Poszukiwane schronienie - Catherine Cowles - ebook
NOWOŚĆ

Poszukiwane schronienie ebook

Cowles Catherine

5,0

1102 osoby interesują się tą książką

Opis

Przyjazd do Sparrow Falls miał oznaczać dla mnie nowy start. Zamierzałam ukryć się w miejscu, w którym mogłabym pozostać niezauważona. A jednak wprowadzam się do domu obok posiadłości faceta będącego jednym z przyjaciół mojego brata. Wtedy wszystko się zmienia.

 

Trace Colson widzi zbyt wiele, zadaje też za dużo pytań, a jego nadopiekuńczość staje się zarówno wkurzająca, jak i pociągająca.

 

Kiedy zagrożenie znów daje o sobie znać, to właśnie on staje między mną a mrokiem.

Lecz przebywanie w jego obecności niesie za sobą ryzyko. Ponieważ każde rozpalone spojrzenie, każdy wykradziony dotyk, powodują, że Trace kusi mnie, bym otworzyła przed nim serce, zaczęła marzyć o życiu, z którego dawno zrezygnowałam. 

 

Jedynym problemem jest to, że ten mężczyzna zmaga się z własnymi duchami przeszłości. I kiedy te napotkają moje, to może skończyć się zagładą dla nas obojga.

Na zawsze.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.                                                  Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 540

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (7 ocen)
7
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Aleksa1790

Nie oderwiesz się od lektury

Jak zawsze miło
00
Piramida40

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam.
00
Mbotka_56

Nie oderwiesz się od lektury

Kolejny raz jestem zachwycona. Piękna historia. Polecam
00
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Super Polecam kolejną do cyklu
00
agnieszkaus87

Nie oderwiesz się od lektury

Magia
00



Tytuł oryginału: Chasing Shelter

Copyright © Catherine Cowles 2025

Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Magdalena Magiera

Korekta: Karina Przybylik, Natalia Szoppa, Aga Dubicka

Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek

Projekt okładki: Hang Le

ISBN 978-83-8418-997-9 • Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

Prolog

Ellie

Dwadzieścia lat wcześniej

Wszystko było różowe. Nie, to mało powiedziane. Może kiedyś mi się to podobało. Miałam wtedy wrażenie, jakby otaczały mnie truskawkowe cukierki lub te jaskrawe kwiaty, które widziałam w rejonie Morza Śródziemnego, kiedy tata nas tam zabrał. Ale w tej chwili był tylko ten kolor i nic więcej. Wszędzie.

– Podoba ci się? – zapytała mama, wykręcając dłonie, jakby właśnie wyżymała ręcznik kuchenny. Nie żeby często myła naczynia, tak naprawdę nigdy tego nie robiła.

Rozejrzałam się po pokoju i przyjrzałam dokładnie każdemu szczegółowi: zasłonom z grubego materiału o półokrągłym wykończeniu nazwanym przez projektanta „ząbkowanymi falbanami”, a mnie kojarzyły się po prostu z ziemniakami, oraz pluszowej narzucie w delikatne bladoróżowe kwiatki. Róż był wszędzie. Ale to był jedyny kolor, jaki dostałam. W przeciwnym wypadku pozostawała nicość.

– Pięknie – odezwałam się cicho.

Ale ten wystrój wcale nie był w moim stylu.

Mama zwiesiła ramiona, a ja poczułam się jak najgorsza egoistka. Podeszła i mnie objęła.

– Próbowałam – wyszeptała.

Zacisnęłam mocno usta. Stawałam się w tym coraz lepsza, bo nie chciałam, żeby wszystkie prawdy, które nosiłam w sobie, wydostały się na zewnątrz. Żeby nie wypłynęły ze mnie niczym olej zalewający morza i zaśmiecający wszystko wokół.

– W porządku.

Kiedy projektant zapytał, co chciałabym mieć w swoim nowym pokoju, powiedziałam, że tęczę. Tata zdusił ten pomysł w zarodku, zanim cokolwiek więcej dopowiedziałam.

„Nie pozwolę na taki rodzaj niedorzeczności w naszym domu. Ludzie o naszym statusie nie dekorują tak wnętrz”.

Dom. To była jedyna niedorzeczność. W tym penthousie z widokiem na Central Park nie było nic domowego. To odkryłam już jakiś czas temu.

Bywałam w miejscach, które zdecydowanie silniej kojarzyły mi się z domem. Na przykład apartament mojej przyjaciółki Kate na Brooklynie, gdzie dominowały chaos i światło. Jej mama, artystka, pozwalała malować córce po ścianach pokoju.

Mnie nie wolno było zawiesić chociażby jednego plakatu.

– Naprawdę podoba mi się ławka przy oknie – przyznałam. I to była prawda.

Wyrwałam się mamie. Nie byłam w stanie znieść jednocześnie własnego zawodu i jej bólu. Podeszłam do wyściełanej ławki pod oknem, obitej materiałem w takie same bladoróżowe kwiaty jak narzuta na łóżku.

Chciałam mieć w pokoju feerię barw. Im jaśniej, tym lepiej. Ale przynajmniej nadal miałam moje okno.

Kiedy siadałam na poduszkach i opierałam czoło o szybę, mogłam dojrzeć parkowe alejki – moje i Linca miejsce ucieczki. On już tego nie potrzebował. Był teraz w ostatniej klasie liceum, gotowy, by wyrwać się z domu i odnaleźć wolność. Po jego wyjeździe miałam zostać tutaj sama.

Mama podeszła do mnie i wyjrzała na park, jakby również chciała tam odnaleźć swoją wolność. Nie wychodziła już tak często. Jakby sprawiało jej to za dużo bólu.

Czasami miałam wrażenie, że powoli znika na moich oczach, zamienia się w ducha, którego mogę dostrzec tylko w pewnych momentach.

Przeczesała mi włosy, których pasma wydawały się zmieniać kolory zależnie od światła, jednak przeważnie były jasnobrązowe z odrobiną blond, czasami pomiędzy nimi pojawiały się też odcienie rudego. Mama nazywała je magicznymi włosami.

– Nuda, co? – zapytała.

Uniosłam brwi w zdziwieniu i spojrzałam na nią.

Usta delikatnie jej zadrżały.

– Możesz być ze mną szczera. Nie ma w tym pokoju ani plamki prawdziwego koloru. A moja córka jest przecież tęczą.

Poczułam narastający w piersi ucisk i nagłą chęć, żeby zapłakać. Nie dlatego, że byłam smutna, ale ponieważ pamiętałam, co czułam, kiedy mama naprawdę mnie widziała. Jak to było wiedzieć, że była po mojej stronie.

– Jeszcze niechcący coś wyleję i tata się wkurzy – wymamrotałam.

Zacisnęła usta.

– Wiesz co? Wydaje mi się, że musimy coś tutaj lekko pozmieniać. W sklepie parę przecznic stąd widziałam tęczową narzutę na łóżko. Kupimy ją, a potem jeszcze kilka tęczowych poduszek. Będą się świetnie komponować z zasłonami w kwiaty i ławeczką przy oknie.

– Naprawdę? – zapytałam z nadzieją w głosie. Mama nigdy nie sprzeciwiała się tacie.

Jej jasne zielone oczy, tak podobne do moich, zamigotały odrobiną życia i przekory.

– Moim zdaniem powinniśmy wymalować coś na ścianie, jakiś mural. Tęczę nad łóżkiem.

Otworzyłam usta.

– Chcesz namalować tęczę na ścianie?

Zaśmiała się.

– No co? Nie chcesz sobie pobrudzić rąk?

Uniosłam brodę.

– Nie mam z tym problemu. – Nie byłam jak tata, nie bałam się robić czegoś samodzielnie.

Mama wyciągnęła dłonie i połaskotała mnie po bokach.

– Jesteś tego pewna? Może to się skończyć tak, że będziesz cała w tęczowych kropkach.

Zapiszczałam głośno i rzuciłam się na łóżko. Mama nadal mnie łaskotała. Turlałam się i wiłam, próbując uniknąć ataku.

– Wtedy pobrudzę cię na tęczowo.

Z progu dało się słyszeć śmiech. Niższy niż jeszcze rok temu. Kiedy zauważyłam starszego brata, wydawał mi się doroślejszy, nie przypominał już nastolatka. Z racji gry w lokalnej lidze hokeja – czego nasz ojciec nie mógł znieść – zmężniał i nabrał mięśni. Miał też odrobinę ciemnego zarostu. Starsza siostra Kate, Angeline, powiedziała mi, że Linc ma „bajeczne brązowozielone oczy”. Co za ohyda.

– Zastrasza cię tęczą. Uważaj, mamo – odezwał się Linc.

Jego oczy lśniły.

Mama uśmiechnęła się szeroko. Już od miesięcy nie widziałam u niej takiego uśmiechu.

– Dam radę. – Wyprostowała się i pociągnęła mnie, bym usiadła. – Wymalujemy tęczę nad łóżkiem Ellie. Chcesz nam pomóc?

Ciemne brwi Linca podeszły mu prawie pod samą linię włosów. Zaraz potem na jego twarzy pojawił się wyraz niepokoju, jednak szybko ukrył go pod szerokim uśmiechem.

– Jasne.

– Jasne, że nie – zadudnił nowy głos z korytarza.

Nie był to krzyk. On tak naprawdę nigdy nie krzyczał. Ale ten ton głosu powodował, że mój żołądek robił salto, ponieważ kary taty były okropniejsze i bardziej wymyślne niż to, co można by było zazwyczaj uznać za karę. On nie dawał klapsów, nie nakładał szlabanów. Zabierał to, na czym najbardziej ci zależało.

Zajęcia lub chodzenie do klubu, który się uwielbiało. Spotkania z ulubioną przyjaciółką lub dostęp do biblioteki. I zastępował je rzeczami, które w jego mniemaniu były potrzebne i bardziej odpowiednie dla młodej dziewczyny. A tak naprawdę były tym, czego nienawidziłam. Za każdym razem mój świat stawał się odrobinę uboższy.

Ciemne oczy taty błysnęły. Linc poruszył się natychmiast i stanął pomiędzy nim a nami. Wszystko zdradzający mięsień na policzku ojca pulsował w nierównym, szybkim tempie. Tata przeniósł wzrok na mamę.

– Rozmawialiśmy o tym, Gwyn.

Mama znów wykręciła dłonie. Powróciła jej nerwowość. A jednak tym razem nie ustąpiła.

– Wiem. Ale ten pokój nie odzwierciedla prawdziwej Ellie. Ona ma sześć lat. Potrzebuje kolorów, życia.

