi, ciepłego i nie do podrobienia. Margaret Henley wyszła z kuchni z mąką na fartuchu. Miała sześćdziesiąt pięć lat, a zmarszczki wokół oczu opowiadały o dekadach śmiechu.

— Cześć, dziewczyny!

W głównym pokoju Connor leżał na kanapie z książką, natomiast bliźniaczki Murphy zajęły stół wraz z talerzem muffinów, które najwyraźniej same się tam znalazły. Niedbałe przywitania i machnięcia rąk otulały Lune jak koc.

— Lune, skarbie. — Destiny uniosła wzrok, a w jej piwnych oczach zatańczyła plotkarska nuta. — Twój tata siedzi w biurze od wschodu słońca. Wyglądał na zawalonego alfa-biznesami.

Słowa trafiły dokładnie tam, gdzie zawsze. Coś pod żebrami ścisnęło się krótko, znajomo i bez ostrzeżenia.

Adam nie był jej biologicznym ojcem. Przez dziesięć lat ani razu nie pozwolił jej poczuć różnicy. Wataha miała jednak prawa dziedziczenia, których miłość nie potrafiła przepisać, i Lune nie mogła o tym zapomnieć.

— Dzięki, Destiny. — Wlała w głos tyle lekkości, ile zdołała. — Pójdę powiedzieć mu dzień dobry.

Biuro Adama zajmowało narożny pokój na drugim piętrze, z którego okna wychodziły jednocześnie na plac treningowy i główne wejście. Było to miejsce kogoś, kto zawsze chciał wiedzieć, co działo się na jego terytorium.

Schody cicho trzeszczały pod ciężarem Lune. Zatrzymała się przed znajomymi drzwiami i zapukała dwukrotnie.

— Proszę.

Wsunęła się do środka.

Adam siedział za masywnym biurkiem, a jego włosy w odcieniu soli z pieprzem łapały poranne światło wpadające przez okno. Na blacie leżały rozsypane papiery: porozumienia terytorialne, korespondencja z innymi Alfami i lista zaopatrzenia.

Kiedy ją zobaczył, jego brązowe oczy natychmiast zmiękły. Ten ciepły wyraz przez ostatnie dziesięć lat koił jej koszmary i towarzyszył wszystkim sukcesom. Adam odchylił się na fotelu i przeniósł na nią całą uwagę.

— Dzień dobry, skarbie.

Lune przestąpiła z nogi na nogę. Nagle znów miała dziesięć lat i była niepewnym dzieckiem, które odnalazł tamtej nocy.

— Pomyślałam… Może mogłabym pomóc przy czymś — na przykład przy patrolu? Albo czymkolwiek.

Słowa potoczyły się zbyt szybko, splątane z nadzieją i napięciem ściskającym jej klatkę od środka. Twarz Adama złagodniała, ale Lune wychwyciła to krótkie mignięcie, które zbyt szybko przykrył miłością. Może był to żal. Może frustracja.

Może jedno i drugie.

— Lune… wiesz, że nie możesz. Służba w patrolu to bardzo odpowiedzialne zadanie.

— Właśnie dlatego chciałam pomóc.

— Trenujesz z Niną. — Uśmiechnął się z dumą, pod którą kryło się coś, od czego robiło jej się ciasno w piersi. — Będziesz robić cuda. Magia wody to niesamowita umiejętność.

Nina.

Mag wody, do której Adam dotarł dzięki kontaktom z innymi magami. Dwa razy w tygodniu, zawsze punktualnie. Lune za każdym razem dziękowała i po wyjściu uśmiechała się odpowiednio długo.

— Taa.

Wycofała się z biura i wyszła na szeroki ganek. Deski pod stopami były solidne i znajome, ale w tej chwili także odrobinę duszące. Opadła na bujany fotel i wyciągnęła telefon ruchem, który przez ostatnie miesiące stał się odruchowy.

Dziś w nocy te dwa światy miały się zderzyć.

Interfejs Jaskini wczytał się błyskawicznie. Jej ranga, pięć gwiazdek i absolutne dno hierarchii, ograniczała dostęp do najprostszych zadań. Były to głównie dostawy, wymagające bardziej dyskrecji niż umiejętności. Przewijała listę palcem, szukając czegokolwiek, co pozwoliłoby jej poczuć, że dokłada coś od siebie do większego świata.

Większość watahy nie miała pojęcia.

Wiedziała tylko Raven.

Pozostali pewnie by się martwili albo, co gorsza, próbowali ją zatrzymać nawet przy takich drobiazgach.

Zwłaszcza tata.

Kiedy jednak siedziała tutaj, otoczona ludźmi, których kochała, lecz do których nigdy nie należała w pełni, ten sekret pozostawał jedyną rzeczą w stu procentach jej własną.

Lune wpatrywała się w treść zlecenia.

Jej kciuk zawisł nad przyciskiem.

Rozdział 2

Łowcy szybko uczyli się, że niektóre zlecenia były testami, a inne lekcjami pisanymi krwią.

