Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jayden Silverstein umiera pod pełnią księżyca.
Budzi się głodny, złotooki i uwięziony w świecie, w którym wampiry istnieją naprawdę, a jego dawne życie przestało do niego należeć. Nie rozumie nowych instynktów. Nie ufa własnemu ciału. I nie wie, czy kobieta, która go ocaliła, jest jego jedyną szansą na przeżycie, czy kolejnym zagrożeniem.
Clare jest chłodna, silna i zbyt dobrze przygotowana na rzeczy, które dla Jaydena brzmią jak koszmar. Trzyma go przy ziemi, gdy głód odbiera mu kontrolę. Uczy go zasad świata, do którego nigdy nie powinien trafić. Patrzy na niego tak, jakby jego twarz była raną, której nie chce dotknąć.
On chce wrócić do dawnego życia.
Ona wie, że to już niemożliwe.
Mroczny paranormal romance o przemianie, krwi, niebezpiecznym przyciąganiu i uczuciu, które może ocalić albo złamać.
Nigdy Twoja stanowi Tom 1 głównej historii z Serii Istoty Nocy. Możesz zacząć swoją przygodę od tej książki albo przeczytać najpierw któryś z Wilczych Romansów: Wilcze Pióro, W Więzach Księzyca czy Świt Czarnego Wilka dla najlepszego doświadczenia.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 607
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aylin Red
2026
Nigdy Twoja
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Title Page
Cover
Table of Contents
Seria Istoty Nocy
Tom 1
Never Yours
Aylin Red
Niektóre potwory się stwarza.
Inne się dziedziczy
Ale najgorszy rodzaj…
to te, które kochasz.
Pełnia wisiała nisko, ciężka jak moneta, zalewając Stellis zimnym, srebrnym światłem. Jayden szedł przez centralny park, wilgotna od rosy trawa tłumiła kroki. Wiatr niósł zapachy z nocnego targu trzy przecznice dalej — cynamon, kardamon, coś ostrzejszego, bardziej metalicznego. Stellis w nocy udawało pocztówkę. Jayden szedł przez nie jak przez dekorację.
– Ach. – Słowo uleciało z jego ust jak oddech, ledwie słyszalne. Księżyc szarpał go od środka — za mostkiem, głębiej niż serce.
Przez krótki moment, kątem oka dostrzegł coś niebieskiego w powietrzu.
Mrugnął i tego już nie było.
Ból rozerwał mu kark. Kły, ostre jak brzytwy, przebiły skórę z chirurgiczną precyzją. Zimny oddech napastnika owiał mu ucho, język trafił w metaliczny smak własnej krwi, a świat przechylił się w mdłą smugę. Pod strachem zaczęło się drżenie — nie ból, coś innego, i natychmiast chciał to cofnąć.
– Do zobaczenia… później. – Głos wyszeptał mu do ucha — miękki, a jednak zimny, jak ręka kogoś, kto już dawno przestał być żywy.
Strach zadrapał go od środka, wspinając się po gardle.
– Nie… – Nogi się pod nim ugięły.
Trawa wystrzeliła mu naprzeciw, źdźbła łaskotały policzek, gdy świadomość migotała jak dogasający płomień. Przez mgłę bólu i utraty krwi zdołał jeszcze uchwycić sylwetkę napastnika – złote włosy łapiące księżycowy blask, jasną skórę, która bardziej go pochłaniała, niż odbijała, i oczy, które patrzyły na niego tak, jakby go rozpoznawały. Jakby robiły to od dawna. Rysy jak jego własne — ale starsze, zimniejsze, jakby ktoś zabrał ten sam materiał i zrobił z niego coś innego.
– Co…? – Słowa zgasły mu na ustach, gdy ciemność go dopadła.
Dźwięk uderzenia rozdarł nocny spokój parku. Ciało napastnika wbiło się w pień starego dębu z siłą łamiącą kości, drzewo jęknęło pod tym ciosem. Kora odpadła płatami, a pień zatrząsł się od korzeni po sam czubek.
Poruszyła się jak woda cofająca się przed kamieniem — bez pośpiechu, bez straty. Ciemne włosy obijały jej policzki, a broń już była w dłoniach, stabilna i gotowa.
Broń znalazła cel bez zawahania, stabilna jak skała, wymierzona prosto w postać, która właśnie odklejała się od zniszczonego pnia.
Napastnik odwrócił się, złote oczy spotkały się z jej spojrzeniem ponad dzielącą ich przestrzenią. Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu pozbawionym ciepła, za to pełnym rozpoznania i czegoś, co mogło być rozbawieniem. Krew plamiła mu wargi – i nie zrobił nawet gestu, by ją otrzeć.
– Musiałaś to być ty… – Jego głos był piękny i straszny jednocześnie.
Przez jej twarz przemknął cień zdziwienia, krótkotrwały jak błysk pioruna, ale wyraźny. Przez moment poczuła dziwne ukłucie w środku, niczym puls.
Uścisk na broni ani drgnął, jednak coś w wyrazie jej oczu pękło – drobna rysa w masce lodowatej profesjonalistki.
Ruszyła w stronę leżącej postaci, nie spuszczając z blondyna ani na sekundę wzroku ani lufy. Z każdym krokiem zbliżała się do młodego mężczyzny krwawiącego na trawę, jego zmienione przemianą rysy pozostawały bezwładne w nieprzytomności.
Słowo wyrwało się z jej gardła jak odłamki szkła, szorstkie od emocji, na które rzadko pozwalała samej sobie.
– Kurwa… przepraszam. – Przeprosiny zawisły w powietrzu. Księżyc patrzył na to ze swojej wysokości i nic nie powiedział.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
– Jayden…– Echo szeptało w ciemności – Jayden…–
Świadomość wróciła nierówno — najpierw dźwięk, potem ból, potem reszta. Oczy Jaydena otworzyły się gwałtownie, źrenice rozszerzyły, próbując ogarnąć obce otoczenie. Miękkie, kremowe ściany, minimum mebli, skórzana kurtka przewieszona przez oparcie krzesła mówiła więcej o praktyczności niż o dekoracjach. To nie była jego sypialnia. Żadne miejsce, które rozpoznawał.
Dłoń odruchowo powędrowała mu do szyi, palce szukały ran, które powinny tam być. Gładka skóra. Ani śladu po kłach, po rozszarpanym karku. A jednak ból pulsował tuż pod powierzchnią — zakończenia nerwowe pamiętały to, czego skóra już nie miała.
– Co… gdzie ja jestem? – Oddech przyspieszył, klatka piersiowa unosiła się i opadała w szalonym rytmie, kiedy adrenalina zalała organizm.
Pod strachem odezwało się coś innego. Nie ból — ciągnienie. Gdzieś pod żebrami, głębiej niż powinno sięgać cokolwiek znajomego. Nie jedzenia pragnął, tylko ciepła pulsującego pod skórą – fantomowego smaku czegoś gęstego, miedziano‑słodkiego, czegoś, co nie powinno wydawać się znajome, a jednak było.
Podniósł się do siadu, ruchy miał szarpane, pełne ledwo trzymanej w ryzach paniki. Drzwi sypialni stały lekko uchylone, wpuszczając wąski pasek światła z innego pomieszczenia. Nogi zaniosły go ku wyjściu jakby stawy miały cudzy rozmiar.
Salon otworzył się przed nim – oszczędny, funkcjonalny, w tym samym minimalnym stylu co sypialnia. W rogu stał niewielki aneks kuchenny, białe róże na stole, za oknami rozciągała się panorama Stellis. Żadnej podpowiedzi, gdzie jest i jak się tu znalazł.
– W końcu się obudziłeś. – Głos przeciął jego myśli jak kubeł lodowatej wody. Jayden odwrócił się gwałtownie w stronę dźwięku, mięśnie napięły mu się od nagłej, nieznanej wcześniej gotowości do ataku. Kobieta siedziała w cieniu przy oknie, ciemne włosy okalały rysy wyrzeźbione z kamienia i cienia. Siedziała bez ruchu, ręce luźne na udach — spokój kogoś, kogo gotowość jest stanem domyślnym.
– Kim jesteś?! – Słowa wyrwały się z niego, dzikie, zachrypnięte. Zanim zdążył pomyśleć, ciało ruszyło. Skoczył w jej stronę, siła eksplodowała w mięśniach z zaskakującą mocą. Świat rozmazał się w ruchu. Ciało wiedziało, co robi, zanim on zdążył pomyśleć.
Usunęła się spod ataku jak woda. Jeden, oszczędny ruch. Jej dłoń złapała go za ramię, przekierowując impet, zanim druga dłoń z pełną premedytacją wbiła się w jego klatkę piersiową. Uderzenie wyrwało go z równowagi, stopy oderwały się od podłogi, a chwilę później ciało runęło na deski z siłą zdolną wybić powietrze z płuc.
– Puść mnie!!! – Głos pękł mu od krzyku.
– Nie. – Poruszyła się z drapieżną gracją, usiadła okrakiem na jego plecach, przygniatając go własnym ciężarem. Palce wplątała w jego włosy, nie brutalnie, ale wystarczająco mocno, by unieruchomić. Jej oddech musnął mu ucho, gdy pochyliła się bliżej. – A jakbyś tak się, kurwa, uspokoił?
– Uspokoił…? – Syczał słowa przez zaciśnięte zęby, każda sylaba ociekała jadem. Furia płynęła w nim jak płynny ogień, a gdzieś z tyłu głowy cichy głos powtarzał, że to nie jest normalne, że to nie on. Tyle że ta racjonalna część zdążyła już utonąć w rozszalałej fali emocji.
– Porwałaś mnie!! – Oskarżenie eksplodowało z jego ust, prawie jak warknięcie. Własny głos go przestraszył – kiedy stał się tak niski? Kiedy jego ciało zaczęło być zdolne do takiej siły jak przed chwilą?
Wcisnęła jego twarz głębiej w drewnianą podłogę, uchwyt ani na moment nie zelżał, mimo jego szarpania. Ten pokaz siły nie miał prawa być możliwy – nie wyglądała na szczególnie dużą, nie przypominała kulturystki ani zawodowej fighterki. A jednak trzymała go przy ziemi tak łatwo, jakby trzymała dziecko.
