Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
16 osób interesuje się tą książką
Sienna Reid od pięciu lat szuka prawdy o śmierci brata. Oficjalnie był to wypadek. Nieoficjalnie — Blackthorn Forest skrywa zbyt wiele zaginięć, symboli i śladów, których nikt nie chce widzieć.
Gdy śledztwo wciąga ją w świat wilków, wampirów i magii krwi, Sienna staje się celem potężniejszych istot niż ludzie, których dotąd tropiła. Elias Thorne, alfa Blackthorn, oferuje jej ochronę, która smakuje jak bezpieczeństwo i klatka jednocześnie. Viktor Blackclaw daje jej coś gorszego: pokusę, przed którą nie umie się cofnąć.
Im bliżej prawdy, tym wyraźniej Sienna rozumie, że las nie tylko ukrywa potwory. On pamięta.
Mroczny paranormal romance o obsesji, wilczych instynktach, magii krwi i miłości, która pachnie zagrożeniem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 457
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Aylin Red
2026
Wilcze Pióro
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Title Page
Cover
Table of Contents
Seria Istoty Nocy
The Wolf and the Feather
Aylin Red
Szukając prawdy, nie bój się poparzyć.
Szmer miasta wciskał się przez uchylone okno, ale mieszkanie Sienny Reid połykało go bez śladu. Dźwięki z ulicy rozbijały się o stosy gazet i rozchylone notesy, po czym gasły między kubkami po kawie, które zostawiały na biurku brunatne obręcze, ślady po czymś wypitym, ale niewyrzuconym. Słońce pełzło leniwie po blacie, nie dając ciepła. Nawet ono wydawało się tutaj jedynie gościem.
Fotel skrzypnął pod jej ciężarem, gdy pochyliła się nad laptopem. Klawisze stukały szybko i nerwowo, wydając suchy terkot odpowiedzi, których nikt nie chciał słuchać. Ekran odbijał zarys jej twarzy w poszarpanych smugach światła, a na spacji zaschła cienka, lepka kreska po starej kawie.
Oskar leżał obok w plamie słońca, zwinięty ciasno, jakby świat zewnętrzny go nie dotyczył. Tylko koniec jego ogona poruszał się od czasu do czasu, ospale, w rytmie, którego nie wyznaczał zegar.
Liam nie żył od pięciu lat.
W oficjalnym raporcie zamknęli go w suchej urzędniczej mowie: wypadek, teren leśny, brak udziału osób trzecich. Sienna znała te zdania na pamięć. Wiedziała, w którym miejscu papier lekko się marszczył od ciągłego składania i gdzie tusz był odrobinę ciemniejszy, jakby ktoś mocniej docisnął pieczątkę. Przeczytała raport tyle razy, że przestała widzieć słowa. Pozostał po nich tylko cienki, stały zgrzyt, przypominający kamień w bucie podczas długiego marszu.
Rozjazdy w zeznaniach. Luki. I symbole wyryte w ziemi niedaleko miejsca, w którym znaleziono ciało jej brata.
Policja nazwała je wandalizmem. Przypadkiem. Czymś, co dobrze wyglądało w rubryce „bez znaczenia”.
Sienna przepisała ten szczegół do własnego notesu i od tamtej pory żadna noc nie była już do końca pusta.
Na brzegu biurka twardniał niedojedzony bajgiel, a skrzynka mailowa wypluwała kolejne odmowy. Oskar przeciągnął się z cichym mruknięciem. Jego pazury na moment wysunęły się z łap i zahaczyły o materiał starej podkładki.
— Trzy tygodnie roboty i nikt nie chce tego puścić — rzuciła w pustkę, klikając w następną wiadomość.
Artykuł o korupcji przy miejskim projekcie rewitalizacji trafił do tej samej szuflady co inne niewygodne rzeczy: za późno, za ostro, za mało dowodów, za dużo ryzyka. Redaktorzy lubili prawdę, dopóki nie zostawiała śladów na palcach.
Sienna przełknęła łyk wystygłej kawy, gorzkiej, gęstej i jednocześnie kwaśnej. Nie powinno się jej już pić, a jednak i tak się ją dopijało.
Sięgnęła po notes.
Kartki były miękkie od ciągłego przewracania, miały poszarpane rogi, a niektóre strony falowały od wilgoci i tuszu. Zapisała na nich nazwiska, daty, godziny i adresy, połączone strzałkami oraz pytajnikami. Na jednej z kartek widniało przekleństwo nakreślone tak mocno, że długopis niemal przebił papier.
Jej wzrok zatrzymał się na żółtych zakreśleniach.
Zaginięcia.
Na początku wyglądały jak zbieg okoliczności. Turysta zszedł ze szlaku. Po dziewczynie został tylko rower przypięty do barierki przy lesie. Samochód starszego mężczyzny znaleziono na poboczu z kluczykami w stacyjce i drzwiami uchylonymi tak, jakby wysiadł jedynie na moment. Każde z osobna mieściło się jeszcze w kategorii pecha.
Razem układały się zbyt równo.
Blackthorn.
Liam zginął właśnie tam. Teraz, gdy patrzyła na mapę, wszystkie kreski, pinezki i odręczne notatki zbierały się wokół tej plamy zieleni, przypominając żyłki wokół rany.
Jej telefon zawibrował cicho, sygnalizując kolejne powiadomienie, ale je zignorowała. Zeszłej nocy dostała maila.
Nie było w nim podpisu ani wiadomości. Tylko temat.
W nocy kryją się istoty.
Załącznik otwierał się dłużej, niż powinien. Przez sekundę widziała swoje odbicie w czarnym ekranie: zielone oczy zmęczone bardziej, niż chciała przyznać, włosy związane byle jak i usta zaciśnięte tak mocno, że skóra wokół nich pobielała.
Potem obraz wskoczył na miejsce.
Zdjęcie było ziarniste. Przedstawiało okrągły wzór wyryty w ziemi, spaloną trawę i linie zbyt równe, zbyt celowe, zbyt znajome.
Jej palec zawisł nad przyciskiem „drukuj”.
Widziała już idiotyczne donosy, zdjęcia cieni branych za duchy oraz rozmazane nagrania, które miały dowodzić wszystkiego i niczego. Trafiała na tysiące ślepych uliczek, z których część prowadziła przez miejsca, od których inni w redakcji odwracali wzrok: wypadki, ciała, krew na ziemi sfotografowaną przez techników z zimną precyzją.
Sienna zawsze patrzyła.
Żołądek jej się nie skręcał. Uznała kiedyś, że to cecha zawodowa. A jednak to jedno zdjęcie weszło jej pod skórę bez pytania, niczym drzazga, której początkowo prawie się nie czuje, ale później nie sposób przestać dotykać językiem.
Drukarka zaterkotała głuchym, drażniącym dźwiękiem. Papier wysuwał się powoli. Sienna wpatrywała się w zdjęcie, zanim kartka zdążyła całkiem opaść na tackę.
Liam.
To imię nie przychodziło do niej jak wspomnienie. Przypominało raczej odruch mięśnia, który nadal boli po źle zrośniętym urazie.
Po śmierci rodziców Liam po prostu przejął ciężar, jakby nie było innej możliwości. Co wieczór odkładał klucze na blat. Spod jego drzwi sączyło się światło, kiedy zbyt długo siedziała nad książkami. Bez komentarza podstawiał jej herbatę pod łokieć i zarzucał kurtkę na jej ramiona, gdy zasypiała na kanapie.
Nie mówił, że ją ochroni.
Po prostu to robił.
Drukarka umilkła. Sienna wzięła kartkę do ręki. Przeciągnęła kciukiem po krawędzi zdjęcia, jakby dotyk mógł wydobyć z niego coś więcej. Kojarzyła podobne symbole ze starych podań. Mogły oznaczać rytuał, ochronę albo przywołanie.
Ofiarę.
Chłód zsunął się po jej plecach powoli, centymetr po centymetrze, jak gdyby ktoś przesuwał palcem wzdłuż jej kręgosłupa przez materiał swetra.
— Oskar — odezwała się, nie odrywając wzroku od zdjęcia. — Masz jakiś pomysł, czy dalej mam być najmądrzejsza w tym mieszkaniu sama?
Kot poruszył uchem, ale nawet nie otworzył oczu.
— Tego się spodziewałam. — Rozłożyła mapę miasta na biurku.
Długopis zachrzęścił po papierze, gdy zaznaczała pierwszy punkt, potem drugi, trzeci i kolejne. Im więcej ich przybywało, tym mocniej coś zaciskało jej się pod mostkiem.
Kiedy odsunęła rękę, wzór był już gotowy.
Wszystkie drogi prowadziły do lasu.
Nie dlatego, że chciała to zobaczyć.
Telefon zawibrował tak nagle, że długopis zostawił na mapie krzywy ślad. Imię Ingi rozświetliło ekran.
— No?
— Spotkajmy się.
Sienna założyła jasny sweter i ciemne dżinsy, a włosy związała w niedbały kok, z którego już teraz wysuwały się pojedyncze pasma. Ubierała się mechanicznie. Przy drzwiach zawahała się na sekundę i jeszcze raz zerknęła na zdjęcie pozostawione na biurku. Czarny znak na ziemi patrzył z papieru z niemą cierpliwością.
Podrapała Oskara za uchem i wyszła.
Powietrze na ulicy było rześkie, ale nie świeże. Niosło zapach piekarni z rogu, wilgoci znad jeziora i spalin przyklejonych do kamiennych ścian.