Kciuk Lune leniwie sunął po ekranie, mijając kolejne zlecenie dostawy — leki na Czarny Rynek, płatność gotówką — kiedy jej wzrok zatrzymał się na czymś innym. Nagłówek świecił bursztynowo zamiast standardowym bladym błękitem.

Podwyższone ryzyko.

Serce przyspieszyło, zanim zdążyła przetworzyć informację.

Cel: pomiot wampira. Ostatnio widziany na zachodnich przedmieściach Stellis. Schwytać żywcem.

Nagroda: 2000 kredytów.

Stuknęła w ogłoszenie, a szczegóły rozlały się po ekranie. Na zdjęciu cel wyglądał na bladego chłopaka, może dwudziestoletniego, choć przy wampirach wiek był fikcją. Czarne włosy opadały mu niedbale na czoło, a srebrne oczy wbijały się w obiektyw z martwym wyrazem kogoś, kto wolałby być dosłownie gdziekolwiek indziej. Był chudy, ubrany w ciemne ciuchy krzyczące zostaw mnie w spokoju. Kadr z monitoringu miał typowe ziarno każdego obrazu, który naprawdę był ważny.

Znany wspólnik — ciągnął się opis.

Pojawiło się drugie zdjęcie: dziewczyna z ostrym czarnym bobem, w którym czerwone pasma łapały światło jak żywe. Była niższa od towarzysza i równie trupio blada, lecz tam, gdzie jego twarz pozostawała kompletnie pusta, jej wykrzywiał grymas. Neonowe akcenty raziły po oczach.

Oboje wyposażeni w standardowe wampirze zdolności. Zachować ostrożność.

Status: pomiot — nie czystokrwisty.

Palec Lune zawisł nad przyciskiem.

Pomioty.

Nie tak potężne jak złotookie elity z Gniazda. Zwykłe żołnierzyki, przemienione bez starożytnych rytuałów. Szybsze i silniejsze od ludzi, zdolne rozszarpać ciało dzięki wyostrzonym zmysłom i regeneracji.

Do pokonania.

Teoretycznie.

Nacisnęła akceptuj.

Zlecenie zasypało telefon danymi: schematami przemieszczania się, znanymi kryjówkami i ulubionymi terenami łowieckimi. Ostatni potwierdzony sygnał wskazywał okolice klubu nocnego Pulse, położonego w samym środku dzielnicy rozrywkowej Stellis.

— No dobra. — Słowa wypadły ciszej, niż planowała.

Pomiot wampira. To nie powinno być aż takie trudne. Wystarczyło wymknąć się wieczorem, zanim Adam cokolwiek zauważy.

Raven będzie ją kryć.

Zawsze to robiła.

Do wieczora cienie wydłużyły się nad kryjówką, zaciągając między budynkami ciemność pachnącą wilgocią i igliwiem. Lune przebrała się w ciemne dżinsy i dopasowaną kurtkę, której materiał przylegał do skóry, nie krępując ruchów. Wysłała Raven ich ustalony kod: noc filmowa w mieście.

Natychmiast dostała entuzjastyczną serię emotek z kciukami w górę. Najlepsza przyjaciółka zmyśli każdą historię, jaką trzeba będzie sprzedać Adamowi.

Droga do Stellis zajęła czterdzieści minut.

Kiedy Lune wjechała na autostradę, miejskie światła stopniowo wypierały leśny mrok. Neon i asfalt zastępowały sosny, miasto zastępowało las, a jeden świat przejmował miejsce drugiego.

Pulse mieścił się w zaadaptowanym magazynie w składniczej części miasta. Z zewnątrz oznaczał go jedynie dyskretny neon i kolejka ciągnąca się za sznurem.

— No pewnie. — Wyłączyła silnik i wpatrzyła się w drzwi klubu.

Bo szukanie wampirów w zatłoczonym klubie było dokładnie tym, jak nie chciała spędzić wieczoru.

Minęła kolejkę, pokazując bramkarzowi identyfikator Łowcy. Muzyka uderzyła w nią od progu. Ciężki bas trząsł żebrami i przy każdym uderzeniu wchodził pod mostek. Migające światła rozcinały przestrzeń na urwane kadry: twarz, ramię, szklankę unoszoną do ust. Pot, perfumy i alkohol mieszały się w powietrzu w jedną gryzącą chmurę. Lune przepchnęła się do baru, lustrując twarze.

Tam.

Siedział na samym końcu, zgarbiony nad szklanką czegoś ciemnego. Czarne włosy opadały mu na czoło, nie do pomylenia nawet w tym chaosie. Miał barki podciągnięte ku uszom, jakby drażniło go samo istnienie. Wyglądał dokładnie tak samo zachwycony życiem jak na monitoringu. Ruszyła w jego stronę.

— Ej, ty.

Odwrócił się powoli. Srebrne oczy znalazły jej spojrzenie z obojętnością kogoś, kto sprawdza etykietę na produkcie, którego i tak nie kupi.