– Chłopcze, mówiłam, żebyś się uspokoił. Nie porwałam cię. – Jej głos miał w sobie ciężar rozkazu.Westchnęła cicho, a w tym dźwięku zabrzmiało zmęczenie kogoś, kto przerabiał ten numer już wcześniej.
– Przemieniasz się.
Słowa uderzyły go jak fizyczny cios. Głód skręcił mu wnętrzności, domagając się odpowiedzi, których nie miał, i zaspokojenia, którego nie umiał sobie nawet wyobrazić.
– Kim jesteś? – Pytanie wyszło ostrzej, niż planował, najeżone gniewem, który ledwo mieścił się w jego ciele. Nic w tej sytuacji nie miało sensu. – O czym ty, kurwa, mówisz?
– Jestem Clare. – Jej uścisk nieco zelżał, ale wciąż była gotowa przycisnąć go z powrotem.. Imię nic mu nie mówiło, nie niosło za sobą żadnych skojarzeń. A jednak w jej obecności było coś niebezpiecznie znajomego, jak echo snu, który prawie pamiętał.
Zmrużył oczy, patrząc na nią jak na zagadkę, której nikt nie tłumaczy. W jej rysach widział przemoc i sekrety, życie przeżyte w cieniu. Jej spojrzenie nie uciekło od jego, chłodne, oceniające.
– Jayden. – Imię zabrzmiało pewniej, niż się czuł – mała kotwica tożsamości wrzucona w sam środek chaosu. Głód zabił mocniej, jakby chciał mu przypomnieć, że nie do końca.
Clare wbiła w niego spojrzenie, jak ktoś, kto czyta mapę, szukając punktów orientacyjnych na zupełnie obcym terenie. Na jej czole pojawiła się zmarszczka, a w wyrazie twarzy coś się przesunęło – może rozpoznanie, może coś jak cień niepokoju.
Cisza między nimi nie była pusta.
Jayden odwrócił wzrok pierwszy.
– Rozejm? – Clare podniosła się z podłogi jednym, płynnym ruchem, w którym nie było ani grama zbędnego gestu. Jayden wciąż klęczał na deskach, mięśnie miał napięte jak struna, skóra ciągnęła go we wszystkich kierunkach naraz, jakby przestała należeć do niego. Podniósł się powoli, stawy zaprotestowały przy ruchu, jakby ciało nie nadążało za tym, czym stał się w środku.
Jej zimne oczy lustrowały go z uwagą drapieżnika szacującego potencjalną ofiarę, a on musiał walczyć z odruchem, by nie zwiać albo nie rzucić się znowu.
A jednak stał tu, rozdarty między ucieczką a atakiem.
– Co pamiętasz z wczorajszej nocy? – W jej głosie nie było ani krzty ciepła. Ocena w jej spojrzeniu sprawiła, że skóra zaczęła go swędzieć od środka; ramiona opadły mu lekko, jakby chciał się zasłonić.
Jayden zmarszczył brwi, sięgając pamięcią w coś poszarpanego, obcego. Obrazy zamigotały za powiekami – księżyc na trawie, zapach nocnych kwiatów, cicha samotność rozszarpana przez–
– Ja… – Dłoń powędrowała znowu do karku, palce szukały skóry, która powinna być rozdarta, poszarpana, zbrukana śmiercią.
– Coś uderzyło mnie w kark…? Myślałem, że umrę, ale najwyraźniej… żyję? – Niepewność we własnym głosie przeraziła go bardziej niż cokolwiek innego. Wszystko było nie takie – światło inaczej łapało mu oczy, serce biło jakoś dziwnie… o ile w ogóle biło. Clare westchnęła ciężko, dźwięk był jak stwierdzenie faktu, nie jak pocieszenie.
– Umarłeś. To akurat prawda.
Jayden gwałtownie zaczerpnął powietrza, dźwięk zabrzmiał ostro w cichym pokoju, po czym z głębi klatki piersiowej wydostał się chichot – pusty, ostry, zupełnie nie jego.
– No tak, a to ma być, kurwa, życie po śmierci?
– To by robiło ze mnie kostuchę. – Ani na chwilę nie spuściła z niego oczu, jakby czytała każdy, najmniejszy tik. – Jayden Silverstein. Umarłeś.
Jego nazwisko spłynęło z jej ust z taką swobodą, że aż zesztywniał.
Skąd wiedziała, kim jest?
Myśli rozsypały się jak szkło, każda kolejna ostrzejsza od poprzedniej.
– Jeśli to jest żart, to chujowy.
– Też bym wolała, żeby był. – Westchnęła jeszcze raz, odwracając się w stronę kuchni. Patrzył, jak się porusza – każdy krok przemyślany, każda czynność oszczędna. Z szuflady wyjęła nóż z taką swobodą, jakby sięgała po łyżkę. Ostrze złapało światło, błysnęło jak krótki uśmiech.
– Jesteś wampirem, Jayden. – Bez ceremonii przecięła ostrzem własną dłoń. Krew wypłynęła natychmiast, gęsta, głęboka czerwień. Zapach uderzył go w pierś jak młot.
Głód zawył wewnątrz, budząc się na nowo – drapał go od środka, domagał się.
Nim zdążył pomyśleć, ciało ruszyło. Dystans między nimi zniknął – stał przy salonie, a już był przy niej, ponad jej uniesioną dłonią, każda komórka organizmu wyła o to, co kapało z rany.
– Co… co się dzieje?! – Ręce mu drżały od samego wysiłku, by się nie rzucić, by nie przycisnąć jej dłoni do ust, nie spijać tego, czego pragnęło całe jego nowe ciało.
Rana na jej dłoni zamknęła się na jego oczach. Skóra zrosła się nienaturalnie szybko, zostawiając tylko blady różowy ślad, który też zaczął znikać. Ten pokaz niemożliwego powinien go zszokować, ale głód był głośniejszy.
– Mówiłam przecież. – Jej głos pozostał równy, kliniczny. Starannie wytarła nóż, po czym odłożyła go z powrotem. W jej spojrzeniu nie było strachu, mimo jego drapieżnego szarpnięcia w jej stronę, jakby widziała to już tyle razy, że przestało robić wrażenie.
– Możesz mi nie wierzyć. – Ruszyła w stronę łazienki, tym samym płynnym krokiem, a on podążył za nią, nawet nie rejestrując, że to robi. Stopy same niosły go za nią, podczas gdy głowa wciąż próbowała ogarnąć to, co właśnie się wydarzyło. Głód nie znikł — tylko cofnął się o krok, jak pies na smyczy.
Lustro w łazience odbiło twarz obcego. Kości policzkowe, nos, linia szczęki – wszystko jego.
Ale oczy…
– Co…? Złote?
Pochylił się nad umywalką, wpatrując się w tę parę oczu jarzących się jak stopiony metal. To nie były jego oczy. Jego były…
Jakie były?
Wspomnienie ześlizgiwało się z myśli jak mokry kamień z dłoni.
– Co… co jest?!
Odbicie patrzyło na niego z nieludzką intensywnością, a on nie mógł odwrócić wzroku. Wszystko w tym obrazie było nie tak, a jednocześnie boleśnie prawdziwe. Ta twarz należała do niego, czy tego chciał, czy nie.
– Cały czas ci mówię. Wczoraj zaatakował cię jeden z nich. – Głos Clare doleciał z salonu, spokojny, rzeczowy, jakby mówiła o prognozie pogody. Stał dalej przed lustrem, obserwując, jak jego własne usta poruszają się bezgłośnie, gdy próbował poukładać na nowo świat, który właśnie spłonął.
Świat, w którym wampiry nie istniały.
– Nie ma czegoś takiego jak wampir. – Jayden skrzywił się, słowa drapały mu gardło jak odłamki szkła. Złote oczy w lustrze jakby z niego kpiły, świeciły nienaturalnym blaskiem, który bardziej pasował do koszmaru niż do rzeczywistości.
– Dlaczego kłamiesz?
Odbicie Clare pojawiło się za nim w lustrze, twarz jak wykuta z kamienia. Żadnego współczucia, żadnej ulgi w uderzeniu prawdy.
– Wiesz, że nie kłamię.
Te słowa trafiły dokładnie tam, gdzie nie chciał ich poczuć. Klatka ścisnęła mu się bez ostrzeżenia. Głód, który go pochłaniał na widok jej krwi, niemożliwa szybkość, własna twarz obca we własnych oczach.
– To nie… to nie może być prawda! – Głos złamał mu się na ostatnim słowie, emocje wystrzeliły w górę. – Co to w ogóle jest wampir?! – Łzy zamgliły mu obraz, gorące, upokarzające. Miał dwadzieścia lat, nie był już dzieciakiem, a jednak stał tu i ryczał w łazience obcej kobiety, patrząc na oczy, które nie należały do człowieka.
– Moja rodzina… Muszę wrócić… – Obraz domu – ciepła kuchnia matki, śmiech Laury, gabinet ojca pełen kodeksów – szarpnął nim tak mocno, że aż zabolało. Na pewno go szukali. Na pewno się martwili. Musieli wiedzieć, że żyje.
– Nie. – Głos Clare przeciął jego myśli jak nóż. Ostry. Ostateczny. Bez miejsca na negocjacje. – Nie możesz. Jesteś teraz zbyt niebezpieczny.
Odwrócił się do niej gwałtownie, złote oczy buchnęły oburzeniem, które nie do końca było jego.
– Przez mojego ojca? Wymyślasz te bzdury, bo chcesz pieniędzy? – Ludzie zawsze chcieli czegoś od jego rodziny, od ojca – wpływów, kasy, nazwiska. To było prostsze do przełknięcia niż wampiry i inne nadprzyrodzone bzdury.
– Niesamowite… – syknęła bardziej do siebie, niż do niego. Palce zabębniły jej o ramię, jak u kogoś, komu właśnie kończy się cierpliwość.
Jayden nie był w stanie dłużej ustać w miejscu. Ściany zaczęły się na niego zamykać, powietrze zgęstniało. Potrzebował wyjścia. Czegokolwiek aby uciec od tego szaleństwa. Drzwi wejściowe wzywały jak wybawienie.