Nieprzerwane drganie policzka jako jedyne zdradzało złość taty. Naprawdę dobrze potrafiłam to odczytywać. To znak, że powinnam się ukryć.

Linc wydawał się czytać mi w myślach. Przytulił mnie mocniej i przybliżył się do mamy. Przygotowywał się.

Kącik ust taty uniósł się w czymś na wzór złowrogiego uśmieszku, który mogłabym porównać z jakimś złym charakterem z bajek Disneya.

– Jaki ty jesteś szlachetny – zwrócił się do Linca.

Oczy brata rozbłysły i rzucił:

– Nie musisz zachowywać się jak chuj tylko dlatego, że twoja sześcioletnia córka ma odwagę być dzieckiem.

Tata postąpił tylko jeden krok, ale zrobił to tak stanowczo, że aż zaciągnęłam się ostro powietrzem. Popatrzył ze złością na Linca.

– To ja cię utrzymuję. Ubrania, czesne, ten dom… Wszystko możesz stracić w jedną sekundę, jeśli tylko będę tego chciał.

Linc zacisnął zęby. W miejsce mniej wyraźnych rysów twarzy pojawiły się ostrzej zarysowane mięśnie szczęki.

– A ty… – wypluł z siebie tata, odwracając się do mnie. – Wydałem setki dolarów na urządzenie na nowo twojego pokoju, a ty chcesz to zniszczyć marnym malowidłem?

Zaczęły mi się trząść nogi. Mogłabym wiele odpowiedzieć. Nie chciałam, by wydawano wiele dolarów na projektantów i wymyślne, drogie rzeczy. Pragnęłam jedynie, by mój pokój był… mną.

– Jesteś niewdzięcznym bachorem – warknął.

– Philipie – sarknęła mama, a ja się rozpłakałam.

– Do tego beksą – mruknął tata.

– Wystarczy tego – przerwał mu Linc i wziął mnie na ręce.

Wcisnęłam twarz w szyję brata, próbując ukryć łzy.

Tata mruknął z obrzydzeniem.

– Słaba jest. Taka sama jak jej matka.

– Philipie – wyszeptała mama. – Porozmawiajmy na osobności.

– Nie, mamo – przerwał jej spiętym głosem Linc.

– Wszystko dobrze – zapewniła go.

Ale słyszałam przecież nieszczerość w jej tonie. W odczytywaniu kłamstw też stałam się naprawdę dobra. Słyszałam, jak głosy stawały się odrobinę wyższe, bardziej spięte.

– Nie, nie jest dobrze – wycedził Linc.

Przynajmniej on był szczery. Nigdy nie ukrywał tego, co czuł. Pokazywał to mimiką, tonem głosu i słowem.

– Zajmij się Ellie – wyszeptała, udając się do drzwi. Wiedziała, że tata za nią pójdzie.

Wyszli na korytarz. Słyszałam gniewne, okropne słowa, które trafiały w mamę niczym mocno wymierzone ciosy. Były to groźby. Powodowały, że godziła się na każdą jego zachciankę. Czasami tata wydawał się gorszy niż jakikolwiek zły charakter z moich książek. Bo był też mądrzejszy. A ci dobrzy nigdy nie triumfowali.

Okrucieństwo w głosie taty spowodowało tylko, że rozpłakałam się jeszcze mocniej. Linc usiadł ze mną na krawędzi łóżka i gładził mnie po plecach.

– W porządku, El Bell. Wszystko będzie dobrze.

– Nie będzie – czknęłam. Łkanie nie pozwalało mi wypowiedzieć słów w pełni. – Powinnam była nic nie mówić. To moja wina, ConCon. Mogłam lepiej kłamać.

Linc przeklął cicho.

– Nie, nie mogłaś. Powinnaś móc mówić dokładnie to, co uważasz i czujesz. Niech się pierdolą, jeśli im się to nie podoba.

Zrobiłam wielkie oczy, a potem odsunęłam się od brata i usadowiłam obok niego na krawędzi łóżka.

– To było naprawdę brzydkie słowo.

Uśmiechnął się, ale z nutą smutku.

– Ale szczere.

Bujałam stopami nad podłogą, w tę i z powrotem, raz za razem. Zaczęłam rozmyślać nad jego słowami.

– Czasami ich nienawidzę.

To uczucie było najgorsze z najgorszych – nienawiść. Nawet do ojca, który potrafił być taki okrutny. Ale tym gorzej było to czuć względem mamy. Tak bardzo chciałam, by powiedziała wszystkiemu dość, zabrała nas z bezlitosnej rzeczywistości tego domu, z tej oziębłości i znalazła dla nas miejsce, gdzie byłoby ciepło, jasno i lekko. Gdzie mogłabym oddychać.

– Wiem – stwierdził cicho Linc. Złapał mnie za dłoń i lekko ją ścisnął. – A może coś sobie obiecamy?

Popatrzyłam na niego.

– Co?

– Że nigdy nie będziemy tacy jak oni.

Zaciągnęłam się powietrzem, jakbym całą sobą przyjmowała tę przysięgę.

– Nigdy nie będziemy tacy jak oni. Nie będziemy okropni i…

– Zawsze będziemy walczyć o siebie, o to, co jest dobre – dopowiedział Linc. Jego oczy zalśniły odrobiną złotych refleksów w gasnącym popołudniowym świetle.

– Chcę być silna. Tak jak ty, ConCon – wyszeptałam.

Twarz Linca złagodniała.

– Ty już jesteś silna.

*

Dźwięk dzwonka wdarł się do moich uszu. Zaczęłam mrugać w ciemności. Kiedy wreszcie otworzyłam oczy, rozmyślałam, czy mi się to wszystko przywidziało, może przyśniło, ale potem nastąpiło stukanie do drzwi, za którymi pojawiły się stłumione głosy.

Podniosłam się z łóżka. Odrzuciłam tę głupią, różową narzutę i włożyłam kapcie. Podeszłam po cichu do drzwi. Poruszałam się tak, jakby obserwował mnie ktoś niewidzialny, kto w każdej chwili mógł mnie wydać i naskarżyć tacie. Głosy przybrały na sile. Poczułam, jak przeszywa mnie dreszcz, kiedy zacisnęłam palce na szklanej gałce.

Czekałam, nasłuchiwałam, próbując wyłapać sens rozmowy. Jednak wszystko było przytłumione. Stałam przez chwilę w miejscu. Serce biło mi mocno w piersi na samą myśl, co chcę zrobić. Przymknęłam powieki i zebrałam w sobie wszystkie siły, jednocześnie powtarzałam w myślach obietnicę, którą zawarłam tego dnia z bratem. Bardzo powoli przekręciłam gałkę i wyszłam na korytarz. Drzwi do pokoju Linca też się otworzyły.

Od razu mnie zauważył.

– Wracaj do łóżka – powiedział bezgłośnie.

Pokręciłam głową i uniosłam podbródek. Zaczynałam odnajdywać w sobie odrobinę jego siły.

Brat westchnął z irytacją, a potem sięgnął po moją dłoń. Przesuwaliśmy się ostrożnie korytarzem, oboje świadomi tego, że drewniane deski podłogowe mogą nas wydać, jeśli nastąpimy na nieodpowiednią. Staraliśmy się stąpać po dywanach rozrzuconych wzdłuż przejścia.

Kiedy zbliżyliśmy się do holu, do moich uszu doleciało kilka słów: „W północnej części stanu Nowy Jork. Most. Miejsce zdarzenia”.

Poczułam, jak ogarnia mnie dziwne, pełne niepokoju uczucie. Powodowało, że kręciło mi się w głowie i jednocześnie poczułam na sobie jakiś ciężar. Próbowałam walczyć z mdłościami, ale to tylko spowodowało, że na chwilę się rozkojarzyłam i stanęłam w nieodpowiednim miejscu. Podłoga zaskrzypiała, na co głosy od razu ucichły.

Tata wychynął zza rogu.

– Dlaczego nie jesteście w łóżkach?

– S-słyszałam głosy – wydukałam.

– Nie byliście cicho – bronił nas Linc.

Ojciec przeczesał włosy dłonią, nadając im niechlujny wygląd, który był do niego zupełnie niepodobny. Zacisnął zęby, co zwiastowało pojawienie się pulsującego mięśnia.

– Nieważne. – Przeniósł wzrok z brata na mnie, a potem jeszcze raz na niego. Chłód wpełzł w każdą część jego ciała. – Wydarzył się wypadek. Wasza matka nie żyje.

Kilka miesięcy później

Żułam polędwiczkę wieprzową przyrządzoną przez naszego kucharza. Pewnie spędził nad jej przygotowaniem parę godzin. A ja w tej chwili próbowałam nie myśleć o małym zwierzęciu, z którego zrobiono to danie. Za pierwszym razem, kiedy powiedziałam tacie, że chcę przestać jeść mięso, nie był zachwycony: „Nie chcesz jeść jak normalna osoba, w takim razie będziesz dostawać tylko wodę i chleb”.

Wytrzymałam trzy dni. Kiedy poprosiłam, by znów z nim jeść, serwował przez tydzień najrzadsze kawałki mięsa i siedział przy mnie, aż wszystko zjadłam.

Wieczory takie jak ten należały jednak do łatwiejszych. Jadł i był skupiony na dokumentach, a ja wpatrywałam się w migające światła miasta i oświetlone alejki parku. Tworzyłam historię o małej dziewczynce, która odkryła, że tak naprawdę jest księżniczką i wróżką. Królewski dwór ruszył jej na ratunek, by wydrzeć ją z rąk złego człowieka, który kiedyś ją porwał.

Stawałam się coraz lepsza w tworzeniu historii. Tak naprawdę tylko tyle teraz miałam. Tata zabronił mi spotykania się z Kate, a Linc kazał mu się pieprzyć i wybrał Uniwersytet Stanforda zamiast Harvard, jak chciał ojciec. A mama… Jej nie było.

Poczułam pieczenie pod powiekami. Tęskniłam za nią. Brakowało mi tego niewielkiego promyka nadziei, że zabierze stąd mnie i Linca. Dokądś, gdzie moglibyśmy być wolni. Nawet jeśli to nigdy by się nie wydarzyło, przynajmniej mogłam mieć nadzieję. A teraz nie było niczego, co by mi pozostało.

– Eleanor. – Głos taty był niczym uderzenie biczem.

Wyprostowałam się natychmiast i próbowałam szybko oszacować, co zrobiłam nie tak.

– Co to ma znaczyć? – dopytywał i podniósł kartkę. Papier drżał w jego dłoni, więc nie mogłam odczytać słów.

– C-co masz na myśli?

– To. – Uderzył kartką o blat stołu, aż zadrżały talerze.