— Da?

Lune nie czekała. Woda śpiewała do niej ze wszystkich stron: z butelek za barem, drinków trzymanych w dłoniach i wilgoci zawieszonej w nagrzanym powietrzu. Chwyciła mocą zawartość jego szklanki i rozprysnęła mu ją prosto w twarz.

— Kurva. — Wytarł oczy wierzchem dłoni. Nuda zniknęła z jego spojrzenia, zastąpiona irytacją. — Serio, kurwa?

— Tak, cokolwiek sobie tam powiedziałeś. — Lune uniosła dłonie, a magia już wiła się jej między palcami.

I wtedy je poczuła.

Inne Istoty Nocy.

Hybrydy. Pomioty.

Czerwone oczy zapalały się w całym klubie jak zapałki odpalane jedna po drugiej. Kumple wampira.

Tłum się rozpadł, kiedy przez przestrzeń przebiegł impuls nadnaturalnej mocy. Ludzie cofnęli się instynktownie, choć nie wiedzieli dlaczego.

Wampir ruszył.

— Ty! — Popędziła za nim przez panikujący tłum.

Wypadli tylnym wyjściem. Zimne powietrze smagnęło Lune po twarzy po gorącu klubu. Ulice zlały się w smugę neonów, pod butami dudnił asfalt, a potem pojawiły się progi opuszczonego budynku.

Rdza i rozkład natychmiast uderzyły ją w nozdrza. Gęsty, stęchły zapach mieszał się z wilgocią i starym betonem.

Pusto.

Ciemno.

Oddech rwał się jej w płucach.

— Głupia suka. — Jego akcent zawinął się wokół słów, nadając im niemal melodyjny ton.

— Odszczekasz to, pijawko.

— Gadatliwa na dodatek.

Lune obróciła się gwałtownie.

Za nią stała dziewczyna ze zdjęcia. Po jej bokach znajdowało się troje kolejnych pomiotów, a ich srebrne oczy łapały każdy skrawek światła wpadającego przez wybite okna i zamieniały go w coś niebezpiecznego. Uśmiech dziewczyny odsłonił zęby i czystą złośliwość.

— Ach, wilczki. Zawsze takie odważne. I takie głupie.

Woda wyskoczyła z dłoni Lune brutalnym łukiem i uderzyła w jednego z pomiotów tak mocno, że cisnęła nim o ścianę. Wilgoć w powietrzu odpowiedziała na jej zew. Krople skleiły się w lodowe ostrza i pomknęły jak sztylety.

Trzy trafiły.

Trzy kolejne chybiły, kiedy wampiry rozmazały się w ruchu zbyt szybkim dla ludzkiego oka.

— Suka. — Dziewczyna wycharczała przekleństwo i rzuciła się na nią z wyciągniętymi szponami.

Lune przetoczyła się pod ciosem i wyciągnęła wodę z pękniętej rury w ścianie. Strumień owinął się wokół kostki dziewczyny, po czym mocno szarpnął. Wampirzyca runęła, lecz tylko na ułamek sekundy. Natychmiast odbiła się z powrotem na nogi z nieludzką gracją, jakby upadek był jedynie przerwą, nie porażką.

Za dużo.

Klatka piersiowa Lune paliła, kiedy obracała się w miejscu, odpierając ataki nadchodzące z trzech stron naraz. Wodne tarcze formowały się, pękały i składały ponownie.

Była dobra.

Szkoliła ją jedna z najlepszych władczyń wody na kontynencie.

Samiec poruszał się z wyrachowaną precyzją, odcinając kolejne drogi ucieczki przy minimalnym nakładzie ruchu. Nie było w nim dzikiej furii siostry, jedynie chłodna efektywność, od której skóra cierpła. Nie atakował od razu. Obserwował każdy jej ruch, szukając wzorca.

— Magowie. — Skrzywił się, śledząc ją srebrnymi oczami. — Nienawidzę ich. Ale ty… — Zmarszczył nos z wyraźnym obrzydzeniem. — Pachniesz jak wilk. Obrzydlistwo.

— Też cię kocham, sojowy chłoptasiu. — Wyrzuciła to z siebie, zanim rozsądek zdążył przypomnieć jej, że prowokowanie morderczego wampira było kiepskim pomysłem.

Zastygł w pół ciosu.

— Sojowy chłoptaś? — Po jego twarzy przemknęło coś bliskiego konsternacji, choć rysy wciąż pozostawały lodowate. — Nienawidzę mleka sojowego.

Dziewczyna, zdecydowanie jego siostra, naprawdę się zaśmiała.

— Nie o to chodzi, idioto.

Przewrócił oczami z miną kogoś, kto przez całe życie słuchał podobnych komentarzy.

Lune nie zmarnowała okazji. Woda wystrzeliła z każdego dostępnego źródła, zebrała się w taran i uderzyła w dwóch pomiotów naraz. Spróchniała ściana pękła pod ich ciężarem, a kurz buchnął gęstą chmurą.