Palce zacisnęły się na klamce. Otworzył, zrobił krok do przodu–
– Co?! – Odruchowo cofnął się. Za drzwiami nie było korytarza, windy, niczego, czego się spodziewał. Zamiast tego stał znowu obok Clare, patrząc, jak drzwi domykają się spokojnym kliknięciem. – Co…?
– Portal. – Przewróciła oczami, jakby chodziło o coś tak przyziemnego jak światła na skrzyżowaniu. – Nie mogę pozwolić ci biegać luzem, Jayden.
Wampiry. Portale. Jak popierdolona baśń, w którą ktoś kazał mu uwierzyć pod groźbą śmierci. Jego racjonalny mózg szukał jakiegoś innego wytłumaczenia, czegokolwiek, byle nie magii.
Ale głód…
Gryzł go od środka jak żywe stworzenie, drapał od środka żebra. Spojrzał na Clare, próbując skupić się na jej słowach, ale jedyne, co widział, to smukła linia jej szyi. Nowe zmysły rysowały mu ją z obsceniczną dokładnością – równy puls, cienką warstwę skóry, którą wiedział, że potrafiłby przebić.
– Ja… – Świat zwęził się do jednego punktu.
Jej szyja.
Życie pulsujące tuż pod skórą, wołające do czegoś dzikiego, rozpaczliwego w nim.
Strach mówił: uciekaj.
Instynkt mruczał pod spodem: zostań.
Co jeśli…by podszedł…trochę bliżej…co jeśli by tylko…
Zorientował się, że znowu stoi tuż obok niej. Nie pamiętał, kiedy przeszedł tę odległość. Jej szyja była na wyciągnięcie ręki, głód zaryczał.
– Głodny? – Jej głos polał się po jego myślach jak lód. Poruszyła się jak płynny metal, zsunęła się z jego zasięgu jednym, płynnym ruchem. Nagły brak jej ciepła, jej zapachu, jej pulsu uderzył go jak fizyczne odcięcie.
– Tak… Czuję się, jakbym umierał z głodu. – Słowa smakowały porażką. Ale kłamstwo nie miało sensu, skoro ciało już dawno go zdradziło.
Clare wyciągnęła telefon, kilka szybkich ruchów palców i ustawiła przedni aparat, tak by mógł zobaczyć siebie.
Odbicie Jaydena patrzyło na niego z ekranu. Tym razem oczy nie były złote. Płonęły czystą, krwistą czerwienią, drapieżne. Taki wzrok pasował do bestii, nie do studenta z przedmieść Novaterry.
– Co…? – Dreszcze przeszły mu po plecach, patrzył na potwora w swojej twarzy. Strach wspiął się po kręgosłupie i zwinął lodowatą kulą pod mostkiem. – To… ja? Co się ze mną dzieje…?
– Przecież powtarzam. Jesteś wampirem, Jayden. – Clare opuściła telefon, mówiąc to tonem lekarki podającej diagnozę. – Wczoraj umarłeś. Użyłam krwi tamtego wampira, żeby cię utrzymać przy życiu… i się przemieniłeś. Niespodzianka, bo taka przemiana potrafi człowieka zabić.
Każda sylaba przesuwała granice świata dalej i dalej od tego, co znał.
Jayden Silverstein już nie istniał.
Zostało coś, co patrzyło na jej szyję i wiedziało dokładnie, dlaczego.
Westchnął. Nie chciał jej wierzyć, ale oczy w lustrze i głód w żyłach nie pytały o zgodę. Podszedł i usiadł na jej kanapie, chłodna skóra tapicerki ciągnęła ciepło z jego dłoni.
– Załóżmy… że ci wierzę. – Odwrócił wzrok, nie był w stanie dłużej patrzeć w te brązowe oczy, które zdawały się widzieć przez niego na wskroś. – Czym jestem?
Clare przyglądała mu się uważnie. Jego twarz… wciąż nie mogła tego ogarnąć.
Prawie identyczna.
Te same kości policzkowe, ten sam kąt nosa — materiał identyczny, ale czas zrobił z nim coś innego. Zimniejszego.
Ta sama twarz. Raz martwa na trawie, raz siedząca na jej kanapie.
– Wampirem. – Clare wyrwało się, gdy opadła na krzesło naprzeciwko niego, utrzymując między nimi dystans. Od chłopaka biła energia, która cierpła jej skórę. Wszystkie łowieckie instynkty zadziałały bez pytania.
– Nieśmiertelną istotą. A te twoje złote oczy… znaczą, że jesteś czystokrwistym.
– To znaczy? – Jayden zapytał. Słowa brzmiały jak wyrok śmierci owinięty w ładne opakowanie.
– To znaczy, że jesteś czymś w rodzaju wampirzej elity. Silniejszy, potężniejszy od zwykłych. – Wyjaśnienie zabrzmiało w jej ustach pusto.
– Świetnie, po prostu świetnie. – Jayden zmarszczył brwi, a jego rysy ściemniały. Czuł się, jakby rzeczywistość postanowiła urządzić sobie z niego wyjątkowo złośliwy żart. Wczoraj był studentem martwiącym się egzaminami i oczekiwaniami ojca. Dzisiaj był wampirzą „arystokracją”.
– To znaczy, że jestem też bardziej głodny niż normalne wampiry? Bo ja naprawdę umieram z głodu. – Dłonie zacisnęły mu się w pięści na udach, kostki zbielały od napięcia.
Clare zmarszczyła brwi. Wiedziała, że wampir to problem. Ale wygłodzony wampir był czymś o wiele gorszym. Tracili kontrolę, zamieniali się w bezmyślne drapieżniki pchane tylko jednym – potrzebą żerowania. Nienawidziła wampirów, a jednak… jeden z nich siedział teraz u niej.
Gdyby była lepsza, szybsza, chłopak zostałby człowiekiem.
Podniosła się i ruszyła w jego stronę, każdy krok odmierzała ostrożnie. Wyciągnęła dłoń w jego stronę, wnętrzem do góry.
Spojrzał na nią zdezorientowany, złote oczy śledziły każdy jej ruch z drapieżną uwagą, od której aż ścisnęło jej żołądek.
— Po prostu ugryź i zaufaj instynktowi. — Słowa smakowały jej popiołem. Wszystko w niej krzyczało przeciwko temu.
Przez dłuższą chwilę tylko na nią patrzył, jakby czegoś w niej szukał, czegoś, czego sama nie potrafiła nazwać. W końcu jego palce zacisnęły się na jej nadgarstku, przyciągając dłoń do ust z zaskakującą delikatnością.
Nie miał pojęcia, co robi, a jednak ciało ułożyło go do tego ruchu, jakby znało drogę. Wciągnął powietrze nosem. Zapach uderzył natychmiast — ciepły, metaliczny, żywy.
Kły przebiły miękką skórę jej dłoni.
Och. Ta słodka krew.
Smak eksplodował mu w ustach jak płynny ogień. Ślina napłynęła gwałtownie, język sam odnalazł ranę, a świat odpadł na obrzeżach, jakby ktoś skręcił w nim światło do jednego punktu.
Coś w nim… osiadło.
Poczuł puls serca..
Głód cofnął się jak odpływ — zostawiając po sobie tylko ciszę. I coś innego: wrażenie, że to nie był pierwszy raz.
Chciał więcej.
Dużo więcej.
Uścisk na jej nadgarstku wzmocnił się, przyciągnął ją bliżej — jakby ktoś w środku liczył jej puls i odmierzał, ile jeszcze może wziąć.
— Wystarczy. — Jej głos przeciął to jak trzask bicza. Szarpnęła dłonią, zrywając kontakt i zostawiając go z ciężkim oddechem, z pustką w ustach.
Wpatrywał się w jej dłoń, obserwując, jak z małych ran po kłach wypływają krople szkarłatnej krwi. Część jego — cofnęła się od tego odruchowo, z obrzydzeniem, z nagłą gorączką w policzkach.
Ale ta druga część, teraz silniejsza, chciała tylko jednego: złapać ją znowu i pić, dopóki głód nie zniknie. Przeraziło go, jak łatwo mógłby przestać udawać, że tego nie pragnie.
– I co teraz…? — W jego głosie zabrzmiał ciężar kogoś, komu w kilka godzin zawalił się cały świat. Smak krwi Clare wciąż czuł na języku, metaliczny i odurzający, przypomnienie tego, czym się stał.
– Chodź. — Clare odwróciła się w stronę drzwi, których wcześniej nie zauważył.
Razem zeszli w dół wąskimi schodami, drewno skrzypiało pod ich ciężarem. Zapach trafił go pierwszy — piwo, jedzenie, ciepło ludzkiej masy stłoczonej blisko. Potem śmiech, brzęk szkła, niski szum rozmów
Jayden zatrzymał się na dole, mrugając zaskoczony.
Przed nimi rozciągał się pub – ciepłe, drewniane boazerie, mosiężne detale. Klienci okupowali niedopasowane stoły i krzesła, twarze mieli zaróżowione od alkoholu i dobrego nastroju.
Jakim cudem cały ten pub mieścił się pod mieszkaniem Clare, a on nic nie poczuł?
— Kolejna magia? — mruknął pod nosem.
Clare zignorowała komentarz, przeciskając się między stolikami z wprawą kogoś, kto robi to na co dzień. Barman, mężczyzna koło pięćdziesiątki, o jasnobrązowych włosach przyprószonych srebrem, uniósł wzrok, gdy podeszli. Twarz rozjaśnił mu uśmiech, który naprawdę sięgał oczu.
— Ach, Clare. – Jego spojrzenie przesunęło się na Jaydena, z tym samym uważnym błyskiem kogoś, kto widział już w życiu niejedno.
Barman zniknął za drzwiami z napisem „Biuro”, a Clare skinieniem głowy wskazała Jaydenowi, by poszedł za nim. Zastali go za biurkiem zawalonym papierami i księgami.
– Musisz być Jayden. Jestem Terry. – Ciepło Terry'ego było szczere — nie to skrojone pod nazwisko.
– Widzę, że wszyscy wiedzą, kim jestem. – W jego głos wkradła się gorycz, większa, niż zamierzał.