Oravalle budziło się z wdziękiem, który z daleka wyglądał jak elegancja, a z bliska bywał zwyczajną, dobrze opłaconą iluzją. Srebrna Dzielnica błyszczała mokrym brukiem i witrynami, w których wszystko wydawało się droższe, czystsze i bardziej na miejscu niż ludzie zaglądający do środka.
Jezioro Celeste lśniło w oddali niczym tafla wypolerowanego szkła, a dalej bielały góry. Były piękne, lecz zbyt nieruchome, przypominały tło w czyjejś starannie ustawionej scenie.
Restauracja, do której wezwała ją Inga, stała na zboczu wzgórza, a jej taras wychodził prosto na wodę. Bluszcz oplatał balustrady z taką precyzją, jakby ktoś codziennie ręcznie poprawiał mu liście. Obrusy pozostawały śnieżnobiałe, szkło czyste do przesady, a kwiaty w donicach nie miały ani jednego płatka rozchylonego bardziej, niż należało.
Inga już czekała.
Jej blond włosy łapały światło, kiedy uniosła dłoń. Z daleka wyglądała jak część tego miejsca, jak ktoś, kto urodził się po właściwej stronie miasta i nigdy nie musiał tłumaczyć się z własnej obecności.
— Jesteś wcześniej — powiedziała Sienna, dosuwając krzesło.
Inga przyjrzała jej się uważnie, lecz nie nachalnie. Wystarczająco długo.
— A ty wyglądasz, jakby noc cię przeżuła i wypluła.
Kącik ust Sienny drgnął.
— Dzięki. Miło cię widzieć.
Kelner zjawił się szybko. Za szybko. Wyglądał, jakby i on należał do miejsca, w którym nic nie powinno czekać zbyt długo. Inga zamówiła croissanty i tartę owocową, a Sienna jajecznicę, chleb na zakwasie oraz cappuccino. Kiedy kelner zostawił je same, rozmowa zeszła na pracę Ingi, jej klientów i projekty, ale Sienna nadążała za nią tylko częściowo. Gdzieś pod dźwiękiem porcelany i łagodnym szumem jeziora nadal słyszała suchy chrzęst długopisu przesuwającego się po mapie.
Blackthorn.
Inga zamieszała herbatę, a srebrna łyżeczka cicho zadzwoniła o porcelanę.
— A u ciebie?
Sienna odruchowo objęła filiżankę obiema dłońmi. Ciepło przeszło na jej skórę, ale nie sięgnęło głębiej.
— Gonię za tropami. Jak zwykle.
— Czyli Liam. — Nie było w tym litości ani zmęczenia. Tylko cichy fakt położony między nimi bez ozdobników.
— Tak.
Spienione mleko osiadło na brzegu filiżanki cienkim, białym półksiężycem.
— A u ciebie? — odbiła Sienna. — Jakieś nowe dramaty ze Złotej Dzielnicy?
Inga przewróciła oczami i sięgnęła do torebki.
— Skoro już pytasz. — Wyjęła kremową kopertę ze złotym tłoczeniem i przesunęła ją po obrusie w stronę Sienny.
Papier był gruby, chłodny i zbyt ciężki jak na zwykłe zaproszenie.
— Bal charytatywny Lanców.
Sienna uniosła brew.
— Brzmi jak koszmar z kieliszkiem szampana w ręce.
— Właśnie dlatego chcę, żebyś poszła ze mną.
Sienna spojrzała na nią znad koperty.
— Ja?
— Tak. Ty. Nie mam ochoty spędzić całego wieczoru z ludźmi, którzy pytają o samopoczucie tylko po to, żeby za moment mówić wyłącznie o sobie.
— Kusząca oferta.
— I mówię serio. — Na moment coś pękło w idealnie gładkim tonie Ingi. Ledwie słyszalnie, niczym rysa pod lakierem.
Sienna obróciła kopertę w palcach.
— Kiedy ten bal?
Na ustach Ingi pojawił się uśmiech, po którym zwykle następowało coś irytującego.
— Jutro.
Sienna odstawiła filiżankę trochę za mocno.
— Jutro?
— Nie chciałam iść. Rodzice nalegali. Potem przestali nalegać i zaczęli zakładać, że się pojawię.
— Oczywiście.
Inga wyciągnęła rękę przez stół i ujęła jej dłoń. Jej palce były chłodne i miękkie, pachniały drogim kremem, ale pod dotykiem czaiło się krótkie, uparte napięcie.
— Chodź ze mną — powiedziała ciszej. — Proszę.
Sienna odłożyła kopertę. Przez chwilę patrzyła na chłodne palce Ingi, które nadal spoczywały na jej nadgarstku, chociaż niczego już nie trzymały.
Złota Dzielnica nauczyła Ingę wielu rzeczy: uśmiechać się, kiedy miała ochotę wyjść, sprawiać wrażenie lekkiej, kiedy wszystko ważyło za dużo, oraz zamykać samotność w żarcie, żeby nie była tak widoczna. Na zewnątrz błyszczała. Pod spodem stale siedziało w niej coś cichego, zbyt dobrze wychowanego, by robić sceny.
— Cóż — mruknęła Sienna. — Przynajmniej będą bogaci.
— Och, zdecydowanie.
— Ja po prostu nie chcę skończyć z kimś, kogo wybiera się jak inwestycję.
Inga uśmiechnęła się, ale w jej oczach nie pojawiło się światło.
— A ja nie wiem, czy w moim świecie ktoś jeszcze rozróżnia jedno od drugiego.
To zdanie zostało między nimi dłużej, niż powinno.
Po śniadaniu Inga bez słowa przejęła rachunek. Potem pojechały do Lumière, butiku pachnącego jedwabiem, perfumami i pieniędzmi. Kryształowe żyrandole łapały światło i rozrzucały je po ścianach, zbyt piękne, by wydawały się przyjazne. Sprzedawcy sunęli miękko i bezszelestnie między wieszakami, a miarki na ich szyjach wyglądały niemal jak ozdoby.
Sienna stała boso na podwyższeniu, otoczona morzem materiałów.
— Wyglądam idiotycznie — mruknęła, wychodząc w sukni z falbanami tak ogromnymi, że sama sobie w nich przeszkadzała.
— Następna — rzuciła Inga, nawet nie podnosząc wzroku.
Dopiero przy trzeciej sukni spojrzała i gwałtownie zaciągnęła powietrze.
— O. Ta.
Granatowy materiał ciasno objął talię i biodra Sienny, a potem spłynął w dół ciężką, gładką linią. Zieleń jej oczu pociemniała przy tym kolorze i stała się niemal zbyt wyraźna.
Sienna patrzyła na siebie w lustrze odrobinę za długo.
— Nie jest zła.
— Nie mów tak, jakbyś oceniała zasłony — prychnęła Inga. — Wyglądasz obłędnie.
Sienna jeszcze raz przesunęła dłonią po materiale.
To podobało jej się najmniej.
I najbardziej.
Po wyjściu z butiku niosły torby owinięte bibułą tak starannie, jakby w środku znajdowało się szkło albo broń.
— Nadal nie wierzę, że dałam się w to wciągnąć — powiedziała Sienna, zatrzymując się przy srebrnym kabriolecie Ingi.
— Jutro mi podziękujesz.
— Raczej jutro umrę z zażenowania.
— Czyli jednak coś poczujesz.
Droga do Brązowej Dzielnicy minęła szybko. Im bardziej oddalały się od centrum, tym mniej było połysku, a więcej zwyczajnych rzeczy: wilgotnych ścian, źle zaparkowanych samochodów, odrapanych framug oraz ludzi niosących zakupy z pochylonymi plecami.
Kiedy Inga zatrzymała się pod kamienicą Sienny, kontrast zabolał ją bardziej, niż powinien.
— Będę po ciebie o piątej — oznajmiła Inga. — I nie próbuj się wywinąć.
— Zero presji.
— Już wszystkim powiedziałam, że przyprowadzam genialną dziennikarkę.
— Kocham, że moje najgorsze cechy sprzedajesz jak zalety.
Inga posłała jej krótki uśmiech, tym razem prawdziwszy.
— Od tego są przyjaciółki.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
Na trzecim piętrze Oskar niemal wpadł na nią przy wejściu.
– Spokojnie, wariacie.
Torby wylądowały pod ścianą. Sienna przykucnęła, a kot od razu otarł się łbem o jej dłoń, głośno mrucząc. Ciepły. Żywy. Prawdziwy. Przez chwilę to wystarczyło.
Potem spojrzała na pokrowiec z suknią.
– Bal. Ja. Świetny żart.
Oskar przekrzywił łeb i popatrzył na nią tym swoim zbyt uważnym wzrokiem.
– Tak, wiem. Ty byś pewnie wszystkich oceniał z wysokości krzesła i wyszedł na najlepiej wychowanego na sali.
W sypialni granatowa suknia zawisła na drzwiach szafy jak coś obcego. Zbyt gładka i elegancka na pokój z łuszczącą się farbą przy framudze i stosem książek na podłodze. Popołudniowe światło zdążyło zmięknąć. Cienie wydłużyły się na ścianach, spłynęły przez meble jak powolna woda. Czwarta trzydzieści.
Sienna krążyła po pokoju, zerkała na telefon, wracała wzrokiem do sukni.
– Oskar, co ja wyprawiam – mruknęła, opadając na łóżko.
Kot wskoczył obok i położył łeb na jej udzie.
– Nie pasuję na żaden pieprzony bal charytatywny.
Podrapała go odruchowo za uchem.
Telefon zawibrował. Redakcyjny czat. Kilka nic nieznaczących wiadomości. Potem nowy wątek. Dwa kolejne nazwiska.