Budynek zatrzeszczał.

Pozostała trójka już zamykała krąg.

Ból eksplodował w nodze Lune.

Pazury przeorały dżins i skórę jednym ruchem, zostawiając trzy równoległe cięcia. Gorąco spłynęło wzdłuż łydki, zanim zdążyła uskoczyć. Zachwiała się, koncentracja pękła, a tarcza zamigotała i zniknęła.

Dłoń samca zacisnęła się wokół jej gardła.

Coś ogromnego wbiło się w niego z boku z taką siłą, że obaj przelecieli przez pomieszczenie i roztrzaskali się o odległą ścianę. Huk odbił się od pustych wnętrz niczym grzmot.

Lune prawie upadła. Zraniona noga ugięła się pod nią i tylko ściana za plecami utrzymała ją w pionie.

— Co do...?! — Dziewczyna odwróciła się wściekle, a jej oczy zapłonęły czerwienią.

Sylwetka, która się podniosła, przejęła całe skąpe światło wpadające przez wybite okna. Mężczyzna był wysoki i miał ciemnoblond włosy, ale to nie wzrost ani ich kolor zatrzymały wzrok Lune.

Każdy jego ruch cechowała oszczędność kogoś, kto nie marnował energii, ponieważ wiedział, że może jej później potrzebować. Miał szczękę pokrytą krótką brodą i zaciśnięte usta.

Lune zamknęła swoje, które otworzyły się bez jej zgody. Brązowe oczy przemknęły po pomiotach, zatrzymały się na chwilę na niej — szybka ocena strat, natychmiastowy wniosek — po czym wróciły do celu.

Dziewczyna rzuciła się na niego z rykiem.

Nie drgnął.

Jego ręka mignęła. Wyciągnął z kurtki worek z krwią i cisnął nim prosto w jej twarz. Plastik pękł z trzaskiem, oblewając ją od ust po tors. Wtedy instynkt pozostałych pomiotów wygrał ze zdrowym rozsądkiem.

Zapach świeżej krwi pociągnął ich ku niej i nie pytał o zdanie.

— Nie mnie, debile! — wrzasnęła.

Nieznajomy pokonał dystans do Lune w trzech krokach. Złapał ją w pasie i podniósł, jakby nic nie ważyła. Przez kurtkę poczuła ciepło jego dłoni oraz twardą płaszczyznę ramienia przy swoich żebrach.

— Aaa — wybiło jej powietrze. — Co jest?! Kim ty właściwie jesteś?!

— Jesteś głośna. — Jego głos był chrapliwy, każde słowo krótkie i pozbawione ozdób.

Niósł ją przez przejście, którego wcześniej nie zauważyła.

— Chyba że wolisz ich towarzystwo.

— Mogę biegać sama! — wyrwało jej się, kiedy każdy jego krok przypominał o zranionej nodze.

— Jesteś ranna.

Stwierdzenie. Nie propozycja.

Wypadli na boczną uliczkę, potem w kolejną, przecinając miasto skrótami, aż odgłosy walki zmieniły się w odległe dudnienie. Zwolnił przy budynku przypominającym opuszczony warsztat samochodowy. W powietrzu wisiał smród oleju silnikowego i rdzy, a stare auta stały w rzędach niczym truchła.

Ostrożnie postawił ją na ziemi, odsunął się i skrzyżował ramiona.

Lune natychmiast cofnęła się o krok. Mimo zmęczenia ciągnącego ją w dół woda zebrała się wokół jej palców.

— Kim jesteś? Wróg czy nie?

Spojrzał na nią.

Naprawdę spojrzał.

W jego surowym wyrazie przemknął cień rozbawienia. Z piersi wyrwał mu się niski, krótki śmiech, niemal skierowany do samego siebie.

— Właśnie cię uratowałem.

— Jasne. — Woda wciąż wiła się wokół jej dłoni. — Co nie zmienia faktu, że jesteś niebezpieczny.

Przez chwilę jej się przyglądał. Jego nos lekko się zmarszczył, jakby wychwycił coś w zapachu, który nie mógł go oszukać.

— Pachniesz magią i wilkiem. Czym jesteś?

Jej zapach wybił go z rytmu bardziej niż pomioty pozostawione za plecami.

Lune obserwowała jego postawę: ciężar rozłożony na lekko rozstawionych nogach, ramiona skrzyżowane, brązowe oczy nieprzerwanie czujne. Nawet kiedy stał nieruchomo, pozostawał gotowy.

— Jesteś wilkołakiem?

Kiwnął raz głową.

Woda spłynęła z jej rąk. Wyprostowała się i skrzywiła, kiedy zraniona noga zaprotestowała tępym gorącem.

— Jestem z watahy Vossów.

— Voss? — Przechylił głowę, jakby dopasowywał informację do wewnętrznego katalogu.

Jego brązowe oczy przesunęły się po jej twarzy, składając ją w całość kawałek po kawałku.

— Znam Adama.

