POgrobowcy. Po co partii Petru Polska - Piotr Gociek - ebook

POgrobowcy. Po co partii Petru Polska ebook

Piotr Gociek

4,7

Opis

 - Czy Nowoczesna to nowa wersja Platformy Obywatelskiej?

- Co ją łączy z dawnym KLD, a co z Unią Wolności?

- Kim jest Ryszard Petru? Nowym Nikodemem Dyzmą polskiej polityki czy narzędziem w rękach obrońców starego porządku?

- Czy Leszek Balcerowicz chce Polski nowoczesnej, czy tylko Nowoczesnej?

- O co chodzi w sporze o Trybunał Konstytucyjny?

- Dlaczego Nowoczesna ma twarz Janusza Palikota?

- Czy III RP mogą naprawić ci, którzy ją zepsuli?

- Czy KOD rzeczywiście walczy o demokrację?

- Po co partii Ryszarda Petru Polska?

Autor jednej z najważniejszych książek politycznych ostatnich lat („POzamiatane. Jak Platforma Obywatelska porwała Polskę”) przedstawia nowy rozdział tej fascynującej historii. I tłumaczy, dlaczego na naszych oczach rozgrywa się walka nie o władzę, ale o przyszłość Polski. A nawet więcej – walka o to, czy Polska w ogóle będzie miała jakąś przyszłość.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 363

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Piotr Gociek Pogrobowcy ISBN: 978-83-65521-20-0 Copyright © Piotr Gociek, 2016 All rights reserved Redaktor: Grażyna Kurkowska Projekt okładki i stron tytułowych: www.designpartners.pl Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

WSTĘP

„Człowiek naprawdę wkurzony”

„Co panem głównie powoduje?” — zdążył jeszcze rzucić jeden z dziennikarzy na koniec zaimprowizowanej konferencji prasowej w hali Torwaru.

„Wkurzenie — odparł Ryszard Petru. — Ale pozytywistyczne wkurzenie — szybko uzupełnił. Odciągany za kulisy, dodał jeszcze: — Know-how!”.

Była niedziela 31 maja 2015 roku, dzień konwencji założycielskiej stowarzyszenia NowoczesnaPL. W warszawskiej hali widowiskowo-sportowej spotkali się sympatycy, przyszli członkowie i oczywiście twórcy tej inicjatywy. Według wyliczeń organizatorów przyjechało około 6 tys. osób.

„Ryszard Petru, były doradca Leszka Balcerowicza, założył wolnorynkowe stowarzyszenie NowoczesnaPL. Celuje w liberalne sieroty po PO i zapowiada start do Sejmu. W niedzielę kongres założycielski” — zapowiadała w sobotnim wydaniu (30.05.2015) „Gazeta Wyborcza”. „To odpowiedź na niezagospodarowany elektorat wolnorynkowy, który głosuje na PO z braku alternatywy lub zagłosował na Dudę z przekory. — I cytowała słowa, którymi Petru tłumaczył swoje zamysły: — W Polsce od kilkunastu lat nie dyskutuje się o propozycjach realnych zmian, tylko o PiS i PO. PiS jest narodowo-socjalistyczny, a PO stała się partią etatystyczną i de facto przejęła elektorat SLD. Powstała więc olbrzymia przestrzeń dla ludzi, którzy się z nimi nie identyfikują”.

Podczas samej konwencji Petru był bardziej powściągliwy w słowach. Na pytanie jednej z reporterek: „W jakiego wyborcę celujecie, komu najbardziej zagrażacie i do kogo jest wam najbliżej światopoglądowo na przykład w sprawie in vitro?”, odparł: „To nie jest przeciwko komuś, tylko dla kogoś. Adresujemy (nasz przekaz — przyp. P.G.) do wszystkich takich wkurzonych. Zauważmy, że większość Polaków nie głosuje w wyborach. Ja nie chcę myśleć, której partii mam zabierać, tylko jest olbrzymia grupa ludzi, co dzisiaj pokazało to spotkanie, którzy chcą zmian. A jeśli chodzi o in vitro, to ono dawno powinno być załatwione”.

Uśmiech, podziękowanie, obrót, kolejny dziennikarz, kolejna wypowiedź. I garść haseł: „Ta inicjatywa ma pokazać, że można inaczej”; „rewolucja pokoleniowa w ramach systemu”; „trzeba najpierw zarobić, żeby potem wydawać”.

Podczas głównego wystąpienia na Torwarze Ryszard Petru deklarował: „Dzisiaj spotkaliśmy się po to, żeby pokazać, że nowa, lepsza Polska jest możliwa. (…) Wprowadźmy głosowanie przez Internet. (…) Przywróćmy wolność gospodarczą. To nie może być tak, że wszyscy wspominają, że kiedyś było lepiej, ale nie 40 lat temu, tylko 10 lat temu”.

Mówił też o tym, że państwo nie może traktować przedsiębiorców jak przestępców i że Polacy powinni więcej zarabiać.

W odróżnieniu od PO, do której zresztą ugrupowanie założone przez ekonomistę i bankowca z Wrocławia natychmiast zaczęło być przyrównywane, Nowoczesna nie przyciągała głośnymi politycznymi nazwiskami. Platforma od początku przedstawiała siebie jako triumwirat Andrzej Olechowski–Donald Tusk–Maciej Płażyński i nie kryła, że jest projektem politycznym. Nową jakością miała być natomiast jej obywatelskość.

„Zaufajcie nam — zdawali się mówić platformerscy tenorzy-fundatorzy. — Byliśmy w polityce i nie mamy wątpliwości, że to bagno, dlatego wiemy, co trzeba zrobić inaczej”. No i jak ognia wystrzegali się używania słowa „partia”.

W podobne tony uderzał najgłośniejszy uciekinier z Platformy, Janusz Palikot, gdy jesienią 2010 roku zakładał swoje ugrupowanie — Ruch Palikota. Miał już wtedy za sobą okres bycia wiernym żołnierzem, wręcz bulterierem, a potem i ostrym przeciwnikiem Donalda Tuska. Jego filipiki wymierzone w PO, wygłaszane wtedy, gdy znajdował się już poza partią, były uwiarygadniane przez podobne słowa krytyki z czasów, kiedy jeszcze do Platformy należał. Do pewnego stopnia prezentował się zresztą jako strażnik prawdziwych wartości PO. „Platforma tak, wypaczenia nie” — można by podsumować jego rozmaite wywody z owego okresu. Pięcioletnia kariera w PO, kariera burzliwa, kontrowersyjna, dała temu lubelskiemu politykowi dużą rozpoznawalność. Nie bał się zaprosić na scenę konwencji założycielskiej postaci tak wyrazistych i znanych jak Kazimierz Kutz czy Ryszard Kalisz. Nawet na takim tle było widać, kto jest prawdziwą gwiazdą.

„Ten Don Kiszot polskiej polityki — mówił wówczas o Palikocie Kutz — za własne pieniądze, z własnej przekory, charakteru i ryzyka zaprosił państwa, którzy sami z własnej woli, też za własne pieniądze, przyjechali. Czegoś takiego jeszcze nie było! Nasz premier Donald Tusk, którego bardzo lubię również, ostatnio powiedział o Januszu, że on stoi w przeciągu i ma się zdecydować, czy w tę, czy we w tę, bo trzeba te drzwi zamknąć. Idąc tym tropem, powiem, że to, co tutaj dzisiaj się stało, co się staje, co Janusz zrobił… on uchylił okno i wpuszcza do bardzo zatęchłego pokoju trochę świeżego powietrza. Polskiemu życiu publicznemu ten tlen jest bardzo potrzebny. Wy jesteście tym tlenem!”.

Publiczne mityngi żywią się barwnymi porównaniami. Niespełna pięć lat później Ryszard Petru nie sięgnął wprawdzie do tlenowych odniesień, ale mówił o tym, że energia tych, którzy przyszli na Torwar, ładuje jego akumulatory. Może nie bez powodu. Wszak w 2001 roku, gdy powstawała Platforma, słowa o „uwolnieniu energii Polaków” padły za radą Andrzeja Olechowskiego z ust Donalda Tuska.

Ryszard Petru na konwencji założycielskiej NowoczesnejPL jak mógł odżegnywał się jednak od politycznych konotacji. Dopytywany o to, czy założy partię, odpowiadał: „Nie partię, lecz stowarzyszenie”.

Życie zweryfikowało te plany niecałe trzy miesiące później, bo już 25 sierpnia 2015 roku, kiedy to partia Nowoczesna Ryszarda Petru została oficjalnie zarejestrowana.