Jej palce znieruchomiały nad ekranem.
Las Blackthorn wrócił od razu. Wypalona trawa. Ciemny znak. Liam. Wszystko naraz, bez kolejki, bez litości.
Zablokowała telefon. Prawie go odłożyła — i nie odłożyła. Kciuk przesunął się po ekranie jeszcze raz, odblokował, sprawdził. Zdjęcie nadal tam było. Linie nadal zbyt równe. Sienna zablokował ponownie i tym razem naprawdę go odłożyła.
– Najpierw przeżyjmy ten bal – powiedziała bardziej do siebie niż do kota.
Wtedy wyskoczyła wiadomość od Mii.
OMG SERIO IDZIESZ NA BAL CHARYTATYWNY CELESTIAL?! Inga wrzuciła story. Chcę wszystko.
Sienna uśmiechnęła się krótko.
Masz coś, czym powinnam się martwić?
Odpowiedź przyszła niemal natychmiast.
Będzie każdy, kto się liczy. Valenti. Crossowie. Nathaniel Chen. Rób zdjęcia wszystkiemu.
Nie idę tam do roboty. I tak będę za bardzo zajęta próbą, żeby nie wyglądać jak intruz.
Bardzo fancy impreza. Bardzo bogaci ludzie. Bardzo dużo ego – odpisała Mia po chwili. – Czyli klasyczny raj.
– Brzmi cudownie – prychnęła Sienna.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
Dzwonek do drzwi rozległ się punktualnie o siedemnastej. Za wizjerem stał mężczyzna w czarnym uniformie, z twarzą tak bezbłędnie opanowaną, że aż nieludzką.
– Pani Reid? Samochód czeka.
Limuzyna wyglądała absurdalnie przy jej ulicy. Za długa. Za czarna. Zbyt lśniąca na tle odpadającego tynku i krzywych schodków. Marcus otworzył drzwi z płynną uprzejmością, a Sienna wsunęła się do środka, ostrożnie, jakby wnętrze mogło od razu rozpoznać, że do niego nie należy.
Skórzana kanapa była miękka i chłodna. Kopertówka ślizgała się jej po dłoni.
Dwadzieścia minut później mijali bramę Złotej Dzielnicy. Trawniki przystrzyżone z chirurgiczną dokładnością, rezydencje ustawione jak trofea, kolumny, kamień, szkło. Wszystko zbyt duże. Zbyt czyste. Zbyt gotowe, by patrzeć z góry.
Samochód zatrzymał się przed willą z fontanną i kamiennymi nimfami zastygłymi w wiecznym tańcu.
– Dojechaliśmy, pani Reid.
Drzwi domu otworzyły się, zanim zdążyła wejść po schodach. Inga wypadła z nich w jedwabnym szlafroku, z ręcznikiem owiniętym wokół włosów.
– Wreszcie. Wchodź. Ekipa od cudów już czeka.
Marmurowe foyer było większe niż całe mieszkanie Sienny. Chłód posadzki przeszedł przez podeszwy butów od razu. Inga złapała ją za nadgarstek i pociągnęła w głąb domu, do ogrodu zimowego przerobionego na prywatny salon piękności. Lustra. Pędzle. Flakony. Fotele fryzjerskie ustawione jak trony. Dwoje ludzi z tym skupionym, niemal drapieżnym spojrzeniem profesjonalistów, którzy zaraz rozłożą cię na części i złożą na nowo.
– To Paolo i Vera. Czarodzieje.
– Oby. Bo materiał wyjściowy ma zastrzeżenia.
Paolo obszedł ją wolno, mrużąc oczy.
– Kochanie, z takimi kośćmi policzkowymi grzechem byłoby nie spróbować.
W drzwiach pojawili się rodzice Ingi. Dystyngowani. Idealni. Pachnący drogimi perfumami i czymś starszym, chłodniejszym — przyzwyczajeniem do tego, że świat robi dla nich miejsce.
– Jak cudownie was widzieć – zawołała pani Blackwood. – Inga była zdecydowana, żeby w tym roku nie iść.
– Zdecydowanie – dodał jej mąż z lekkim rozbawieniem. – Cokolwiek jej powiedziałaś, Sienno, jesteśmy wdzięczni.
Pani Blackwood ścisnęła jej ramię z elegancką pewnością kogoś, kto nigdy nie musi pytać, czy wolno.
– Takie wieczory są ważne. To tam buduje się przyszłość.
Kiedy wyszli, Inga przewróciła oczami tak mocno, że Sienna parsknęła śmiechem.
– Jasne. Najchętniej zobaczyliby mnie wracającą z narzeczonym i nazwiskiem wartym więcej niż akcje.
– A to nie ty mówiłaś o inwestycjach?
Inga cisnęła w nią ręcznikiem.
– Zamilcz, zanim każę Paolo zrobić ci fryzurę wdowy po hrabim.
Dwie godziny później stały przed lustrem.
Sienna przez chwilę patrzyła bez ruchu.
Paolo upiął jej włosy wysoko, zostawiając przy twarzy kilka pasm. Vera przyciemniła jej spojrzenie, wydobyła zieleń tęczówek, wygładziła skórę, ale nie odebrała jej twarzy charakteru. Granatowy jedwab objął ją ciasno, chłodno — z tym naciskiem przy każdym oddechu, który czuła już w butiku.
Wyglądała bardziej ostro niż ładnie. Bardziej jak ktoś, kto może zranić, niż ktoś, kogo łatwo zlekceważyć.
To podobało jej się najmniej.
I najbardziej.
Kobieta w lustrze patrzyła na nią spokojnie, cierpliwie — jakby już wiedziała.
Sienna odwróciła wzrok pierwsza.
– Gotowa wejść między Platynę i Złoto? – zapytała Inga, poprawiając karminową suknię.
Sienna przesunęła dłonią po gładkim materiale na biodrze.
– Tak bardzo, jak tylko się da.
Czerwony dywan prowadził do wejścia jak rana w asfalcie. Sienna wysiadła z samochodu i od razu poczuła chłód na odsłoniętych ramionach. Powietrze było o jeden stopień za zimne jak na tę porę roku, jakby posiadłość Lance wyciągała ciepło z przestrzeni wokół siebie. Lokaje w białych rękawiczkach pomagali wysiadać kolejnym gościom z precyzją automatów, a reflektory zalewały fasadę ostrym światłem, w którym nie było miejsca na cień.
Na schodach zwolniła o pół kroku. Jej dłoń zacisnęła się na torebce.
Foyer uderzyło ją ciepłem i złotym blaskiem kolosalnego kryształowego żyrandola, rzucającego tęczowe łuski na kamienne ściany. Marmurowa posadzka chłodziła powietrze przy ziemi, zupełnie inaczej niż gorące oddechy tłumu wyżej. To miejsce miało dwa klimaty, nałożone na siebie warstwami.
— Imiona, proszę? — zagadnął mężczyzna we fraku z tabletem.
— Inga Blackwood i osoba towarzysząca — odpowiedziała Inga z wyćwiczoną swobodą człowieka, który nigdy nie musiał tłumaczyć swojej obecności.
Sala balowa była za duża.
To właśnie pomyślała Sienna jako pierwsze. Nie że była piękna albo imponująca, tylko zbyt duża, jakby zaprojektowano ją po to, żeby każdy, kto przekroczy próg, poczuł własną małość.
Kryształowe żyrandole rozsypywały tęczowe refleksy na wypolerowanej posadzce. Powietrze było ciężkie od zapachu kwiatów. Białe kompozycje stały wysoko na postumentach, a ich aromat mieszał się z perfumami gości i czymś chłodniejszym, kamiennym, starym. Kelnerzy przesuwali się między ludźmi zgodnie z wyćwiczoną choreografią. Przystawki na ich tacach wyglądały bardziej jak eksponaty niż jedzenie.
Sienna rozpoznała kilka twarzy z gazet. Nathaniel Chen pochylał się ku burmistrzowi przy kolumnie. Alessandra Valenti śmiała się w gronie czterech mężczyzn naraz. Przy wschodniej ścianie stała kobieta o srebrnych włosach i lodowato niebieskich oczach, lustrująca salę ze spokojem kogoś, kto nie przyszedł tutaj się bawić.
— Stresujesz się? — spytała Inga.
— Taa… to wszystko jest tak bardzo… nie dla mnie.
— Spokojnie, to tylko jeden wieczór — uśmiechnęła się Inga krzywo. — Spróbuj udawać, że jesteś jedną z nich — pełna siebie i napompowanego ego.
— Dzięki — burknęła Sienna, przewracając oczami.
Podeszła do nich grupa ludzi z diamentami na szyjach i zegarkami wyglądającymi spod mankietów. Inga weszła między nich płynnie. Uśmiechnęła się, przekrzywiła głowę i podała imię Sienny jak atut.
— Moja najbliższa przyjaciółka i jedna z najlepszych dziennikarek śledczych w mieście — powiedziała Inga. — Ten reportaż o skandalu przy zabudowie nabrzeża sprzed roku? Jej robota.
Kilka brwi uniosło się z zainteresowaniem. Sienna odpowiedziała uśmiechem i przez kolejne minuty mówiła tylko tyle, ile musiała.
Po chwili Inga ścisnęła ją za ramię.
— Muszę się przywitać z Valentimi. Przejdź się, rozejrzyj. Zaraz cię znajdę.
Sienna patrzyła, jak karminowa suknia Ingi odpływa w tłum. W ciągu kilku sekund obok przyjaciółki wyrósł elegancki mężczyzna z wyćwiczonym uśmiechem.
Wzięła głęboki oddech.
— Po prostu daj z siebie tyle, ile możesz — wyszeptała sama do siebie. — To tylko parę godzin.
Ruszyła w obchód sali.
Snuła się między grupkami, używając kieliszka szampana jak tarczy, i obserwowała. Rejestrowała, kto z kim rozmawiał, które kręgi pozostawały szczelne i kto przyciągał wzrok bez żadnego wysiłku. Reporterski nawyk kazał jej patrzeć, nie oceniać, przynajmniej dopóki nie miała po co.
Kobieta o srebrnych oczach wyłoniła się spośród gości zbyt płynnie, by uznać to za przypadek.
Już z daleka wydawała się znajoma, a z bliska nie pozostawiała wątpliwości. Miała lodowato niebieskie oczy, suknię skrojoną jak zbroja i wisiorek z półksiężycem spoczywający przy szyi. Luna Cross. Sienna skojarzyła ją ze stron salonowych w ułamku sekundy.
— Widzę, że teraz wpuszczają tu już dosłownie wszystkich — stwierdziła Luna, cedząc słowa jak fakty.
Sienna wyprostowała plecy.
— Zgadzam się. — Spojrzała jej prosto w oczy. — To aż zaskakujące, kogo tutaj można spotkać.
W oczach Luny coś przebłysło. Nie gniew, lecz zaskoczenie, że cokolwiek do niej wróciło.
— Trzymaj się ode mnie z daleka — warknęła i odwróciła się na pięcie.
Sienna wypuściła powietrze, nieświadoma, że do tej pory je wstrzymywała. Sięgnęła po kolejny kieliszek z przechodzącej tacy.
— Ma jakiś problem czy co — wymamrotała pod nosem.
I wtedy zobaczyła mężczyznę.
Stał trochę z boku, tam, gdzie tłum się przerzedzał. Opierał łokieć o bar i lekko trzymał kieliszek, ale jego dłoń pozostawała nieruchoma na szkle, bez żadnego zbędnego gestu. Oczy skanowały salę w takim skupieniu, jakby hałas w ogóle do niego nie docierał.
Miał w sobie spokój, który wyglądał jak pogróżka.
Ich spojrzenia niemal spotkały się ponad krawędzią jej kieliszka. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że patrzył na nią, zanim sama go zauważyła.
Żołądek skurczył jej się ostro, niżej niż serce. Szkło było chłodne pod palcami, które zacisnęła mocniej, niż musiała.
Nie wiedziała, kim był.
Nie wiedziała, skąd go znała.
Zanim zdążyła cokolwiek z tym zrobić, Luna wróciła do jego boku i odciągnęła go w głąb tłumu. Sienna została z kieliszkiem w ręku i sercem bijącym o dwa uderzenia za szybko.
Po chwili strząsnęła to z siebie.
Za dużo szampana. Potrzebowała powietrza.
Przeszła przez francuskie drzwi otwarte na oścież i wyszła na taras.
Widok ją zatrzymał.
Jezioro Celeste leżało pod księżycem jak rozlane szkło, srebrne, nieruchome i głębokie. Góry na horyzoncie rysowały się niewyraźnie, przypominając zarys czegoś zbyt dużego, by zmieściło się w spojrzeniu.
Oravalle naprawdę było pięknym miastem.
Nie była tam sama. Przy balustradzie stał odwrócony plecami mężczyzna.
Sienna zatrzymała się.
Jej skóra zareagowała dziwnym cierpnięciem. Nie wywołał go chłód, chociaż nocne powietrze było zimne na odsłoniętych ramionach. Pod nim kryło się coś innego, jakby powietrze wokół tej sylwetki miało inną gęstość.
Rozpoznała kąt jego ramion, czarne ubranie i kieliszek w dłoni.
Przez głowę przemknęło jej coś szybkiego i pozbawionego kształtu, znajomego w ten sposób, w jaki człowiek wie, że coś pamięta, ale nie potrafi powiedzieć co.
Mężczyzna się odwrócił.
Jego twarz wyglądała, jakby wykuto ją z cienia. Miał ostro zarysowane kości policzkowe i szczękę, kilkudniowy zarost oraz głęboko osadzone oczy, które w przygaszonym świetle przybierały barwę ciepłego bursztynu. Przez lewą brew biegła blizna.
Przez ułamek sekundy jego nos drgnął, a coś twardego i kontrolowanego w całej jego postawie zatrzymało się bez ostrzeżenia.
Nie na długo.
Sekundę, może mniej.
Mięsień przy jego szczęce napiął się, jakby coś uderzyło go od środka, zanim zdążył to powstrzymać. Potem jego spojrzenie przecięło przestrzeń między nimi i osiadło na Siennie.
— Nowa twarz — odezwał się. Głos miał niski, o barwie, która osiadała gdzieś pod mostkiem, zanim zdążyła przetworzyć słowa. — Nie wyglądasz na kogoś, kto pasuje do tego miejsca.
— Uznam to za komplement. Jestem tylko gościem, przyjaciółką Ingi Blackwood.
— Znam ją. I jej rodziców — rzucił spokojnie.
Sienna patrzyła na niego i czekała, aż poczuje coś znajomego. Nic nie przychodziło. Pozostawało tylko cierpnięcie pod skórą, które zaczęło się, zanim się odwrócił, i nie chciało całkiem zniknąć.
— Elias — przedstawił się. — Miło poznać przyjaciółkę Ingi.
— Sienna — odpowiedziała.
Jego spojrzenie pozostało na jej twarzy chwilę za długo. Mięsień przy szczęce nadal miał lekko napięty i przez sekundę wyglądał, jakby coś obliczał.
Zanim zdążył odezwać się ponownie, w drzwiach tarasu stanęła Luna.
— Ach, Elias, tu jesteś — zamruczała. Uśmiech wyparował z jej twarzy, gdy spojrzała na Siennę. — Och… to znowu ty — warknęła.
— Widzę, że już się poznałyście — skomentował Elias.
— Niestety. Teraz naprawdę wpuszczają tu każdego — syknęła Luna.
Coś stwardniało w twarzy Eliasa. Spojrzał na Lunę krótko i chłodno, a ona natychmiast zmieniła ton.
— Szukają cię, kochanie. Viktor też tam jest — zamruczała słodko.
Viktor.
Sienna nie znała tego imienia.
Kiedy jednak Luna je wypowiedziała, w jej głowie błysnęła tamta sylwetka przy barze, ciemny garnitur i nieruchoma dłoń na szkle. To samo ściśnięcie w żołądku wróciło z siłą zbyt dużą jak na przypadkowe skojarzenie.
Jej palce zacisnęły się na kieliszku.
Nic z tego nie miało sensu.
— Zaraz tam będę — odparł Elias głosem zimnym jak szkło.
Luna zawahała się, przez chwilę czekając na coś więcej, a potem odeszła z wymuszoną godnością.
Elias odprowadził ją wzrokiem, po czym znów spojrzał na Siennę.
— Nie przejmuj się Luną. Ona jest sobą — rzucił.
Patrzył na nią ciężko i uważnie, z tym samym napięciem co wcześniej.
— Rada na dziś wieczór — zaczął cicho. — Uważaj na siebie. Jesteś małą rybą wrzuconą do basenu pełnego rekinów.
Coś zimnego przebiegło Siennie po plecach. Nie dlatego, że zabrzmiało to jak ostrzeżenie przed złym towarzystwem. Elias mówił jak ktoś, kto dokładnie wiedział, w jakim basenie stała.
— Dzięki. Aż tak bardzo odstaję?
Przechylił lekko głowę.
— Odstajesz — potwierdził, bez oceny. Kąciki jego ust drgnęły. — Ale to wcale nie jest wada.
Przez chwilę wydawał się niemal przystępny.
— Uważaj na siebie, dziewczyno — powtórzył, już się odwracając.
Przeszedł obok niej bliżej, niż było to konieczne, i przez ułamek sekundy stracił krok.
Jeden.
Nikt by tego nie zauważył. Jego szczęka natychmiast się zacisnęła, a mięsień przy żuchwie pozostawał twardy przez kolejne trzy kroki, zanim rozluźnił się z powrotem. Jakby coś w powietrzu uderzyło go mocniej, niż się spodziewał.
Potem zniknął w tłumie.
Sienna przez chwilę stała przy balustradzie. W jej głowie zalegało coś dziwnego, jakby jakaś wersja tej nocy miała inny porządek.
Najpierw ktoś inny.
Potem on.
Kiedy imię Elias padło z jej ust jako szept, coś w niej cicho i niespodziewanie zaprotestowało.
Jakby ta obsada była błędem.
Strząsnęła z siebie to wrażenie i wróciła do środka.
Przy barze zamówiła espresso martini, po czym oparła się plecami o kontuar. Kieliszek był zimny i śliski, a bursztynowy płyn w środku miał dokładnie ten sam odcień co oczy Eliasa. Upiła łyk. Alkohol przyjemnie zapiekł ją w gardle.
Skanowała tłum. Gdzieś tam znajdowała się pierwsza sylwetka, ciemny garnitur i tamto rozpoznanie przy barze, ale nie mogła jej odnaleźć. Znalazła za to Lunę, otoczoną kręgiem adoratorów. Jej srebrne włosy połyskiwały w świetle żyrandoli, a śmiech niósł się ponad muzyką.
Sienna mimowolnie się skrzywiła.
— Skąd ta mina? — Inga pojawiła się obok niej z kieliszkiem szampana.
— Nic, zamyśliłam się.
— Jasne, widziałam — Inga złapała kieliszek z tacy. — Boże, ta impreza to tortura. Podszedł do mnie już siódmy facet. Każdy identycznie: „Interesujący ten biznes państwa Blackwood”. „Bywała pani w tym sezonie w Stellis?”. — Przewróciła oczami. — Jak ci mija wieczór?
Sienna westchnęła.
— Sama nie wiem. Zaczepiła mnie tamta — wyszeptała, dyskretnie wskazując na Lunę.
Inga podążyła za jej spojrzeniem i prychnęła.
— Oczywiście. Ta suka — mruknęła. — Luna Cross. Stare pieniądze, prowadzi jakiś ekskluzywny klub kobiet w centrum. Totalna snobka.
Zanim Sienna zdążyła odpowiedzieć, gwar zaczął cichnąć.
Na środku sali stanął mężczyzna w czerwonym garniturze.
Sama jego obecność zmieniła przestrzeń. Nie krzykiem ani gestem, lecz sposobem, w jaki stał, zbyt nieruchomo i zbyt pewnie. Wyglądał jak ktoś, kto wiedział, że może poczekać, ponieważ wszyscy i tak w końcu na niego spojrzą.
Sienna zauważyła, jak światło odbija się od jego oczu. Nie zatrzymywało się na złotych tęczówkach, lecz zdawało się przez nie przenikać, jakby źródło znajdowało się głębiej.
— Panie i panowie — rozległ się niski, dźwięczny głos. — Nazywam się Al Lance i z przyjemnością witam was wszystkich na Balu Charytatywnym Celestial.
Uniósł kieliszek szampana.
— Wznieśmy toast za ten wieczór. Świętujmy.
Sala odpowiedziała aplauzem. Las kieliszków uniósł się w górę.
Sienna podniosła swój.
Pierwszy kaszel rozległ się, zanim zdążyła przyłożyć kieliszek do ust. Kobieta w bordowej sukni zgięła się wpół. Szkło wypadło jej z dłoni i roztrzaskało się o marmur, a w tym dźwięku była już zapowiedź wszystkiego, co nastąpiło później.
Drugi gość.
Trzeci.
Ciała osuwały się na posadzkę w tej samej ciszy, z jaką pada śnieg. Bez ostrzeżenia i bez dramatyzmu po prostu przestawały stać.
Ci, którzy zdążyli, chwytali się za gardła.
Ci, którzy nie zdążyli, po prostu padali.
— Co się dzieje?! — wyrwało się Siennie.
Odwróciła się do Ingi i zobaczyła zmianę na twarzy przyjaciółki. Ból błysnął w jej oczach zbyt późno, by mogła go zatrzymać. Inga chwyciła się za szyję, a kieliszek wypadł jej z dłoni.
— Sienna… — wyszeptała, już opadając.
Sienna złapała ją całym ciałem. Objęła przyjaciółkę ramionami i przyklękła, żeby nie pozwolić jej uderzyć o marmur.
— Obudź się, proszę, obudź się! — Łzy zalewały jej twarz, kiedy potrząsała delikatnymi ramionami Ingi. — Co się dzieje?!
Jej krzyk rozpłynął się w kakofonii.
Sienna spojrzała przez salę. Al Lance stał nieruchomo pośród rzezi, nadal trzymając kieliszek. Na jego ustach czaił się cień zadowolenia. Oglądał scenę jak ktoś, kto wiedział, że wszystko potoczyło się zgodnie z planem.
Mdłości podeszły jej do gardła.
Podniosła się i pobiegła.
Sala zamieniła się w cmentarzysko. Marmur był zasłany ciałami, a ci, którzy jeszcze żyli, pędzili do wyjść i tratowali leżących bez mrugnięcia okiem. Sienna przepychała się przez tłum. Łzy zalewały jej twarz i rozmazywały obraz.
Czyjeś palce zacisnęły się na jej ramieniu. Żelazny uścisk zatrzymał ją w miejscu.
Mężczyzna o nienaturalnie srebrnych oczach skrzywił usta w drapieżnym uśmiechu. Jego oddech był gorący, słodkawy i zbyt blisko jej twarzy.
— O, człowiek — syknął. — Gdzie się tak śpieszysz?
— Puść mnie! — warknęła, szarpiąc się.
Roześmiał się i mocniej zacisnął dłoń na jej ramieniu.
— Po prostu zdechnij — warknął.
Sienna zacisnęła powieki i naparła obiema dłońmi na jego pierś.
— Puść mnie! — wrzasnęła.
Coś w niej eksplodowało, gwałtowne i gorące. Na tylnej części gardła poczuła cudzy smak, a wzdłuż kości ramion rozlało się pieczenie, jakby jej żyły przez chwilę świeciły.
Mężczyzna poleciał do tyłu. Jego ciało nie stawiało oporu, jakby nagle zapomniało, że waży.
Sienna zastygła z wyciągniętymi rękami i patrzyła na własne dłonie. Zanim zdążyła cokolwiek z tym zrobić, kolejny uścisk zacisnął się na jej ramieniu.
— Nie! — wrzasnęła, otwierając oczy.
Zobaczyła bursztynowe tęczówki.
— Dziewczyno — powiedział Elias, mierząc ją zaskoczonym spojrzeniem. — Ty żyjesz.
Sienna drżała. Łzy zostawiały ciemne smugi na jej twarzy, oddech miała płytki i zbyt szybki, a kolana miękkie.
— Inga — wychrypiała.
Elias gniewnie rozejrzał się po sali.
Napastnicy poruszali się z nieludzką gracją, pewni, że to oni tutaj polowali, a nie byli ścigani. Metaliczny zapach krwi mieszał się z resztkami perfum i rozlanym szampanem.
— Że też te jebane wampiry posunęły się aż do czegoś takiego — warknął, a jego twarz wykrzywiło obrzydzenie.
Wampiry.
Sienna odłożyła to słowo gdzieś na bok. Przetworzy je później.
— Lance! — ryknął Elias przez salę. — Co ty, kurwa, wyprawiasz?!
Mężczyzna w czerwonym garniturze powoli się odwrócił. Jego złote oczy błysnęły rozbawieniem, a na białych zębach połyskiwała krew.
— Spadaj, piesku — wypluł.
Wokół niego materializowały się sylwetki o srebrnych oczach i krwi na ustach. Poruszały się z nieludzką gracją i pewnością istot, które wiedziały, że stoją na szczycie łańcucha pokarmowego.
Elias zrobił krok naprzód i ustawił się tak, żeby osłonić Siennę całym ciałem. Po drugiej stronie sali dostrzegł Lunę. Walczyła u boku kilkorga innych, a jej srebrne włosy wirowały wokół twarzy.
— Kurwa — wysyczał.
W tym samym momencie główne drzwi runęły z hukiem.
Do sali weszły trzy osoby w czarnych płaszczach o wojskowym kroju, z gwiazdami przypiętymi po prawej stronie piersi.
Strażnicy.
Na czele stał ciemnowłosy mężczyzna. Po jego bokach szli dziewczyna o krótkich brązowych włosach i chłopak z włosami tak srebrnymi, że przypominały śnieg.
Sienna patrzyła na nich przez chwilę z absurdalnym poczuciem, że skądś ich zna.
— Za późno, Strażnicy! — zaśmiał się Al. Jego śmiech brzmiał nieludzko i przeszywająco. — Świętujcie razem z nami.
Rzucił swoich ludzi w stronę nowych przybyszów.
Elias nie czekał. Szarpnął Siennę za ramię.
— Biegnij — rozkazał.
Wyprowadził ją przez boczne wyjście, potem przez ogród, labirynt przystrzyżonych żywopłotów i fontann. Nocne powietrze było zimne i niosło za nimi krzyki, trzask szkła, warknięcia oraz głuche uderzenia ciał o kamień.
Sienna się potknęła. Obcasy wbijały się w trawę.
— Zdejmij to — warknął Elias, nie zwalniając.
Kopnięciem zrzuciła szpilki. Mokra trawa była zimna pod jej stopami i boleśnie wyraźna. Czuła każde źdźbło i każdy kamyk na tle obrazów, które przelatywały jej przez głowę.
Inga osuwająca się na ziemię. Dłonie mężczyzny na jej ramieniu. Jej własne ręce wyciągnięte przed siebie i coś, co z nich wyszło.
Elias wyciągnął telefon.
— Kara. Wschodnie wyjście. Natychmiast — rzucił. — Jest kurwa źle. Wampiry. I Strażnicy.
Parking był rozległy i porzucony w pośpiechu. W samochodach pozostawiono otwarte drzwi, silniki zdążyły zgasnąć, a jeden Bentley stał z kołem opartym na krawężniku. Między pojazdami przemykały srebrnookie sylwetki.
Elias wciągnął Siennę za kamienną donicę. Wszystkie jego mięśnie napięły się, jakby szykował się do skoku.
Jeden z wampirów wywlókł wrzeszczącą kobietę z samochodu. Jej diamentowy naszyjnik błysnął w świetle księżyca.
Ryk silnika przeciął noc. Reflektory rozdarły ciemność.
Czarny SUV wdarł się z impetem na podjazd i uderzył prosto w grupę wampirów. Ciała poderwały się w powietrze. Jedno przeleciało po masce, a dwa kolejne trafiły pod koła. Samochód zatrzymał się z piskiem opon kilka metrów dalej.
— Szefie! — Z okna po stronie kierowcy wychyliła się kobieta o popielatoblond włosach i twarzy zahartowanej przez rzeczy, o które lepiej było nie pytać.
Elias popchnął Siennę do przodu, sam idąc tyłem i osłaniając ją własnym ciałem. Szarpnął tylne drzwi, wepchnął ją do środka i wskoczył za nią. SUV ruszył, zanim zdążyli je domknąć.
— Kara, znikamy — rzucił Elias, wpatrzony w tylną szybę.
— Co tu się odjebało? — warknęła Kara, omijając roztrzaskane Porsche.
— Skąd mam wiedzieć — odburknął.
Oczy Kary przesunęły się ku lusterku i zatrzymały na Siennie, jej zapłakanej twarzy oraz sukni ubrudzonej krwią.
— Szefie — rzuciła, wciskając gaz. — Kim jest ta dziewczyna? Człowiek.
— Po prostu jedź — uciął chłodno.
Sienna siedziała z plecami opartymi o zimną skórzaną kanapę i patrzyła przed siebie.
Wampiry.
Inga.
I tamten mężczyzna przy barze.
SUV pruł przez noc. Reflektory przecinały ciemność, a za nimi zostało wszystko, co płonęło.
Sienna siedziała skulona na tylnym siedzeniu, z kolanami podciągniętymi zbyt blisko klatki piersiowej i bosymi stopami opartymi o zimną skórę. Nikt się nie odzywał. Silnik mruczał równo, a Kara pokonywała zakręty z precyzją kogoś, kto co noc jeździ po zgliszczach.
Drzewa Lasu Blackthorn wyrosły przed nimi nagle. Były gęste, zbyt wysokie i zbite tak ciasno, że światło reflektorów urywało się na pierwszym szeregu pni.
Serce Sienny drgnęło.
Tu zniknął Liam.
Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale w tej samej chwili las się zmienił.
Nie stopniowo.
Jeszcze przed momentem był ciemnym borem, a zaraz potem stał się czymś innym. Drzewa tętniły od środka słabym, niebieskawym światłem, które nie miało widocznego źródła. Między pniami migały zabudowania: drewniane ściany wtopione w korę, wiszące kładki, ogrody przerastające ogrodzenia oraz dym z kamiennych kominów sączący się w leśne powietrze.
Sienna przycisnęła czoło do szyby. Szklana powierzchnia była chłodna i twarda, stanowiła jedyną pewną rzecz w tej chwili.
SUV wyhamował na polanie.
Kara zgasiła silnik.
Cisza wróciła natychmiast, gęsta i żywa, wypełniona odgłosami, które brzmiały zbyt świadomie jak na zwykły las. Gdzieś daleko między drzewami coś odezwało się niskim tonem, a odpowiedź nadeszła z drugiej strony polany, zanim echo pierwszego głosu zdążyło zamilknąć.
Z cienia między budynkami zaczęli wyłaniać się ludzie. Poruszali się ostrożnie, z napięciem widocznym w każdym kroku. Część z nich zatrzymywała się w pół ruchu, gdy dostrzegała Siennę, a w tych pauzach kryło się coś gorszego niż wrogość.
Ocena.
Elias otworzył tylne drzwi i wyciągnął do niej rękę. Twarz miał zamkniętą, oczy ciemne i skupione, a dłoń trzymał nieruchomo, bez zachęty, ale też bez zamiaru cofnięcia jej.
Sienna chwyciła go i wysiadła na chwiejnych nogach. Jego skóra była sucha i ciepła, zbyt ciepła jak na chłód nocy. Mokra trawa natychmiast wcisnęła się między jej palce, zimna i stwardniała od nocnego powietrza.
Z bliska jej zapach uderzył Eliasa, zanim zdążył o nim pomyśleć. Szczęka zacisnęła mu się sama. Tylko Kara, gdyby spojrzała w lusterko, mogłaby zauważyć ten milimetr, o który napięły się jego ramiona.
Puścił dłoń Sienny, gdy tylko odzyskała równowagę.
Szybciej, niż zamierzał.
— Tutaj jesteś bezpieczna — powiedział.
Przez tłum przeszedł pomruk.
— Co tu robi człowiek? — doleciało z lewej strony.
— Szefie, co się stało? — Wysoki mężczyzna z twarzą pooraną bliznami zrobił krok naprzód, po czym się zatrzymał. Jego oczy utkwiły w Siennie i ani drgnęły.
— Cisza.
Rozmowy ucięły się jak nożem. Powietrze natychmiast zgęstniało, a Sienna poczuła tę zmianę fizycznie, jak spadek ciśnienia przed burzą.
— Maya.
Spod czyjegoś ramienia wyśliznęła się młoda kobieta o karmelowych włosach i orzechowych oczach. Wyciągnęła rękę, a jej uścisk okazał się stanowczy i zbyt silny jak na tak drobną dłoń.
— Chodź. — Pociągnęła Siennę przez polanę w stronę budynku stojącego nieco na uboczu.
Sienna czuła na plecach kilkadziesiąt spojrzeń, ostrych niczym dotyk.
Wnętrze domu Eliasa pachniało cedrem, starym papierem i dymem. Pierwszy rzucał się w oczy gabinet ze ścianami obłożonymi ciemnym drewnem i regałami wypchanymi po brzegi skórzanymi tomami, dziwnymi artefaktami oraz mapami, z których część była zwinięta, a część rozłożona. Papiery na biurku leżały w surowym, wojskowym porządku. Przy kominku stała kanapa z wysiedzianej skóry i dwa głębokie fotele.
— Jestem Maya. — Wyciągnęła rękę z otwartością kogoś, kto nie widział powodu, żeby jej nie podać. — A ty?
— Sienna.
— Daj mi chwilę, przyniosę ci coś do przebrania. Nie możesz w tym siedzieć całą noc.
Wzrok Mayi przesunął się po sukni.
Dopiero wtedy Sienna naprawdę zobaczyła, co miała na sobie. Ciemne smugi wsiąkły w granatowy jedwab, nieregularne i rozmazane w miejscach, gdzie materiał poruszał się podczas biegu.
Krew.
Czyjaś i jej własna.
Maya wyszła.
Sienna podeszła do map wiszących na ścianie. Zaznaczone na nich linie biegły przez teren lasu i dalej. Czerwonym atramentem naniesiono kółka, cyfry oraz symbole, których znaczenia nie potrafiła odgadnąć, a jednak sam układ wydawał jej się znajomy.
Ta sama logika, którą stosowała we własnych notatnikach, śledząc zaginięcia. Siatka. Wzorzec.
Jej nogi bez ostrzeżenia zrobiły się ciężkie.
Opadła na fotel przy kominku. Stara, miękka skóra natychmiast ją otuliła, wytarta w miejscach, w których ktoś siadał wielokrotnie.
Pachniała tak samo jak Elias.
Ogień w kominku był już niski, a pomarańczowy żar tlił się niemal nieruchomo. Za oknem panowała pełna ciemność. Księżyc pojawiał się i znikał między koronami drzew.
Przed oczami Sienny stanęła Inga.
Karminowy jedwab. Kieliszek wypadający z jej palców. Jej własne imię wypowiedziane zbyt cicho, zanim głos całkiem zamilkł.
Sienna zacisnęła powieki. Mięśnie jej szczęki zadrżały pod skórą. Łzy pojawiły się bez pytania, ciepłe i powolne, po czym zaczęły kapać na skórę fotela.
Sen zabrał ją, zanim zdążyła postanowić, że nie zaśnie.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
Woda pod jej stopami była lodowata.
Sienna stała boso na czymś, co wyglądało jak posadzka, ale falowało pod każdym krokiem niczym tafla jeziora. Dół sukni nasiąkał ciemnością, a materiał robił się coraz cięższy i ciągnął ją za kostki.
Nad głową nie było niczego.
Ani sufitu, ani nieba. Tylko gęsta, ciepła czerń pochłaniająca każdy dźwięk. Sala balowa wróciła nagle, rozbłyskując światłem żyrandoli, muzyką i zapachem białych lilii.
— Sienna! — Inga biegła ku niej przez środek sali w szmaragdowej sukni, z otwartymi ramionami i rozjaśnioną twarzą.
Sienna zrobiła krok naprzód i poczuła, jak podłoże pod jej stopami zmienia gęstość. Bose stopy przylgnęły do posadzki z cichym, mokrym dźwiękiem.
— Inga — powiedziała, ale głos wyszedł jej zbyt cichy.
Przyjęła uścisk. Poczuła pod dłońmi jedwab, ciepło ramion przyjaciółki i woń jej perfum.
Wydawało się prawdziwe.
Było prawdziwe.
Potem dotarło do niej, że ramiona Ingi nie odpowiadają na uścisk.
Odsunęła się.
Twarz Ingi pozostawała nieruchoma. Usta miała rozchylone, ale nie drgnęły ani od oddechu, ani od napięcia mięśni. Po jej policzkach spływało coś ciemnego, zbyt gęstego i zbyt powolnego. Czerwone strużki wypływały spod dolnych powiek, schodziły ku żuchwie i kapały z brody na jedwab.
— Inga! — Sienna cofnęła się, a jej stopa zanurzyła się po kostkę.
Płyn był ciepły i gęsty. Metaliczny zapach wdarł się do nosa, gardła i całego powietrza naraz. Krew pod jej stopami sięgała już do łydek, a sala zwijała się od brzegów jak papier przyłożony do ognia.
Sienna odwróciła się i zaczęła biec.
Materiał sukni spowalniał każdy krok, jakby ktoś wbił haki w jej obszycie. Ciemność rosła ze wszystkich stron, a żyrandole kolejno gasły za jej plecami z mokrym trzaskiem. Nogi stawały się coraz cięższe.
Czyjeś dłonie chwyciły ją od tyłu. Były silne i pewne. Zacisnęły się na jej ramionach bez ostrzeżenia.
Sienna wrzasnęła i szarpnęła się naprzód, ale uścisk nie puścił. Odwróciła głowę.
Nie widziała twarzy.
Czuła tylko ciepłe dłonie, zapach ziemi, żywicy i czegoś ciemnego, czego nie potrafiła nazwać, choć było jej znajome w sposób poprzedzający pamięć. Palce na jej ramionach nie zaciskały się mocniej.
Po prostu ją trzymały.
Coś w niej rzuciło się ku temu uściskowi jak ku punktowi oparcia.
— Kim jesteś?! — wydarła się.
Dłonie natychmiast ją puściły.
Inne zacisnęły się na niej od przodu.
Ciepłe. Pewne.
Obróciły ją ku sobie jednym ruchem.
Bursztynowe oczy.
Elias trzymał ją za ramiona i patrzył na nią, podczas gdy krew za jego plecami podnosiła się coraz wyżej. Sięgała już piersi, potem szyi, ust—
Sienna poderwała się z fotela z urwanym oddechem.
Serce waliło jej tak mocno, że przez chwilę nie wiedziała, gdzie kończy się jej ciało, a zaczyna otoczenie. Zacisnęła palce na podłokietnikach. Skóra pod nimi była prawdziwa, stara i wytarta.
Fotel. Gabinet. Żar w kominku. Las za oknem.
Nie sala.
Nie krew.
Przełknęła ślinę. Gardło piekło ją jak po długim krzyku. Siedziała nieruchomo, dopóki drżenie jej ramion nie zaczęło słabnąć. Ogień trzaskał leniwie. Gdzieś w lesie rozległ się dźwięk przypominający głos, choć nim nie był.
Łzy pojawiły się dopiero wtedy. Ciepłe, spływały po jej policzkach bez szlochu, jak ciecz z przechylonego naczynia.
— Inga — wyszeptała w pustkę gabinetu.
Przycisnęła obie dłonie do oczu. Pod powiekami czekała ciemność, a za nią twarz przyjaciółki z czerwienią spływającą po policzkach. Sienna naparła mocniej, aż mrok rozjaśnił się od środka nieregularnymi plamami.
Szloch wyrwał się z niej bez pytania. Jeden, potem kolejny, zbyt gwałtowne i zbyt duże na jej klatkę piersiową. Skuliła się, podciągnęła kolana pod brodę i wcisnęła pięty w krawędź siedzenia. Drżała, płakała i nie próbowała już powstrzymywać żadnego z tych odruchów.
Ogień w kominku dogasał, zostawiając po sobie żar.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
Maya wróciła z ramionami pełnymi składanych rzeczy i zatrzymała się w progu.
Sienna spała skulona w fotelu Eliasa. Zaschłe ślady łez na policzkach, włosy rozsypane na skrzydle oparcia, oddech równy i głęboki.
– Ojej – wymknęło się Mayi bezgłośnie.
Odłożyła ubrania na stolik i cofnęła się o krok. Deska pod stopą zaskrzypiała.
Elias wszedł chwilę potem, krok szybki. Maya przyłożyła palec do ust i wskazała.
Stanął.
Bursztynowe oczy skupiły się na Siennie i zostały tam za długo jak na kogoś, kto tylko sprawdza, czy gość śpi. Włosy poplątane po biegu przez ogród. Bose stopy zwinięte pod suknię ubrudzoną krwią — i przez sekundę coś w rysach jego twarzy zmiękło bez jego zgody, zanim szczęka się ścisnęła i to zniknęło.
W ciszy gabinetu jej zapach uderzał inaczej niż na zewnątrz. Gęstszy. Słodszy pod warstwą dymu i strachu. I pod spodem — ta nuta, której nie umiał dopasować do niczego.
Nie Strażnik, nie wampir, nie Mag. Coś starszego, bez nazwy. Wilk poderwał się — nie stopniowo, nie jako ostrzeżenie, tylko od razu, z całą siłą rozpoznania, które mu się wyrwało zanim zdążył je zablokować. Elias zrobił krok bliżej — i dopiero wtedy go zatrzymało.
Nogi stanęły same, jakby coś w nim wiedziało, że jeszcze jeden krok to będzie za dużo. Zacisnął pięści po bokach, paznokcie w skórę dłoni.
Maya patrzyła na niego z miną, którą znał i której nie lubił.
Wyszedł bez słowa.
Maya poszła za nim.
🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍🖤❤️🩷🤍
Viktor zajął fotel przy biurku Eliasa, jakby siedział we własnym gabinecie. Rozparł się, wyprostował nogi i swobodnie przewiesił jedną dłoń przez oparcie. Zapach jego terytorium wszedł do pomieszczenia razem z nim, żywiczny, obcy, z czymś ciemniejszym pod spodem.
Elias nie spojrzał w jego stronę.
Viktor trzymał palce luźno i nieruchomo, zachowując ten pozorny spokój, który zawsze oznaczał, że myśli szybciej, niż mówi.
Luna siedziała na kanapie z nogą założoną na nogę i kreśliła palcem niewidzialne linie na kolanie.
Elias stał przy oknie. Nie tknął whisky.
— Co to, kurwa, było? — powiedział w stronę szyby.
— Mnie nie pytaj. — Luna wzruszyła ramionami. — Kto by pomyślał, że Czystokrwiści posuną się aż do czegoś takiego?
— Dlatego nie ufam papierowym paktom. — Odwrócił się. — Może czas wypchać ich z naszych terenów.
Viktor uniósł wzrok znad własnych dłoni.
— Łatwo się mówi. Lancowie są najsilniejszymi Czystokrwistymi w tej części regionu. Mówimy o kilku pokoleniach zakorzenionych w tym terenie.
— Cóż — powiedział Elias — mamy z nimi pakt o nieagresji. I oto jesteśmy.
Zapadła cisza.
Ogień trzaskał w kominku.
Luna pochyliła się nieznacznie do przodu. Jej twarz pozostawała wyrachowana jak zawsze.
— Nie sądzę, że to było wymierzone w nas. Zginęli tylko ludzie.
— Wygląda na to — potwierdził Viktor zbyt szybko.
Zmarszczka między brwiami Eliasa pogłębiła się.
Pod powiekami wróciła sala. Ciała leżące na marmurze. Perfumy, krew i bąbelki szampana stygnące w rozlanych kałużach. A pośród tego kasztanowe włosy, zielone oczy i ktoś, kto powinien był umrzeć razem ze wszystkimi innymi.
— Szukajmy dalej, aż znajdziemy coś konkretnego — uciął.
Viktor wstał jednym płynnym ruchem. Biodra, ramiona i cały ciężar jego ciała zebrały się i uniosły bez wysiłku. Podszedł do biurka, po czym zatrzymał się po drugiej stronie blatu.
Między nimi stało biurko, metr powietrza i coś gęstszego niż jedno i drugie.
— Nie będziesz mi rozkazywać — powiedział niemal przyjemnie. Głos miał niski i miękki w sposób, który w jego wykonaniu nigdy nie oznaczał uprzejmości. — Może Luna i twoje wilczki zrobią brudną robotę. Co?
Patrzył na Eliasa sekundę za długo. Oczy miał spokojne, ale pod tym spokojem czaił się ciemniejszy błysk.
Potem się odwrócił i ruszył ku drzwiom. Zamknął je za sobą tak delikatnie, że dźwięk klamki zabrzmiał niemal jak kpina.
— Pierdolony Viktor — warknął Elias.
Luna wstała i wygładziła niewidoczne zagniecenia na sukni.
— Nie dziwię mu się. — Jej głos był miękki, ale głębiej kryło się ostrze. — Nie jesteś naszym szefem. Troje z nas to alfy. Viktor jest tak samo silny jak ty i doskonale o tym wie. Nie prowokuj go bez powodu.
— Teraz go bronisz?
— Nie. — Zatrzymała się przy drzwiach i położyła dłoń na klamce, ale jeszcze jej nie nacisnęła. — Martwię się o ciebie. Ostatnio jest inny. Niespokojny. Wiesz, co z nim się dzieje, kiedy zaczyna się robić taki. — Pauza. — Cokolwiek się tej nocy stało, to większe niż nasze zwykłe przepychanki. Lancowie złamali układ. To znaczy, że każda wataha, każdy alfa będzie musiał pokazać jednolity front. Nie czas na rozgryzanie się nawzajem.
Drzwi zamknęły się za nią bez trzasku.
Elias został sam.
Podszedł do okna. Las za szybą był ciemny, spokojny i fałszywy w swoim bezruchu, pełen rzeczy poruszających się między drzewami.
Gdzieś w jego domu spała dziewczyna, która nie powinna była przeżyć. Trucizna z balu działała na ludzi. Na każdego człowieka w tej sali.
Ona żyła.
Jej zapach wiązał mu się z czymś starym i bolesnym. Ze wspomnieniem, które trzymał zamknięte, a które wracało samo, wślizgując się pod żebra jak rozgrzany metal.
Gustave.
Wilk chodził mu pod skórą i nie chciał się zatrzymać. Elias przycisnął dłoń do szyby. Szkło było pod palcami zimne i twarde.
Kim ty, do cholery, jesteś, dziewczyno.
Powieki Sienny zatrzepotały.
Sufit był nieznajomy. Drewniane belki, ciepły odcień drewna i smuga porannego światła, która przecinała zasłony i padała ukosem na pościel. Materiał pod jej dłońmi był miękki i kosztowny, a materac nie skrzypiał.
Przez kilka oddechów leżała nieruchomo, pozwalając ciału wyprzedzić myśli.
Potem myśli ją dogoniły.