Coś ciepłego rozlało się Lune po piersi i rozmiękczyło jej czujność o jeden milimetr.

— To mój tata.

Jego twarz niewiele zdradzała. Nie była lodowata, tylko zamknięta, jakby przez lata ćwiczył trzymanie wszystkiego, co czuł, za szczelną maską. Skinął głową w stronę ulicy za warsztatem.

— Powinnaś wracać do domu.

Lune przeniosła ciężar z nogi na nogę. Zmęczenie osiadało jej w kościach, a łydka pulsowała.

— Dzięki. Za pomoc.

Wzruszył jednym ramieniem, lekceważąco.

— O mało się nie zabiłaś, dziewczyno.

Skrzyżowała ramiona. Dolna warga wysunęła się w foch, przez który niestety nadal wyglądała młodziej, niż chciała.

— To była moja pierwsza trudna misja i ją zawaliłam.

— Powinnaś się cieszyć, że w ogóle żyjesz.

W jego głosie nie było ani odrobiny współczucia.

Odwrócił się.

— Nie nadajesz się na Łowcę. — Ruszył w stronę tylnego wyjścia. — Idź się podszkolić, szczeniaku.

— Szczeniaku?! — warknęła za jego plecami.

Urwała.

Noga pulsowała. Trzy równoległe cięcia, krew stygnąca w dżinsie i budynek, który omal się na nią nie zawalił.

— Cholera.

Gorzko.

Cicho.

Usiadła na zardzewiałej skrzynce z narzędziami. Rozdarty dżins odsłaniał głębokie, krwawiące ślady pazurów. Trzy równoległe cięcia, wciąż ciepłe i mokre.

Przycisnęła do nich dłonie i wyciągnęła wodę z wilgoci wiszącej w powietrzu warsztatu.

Ciecz rozbłysła bladym błękitem, kiedy zaczęła ostrożnie zszywać tkanki, cierpliwie, milimetr po milimetrze. Leczenie nie było jej mocną stroną. Priorytet miała walka, ale nauczyła się tyle, by radzić sobie z podstawowymi obrażeniami.

Nie mogła wrócić do domu cała we krwi. Adam dostałby szału, a Vivika zorganizowałaby interwencję złożoną z wypieków i troskliwego krążenia wokół stołu.

Dwadzieścia minut później Lune wjechała na podjazd. Cięcia zastąpiła nowa, różowa skóra, wciąż wrażliwa pod palcami, ale zamknięta. Krew starła z dżinsu tak dokładnie, jak zdołała. Zostały jedynie podarte nogawki.

Ślady, które mogła zrzucić na wypadek.

Vivika podniosła wzrok znad książki i odłożyła ją na kanapę.

— Jak tam film z Raven?

— A wiesz. — Lune przywołała na twarz szeroki uśmiech. — Babskie wieczory są najlepsze.

— Jadłaś coś? Odłożyłam ci...

— Pełna jestem. Wzięłyśmy te frytki ze wszystkim w tamtej knajpie przy placu. — Kłamstwo popłynęło zbyt gładko. — Jestem padnięta. Idę spać.

— Śpij dobrze, kochanie.

Lune zamknęła drzwi pokoju i oparła się o nie plecami. Uśmiech natychmiast spłynął jej z twarzy.

Pod mostkiem żarzyło się coś cierpkiego i gorącego. Przycisnęła dłonie do oczu.

Pięć pomiotów prawie ją rozerwało.

Jeden nieznajomy ją uratował.

I miał rację w każdym słowie.

Cholera.

Telefon zawibrował. Raven dopytywała o totalnie prawdziwą noc filmową, okraszając wiadomość emotkami.

Lune odpisała szybkie idealnie, jesteś najlepsza i zamarła.

— Nie zapytałam o imię. — Ponownie przycisnęła dłonie do oczu.

Jutro zapyta o niego Adama. Od niechcenia, jakby była ciekawa starych znajomości watahy.

— Idiotka.

Rozdział 3

Poranne światło sączyło się przez kuchenne okna i zatrzymywało złotą plamą na kubku Viviki. Zapach bekonu smażącego się na patelni mieszał się z kawą, tłusty, ciepły i znajomy, a potem owijał kuchnię czymś, w co można było się wtulić.

Lune dźgała widelcem jajecznicę i co chwilę zerkała ukradkiem na rodziców siedzących po drugiej stronie stołu. Adam czytał coś na tablecie, rozluźniony, a jego palec leniwie przesuwał się po ekranie.

Potrzebowała informacji. Bezpośrednie pytanie uruchomiłoby jednak w Adamie odruch ochronny szybciej niż przemiana podczas pełni.

— Wczoraj, jak wychodziliśmy z Raven z kina… — zaczęła, pilnując, żeby jej ton pozostał lekki i niewinny, jakby nic się nie działo. — Widzieliśmy takiego dziwnego wilkołaka. Naburmuszonego.

Adam parsknął, nie odrywając wzroku od tabletu.