Na scenie ustawionej pośrodku Torwaru w ostatnim dniu maja 2015 roku nie było żadnego ze znanych polityków, którzy wcześniej wyrażali poparcie dla Petru. Przede wszystkim zabrakło Leszka Balcerowicza i Władysława Frasyniuka, postaci niezwykle ważnych dla przywódcy Nowoczesnej, bo będących (w różnych okresach) jego politycznymi guru i promotorami. Tym się przejawiała jednak mądrość etapu: konwencja na Torwarze miała być manifestem apolityczności w stylu dawnej Platformy, która w czasie swoich narodzin prezentowała się jako oddolny ruch obywatelski, a od samorządowej kampanii wyborczej w 2010 roku używała różnych mutacji hasła „Nie róbmy polityki, budujmy Polskę” (drugi człon hasła był wymienny: „budujmy szkoły”, „budujmy mosty”, „budujmy boiska”). Petru chciał pokazać, że jest człowiekiem odpowiadającym na głęboką potrzebę Polaków, którzy są znużeni polityką w ogóle, a w szczególności tą realizowaną przez PO i PiS — dwie największe partie, złączone już dziesiąty rok w tytanicznym uścisku.

„Gdyby nie było sporu PO–PiS, który na dziesięć lat zdominował polską politykę, gdyby Donald Tusk nie uciekł do Brukseli, zostawiając tyle niedokończonych spraw, a Ewa Kopacz tak bardzo nie skręciła w lewo, gdyby Jacek Rostowski nie okradł nas z pieniędzy z OFE, to nie miałbym motywacji, by zakładać partię. Człowiek musi być naprawdę wkurzony, żeby to zrobić” — mówił Petru dziennikarzom „Gazety Wyborczej” w lipcu 2015 roku. „Gdybym był karierowiczem, na pewno nie robiłbym tego, co robię. Zakładanie nowej partii to ogromne ryzyko, ciężka praca i niepewny wynik. Zasada jest taka, że ludzie się nie angażują, bo polityka jest nieprofesjonalna, pusta, a często zła”.

Jak zatem wytłumaczyć fakt, że tak krytycznie nastawiony do polityki człowiek był kiedyś członkiem Unii Demokratycznej, a potem Unii Wolności, i to nie szeregowym, bo na początku 2001 roku wraz z Arturem Smółką otrzymał funkcję zastępcy sekretarza generalnego UW, którym był wtedy Bronisław Geremek, oraz kandydował (bez powodzenia) z jej list do Sejmu?

„Uważałem, że SLD nie ma pomysłu na Polskę, a prawica ma złe pomysły. I do dziś nic się nie zmieniło” — tłumaczył reporterom „GW”.

Pretendent do miana przywódcy polskich oburzonych — czy raczej wkurzonych, że odwołam się do jego własnych słów — rozpoczynał najnowszy etap swojej kariery w chwili, kiedy antysystemowość była już w modzie. W kampanii prezydenckiej z 2015 roku, w której nie kandydował (choć osoby z jego kręgu twierdzą, że miał wielką ochotę), konkurenci wręcz prześcigali się w deklaracjach, jak bardzo mierzi ich dotychczasowy kształt polskiej polityki i jak ogromnej naprawy wymaga państwo. Retoryka ta łączyła kandydatów z prawej i z lewej strony. Marian Kowalski (Ruch Narodowy), Grzegorz Braun (niezależny przedstawiciel radykalnej prawicy) i Jacek Wilk (Kongres Nowej Prawicy) atakowali patologie III RP tak samo jak Magdalena Ogórek (popierana przez SLD) czy Paweł Tanajno (Demokracja Bezpośrednia). Nawet wystawiony przez PSL Adam Jarubas starał się przedstawiać jako polityk zmiany nie tylko pokoleniowej, choć oczywiście robił to w charakterystycznym dla ludowców stylu, do którego najlepiej pasuje słynne, ukute przez Jaroslava Haška określenie „partia umiarkowanego postępu w granicach prawa”.

Jedynym kandydatem broniącym dokonań minionych lat był ubiegający się o reelekcję prezydent Bronisław Komorowski, ale wyniki pierwszej tury i jego nieco otrzeźwiły. Wygrał ją przedstawiciel największej partii opozycyjnej, Andrzej Duda z PiS-u, zaś kolejne miejsca za drugim w wyścigu Komorowskim także zajęli kontestatorzy (Paweł Kukiz i Janusz Korwin-Mikke). W efekcie między pierwszą a drugą turą wyborów prezydenckich nawet Bronisław Komorowski próbował udawać antysystemowca. Znienacka zmienił zdanie w sprawie jednomandatowych okręgów wyborczych, finansowania partii z budżetu i tego, czy potrzebne jest referendum w tych sprawach.

Nie o Komorowskim jest to jednak opowieść, lecz o Ryszardzie Petru — między innymi o Ryszardzie Petru. Zainteresowanych historią Platformy Obywatelskiej odsyłam do mojej poprzedniej książki, zatytułowanej „POzamiatane”. Tak naprawdę jednak nie da się zgłębić fenomenu Nowoczesnej (początkowo NowoczesnejPL) bez odwoływania się do dziejów PO i bez przypomnienia postaci, które ją w różnych okresach współtworzyły. Ugrupowanie Ryszarda Petru nie jest bowiem na polskiej scenie czymś wyjątkowym — jego program, prezentowane przez lidera widzenie świata, powiązania z establishmentem III RP i wielkim biznesem nakazują widzieć w Nowoczesnej kolejny etap w dziejach pewnego specyficznego środowiska, którego poprzednimi emanacjami w politycznej historii Polski po 1989 roku były Ruch Obywatelski Akcja Demokratyczna, Unia Demokratyczna, Unia Wolności, a także Platforma Obywatelska — choć ta ostatnia w dużym stopniu przeciwstawiała się wpływowym środowiskom stanowiącym rdzeń wspomnianych formacji — i wreszcie Ruch Palikota (potem Twój Ruch), który z kolei kontestował, acz umiarkowanie, PO.

Partia Ryszarda Petru jest kandydatką do sukcesji po Platformie, a jednocześnie jej inną wersją i zaprzeczeniem. To niejedyna tajemnica, jaką trzeba rozwikłać, przyglądając się jej krótkiej historii. Kolejną jest nadzwyczajna kariera tego ugrupowania w establishmencie i mediach III RP, kariera jeszcze szybsza niż w przypadku Janusza Palikota i jeszcze bardziej zadziwiająca. Palikot potrzebował bowiem roku na to, by przejść drogę od konwencji założycielskiej swojego ugrupowania do chwili, gdy w wyborach do Sejmu zdobył 10,02 proc. (niemal 1,5 mln) głosów. A zauważmy, że był przy tym politykiem dobrze rozpoznawalnym, który dysponował dużym majątkiem osobistym i cieszył się niesłabnącym zainteresowaniem sprzyjających Platformie mediów.

Ugrupowaniu Ryszarda Petru wystarczyło niespełna pięć miesięcy, by z zupełnego politycznego niebytu wskoczyć do parlamentu z wynikiem 7,6 proc. Jednocześnie sam lider Nowoczesnej robi w mediach wprost oszałamiającą karierę. Tak jakby sam uwierzył we własną propagandę, a wraz z nim uwierzyły w nią środki masowego przekazu. Jak to bowiem możliwe, by konferencje świeżo upieczonego polityka i wywiady udzielane przez człowieka stojącego na czele partii niereprezentującej nawet jednej dziesiątej oddanych w wyborach głosów były traktowane i komentowane niczym wystąpienia przyszłego premiera?

Spójrzmy dalej. Jak wytłumaczyć fakt, że tak liczną grupę w środowisku Nowoczesnej tworzą ludzie związani wcześniej z kancelarią prezydencką Bronisława Komorowskiego? Kampania poprzedniego prezydenta okazała się najbardziej spektakularną katastrofą polityczną ostatnich lat. Dlaczego zatem odium klęski nie spadło także na jego niefortunnych współpracowników? Kim właściwie są i skąd się wzięli pozostali ludzie Nowoczesnej: kandydaci do Sejmu, posłowie, wpływowi sympatycy? Jakie środowisko polityczne reprezentują ci, którzy promują się jako „nowa jakość”? Czy to „nowa jakość” w stylu dawnej PO, niedawnego Ruchu Palikota, czy może jeszcze inna? Skąd tak duże podobieństwa między partią stworzoną przez Janusza Palikota a tą, którą dowodzi Ryszard Petru? I dlaczego tak wielu stara się z uporem tego nie dostrzegać?

No i wreszcie: kim jest sam Ryszard Petru? Samorodnym talentem politycznym, który przez wiele lat dojrzewał w ukryciu, by nagle stanąć w świetle reflektorów i odmienić Polskę? A może stworzoną od podstaw, sztuczną kreacją, marionetką w rękach postawionych wyżej i ukrytych w cieniu graczy? Jeśli zaś jest jedynie szyldem, to kto prowadzi sklepik? Leszek Balcerowicz? Wpływowe lobby finansowe? Ktoś jeszcze inny?

Jak mają się do tego wszystkiego sekrety z życia lidera Nowoczesnej, który jako nastolatek spędził dwa lata (1984-1986) w Związku Sowieckim wraz z rodzicami zatrudnionymi w Zjednoczonym Instytucie Badań Jądrowych w Dubnej? Instytucie, dodam, kontrolowanym przez sowiecki wywiad wojskowy GRU. I dlaczego po tym, jak tygodnik „Gazeta Polska” opublikował na ten temat obszerny artykuł, sam Petru brnął w dziwne, acz łatwe do zdemaskowania kłamstwa?