Tata rzadko pokazywał po sobie złość, więc wiedziałam, że musiałam nieźle przeskrobać, cokolwiek tak naprawdę zrobiłam.

– Mówiłem, że masz wybór między dwoma instrumentami. Albo flet, albo skrzypce. Młoda dziewczyna nie uczy się gry na saksofonie.

Poczułam, jak robi mi się słabo. Szkoła żeńska, do której uczęszczałam na Upper West Side, oferowała program zajęć muzycznych w drugiej klasie. Każdy z nas mógł wybrać sobie instrument. Każdy oprócz mnie, na to wyglądało. Ale w ostatniej chwili się zbuntowałam. Byłam silna, jak Linc, i wybrałam saksofon, ponieważ brzmiał fajnie.

Nie pomyślałam, że tata się o tym dowie. Przecież nigdy nie przychodził do szkoły, pojawiał się jedynie na spotkaniach z moim nauczycielem. Zawsze wymigiwał się pracą i tym, że jest samotnym ojcem. Słyszałam to zbyt wiele razy z jego ust, by teraz to zliczyć.

Ale powinnam wiedzieć lepiej. On widział wszystko. Pewnie otrzymywał ze szkoły cotygodniowe raporty na temat mojego zachowania.

– Eleanor.

Ten ton. Natychmiast poczułam pot na plecach i zacisnęłam dłonie w pięści.

– Jestem tobą zawiedziony.

Zrobiło mi się sucho w ustach. Nogi zaczęły mi się trząść.

– Jak widać, nie jesteś gotowa na obowiązki, które na ciebie nałożyłem. Ani na przywileje.

Od razu zrobiło mi się niedobrze. Co jeszcze mi zostało? Co jeszcze mógł mi zabrać?

I wtedy to powiedział:

– Do czasu, aż udowodnisz mi, że jesteś godna przywilejów, które ci daję, nie będziesz odbywać cotygodniowych rozmów z Lincolnem…

– Tato, nie! Proszę! – Łzy pojawiły się natychmiast i zaczęły strumieniami płynąć po policzkach.

Linc pracował na dwa etaty, by opłacić niewielkie mieszkanie i uczęszczać na dodatkowe zajęcia, żeby skończyć szkołę wcześniej, ale zawsze znajdywał czas, aby do mnie zadzwonić.

Zimne spojrzenie ojca podziałało. Od razu zamknęłam usta.

– Już i tak ma na ciebie zły wpływ. Jesteś zbyt emocjonalna, buntujesz się. Nie pozwolę na to.

Wszystkie najlepsze cechy, które miałam w sobie, zawdzięczałam Lincowi. To on pomagał mi je pielęgnować. Ponieważ często był bardziej ojcem niż bratem.

Miałam zamiar ukryć przed światem te cechy. Do czasu, aż będzie wystarczająco bezpiecznie, by znów pokazać prawdziwą siebie.

– Przepraszam – wyszeptałam. – Poprawię się. Ja… proszę, nie zabieraj mi też i jego.

Wtedy tata się uśmiechnął, jakby wygrał wyjątkowo brutalną grę w racquetball1 lub doprowadził umowę biznesową do pomyślnego zakończenia. Wiedział, że wygrał.

– Cieszę się, że to słyszę, Eleanor. A teraz powiedz mi, co wybierzesz… Flet czy skrzypce?

Wbiłam spojrzenie w talerz z niedojedzonym daniem. Wiedziałam, że muszę je dojeść, bo w przeciwnym razie będzie to skutkowało kolejnymi problemami.

– Wybiorę to, co twoim zdaniem będzie najlepsze.

Uśmiech taty tylko się poszerzył.

– Od zawsze miałem słabość do fletu. Skrzypce mogą być trochę za piskliwe, nie uważasz?

Jakaś część mnie wiedziała, że mu odpowiedziałam. Odegrałam tę rolę tak, jak tego oczekiwał. Ale reszta mnie została pogrzebana głęboko, schowana przed światem tak, by nikt nie mógł mi ponownie niczego wykraść. Jedyny problem polegał na tym, że ta część też nie należała do mnie.

Rozdział 1

Trace

– Taaatusiu! – Głos Keely niczym pocisk przeciął dom. – Pasta do zębów mi eksplodowała.

Przez chwilę się nie poruszałem. Wpatrywałem się tylko w ścianę, a potem ścisnąłem grzbiet nosa w miejscu tuż pod brwiami, gdzie uwielbiały utrzymywać się moje bóle głowy. Wszystko mnie bolało. Czy to z racji sparringu z przyszywanym bratem, Kylerem, czy może z racji obezwładnienia przestępcy na tyłach Soda Pop po tym, jak próbował ukraść gotówkę z otwartej kasy – tego nie byłem pewny. Obydwie te sytuacje powodowały, że czułem się staro.

– Naprawdę, jest teraz wszędzie.

Rozbawione zdziwienie w głosie córki spowodowało, że wstałem. Chociaż moje dziecko potrafiło być słodkie, miało też zdolności do pozostawiania za sobą totalnego chaosu i zniszczenia. Ruszyłem korytarzem, poprawiając pustą kaburę. Zatrzymałem się w progu.

Zastałem tu bardziej coś na wzór miejsca zbrodni niż dziecięcej łazienki. Czerwona pasta była wszędzie. W umywalce, na lustrze, a także na całej twarzy córki.

Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w Keely. Długie, brązowe włosy miała upięte w nierówne kucyki, bo próbowała się uczesać sama. Zielone oczy, kilka odcieni jaśniejsze od moich, wpatrywały się we mnie z dołu. Córka patrzyła z odrobiną niepewności.

Skłoniło mnie to do działania.

– Musiałaś wybrać tę truskawkową pastę, no nie?

Keely zaczęła się śmiać. Właśnie taki efekt chciałem osiągnąć.

– Nie wiem, co się stało. Ja tylko nacisnęłam tubkę i BUM! – Wyrzuciła szeroko ręce, przez co jeszcze więcej czerwonej pasty wylądowało na ścianach.

Próbowałem się nie skrzywić na widok bałaganu.

– Ściskamy delikatnie, pamiętasz?

Uśmiechnęła się do mnie nieśmiało.

– Zapomniało mi się.

Zaśmiałem się i złapałem za jej różową myjkę ze wzorem w truskawki.

– Jestem pewien, że następnym razem nie zapomnisz.

– Pewnie nie – wymruczała.

W tym czasie włożyłem myjkę pod wodę.

Lekko otarłem twarz córki, próbując ją wyczyścić. Jednocześnie zerknąłem na zegarek. Pięć po ósmej. Cholera. Zacząłem czyścić ją szybciej.

Myśl, że miałbym się spóźnić, męczyła mnie. Wiedziałem, że to nie jest żaden koniec świata, ale za bardzo przypominało mi to o dzieciństwie. O tym czasie, zanim zamieszkałem z Colsonami. Kiedy dojeżdżałem do szkoły na wiele godzin po rozpoczęciu lekcji, głodny, w zabrudzonych i za małych ubraniach.

Moje dziecko nigdy nie miało czegoś takiego doświadczyć.

– Taaato, to mnie drapie – zaczęła narzekać.

– Wybacz, Keels. – Natychmiast zacząłem szorować delikatniej, próbując pozbyć się całego czerwonego klejącego żelu z jej twarzy. Odłożyłem myjkę na umywalkę, a potem uniosłem córkę i wystawiłem ją na korytarz, żeby nie weszła przypadkiem w pastę.

– Ręce do góry.

Keely natychmiast uniosła dłonie. Walczyłem ze sobą, żeby się nie roześmiać, kiedy zdjąłem z niej T-shirt w małe tęcze i podałem szczoteczkę z blatu.

– Idź, umyj zęby w mojej łazience, a potem włóż nową koszulkę.

– Kurczę, to jedna z moich ulubionych – narzekała.

Usta mi drgnęły.

– Chcesz, żeby znajomi myśleli, że nie umiesz trafić jedzeniem do buzi, kiedy wcinasz grzanki z dżemem?

Skrzywiła uroczo nos.

– Nieee. Czy muszę użyć tej twojej okropnej miętowej pasty?

– Mięta nie jest okropna.

– Piecze i smakuje jak roślina z ogrodu babci.

Pokręciłem głową.

– Na twoje szczęście kupiłem zapasową pastę truskawkową i znajdziesz ją w szafie w korytarzu. Uważaj tylko.

– Tak! – Znowu wyrzuciła obie ręce w górę i zaczęła tańczyć.

Zaśmiałem się, ale kiedy spojrzałem znowu na łazienkę, aż jęknąłem. Zerknąłem na zegarek. Pięć minut. Mogłem to zrobić. Stałem się ekspertem w czyszczeniu bałaganów w rekordowym czasie.

Otworzyłem szafkę i złapałem za ręczniki papierowe i sprej do czyszczenia, po czym zabrałem się do pracy. W trakcie sprzątania dotarło do mnie, że czerwona pasta do zębów pozostawiła różowe plamy. To wszystko naprawdę przypominało mi miejsce zbrodni.

Zacisnąłem zęby, jednocześnie szorując mocniej. Moje dziecko nie mogło mieć łazienki z ubrudzonymi kafelkami. Postanowiłem zaradzić temu później przy pomocy wybielacza.

Zrobiłem tyle, ile było w mojej mocy, pozbywając się największego bałaganu. Wyprostowałem się, a krzyk niczym pocisk znów przeciął powietrze:

– Taaatusiu! Znowu eksplodowała.

Zwiesiłem głowę i ścisnąłem sobie grzbiet nosa. Pocierałem miejsce, gdzie budowało się napięcie. Nie miałem w zwyczaju przeklinać, nie przed innymi, a w szczególności nie w obecności córki, ale do tej sytuacji pasowało tylko jedno słowo:

– Kurwa.

*

Centrum Sparrow Falls nadal tętniło życiem. Skręciłem w stronę komendy szeryfa, gdzie nie było już tak tłoczno jak wcześniej, gdyż wczesny październik oznaczał spadek liczby turystów. Ci, którzy przyjeżdżali podziwiać piękno środkowego Oregonu – wspinacze, rowerzyści górscy i miłośnicy raftingu – zostaną zastąpieni przez narciarzy i snowboardzistów, gdy tylko spadnie śnieg. Jesienią zwykle jednak panował spokojniejszy okres, który pozwalał miejscowym cieszyć się ciszą miasta.

Wjechałem na wolne miejsce, a potem wyłączyłem silnik. Dokładnie w tej samej chwili odezwał się mój telefon. Wyjąłem urządzenie z uchwytu na kubek i spojrzałem na powiadomienie na ekranie: „Kye zmienił nazwę grupy na »Rzeź w wykonaniu Trace’a«”.