— Musisz doprecyzować. Mamy sporo naburmuszonych facetów.

Słuszna uwaga. Wataha Vossów praktycznie jechała na testosteronie i dramatycznych spojrzeniach w dal.

Lune uśmiechnęła się i zmusiła ciało do swobodnej postawy.

— Znał cię. Wysoki, ciemny blond, broda przystrzyżona na krótko. Intensywne oczy, brązowe.

Palec Adama zatrzymał się w połowie przewijania. Podniósł wzrok i zmarszczył brwi, jakby przeszukiwał w głowie katalog swoich ponurych znajomych. Po chwili wzruszył ramionami.

— Nie jestem pewien. Czemu pytasz?

— Kazał cię pozdrowić. — Kłamstwo wypłynęło gładko. — Tylko zapomniałam, jak ma na imię.

— No jasne, że zapomniałaś. — Twarz Adama zmiękła w znajomej, lekko zrezygnowanej czułości. Robił taką samą minę, kiedy Lune myliła urodziny członków watahy albo zostawiała sprzęt treningowy porozrzucany po całej kryjówce.

Vivika gwałtownie wciągnęła powietrze. Jej widelec zadźwięczał o talerz.

Lune spojrzała na nią. W oczach matki błysnęło rozpoznanie, a zaraz po nim coś boleśnie przypominającego strach.

Nie o siebie.

O Lune.

Vivika wymieniła z Adamem spojrzenie należące do tych, które niosły w sobie dawne rozmowy, decyzje i stare obietnice, od lat trzymane za szczelną maską.

— To mógł być Adrian? — Głos Viviki był ostrożny.

Zbyt ostrożny.

— Gdzie go widziałaś?

Adrian.

Wreszcie imię.

— Czy… czy wszystko było z nim w porządku? — W pytaniu Adama pobrzmiewało napięcie i troska, od której żołądek Lune ściął się w supeł.

Adam rzadko o kogokolwiek się martwił. Był Alfą, spokojnym, opanowanym i nie do ruszenia.

Teraz był poruszony.

W jego pytaniu siedziało coś ciężkiego, czego Lune nie potrafiła jeszcze nazwać. Spróbowała zabrzmieć lekko.

— Był naburmuszony, więc trudno powiedzieć. — Zaśmiała się, licząc, że ten dźwięk przykryje ciekawość narastającą z każdą sekundą. — Wyglądał na… sprawnego.

Samo wymówienie imienia Adriana wywołało coś między rodzicami. Niewypowiedziana historia poruszyła się pod powierzchnią jak prąd, którego Lune nie umiała odczytać, lecz wyraźnie czuła jego obecność.

Dłoń Viviki odnalazła nad stołem dłoń Adama i ścisnęła ją krótko.

W tym geście mieściły się wspólne wspomnienia i skomplikowane uczucia, o których Lune nie miała wiedzieć.

Szybko skończyła jajecznicę, pocałowała oboje w policzki i zniknęła, zanim pytania zdążyły obrócić się w jej stronę.

Chłodne poranne powietrze uderzyło ją w twarz, kiedy ruszyła biegiem leśnymi ścieżkami. Igliwie chrzęściło pod jej butami.

W głowie krążyły dziesiątki scenariuszy. Adrian walczył tak, jakby przemoc była jego pierwszym językiem, a znał jej ojca na tyle dobrze, że samo jego imię zmieniło atmosferę przy śniadaniu. Adam był wyraźnie poruszony. Vivika również, choć szybko ukryła to spojrzenie.

Potrzebowała planu. Strategii treningowej. Sposobu—

— Dobry!

Lune prawie wyskoczyła ze skóry.

Nate pojawił się obok jak znikąd i bez wysiłku dopasował do jej tempa. Pot lśnił mu na skórze szyi i obojczyków, a ciemne włosy miał rozczochrane od biegu. Posłał jej szeroki, beztroski uśmiech.

— Hej. — Przyspieszyła. — Dziś biegam sama.

— Idealnie, ja też. — Jego uśmiech się nie zmienił. — Możemy pobiegać sami… razem.

To tak nie działało.

Mimo to kąciki ust Lune uniosły się wbrew jej woli.

Nate przeszedł w luźną pogawędkę o wpadce Daniela na patrolu, swataniu Raven i polityce watahy. Lune słuchała go urywkami. Resztą uwagi ukradkowo zapisywała w pamięci poranne światło plączące się w jego ciemnych włosach oraz to, jak jego ramię co jakiś czas muskało jej ramię.

Dobiegli nad jezioro.

Tafla odbijała niebo bez jednej zmarszczki, srebrna i błękitna w nieruchomej ciszy. Nate zatrzymał się, wyciągnął ramiona do góry i jednym płynnym ruchem ściągnął koszulkę.

Miał szeroki tors i wyraźnie zaznaczone mięśnie brzucha; pot spływał cienkimi smugami ku linii bioder.

Wzrok Lune utknął na nim o sekundę za długo i nie chciał odejść.