„Byliśmy razem z prof. Romaszewskim. I chciałbym, żeby to zostało napisane” — domagał się od „GP”. Tyle że wówczas, gdy młody Petru dołączał do swoich rodziców w Związku Sowieckim, Zbigniew Romaszewski siedział w PRL-owskim więzieniu. I nigdy nie był w Dubnej, co potwierdzają zarówno dokumenty, jak i wyjaśnienia wdowy Zofii Romaszewskiej.

Żeby było jasne: nie twierdzę, że z owych dwóch lat w Związku Sowieckim wynika automatycznie, iż Ryszard Petru jest o cokolwiek podejrzany. Tak jak nie uważam, by automatycznie coś obciążającego wynikało z samego faktu brania przez Bronisława Komorowskiego udziału w polowaniach organizowanych na terenie Rosji przez KGB. Zadaniem dziennikarzy jest jednak zadawanie trudnych pytań, a politycy zobowiązani są do tego, by z rozmaitych wydarzeń w swoim życiu się tłumaczyć. Tymczasem wokół Petru, podobnie jak niegdyś wokół Komorowskiego, w niektórych kwestiach panuje zmowa milczenia. I nie trzeba wcale sięgać do młodzieńczych lat lidera Nowoczesnej — wystarczy zastanowić się, jak to możliwe, by organizująca się dopiero struktura dostała bez problemu 2 mln zł kredytu, skoro w chwili, gdy starała się o te pieniądze, nie było nawet wiadomo, czy uda jej się zarejestrować listy wyborcze.

A może bank PKO BP, który udzielił tej pożyczki, szedł na pewniaka, bo Petru jest człowiekiem bogatym, który własnym majątkiem mógł poręczyć kredyt? Tego do końca nie wiemy. Tak jak inni nowo wybrani posłowie tej kadencji lider Nowoczesnej wypełnił wprawdzie oświadczenie majątkowe i ujawnił, że posiada oszczędności, papiery wartościowe i nieruchomości warte łącznie 3,6 mln zł, ale zanim to uczynił, na dwa tygodnie przed upływem terminu składania oświadczeń majątkowych (pięć dni po wyborach) podpisał z żoną Małgorzatą umowę o rozdzielności majątkowej. Nie wiemy zatem, ile naprawdę pieniędzy zgromadził podczas swej wieloletniej kariery ekonomisty i bankowca.

„Zrobiłem to, bo chcę oddzielić moją karierę polityczną od tego, co robi żona. Ma prawo do prywatności” — mówił Petru portalowi Fakt.24.pl. I mętnie tłumaczył, że „oświadczenie majątkowe jest po to, by pokazać, jak posłowie wzbogacają się, będąc w polityce”, a on zaczyna z majątkiem, który zadeklarował. I z tego powinien być rozliczany.

To interesujące kwestie, ale czy z ich powodu warto od razu pisać książkę? Moim zdaniem nie. Przypadek Nowoczesnej i manewry wokół schedy po Platformie Obywatelskiej są jednak częścią dużo ciekawszego procesu i fragmentem dużo poważniejszego konfliktu.

Konflikt, spór czy (jak twierdzą niektórzy) wojna toczy się między — i tu wkraczamy w strefę etykiet efektownych, choć nieprzybliżających nas do sedna sprawy — „postępowcami” a „ciemnogrodem”, „Europejczykami” a „Sarmatami”, „nowoczesnością” a „wstecznictwem”. Na użytek tej opowieści najchętniej użyłbym słów: między samozwańczym Salonem a rzekomym Ciemnogrodem.

Ale i to sformułowanie nie wystarcza. Rzecz nie dotyczy bowiem jedynie Polski rozdartej między Michnikiem a ojcem Rydzykiem ani tej podzielonej na dwa zwalczające się plemiona: zwolenników PO i PiS-u czy wcześniej frakcję Geremka i obóz Kaczyńskich. Nie jest to również spór między komunizmem a solidaryzmem czy postkomunizmem a partiami postsolidarnościowymi. Ani też między Polską liberalną a socjalną, choć, o dziwo, ta ostatnia oś podziału okaże się w naszych rozważaniach bardzo przydatna.

Chodzi o prawdziwe znaczenie słowa, które w ciągu minionego roku zostało zawłaszczone najpierw przez stowarzyszenie, a potem przez partię Ryszarda Petru — słowa „nowoczesność”. O modernizacji Polski głośno rozprawiały niemal wszystkie ugrupowania polityczne, które po 1989 roku miały coś do powiedzenia na temat sposobów jej urządzania. Czy dziś, 27 lat po obradach Okrągłego Stołu, Polska jest nowocześniejsza niż w roku 1989? Używamy nieznanych wtedy technologii, jeździmy po szerszych drogach, podróżujemy bez paszportów po krajach Unii Europejskiej, możemy pracować i zakładać firmy, gdzie chcemy, głosować, na kogo przyjdzie nam ochota. A jednocześnie wciąż spieramy się o to, czy i jak szeroko otwierać archiwa komunistycznej bezpieki, a fasadowe instytucje powołane w czasach PRL-u — od stanowiska Rzecznika Praw Obywatelskich po Trybunał Konstytucyjny — uznajemy za coś oczywistego i dajemy im ogromną władzę.

Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, który po 1989 roku nie przeszedł żadnego gruntownego katharsis, analizują poszczególne artykuły dość pokracznej konstytucji uchwalonej w 1997 roku przez tych, którzy nie zamierzali zbyt wiele zmieniać, do spółki z tymi, którzy nie dość odważnie chcieli reformować. Sprawiedliwość jest w rękach systemu, który „sam miał się oczyścić” — jak naiwnie wierzył Adam Strzembosz — ale który nigdy się nie oczyścił i na każdą próbę reformy reaguje buntem lub obstrukcją. Mamy media niby wolne, ale za to nazbyt zgodnie pomijające kwestie niewygodne dla kasty samozwańczych właścicieli III RP: wpływowych grup polityków, biznesmenów i ludzi dawnych służb specjalnych. Możemy pisać, co chcemy, w Internecie, ale uzyskanie lichej koncesji na małe miejskie radio naziemne graniczy z cudem, nie mówiąc już o regionalnej sieci stacji radiowych czy ogólnopolskiej stacji telewizyjnej.

Polska nie jest już członkiem socjalistycznego Układu Warszawskiego ani wymyślonej przez Sowietów Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, ale jednocześnie nie czuje się pełnoprawnym uczestnikiem innych struktur, w których się znalazła: Unii Europejskiej i NATO. Ciągle bowiem słyszymy, że możliwa jest jakaś Europa (czytaj: Unia) „dwóch prędkości”, że istnieje „stara” i „nowa” Europa, że dzieli się ona na kraje „twardego jądra” i „peryferyjne”.

„Modernizacja” i „nowoczesność” stały się słowami-zaklęciami, którym każdy nadaje własne znaczenie. Co innego ma na myśli Donald Tusk, co innego Jarosław Kaczyński, co innego Ryszard Petru, a co innego jeszcze Leszek Miller czy Adrian Zandberg. A może są różne rodzaje nowoczesności? Jeśli tak, to czy wybraliśmy właściwą? I kto tak naprawdę decyduje o tym, która jest właściwa?

W kwietniu 2006 roku tygodnik „Ozon” (miałem w nim wtedy przyjemność pracować) opatrzył jeden z numerów prowokacyjną okładką z hasłem „Rzeczpospolita III i pół”. Magda Zdort i Eliza Michalik — czy ktoś wyobraża sobie dziś taki duet — zastanawiały się w tekście pod takim samym tytułem nad tym, jak bardzo połowiczna i nieudana jest rewolucja przeprowadzana przez koalicyjny rząd PiS–LPR–Samoobrona. Kraj zatrzymał się wtedy w pół kroku między Rywinlandem a zapowiadaną w kampanii wyborczej przez PiS Rzeczpospolitą Solidarną. Stary system okazał się silniejszy, niż przypuszczano, siły reformatorskie szczuplejsze, a i sojusznicy w dziele reformy byli mocno podejrzani. Hasło „Rzeczpospolita III i pół” pożyczyła sobie kilka lat później Sylwia Milan, dziennikarka londyńskiej „Cooltury”, i zatytułowała tak swoją książkę zawierającą wywiady polityczne (tom wydano w roku 2009).

Zwrot „i pół” jest według mnie kluczowy dla rzeczowej rozmowy o historii Polski ostatniego ćwierćwiecza.