– Nie wszyscy. I niech tak zostanie. – Terry zaśmiał się cicho, dźwięk był miękki, uspokajający. Sięgnął do szuflady i wyciągnął niewielki plik dokumentów. Przesunął je po blacie z wprawą kogoś, kto robił to już dziesiątki razy.
Jayden sięgnął po pierwszą kartę – dowód tożsamości ze swoim zdjęciem, ale z innym nazwiskiem.
– Jayden Reed? Co to ma znaczyć? – Palcem przesunął po obcym nazwisku, po urzędowej pieczęci, która tę fikcję zamieniała w oficjalną prawdę. Plastik zdawał się ważyć więcej, niż powinien, naładowany konsekwencjami, których nie chciał sobie nawet wyobrażać.
– To, że od teraz masz zapomnieć o Jaydenie Silversteinie. – Głos Terry’ego złagodniał, przybrał ton kogoś, kto podaje gorzkie lekarstwo, bo musi. – Przykro mi, chłopcze.
Słowa uderzały jak pięści.
– Moja rodzina będzie mnie szukać. – Desperacja podniosła mu głos, napinając go od środka.
– Zajmiemy się tym. – Obietnica Terry'ego zabrzmiała jak fakt, nie jak pocieszenie. – I nie martw się, nic złego ich nie spotka.
– Skąd mam wiedzieć, że mogę wam zaufać? – Pytanie wyrwało mu się.
– Nie masz zbyt wielkiego wyboru. – Głos Clare przeciął przestrzeń między nimi z brutalną szczerością. – Ale jednego mogę ci obiecać. Zajmę się tobą. Bo to wszystko moja wina.
Ton Clare zatrzymał go.
Uniósł głowę.
W brązowych oczach zobaczył głębię żalu, której wcześniej nie dostrzegał, wstyd wyżłobił drobne linie wokół ust, napiął ramiona.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
Wielka Sala stała w blasku pełni — zimne światło przez łukowate okna kładło się na twarzach jak lakier, nie jak ciepło. Kamienne mury tłumiły każdy dźwięk — głosy zbierały się pod sklepieniem i opadały zmienione, gęstsze.
Alicia przeciskała się przez tłum wampirów, ich złote oczy błyszczały odbitym blaskiem księżyca. Zwyczajowa elegancja Gniazda była dziś jak naciągnięta za mocno struna. Wypatrzyła charakterystyczne białe włosy Dragany przy ozdobnym kominku; mag krwi stała nieco z boku, z dala od skupisk wzburzonych czystokrwistych.
– Nauczycielko. – Głos Alicii ledwie przebił się przez szmer rozmów, kiedy podeszła. Czerwone oczy Dragany wbiły się w nią z dobrze znaną intensywnością. – Co się dzieje?
– Dobre pytanie, mała. – Zmarszczka na czole Dragany pogłębiła się. Długie palce przesuwały kolejny koralik po nitce, jeden za drugim — systematycznie, jak odliczanie. – Augustin zniknął.
Słowa uderzyły Alicię jak policzek. Usta rozchyliły jej się w niemym „oh”, złote oczy rozszerzyły, próbując objąć to, co właśnie usłyszała. Najpotężniejszy czystokrwisty w Zachodniej Novaterrze, ten, który jednym spojrzeniem wymuszał szacunek, a strachem cementował posłuszeństwo… po prostu zniknął?
– Co? – Westchnienie wymknęło jej się zanim zdążyła je powstrzymać. – To niemożliwe.
Jej głos zabrzmiał słabo, zagłuszany przez narastający gwar spekulacji. Niezależnie od tego, co kto myślał o Augustinie – czy popierali jego bezwzględne metody, czy potajemnie ich nienawidzili – jego władza była faktem. Jego obecność była tak stała jak księżyc nad Gniazdem.
Tłum nagle zamilkł. Sofia Bellerose wkroczyła do sali. Jej srebrne włosy przechwyciły księżycowy blask, kiedy sunęła przez Wielką Salę z gracją kogoś, kto pamięta jeszcze dwory sprzed wieków. Za nią kroczyły Lydia i Sylvia, dwie cienie w idealnie skrojonych sukniach, twarze miały jak maski, zbyt gładkie, by ukryć napięcie w ramionach.
– Moi drodzy. – Głos Sofii niósł się wyraźnie po Sali, nie potrzebował podniesionego tonu, by domagać się uwagi. Jej akcent, zazwyczaj miękki, dziś miał w sobie stal, która cięła przez nerwową energię jak nóż. – Jak zapewne już słyszeliście, mój syn zaginął. Obawiamy się, że… Augustin został zamordowany.
Cisza była nagła, kompletna.
Sala rozpadła się na głosy naraz, wampiry usiłowały na różne sposoby oswoić to, co usłyszały. W niektórych głosach brzmiało niedowierzanie, w innych czysty strach, a w kilku pobrzmiewała ledwo tłumiona ekscytacja na myśl o pustym tronie.
– Cisza! – Rozkaz Sofii przeciął wrzawę jak trzask bicza. Jej złote oczy przesuwały się po twarzach zebranych — wolno, bez pośpiechu, zatrzymując się na tyle długo, żeby każdy to poczuł. – Jeszcze nic nie wiemy, jednak od tej chwili… ja przejmuję obowiązki głowy rodziny i Gniazda. Do czasu, aż znajdziemy odpowiedzialnych za śmierć mojego syna.
Bez kolejnego słowa odwróciła się i ruszyła ku wyjściu, córki dołączyły do niej jednym płynnym ruchem, jak dwórki odprowadzające królową.
Gdy tylko zniknęły za łukiem, sala znowu wybuchła mieszaniną głosów.
– Nie mogę w to uwierzyć. – Szept Alicii utonął w kakofonii. Umysł próbował ułożyć sobie świat bez Augustina, bez jego żelaznego uścisku zaciskającego się na czystokrwistych rodach.
Dragana stała nieruchomo, blada twarz wydawała się teraz rzeźbą z kamienia. Wpatrywała się w miejsce, gdzie przed chwilą stała Sofia.
Augustin martwy?
Dragana przeżuła to słowo i nie potrafiła go połknąć.
Clare wpatrywała się w sufit, palce miała wczepione w prześcieradło. Cyfrowy zegar na szafce nocnej świecił szyderczo – 4:17. Sen nie przychodził, przeganiany przez niekończącą się pętlę w jej głowie.
Gdyby była szybsza. Gdyby dotarła do niego wcześniej.
„Musiałaś to być ty.”
Słowa wyżłobiły się głębiej z każdym powrotem. Głos Jaydena, złamany i zrozpaczony, kiedy jego życie wsiąkało w parkową trawę. Wciąż widziała jego twarz — bladą, przerażoną, ale oczy jeszcze walczyły. Jeszcze nie odpuszczały.
On chciał żyć.
Clare przekręciła się na bok, wciskając twarz w poduszkę. Po co to zrobiła? Po co go ratowała? Pytanie żarło ją od środka jak fizyczny ból. Zabijała wampiry bez mrugnięcia okiem. Ale te oczy…
Te cholerne oczy.
Wspomnienie przesunęło się, ciągnąc ją z powrotem do mieszkania Johnny’ego. Niosła bezwładne ciało Jaydena przez portal Felixa, jego ciężar wydawał się większy, niż pozwalała na to anatomia. Johnny czekał w salonie, drink w dłoni, gotów na jej zwyczajowy raport.
Zamiast tego rzuciła mu pod nogi trupa.
– Jak… – wyrwało mu się, szklanka wysunęła się z palców. Whiskey rozlało się po drogim dywanie, ale żadne z nich nawet na to nie spojrzało. – Sobowtór?
Podobieństwo było niemożliwe do zignorowania – kościec twarzy, nawet sposób, w jaki włosy opadały na czoło. Ale tam, gdzie Augustin był zimnym marmurem, Jayden wyglądał inaczej. Ludzko.
Niewinnie.
– Nie wiem – syknęła wtedy, głos miała zdarty od wrzasków w pustą noc. – I jest pełnia, Johnny.
Twarz Johnny’ego pobladła. Oboje wiedzieli, co to znaczy. Czystokrwiści byli w czasie pełni nietykalni – ich moc sięgała zenitu. A jednak Jayden leżał tam, złote oczy zastygłe w pustce, martwa klatka piersiowa.
– Gdzie jest ciało? – zapytał Johnny, już w ruchu, zerkając przez okno na ulice, jak zawsze przepełniony paranoiczną czujnością.
Palce Clare zacisnęły się na ramieniu kurtki, zanim odpowiedziała.
– Chciałam je ukryć, ale Strażnicy pojawili się znikąd.
– Kurwa. – Przekleństwo wyrwało mu się z o wiele większą zawziętością, niż przywykła od niego słyszeć. Przeciągnął dłońmi po czarnych włosach, wyrywając je z kucyka. – Wiedzą. Znajdą ślad—
– Nie widzieli mnie – przerwała mu ostro, rozpacz przeciekała przez głos.
Ramiona Johnny'ego odrobinę opadły. Stał jednak tak jak stał — za blisko ściany, za daleko od siedzenia.
– Zawsze coś – mruknął, ale brzmienie głosu sugerowało, że to zdecydowanie za mało.
Clare zacisnęła powieki, ale obraz nie chciał się rozpaść. Wciąż czuła metaliczny zapach krwi przyklejony do ubrań, wciąż czuła fantomowy ciężar ciała Jaydena w ramionach. Pamiętała też, jak Johnny patrzył na nią potem – nie z wściekłością, tylko z czymś gorszym. Zrozumieniem.
Zamknęła oczy i znów zobaczyła twarz Jaydena.
Nie potrafiła przyznać nawet przed sobą, że to jego spojrzenie złamało jej decyzję. Zmusiło do działania wbrew wszystkim instynktom, które szlifowała latami.
A teraz wiedziała, co zrobiła.
I co może z tego wyrosnąć.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
Ciemność napierała na Jaydena z każdej strony — gęsta, dusząca. Echo jego kroków odbijało się w próżni, chociaż nie widział nawet własnych stóp. Powietrze smakowało metalem, jak monety rozpuszczone na języku.