Popatrzyłem nerwowo na komunikat i zaraz potem napisałem wiadomość.

Ja:

Pytałem tylko, czy ktoś wie, jak usunąć plamy z kafelków i tyle.

Powinienem wiedzieć i nie pytać o takie rzeczy rodzeństwa. Uwielbiali się ze mnie nabijać. Większość z nas może i nie była prawdziwie spokrewniona, jednak to nie oznaczało, że nasza siódemka nie zachowuje się jak każde inne rodzeństwo. Kye wprowadzał największe zamieszanie, uwielbiał się z nami droczyć.

Kye:

Od zawsze wiedziałem, że masz w sobie ciągoty do morderstw i ukrywasz to wszystko pod fasadą prawilności.

Rhodes:

Oprawię to zdjęcie. Albo zobaczę, czy uda się Lolli stworzyć z niego wersję z diamencików.

Skrzywiłem się jeszcze bardziej, gdy przeczytałem wiadomość siostry. Kiedy miała trzynaście lat, zamieszkała z Colsonami. Straciła rodzinę w pożarze i była wyjątkowo zżyta z naszą babcią – kobietą, która niestety zasłynęła z tego, że tworzyła niepoprawne dzieła z diamencików. To zdjęcie nie byłoby jednak wystarczająco zboczone dla babci, żeby stworzyć z niego obraz.

Ja:

W zaufaniu podzieliłem się zdjęciem mojej łazienki.

Fallon:

Jestem pewna, że Keels wystrzeliła tę pastę aż na sufit.

Jeśli myślałem, że łazienka córki wygląda tragicznie, to nie równało się to z tym, co zastałem u mnie. Nie miałem już czasu, by posprzątać przed wyjściem i odwiezieniem dziecka do szkoły. Sama nawet myśl o powrocie do takiego domu powodowała, że stawałem się nerwowy.

Ja:

A ja jestem pewien, że to coś gorszego niż twoje brokatowe bomby.

Fallon:

Są najgorsze. Dlatego właśnie trzeba na mnie uważać.

Siostra była najcudowniejszą osobą o wielkim sercu o dużej wrażliwości, najlepszą osobą na świecie, ale słynęła też z dość kreatywnej mściwości. Gdy zaszło się jej za skórę, nie było ucieczki. Takie cechy sprawiały, że nadawała się idealnie do roli pracownika opieki społecznej w Służbie Ochrony Dziecka. Choć to, że brała udział w niebezpiecznych sytuacjach, nie było dla nikogo z nas łatwe.

Kye:

Trzymaj się ode mnie z daleka z tym okropieństwem.

Fallon:

To wszystko zależy od tego, czy ZNOWU będziesz jechał za mną na moje kolejne wizyty domowe.

Kye:

Jeśli po zmroku pojedziesz do nieciekawych dzielnic, to na bank też się wybiorę.

Zacisnąłem zęby. Fallon była zdeterminowana, by bronić się sama, i czasami graniczyło to już z głupotą i sprowadzaniem na siebie niebezpieczeństwa. To z kolei doprowadzało Kye’a i mnie do szału. Jego w szczególności. Tę dwójkę łączyła więź, która wykraczała poza słowa, rozumieli się jak nikt inny. Gdy Kye zamieszkał z nami w wieku szesnastu lat, pełen wściekłości na świat i wyrwany z okropnej sytuacji, w której się znalazł, tylko Fallon była w stanie do niego dotrzeć.

Fallon:

W takim razie przygotuj się na wpierdol.

Wysłała emotkę z eksplozją brokatu. Wiedziałem, że Kye’owi przyjdzie zapłacić za ostatnie nadopiekuńcze działanie.

Ja:

Jeśli żadne z was dupków nie ma zamiaru mi pomóc, wybieram się do pracy.

Shep:

Uważajcie, użył słowa „dupki”. Już blisko z tego do określenia na „k”. Wszyscy mamy przekichane.

Ja:

Nienawidzę was wszystkich.

Wyciszyłem czat, ale zauważyłem, że nie było żadnych wieści od Arden i Cope’a. Brat wrócił do Seattle, zaczął znów trenować, a jego narzeczona, Sutton, i jej syn, Luca, pojechali wraz z nim. Za to Arden pewnie zaszyła się w domu ze swoim narzeczonym, Lincem, albo zatraciła w malowaniu lub rzeźbieniu. Wysłałem im szybkie wiadomości, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku.

Upewnianie się każdego dnia, że rodzeństwo ma się dobrze, było czymś kompulsywnym, wiedziałem o tym. Ale większość z nas wywodziła się z trudniejszych warunków, przeszła przez system – z powodu straty bliskich, braku opieki czy doświadczenia przemocy. Nawet rodzone dzieci Nory, Cope i Fallon, przeżyły trudne chwile, ponieważ w młodym wieku straciły ojca i brata w wypadku samochodowym.

Przypominało mi to, że nikt nie doświadczał w życiu tylko szczęścia, zdarzały się też tragiczne sytuacje. Niedawne wydarzenia potwierdzały to tylko dosadniej. Sama ta myśl spowodowała, że napięcie znowu wróciło. Miałem silną potrzebę, by zadzwonić do szkoły i sprawdzić, co u Keely, ale zwalczyłem ją i wysiadłem z SUV-a.

Ruszyłem do drzwi wejściowych na komisariat. Byłem wdzięczny za lekki, wyczuwalny chłód. Po rekordowych temperaturach w lecie wszyscy byli już gotowi na jesień.

Gdy wszedłem do środka, mężczyzna po dwudziestce podniósł wzrok zza biurka i się uśmiechnął.

– Witam, szeryfie.

– Cześć, Fletcher – przywitałem się. – Masz cokolwiek naglącego na dzisiaj?

– Tylko górę roboty papierkowej z wczorajszego aresztowania. Niezłe powalenie przestępcy, tak w ogóle.

Strzeliłem kręgami szyjnymi, próbując ulżyć sobie choć odrobinę w utrzymującym się bólu.

– Robię się za stary na takie rzeczy.

Fletcher pokręcił głową. Dzięki temu ruchowi jego jasnobrązowe włosy opadły mu na oczy. Wyglądał jak kwintesencja rozgrywającego z college’u. Młody chłopak, który nie miał żadnych trosk.

– Niemożliwe.

Fuknąłem.

– Mam trzydzieści sześć lat, a nie dwadzieścia sześć. Dla organów ścigania jestem już praktycznie w wieku geriatrycznym.

– Jak pan uważa, szeryfie.

Zbyłem go gestem.

– Pójdę wypełnić te dokumenty i pewnie przyłożyć sobie lód do pleców.

Przeszedłem przez open space i znajomy pomruk różnych głosów napełnił mi uszy. Niektórzy wstrzymywali się z rozmową, by się przywitać, inni tylko na powitanie unosili podbródek. Will Wright udał, że w ogóle mnie nie widzi, jakby to był jakiś rodzaj gry o dominację. Temu funkcjonariuszowi marzyła się władza. Takie zapędy sprawiały, że stawał się nierozważny i niebezpieczny. Ale jak na razie nie zrobił niczego, za co mógłbym go zwolnić.

– Hej, szeryfie – powitała mnie Beth Hansen. Niosła w jednej ręce kanapkę z jajkiem, a w drugiej telefon.

– Witaj, Beth.

– Zostawiłam ci kanapkę na biurku.

– Dzięki – bąknąłem. Udało mi się przygotować śniadanie dla Keely, ale nie dla siebie.

– Lizodup – wymamrotał Will.

Beth popatrzyła na niego ostro.

– Gdybyś nie był takim dupkiem, przyniosłabym i tobie. Ale niektórzy nigdy się nie zmieniają.

Frank Smith zarechotał przy biurku i poklepał się po brzuchu.

– Moja kanapka smakuje naprawdę dobrze, Wright.

Pokręciłem głową i ruszyłem do gabinetu. Nie miałem siły, by zabawiać się w sędziego w trakcie słownych przepychanek podwładnych. Poza tym wiedziałem, że Beth potrafi o siebie zadbać. Nie odebrałaby tego dobrze, gdybym wkroczył do akcji.

Wszedłem do gabinetu i nagle się zatrzymałem. Moim oczom ukazał się przyjaciel i osobisty zastępca, Gabriel Rivera. Siedział na krześle naprzeciwko biurka.

– Jeśli wykradłeś mi kanapkę, będziemy mieli do pogadania.

Gabriel uniósł wzrok, ale w jego minie nie było żadnego rozbawienia, chociaż spodziewałem się je tam odnaleźć.

Uśmiech zniknął też z mojej twarzy i zamknąłem za sobą drzwi.

– Co się stało?

Popatrzył na mnie i bez owijania w bawełnę powiedział:

– Chodzi o twojego tatę. Wyszedł.

W uszach buzowała mi krew. Zacisnąłem szczękę tak mocno, że cudem nie pękł mi żaden ząb. Wyszedł. Nie ze szpitala czy SPA, lecz z więzienia.

Tam, gdzie go wysłałem, gdy miałem dwanaście lat.

Poprzysiągł, że za ten wyrok jeszcze mu zapłacę.

I teraz miał szansę się zemścić.

Rozdział 2

Ellie

Nacisnęłam na hamulec, co sprawiło, że mój nowy, mały SUV delikatnie się zakołysał. Zatrzymałam się na jednej z sygnalizacji świetlnych Sparrow Falls. W sumie były tu tylko trzy. W całym miasteczku. Różniło się to jedynie „ociupinkę” od nieprzystępnego krajobrazu Manhattanu.

Ale kiedy obserwowałam główną ulicę ciągnącą się przez całe miasto, rozumiałam, dlaczego brat zakochał się w tym miejscu. Góry i lasy otaczały tę mieścinę niczym strefa ochronna. Powietrze miało rześką przejrzystość, sprawiało, że z każdym oddechem człowiek czuł, jakby pozbywał się problemów, a sklepy oraz restauracje znajdujące się wzdłuż Cascade Avenue były urocze i jedyne w swoim rodzaju.

Ktoś za mną cicho zatrąbił. Zdałam sobie sprawę, że światło zmieniło kolor na zielony. Nawet klaksony były tu łagodniejsze. Przeniosłam stopę z hamulca na gaz i samochód ruszył do przodu.

Skrzywiłam się. Zrobiłam prawo jazdy, gdy miałam osiemnaście lat, ale nie potrzebowałam go za bardzo, by poruszać się po Nowym Jorku. Jeszcze dwa tygodnie temu nie posiadałam żadnego auta, a dziś jestem właścicielką RAV4.

Bradleyowi nie przypadłby ten samochód do gustu. Nalegałby na coś powściągliwego, ale niewyobrażalnie drogiego. Najlepszy z najlepszych Mercedes lub Maserati. Coś w czerni lub metalicznej szarości.

W ostatniej chwili zmieniłam u dealera kolor z białego na rubinową perłę. Samo wypowiedzenie tej nazwy sprawiało, że zaczęły mi się pocić dłonie. Miałam wrażenie, jakby to był mój pierwszy sprzeciw od wielu lat. I było mi z tym dobrze.

Poruszyłam palcami na kierownicy. Nadal napawałam się tą lekkością na lewej dłoni, dokładniej na serdecznym palcu, gdzie kiedyś znajdował się pierścionek z diamentem. Ten, który przypominał mi bardziej łańcuch niż obietnicę wspólnego życia. Jedyną pozostałością po nim była delikatna opalenizna, ale miałam zamiar się jej pozbyć wraz ze wszystkimi wspomnieniami o mężczyźnie, którego mój ojciec wybrał dla mnie na męża.

Jadąc Cascade Avenue, minęłam The Mix Up – jedyne miejsce, w którym mogłam zaspokoić swoje uzależnienie od babeczek – następnie Soda Pop, potem restaurację z najlepszymi burgerami w okolicy oraz komendę szeryfa. Zmusiłam się, by odciągnąć spojrzenie od tego ostatniego budynku, ponieważ moje myśli wypełniło wspomnienie ciemnych zielonych oczu dostrzegających zbyt wiele.

Nie dzisiaj.

To był dzień nowych początków i pierwszego miejsca, które miało być tylko moje. Z penthouse’u ojca przeniosłam się do apartamentu z Bradleyem, więc nigdy nie miałam własnej przestrzeni. Ale to wszystko miało się zmienić właśnie dziś.

Włączyłam kierunkowskaz i wykonałam odrobinę zbyt szeroki skręt w boczną ulicę. Wiedziałam, że przed pojawieniem się pierwszego śniegu muszę poćwiczyć jazdę samochodem. Na szczęście mój nowy, wynajęty dom znajdował się blisko centrum, więc mogłam też wybrać się gdzieś na piechotę, jeśli tego bym potrzebowała lub chciała. Kiedy pojechałam trochę dalej, ulice zamieniły się w osiedle domków jednorodzinnych w urokliwym stylu rzemieślniczym, otoczonych ogrodami, co zdradzało, że ludzie zamieszkujący to miejsce są dumni ze swoich domostw.

Skręciłam w Lavender Lane i się uśmiechnęłam. Tu budynki były odrobinę bardziej od siebie oddalone, a ogródki większe. Przejrzałam naprawdę wiele ofert wynajmu – mieszkań nad lokalami, domów gościnnych poza miasteczkiem i w końcu znalazłam. Tutaj było idealne miejsce.

Budynek pomalowano lawendowym kolorem, odpowiadającym nazwie ulicy. Nic tu nie było szablonowe. Począwszy od krasnoludków ogrodowych z przodu, po witraże wiszące w każdym oknie. Z zewnątrz był feerią kolorów i przemawiało to do tej części mnie, którą lata temu ukryłam przed światem.

Wjechałam na podjazd, gwałtownie się zatrzymałam, po czym wysiadłam i odetchnęłam powietrzem centralnego Oregonu. Odwiedzałam już wcześniej górskie miejscowości: Aspen, Vail, Tahoe, a nawet Alpy Szwajcarskie, ale tu powietrze było inne, miało niepowtarzalny zapach.

Usłyszałam klakson, a potem znajomy Range Rover zatrzymał się tuż za moim SUV-em. Drzwi od strony pasażera otworzyły się jeszcze przed wyłączeniem silnika. Kobieta o ciemnych włosach i hipnotyzującym spojrzeniu wyskoczyła na zewnątrz. Tuż za nią pojawił się wielki pies.

Arden podeszła do mnie. Jej oczy błyszczały.

– Dzień przeprowadzki. Jak się czujesz?

Uśmiechnęłam się do narzeczonej brata.

– Jestem podekscytowana. Gotowa, żeby urządzić tu moje własne miejsce.

– Nie powinnaś wyskakiwać z samochodów – zawołał Linc, trzaskając drzwiami dla podkreślenia wypowiedzianych słów. Jednocześnie spoglądał ze złością na Arden.

Ona przewróciła tylko oczami.

– Kowboju, lekarz tydzień temu stwierdził, że jestem całkiem zdrowa. Mogę się wybrać na sparing z Kye’em, jeśli tylko będę tego chciała.

Nie powinna była tego mówić. Linc tylko bardziej się skrzywił. Jego zielonobrązowe spojrzenie spochmurniało.

– Nadal musisz uważać.

– Czyżby? – rzuciła wyzywająco.

– Niebezpieczna – warknął. – Nie każ mi cię związywać.

Usta Arden zadrgały.

– Ach, te obietnice.

Twarz Linca złagodniała. Wziął dziewczynę delikatnie w ramiona i przesunął ustami po jej skroni.

– Po prostu chcę, żebyś uważała.

Poczułam ból w piersi, schylając się do Brutusa, by go pogłaskać. Zrobiłabym wszystko, żeby nie myśleć o tej tęsknocie, która odzywała się gdzieś głęboko we mnie. Brat odnalazł najlepszą możliwą rodzinę. Colsonowie byli ciepłymi i akceptującymi go osobami, takimi ludźmi, którzy zawsze się wspierali. A Arden i Linc tego właśnie potrzebowali. W szczególności po tym, jak mój ojciec próbował tę dwójkę rozdzielić i zniszczyć ich szczęście.

Brutus położył mi na ramieniu wielki łeb. Objęłam go. Wydawał się zawsze wiedzieć, kiedy potrzebuję odrobinę więcej pocieszenia i naprawdę mi to dawał.

– Powinnaś mieć psa – stwierdziła Arden, przebijając się przez mój natłok myśli.

Popatrzyłam na nią i się uśmiechnęłam.

– Prawda.

– A czy pani Henderson pozwoli ci na zwierzaka? – zapytała z nadzieją. – Miała kilka kotów.

Kobieta, która kiedyś tu mieszkała, przeprowadziła się do domu seniora po tym, jak upadła i złamała biodro. Nie była jednak gotowa na sprzedaż tego miejsca, dzięki czemu zyskałam możliwość wynajęcia go.

– Powiedziała, że mogę je trzymać, o ile wpłacę depozyt.

Linc przyglądał mi się uważnie. Gdy Arden w pełni wyzdrowiała po zadanych jej obrażeniach z rąk mojego ojca i jego pomocnicy, Linc skupiał się na mnie o wiele częściej, niż bym sobie tego życzyła. Był zbyt spostrzegawczy, a ja nie potrafiłam kłamać. To był kolejny powód, dlaczego potrzebowałam znaleźć się z dala od niego i Arden.

– Może powinnaś trochę poczekać. Wiele ostatnio się zmieniło w twoim życiu – powiedział łagodnie Linc.

Zerwanie z narzeczonym? Odhaczone. Zrezygnowanie z dobrze płatnej pracy projektanta wnętrz? Odhaczone. Przeprowadzka na drugą stronę kraju? Odhaczone. Przyglądanie się temu, jak mój tata wylądował w więzieniu? Odhaczone.

– Czasami lepiej zrobić coś raz, ale porządnie. – Przynajmniej taką miałam nadzieję. Jeszcze nie siedziałam w kącie i nie bujałam się w chorobie sierocej. Jeszcze.

Linc się skrzywił.

– Może jeszcze przez chwilę powinnaś się u nas zatrzymać? Do projektu nowego domu dodałem domek dla gości. Mogłabyś go mieć na wyłączność.

– Kowboju. – Arden położyła dłoń na jego klatce piersiowej. – Ellie jest dorosła. Chce mieć swoje miejsce. To jest dla niej dobre.

Brat tylko bardziej się zmarszczył.

– Ja po prostu…

– Kochasz ją. To naturalne, że się o nią martwisz, ale tutaj nic jej nie grozi.

Ściągnęłam brwi.

– A to dlaczego?

– Chodzi jej o to, że Trace dołączył cię do listy patrolowanych miejsc – wytłumaczył szybko Linc.

Trace.

Brat Arden i najprzystojniejszy mężczyzna, który widział mnie w najgorszym momencie życia. W moich myślach znów pojawiły się ciemne zielone oczy. Było w nich dużo troski, ale też zdrowa szczypta wkurzenia.

– Nie musi tego robić – wycedziłam przez zęby, prostując się.

Arden popatrzyła na Linca, a potem znowu spojrzała na mnie. Następnie pokręciła głową.

– Nie mam zamiaru mieszać się między waszą dwójkę. El, mamy zakupy, zaopatrzyliśmy ci kuchnię.

Skrzywiłam się. To kolejna rzecz, którą miałam się od teraz zajmować. Gotowanie. Mieszkanie w Nowym Jorku oznaczało restauracje na każdym rogu i najlepsze dania z całego świata. Sparrow Falls miało kilka dobrych miejsc, ale zdecydowanie nie wystarczająco dużo, by starczyło na siedem dni w tygodniu.

– Jeszcze spali dom – wymruczał Linc, przytulając mnie.

– Nieprawda – fuknęłam.

W oczach brata widoczne było rozbawienie.

– W college’u przynajmniej się nauczyłem, jak gotować wodę na ramen.

Ponieważ tylko na to było go wtedy stać. Brat się nie ugiął, gdy nasz ojciec odciął go od pieniędzy. Wywalczył stypendium i wziął pożyczki, żeby było go stać na college, który sobie wybrał. Ale ja tak nie działałam. Nie wychylałam się, poszłam na Uniwersytet Columbia i mieszkałam w domu, jak chciał tego tata.

Pojawiła się we mnie złość. Ale nie na ojca, lecz na siebie, bo godziłam się na to wszystko. Chciałam studiować malarstwo na Savannah College of Art and Design, ale to miejsce było zbyt hippisowskie jak na gust Philipa Pierce’a. Dlatego się ugięłam, bo nie chciałam robić problemu. Nie wiedziałam wtedy, że płaszczę się przed mordercą.

– Hej. – Linc ścisnął mnie lekko za ramię. – Wszystko dobrze?

Uniosłam wzrok i zmusiłam się do uśmiechu.

– Świetnie. Myślę tylko o tym, co za kulinarne mistrzostwo ci zaserwuję, żebyś cofnął swoje słowa.

Linc się zaśmiał.

– Nie uwierzę, dopóki tego nie zobaczę.

*

Ułożyłam ostatnie pudło w salonie i przyjrzałam się wnętrzu. Chociaż na zewnątrz domek był kolorowy i cudaczny, to w środku wypadał dość… blado. Meble miały neutralne barwy, jedynym kolorowym akcentem były poduszki dekoracyjne. Za bardzo przypominało mi to moją dziecięcą sypialnię. A także apartament, który dzieliłam z Bradleyem, i ulubioną estetykę mojej firmy projektowej.

Zaczęłam bujać się na stopach i wyobrażać sobie, czym mogłaby się stać ta przestrzeń. Wyobrażałam sobie kolory, tekstury, których mogłam użyć, by ożywić wszystko. Nie byłam jednak pewna, jak chciałabym, by wyglądało moje życie. Do tego radziłam sobie tak długo bez kolorów, że nie miałam pewności, które z nich są moimi ulubionymi.

Moje życie nie tylko barw było pozbawione. Ominęło mnie tak wiele. Ale nie mogłam zmieniać od razu wszystkiego.

Sięgnęłam po telefon do kieszeni dżinsów i podeszłam do torby z wielkimi zakupami z hipermarketu. Wyciągnęłam przenośny głośnik, podłączyłam do niego komórkę i otworzyłam aplikację z muzyką. Potrzebowałam tylko paru minut przeglądania piosenek, żeby się uśmiechnąć.

„Hity boysbandów”.

Nacisnęłam „odtwórz” i pomieszczenie zalały dźwięki piosenki *NSYNC – Tearin’ Up My Heart. Moje młode, nastoletnie serce zaczęło się bardzo radować.

Żegnaj ciszo.

Zabrałam się za wypakowywanie wszystkiego, co kupiłam przez kilka ostatnich dni, a potem zaczęłam wyciągać rzeczy z walizek przywiezionych z Nowego Jorku. Zostawiłam za sobą całą szafę ubrań. Podejrzewałam, że Bradley wszystko porwie w strzępy, żeby zrobić mi na złość.

Ale to się nie liczyło. Tamta garderoba była tak samo nudna jak ściany mojego mieszkania. Miałam kupić sobie nowe ubrania, które odpowiadałyby prawdziwej mnie, tej, którą jeszcze nie do końca znam.

Kiedy skończyłam już wyciągać i układać dużą część nowych rzeczy, zdałam sobie sprawę, że umieram z głodu, a do tego jestem strasznie spocona. Chłopaki z Backstreet Boys piosenką Everybody zagrzewały mnie do dalszego działania. Szłam do kuchni, bujając biodrami do rytmu.

Rozejrzałam się dookoła i próbowałam zdecydować, co mogłabym teraz szybko przygotować. Zdecydowanie nie mogło to być coś, co wymagałoby wiele zachodu. Może mogłabym się zapisać na lekcje, żeby lepiej poznać tajniki gotowania?

Podeszłam do lodówki i otworzyłam zamrażarkę. Uśmiechnęłam się szeroko. Arden dobrze mnie znała. Przegródki były wypełnione po sam brzeg mrożoną lazanią, paczkami warzywnych stir-fry oraz całym szeregiem innych dań. Jednak przeprowadzka wymagała tylko jednej rzeczy – pizzy.

Złapałam warzywną wersję i przeczytałam instrukcję przygotowania. Nie wydawało się, aby miało być to trudne zadanie. Podeszłam do piekarnika, który wyglądał na starszy niż hit Backstreet Boys wybrzmiewający w tej chwili z głośników. Przekręciłam gałkę na pieczenie i ustawiłam temperaturę na dwieście dwadzieścia stopni. Szybko wyciągnęłam pizzę z plastikowego opakowania i ułożyłam ją na stojaczku, po którym było widać, że zdecydowanie był wykorzystywany niejednokrotnie w tym domu.

Po upewnieniu się, że światełko oznaczające nagrzewanie piekarnika jest włączone, ruszyłam na schody. Teren przynależny do wynajmowanego przeze mnie domu był bardzo duży, ale sam budynek dość mały. Były tu dwie sypialnie, łazienka, osobna toaleta, malutki salon oraz gabinet na parterze. Ale tego właśnie potrzebowałam, to było dla mnie coś wielkiego, bo było moje.

Sięgnęłam po świeże ubrania i ruszyłam pod prysznic. Odkręciłam wodę, rozebrałam się i zostawiłam wszystko na podłodze. Uśmiechnęłam się odrobinę szaleńczo.

Mogłam zostawić tak ubrania na cały tydzień, jeśli tego chciałam. Nie czekały mnie z tego powodu uniesione pytająco brwi, zmarszczone czoło czy obrzydzenie na twarzy Bradleya. Nie czekały żadne ostre wyrzuty ojca, który twierdziłby, że jego córka nie będzie żadnym niechlujem. Mogłam pozbierać te ubrania, kiedy uznam to za stosowne.

*NSYNC jakby czytali mi w myślach, ponieważ kiedy tylko weszłam pod strumień wody, z głośników popłynęło Bye, Bye, Bye. Dźwięk niósł się po domu. Wyśpiewywałam słowa na całe gardło, myjąc włosy i twarz. Po prysznicu poczułam się lepiej, może lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.

Zakręciłam kurek, osuszyłam ciało i wycisnęłam wodę z włosów. Sięgnęłam po bieliznę i aż się uśmiechnęłam. Była całkiem niedorzeczna. To był impuls w jednym z tych dużych sklepów, które odwiedziłam, gdy przygotowywałam się do przeprowadzki. Byłam pewna, że wzór przeznaczony był dla dzieci, ale ani trochę mnie to nie obchodziło.

Tęcze, które dekorowały materiał, przypominały mi o tym, kim chciałabym znów się stać, gdybym się nie bała po to sięgnąć. Włożyłam majtki, a potem sięgnęłam po braletkę. Koronka była w odcieniu kremowej bieli, ale miałam plan znaleźć sobie coś jaśniejszego. W miasteczku mieścił się mały butik, w którym możliwe, że udałoby mi się znaleźć coś bardziej kolorowego. A jeśli by się nie udało, zamówię coś online.

Zanim jednak wymarzyłam sobie kolory, nagle po pomieszczeniu rozległo się przeraźliwe piszczenie. Przypominało mi ono alarm o nadciągającym tornado.

Czy w Oregonie zdarzają się tornada?

Nie miałam pojęcia, ale wybiegłam szybko z łazienki i wtedy poczułam swąd.

Dym.

– Cholera, cholera, cholera! – Zbiegłam po schodach do kuchni. Z piekarnika kłębami wydobywał się dym. Próbowałam przypomnieć sobie, czy to taki rodzaj pożaru, który mogłabym ugasić wodą. Okręciłam się w poszukiwaniu gaśnicy lub jakiegoś dzbanka. Wycie alarmu mieszało się z dźwiękami popowej piosenki z lat dziewięćdziesiątych.

Przysięgłabym, że zaraz dołączył do tego kolejny dźwięk. Uderzanie. Ale za bardzo przejmowało mnie to, że mogłabym za chwilę wysadzić siebie i dom w powietrze, żeby poszukać źródła nowego odgłosu.

A powinnam była to zrobić.

Ponieważ w jednej chwili gorączkowo otwierałam szafki, a w kolejnej zobaczyłam, jak wściekły mężczyzna wparowuje do kuchni. Patrzyłam ze zdziwieniem, jak zdecydowanym ruchem otwiera piekarnik i psika czymś do środka, by ugasić płomienie.

Kiedy się wyprostował, mogłam w końcu dobrze mu się przyjrzeć. Wcześniej nie miałam ku temu szansy. Ciemne włosy, nadal mokre po prysznicu. Zielone oczy, których kolor przywodził na myśl zieleń w głębi lasu. Zarost pokrywający mocno zarysowaną szczękę. I znoszona koszulka szeryfa hrabstwa Mercer. Taka, która idealnie nadawałaby się do spania.

– Trace?

Rozdział 3

Trace

Nie wiedziałem, gdzie podziać oczy. Gdziekolwiek spojrzałem, widziałem jej skórę. Cholernie dużo piękna, zbyt wiele.

Do tego włożyła niedorzeczne, mieniące się tęczami majtki.

Bycie uroczym i pięknym zarazem to mieszanka wybuchowa. W szczególności kiedy sprawa tyczyła się Ellie Pierce. Była taka promienna i niedorzeczna. Ale miała też swoje tajemnice. A ja nie za dobrze znosiłem sekrety.

– Co ty robisz, do cholery? – warknąłem.

Otworzyła szeroko usta.

– Próbuję podgrzać pizzę?

– Mogłaś spalić całą chałupę. Co ty w ogóle robisz w domu pani Henderson? – Chciałem zapytać, co robiła tu półnaga, ale nie potrzebowałem myśleć o tym jeszcze bardziej, niż już to robiłem.

– Yyy, ja tu mieszkam.

O nie, nie, nie.

Podszedłem do okna i otworzyłem je, żeby wywietrzyć pomieszczenie i pozbyć się dymu. Ostatnie, czego było mi trzeba, to mieszkająca tuż obok Ellie. Była chodzącym pokuszeniem, a do tego samymi problemami. A ja powinienem trzymać się z dala od nich, ponieważ mam córkę, o którą muszę dbać. Potrzebowałem bezpieczeństwa, stabilizacji i przewidywalności. A Ellie była tęczowymi fajerwerkami.

Sztucznymi ogniami i sekretami.

Odwróciłem się i chciałem wydłubać sobie oczy. Opalone ciało, jasnozielone oczy i włosy, które nie do końca mogły się zdecydować, jaki mieć kolor. A do tego te krągłości. Mój kutas drgnął.

Koniec. Miałem wylądować w piekle.

– Na miłość boską, włóż to. – Ściągnąłem z siebie koszulkę i podałem jej.

Ellie oblała się rumieńcem, przez co stała się tylko piękniejsza.

– Wybacz, ja… yyy… właśnie wyszłam spod prysznica.

– Pogarszasz tylko sprawę – jęknąłem, łapiąc się za grzbiet nosa.

Włożyła koszulkę.

– Lepiej? – Jej spojrzenie padło na moją klatkę piersiową. Przesuwała wzrokiem w sobie tylko znanych kierunkach.

Nie potrzebowałem tego wiedzieć czy widzieć.

– Nie do końca – burknąłem.

Zawstydzenie Ellie zamieniło się w lekkie rozdrażnienie.

– Czy ktoś ci kiedyś mówił, że jesteś marudą?

– Prawie wywołałaś pożar w sąsiedztwie.

– A ty włamałeś się do mojego domu.

Zrobiło mi się gorąco, ponieważ Ellie miała rację.

– Mam klucz.

Popatrzyła na mnie spod byka. W bladych zielonych tęczówkach zaiskrzyła odrobina charakteru.