Przedmiotem gorącego sporu jest nawet to, w którym miejscu najnowszej historii Polski powinniśmy owo sformułowanie postawić. Dla jednych oczywista jest teza, że zatrzymaliśmy się w pół drogi między III a IV RP, bo naprawiający kraj PiS nie jest w stanie zreformować go naprawdę: w latach 2005-2007 ugrzązł w toksycznej koalicji z Andrzejem Lepperem i Romanem Giertychem, a dziś koncentruje się na zawłaszczaniu i demolowaniu państwa. Taki opis sytuacji jest jednak tyleż powszechny w środowiskach, którym wciąż mebluje głowy „Gazeta Wyborcza”, co sprzeczny wewnętrznie, przede wszystkim wtedy, gdy na tych samych łamach sąsiadują ze sobą jeremiady o „strasznym Kaczyńskim”, który jest wszechmocnym dyktatorem, oraz opowieści o tym, że „za co się PiS nie weźmie, to spieprzy”. Podobna narracja, ale z innym uzasadnieniem, jest żywa wśród części opozycji antysystemowej — parlamentarnej (Ruch Kukiz’15) i pozaparlamentarnej (partia KORWiN). Tam uzasadnia się ją w taki sposób: skoro sam PiS jest produktem establishmentu III RP i kontestującym wprawdzie, ale jednak elementem systemu, to nie jest w stanie go zreformować, a prawdziwa naprawa wymaga odrzucenia także i tej partii.

Inni uważają, że „i pół” powinniśmy umieścić po „PRL”. Funkcjonują zatem takie określenia jak „PRL-bis” albo nawet „Ubekistan”. Marek Król, były właściciel i wieloletni redaktor naczelny tygodnika „Wprost”, pisał w 2004 roku na łamach swego periodyku o „hybrydzie zrodzonej z bezpłodnej matki Polski Ludowej i młodszej siostry dawnej Rzeczpospolitej”. A Igor Zalewski objaśniał w tym samym numerze „Wprost”: „W istocie nie ma bowiem żadnej III RP — jest co najwyżej Rzeczpospolita Przejściowa. Przejściową Rzeczpospolitą najlepiej widać po jej konstytucji. Przecież bardzo wiele zapisów polskiej ustawy zasadniczej przypomina stalinowską konstytucję z 1952 roku. Nie powstydziliby się ich też konstytucjonaliści z ZSRR czy Albanii w czasach komunistycznych. Polska konstytucja nie jest instrukcją obsługi III RP, bo pałac Rzeczpospolitej numer 3 jest wciąż tylko wydmuszką. Za to konstytucja z 1997 roku wręcz skleja Rzeczpospolitą Przejściową z PRL. Zamiast być fundamentem prawa, nasza konstytucja jest jego ornamentem, atrapą. Tak jak Rzeczpospolita Przejściowa jest atrapą III RP”.

Przy okazji: nawet gorąco broniący Balcerowicza i Geremka (ich uczeń i wychowanek) Ryszard Petru ośmielił się stwierdzić w lipcu 2015 roku: „Zbyt wielu ludzi z PRL-owskich służb specjalnych fantastycznie sobie poradziło w Polsce, wykorzystując stare układy”. Bardzo oburzyło to odpytujących go dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. „Mówi pan jak Kaczyński — zwracamy uwagę. — Mówię to, co uważam, ale nie wypisuję tego na sztandarach — odpowiada”.

Zdaniem jeszcze innych owo „i pół” należałoby postawić w miejscu sugerującym, że zmierzamy w stronę już całkiem nowej Polski, zostawiając za sobą patologie III RP i nieudaną próbę ogłoszenia IV RP. Zgodnie z tą narracją 25 października 2015 roku „wolni Polacy” odrzucili dyktat elit z nieprawego łoża i kroczą teraz (z kłopotami, bo z kłopotami, a nawet przeskakując przez rzucane pod nogi kłody) ku Polsce właściwej, Polsce planu Morawieckiego, Polsce, w której „nowa Targowica” może co najwyżej wyć z wściekłości i obgryzać własne porośnięte czarną sierścią łapska, bo naród przejrzał na oczy, wybrał mądrze i podąża w słusznym kierunku.

Chciałbym w tej książce jak najmniej zajmować się epitetami (choć charakter polskiej debaty publicznej sprawia, że jest to praktycznie niemożliwe), bo dzieją się rzeczy dużo ważniejsze. Przyszło nam bowiem żyć w momencie wielkiej zmiany. To czas ostatecznego krachu międzynarodowego porządku powstałego po przełomie lat 1989-1991 w wyniku demontażu Związku Sowieckiego. To moment, kiedy zapowiadana przez Samuela Huntingtona, a dużo wcześniej przez Floriana Znanieckiego, „wojna cywilizacji” nie tylko przybiera na sile, ale jej głównym frontem staje się zalana falą islamskich imigrantów Europa. Unia Europejska próbuje zdefiniować się na nowo. Generałowie NATO sięgają po pokryte kurzem teczki z wojennymi planami ewentualnościowymi. Pokój na Starym Kontynencie jest już przeszłością — zniknął w chwili, kiedy przebrani za bojowników „samoobrony obywatelskiej” rosyjscy żołnierze zajęli Krym i wkroczyli na teren wschodniej Ukrainy, kiedy z terytorium Estonii, członka Sojuszu Północnoatlantyckiego, rosyjska FSB porwała oficera tamtejszych służb specjalnych. To już nawet nie „nowa zimna wojna”, jak to opisywał Edward Lucas w swojej głośnej książce z 2008 roku, to także coś więcej niż wojna hybrydowa.

W tym nowym świecie nowoczesność, kwestie takie jak innowacyjność i wydolność polskiej gospodarki, walka z kryzysem demograficznym, bezpieczeństwo energetyczne, a nade wszystko sprawność państwa nie są już tylko przedmiotem debaty między stronami rywalizującymi o lepszy wynik wyborczy. To sprawy kluczowe dla dalszego istnienia Polski. W chwili kryzysu przetrwają ci, którzy są elastyczni, którzy potrafią błyskawicznie uczyć się na własnych (ale jeszcze lepiej na cudzych) błędach, którzy są samosterowni, a nie podlegają owczemu pędowi, którzy potrafią właściwie rozpoznać priorytety i nie zawahają się ich realizować.

Po ośmiu latach dryfu — bo tak należy określić politykę prowadzoną przez dwie kadencje przez koalicję PO–PSL — okazało się, że nasz okręt żegluje po wzburzonych wodach. Po dwunastu latach rozprawiania o końcu historii (jesteśmy w UE, jesteśmy w NATO, polskie cele zostały osiągnięte, cóż może nam zagrozić?) okazało się, że gna ona jak oszalała. Nigdy nawet nie zamierzała się zatrzymywać, a kto dał się omamić, ten będzie musiał teraz nadrabiać stracony dystans. I chodzi tu nie tylko o Polskę, ale też o bezradną wobec zagrożenia islamskiego Francję, dysponujące po części rozmontowaną Bundeswehrą Niemcy, zrujnowaną Grecję i tak dalej.

Rzeczpospolita (mniejsza o numerek) wyszła nie tylko z ośmioletniej dominacji PO, ale w ogóle z wielkiej transformacji ostatniego ćwierćwiecza jako kraj w połowie gotowy. Jako Polska „i pół”. Już nie tajemniczy ląd zza żelaznej kurtyny, ale wciąż jeszcze niestuprocentowy kraj Zachodu. Dziwna hybryda socjalizmu i kapitalizmu. Gdybyż jeszcze była to hybryda efektywna! Ale po dekadach nieustannej modernizacji i reformowania (albo wycofywania się z wprowadzanych reform, bo i tak bywało) w wielu dziedzinach, chociażby w służbie zdrowia, doszło do syntezy najgorszych cech minionego i nowego ustroju.

Tymczasem nie ma czegoś takiego jak pacjent częściowo zdrowy, kobieta trochę w ciąży, dom prawie wyremontowany, kraj w połowie przygotowany do wojny. Skoro jesteśmy „w połowie”, skoro jesteśmy „i pół”, to znaczy, że jesteśmy niegotowi. Tak dalej być nie powinno, a przypominając rozmaite hasła wyborcze z dziejów III RP — tak dalej być nie musi, tak dalej być nie może.

Stawka jest dużo większa niż to, kto będzie zasiadał w fotelu premiera.

Polska będzie nowoczesna albo nie będzie jej wcale. Ale czy to znaczy, że ma to być Polska Nowoczesnej? Co ma na myśli Ryszard Petru, kiedy mówi o modernizacji? Co miał na myśli Donald Tusk? Jak interpretować słowa Kamili Gasiuk-Pihowicz, rzecznik Nowoczesnej, o tym, że w sprawach Unii jej ugrupowanie jest „totalnie europejskie”? Czy to Europa jest dziś probierzem nowoczesności? Czy w ogóle może nim być? Jaka Polska marzy się ambitnemu bankowcowi i jak wpisuje się to w nasze dotychczasowe spory o kształt nowej Rzeczpospolitej? Po co Polska partii Petru? I po co Polsce partia Petru?

Krótko mówiąc: jaka nowoczesność może nas uratować i co z tego wynika? I to jest właśnie tematem tej książki.