Nate opadł do pozycji do pompek i posłał jej z ziemi spokojny uśmiech kogoś, kto doskonale wiedział, co robi.

— Wskakujesz?

Gorąco zalało jej policzki.

Gapiła się. Tak, zdecydowanie się gapiła.

Siłą odciągnęła wzrok w stronę tafli jeziora. Bezpieczna. Woda była bezpieczna. Woda nie miała mięśni brzucha.

— Wiesz co, ja sobie popatrzę. Muszę…

— No weź. — Nate jednym ruchem poderwał się z ziemi i skrócił dystans.

Jego dłoń zamknęła się wokół dłoni Lune, ciepła i spracowana. Iskra wystrzeliła jej w górę ramienia, zanim zdążyła zaprotestować.

— Potrenujmy razem.

Złapał jej spojrzenie.

Brązowe oczy Nate’a stały się miększe i poważniejsze. Była w nich nuta, której Lune nie potrafiła odczytać, ale też nie umiała zignorować.

Przyciągnął ją bliżej. Jego ciepłe dłonie spoczęły pewnie na jej biodrach, prowadząc ją przez rozciąganie, które wymagało o wiele więcej skupienia, niż miała do dyspozycji.

— Właśnie tak. — Jego głos obniżył się i zabrzmiał aprobująco. — Dobra forma.

Miał na myśli rozciąganie czy—

Dłonie Nate’a przesunęły się z jej bioder na ramiona. Po prostu ją popchnął.

Lune wrzasnęła. Zimna woda zamknęła się nad jej głową, przynosząc ciemność, szok i pęcherzyki powietrza uciekające ku powierzchni. Materiał koszulki przykleił się jej do skóry.

Wypłynęła z włosami przyklejonymi do twarzy.

Śmiech Nate’a niósł się po polanie, głośny, niepohamowany i stanowczo zbyt zadowolony z siebie.

— Ty… — Nie dokończyła.

Woda natychmiast odpowiedziała na jej wściekłość. Wzbiła się w spiralę i runęła Nate’owi na głowę.

Zaskoczenie utrzymało się na jego twarzy może przez dwie sekundy, zanim wybuchnął śmiechem. Oboje stali cali mokrzy i uśmiechali się jak dzieci, podczas gdy poranna mgła snuła się wokół nich.

— Rozejm? — Nate uniósł obie ręce.

Z włosów kapały mu krople na czoło, szczękę i szyję.

— Nigdy. — Lune jednak się uśmiechała.

Adrian i plany treningowe wyparowały. Zostały tylko słońce, śmiech i Nate patrzący na nią w sposób, od którego robiło jej się za ciepło.

Droga powrotna upłynęła im w komfortowej ciszy, przerywanej jedynie śpiewem ptaków. Woda ściekała z ubrań Lune, a każdy krok chlupotał w przemoczonych butach. Nate szedł na tyle blisko, że ich ramiona co jakiś czas się ocierały.

Przypadki, które wypuszczały iskry wzdłuż jej kręgosłupa.

— Myślałaś kiedyś… o randkowaniu?

Pytanie wylądowało między nimi jak kamień rzucony w gładką wodę.

Lune wstrzymała oddech. Puls zaczął dudnić jej w uszach. Wydusiła z siebie śmiech, który nawet jej zabrzmiał krucho.

— Ja? Randkowanie? Bardzo śmieszne.

— Nie żartuję.

— Z kim niby? — prychnęła bardziej obronnie, niż chciała. — Nikt nawet nie odważył się mnie zaprosić.

Słowa zabrzmiały bardziej gorzko, niż zamierzała. Patrzyła przed siebie, na ścieżkę, nie na jego twarz.

— Niemożliwe. — Nate zaśmiał się z autentyczną niewiarą.

Jego głos był ciepły i szczery.

— Jesteś piękna, więc nie rozumiem.

Gorąco uderzyło Lune do twarzy tak gwałtownie, że zakręciło jej się w głowie.

Piękna.

Jedno słowo, a jej mózg próbował sklecić choć jedno zdanie w odpowiedzi i całkowicie zawiódł.

— Serio tak myślisz?

Jego uśmiech złagodniał. W klatce piersiowej zrobiło jej się mniej ciasno.

— Pewnie.

Słowo zawisło między nimi, naładowane czymś, czego żadne nie nazwało. Puls Lune przyspieszył, a dłonie zrobiły się śliskie, choć i tak były mokre.

Zmusiła się, by spojrzeć mu w oczy. Znalazła w nich tyle ciepła, że zebrała się na odwagę.

— Ty też jesteś przystojny. — Jej głos był ledwie głośniejszy od szeptu.

Nieśmiały, przerażający i prawdziwy.

Wyraz twarzy Nate’a się zmienił. Zaskoczenie stopiło się w coś głębszego, jego usta lekko się rozchyliły, a gardło poruszyło, jakby zaraz miał powiedzieć coś, co zmieni wszystko—

— Hej! A wy tu jesteście!