– Dlaczego masz klucz do MOJEGO domu?

– Ponieważ mieszkam obok.

Otworzyła szeroko usta i zrobiła wielkie oczy.

– Nie, niemożliwe.

Teraz bawiłem się o wiele lepiej niż chwilę wcześniej. Frustracja lekko odpuściła.

– Chcesz, żebym ci to udowodnił?

Fuknęła w odpowiedzi.

– Ten mój pieprzony, mieszający się we wszystko brat – burknęła pod nosem. Zaczęła chodzić po kuchni, ewidentnie czegoś szukała.

Skrzywiłem się.

– Co masz na myśli?

– Linc nalegał, że wybierze się ze mną na wszystkie prezentacje mieszkań. I za każdym razem znajdował coś, co mu nie odpowiadało, co nie byłoby najlepsze dla jego siostrzyczki. I nagle, tak się zdarzyło, usłyszał o tym miejscu. Przecież chciał, żebym mieszkała obok szeryfa. – Złapała za rękawice kuchenne i worek na śmieci. Ruszyła do piekarnika. – Ta cała „lista patrolowanych miejsc”. No przecież, że tędy przejeżdżasz. W drodze do domu.

Zmrużyłem powieki i popatrzyłem na nią.

– Dlaczego chciałby, żebyś mieszkała obok mnie?

Ellie wyciągnęła całkiem spaloną pizzę i wrzuciła ją do worka.

– To jest cholernie dobre pytanie. Będziesz musiał go o to zapytać.

Ojciec Linca i Ellie udowodnił niedawno, że był najgorszym człowiekiem z możliwych, ale w tej chwili przebywał w więzieniu, więc znajdowali się poza jego zasięgami. Chyba że chodziło o coś innego. Wiedziałem, że to nie był pierwszy sekret, który Ellie ukrywa przed wszystkimi. Przecież się domyśliłem, że skłamała, kiedy przyjechała tu parę tygodni temu z podbitym okiem i mówiła, iż uderzyła się przez przypadek walizką.

Instynktownie zacisnąłem dłonie w pięści. Zalała mnie fala gniewu. Ten ledwo widoczny siny odcień ukryty z taką zręcznością pod makijażem przypomniał mi o czymś innym, o starych czasach. Zrobiłbym wszystko, by zapomnieć o nich raz na zawsze.

– O czymś mi w tej chwili nie mówisz?

Opanowała się i tak szybko zręcznie ukryła wszystko pod maską, że prawie zakręciło mi się od tego w głowie. Zniknęły rozbawienie i frustracja. Ich miejsce zajęła pustka, której nienawidziłem całym sobą.

– Mój brat jest nadopiekuńczy. Powinieneś już o tym wiedzieć, bo przecież twoja siostra nie może nawet kichnąć, gdyż Linc już wydzwania do trzech różnych lekarzy, żeby sprawdzili jej stan zdrowia.

To była prawda. Miałem obawy, kiedy Linc i Arden zaczęli się spotykać. Nie byłem pewien, czy siostra kiedykolwiek będzie gotowa na taki związek. Ale Lincoln okazał się być wszystkim, czego Arden potrzebowała.

– Masz jakieś kłopoty? – zapytałem, przyglądając się Ellie. Szukałem jakiejkolwiek oznaki kłamstwa na pięknej twarzy. Może i w przeszłości piękno potrafiło mnie oślepić, ale teraz tak się nie działo.

Uniosła głowę. Był to lekki, choć wymowny gest.

– Mam kłopot w postaci zmęczenia. I tyle. Jestem wykończona.

Wymijająca odpowiedź. Nie było to kłamstwo, ale też nie była to prawda. I to mną wstrząsnęło, ta myśl, że ktoś może zatruwać jej życie. To w żadnym stopniu nie była moja sprawa, ale nie mogłem powstrzymać chęci, by wkroczyć do akcji, pomóc i chronić ją przed tym, co na nią czeka.

Otworzyłem usta, żeby coś powiedzieć, jednak przerwał mi czujnik przeciwpożarowy. W końcu zasygnalizował, że pozbyto się dymu. Jednak nie znaleźliśmy się w całkowitej ciszy, zamiast tego w tle dało się słyszeć jakąś okropną popową balladę o obietnicach i wieczności.

– Co do… – Powstrzymałem się przed przeklęciem. – Co to jest?

Odrobina zmęczenia zniknęła z twarzy Ellie. Usta jej drgnęły, jakby walczyła z uśmiechem.

– Co masz przeciwko stylowi śpiewania *NSYNC?

Skrzywiłem się.

– Wydaje mi się, że wolę już metalowe brzmienia Arden.

– Nie powiesz mi, że nigdy nie bawiłeś się do It’s Gonna Be Me.

Uniosłem kącik ust, krzywiąc się na wyjątkowo wysoki dźwięk w piosence.

– Preferuję bardziej Bye, Bye, Bye.

– To dużo cię ominęło. Nieźle śpiewałam tę piosenkę pod prysznicem.

Ellie. Śpiewająca. Pod strumieniem wody.

Sam miałem za niedługo wziąć prysznic. I to bardzo zimny.

Odwróciła się, przyjrzała kuchni i westchnęła.

– Chciałam tylko zjeść warzywną pizzę w pierwszy wieczór po przeprowadzce do domu. Mojego i tylko mojego.

Uderzył mnie ten smutek w jej głosie. Chciałem coś na to zaradzić.

– To wina piekarnika. Pani Henderson nie używała go już od lat. Przywożono jej posiłki z pobliskiego kościoła. W innych przypadkach jadła ze mną i z Keely. Trzeba go wyczyścić przed ponownym użyciem.

Ellie wpatrywała się w urządzenie, jakby to był jej największy wróg.

– Powinnam była o tym pomyśleć. Wyglądał na… używany z miłością.

Zaśmiałem się głośno.

– To dość miły sposób na określenie jego stanu.

– Jutro kupię coś do czyszczenia piekarników. I całą masę gumowych rękawic.

– Powinnaś zadzwonić po kogoś, żeby przyszedł i go obejrzał. Upewnił się, że można go bezpiecznie używać. – Wpatrzyłem się w Ellie. Zauważyłem, jak woda z włosów skapuje jej na moją koszulkę i wsiąka w nią, przez co materiał zaczął przywierać do ciała dziewczyny. Pasma włosów wydawały się o wiele ciemniejsze niż wcześniej. Tak bardzo chciałem ich dotknąć, dowiedzieć się, czy są tak delikatne, jak mi się wydają. Ta chęć prawie całkiem zwaliła mnie z nóg.

– Tak zrobię. – Ellie się odwróciła. Smutek, który wybrzmiał wcześniej w jej słowach, osiadł w tej chwili w spojrzeniu dziewczyny. – Dzięki, że ruszyłeś na pomoc.

– Cieszę się, że siedziałem w domu. – Nie zawsze tak było. W te dni, kiedy Keely nocowała u swojej mamy, Leah, zazwyczaj zostawałem do późna na komendzie, żeby nadrobić zaległą papierkową robotę. Myśl, że Ellie mogłaby utknąć w pożarze całkiem sama, spowodowała, że zrobiło mi się aż niedobrze.

Ruszyła do drzwi.

– Pozdrów ode mnie Keely.

Przyszedł na mnie czas. Nie powinienem mieć problemu z wyjściem. Kuchnia śmierdziała spalenizną i dymem, a do tego przy otwartym oknie zamarzałem bez koszulki. A jednak każdy krok w stronę drzwi wydawał się nieludzkim wysiłkiem.

– Pozdrowię. Będzie się cieszyła, kiedy się dowie, że jesteś jej nową sąsiadką.

Ellie się skrzywiła. Wiedziałem, że nie jest przekonana co do tego, że mieszkam obok. Za to moje dziecko widziałoby tę sprawę całkiem odmiennie. Ona i Ellie dogadywały się świetnie. Było tak od momentu, gdy siostra Linca w trakcie jednej z rodzinnych kolacji Colsonów zaplotła Keely włosy. Ta sytuacja miała tylko utrudnić sprawy.

– Dobranoc, Trace – odezwała się Ellie. Stała przy drzwiach i czekała, żebym wyszedł.

Usłyszenie, jak wypowiada moje imię, było zarówno pięknym, jak i bolesnym doświadczeniem.

– Pa, Blaze2. Postaraj się nie wzniecać kolejnych pożarów.

Wyszedłem na ganek, ale się zatrzymałem. Poczekałem, by Ellie zamknęła za mną drzwi, a potem stałem tak jeszcze chwilę dłużej, aż usłyszałem przekręcający się w zamku klucz. Zmusiłem się po chwili, by ruszyć z miejsca. Wyciągnąłem telefon z kieszeni i wybrałem numer z listy kontaktów. Wsłuchiwałem się w sygnał po drugiej stronie połączenia, a potem usłyszałem głos:

– Dodzwoniłeś się do Firehouse Pizza. W czym mogę pomóc?

Natychmiast rozpoznałem głos nastolatka.

– Cześć, Steve.

– Szeryf Colson, jak tam leci? Ma pan ochotę na mięsną pizzę czy może serową?

Nadal szedłem przed siebie, chociaż przeszył mnie nerwowy dreszcz.

– Dzwonię w innej sprawie. Chciałem zamówić pizzę dla sąsiadki. Możesz dopisać ją do mojego rachunku i dorzucić do tego dwudziestoprocentowy napiwek. Pizza warzywna na adres Lavender Lane, numer trzysta sześćdziesiąt pięć.

– Ktoś w końcu wynajął dom pani Henderson? – zapytał.

W tle słychać było restauracyjny hałas.

– Tak. – Wiedziałem, że chłopak chce się dowiedzieć czegoś więcej, ale nie miałem zamiaru mu niczego zdradzać. Ostatnie, czego było mi potrzeba, to gadanie w mieście o tym, jak to zamówiłem pizzę dla nowej sąsiadki.

– Cóż, od razu się tym dla pana zajmę. Pizza dojedzie pewnie za jakieś trzydzieści minut.

– Dzięki, Steve.

– Żaden problem, szefie. Już się robi.

Zaśmiałem się cicho i rozłączyłem. Nie mogłem się powstrzymać przed zerknięciem przez ramię na fioletowy dom. Byłem głupcem, bo próbowałem zauważyć jakieś poruszenie w oknach. Ale niczego tam nie było.

Przeszedłem chodnikiem do siebie i wtedy drzwi domu otworzyły się na oścież. Keely w piżamie udekorowanej w jasne serca stała w progu. Spróbowałem się nie skrzywić.

– Keels, jaką mamy zasadę co do otwierania drzwi, kiedy nie wiesz, kto stoi po drugiej stronie?

– Wiedziałam, że to ty, taaato. Patrzyłam przez okno. – Zachichotała. – Jesteś golasem. Co się stało z twoją koszulką?

Czyż to nie było dobre pytanie?

Rozdział 4

Ellie

Schowałam się za zasłoną jak jakiś zboczeniec. Przyglądałam się Trace’owi, jak szedł do domu. Spowolnił krok i przyłożył telefon do ucha. Nie umknęło mi, jak przy tym ruchu ręki napiął mu się biceps. Przesuwałam spojrzeniem po zaokrąglonym mięśniu i nie mogłam sobie przestać wyobrażać, jak niewiele problemu sprawiłoby mu mnie podnieść. Jak mógłby… Nie, nie, nie.

Nie miałam zamiaru zapędzać się w takie myśli. To była strefa, w której obowiązywał zakaz mężczyzn. I przez jakiś czas właśnie taką miała pozostać. Przez dłuższy czas. Wiedziałam, dlaczego tak ma być. Powodów w tym momencie była już nieskończona ilość. Więc dlaczego nadal stałam w miejscu?

Nie mogłam się przestać przyglądać szerokim ramionom i klatce piersiowej Trace’a, kiedy skręcił w stronę swojego domu. Zapamiętywałam ciemne włosy i szerokie barki.

Zmusiłam się do odsunięcia od okna.

– Koniec z byciem głupią, Ellie.

Mówienie do siebie pewnie nie było dobrą oznaką, ale to i tak lepsze niż ślinienie się do faceta, który zawsze spoglądał na mnie z jakimś rodzajem niepewności w oczach. Jakbym była dzikim, nieobliczalnym zwierzęciem. I może taka byłam.

Przeszłam do kuchni. W dymie dało się wyczuć nową woń. Powąchałam powietrze, próbując wyłapać nuty zapachowe. Drzewo sandałowe i… czarny pieprz?

Pociągnęłam za kołnierzyk koszulki i przyciągnęłam go do nosa. Wciągnęłam ostro zapach. Prawie ugięły się pode mną nogi. Był głęboki i prawdziwy. Niespodziewany. I tak bardzo pasujący do Trace’a.

Od razu puściłam materiał.

– I teraz go jeszcze wąchasz?

Ale byłam głupia. Zmusiłam się, żeby wejść w głąb kuchni i odór spalenizny. Miał wypalić ze mnie magiczne działanie wody kolońskiej Trace’a.

Przywdziałam jedyną parę rękawiczek do mycia naczyń, którą miałam, i zaczęłam czyścić, co mogłam. Wnętrze piekarnika musiało poczekać do następnego dnia, żebym kupiła odpowiednie produkty i zadzwoniła po kogoś, kto mnie upewni, że ogień nie zniszczył w sprzęcie niczego ważnego. Wymieniłabym urządzenie, gdyby trzeba było. Ostatnie, czego chciałam, to żeby biedna pani Henderson się dowiedziała, że pierwszego wieczoru po wprowadzeniu się prawie podpaliłam jej dom. Nie za dobrze by to wyglądało.

Kiedy kończyłam już wycierać podłogę z klejącej mazi z gaśnicy, odezwał się mój telefon. Przerwał popowe dźwięki, które już na mnie nie działały i nie pomagały mi utrzymać wesołości. Oparłam mop o blat i ruszyłam do salonu. Jeśli Trace podkablował na mnie do mojego brata, miałam zamiar się zemścić i obrzucić mu dom jajkami.

Odłączyłam telefon od głośnika i zatrzymałam muzykę, potem otworzyłam powiadomienia. Gdy ujrzałam imię u góry ekranu, poczułam, jak żołądek mi się wywraca. Nacisnęłam na wiadomość i zobaczyłam, że jest ich wiele, wszystkie pozostawiłam bez odpowiedzi. Na początku były pełne przeprosin, obietnic, że to już się nigdy nie wydarzy, a potem zaczęły się drażliwe próby wymuszenia na mnie wyrzutów sumienia, aż w końcu dało się w nich wyczuć coraz więcej gniewu.

Bradley:

Zerwałaś zaręczyny, żeby móc się wprowadzić do rudery pośrodku niczego?

Przeszył mnie dreszcz. Dłonie zaczęły się pocić. Nagle poczułam się za bardzo odkryta, bardziej niż kiedy w samej bieliźnie stałam w kuchni przed Trace’em. Wiedziałam, że Bradley próbuje prowokować. Nic innego na mnie nie działało, więc chciał wzbudzić strach, żebym odpowiedziała.

Nie zdradziłam Bradley’owi, gdzie się przeprowadziłam, ale przecież nie pomyliłby się za bardzo, gdyby założył, że pojechałam do Linca. Nie pierwszy raz Bradley by mnie śledził. Kierowca, którego „podarował” mi w Nowym Jorku, zdawał mu raporty z każdego mojego ruchu i mówił o wszystkim. Ale kiedy zauważyłam cały folder z e-mailami na ten temat, nie odezwałam się ani słowem. Odgrywałam rolę grzecznej dziewczynki i trzymałam język za zębami. Jednak te czasy się skończyły.

Nie chciałam pozwolić Bradley’owi wygrać. Zdążył mi już ukraść zbyt wiele. Nie, nie ukraść, ponieważ… ja to oddałam. Stałam się dokładnie taką dziewczyną, jaką chciał ojciec, i taką przyszłą żoną, jakiej oczekiwał Bradley. Oddałam części siebie, z których się składałam. Teraz nie mogłam sobie nawet przypomnieć, gdzie to wszystko w sobie ukryłam.

Dzwonek do drzwi sprawił, że aż podskoczyłam i telefon wyśliznął mi się z rąk. Przeklęłam, gdy upadł na podłogę. Przez chwilę miałam nadzieję, że rozbił się na kawałki. Wtedy mogłabym się stać jedną z tych osób, które żyły bez telefonu.

Kiedy jednak go podniosłam, dotarło do mnie, że szczęście wyjątkowo mi nie sprzyjało. Zresztą mógł mi się przydać.

Dzwonek do drzwi znów się odezwał, a ja zdałam sobie sprawę, że być może będę potrzebowała zadzwonić na numer alarmowy. Odblokowałam komórkę i podeszłam powoli do drzwi. Nacisnęłam trzy cyfry alarmowe, tak na wszelki wypadek.

– Kto tam? – zapytałam.

– Przyjechałem z Firehouse Pizza – zawołał młody mężczyzna. – Dostawa.

– Nic nie zamawiałam.

– To prezent. Od sąsiada. Pizza warzywna.

Zastygłam i poczułam narastające pieczenie w nosie. Ostrożnie przekręciłam zamek i otworzyłam drzwi. Chłopak na ganku wyglądał na nie więcej niż siedemnaście lat. Przesunął po mnie spojrzeniem i zatrzymał je na odkrytych nogach. Dotarło do mnie, co mam na sobie.

Skrzywiłam się i oblałam rumieńcem.

– Przepraszam, ja… yyy, nie do końca spodziewałam się gości.

Nastolatek się uśmiechnął.

– Nie musi mnie pani przepraszać. Nie mam nic przeciwko temu, że drzwi otwiera mi ładna kobieta w samym T-shircie. – Uśmiechnął się mocniej kącikiem ust. – Cholernie przypomina mi on jedną z koszulek szeryfa Colsona.

O cholera. Tego mi było trzeba. Plotek na mój temat, że spiknęłam się z szeryfem. I żeby dotarły one do Linca lub Colsonów.

– To nie tak.

– Nigdy tak nie jest – odpowiedział z rozbawieniem.

– Mój piekarnik się zapalił i… Nieważne. To długa historia.

Chłopak się zaśmiał.

– Cóż, mam nadzieję, że pizza pani pomoże. Jestem Steve. Witamy w Sparrow Falls.

– Dzięki – wymamrotałam.

– Dostarczamy jedzenie za darmo na terenie miasteczka i mamy w ofercie nie tylko pizzę. Serwujemy też makarony i sałatki, i inne takie rzeczy. Dorzuciłem pani za darmo brownie, bo wiedziałem, że właśnie się pani wprowadziła.

Powrócił dreszcz. Przyjrzałam się dokładniej ulicy. Nie widać było, by ktokolwiek nas obserwował.

– Przepraszam – dorzucił Steve, krzywiąc się. – Pewnie zabrzmiało to dziwnie, jeśli nie jest pani z małego miasta. Bo nie jest, prawda?

Pokręciłam przecząco głową.

– Jestem z Nowego Jorku.

– Serio? – zapiszczał.

– Z Manhattanu. Mieszkałam tam całe życie. – Takie, które naznaczone było większą liczbą blizn, niż chciałabym się do tego komukolwiek przyznać.

– Wow. Zaraz… Jest pani siostrą Linca?

Oczywiście, że brat zdążył się już zaprzyjaźnić z nastoletnim plotkarzem.

– Tak.

– Najlepszy jest! Zapłacił mi stówę, żebym dowiózł pizzę do Arden, kiedy wracała do zdrowia. Niezły gest.

Teraz to ja się zaczęłam śmiać. I to wyrzucenie z siebie napięcia było mi niezmiernie potrzebne.

– Nie wstydzi się przekupstwa od czasu do czasu.

– Mnie bardzo łatwo przekupić.

– Na pewno nie omieszkam mu o tym wspomnieć.

– Dzięki. – Steve posłał mi czarujący uśmiech. – Jeśli będzie pani potrzebować wycieczki po miasteczku, proszę wpaść do restauracji i dać mi znać.

– Będę o tym pamiętała. – Odebrałam od niego pizzę. – Dzięki za to.

– Żaden problem. Proszę tylko dzwonić.

– Jasne.

Zatrzasnęłam drzwi i przekręciłam zamek. Aromat sera i warzyw wypełnił pomieszczenie. Zaburczało mi w brzuchu, a w nosie znów pojawiło się piekące uczucie. Trace musiał dzwonić do pizzerii, kiedy szedł do domu. Próbował zaradzić na tę jedną rzecz, w której mógł coś zrobić.

To był taki prosty gest. Nic przesadnego, jak w przypadku przeprosin Bradleya czy przekupstwa mojego ojca. To była po prostu dobroć. Próba złagodzenia mi trudnego dnia w nowym miejscu. Ale znaczyło to dla mnie więcej niż cokolwiek innego, co mi w życiu podarowano.

Nagle nie chciałam jeść tej pizzy. Pragnęłam znaleźć sposób, by zachować ją na wieczność, móc pamiętać, jakie to było uczucie. Zaburczało mi w brzuchu, jakby ten chciał zaakcentować niezgodę.

– No dobrze, już dobrze.