CZĘŚĆ I

Co się stało z Platformą Obywatelską

W pogoni za Donaldem

„Jego czasy w PO to był czas bardzo dobry dla Platformy. Jest sentyment” — mówiła Małgorzata Kidawa-Błońska. Rozmowę można znaleźć na stronie internetowej radia RMF FM (15.03.2016). „Jeżeli Tusk wróci i będzie chciał kandydować na prezydenta, na pewno PO z wielką energią zrobi tę kampanię”.

Wystarczyło pół roku w opozycji, by czasy, gdy Tusk był przewodniczącym PO i premierem rządu, zaczęto w jego partii wspominać jako „złoty wiek”. Tego samego dnia, kiedy publiczną tęsknotę za byłym liderem wyrażała jego dawna rzecznik, w gazetach opublikowano sondaż TNS Polska, w którym pytano Polaków o aktualne preferencje partyjne. Prawo i Sprawiedliwość — 38 proc., Nowoczesna — 13 proc., Platforma Obywatelska — 12 proc., Kukiz’15 — 9 proc. Pozostałe ugrupowania nie weszłyby do parlamentu. Oczywiście łaska wyborców na pstrym koniu jeździ, wyniki sondaży są w Polsce rozstrzelone jak chyba w żadnym innym kraju, a błędem notorycznie popełnianym przy ich przeprowadzaniu jest niejednolita metodologia, zaś przy analizie — zestawianie nieporównywalnych danych. Zauważmy jednak zabawną zmianę: przez osiem lat rządów PO–PSL to ugrupowania opozycyjne wobec tamtej władzy, a przede wszystkim partia najsilniejsza, czyli PiS, podnosiły argument, że sondaże są niewiarygodne i że służą do manipulowania opinią publiczną. Dziś to politycy Platformy przodują w takich tłumaczeniach, a cała sprawa zaczyna przypominać kabaret, kiedy członkowie i sympatycy partii Tuska, Schetyny i Kopacz jako dowód na słuszność swoich tez przywołują sondaże, które przeszacowywały prezydenckie szanse Bronisława Komorowskiego, gdy ten walczył o reelekcję. Bo przecież ci sami politycy uważali wówczas, że owe sondaże świadczą o tym, jak bardzo w starciu z Komorowskim pozbawiony jest szans jakikolwiek inny kandydat.

Informację o wspomnianej przeze mnie ankiecie jeden z prawicowych portali opatrzył tytułem „PiS ma większe poparcie niż trzy kolejne ugrupowania razem wzięte”. Pamiętając o wszystkich zastrzeżeniach co do rzetelności sondaży, trzeba jednak zauważyć, że badania przeprowadzane po wygranych przez Zjednoczoną Prawicę wyborach różniły się w wielu kwestiach, ale ogólny obraz, jaki się z nich wyłaniał, był dość stabilny: niekwestionowanym liderem okazywało się Prawo i Sprawiedliwość, zaś za plecami lidera wymieniały się miejscami PO i Nowoczesna. Stałym poparciem cieszył się ruch Pawła Kukiza, którego wyniki oscylowały zwykle między 7 a 10 pkt proc., a pozostałe ugrupowania z reguły lądowały poza parlamentem lub balansowały na progu wyborczym.

Miarą szoku i upadku Platformy niech będzie inny sondaż TNS Polska (wówczas jeszcze nazywającego się TNS OBOP), przeprowadzony w grudniu 2007 roku. Wtedy obiegło media takie oto badanie: PO — 59 proc., PiS — 19 proc., Lewica i Demokraci — 8 proc., PSL — 7 proc. Tytuł depeszy na jednym z portali internetowych brzmiał: „Nowy sondaż — PO trzykrotnie silniejsze niż PiS”.

Zatem dwa miesiące po wygranych przez Platformę wyborach parlamentarnych z października 2007 roku była ona (w sondażach) trzy razy bardziej popularna niż Prawo i Sprawiedliwość. Z kolei PiS pięć miesięcy po objęciu władzy, w październiku 2015 roku, okazał się ponad trzykrotnie popularniejszy od PO. Tęsknota posłanki Kidawy-Błońskiej za czasami Donalda Tuska jest więc jak najbardziej uzasadniona. Oczywiście liczby podawane przez TNS OBOP w 2007 roku są całkiem nierealne, ponieważ żadna partia nie miała nigdy w Polsce tak wysokiego poparcia, natomiast z pewnością pokazywały pewien trend w ówczesnych nastrojach społecznych i tradycyjną premię dla zwycięzców. Zwykle jest przecież tak, że ankietowani (zwłaszcza ci mniej zdecydowani) chętniej wskazują podczas badania na partię najsilniejszą. A czy może być ugrupowanie silniejsze od tego, które dopiero co wygrało wybory i sformowało nowy rząd?

Rozumiejąc smutek polityków PO rozpamiętujących sukcesy z dawnych lat, spoglądam jednak na zimno na ich wyborczy wynik z października 2015 roku i nie mogę się powstrzymać od prostej konstatacji: to był bardzo dobry wynik, a Platforma okazała się przeciwnikiem niezwykle trudnym do znokautowania.

Przyjrzyjmy się konkretnym liczbom: PO zdobyła w ostatnich wyborach parlamentarnych ponad 3,66 mln głosów (24 proc.). Dużo mniej niż w roku 2007, gdy przejmowała władzę (6,7 mln głosów), i sporo mniej niż w roku 2011, kiedy to wygrywała drugą kadencję (5,6 mln). Ale jednocześnie jest to — uwaga! — o 800 tys. głosów więcej, niż osiągnęła w przełomowym dla polskiej polityki roku 2005, kiedy prezydentem Rzeczpospolitej został Lech Kaczyński, a w wyścigu do Sejmu triumfował PiS. Wtedy to Platforma zyskała głosy 2,85 mln wyborców (24,14 proc.).

Powtórzę, bo to ważne: w roku 2015 partia zmęczona, zdemoralizowana po odejściu lidera, będąca w rozsypce po klęsce prezydenta Komorowskiego, rozrywana przez spory frakcyjne, zużyta ośmioma latami przy władzy, niosąca na plecach balast niezliczonych afer (od hazardowej poprzez stoczniową do taśmowej) — otóż ta właśnie partia zdobywa WIĘCEJ głosów niż w roku 2005. Czyli więcej niż wtedy, kiedy działał jeszcze efekt świeżości, kiedy młodszy Donald Tusk spoglądał z billboardów na wyborców jako „prezydent z zasadami”, kiedy nad Polską unosiła się nadzieja na wielką koalicję PO–PiS, mającą naprawić zdewastowane przez pazernych postkomunistów państwo; zanim jeszcze wydarzył się Smoleńsk.

Powinno to być trzeźwiące memento dla tych, którzy spieszą się składać Platformę do grobu. To prawda, dziś na jej niekorzyść działa wiele rzeczy. Nie doszła jeszcze do równowagi po wewnętrznej walce o władzę, brakuje jej lidera na miarę Tuska, co oznacza, że nie ma w niej komu stawić czoła Jarosławowi Kaczyńskiemu, sympatia dużej części wpływowych mediów przeniosła się na Nowoczesną, a w miarę upływu czasu sprawująca rządy Zjednoczona Prawica wyciąga z ministerialnych szaf kolejne kompromitujące dawną ekipę dokumenty.

Ale jednocześnie jest to partia silna, bogata, rządząca największymi polskimi miastami, okopana w terenie, wrastająca w tkankę polskiego państwa od roku 2006 (pierwsze wygrane wybory — samorządowe). Wciąż dysponuje dużymi wpływami zarówno w Polsce, jak i za granicą, ma swojego przewodniczącego Rady Europejskiej (Donald Tusk to wszak honorowy przewodniczący PO). Platforma nie podzieliła losu tych ugrupowań, dla których utrata władzy stanowiła natychmiastową katastrofę (AWS) lub była wstępem do długiej agonii (SLD). Nawet gdyby przyjąć na wiarę formułowane przez nieprzychylnych PO komentatorów stwierdzenie, że jest to już tylko masa upadłościowa, to trudno nie zauważyć, iż Platforma AD 2016 jest najbardziej atrakcyjną masą upadłościową w polskiej polityce od 1989 roku.

Jesienią 2015 roku, jeszcze przed wyborami parlamentarnymi, które tak mocno przemeblowały polską politykę, na rynku pojawiły się trzy książki ukazujące na różne sposoby fenomen PO. Były to „Pycha i upadek” Rafała Ziemkiewicza (Fabryka Słów), „Państwo Platformy. Bilans zamknięcia” Andrzeja Zybertowicza, Macieja Gurtowskiego i Radosława Sojaka (Fronda) oraz „POzamiatane” niżej podpisanego (Zysk i S-ka).