Czuł obecność pełzającą po kręgosłupie. Słaby śmiech dobiegł zza pleców.
Jayden obrócił się gwałtownie. Serce tłukło mu się o żebra. Nic — tylko więcej czerni, ciągnącej się bez końca.
— Jayden. — Szept musnął jego imię jak dotyk kochanka, a niósł chłód zimowego wiatru.
— Kto?! — wychrypiał. Głos pękł mu na spółgłosce.
— Wiesz kto. — Dźwięk odbił się echem — i wrócił inny, jakby przestrzeń go przeżuła.
— Nie wiem.
— Znasz mnie, chłopcze. — Pewność w tym głosie zacisnęła mu się na karku jak obręcz. Odpowiedział zanim zdążył pomyśleć — odruchowo, wstydliwie, jak ciało które zna odpowiedź bez zgody głowy.
— Ahhh…
Wyrwał się do jawy, gwałtownie.
— Co za idiotyczny sen — rzucił w ciemność pokoju, jakby słowo mogło to odgonić.
I wtedy, absolutnie nieproszony, poczuł ukłucie: nie strach. Że przez ułamek sekundy było mu za dobrze. Że w tamtym mroku nie był sam.
Usiadł na skraju łóżka. Ciężar koszmaru dalej cisnął mu na ramiona. Cisza w mieszkaniu była inna niż wcześniej — nie spokojna. Gęsta.
Czekająca.
Musiał się ruszyć. Zrobić coś normalnego.
Cokolwiek.
Cyfrowy zegar pokazywał 7:00, kiedy wszedł do kuchni.
Mieszkanie Clare w świetle poranka odsłaniało się bardziej – minimalistyczne linie, neutralne kolory, ale wszystko krzyczało „jakość”. Skóra miękka jak masło, sprzęty, które brzęczały dyskretnym, drogim pomrukiem.
Kim ona właściwie była? Kobieta, która żyła w takim miejscu, a chodziła w prostych t‑shirtach i dżinsach?
Jayden znalazł jajka w lodówce, chleb w spiżarce wypchanej markami, które kojarzył raczej z kuchni ojca. Ręce działały same – rozbić jajka, roztrzepać widelcem, rozgrzać olej na patelni, która prawdopodobnie kosztowała więcej niż jego stary laptop. Znajome gesty uziemiały go, odsuwały koszmar gdzieś dalej.
Ekspres wyglądał jak część panelu sterowania statku kosmicznego, sam chrom i przyciski, ale zapach, który rozszedł się po kuchni, był już czystym niebem. Jajka skwierczały, wypełniając przestrzeń ciepłem i niby normalnością. Żołądek zareagował, ale bez entuzjazmu — po tym, co poczuł wczoraj, jajka smakowały jak karton.
— Pachnie całkiem nieźle. — Jayden odwrócił się i zobaczył Clare człapiącą do kuchni, ziewającą szeroko. Włosy sterczały jej na wszystkie strony, miała na sobie za duży t‑shirt sięgający niemal kolan. Ani śladu po zimnej istocie z jego snu — po prostu zaspana kobieta.
Uczucie ulgi, które go zalało, było aż żenująco silne. A zaraz pod nim — drugie, ostrzejsze: gorąco pod skórą, jakby ktoś przypomniał mu o kłach bez pytania. Przełknął. Język sam, zdradliwie, znalazł miejsce, gdzie wczoraj czuł jej smak.
Wzrok uciekł mu na sekundę do linii jej szyi — zbyt blisko powierzchni, zbyt cienka skóra nad tym, co pulsowało pod spodem. Cień wczorajszego smaku przesunął mu się po języku. Odwrócił spojrzenie tak gwałtownie, jakby ktoś go na tym przyłapał.
Złapał się blatu mocniej, niż było trzeba. Palce zostawiły na nim bledsze ślady. Wciągnął powietrze, wolno, przez nos — jakby oddechem dało się rozcieńczyć to, co wciąż miał w ustach.
— Chcesz? — zapytał.
— Jasne. — Clare usiadła przy stole, ewidentnie nie należała do rannych ptaszków. Ruchy miała ciężkie, co chwilę przecierała oczy, jakby próbowała się dogonić.
Przygotował dla niej kawę i jajecznicę; rutyna dawała zajęcie dłoniom, kiedy myśli wciąż pędziły. Koszmar trzymał się krawędzi świadomości, ale patrzenie, jak Clare ziewa i szarpie palcami poplątane włosy, odbierało mu grozę. Taka osoba nie mogła go nienawidzić. Dała mu dach nad głową, jedzenie.
I pozwoliła mu pić.
Zsunął talerz przed nią i zajął się swoim kubkiem. Nie podniósł już wzroku na jej szyję.
— Więc… — zaczął nieporadnie. Rozmowy nigdy nie były jego mocną stroną, introwersja robiła z każdego small talku pole minowe. — Ty wiesz, kim ja jestem, ale czy mogę… czy możesz mi coś o sobie powiedzieć? Też jesteś wampirem?
Clare przyjęła talerz, wciągnęła nosem parę łyków kawy.
— Nie, nie jestem wampirem. Jestem hybrydą. — Złapała jego zdezorientowane spojrzenie i ciągnęła dalej: — Jestem w połowie magiem ziemi. — Upiła łyk kawy i westchnęła z zadowoleniem. — Ale nie, żadnych sztuczek czy czary mary, jak zauważyłeś. Po prostu goję się szybko i jestem silniejsza od… większości.
Jayden tylko skinął głową.
– Och, tak, tę siłę zauważyłem. – Jayden parsknął, przypominając sobie, jak łatwo go wczoraj spacyfikowała.
– Jestem też Łowcą. – Clare wsunęła sobie kolejną porcję jajek. – Zanim zapytasz – Łowcy mają kiepską reputację, ale to głównie po to, żeby ludzie nie zaczęli zbyt dokładnie drążyć tematu.
Jayden wpatrywał się w nią. Kobieta siedząca naprzeciwko niego, w za dużym t‑shircie i z włosami w nieładzie, żyła w świecie, którego istnienia jeszcze parę dni temu nawet nie podejrzewał.
– Nie wierzę… To wszystko jest takie nierealne. Wampiry, magowie… oni wszyscy istnieją?
– Tak. – Clare skinęła głową między kęsami. – Wiem, jak to brzmi, ale to zamierzone. Ludzie nie mogą wiedzieć o istotach nocy.
Uderzyło go to jak kubeł zimnej wody. Zmarszczył brwi, próbując to przetrawić. Jeszcze dwa dni temu był właśnie jednym z tych ludzi – kompletnie ślepym, żyjącym swoim zwykłym życiem, zamartwiającym się ocenami i tym, czy ojciec jest z niego zadowolony.
Teraz siedział i omawiał wilkołaki przy śniadaniu, jakby chodziło o prognozę pogody.
– I ty też jesteś Łowcą, od dziś. Cała ta fałszywa tożsamość i cała reszta – to dzięki temu.
Fałszywy dowód osobisty w kieszeni przypomniał o sobie nieprzyjemnym ciężarem.
Jayden Reed.
Nawet nie był już Jaydenem Silversteinem – tamten chłopak według świata nie żył. Razem z jego dawnym życiem, rodziną, wszystkim, co znał.
– Jeszcze coś, o czym powinienem wiedzieć? – skrzywił się, spodziewając się kolejnych rewelacji w pakiecie.
Wyraz twarzy Clare stwardniał. Coś za oczami przestało udawać.
– Nie ufaj Strażnikom. Nawet się do nich nie zbliżaj.
Jad w jej głosie sprawił, że wyprostował się na krześle. Cokolwiek łączyło ją z nimi, nie było miłe.
– Jak to? Przecież oni są czymś w rodzaju policji politycznej, tak? – powtórzył to, co słyszał całe życie. Ojciec zawsze mówił o Strażnikach dobrze – użyteczni, potrzebni, pilnują porządku.
– Ta, jasne. – Clare odłożyła widelec i wbiła w niego spojrzenie, które mogłoby ciąć szkło. – Zakon Szarej Straży. A ‘Strażnicy’ to tylko ładna etykieta na kaganiec. Organizacja złożona z istot nocy, głównie hybryd, które „powinny” pilnować równowagi między ludźmi a istotami nocy. Przynajmniej tak o sobie myślą.
Kobieta, która sekundę temu ziewała nad kawą, teraz była czystym napięciem. Ramiona jakby z kamienia, dłonie zwinięte w pięści, całe ciało krzyczało tłumioną furią. Jayden instynktownie cofnął się na krześle, jakby to, co ją trawiło, mogło przenieść się na niego. W tyle głowy odezwało się echo koszmaru: znasz mnie.
– Co oni zrobili? – pytanie wyrwało mu się, zanim zdążył je ugryźć w język.
Clare zamrugała, jakby dopiero teraz zauważyła, jak bardzo się napina. Wzięła się w garść i rozluźniła dłonie. Sięgnęła po kubek z kawą, stawiając go między sobą a nim jak tarczę.
– To… rozmowa na inny czas – głos wrócił do normalnego rejestru, ale stal pod spodem nie zniknęła. – Teraz musisz się skupić na tym, jak być wampirem i nie zginąć w pierwszym tygodniu. Strażnicy poczekają.
Ale Jayden widział, że nic nie poczeka. Cokolwiek się wydarzyło między Clare a Strażą, w niej wciąż żyło. I jeśli miał w tym świecie żyć – jeśli miał na niej polegać – musiał wiedzieć, w co się wpakował.
Jajecznica na talerzu zdążyła wystygnąć, ale i tak nie miał już na nią ochoty. Każda odpowiedź Clare rodziła dziesięć nowych pytań i żadne nie brzmiało jak coś, z czym da się wygodnie żyć.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍 Sklep wyglądał jak raj każdego nerda – półki zawalone figurkami z anime, ściany obklejone winylami, plakaty z kultowych, pół zapomnianych filmów przykrywały każdy wolny fragment. Jayden poczuł dziwną ulgę – wreszcie coś w tym nowym świecie wyglądało normalnie.
Za ladą siedziała dziewczyna z ostrym, czarnym bobem przeciętym neonowo różowymi pasmami. Zaciągała się e-papierosem, znudzona jak każdy ekspedient w środku dnia. Gdy zobaczyła Clare, jej srebrne oczy zwęziły się w spojrzenie, którym dałoby się topić metal.
– Czego ty znowu chcesz? – warknęła.
Potem jej wzrok przesunął się na Jaydena – i cała poza rozsypała się w sekundę. Szczęka jej opadła, e-papieros wypadł z palców i stuknął o ladę.
– Co…?
– Hej, Lily, Vince jest na dole? – ton Clare pozostał obojętny, jakby dziewczyna wcale nie gapiła się na nich jak na duchy.
Lily zignorowała pytanie. Wyskoczyła na równe nogi, prawie wywracając krzesło, by podejść bliżej Jaydena. Srebrne oczy rozszerzyły jej się jak spodki.
– On ma… złote oczy!! — Intensywność jej spojrzenia sprawiła, że Jaydenowi skóra zadrżała. Cofnął się odruchowo, wpadając plecami na regał z mangą.
– Mogłabyś… no wiesz… – machnął ręką w powietrzu, licząc, że załapie aluzję i przestanie robić z niego eksponat.
Lily cofnęła się o jeden, niechętny krok, ale wzroku nie odlepiła. Obróciła się za to gwałtownie do Clare.
– Co to ma, kurwa, być?
Clare przewróciła oczami i ruszyła w stronę drzwi z napisem „TYLKO PRACOWNICY” na tyłach sklepu. Nie czekając na pozwolenie, pchnęła je i zniknęła na schodach w dół. Lily i Jayden nie mieli wyjścia – musieli za nią.
Piwnica okazała się wszystkim, tylko nie zwykłą piwnicą. Ciasny sklep na górze ustąpił miejsca ogromnej, podziemnej sali treningowej – wypolerowany beton, worki treningowe wiszące na wzmocnionych belkach, sprzęt, który wyglądał, jakby był w stanie przetrwać wojnę nuklearną.
Jarzeniówki robiły z jego jasnej bluzy coś niemal rażącego — plama światła w miejscu, które powinno pożerać kolory. Materiał pachniał jeszcze miastem i czymś obcym, metalicznym, czego nie potrafił już zignorować.
Przy ścianie poruszała się wysoka sylwetka, wyprowadzając po kolei serię kopnięć w ciężki worek. Każde uderzenie niosło w sobie suchy trzask kontrolowanej przemocy. Gdy usłyszał echo ich kroków, odwrócił się – blada twarz, ciemne włosy, te same nienaturalne, srebrne oczy co Lily.
– Cześć, Vince – rzuciła Clare, aż zbyt swobodnie.
– Cześć, Clare… – głos Vincenta był chłodny jak lód, ale kiedy jego wzrok spoczął na Jaydenie, słowa ugrzęzły mu w gardle. Całe ciało napięło mu się jak struna. – Co to… ma być…
– To nie „co”. To Jayden – ucięła Clare, zanim zdążył dokończyć. Ale Jayden złapał sens. To, jak rodzeństwo się na niego gapiło, jakby widzieli… widmo.
Rozpoznawali w nim kogoś.
– Coś jest ze mną nie tak? – wymknęło mu się ciszej, niż planował.
Podobieństwo między Vincentem a Lily było uderzające. Te same ostre rysy, ta sama bladość, te same srebrne oczy, które przenikały na wylot. Na dodatek oboje byli – jeśli dobrze zgadywał – wampirami.
Vincent stał nieruchomo jeszcze ułamek sekundy, potem ruszył. Przeszedł przez salę kilkoma krokami, miękko jak drapieżnik, zatrzymał się wystarczająco blisko, by Jayden poczuł się nieswojo.
– Wyjaśnij. – Jedno słowo, ciężkie jak kamień wrzucony w wodę.
Twarz Clare spochmurniała, wymazała z siebie wszystkie emocje. Zmiana była uderzająca – przed chwilą był w niej cień troski, teraz została tylko chłodna fasada.
– Jayden, to Vincent i Lily. Będą cię uczyć tych wszystkich wampirzych rzeczy. A to jest Jayden, nasz nowy wampir.
– Kurwa mać, Clare, czystokrwisty – maska Vincenta pękła, zaskoczenie wlało się w głos. – I… jak, do diabła…?
– Są prawie tacy sami… – mruknęła Lily, przyglądając mu się jak układance.
– Tacy sami jak kto? – Jayden spojrzał po nich, czując, jak frustracja zaczyna mu palić gardło.
Cisza przeciągnęła się zbyt długo. Vincent i Lily wymienili spojrzenie – to z gatunku tych, w których mieści się całe niepowiedziane zdanie.
– Sobowtór, coś w tym stylu – skrzywiła się Clare. – Nie wiem jak, ale Jayden był człowiekiem i… został przemieniony.
Powiedziała to tonem, jakby chodziło o coś tak banalnego jak zmiana fryzury. Jakby tworzenie czystokrwistych z ludzi było wtorkową rutyną.
– Czystokrwisty wampir… – głos Vincenta zadrżał, pierwszy raz zabrzmiała w nim panika. Srebrne oczy rozszerzyły mu się, biegały między twarzą Jaydena a Clare. – Ty wiesz, jak oni się rodzą?!
Pytanie zawisło między nimi, ciężkie i nieprzyjemne. Jayden nie rozumiał detali, ale po minie Vincenta widział, że to, co zrobiła Clare, było czymś ogromnym.
I niebezpiecznym.
Powietrze nagle zrobiło się gęstsze. Usłyszał przyspieszone tętna — nierówne, jak źle zagrany rytm — i poczuł, jak zapach w pokoju przesuwa się o pół tonu: strach, ostry i kwaśny, zmieszany z ekscytacją której nikt nie chciał przyznać. Nie wiedział, skąd to wie.
Po prostu wiedział.
— Mamy dwa rodzaje wampirów — odezwała się Lily, zakładając ręce na piersi jak nauczycielka odklepująca ten sam wykład po raz setny. — Pomioty, takie jak ja i Vince, stąd srebrne oczy. Wskazała na swoje, potem na brata. — I czystokrwiści, ci ze złotymi. Prawdziwe wampiry.
Ostatnie słowo zostawiło jej w gardle chropowaty ślad. Jayden poczuł, jak skręca mu się żołądek — jakby ktoś właśnie wsadził mu do kieszeni kartę członkowską klubu, do którego nigdy nie chciał należeć.
— Wampiry, jak pewnie zgadłeś, się nie rodzą ot tak — podjął Vincent, a jego głos nagle zrobił się zbyt równy, zbyt techniczny; jakby równość miała utrzymać mu kręgosłup w całości.
— My, pomioty, powstajemy z krwi wampira. Taki gorszy sort. Srebrne oczy przejechały po Jaydenie z mieszaniną wstrętu i czegoś, co mogło być zazdrością. — A czystokrwisty? To skomplikowane. A żeby z krwi powstał nowy czystokrwisty, ten, który ją daje, musi umrzeć.
Coś w Jaydenie drgnęło, zanim zdążył zareagować — jak odruch, jak wiedza, która przyszła pierwsza, a dopiero potem wstyd, że w ogóle przyszła. W jednej sekundzie wróciła myśl: jej nadgarstek przy jego ustach, to, jak łatwo było nie przestać. Wizja czyjejś śmierci przestała być teorią; osiadła mu na języku metalicznym ciężarem.
— Czyli ten, który mnie ugryzł, był czystokrwistym — powiedział, a własny głos zabrzmiał mu obco, jakby ktoś położył mu go w usta razem z tą informacją.
— Jak do tego doszło, Clare? — Vincent nie pytał, tylko wbijał oskarżenie w przestrzeń między nimi.
— Spieprzona misja, tyle — odpowiedziała Clare zbyt szybko, zbyt gładko; jak ktoś, kto już sobie to powtarzał, aż linia przestała kłuć w podniebienie.
— Ale to był, kurwa… — głos Vincenta podskoczył. — Nie mów, że to był on.
Skóra Jaydena ścięła się na tym jednym słowie.
— Nie widziałam twarzy — powiedziała Clare.
— “On”? Kto? — Jayden przerzucił wzrok z jednego na drugiego, czując, jak frustracja wchodzi mu do gardła i nie chce wyjść.
— Augustin Bellerose — odpowiedziała Lily, a nazwisko spadło między nich jak kamień. — Cała wampirza społeczność o tym gada. Zniknął niedawno.
— Pierwsze słyszę — wykrzywił usta, ale po kręgosłupie przeszło mu coś więcej niż zimno: ułamek rozpoznania, zbyt szybki, zbyt pewny, żeby był “normalny”.
— A jednak wyglądasz… — Vincent urwał, tylko patrzył; jakby bał się dopowiedzieć na głos i tym samym coś przywołać.
Jayden przełknął. Nie musiał być trenowany, żeby zrozumieć, co tam wisi niedokończone — widział to w ich twarzach od pierwszej sekundy.
— Po prostu… wyszkolisz go? — westchnienie Clare niosło zmęczenie do kości.
— Nie mam pojęcia jak. To czystokrwisty, kurwa — Vincent machnął ręką w stronę Jaydena, jak w stronę rzeczy, która nie powinna istnieć. — Nigdy nie szkoliłem czystokrwistego. Ledwo kilku widziałem i wcale nie mam ochoty poznawać większej liczby.
– Rozkaz Johnny’ego – głos Clare spadł jak klamka. Tematu nie było jak ugryźć od innej strony.
– Kurwa. – Vince skrzywił się, ale ramiona mu opadły. Ktokolwiek był Johnny, jego słowo najwyraźniej niewiele różniło się od wyroku.
– Kim jest Johnny? – Jayden zapytał, chociaż czuł, że odpowiedź zna.
– Johnny King, szef Łowców – wyjaśniła Clare, czujnie obserwując jego reakcję.
Imię trafiło go w mostek.
– Ten Johnny King? – Wspomnienia uderzyły falą – jak ojciec od czasu do czasu wspominał to nazwisko, zawsze w tonie mieszanki szacunku i ostrożności. Facet, który nie był politykiem, a jednak miał wpływ większy niż połowa Rządu Globalnego. A to czyniło go niebezpiecznym.
– Znasz go? – brwi Lily podskoczyły, srebrne oczy wyostrzyły się z nagłym zainteresowaniem.
– Mój ojciec… – zaczął, ale urwał. Ojciec. Rodzina. Tamto życie. – Mój ojciec o nim czasem wspominał. Mówił, że to ktoś, kogo trzeba mieć na oku.
– Twój ojciec siedzi w polityce? – mruknął Vincent.
– On… – Jayden przygryzł język na czas. – Był. Jest. Sam już nie wiem. — Słowa zabrzmiały jak przyznanie się do klęski. Wczoraj był Jaydenem Silversteinem – synem wpływowego polityka, dziedzicem pieniędzy i koneksji.
Dziś był Jaydenem Reedem, świeżo przemienionym wampirem w piwnicy pod sklepem z gadżetami.
– No to pięknie. – Lily zgasiła e-papierosa. – Nic dziwnego, że Clare chodzi jak na szpilkach. Nie jesteś „byle kim”. Masz plecy.
– Ja mam plecy niby? – zapytał, choć czuł, jak elementy układanki zaczynają wskakiwać na miejsce. – Jestem nikim.
Vincent przeczesał dłonią ciemne włosy, srebrne oczy przeszły gdzieś daleko.
– Tak czy inaczej – nie możemy mieć świeżo przemienionego wampira latającego po Stellis bez kontroli.
– „Kontroli”? – powtórzył ostrzej, niż zamierzał.
– Wampirzych instynktów – wyjaśnił Vincent, tym razem łagodniej. – Głód, siła, szybkość – to wszystko trzeba trzymać na smyczy. Zwłaszcza u czystokrwistego. Możesz kogoś zabić, tylko dlatego, że stracisz panowanie nad sobą.
Sposób, w jaki powiedział to prawie mimochodem, sprawił, że krew Jaydena ścisnęła się lodem. Przez moment nie poczuł nic — nawet własnego ciała — a potem serce uderzyło za mocno, jakby próbowało przebić żebra. Zabić kogoś. Przez jeden wybuch złości.
Czym on się, do cholery, stał?
Kroki Clare rozbrzmiały na metalowych schodach, oddalały się, aż zatrzasnięcie drzwi zostawiło ich w piwniczej ciszy. Jayden patrzył za nią. Drzwi zamknęły się i zrobiło się o stopień zimniej. Został sam z dwójką wampirów, którzy patrzyli na niego jak na tykającą bombę.
Spojrzał w dół na swoje jasne trampki przy brudnej posadzce. Wyglądały, jakby ktoś je tu zostawił przez pomyłkę — jak dowód z innego życia.
Vincent usiadł na jednym z drewnianych skrzyń porozstawianych po sali, srebrne oczy prześlizgnęły się po Jaydenie z kliniczną precyzją.
– Dobra. Podstawy – w jego tonie pobrzmiewało zmęczenie kogoś, kto ten wykład ma w małym palcu. – Na początek: co ci się wydaje, że wiesz?
– Najwyraźniej nic, co by się do czegokolwiek nadawało. – Jayden wolał stać, energia wibrowała mu pod skórą jak prąd szukający ujścia.
Rękawy bluzy zsunęły mu się na dłonie, jakby ubranie nagle nie pamiętało jego rozmiaru; ściągnął je odruchowo, a materiał szorstko zaszurał o skórę.
– I dobrze. Zapomnij o filmach. – Vince pochylił się, opierając łokcie na kolanach. – Nie palimy się na słońcu, krzyże nas nie zabijają, od czosnku co najwyżej śmierdzi z ust.
– Mogę chodzić za dnia? – przerwał mu, nadzieja wślizgnęła się do głosu. Może nie wszystko było jeszcze stracone.
– Możesz. Słońce nas nie pali, ale nas osłabia. Pomioty na pewno. Czystokrwiści… – spojrzenie Vincenta zatrzymało się na złotych tęczówkach Jaydena – na nich prawie nie robi wrażenia.
Kolejne przypomnienie, że jest „inny”. Nie był pewien, czy to ulga, czy wyrok.
– Jedzenie? – zapytał ciszej.
– Ludzkie żarcie jest okej w smaku, ale cię nie utrzyma – spoważniał Vince. – Potrzebujesz krwi, Jayden. Nie ma nic gorszego niż głodować – uwierz. – Normalne jedzenie wypełni usta, ale nie środek. Krew cię trzyma przy życiu.
Na samą myśl powinno go zemdlić. Powinno. Zamiast tego wspomnienie, jak smakowała krew Clare – miedź, sól i coś niewytłumaczalnie słodkiego – wróciło z pełną mocą. Myśl o piciu czyjejkolwiek innej nagle wydała mu się jak przesiadka z oryginału na tanią podróbkę.
– Z czasem głód łatwiej kontrolować – dorzuciła Lily z materaca, na którym przysiadła. Czarny bob błysnął pod jarzeniówkami, gdy przechyliła głowę. – Ale nie znika. Nigdy.
Vincent skinął.
– To prowadzi nas do emocji. Teraz będziesz czuł wszystko inaczej. Silniej. Jakby ktoś podkręcił głośność na maksa. Zwłaszcza na początku.
– Łatwo powiedzieć – mruknął Jayden, wspominając wściekłość w mieszkaniu Clare, to, jak strach zamienił się w czyste tonięcie. – Czuję… wszystko za bardzo.
– I tak będzie. – Vincent nie próbował go pocieszać. – Wampirze emocje są rozgrzane do czerwoności. Nawet radość może cię rozwalić, jeśli nie będziesz uważał.
– Jak dojrzewanie, tylko z supermocami – prychnęła Lily. – I zero instrukcji obsługi.
– Cudownie – wymruczał Jayden.
Vincent wstał, zaczął chodzić tam i z powrotem. Każdykrok był wyważony, jakby podłoga mogła w każdej chwili stać się polem walki.
– A teraz… najgorsze. Wampirzy instynkt. Mamy go wszyscy, ale u czystokrwistych to może być jazda bez trzymanki.
Żołądek opadł mu bez ostrzeżenia.
– Instynkt…
– To wtedy, kiedy oczy zrobiły mi się czerwone, jak byłem głodny? – wspomnienie wydawało się odległe, ale pamiętał tę sekundę ciszy w głowie… a potem jakby ktoś przejął mu ciało.
– Tak. Czerwone oczy to kłopoty – potwierdził Vince. – Złote to twoja „norma”. Ale kiedy robią się czerwone…
– To jakbyś nie miał kontroli – dodała Lily, tym razem zupełnie serio. – Instynkt przejmuje cię w całości. Robisz się czymś innym.
– Czym? – głos Jaydena ledwo wyszedł z gardła.
– Drapieżnikiem – odpowiedział Vincent. – Czystym, skupionym, śmiertelnym. Polujesz na to, co instynkt uznał za cel – i nie przestaniesz, dopóki się nie nażresz albo nie zabijesz. Albo jedno i drugie. Rozum się wyłącza.
Jayden kątem oka uchwycił swoje odbicie w lustrze przy ścianie – blada skóra, złote oczy, twarz, której nie rozpoznawał.
– Jak mam temu zapobiec?
– Ćwiczyć. Kontrolować. Nie dopuszczać, żebyś był zbyt głodny, zbyt wściekły, zbyt zagrożony. – Vincent zatrzymał się i wbił w niego spojrzenie. – I modlić się, żebyś nigdy nie był w sytuacji, w której ktoś, na kim ci zależy, będzie w niebezpieczeństwie. Wtedy instynkt jest najsilniejszy.
Jaydenowi aż drgnęły palce. Odruchowo zerknął na metalowe schody, tam, gdzie przed chwilą zniknęła Clare, jakby mógł jeszcze usłyszeć echo jej kroków. Przez ułamek sekundy w głowie zrobiło mu się pusto. Nie uspokoiło go to — to nie była ulga, tylko wyłącznik.
Vincent zatrzymał na nim wzrok odrobinę dłużej, jakby sprawdzał, czy Jayden już zrozumiał, że to nie jest ostrzeżenie „kiedyś”, tylko „pierwszej nocy, gdy cię poniesie”.
– Na kim mi zależy? – powtórzył mechanicznie. Przełknął i dopiero wtedy dodał, ciszej: – A co z miłością?
– Tego nie chcesz. – Lily odpowiedziała od razu, ton miała lodowaty.
– My, pomioty, jakoś to ogarniamy – ciągnął Vince. – Ale czystokrwiści? Jak kochają… to za mocno i na zawsze.
Przez pół sekundy brzmiało to romantycznie. Tylko przez pół. Potem wyobraził sobie taką „na zawsze” przywiązaną do niewłaściwej osoby i poczuł chłód, którego nie dało się zrzucić.
Pewność osiadła w nim cicho: jeśli ktoś dotknie kogoś „jego", rozum nie dostanie nawet prawa głosu.
Jayden zmarszczył brwi.
Miłość miała być czymś dobrym.
Teraz zaczynała wyglądać jak kolejna pułapka.
Mężczyzna szedł korytarzem równym krokiem, długi płaszcz Głównego Dowódcy Straży falował za nim jak ciekły cień. Rytmiczny stuk wypastowanych butów o wypolerowany beton odbijał się echem w wąskiej przestrzeni. Za nim szedł ktoś jeszcze — cichy szelest czarno‑białej tkaniny, kroki które nie chciały być słyszane.
Nie sądził, że doczeka czegoś takiego. Kiedy wczoraj przyszło zgłoszenie z Dywizji Wywiadu, nie był w stanie uwierzyć.
Jarzeniówki wyostrzały rysy jego twarzy — wąskie usta, kąt szczęki, chłód który nie wyglądał jak spokój. Błękitne oczy — kolor lodu na głębokiej wodzie, a biało srebrne włosy łapały sterylne światło.
Weszli do dolnego, chronionego poziomu; tylko ci z najwyższymi uprawnieniami mieli prawo tu schodzić. Skaner zamrugał na zielono, gdy system odczytał jego przepustkę. Za nim szła jego towarzyszka; w jej szarych oczach jarzeniówki odbijały się ostrym blaskiem, blada cera kontrastowała z ciemnym makijażem. Burgundowe usta zaciśnięte były w wąską linię, gdy schodzili coraz głębiej, tam, gdzie Zakon ukrywał swoje największe sekrety.