Radosny wrzask Raven roztrzaskał moment jak szkło.

Wyskoczyła ku nim z Danielem u boku. Oboje się śmiali z bezmyślną beztroską ludzi, którzy nie mieli pojęcia, co właśnie przerwali.

Daniel zaczął nawijać o patrolu, a Raven zmrużyła oczy i uważnie im się przyjrzała.

— Przerwaliśmy coś? — Jej spojrzenie skakało między zarumienioną twarzą Lune a napiętymi ramionami Nate’a.

— Nie, ja już wracam. — Słowa posypały się zbyt szybko.

Lune nie czekała na reakcję. Odwróciła się i niemal uciekła w stronę kryjówki, czując ogień pod mostkiem.

Za jej plecami głos Raven przeciął powietrze z wyrzutem:

— Weź się ogarnij, Nate, i w końcu ją zapytaj.

— Próbowałem, ale wy dwoje wparowaliście. — Irytacja naostrzyła każde słowo.

Daniel podrapał się po karku. Raven skrzyżowała ramiona.

— Jesteś chyba jedynym nieśmiałym wilkołakiem w tej watasze.

— Wcale nie jestem. — Zabrzmiało to słabiej, niż Nate planował.

Przejechał dłonią po mokrych włosach. Krople spłynęły mu po nadgarstku i skapnęły na ziemię.

— Po prostu… jak jest obok, to nagle nie wiem, co powiedzieć.

Raven i Daniel jednocześnie wybuchli śmiechem. Głębokim i prawdziwym, zarezerwowanym dla chwil, gdy ktoś zwykle opanowany nagle traci grunt pod nogami.

Nate zmarszczył brwi, ale nie był w stanie długo utrzymać groźnej miny. Musiał wyglądać komicznie: przemoczony, rozbity i żalący się na własne uczucia, jakby omawiali plan bitwy.

— Dobra. — Raven uśmiechnęła się niebezpiecznie, przysunęła bliżej i ściszyła głos. — Ona też cię lubi i uważa, że jesteś cholernie przystojny, więc po prostu działaj.

Słowa uderzyły Nate’a jak piorun. Jego mózg zaciął się, zresetował, a potem znowu stanął.

— Ona… co? Tak powiedziała?

— Może nie dokładnie tak. — Raven machnęła ręką. — Ale babskie gadki nie kłamią. Zaufaj mi.

Daniel klepnął go w ramię i wyszczerzył zęby.

— Serio, stary. Rusz się, zanim ktoś ci ją sprzątnie.

Sama myśl uderzyła Nate’a w żebra jak pięść. Coś w nim warknęło, zanim zdążył to zatrzymać.

Czas to zmienić.

🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤❤️🖤🖤🤍🤍🖤🖤🤍🤍🖤🖤

Lune otworzyła Jaskinię na telefonie.

Status zadania migał na czerwono.

Niepowodzenie.

Zamknęła powiadomienie jednym ruchem, zaciskając szczękę. Porażka piekła tym mocniej, że ktoś widział, jak dała się ograć pomiotom.

Ten wilkołak, naburmuszony i skuteczny, który po prostu się tam pojawił, a potem równie nagle zniknął, wciąż tkwił jej za mostkiem jak zadra, której nie potrafiła wyjąć.

Jeśli pracował jako Łowca, musiał tutaj figurować.

Wróciła do ogłoszenia o nagrodzie. Łowcy musieli używać przynajmniej imion, ponieważ pseudonimy były zakazane, podobno ze względów bezpieczeństwa. Otworzyła listę uczestników i przeskanowała wzrokiem wszystkich Adrianów.

Nic.

Wśród osób, które oficjalnie przyjęły zlecenie, nie było ani jednego Adriana.

Uruchomiła wyszukiwarkę. Samo imię zalało ekran dziesiątkami wyników, zbyt wieloma, żeby przeklikać je bez żadnych dodatkowych danych.

— Beznadzieja — mruknęła, zamykając wyszukiwarkę.

Gdyby była wilkiem, mogłaby przynajmniej spróbować ich sposobu. Pójść po śladzie, wyłapać zapach i podjąć trop od warsztatu, w którym ją zostawił.

Nie miała jednak takiej możliwości.

Woda pozwalała jej naginać ciecz do własnej woli i leczyć obrażenia. W walce sprawdzała się świetnie. W pracy detektywa była kompletnie bezużyteczna.

Na górze ekranu mignęło powiadomienie o nowych komentarzach w wątku pod wczorajszą nagrodą.

Kliknęła. Ciekawość przebiła frustrację.

„Słyszeliście, że podnieśli nagrodę za te dwie pijawki?” — napisał Łowca z trzema gwiazdkami.

„Tak, do 5000 kredytów. Słyszałem, że wczoraj był niezły bajzel.”

Żołądek Lune się skręcił.

Bajzel.

Mówili o jej wtopie. Pewnie rechotali z tego, jak jakaś pięciogwiazdkowa nikt dostała łomot.

Świetnie.