„Pycha i upadek” koncentruje się na ostatnim roku panowania PO. Jest to kronika krachu „władzy bardzo konkretnej, partii zwanej Platformą Obywatelską, w bardzo konkretnym państwie, zwanym III Rzeczpospolitą. Ale nie poświęcałbym konkretnej zmianie rządów tak wiele uwagi, gdybym nie miał nadziei, że przez jej szczegółowy opis powiem coś o upadku władzy w ogóle. Upadek władzy to bowiem coś takiego jak śmierć. Upadek władzy zaskakuje nawet bardzo uważnych komentatorów” — pisał Rafał Ziemkiewicz. „Jakimi prawami kierują się demokratyczne rewolucje? Jak im się udaje niepostrzeżenie narodzić, wezbrać, dlaczego zawsze jesteśmy nimi zaskoczeni, nawet jeśli się ich od dawna spodziewaliśmy, dlaczego każdy polityk, partia czy innego rodzaju elita reaguje na nią tak samo głupio — wyparciem, niezrozumieniem, groteskowym droczeniem się z rzeczywistością? Nie wiem. Ale próbuję zrozumieć. Spróbujcie razem ze mną. Jeśli nawet nadal nie zrozumiemy, to przynajmniej zafundujemy sobie trochę złośliwej radości, rozpamiętując dzień pod dniu, jak pycha została pokarana upadkiem, a upadek uwieńczony śmiesznością”.

Autorzy publikacji „Państwo Platformy” definiują swój cel inaczej: „Tytuł naszej książki określa jej zadanie. Rzecz jasna, idzie o ocenę. W dodatku o ocenę posiadającą społeczne konsekwencje. Jesteśmy socjologami, przeto staramy się, aby ocena ta oparta była na faktach. W nauce wierzy się, że najbardziej wiarygodne są informacje wyrażone w języku liczb. Liczby bowiem ze swej natury są sprawdzalne, porównywalne i oddzielone od języka emocji. Dlatego przedstawiamy dane, tabele i wykresy. Niech liczby rozsądzą, czy żyjemy na »zielonej wyspie«, czy w »państwie teoretycznym« zaniedbującym swoich obywateli. Nie możemy czekać na osąd historii, państwo Platformy należy oceniać już dziś”.

Książka „POzamiatane” jest próbą odpowiedzi na następujące pytania: „Czym była PO w chwili narodzin, czym, gdy zatriumfowała, a czym jest dziś? Jakie cele przyświecały politykom Platformy? Czy był to projekt naprawy kraju, czy realizacji prywatnych ambicji? Czy PO to twór wyjątkowy w ostatnim ćwierćwieczu, czy logiczna i nieuchronna kontynuacja polityki niegdyś prowadzonej przez Kongres Liberalno-Demokratyczny i Unię Wolności? Kiedy Donald Tusk zamienił się z reformatora w hipnotyzera? Dlaczego Bronisław Komorowski musiał zostać prezydentem?

Czy tylko lemingi kochają PO? Jak to się stało? Jak to zrobiono? I po co? Krótko mówiąc: jak Platforma Obywatelska porwała Polskę i co z tego wynikło?”.

Autorów owych trzech publikacji łączyło przekonanie, że czas rządów PO dobiega końca, choć żaden z nas nie wiedział jeszcze, jak mocno partia ta zostanie ukarana przez wyborców. Z analizy ówczesnych sondaży wynikało najczęściej, że zwycięstwo PiS-u będzie pyrrusowe, a partia Jarosława Kaczyńskiego mimo wygranej wcale nie musi zdobyć władzy. Na to samo zresztą liczyła PO, według której przewaga zwycięzcy w tych wyborach okaże się na tyle mała, że pozostałe ugrupowania utworzą „rząd anty-PiS”. Z tego niebezpieczeństwa zdawali sobie sprawę politycy Zjednoczonej Prawicy, którzy uparcie powtarzali w mediach, że ich celem jest nie tylko wygranie wyborów, ale też osiągnięcie samodzielnej większości parlamentarnej. Jak się okazało, była to samospełniająca się przepowiednia, choć wówczas mało kto traktował ją poważnie. Przed rokiem 2015 żadnej polskiej partii nie udało się bowiem rządzić samodzielnie nawet po miażdżącym zwycięstwie wyborczym: ani koalicji SLD–UP w 2001 roku (41,04 proc. — 5,34 mln głosów), ani Platformie w 2007 roku (41,51 proc. — 6,7 mln głosów).

Co do tego jednak, że „złoty wiek” Platformy dobiega końca, nie było żadnych wątpliwości. Sytuacja, w której pozostaje ona u władzy w ramach koalicji rozpaczy tworzonej wraz z PSL-em, Nowoczesną i Zjednoczoną Lewicą, także oznaczałaby koniec państwa Platformy w kształcie znanym z lat 2007-2015. Na nowo musiałyby zostać nakreślone strefy wpływów, a koalicjanci mogliby ścigać się między sobą w szantażowaniu największego uczestnika sojuszu. Kto wie, czy ceną za utworzenie takiego wieloczłonowego rządu nie byłoby oddanie stanowiska premiera którejś z partii koalicyjnych. To byłby inny rodzaj upadku. Dryf państwa, którym administrowałaby Platforma, zmieniłby się już tylko w gnicie.

Historia dopisała ciekawe epilogi do wszystkich wspomnianych wcześniej książek. Wypowiedzi i działania polityków Platformy po przegranych wyborach dowodzą, jak dużo racji miał Rafał Ziemkiewicz (mam na myśli cytowane już słowa o ogłupieniu w obliczu zmiany, o tym, że „każdy polityk, partia czy innego rodzaju elita reaguje na nią tak samo głupio — wyparciem, niezrozumieniem, groteskowym droczeniem się z rzeczywistością”). Kolejne wywiady, wystąpienia na wiecach, wpisy na Twitterze dokonywane przez działaczy do niedawna rządzącej Polską partii pokazują przede wszystkim, że ci niczego się nie nauczyli, niczego nie zrozumieli, z niczego nie potrafią wyciągnąć wniosków. Zachowują się dokładnie jak owi generałowie, którzy są świetnie przygotowani, ale do poprzedniej wojny. Ba, nawet głupiej — bo przecież generałowie PO trzy ostatnie batalie przegrali (wybory samorządowe w 2014, prezydenckie i parlamentarne w 2015 roku). Tymczasem ich jedyną odpowiedzią na klęskę jest „jeszcze więcej tego samego” — tej samej autopropagandy sukcesu, tego samego hejtu wobec PiS-u, tej samej pogardy dla demokratycznego wyboru dokonanego przez obywateli.

Trójka socjologów z Torunia, pisząc „Państwo Platformy”, dokonała rzeczy tyleż bolesnej dla PO, co bezlitosnej. Zastrzegła na początku, że nie przytacza „informacji i/lub opinii pochodzących z mediów lub od osób, które programowo definiowały się jako opozycyjne wobec rządów PO/PSL, a zwłaszcza wobec systemu III RP”. Pełnymi garściami czerpała natomiast z rozmaitych rankingów instytucji unijnych, publikacji mediów sprzyjających tamtej władzy oraz zestawień danych przygotowanych przez urzędy państwowe (jak GUS). Bilans wypadł dla Platformy miażdżąco, a wokół książki zapadła głucha cisza. Profesor Andrzej Zybertowicz nie mógł liczyć nawet na cząstkę negatywnej reklamy, jaka została uruchomiona choćby przy okazji pierwszego tomu „Resortowych dzieci” — publicyści „Polityki” czy „Gazety Wyborczej” musieliby bowiem polemizować z własnymi tezami, stanowiącymi zresztą doskonały dowód na istnienie w Polsce nowego „dwójmyślenia”. W skrócie polega ono na tym, że można dostrzegać nieprawidłowości w funkcjonowaniu bliżej nieokreślonego „państwa” czy piętnować konkretne przypadki urzędniczej indolencji, złej woli, głupoty lub bezduszności, ale nie wolno już przenosić tych samych krytycznych ocen na świat polityki i pisać na przykład, że za działalność konkretnych instytucji czy urzędników odpowiadają ich konkretni przełożeni, którzy zostali przez kogoś konkretnego powołani, i że ów konkretny ktoś należy do konkretnej partii politycznej. „III RP — tak, wypaczenia — nie” — to hasło tych, którzy przez wiele lat rozpinali parasol ochronny nad rządem Platformy, a wcześniej nad innymi rządami uznawanymi w gabinetach redaktorów naczelnych owych mediów za słuszne.

Ale nawet trio Zybertowicz–Gurtowski–Sojak, które wykonało benedyktyńską robotę, przedzierając się przez stosy raportów i góry danych, nie przewidziało, jak mogą być one zwodnicze.

Posługując się metodą autorów „Państwa Platformy”, sięgnę teraz po tekst z „Newsweeka”, pisma, które trudno podejrzewać o brak pozytywnego nastawienia do PO oraz III RP. Kiedy na początku marca 2016 roku krytyczne wobec Platformy portale i gazety formułowały następujące tytuły: „GUS obnaża wielką mistyfikację rządów Tuska!” (wPolityce.pl), „Upadł mit »zielonej wyspy«” („Nasz Dziennik”), „Newsweek” przyznawał piórem Dariusza Ćwiklaka, szefa działu biznesowego: „Zrewidowane przez GUS wyniki polskiej gospodarki nie pozostawiają wątpliwości — w IV kwartale 2012 r. nasz PKB skurczył się o 0,3 proc., a w I kwartale 2013 r. — o kolejne 0,1 proc. Dwa kwartały spadkowe z rzędu określa się w ekonomii mianem recesji”. — Jednak autor natychmiast dopowiedział: „Prawicowy publicysta w tym miejscu przestaje czytać komunikat GUS i pędzi do klawiatury, by odtrąbić »upadek kolejnego fundamentu kłamstwa, na którym zbudowana była III RP«. Publicysta dociekliwy czyta dalej”.