Arthur, Kapitan Dywizji Wywiadu, szedł przed nimi, od razu zaczynając raport, gdy przekroczyli próg sterylnej sali.
– Ciało znaleziono w jednym z parków w Złotej Dzielnicy Stellis – jego głos miał płaską, zawodową barwę człowieka, który już widział za dużo. Poszarzała od siwizny broda nie maskowała napięcia w szczęce. – Żadnych wyraźnych ran, żadnych śladów walki. Tylko… jedno postrzałowe. Tak zakładamy.
W powietrzu unosił się zapach środka dezynfekującego i czegoś jeszcze – metalicznej nuty, która nie znikała mimo sterylności pomieszczenia. Białe ściany odbijały światło z chirurgiczną dokładnością, bardziej laboratorium niż kostnica. W rogach cicho brzęczał sprzęt, systemy monitorujące tych, którzy żyli – i potwierdzające nieobecność życia u tych, którzy już nie.
Na środku stała kapsuła przypominająca trumnę z szklaną pokrywą.
Jednostka zabezpieczająca błyszczała pod lampami. Górę tworzyła wzmocniona szyba, gruba na tyle, by wytrzymać wybuch, nie mówiąc o tym, co leżało pod nią. Wzdłuż krawędzi pulsowały czerwone diody – nieme ostrzeżenie, że nawet martwy obiekt w środku pozostaje niebezpieczny.
– Wszystkie parametry życiowe nieaktywne – dodał Arthur.
Mężczyzna podszedł bliżej, poruszał się płynnie mimo napięcia w barkach. Pod szkłem złote włosy łapały światło jak przędza z metalu, okalając rysy jak z renesansowego obrazu bardziej niż z policyjnego raportu. Nawet w śmierci twarz miała w sobie to nieludzkie piękno, które zdradzało wieki przeżyte i władzę sprawowaną bez litości.
– Nie do wiary – wyszeptała kobieta, jej akcent z rejonu Espanica, wlał w słowa nutę niedowierzania. – Sam Augustin. — W głosie pobrzmiewał respekt zmieszany z czymś ciemniejszym.
Stanęła obok towarzysza, srebrne oczy miała wlepione w nieruchomą sylwetkę. Czerń i biel eleganckiego stroju pasowały do tego miejsca zawieszonego między życiem a śmiercią – ona sama była jak żywy kontrast.
Pierwszy Kapitan nachylił się nad kapsułą.
Wampir, którego bało się tylu… był teraz tylko ciałem.
Blada skóra pozbawiona była jakiegokolwiek ciepła. Klatka piersiowa leżała nieruchomo, bez najmniejszego śladu oddechu. Złote oczy pozostawały zamknięte – spojrzenie, które przez dekady wbijało strach w serca istot nocy, już nigdy nie miało się otworzyć. Usta, które z taką elegancją wydawały wyroki śmierci, zamilkły.
– Jest w ogóle szansa, że on wróci? – odezwała się kobieta.
Arthur pokręcił głową, choć w spojrzeniu mignęła niepewność.
– Raczej nie, ale nie możemy powiedzieć tego na sto procent. W końcu to czystokrwisty.
Słowa zawisły w powietrzu. Nikt im nie zaprzeczył. Nawet Kapitan Wywiadu, człowiek operujący faktami, nie potrafił zebrać się na pełną pewność. Czystokrwiści istnieli wbrew prawom natury – śmierć mogła okazać się dla nich równie elastyczna co życie.
Twarz mężczyzny ściemniała, lodowaty błękit oczu zwęził się niebezpiecznie. Pod pancerną kontrolą coś zacisnęło się — krótko, ostro.
Patrząc na tego jednego, nienawiść wyostrzyła się — jakby u źródła każdego błędu w jego życiu stała ta para złotych oczu.
Nigdy go nie spotkał twarzą w twarz, a jednak… chętnie sam by go zabił. Złamałby mu kark i sprawdził, czy to cokolwiek zmienia. Nie miał żadnego logicznego powodu, żeby przypisać temu czystokrwistemu całe swoje dawne rozdarcia – a jednak stojąc tu, czuł, że to groteskowo trafny symbol.
– Dobrze. Oby umarli pozostali martwi. – Wypowiedział to z jadem, którym można by zatruć armię. Bez kolejnego spojrzenia na kapsułę odwrócił się i wyszedł, płaszcz rozwinął się za nim jak skrzydła osądu. Jego towarzyszka ruszyła za nim, jej kroki były cichsze, ale równie zdecydowane.
Światła jarzeniowe dalej jednostajnie buczały, rzucając twarde cienie na szklaną „trumnę” i jej milczącego lokatora.
Korytarz przed nimi ciągnął się jak sterylny kanion, jarzeniówki rzucały ostre cienie tańczące po gładkich ścianach. Buty Oliviera uderzały w podłogę z mechaniczną precyzją, echo niosło się za nimi z kostnicy. Za jego plecami Justinia dotrzymywała mu kroku, jej kroki były jak szept po betonie.
– Ciężko w to uwierzyć. — Słowa wyrwały mu się, nim pomyślał. Miały w sobie ton, którego nie chciał nazwać – niedowierzanie, może rozczarowanie, że nie on zadał ostatni cios.
– Mówimy o „wszechpotężnym” czystokrwistym. — Głos Justinii kapał sarkazmem, każdy wyraz miał ostrą krawędź. Jej akcent tylko zaostrzał drwinę. W szarych oczach nie było współczucia, tylko chłodna satysfakcja z upadku legendy.
– Jeden otwór po kuli. — Obraz palił mu się pod powiekami – doskonałe, blade ciało naznaczone tylko jednym punktem. Żadnych śladów szamotaniny, żadnego chaosu, który powinien towarzyszyć śmierci takiej istoty. Augustin Bellerose, postrach świata istot nocy, powalony czymś, co wyglądało jak zwykły strzał.
Coś skręciło mu się w środku – rodzaj niepokoju, który nie dawał się rozplątać. Czystokrwiści nie umierali tak łatwo. Jedna kula nie powinna wystarczyć.
Nie jemu.
– Ja tam nie narzekam. – Justinia uśmiechnęła się krzywo, jej burgundowe usta nabrały drapieżnego wyrazu. Czerń i biel stroju łamały światło w ostrych plamach, podkreślając jej chorobliwą bladość. – Jeden królewski skurwiel mniej.
– Widzę, że masz dobry humor, Justi.
Jego krótki śmiech zabrzmiał szczerze, mimo wszystkiego. Jako pani kapitan Drugiej Dywizji była jego najpewniejszym partnerem. Prawą ręką. Jej lojalność nie miała warunków ani gier zakulisowych, które tak zatruwały resztę Zakonu.
Przypomniało mu to kogoś.
Myśl przyszła jak nóż między żebra. Kiedyś czuł dokładnie to samo. Tę gotowość, by iść w ogień, stanąć naprzeciw niemożliwemu, tylko dlatego, że ona o to poprosiła. Egzekutorka potrafiła sprawić, że ludzie szli za nią w ogień, zanim zdążyli zapytać o cenę – samą tylko obecnością, pięknem przemocy, magnesem przekonania.
Tytania.
Nawet pomyślenie imienia zostawiało po sobie ślad. Tamta zdrada dalej piekła jak rana, która nie chce się zabliźnić. Kiedy Zakon zażądał jej głowy, zawahał się – na jedno uderzenie serca, wystarczająco długo, by wszystko spłonęło. Nie był w stanie wówczas wydać rozkazu, nie umiał posłać ostrza po jej krew – i do dziś miewał noce, w które budził się z fantomowym ciężarem rękojeści w dłoni i widmem kwiatowych ostrzy rozsypujących się wokół niej jak płatki, które nigdy nie opadły.
Była dla niego punktem stałym — a to ona rozniosła go w pył.
A on wybrał Zakon.
Szczęka mu drgnęła, mięsień szarpnął pod bladą skórą. Rebelia zmieniła wszystko. Zmieniła jego. Człowiek, który biegł za Egzekutorką jak wierny pies, nie żył. Został pogrzebany pod warstwami starannie utrzymanego autorytetu i wyrachowanego okrucieństwa.
Nigdy więcej.
Nigdy więcej nie dopuścić nikogo tak blisko ostrza. Nigdy więcej nie stawiać osoby ponad Zakon – ani Zakonu ponad osobę – tylko po to, by na końcu stracić jedno i drugie.
Nie ma już nikogo, za kim mógłby iść.
Nie jest już Gromem, którym kiedyś był.
Grymas ściągnął mu rysy, gdy zatrzymali się przed drzwiami do gabinetu. Za nim kroki Justinii zwolniły.
– Zaparzę nam kawę. – W głosie zabrzmiało to specyficzne, espańskie ciepło, które zostawiała tylko dla niego. Szare oczy, które potrafiły mrozić wrogów w miejscu, kiedy patrzyły na niego, łagodniały. Olivier skinął głową bez większej uwagi, już popychając ciężkie, drewniane drzwi prowadzące do jego królestwa.
Gabinet przywitał go znajomym mrokiem i zapachem starej skóry. Okna od podłogi po sufit dawały panoramiczny widok na Stellis, miasto leżało pod nim jak zdobyte terytorium. Biurko dominowało w centrum – wypolerowane drewno odbijało blade światło wpadające przez wzmocnione szkło.
Usiadł w wysokim fotelu, palce wystukały nerwowy rytm na blacie, myśli skręcały uparcie w kierunki, których wolałby nie odwiedzać. Wiedział, że Justi jest lojalna do szpiku kości. Widział to w każdym geście, każdym spojrzeniu, którego jego rzekomo nie zauważał. W tym, jak o ułamek sekundy za długo zatrzymywała wzrok, gdy składała raport. Jak dopieszczała drobiazgi, które miały znaczenie tylko dla niego.
Powinno go to satysfakcjonować.
Zamiast tego siedział z tym jak z kamieniem na mostku. Była piękna ale dla niego była tylko tłem.