Bal. Inga. Krew na marmurze. Bieg boso przez mokrą trawę.
Zamknęła oczy i ponownie je otworzyła.
Sufit wciąż tam był.
Zsunęła nogi z łóżka. Jej stopy zanurzyły się w miękkim dywanie, a palce zapadły w gęsty włos. Spojrzała w dół.
Miała na sobie jedwabną koszulkę nocną, cienką i chłodną w dotyku, sięgającą ledwie do połowy uda. Ramiączka muskały jej skórę w miejscach, gdzie wciąż czuła szorstki uścisk Eliasa.
Ktoś ją przebrał. Przez chwilę siedziała z tym jednym faktem, spokojnym i dziwnie łagodnym na tle wszystkiego innego.
Telefon leżał na stoliku nocnym. Wcisnęła przycisk, ale ekran pozostał czarny. Bateria była rozładowana.
Wyszła na korytarz.
Za dnia dom wyglądał inaczej. Odsłonięte belki przecinały sufit, wypolerowane podłogi łapały refleksy ze wschodnich okien, a na ścianach wisiały mapy i obrazy utrzymane w ciemnej palecie. Skądś dobiegał cichy pomruk przytłumionych głosów, obecnych za drzwiami i ścianami.
Dom nie był pusty.
Schodziła po schodach, przesuwając palcami po gładkiej poręczy, kiedy z dołu dobiegł stukot małych łap.
Boston terrier pojawił się na ostatnim stopniu z ogonem pracującym na pełnych obrotach i ciemnymi oczami, okrągłymi i błyszczącymi jak guziki. Zakręcił się wokół jej kostek, gorący i natarczywy w najlepszym możliwym sensie.
— No cześć — powiedziała, a głos wyszedł jej bardziej miękki, niż się spodziewała.
Przykucnęła. Psie uszy znalazły się między jej palcami, ciepłe i aksamitne.
Przez sekundę miała siedem lat i wszystko było w porządku.
Potem wróciła Inga.
Chwytała się za szyję i patrzyła na nią, a imię Sienny na jej ustach brzmiało jak pytanie bez odpowiedzi.
Palce Sienny zacisnęły się na psich uszach odrobinę za mocno.
— Przepraszam, wiesz może gdzie jestem? — szepnęła do psa.
— U mnie.
Wyprostowała się zbyt gwałtownie. Kolano jej drgnęło.
Elias siedział na skórzanej sofie z łokciem opartym o kolano. Pozostawał nieruchomy z tym spokojem kogoś, kto nie widział potrzeby udawania, że robi cokolwiek innego niż patrzy. Miał na sobie ciemne dżinsy i szarą koszulkę z długim rękawem. Poranne światło osiadało na jego zaroście i pogłębiało cień przy szczęce.
Kiedy zeszła z ostatniego stopnia, już tam był.
Już na nią patrzył.
Sienna poczuła chłód powietrza na tyłach ud w tej samej chwili, gdy jego spojrzenie przesunęło się po niej, szybko i rzeczowo, po czym wróciło do jej twarzy. Nie dość szybko, by nie zauważyła, jak ułamek sekundy wcześniej drgnął mu nos.
Mięsień przy jego szczęce napiął się minimalnie i natychmiast rozluźnił, jakby coś go uderzyło, zanim zdążył zdecydować, że nie zamierza reagować.
Szarpnęła za dół koszulki.
Pomogło mniej więcej wcale.
— Chodź tu — powiedział. — Nie gryzę.
Przeszła przez pokój świadoma każdego kroku, każdego centymetra odsłoniętej skóry i chłodu drewnianej podłogi pod bosymi stopami. Usiadła w fotelu naprzeciwko, uparcie naciągając koszulkę na kolana, choć niczego to nie rozwiązywało.
— Przepraszam, chyba zasnęłam—
— Zasnęłaś — potwierdził.
Boston terrier wskoczył na sofę między nimi i wcisnął się między ich kolana z determinacją, która nie uznawała dyplomacji. Dłoń Eliasa odruchowo odnalazła psie uszy. Duże palce przesunęły się po małej głowie w geście tak naturalnym, że musiał wykonywać go od lat.
— Biszkopt — rzucił w stronę zwierzaka.
— Hej, Biszkopt. — Dotknęła gładkiej psiej głowy.
Przez sekundę to wystarczyło.
— Mam kota. Oskara. Nigdy nie był sam tak długo.
Oskar. Pusty talerz. Mieszkanie z mapą rozłożoną na biurku i niedojedzonym bajglem.
— No właśnie. — Elias zatrzymał na niej wzrok.
Ciężar jego uwagi był niemal fizyczny. Przebijał się przez przestrzeń między nimi z precyzją, która nie miała nic wspólnego z przypadkiem.
— Nie sądzę, żebyś mogła wrócić.
— Dlaczego?
Sięgnął po pilot.
Na ekranie telewizora pojawiła się ta sama rezydencja. Żółto-czarna taśma, policyjne linie, wozy transmisyjne i reporterka w zimowym płaszczu, trzymająca mikrofon przy ustach.
— …wciąż trwa śledztwo w sprawie tego, co władze nazywają tragedią Czerwonego Balu. Urzędnicy podejrzewają zatrucie żywności jako przyczynę śmierci siedemnastu uczestników—
Sienna patrzyła na ekran.
Siedemnastu.
Ta liczba weszła jej pod żebra i tam została.
Inga była jedną z nich.
Zacisnęła dłonie na kolanach. Paznokcie wbiły się w skórę, ale nie rozluźniła palców.
— Widzisz. — Elias wyciszył głos reporterki. — Całe miasto jest postawione na nogi. Nie wiedzą, co się stało. — Spojrzał na nią. — A ty przeżyłaś.
— Dzięki tobie — wyszeptała.
— Po części.
Na mównicy pojawił się mężczyzna w czarnym płaszczu o wojskowym kroju, ze złotą gwiazdą przypiętą po prawej stronie piersi. Miał krótkie brązowe włosy i twarz pozbawioną wyrazu.
— Ten Strażnik — powiedziała powoli. — Był tam. Z tą dwójką…
— Prowadzimy dokładne dochodzenie — mówił właśnie mężczyzna na ekranie. — Strażnicy zrobią wszystko, by wyjaśnić to morderstwo.
— Ta, jasne — warknął Elias pod nosem.
Jego szczęka stwardniała, a mięsień przy żuchwie drgnął.
Wstał i ruszył w stronę kuchni.
Sienna odruchowo podniosła się za nim, bo pokój za jego plecami nagle zrobił się zbyt duży, a jej nogi nie miały pomysłu, gdzie indziej mogłyby ją ponieść.
— Co wiesz o Strażnikach? — rzucił, nie odwracając się.
— Policja rządowa?
— Niekoniecznie. — Oparł się o blat i skrzyżował ramiona na piersi.
Koszulka napięła się na jego barkach, a na przedramionach zarysowały się mięśnie. Sienna odwróciła wzrok. Nie miała teraz na to siły.
— Słyszałaś kiedyś o Istotach Nocy?
— Nie.
Przez chwilę milczał.
— Jesteś człowiekiem. I przeżyłaś. Wszyscy martwi byli ludźmi — żadna Istota Nocy nie zginęła. Ten syf był wymierzony tylko w ludzi.
Sienna stanęła przy kuchennym blacie i zacisnęła palce na jego krawędzi.
Słuchała.
— O czym ty w ogóle mówisz?
Elias oderwał się od blatu.
— Słuchaj uważnie, bo powiem to tylko raz. Świat, który znasz, to powierzchnia. Pod nią istnieje druga warstwa. Wampiry, wilkołaki, magowie, syreny — wszyscy. Prawdziwi. Obok ludzi od wieków.
Spojrzał w stronę telewizora.
— Ci ludzie na ekranie wiedzą o nas. Ich zadaniem jest pilnować równowagi, trzymać obie strony w ryzach.
Sienna zamrugała.
— Chcesz powiedzieć, że paranormalne bzdury jak wampiry, wilkołaki, naprawdę istnieją.
Nie zabrzmiało to jak pytanie.
— Nie żartuję. — Wyszedł na środek salonu. — Pokażę ci.
Stanął między nią a oknem.
Zaczęło się od oczu. Bursztyn zmienił barwę i rozjaśnił się do złotego żaru, żywego i niestabilnego niczym płomień zamknięty w zbyt małej przestrzeni.
Potem mięśnie pod jego koszulką zaczęły się przesuwać inaczej, niż powinny. Zbyt głęboko i zbyt precyzyjnie, bez bólu, który powinien temu towarzyszyć. Kości szczęki i ramion zmieniły kształt. Ciemne futro przebiło się przez materiał, który rozerwał się bez dramatyzmu, jakby po prostu przestał wystarczać.
Wilk był ogromny.
Jego barki sięgały Siennie do bioder. Czarne futro lśniło, a srebrzyste końcówki łapały światło. Oczy pozostały te same, bursztynowe, inteligentne i skupione na niej.
Sienna się nie cofnęła.
Nie wiedziała dlaczego. Może jej nogi nie otrzymały rozkazu. Może wszystko, co zostało jej tej nocy z instynktu, było zajęte czymś innym.
Powietrze zastygło jej w płucach. Zacisnęła palce na własnych łokciach.
Wilk przeszedł przez salon. Jego łapy stąpały bezgłośnie, bez ciężaru, który powinien towarzyszyć takiej masie, a sama ta cisza była niepokojąca. Zniknął w korytarzu.
W miejscu, gdzie stał, pozostał zapach sosny, mokrej ziemi i czegoś metalicznego, dzikiego.