Jako osoba od urodzenia wielce dociekliwa pozwolę sobie zacytować dalsze wywody autora „Newsweeka” z artykułu „Mit zielonej wyspy”.

„A jednak wpadliśmy w techniczną recesję w latach 2012-2013 — podał GUS. Nim ideologowie prawicy ogłoszą upadek mitu Polski jako »zielonej wyspy«, warto przyjrzeć się twardym danym. (…) Dane kwartalne służą do bieżącego monitorowania stanu gospodarki czy kondycji firmy, ale głównym wskaźnikiem obrazującym kondycję gospodarki czy przedsiębiorstwa będzie zawsze wynik roczny. Dane kwartalne zawsze są bowiem obarczone błędem sezonowości. Taka Grecja z pewnością ma lepszy wzrost PKB w miesiącach letnich, kiedy plaże roją się od turystów, a koncern Apple najlepsze wyniki odnotowuje przed Bożym Narodzeniem, kiedy ludzi ogarnia zakupowe szaleństwo. Dopiero dane roczne o PKB czy zysku pozwalają miarodajnie ocenić, jak rozwijał się kraj czy firma.

A tu nic się nie zmieniło — i w 2012, i w 2013 r. polski PKB rósł — odpowiednio o 1,6 proc. oraz 1,3 proc. (przed rewizją było to 1,8 i 1,7 proc.). Nie ma zatem co gumkować zdjęć z premierem Tuskiem z wielką mapą Europy za plecami, gdzie na czerwonym oceanie krajów w recesji widać było Polskę na zielono. Skorygować można jedynie wielkość wzrostu PKB za 2013 r. — z 1,7 proc., które widać na mapie, do 1,3 proc. — co wynika ze zrewidowanych obliczeń GUS.

Skoro zatem roczny wzrost PKB był na plusie, to skąd ten spadek pod koniec 2012 r. i na początku 2013 r.? III kwartał 2012 r. (wzrost PKB o 0,4 proc.) zawierał »efekt Euro 2012« — po boomie inwestycyjnym, reklamowym i turystycznym związanym z organizacją piłkarskich mistrzostw kolejne kwartały były naturalnie słabsze — stąd ujemna wartość w wyniku liczonym kwartał do kwartału.

Podsumowując: globalny ocean kryzysu jednak nie zalał naszej wyspy. Tyle że między jesienią 2012 i wiosną 2013 przypływ podszedł bliżej niż nam się wydawało”.

Czego nie mówi Dariusz Ćwiklak? Tego chociażby, że wspomniana korekta danych Głównego Urzędu Statystycznego oznacza bardzo ważną rzecz dla narracji o wyjątkowości rządów PO, a mianowicie to, iż — jak zauważyła „Rzeczpospolita” — „rewizja historycznych danych przez GUS sprawiła, że Polska straciła tytuł jedynego kraju UE, który nie doświadczył w ostatnich latach recesji”. Recesja techniczna, nie techniczna — z faktami się nie dyskutuje. Mit wyjątkowości rządów Tuska prysł niczym bańka mydlana.

Sprawa kolejna — obrona dokonań rządów PO–PSL za pomocą argumentu „efekt Euro 2012”. Można by tę taktykę przyjąć za dobrą monetę w czasie, gdy jeszcze przed mistrzostwami Europy w piłce nożnej Donald Tusk mówił: „Dla mnie jest rzeczą najważniejszą to, że 500 dni przed Euro 2012 wiemy z całą pewnością, że te mistrzostwa odbędą się w Polsce i że żadna z naszych inwestycji kluczowych dla tych zawodów nie została zmarnowana”.

Cytuję słowa, które padły z ust ówczesnego premiera 24 stycznia 2011 roku, kiedy to spotkał się z dziennikarzami na budowanym jeszcze gdańskim stadionie (dziś oficjalna nazwa: Stadion Energa Gdańsk).

„Chcieliśmy więcej i szybciej, zawsze tak jest. Chociaż te najbardziej ambitne plany zakładały gruntowną przemianę cywilizacyjną i infrastrukturalną całego kraju, ale dziś możemy powiedzieć, że w związku z Euro spodziewamy się nowych miejsc pracy i to jest, jak sądzimy, będzie to 30 tys. miejsc pracy więcej tylko dzięki temu, że Euro 2012 organizujemy” — oświadczył Tusk. Dodał jeszcze, że przyznanie Polsce praw do organizacji mistrzostw „stało się kołem zamachowym naszej gospodarki”, „umożliwiło realizację tak wielu inwestycji”, i przyznał, że „choć części z nich nie uda się zakończyć przed rozgrywkami, to będą kontynuowane już po Euro 2012”.

Cztery lata po mistrzostwach oraz pięć i pół roku po tamtym wystąpieniu Tuska część inwestycji szykowanych na rok 2012 wciąż nie została oficjalnie ukończona. Szczegółowy raport na ten temat został przygotowany przez portal Money.pl i zamieszczony w Internecie 8 czerwca 2015 roku. „W poniedziałek 8 czerwca mijają trzy lata od pierwszego dnia Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Impreza udała się pod względem organizacyjnym, nieco gorzej wypadła nasza reprezentacja. Jednak mistrzostwa nadal trwają — przynajmniej jeśli chodzi o ich infrastrukturalną część — czytamy w owym raporcie. — Co najmniej 29 ważnych inwestycji, które miały być gotowe na Euro 2012, cały czas jeszcze powstaje albo ich budowa nie ruszyła. (…) Nawet rezerwowy Stadion Śląski w Chorzowie nadal nie jest oddany do użytku. Podobnie jest z autostradami A1 czy A4”. Co ciekawe, jedna trzecia przykładów przytaczanych wówczas przez Money.pl to były inwestycje, których… nawet nie rozpoczęto. Może to i lepiej, skoro owa „gruntowna przemiana cywilizacyjna i infrastrukturalna całego kraju” doprowadziła polski sektor firm budowlanych do głębokiej zapaści.

A przecież wielka impreza piłkarska w Polsce miała być punktem zwrotnym; proszę sobie przypomnieć deklaracje polityków Platformy Obywatelskiej z tamtego czasu. Skoro zatem części inwestycji nie udało się zrealizować na czas, a kończono je po mistrzostwach — i to one miały napędzać naszą gospodarkę — to dlaczego po II kwartale 2012 roku nagle przestały być impulsem rozwojowym? Skoro Euro 2012 miało pchnąć kraj na nowe tory, dlaczego były to tory recesji? Skoro jedynym czynnikiem podnoszącym wówczas PKB był „boom inwestycyjny, reklamowy i turystyczny związany z organizacją piłkarskich mistrzostw”, to w jakim właściwie stanie znajdowała się gospodarka w czasach „zielonej wyspy” Donalda Tuska? Czy to znaczy, że bez organizowania co roku jakichś mistrzostw świata lub Europy czy igrzysk olimpijskich nie może być mowy o jakimkolwiek boomie w Polsce?

O tym, co w ostatnich latach i dekadach pomagało, a co szkodziło naszej gospodarce (a także o tym, jak jej pomóc), porozmawiamy nieco później, zainteresowanych tym tematem odsyłam zarówno do książki „Państwo Platformy”, jak i do licznych zestawień przygotowywanych przez konserwatywne think tanki, od Fundacji Republikańskiej poprzez Centrum im. Władysława Grabskiego czy Instytut Jagielloński aż po Centrum im. Adama Smitha.

Teraz zaś jeszcze kilka słów o epilogu, jaki historia dopisała do trzeciej z omawianych tu książek, czyli mojej publikacji „POzamiatane. Jak Platforma Obywatelska porwała Polskę”. Ukończona w ostatnim dniu sierpnia 2015 roku, ukazała się we wrześniu, miesiąc przed wyborami, które przeorały polityczny pejzaż Polski.

„Co by pan w niej dzisiaj zmienił?” — zapytał mnie europoseł PiS-u Kazimierz Michał Ujazdowski podczas naszej rozmowy na początku grudnia 2015, kiedy pracował już nowy rząd, gabinet Beaty Szydło.

„Ani słowa” — odpowiedziałem.

Porwane i pozamiatane

Książka „POzamiatane” była opowieścią o kilku sprawach.

