Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
A może by tak rzucić wszystko i wyjechać… na Mazury?
Po kolejnym kłamstwie partnera Agata postanawia zostawić Łukasza i odciąć się od dotychczasowego życia. W poszukiwaniu spokoju trafia do gospodarstwa agroturystycznego ze stadniną na Mazurach. To, co miało być krótkim przystankiem, zamienia się w nową codzienność, a wszystko dzięki spokojnej atmosferze prowincji i życzliwości mieszkańców.
Wkrótce na drodze Agaty staje tajemniczy i zdystansowany Jurand. Rodzi się między nimi uczucie, choć oboje wiedzą, że to nigdy nie powinno się wydarzyć. Kobieta staje się świadkiem historii, które od lat kształtują Juranda i jego rodzinę. Agata zaczyna się zastanawiać, czy niektóre życzenia naprawdę warto wypowiadać na głos.
„Pomyśl życzenie” to ciepła, poruszająca opowieść o drugiej szansie, sile lokalnej społeczności i o tym, że aby ruszyć dalej, trzeba dopowiedzieć coś, co przez lata nie zostało powiedziane.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 315
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
– Odchodzę! – krzyknęłam, choć odległość między mną a Łukaszem wynosiła jakieś czterdzieści centymetrów i wcale nie musiałam podnosić głosu.
– Agata, proszę cię, jakoś zdobędę pieniądze na ten wyjazd. – Podszedł i chwycił mnie za nadgarstki.
Automatycznie zacisnęłam dłonie i wyrwałam mu je, a potem szybkim krokiem podążyłam do sypialni. Uklękłam na podłodze i włożyłam ręce pod łóżko. W końcu po omacku wyczułam rączkę walizki i przyciągnęłam ją do siebie.
– Co ty robisz? – usłyszałam za sobą głos, który z każdą sekundą coraz bardziej mnie drażnił.
– Pakuj się! Wyprowadzasz się! – Wskazałam ostentacyjnie na pokryty grubą warstwą kurzu przedmiot.
– Agata, ale to moje mieszkanie.
Cmoknęłam z dezaprobatą.
Odwróciłam się w stronę ikeowego Paxa, który niedawno kupiliśmy. Zaczęłam przerzucać starannie ułożone ubrania z szafy na łóżko.
– W takim razie ja się wyprowadzam – rzuciłam.
– Proszę, porozmawiajmy. – Łukasz nie dawał za wygraną.
– Nie mamy już o czym – odpowiedziałam, nie patrząc na niego. – Czekałam na ten wyjazd trzy lata, rozumiesz? Trzy lata! – Otworzyłam walizkę i jednym ruchem ręki zgarnęłam do środka wszystko z materaca.
– Byłem pewny, że tym razem się uda.
Podeszłam do niego bliżej i spojrzałam głęboko w jego piwne oczy.
– Byłeś pewny, że się uda, gdy pożyczyłeś ode mnie pieniądze po raz pierwszy. Później byłeś pewny, że się uda, gdy włożyłeś w tę pieprzoną grę kasę zbieraną na pierścionek zaręczynowy. Twierdziłeś przy tym, że zrobiłeś to dla mnie, bo na pewno bardziej ucieszyłabym się z trzech diamentowych oczek niż z jednego. Byłeś pewny. Ba! Zapewniałeś mnie rok temu, że rozgryzłeś już tę grę i wiesz, co robić – przypomniałam mu z wyrzutem w głosie, a później wyminęłam go i weszłam do łazienki.
Nawet nie byłam smutna. Jedynie potwornie wkurzona. Trzy lata czekałam na to, żeby wyjechać na urlop. Przez cały ten okres moja przeglądarka zapełniała się nowymi zakładkami z ofertami wakacji all inclusive. Nie było łatwo wybrać tę idealną. Miało być ciepło, ale nie za gorąco. Hotel powinien mieć prywatną plażę, ale nie leżeć na odludziu. Blisko hotelu, tak do kilometra, miało znajdować się jakieś miasteczko, po którym spacerowalibyśmy wieczorami. Życzeniem Łukasza był importowany alkohol, co mocno zawęziło moje wakacyjne propozycje. W końcu padło na Wyspy Kanaryjskie, a dokładnie na Teneryfę. Pięciogwiazdkowy hotel miał mi zagwarantować to wszystko, czego szukałam przez ponad tysiąc dni. W marcu podpisaliśmy umowę, wpłaciliśmy zaliczkę, a dziś miał być ten dzień, w którym opłacimy resztę wycieczki.
Sęk w tym, że pieniądze zniknęły z naszego konta, a w zasadzie to Łukasz zainwestował je w grę internetową Hard Head, co miało podwoić nasze oszczędności. Idiota wpłacił od razu piętnaście tysięcy i nawet brewka mu przy tym nie drgnęła. Znając jego zamiłowanie do hazardu i poprzednie wybryki, średnio raz na tydzień zaglądałam na nasze konto oszczędnościowe i sprawdzałam, czy pieniądze na wakacje nadal tam się znajdują. Wydawało mi się, że Łukasz skończył z tymi durnymi grami i miesiąc przed terminem zapłaty po prostu mu odpuściłam. Stwierdziłam, że zasługuje na zaufanie. Głupia ja.
Zgarnęłam wszystkie kosmetyki z półki zawieszonej nad wanną i wrzuciłam je do walizki. Na wszelki wypadek spakowałam jeszcze trzy pary butów, klapki, szpilki i sandały. Nie miałam planu na to, gdzie się udać. Wiedziałam jedynie, że nie chcę przebywać już w tym mieszkaniu. Nie mogłam. Każda sekunda patrzenia na mojego już ekspartnera przybliżała mnie do popełnienia morderstwa.
– Agata, porozmawiajmy, proszę. – Łukasz znowu się korzył. Zrobił przy tym minę zbitego psa.
Tym razem nie zamierzałam dać się nabrać.
– Nie mamy już o czym – odpowiedziałam, po czym usiadłam na walizce, by ją zamknąć.
– Chcesz przekreślić nasz siedmioletni związek przez głupie wakacje?
Czułam, że zaraz będę mieć wylew.
– Czy ty próbujesz mnie wziąć na litość? Weź jeszcze przypomnij mi nasz pierwszy pocałunek. Może uronię sentymentalną łezkę – powiedziałam ironicznie.
– Dokąd wyjeżdżasz?
– Do dupy! – powiedziałam ze złością.
W końcu udało mi się zapiąć walizkę. Włożyłam całą siłę w to, żeby ją podnieść. Chwyciłam za rączkę i przeciągnęłam bagaż do przedpokoju. Łukasz ciągle chodził za mną ze skruszoną miną.
– Przestań za mną łazić!
– Agata…
– Co?! Nie zmienię zdania!
– Stringi wystają ci z walizki.
Z trudem wytaszczyłam bagaż z mieszkania. Na lewym ramieniu miałam torbę z laptopem, a na prawej niewielką, czarną torebkę, w której znajdowały się telefon, portfel i klucze od samochodu. Nacisnęłam guzik wzywający windę i niecierpliwie czekałam, aż ta przyjedzie. Łukasz stał w otwartych drzwiach z miną kota ze Shreka.
– Wróć do środka, porozmawiajmy – powiedział szeptem, żeby przypadkiem nie wzbudzić zainteresowania innych mieszkańców bloku.
Stałam naprzeciwko drzwi do windy i uparcie się w nie wpatrywałam, jakby moje groźne spojrzenie miało przyspieszyć jej przyjazd.
– Agatko, nie bądź taka.
Poczułam, że rośnie mi ciśnienie. Nie cierpiałam, jak ktoś zwracał się do mnie „Agatko”, i Łukasz doskonale o tym wiedział. Zacisnęłam rękę na uchwycie walizki, żeby jakoś rozładować napięcie. Po chwili usłyszałam dźwięk informujący o tym, że winda znajduje się na moim piętrze. Drzwi się otworzyły, a ja weszłam do środka. Zaczęłam masować białe od nacisku knykcie. Winda zdążyła zjechać zaledwie trzy piętra i zatrzymała się na czwartym. Wsiadła do niej starsza pani, która ciągnęła za sobą wózek na zakupy. Byłyśmy podobnie obładowane.
– Dzień dobry – powiedziałam najserdeczniej, jak się dało w tym momencie.
– Dzień dobry – odpowiedziała sąsiadka i zaczęła przyglądać się mojej walizce. Dobrze, że wyciągnęłam siłą stringi i upchałam je do torby na laptopa.
– Wakacje? – zapytała z ciekawością w głosie.
– Można tak powiedzieć.
– Zwiedzajcie świat, póki jesteście młodzi, w moim wieku to już siły na zakupy nawet nie ma.
Kiwnęłam głową i posłałam jej wymuszony uśmiech. Nie miałam ochoty na żadne small talki, szczególnie takie, w których rozmówca każe mi doceniać mój wiek, a nawet nie wie, że czuję się jak umierająca osiemdziesięciolatka. Przepuściłam starszą panią w drzwiach i czekałam, aż doczłapie się do drzwi wejściowych. Na schodach zręcznie ją wyminęłam i skierowałam się w stronę samochodu. Mojego samochodu. Wziętego w leasing dwa lata wcześniej w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej.
Škoda Scala była moim marzeniem, odkąd założyłam firmę, czyli jakieś sześć lat temu. Nie było łatwo odłożyć wystarczającą sumę, gdy się miało w domu faceta hazardzistę, sporo wydatków i mało przychodów. Jednak z miesiąca na miesiąc przybywało mi klientów chcących skorzystać z usług księgowych, które świadczyłam. Oborniki Śląskie nie są zbyt dużym miastem, więc polecenie mnie innym przez kilka zadowolonych osób wystarczyło, żeby moja firma zaczęła dobrze prosperować i dała możliwość odłożenia wkładu własnego na wymarzony samochód. Największy finansowy sukces przyniosły wnioski o dotacje z Unii Europejskiej, a konkretnie – pisanie ich. Każdy, komu przyjęto wniosek, odpalał mi niewielki procent za robotę. Sprawa z tymi dokumentami wyniknęła całkiem przypadkiem, gdy moja koleżanka, Milena, poprosiła mnie o pomoc. Ona dostała kasę, a ja pomysł na nowy biznes.
Wpakowałam walizkę do bagażnika i usiadłam na miejscu kierowcy. Zupełnie nie wiedziałam, co mam robić i dokąd jechać. Miałam wrażenie, że jestem w amoku. Z nerwów trzęsły mi się ręce, a ciało osiągnęło temperaturę stu stopni. Żeby móc gdzieś jechać, trzeba mieć pełen bak, więc moim pierwszym przystankiem była stacja benzynowa. Po zatankowaniu samochodu zaparkowałam za stacją i odpaliłam Google, żeby podpowiedział mi cel podróży.
W moim przypadku rzucenie wszystkiego i wyjechanie w Bieszczady jawiło się jako najlepsza opcja, ale te rejony za bardzo kojarzyły mi się z Łukaszem. Jako młodzi, dopiero wkraczający w poważne życie ludzie, na wakacje jeździliśmy do ciotki Łukasza do Duszatyna. Ta niewielka wioska słynęła z otaczających ją jeziorek duszatyńskich. Droga nad jeziora zajmowała nam półtorej godziny. Pakowaliśmy w plecaki koc, ręczniki, kanapki i wodę i startowaliśmy o dziewiątej. Trasa nie była zbyt wymagająca. Na szlaku zawsze mijaliśmy turystów, którzy podziwiali piękno Bieszczad, jednak niewielu z nich robiło przerwę na odpoczynek przy jeziorach. Dobra nasza. Rozkładaliśmy koc, a później od razu wskakiwaliśmy do krystalicznie czystej wody. Nieraz zdarzyło nam się uciąć drzemkę. Śpiew ptaków był dla nas idealnym usypiaczem.
Pamiętam, że kiedyś obudził mnie trzask łamanej gałęzi. Zerwałam się na równe nogi, budząc przy tym Łukasza. Okazało się, że chciała się z nami przywitać wyjątkowo niepłochliwa sarna. Nazwaliśmy ją Krystyna. Później jeszcze kilka razy ją widzieliśmy, choć nie miałam pewności, czy to na pewno ona. Nie wyróżniała się na tle innych saren. Albo po prostu nie dostrzegłam jej wyjątkowości.
Cieszyły mnie wyjazdy do Duszatyn, uwielbiałam to miejsce, ale chciałam w końcu doświadczyć czegoś innego. Nigdy wcześniej nie byłam na zagranicznych wakacjach. Z zazdrością podziwiałam fotki wrzucane na Facebooka przez moich znajomych. Siedzieli pod palmami z drinkami w rękach. Wstyd się przyznać, ale nigdy również nie leciałam samolotem. Tego nawet nie mówiłam Łukaszowi, bo uznałam, że w dobie tanich i ogólnodostępnych lotów to po prostu obciach.
Wpisałam w wyszukiwarkę: „tanie noclegi”, „agroturystyka” i po chwili wyskoczyło mi kilka stron propozycji.
– To nie. To też nie – mówiłam do siebie, klikając co rusz w nowe ogłoszenia.
Ten żmudny proces przerwał mi Łukasz, który próbował się do mnie dodzwonić. Odrzucałam połączenia, ale on nie dawał za wygraną.
– Czego chcesz? – powiedziałam w końcu zirytowana do telefonu.
– Agata, gdzie jesteś?
– To już nie twoja sprawa, Łukasz – odpowiedziałam twardo.
– Proszę cię, porozmawiajmy. Naprawię wszystko.
– Nie ma już czego naprawiać. Ty nie potrafisz przyjąć do wiadomości tego, że jesteś uzależniony od hazardu i powinieneś się leczyć.
– Przesadzasz, Agata. – W jego głosie dało się słyszeć zdenerwowanie.
Zawsze tak reagował, gdy sugerowałam mu uzależnienie.
– Tak, wiem. Zaraz powiesz, że robiłeś to dla nas. – Przewróciłam oczami.
– No bo tak było.
– Dobra, Łukasz. Nie chcę mi się przerabiać tej rozmowy od początku. To koniec. – Zaraz po tych słowach nacisnęłam czerwoną słuchawkę i zablokowałam jego numer.
Z powrotem kliknęłam w okienko przeglądarki i wróciłam do szukania ofert mojego tymczasowego lokum. Dosłownie nic mi nie pasowało. Przejrzałam trzy strony i ani jedna propozycja nie wzbudziła mojego zainteresowania. Większość udostępnionych noclegów mieściła się w górach, a ja nie miałam absolutnie żadnej ochoty ugrzęznąć w turystycznej miejscowości w szczycie sezonu i patrzeć na turystów, którzy zachwycają się oscypkami z krowiego mleka.
Na czwartej stronie pojawiła się oferta, która w końcu przyciągnęła moją uwagę. Galop, bo tak nazywało się owo gospodarstwo agroturystyczne, mieścił się w samym środku Mazur. Na zdjęciach poglądowych widziałam skromnie wyposażone pokoje, stołówkę, saunę i ogromną stadninę koni. Sprawdziłam na mapach Google, ile czasu zajmie mi dojechanie do Jabłonki.
– Matko święta, prawie sześć godzin w samochodzie – powiedziałam do siebie z lekkim strachem w głosie.
Przeraziłam się, bo nigdy nie zdarzyło mi się wyjechać w tak długą trasę. Spojrzałam na zegarek – dochodziła siedemnasta. Przy dobrych wiatrach dojadę tam najwcześniej na dwudziestą drugą. A nawet nie wiedziałam, czy będą mieli wolne pokoje. Kliknęłam w podany numer i cierpliwie czekałam, aż ktoś po drugiej stronie odbierze telefon.
– Tak, słucham? – odezwał się miły, damski głos.
– Dzień dobry, dzwonię w sprawie noclegu. Czy znalazłby się dla mnie wolny pokój?
– A w jakim terminie? – dopytywała kobieta.
– Od dzisiaj do… – Zaczęłam się zastanawiać. – Na tydzień.
– A ile osób, droga pani?
– Tylko dla mnie – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
– W takim razie zapraszam. A ile czasu zajmie pani dojazd?
– Jak dobrze pójdzie, to będę około dziesiątej wieczorem.
– To bardzo późno. – Kobieta spoważniała. Serdeczność nagle zniknęła z jej głosu.
– Ja wiem, ale to wyjątkowa sytuacja – odpowiedziałam zdesperowana.
Moja rozmówczyni odchrząknęła.
– Proszę zadzwonić, jak zostanie pani pół godzinki drogi. O tej porze zazwyczaj już śpię, więc w razie czego mnie pani obudzi.
– Bardzo, bardzo pani dziękuję. – Uśmiechnęłam się do telefonu.
Po zakończonej rozmowie wysiadłam z auta i poszłam na stację benzynową zrobić niewielkie zakupy na drogę. Wzięłam dwie butelki wody mineralnej, dwie kanapki polecane przez Roberta Makłowicza, ładowarkę samochodową do telefonu, bo nie miałam, energetyka i dwa batony, gdyby cukier mi spadł. Całą siatę zakupów położyłam na przednim miejscu pasażera i odpaliłam samochód. Równo z tym, jak silnik dał znać, że mogę już ruszać w podróż w nieznane, zadzwonił telefon – moja mama.
Westchnęłam głośno, bo wiedziałam, co mnie czeka.
– Agatko, Łukaszek do mnie dzwonił – powiedziała swoim charakterystycznym piskliwym głosikiem.
– Cześć, mamo, mi też miło cię słyszeć – zaczęłam lekko ironicznie.
– Gdzie ty jesteś? – zapytała, ignorując moje słodko-gorzkie powitanie.
– W samochodzie – odrzekłam zgodnie z prawdą.
– Łukasz powiedział mi, że wpadłaś w szał. Czy ty musisz zawsze tak histeryzować? – Ton jej głosu zmienił się z piskliwego w złowrogi, jak u wiedźmy z bajki Disneya.
– A co według ciebie powinnam zrobić po tym, jak dowiedziałam się, że przepuścił nasze wspólne, a w większości moje, pieniądze zbierane na wakacje?
– Agatko, pieniądze nie są najważniejsze.
– Oczywiście, że nie. Ważniejsze wydają się uczciwość i lojalność partnera.
Usłyszałam głośne westchnienie.
– Jesteś taka sama jak twój ojciec – odezwała się po chwili.
– Nie było mi dane tego sprawdzić – skwitowałam, po czym nacisnęłam czerwoną słuchawkę w kierownicy.
Ustawiłam nawigację i szybko zapominając o rozmowie z rodzicielką, ruszyłam w trasę.
O tej godzinie na autostradzie nie było tłoku. Trzymałam się grzecznie prawego pasa i jechałam zgodnie z przepisami. Co jakiś czas wyprzedzałam tiry i kierowców bojących się tras szybkiego ruchu bardziej niż ja.
Około dwudziestej trzydzieści poczułam, że łapie mnie ogromne zmęczenie. Postanowiłam zatrzymać się na pierwszym lepszym postoju i zaopatrzyć w kofeinę i coś do jedzenia. To, co kupiłam jeszcze w Obornikach, już zdążyłam pochłonąć. Papierki latały wszędzie.
To chyba pierwszy raz, gdy pozwoliłam sobie na taki bałagan w samochodzie. Odkąd zakupiłam swoje wymarzone auto, w każdą sobotę spędzałam dwie godziny na myjni samochodowej. Myślę, że zdałabym test białej rękawiczki organizowany przez Małgosię Rozenek, a z dywaników samochodowych można było jeść. Parkowałam zwykle dalej od swojego miejsca zamieszkania. Wolałam przejść kilkadziesiąt metrów niż pchać się między samochody i ryzykować zarysowanie karoserii. Chyba wszyscy mieszkańcy większych osiedli w wielu miastach mogli ponarzekać na zbyt małą liczbę miejsc parkingowych. W sumie kto by pomyślał trzydzieści lat temu, że przeciętnie na jedną rodzinę będą przypadały dwa samochody.
Zaparkowałam przed stacją benzynową. Weszłam do środka i od razu poczułam zapach ciepłych zapiekanek. Mój żołądek natychmiast zareagował. Zaburczało mi w nim tak głośno, że zaczęłam donośnie kaszleć, aby uniknąć dziwnych spojrzeń innych kupujących.
– Poproszę dużą kawę z mlekiem owsianym i zapiekankę – powiedziałam do ekspedientki.
– A jaką zapiekankę? – zapytała.
– A jakie macie?
Sprzedawczyni spojrzała na mnie złowrogo, jakby za karę, że nie przestudiowałam wcześniej tablicy z menu powieszonej tuż nad jej głową.
– Caprese, góralską, zwykłą z pieczarkami i serem oraz z kurczakiem – powiedziała na wdechu.
Kątem oka spojrzałam na tablicę i zauważyłam, że pominęła kilka propozycji.
– To ja poproszę z serem i pieczarkami.
– Płatność kartą czy gotówką?
– Kartą. – Uśmiechnęłam się.
Ekspedientka wskazała ręką terminal, do którego przyłożyłam kartę.
Czekając na swoje zamówienie, wyciągnęłam telefon i dostrzegłam kilka powiadomień. Na Instagramie, Facebooku i nowego e-maila. Wszystkie te wiadomości były od tego samego nadawcy – Łukasza. Wszystkie brzmiały podobnie: że przeprasza, że się zmieni i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Prychnęłam na tyle głośno, że zwróciłam na siebie uwagę innych osób przebywających w budynku.
– Pani zamówienie. – Sprzedawczyni podała mi zapiekankę.
Nie wyglądała tak dobrze jak te na poglądowych zdjęciach, ale byłam tak głodna, że było mi wszystko jedno, co trafi do mojego żołądka. Miałam jedynie nadzieję, że po drodze nie dostanę niestrawności. Usiadłam na barowym krześle i zaczęłam pożerać zapiekankę. Co jakiś czas popijałam ją ciepłą kawą. Z prędkością światła opędzlowałam wszystko, skorzystałam z toalety i wróciłam do samochodu.
Żeby jeszcze bardziej się pobudzić, włączyłam nową płytę System of a Down. Mocniejszej muzyki słuchałam wtedy, gdy byłam zła, zrozpaczona albo śpiąca. Czyli prawie zawsze. Taka ostra nuta dodawała mi niezwykłej pewności siebie i chęci do działania. Choć bywały też momenty, że wolałam popłakać do piosenek Kaśki Sochackiej albo Korteza.
Wyjechałam sprzed stacji benzynowej i ruszyłam w dalszą podróż w nieznane.
Do celu zostało mi dwadzieścia minut, choć ze względu na tempo, w jakim jechałam, byłam pewna, że droga zajmie mi dwa razy więcej czasu. Na drodze i wokół niej panowała ciemność. Nie było żadnej latarni. Włączyłam długie światła, żeby lepiej widzieć, co znajduje się przede mną. Samochód co jakiś czas kołysał się na boki przez nierówności na jezdni.
Dostrzegłam po prawej stronie dwa jasne punkty. Zwolniłam. Z każdą sekundą punkty przybliżały się do ulicy. Gdy byłam już wystarczająco blisko, dostrzegłam, że te dwie plamki to oczy sarny. Z impetem nacisnęłam hamulec. Zwierzę spojrzało się na mnie, a później w pośpiechu popędziło na lewe pobocze.
– Cholera! – krzyknęłam do siebie.
Gdyby nie moja przezorna ostrożność, mogłabym stracić zderzak, a to biedne zwierzę życie. Wzięłam głęboki wdech i ruszyłam dalej. Nawigacja pokazała mi, że za dwie minuty muszę skręcić w lewo. Do celu zostało mi naprawdę niewiele. Modliłam się, aby nie spotkać już na swojej drodze żadnego zwierzaka.
– Przecież miałam zadzwonić do właścicielki! – przypomniałam sobie.
Szybko wybrałam numer i czekałam, aż kobieta odbierze telefon.
– Halo? – usłyszałam zaspany głos.
– Bardzo panią przepraszam, miałam zadzwonić wcześniej. W zasadzie już podjeżdżam.
– Nic się nie stało, już wstaję.
Skręciłam w lewo, a samochód przy prędkości trzydziestu kilometrów na godzinę zakołysał się mocno. Wjechałam na drogę usypaną z kamieni i piachu.
„Oby żaden kamień nie obił mi auta” – pomyślałam.
Zwolniłam tak mocno, że mój samochód ledwo się toczył. Co chwilę wpadałam w jakieś dziury.
Trzeba było pojechać do tych turystycznych, górskich mieścin. Przynajmniej miałabym pewność, że po wycieczce nie będę musiała jechać na przegląd samochodowy. Skręciłam w prawo, a nawigacja oznajmiła mi, że dotarłam do celu. Zaparkowałam na placu, włączyłam latarkę w telefonie i wyszłam z auta. Gdy tylko postawiłam stopę na ziemi, usłyszałam szczekanie psa. Po chwili zorientowałam się, że nie jednego, ale kilku. Głosy zwierząt zbliżały się do mnie, a ja zaczęłam panikować.
– Aaaa! – wydobyło się z moich ust.
– Sisi, Mimi, Izi, do mnie! – krzyknęła właścicielka, po czym poświeciła mi latarką po oczach.
Zasłoniłam się ręką.
– Przepraszam bardzo. – Światło przestało mnie oślepiać.
– Agata Lipińska. – Wysunęłam rękę przed siebie.
– Renata Tomaszewska. – Kobieta lekko uścisnęła moją dłoń. – Parking dla gości jest kawałek dalej, ale przeparkuje pani samochód jutro.
– Dobrze – zgodziłam się.
– To są klucze od pokoju numer jeden.
– A gdzie to jest? – zapytałam nieśmiało.
– Tutaj. – Wskazała palcem stojący za nią jednopiętrowy budynek.
– Bardzo dziękuję. – Wyminęłam ją i dla pewności, że nie czyha na mnie żaden pies, poświeciłam latarką wokół siebie.
Paraliżował mnie panujący na dworze mrok. Cisza wokół również nie była zbyt przyjemna. W pośpiechu weszłam po schodach na pierwsze piętro, otworzyłam drzwi i wparowałam do środka. Zachowywałam się, jakbym grała główną rolę w jednym z tych tandetnych horrorów i uciekała przed facetem, który tylko czeka, żeby wbić mi siekierę w głowę.
Pokój wyglądał dokładnie tak jak na zdjęciach. Po lewej stronie na ścianie zobaczyłam wieszak i miejsce na buty. Na wprost kanapa, a obok niej niewielkie drewniane biurko z krzesłem. Po prawej stronie znajdowała się najpewniej łazienka. Gdy o niej pomyślałam, potwornie zachciało mi się sikać. Wparowałam więc tam za potrzebą. Nie było wanny, jedynie prysznic zasłonięty kotarą. Na ścianach położono białe kafelki.
Ogarnęło mnie ogromne zmęczenie. Wyszłam z łazienki i rozsunęłam torbę podróżną.
– Szlag by to, nie wzięłam piżamy – powiedziałam do siebie zdenerwowana.
Cała ja, pamiętałam o tym, żeby zabrać szpilki, które na sto procent mi się nie przydadzą, a nie ogarnęłam sobie niczego do spania.
Wygrzebałam z torby luźny T-shirt i się przebrałam. Nie miałam siły na kąpiel. Umyłam jedynie twarz oraz zęby i weszłam do sypialni. Zasłoniłam zasłony i położyłam się na, o dziwo, bardzo wygodnym łóżku. Chciałam jeszcze sprawdzić telefon, ale totalnie odpłynęłam.
Otworzyłam oczy, gdy w pokoju panował półmrok. Byłam prawie pewna, że jest szósta, najpóźniej siódma. Chwyciłam telefon, ale był rozładowany. Niechętnie wstałam z łóżka i podeszłam do torebki, w której miałam schowaną ładowarkę. Podpięłam ją do kontaktu i podeszłam do okna, żeby rozsunąć zasłony. Jasność nieba prawie mnie oślepiła. Mrugnęłam kilka razy, żeby oczy przyzwyczaiły się do światła. Wtedy też dojrzałam rozpościerający się wokół błękitno-zielony krajobraz. Przypominał tapetę z Windowsa.
Telefon zawibrował, dając znać, że ma dostatecznie naładowaną baterię, żeby się włączyć. Otworzyłam szeroko usta, gdy zobaczyłam, że już jedenasta. Nie pamiętam, kiedy spałam tak długo. Nawet po wyjściach do baru z Łukaszem i ze znajomymi udawało mi się spać maksymalnie do dziewiątej. Być może zmęczenie zmiksowane ze stresem spowodowało, że mój organizm potrzebował regeneracji.
Musiałam się napić kawy. Nie wiedziałam, czy w miejscu, w którym obecnie jestem, można ją zamówić. Nie wiedziałam też, gdzie znajdował się najbliższy sklep. Chwyciłam znów telefon i włączyłam nawigację, żeby znaleźć jakiś supermarket albo chociaż Żabkę, w której będzie można kupić podstawowe produkty gwarantujące przetrwanie. Niestety internet był tak słaby, że nic nie chciało się wczytać. Westchnęłam głośno.
Założyłam na tyłek krótkie spodnie i postanowiłam poszukać gospodyni. Gdy tylko stanęłam na schodach, dostrzegłam psa. Uśmiechnęłam się szeroko, gdy do mnie dotarło, że wczoraj przestraszyłam się jamnika. Stawiając pierwszy krok, przywołałam kolejne psy, również jamniki. Jeden był czarny, drugi w kolorze kawy z mlekiem, a trzeci jasnobrązowy. Próbowałam sobie przypomnieć, jak miały na imię. Lili? Kiki? Chyba nie. Pieski zaczęły wesoło merdać ogonami. Schyliłam się do czarnej jamniczki, żeby ją pogłaskać.
– Proszę uważać. Mimi lubi ugryźć – powiedziała pani Renata.
Siedziała na wiklinowym fotelu i przeglądała coś w telefonie. Miała krótkie blond włosy i okulary ze stylowymi oprawkami. Oceniłam ją na jakieś pięćdziesiąt lat. Ubrana była w brązowy T-shirt i dżinsowe spodenki sięgające do kolan.
Powoli się podniosłam, aby nie dać Mimi powodu do ugryzienia mnie. Dopiero teraz dostrzegłam jej groźnie ułożone, krzaczaste, srebrne brwi.
– Dzień dobry – odezwałam się do kobiety.
– Dzień dobry, chyba dobrze się spało, prawda?
– O tak, bardzo dobrze. – Podeszłam bliżej. – Czy mogłabym prosić o filiżankę kawy? Nie miałam gdzie wczoraj zrobić zakupów – wytłumaczyłam się.
– Jasne. – Kobieta podniosła się z krzesła. – Z mlekiem i cukrem?
– Z mlekiem poproszę.
– Może być mleko migdałowe?
– Oczywiście. – Uśmiechnęłam się.
„Ta kobieta ratuje mi życie” – pomyślałam.
Usiadłam na drugim wiklinowym krześle. Ustawiłam je tak, aby podziwiać widoki. Przede mną znajdował się kilkunastometrowy plac ze starannie przystrzyżoną trawą i kilka drzew. Teren zielony odgrodzony był drewnianym, niskim płotem od wybiegu dla koni. W zasięgu mojego wzroku znajdowały się trzy konie. Za nimi gęsty las kołysał się w rytm wiejącego wiatru. Uroczy śpiew ptaków dotarł do moich uszu. Przymknęłam lekko oczy i wsłuchiwałam się w przyjemny dźwięk.
– Proszę, pani kawa. – Kobieta postawiła przede mną filiżankę z napojem, który, miałam nadzieję, mnie rozbudzi.
– Bardzo dziękuję. – Uśmiechnęłam się ponownie.
Poczułam przebiegający przez całe ciało dreszcz, gdy tylko sobie przypomniałam, dlaczego w zasadzie tutaj jestem.
– Zimno pani? Przecież jest dwadzieścia sześć stopni.
Dopiero teraz uzmysłowiłam sobie, że kobieta mi się przygląda.
– Nie, po prostu jeszcze się nie obudziłam. – Posłałam Renacie wymuszony uśmiech.
„Zmienię się, obiecuję”, te słowa dudniły mi w głowie jak pociąg przejeżdżający po zdezelowanych torach. Może za szybko podjęłam decyzję o rozstaniu? Pokręciłam lekko głową. Nie, to nie miałoby sensu. Przecież nieraz o tym rozmawialiśmy. Mówiłam mu, czego oczekuję od związku i co mi w nim przeszkadza. Poza tym bez dobrej terapii i chęci by się nie zmienił. Co by było, gdybyśmy doczekali się potomka? Przewaliłby pieniądze odłożone na łóżeczko i wózek? Dobrze zrobiłam. Po prostu potrzebowałam czasu, żeby się ogarnąć.
Z rozmyślań wyrwał mnie dobrze już znany mi dźwięk. Żołądek domagał się jedzenia.
– Głodna? Może zje pani jajeczniczkę? – zapytała kobieta.
Była naprawdę urocza, a jej troskliwość mnie dosłownie rozczuliła.
– Nie chcę robić kłopotu. Zaraz pojadę do sklepu. Daleko to?
– Ale to żaden kłopot! – Kobieta zaczęła podnosić się z krzesła. – Najbliższy sklep jest pięć minut stąd samochodem, a jak pani chce zrobić większe zakupy, to dziesięć – powiedziała i weszła do dużej kuchni, w której chwilę wcześniej zrobiła mi kawę.
Znów zaczęłam się rozglądać po okolicy. Po lewej stronie znajdował się kolejny budynek. Składał się z dwóch części. Na pierwszej przyklejona była tablica z napisem „SPAgalop”. Duże okna w białych ramach idealnie komponowały się z szaroniebieskimi deskami elewacyjnymi. W oknie po prawej stronie stał model jachtu z dwoma żaglami oraz dwie niewielkie gliniane doniczki z kwiatkami. W oknie po lewej na pierwszym planie było widać dwie większe rośliny, które zasłaniały wanny. Przysunęłam tułów, żeby się upewnić, czy to faktycznie jest to, co myślę. Dwie wanny ze złotymi kranami i prysznicami były prawie niewidoczne. Zaintrygowało mnie to. Skoro na tablicy mieściło się słowo „SPA”, to być może w tym budynku można było skorzystać z usług masażysty, kosmetyczki czy innej osoby, która miała zapewnić relaks gościom. Rozmarzyłam się, gdy pomyślałam o masażu rozluźniającym moje spięte plecy i szyję.
Zaraz obok szaroniebieskiego budynku, w zasadzie połączona z nim jedną ścianą, stała najprawdopodobniej stodoła. Przynajmniej tak mi się wydawało. Jej drewniane wielkie drzwi pewnie nieraz wpuszczały do środka duże maszyny przewożące zboże.
Oba budynki w idealny sposób łączyły elegancję oraz prostotę, a soczysta zieleń trawy idealnie współgrała z błękitem nieba.
– Proszę bardzo. – Z rozmyślań wyrwał mnie głos pani Renaty, która postawiła przede mną dwa talerze. Na jednym znajdowała się jajecznica obficie posypana szczypiorkiem, a na drugim cztery kromki pieczywa oraz plastry pomidora i ogórka.
– Naprawdę nie trzeba było. – Spojrzałam na kobietę z lekkim zakłopotaniem na twarzy.
– Dziecko, przyjechałaś w nocy. Przecież wiem, że nie zdążyłaś zrobić żadnych zakupów.
Być może ta kobieta była dla wszystkich taka miła, ale czułam się jak biedak proszący o jałmużnę.
Ostry zapach szczypiorku doszedł do moich nozdrzy. Chwyciłam za sztućce i zaczęłam pałaszować jajecznicę. Jajka smakowały inaczej niż te kupione w supermarkecie. Miały nawet inny kolor, bardziej pomarańczowy i głębszy. Pani Renata usiadła z powrotem na fotelu i, chyba żeby mnie nie krępować, znów chwyciła telefon i zaczęła coś w nim przeglądać.
Nie tylko jajka miały inny smak. Pomidory były bardziej mięsiste, a ogórki mniej wodniste. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale na talerzu zostawiłam jedynie okruszki po chlebie.
– Smakowało? – odezwała się kobieta.
– Bardzo. Dziękuję. – Chwyciłam talerze do ręki. – Gdzie mogę je zanieść?
– Ja wyniosę. – Wzięła ode mnie naczynia. – Jeszcze kawy?
– Naprawdę dziękuję. Zbieram się na zakupy.
– Najlepiej pojedź do Dźwierzut – wytłumaczyła.
Kiwnęłam głową i skierowałam się ku schodom prowadzącym do mojego pokoju. Umyłam zęby, rozczesałam włosy i spięłam je w ciasny kucyk. Wypięłam telefon z ładowarki i włożyłam go do tylnej kieszeni spodni. Chwyciłam torebkę, ale najpierw się upewniłam, czy znajdują się tam kluczyki do samochodu. Otworzyłam drzwi, a na wycieraczce siedział czarno-biały kot.
– Miau. – Spojrzał na mnie swoimi zielonozłotymi oczami.
– Sio, kocie! – Stanęłam na baczność i czekałam, aż zwierzak się wycofa.
Nie cierpiałam kotów. Bałam się ich. A wszystko przez maine coona ciotki Aliny, siostry mojej mamy. Był przepiękny, wyglądał wytwornie, jakby był królem pośród kotów. Moja kuzynka, Kalina, uwielbiała go. Spali razem, jedli z jednego talerza, co akurat mocno mnie obrzydzało, nawet wychodziła z nim na spacery. Pewnego razu, ni stąd, ni zowąd, król kotów postanowił zaatakować Kalinę. Jego dziesięciokilogramowe cielsko przykleiło się do klatki piersiowej dziewięcioletniej wtedy kuzynki, kot wbijał jej pazury, gdzie tylko się dało. Wujek Rysiek rzucił się na ratunek swojej córce i gdy tylko zdołał odczepić kocisko od Kaliny, sam został zaatakowany. Cała rodzina spędziła kilka godzin w łazience ze strachu przed kolejnym atakiem. W końcu wujek odważył się wyjść, trzymając w ręku szczotkę do włosów ciotki Aliny. Okazało się, że kot spał smacznie na swoim posłaniu. Łypnął okiem na wujka jak gdyby nigdy nic i kontynuował drzemkę. Chwilę później oddali go komuś, ponieważ bali się powtórki, a ja na samo to wspomnienie mam gęsią skórkę.
– No sio! – powtórzyłam, tym razem machając rękami.
Kot w końcu zlitował się nade mną i odszedł, a ja mogłam w spokoju wyjść z pokoju, choć ciągle zachowując czujność i wyczekując na jego kolejny ruch. Gdy znalazłam się w samochodzie, odetchnęłam z ulgą. Tym razem udało mi się uniknąć ataku kota. Włożyłam telefon w uchwyt i wyszukałam sklep w nawigacji. Dopiero po chwili zauważyłam, że mam dwa nieodebrane połączenia. To znowu mama. Postanowiłam, że oddzwonię do niej, gdy przejadę już przez drogę z dziurami wielkości lejów po bombie.
Mniej więcej w połowie, a bujało, jakbym wypłynęła na środek Oceanu Atlantyckiego drewnianą łódką wędkarską, dostrzegłam stado krów. Zatrzymałam samochód, otworzyłam okno od strony pasażera i zaczęłam się im przyglądać. Niektóre zwróciły na mnie uwagę, inne były zajęte jedzeniem trawy. Jedna spojrzała na mnie, jakby chciała zapytać, dlaczego je obserwuję, skoro nie robią niczego wyjątkowego. Ale dla mnie sam widok stada krów był wyjątkowy. Ostatnio jedyna, jaką widziałam, to ta z reklamy Milki. Na dodatek w telewizji. Popatrzyłam jeszcze przez chwilę, a później znów ruszyłam.
Gdy skręciłam w lewo, a koła mojego samochodu zaczęły jechać po asfalcie, wybrałam numer mamy.
– Agatko, czemu ode mnie nie odbierasz? – zapytała z pretensją w głosie.
– Bo jadłam śniadanie.
– Kiedy wracasz do domu? Łukaszek się o ciebie martwi!
– Łukaszek to niech się w… – Przerwałam. – Niech przestanie się martwić.
– Możesz mi powiedzieć, gdzie jesteś? – poprosiła.
– Na Mazurach – odrzekłam zgodnie z prawdą.
– Gdzie?!
– W północno-wschodniej Polsce – odpowiedziałam ironicznie.
– Agatko, ja wiem, gdzie są Ma-zu…
Coś zaczęło przerywać.
– Halo, mamo. Chyba nie mam zasięgu.
Odpowiedziała mi jedynie cisza. Rozłączyłam się i odetchnęłam z ulgą. Nie chciałam po raz kolejny tłumaczyć się ze swojej decyzji o rozstaniu z Łukaszem. Tak naprawdę już od dłuższego czasu zastanawiałam się nad zakończeniem tego związku. Nie byłam zbyt szczęśliwa. Przy Łukaszu trzymało mnie wygodnictwo. Mieszkaliśmy w dwupokojowym mieszkanku bez płacenia nikomu za wynajem. Rachunki za mieszkanie nie były wysokie. Przerażała mnie myśl, że musiałabym się choć na chwilę wprowadzić do mamy i jej nowego partnera. Ale i tak nie będę miała teraz wyboru.
Z Łukaszem było nudno. Siedział ciągle w telefonie, odpowiadał półsłówkami na moje pytania. Nie był to typ, z którym mogłabym rozmawiać godzinami. Nieraz wydawało mi się, że woli kumpli ode mnie. A najbardziej kochał hazard. Na ten trójkąt nie mogłam się zgodzić. Związek z hazardem nie tylko niszczył naszą miłość, ale przez to znikały nasze pieniądze, a dokładniej: moje pieniądze, dzięki którym chciałam spełniać swoje marzenia.
Do sklepu dojechałam w dziesięć minut. Zakupy zajęły mi prawie godzinę. Między wybieraniem mięsa na spaghetti a paluszkami, koniecznie z sezamem, odebrałam telefon od pana Mariana z informacją, że wysłał mi nowe faktury na maila. Obiecałam zajrzeć do nich dzisiaj i modliłam się o to, żeby w Galopie było wi-fi.
Wpakowałam zakupy do bagażnika i ustawiłam nawigację. Teraz, gdy nikt do mnie nie dzwonił, mogłam po drodze podziwiać widoki. A było co oglądać. Mijany krajobraz przypominał bajkowy pejzaż w odcieniach zieleni i błękitu. Spojrzałam w lusterko wsteczne i gdy upewniłam się, że nikogo za mną nie ma, zwolniłam do dwudziestu kilometrów na godzinę. Miałam wrażenie, jakbym znalazła się w innym kraju. Rosnące przy drodze maki, niezapominajki i chabry lekko kiwały się na wietrze, jakby się ze mną witały. Dwa bociany chodziły na długich jak szczudła nogach w poszukiwaniu jedzenia. Dalszy widok był zasłonięty przez gęsty zielony las. Miałam wrażenie, że czubki drzew dotykają nieba.
Gdy zjechałam w polną drogę, zorientowałam się, że nawigacja poprowadziła mnie inaczej niż wcześniej do sklepu. No cóż, w końcu chciałam podziwiać widoki. Wjechałam powoli pod górę, której czubek oddalony był ode mnie o kilkadziesiąt metrów. Droga była tak wąska, że gdybym natknęła się teraz na auto z naprzeciwka, musiałabym wjechać w rosnącą obok kukurydzę. Trochę mnie to przeraziło, ale bardziej bałam się jechania tyłem z górki. Nie miałam wyjścia, musiałam jechać przed siebie. Robiłam to najwolniej, jak się da, choć ta droga była i tak lepsza niż ta obok Galopu.
Gdy znalazłam się już na górze, nawigacja pokazała mi, że za sto metrów muszę skręcić w prawo. Za sto metrów to ja już widziałam tylko las, więc zaczęłam się zastanawiać, czy przez słaby zasięg aplikacja się nie zacięła. Postanowiłam ją wyłączyć i włączyć ponownie, jednak ona uparcie prowadziła mnie do lasu. Zaklęłam pod nosem, gdy ujechałam kawałek, bo choć myślałam, że gorzej być nie może, to życie miało dla mnie kolejne niespodzianki.
Leśna droga nie nadawała się do jazdy samochodem. Usiana była wielkimi kamieniami. Ślady opon wskazywały, że jeździły tędy głównie traktory, które wyżłobiły dwie głębokie koleiny po bokach i zostawiły pas zieleni pośrodku. Oznaczało to, że jadąc tą drogą, mogę stracić podwozie, nigdy się stąd nie wydostanę, a gdy tylko zacznę uciekać, zjedzą mnie wilki, których na pewno w tej okolicy jest mnóstwo. Moje dłonie stały się wilgotne jak wtedy, gdy zdawałam po raz czwarty praktyczny egzamin na prawo jazdy. Paliły mnie policzki i czułam narastającą chęć obgryzania już obgryzionych paznokci. Powstrzymała mnie od tego jedynie konieczność trzymania obu rąk na kierownicy.
Gdy się stresowałam, obgryzałam paznokcie. Robiłam to od zawsze. Miałam pięć czy sześć lat, gdy odkryłam rozluźniającą moc tego procederu. Mama kupowała mi różne lakiery, ale absolutnie mnie to nie zniechęcało. Szybko przyzwyczaiłam się do gorzkiego smaku. Wizyta u kosmetyczki również nie pomogła. Odrobinę się wystraszyłam, gdy kobieta przepowiedziała, że za moment dostanę jakiegoś zakażenia, ale gdy ten moment nie przychodził, stwierdziłam, że to tylko takie gadanie. Jak widać, żyję już trzydzieści dwa lata i żadnego choróbska od obgryzania paznokci nie dostałam.
Wrzuciłam pierwszy bieg i powoli ruszyłam przed siebie. Nawigacja – od dziesięciu minut moja najbardziej znienawidzona koleżanka – oznajmiła, że zostały mi cztery minuty do miejsca docelowego. Jeśli będę jechać tak powoli, do ośrodka dojadę nie za cztery minuty, lecz cztery godziny. Postanowiłam lekko przyspieszyć. Nie zauważyłam, że po lewej stronie na połowę drogi wystaje ogromna gałąź. Przejechała po całym boku samochodu i zaczęła się wdzięcznie chybotać.
– Niech to szlag! – krzyknęłam do siebie.
W jednej chwili pomyślałam, że ten wyjazd przyniesie mi jednak więcej strat niż korzyści.
Z powrotem zwolniłam. Po chwili usłyszałam głośne dudnienie. Zahamowałam. W moich oczach pojawiły się łzy. Modliłam się, żeby dojechać z podwoziem. Po kilku pokonanych metrach sytuacja się powtórzyła. Nerwowo zaciągnęłam ręczny. Pierdzielę, nigdzie dalej nie jadę. Umrę w samochodzie. Oparłam głowę o kierownicę i zaczęłam płakać. Co mi przyszło do głowy, żeby wyjechać samotnie w nieznane? Mogłam wybrać Bieszczady. Tam na pewno by mi się nie przytrafiła taka sytuacja.
Swoją drogą, dokąd wyjeżdżają ludzie mieszkający w Bieszczadach, którzy chcą wszystko rzucić? Chyba nie w Bieszczady? Jak będę miała dostęp do internetu, to na pewno to sprawdzę.
Redakcja: Kamila Recław
Korekta: Julia Zając, Marta Grandke, Ola Woźniakiewicz
Projekt okładki i stron tytułowych: Mariusz Banachowicz
Zdjęcia wykorzystane na okładce: archiwum Mariusza Banachowicza
Skład i łamanie: Tomasz Rostkowski
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-56-4