„Dotychczas nikt tego jeszcze nie zrobił! Ani dziennikarz, ani tym bardziej socjolog czy politolog nie poddał tak rzeczowej analizie rządów Platformy Obywatelskiej przez blisko dekadę (jeśli liczyć również wygrane przez nią wybory samorządowe w 2006 r.)! Nikt też w tej skali, co Piotr Gociek, nie zastanawiał się nad fenomenem platformerskiego anty-PiS-u i nie przejrzał ukrytej w nim jednak głębokiej strategii pozwalającej wygrywać kolejne wybory i rządzić Polakami. Gociek znalazł klucz do tego anty-PiS-owskiego »samograja« i systemu Donalda Tuska, nie obwieszczając wcale jego ostatecznego końca” — recenzował na łamach „Do Rzeczy” (43/2015) historyk Sławomir Cenckiewicz. „A poza tym, choć pewnie niezamierzenie, książka »POzamiatane. Jak Platforma Obywatelska porwała Polskę« jest aktem oskarżenia sformułowanym przeciwko jakości polskiego dziennikarstwa i związanej z tym kondycji polskiej debaty publicznej. Gdyby dziennikarze w Polsce posiadali podobny do Goćka głód wiedzy, umiejętność uporządkowanego gromadzenia wiedzy i zmysł analityczny, Platforma nie zdołałaby porwać Polaków i ukraść im państwa. Przynajmniej aż na osiem lat”.

Kluczowe dla tamtej publikacji słowo znajduje się w podtytule — jest to słowo „porwała”. Pisałem wówczas we wstępie, że w stosunku do Platformy używam go świadomie w kilku znaczeniach: „Porwała Polaków za sobą, wygrywając seryjnie wybory w latach 2006-2014. Porwała w sensie »przywłaszczyła«, stając się nową klasą posiadaczy III RP. Porwała to znaczy rozszarpała na kawałki. Bo w dużej mierze wskutek jej działań Polacy są dziś podzieleni bardziej niż kiedykolwiek po roku 1989, a wspólnota obywatelska została rozbita na wrogie wobec siebie grupy”.

Wszystkie te interpretacje zostały świetnie odczytane i dobrze przyjęte przez czytelników, trochę kłopotu było za to z tytułem.

„Pozamiatane, aha — mówili ludzie na spotkaniach — czyli uważa pan, że już jest po Platformie?”.

Moja książka nie była jednak nekrologiem PO, bo uważałem — i nadal uważam — że partia ta nie może jeszcze zejść ze sceny politycznej. Wciąż istnieje bowiem elektorat, którego emocje zagospodarowuje. W Polsce żyją miliony wyborców, którzy naprawdę uważają, że nawet jeśli za rządów Tuska i Kopacz dochodziło do jakichś nieprawidłowości, to kierunek zmian był słuszny, i że to właśnie Platforma Obywatelska jest siłą polityczną, która ma najlepszy pomysł na Polskę (a jeśli nie najlepszy, to z pewnością lepszy od „Kaczora”, „pisiorów”, „ciemnogrodu”). Według tych ludzi przez minione osiem lat rządów koalicji PO–PSL sprawy w Polsce zmierzały, generalnie rzecz biorąc, w dobrym kierunku, mieliśmy władzę, której nie trzeba było się wstydzić przed Unią Europejską, której najwyższy przedstawiciel słusznie awansował na stanowisko „prezydenta Europy”.

Ilu jest takich ludzi? Według wyniku ostatnich wyborów Polaków głosujących na PO jest ponad 3,66 mln. Na tym nie koniec, bo przecież mamy jeszcze 1,15 mln sympatyków Nowoczesnej Ryszarda Petru, a także niemal 800 tys. wyborców PSL-u, koalicjanta PO. Także wśród tych, który nie doczekali się swojej reprezentacji w nowym Sejmie, czyli zwolenników Zjednoczonej Lewicy (7,55 proc. — 1,14 mln głosów, próg wyborczy dla koalicji wynosił 8 proc.) oraz Partii Razem (3,62 proc. — 550 tys. głosów, próg dla partii to 5 proc.), łatwiej przecież znaleźć tych, którzy w sporze między „europejskimi wartościami” a „PiS-owską dyktaturą” (jak to ujął Stefan Niesiołowski) zawsze wybiorą to pierwsze.

Tak długo, jak będzie istniał ten elektorat, potrzebny będzie podmiot polityczny wyrażający jego zapatrywania. I w tej chwili jego przedstawicielem jest Platforma Obywatelska; co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości — liczby są bezwzględne. Choć sondaże pokazują rzeczy rozmaite (są i takie, w których Nowoczesna wyraźnie góruje nad PO), warto pamiętać, że zgodnie z kalendarzem wyborczym najbliższa okazja, by znów powiedzieć „sprawdzam!”, nadarzy się dopiero jesienią 2018 roku, kiedy przyjdzie czas na kolejne wybory samorządowe.

Nie zmienia to faktu, że wyścig o to, kto najlepiej wypadnie w roli anty-PiS-owskiej opozycji, trwa, a pretensje do wygranej rości sobie nie tylko ugrupowanie Ryszarda Petru, ale i wspomniane przed chwilą formacje lewicowe, choć trudno powiedzieć, w jakim kształcie i pod jaką nazwą będą one działać w najbliższych latach.

Platforma przegrała wybory, a mimo to nie jest bankrutem. Na razie liże rany, zwiera szeregi i przegrupowuje się przed dalszą walką. Gdy piszę te słowa, dobiega końca proces przejmowania kontroli nad partią przez przewodniczącego Grzegorza Schetynę. Symbolicznym zamknięciem jest tu odebranie władzy w regionie dolnośląskim Jackowi Protasiewiczowi, wrogowi Schetyny, namaszczonemu na lokalnego barona przez Donalda Tuska. Było to w roku 2013, kiedy zaczęła się cicha banicja Schetyny w PO. W roku 2016 Schetyna jako nowy szef partii wymienił Protasiewicza na Bogdana Zdrojewskiego.

Za wcześnie zatem na złożenie PO do politycznego grobu.

A co z odpowiedzią na pytanie: cóż to właściwie za partia?

Dużą część książki „POzamiatane” poświęciłem temu, jak zmienny był — w zależności od potrzeb — kształt i przekaz Platformy, jakie maski zakładała, za jakie ugrupowanie starała się uchodzić przy różnych okazjach. Zaraz po powstaniu formatowała się jako anty-SLD, potem jako anty-Samoobrona, żeby wreszcie stać się anty-PiS-em.

Aby nadążyć za oczekiwaniami wyborców, Platforma była bardzo plastyczna w wymiarze ideowym i programowym. Zaczynała jako antyestablishmentowa formacja liberalna, potem była opozycją antysystemową, gdy rywalizowała z PiS-em o to, kto radykalniej naprawi zdewastowaną po rządach SLD III RP. Następnie ustawiła się jako „lepsza prawica”, kontestując pierwsze rządy PiS-u w latach 2005-2007 ze stanowiska „my zrobilibyśmy to lepiej”. Doszedłszy do władzy w roku 2007, stała się „jedyną rozsądną partią”, poza którą nie ma politycznej normalności, gdyż wszyscy jej konkurenci i z lewej, i z prawej strony sceny politycznej to ugrupowania nieodpowiedzialne i skrajne (przekaz o bezalternatywności systemu Tuska). Aż wreszcie od roku 2010, po Smoleńsku, rozpoczęła marsz w lewą stronę, którego zwieńczeniem było ideologiczne przyspieszenie w czasach, gdy kierowała nią Ewa Kopacz.

Tu dochodzimy do czwartego znaczenia słowa „porwała”, użytego przeze mnie w odniesieniu do PO. Chodzi o przesunięcie na lewo całej polskiej debaty politycznej i światopoglądowej, do którego doprowadziła Platforma w ostatniej dekadzie. Tak oto podsumowałem ten proces: „Przyjęta przez Tuska logika totalnej wojny z opozycją sprawiła, że definiując się jako anty-PiS, PO zaczęła siłą rzeczy dryfować na lewo. Można było ten dryf maskować działaniami PR-owymi, ale po Smoleńsku okazało się to już zbyt trudne. Wtedy decyzja o wędrówce na lewo była jedynym rozwiązaniem niosącym nadzieję na utrzymanie zarówno władzy, jak i konfliktu ideowego z opozycją. Atakując tak ostro prawicowych przeciwników, Platforma stała się lodołamaczem, który przy okazji utorował drogę inicjatywom radykalnie lewicowym. Będzie ich teraz przybywać także dlatego, że im bardziej PO przesuwa się w lewą stronę, tym silniej ci, którzy chcą ją właśnie od tej strony zaatakować, będą się radykalizować. Pod tym względem sprawa jest już przesądzona. Właśnie to miałem na myśli, używając w tytule tej książki słowa »pozamiatane«. Tego nie da się już odkręcić. Polska polityka, choć przez minione dziesięć lat wydawała się nie zmieniać — bo główni gracze tkwili w bokserskim klinczu — zmieniła się istotnie. W miarę przemieszczania się PO oraz współdziałających z nią wpływowych ośrodków medialnych na lewo wszystko w Polsce przesuwa się w tę stronę, nawet centrum debaty światopoglądowej”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki