Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
11 osób interesuje się tą książką
Tymianowa to miejsce niezwykłe, szczególnie że znajduje się tam chyża, o której chodzą pogłoski, że jest nawiedzona. Na domiar złego szereg niepochlebnych artykułów na temat lokalnych aferek i pojawiające się w internecie memy rozsławiają wieś na cały kraj. Być może dlatego turyści zaczynają omijać te strony szerokim łukiem i dopiero promocyjna oferta sprawia, że Wolna Chata Bukowina zapełnia się gośćmi. Jeden z domków wciąż zajmuje Elwira, której jakoś nie spieszy się z wyjazdem. Sporo z tym wspólnego może mieć wyjątkowy mężczyzna, który jest jak z piosenki Starego Dobrego Małżeństwa: ma skosić łąkę, a tuli się do trawy.
Tymczasem rozpalona letnią aurą okolica tętni życiem. Marta ogarnia codzienne obowiązki z pomocą Hali, dzięki której mimo traumatycznych przeżyć uczy się oddychać pełną piersią. Niestety, nowa właścicielka posesji bosorki nie zamierza czekać na odnalezienie spadkobierców, mąż Nadii doznaje wypadku, a leśniczy natrafia w krzewach borówek na upiorne znalezisko... W trudnych chwilach mieszkańcy nie mogą liczyć na wsparcie księdza, bo Zbigniew ma wątpliwy dar budowania murów pomiędzy ludźmi, a nie ich kruszenia. Dlaczego Tekla wyjechała bez swojej córeczki? Jaką rolę odegrała niegdyś tajemnicza Jewdokia? Do jakich wniosków dojdzie w oparach tanich trunków chłopski filozof Heniek z Tymianowej? Co sprowadza w Beskid Niski „Meridę Waleczną”? Jedno jest pewne – wakacje będą pełne nowych znajomości i starych problemów.
Drugi tom cyklu "Pogranicze" przenosi czytelnika w scenerię sielską, a jednocześnie przypominającą barwną łemkowską szatę naznaczoną łatami trudnych doświadczeń. Między lasem a doliną, między cerkwią a kościołem, między przeszłością a teraźniejszością przejdzie jeszcze niejedna życiowa powiertucha, która porwie nas w wir wydarzeń…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tom 1: Bosorka
Tom 2: Powiertucha
Tom 3: Watra
Tom 4: Moroz
Tom 5: Nadija
Tom 6: Kyczera
Tom 7: Rodyna
Redakcja
Anna Seweryn
Korekta
Urszula Bańcerek
Redakcja techniczna, skład i łamanie
Grzegorz Bociek
Projekt okładki i stron tytułowych
Anna Slotorsz
Opracowanie wersji elektronicznej
Karol Bociek
Ilustracje na okładce
© Kathrine Andi | stock.adobe.com
Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.
Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.
Wydanie I, Katowice 2026
tekst © Natalia Przeździk, 2026
© Wydawnictwo Dobre Strony
ISBN 978-83-68689-64-8
Wydawnictwo Dobre Strony
ul. Uniwersytecka 13
40-007 Katowice
+48 884 666 213
Dedykuję tym, którzy trwają na swej ziemi, stali niczym drzewa,
i tym, którzy tułają się niespokojnie po świecie, będąc jednocześnie zewsząd i znikąd
Gdziekolwiek jestem, na jakimkolwiek miejscu
na ziemi, ukrywam przed ludźmi przekonanie,
że nie jestem stąd.
Jakbym był posłany, żeby wchłonąć jak najwięcej
barw, smaków, dźwięków, zapachów, doświadczyć
wszystkiego, co jest
udziałem człowieka, przemienić co doznane
w czarodziejski rejestr i zanieść tam, skąd
przyszedłem.
Czesław Miłosz, Gdziekolwiek
Dąb Tekli płonął. Rozłożyste gałęzie przypominały ramiona wznoszące się do nieba z okrzykiem: „Hospody, pomyłuj!”. Piorun rozszczepił górną część drzewa na pół. Staliśmy w oddaleniu – ja, Elwira, Rysiek, Mańka oraz skulona ze strachu Bieda – i patrzyliśmy z przerażeniem na płomienie, które objęły lewą stronę. Prawa z jakiegoś powodu uchowała się od pożaru, a jej konary, targane wichrem i pokryte dymem, zdawały się odsuwać od tych pożeranych przez ogień, byle tylko móc przetrwać.
– Niech ktoś coś zrobi – jęknęłam, zerkając z niepokojem na snopy iskier unoszone przez wiatr.
– Wezwałam już straż pożarną, będą lada chwila – powiedziała głucho Elwira.
– Wiadra w ruch i do strumienia – zarządziła Mańka. – Bo jak dmuchnie w chyżę albo w las, to będzie źle.
„Co da kilka wiader wody przeciw żywiołowi?” – pomyślałam, ale nie podzieliłam się wątpliwościami. Wiedziałam, co kierowało Mańką. Chęć robienia czegokolwiek. Trudno było trwać bezczynnie i przyglądać się temu ponuremu widowisku.
Zwłaszcza że nieopodal stała drewniana chatka, wokół której ziemia nadal była poorana bruzdami wyżłobionymi przez maszyny, a w miejscu, gdzie do niedawna była szopa, zionął dół, ledwie zastawiony płytami z dykty. Trzeba było czuwać i w razie czego ratować chyżę Tekli.
„Ciekawe, czy pozwoliłaby, by płomienie z jej własnego dębu zagroziły domowi?” – przemknęła mi przez głowę myśl, którą dawniej uznałabym za absurdalną, ale teraz wydawała mi się całkiem logiczna.
Burza trwała nadal i pioruny co rusz przecinały niebo, ale nam nic już nie groziło. Ciemne chmury przesunęły się nad wzgórza za naszymi plecami, chociaż nadal padał deszcz. Niestety krople nie zdołały ugasić ognia. Padały prosto w płomienie i kończyły z sykiem, wzbudzając kolejne snopy strzelających w górę iskier. Pachniało elektrycznością i dymem. Miałam wrażenie, że nasze włosy i dłonie też tylko czekają na dogodny moment, by zabłysnąć serią wyładowań.
Kiedy dwa wozy strażackie dotarły wreszcie na miejsce, połowa drzewa zamieniła się w zwęglone kontury. Cień czegoś, co kiedyś żyło i dawało schronienie ptakom. Druga część przetrwała, choć niektóre liście zwinęły się w zrudziałe trąbki, kończąc żywot pod wpływem tańczących zbyt blisko języków ognia.
Strażacy pracowali jak dobrze naoliwiony mechanizm. Po chwili pożar został ugaszony, a jeden z wozów odjechał, bo dwie wsie dalej właśnie zapaliła się stodoła. Ekipa z drugiego sprawdzała teren wokół dębu.
– Chyża jest bezpieczna, możemy się zbierać – mruknął jeden z nich.
– Mieliście szczęście. Gdyby iskry przeskoczyły na dach, mielibyśmy tu niezłą watrę. – Drugi splunął z odrazą, po czym wskoczył do samochodu.
Trzeci podrapał się w zamyśleniu po dwudniowym zaroście. Potem zerknął na nas i wymamrotał niepewnie:
– Oni zawsze się z tego śmiali, ale moja matka opowiadała, że to nie jest zwykła chata. Dobrze, że nic jej się nie stało.
Mańka popatrzyła na niego życzliwie.
– Masz rację, synku, to nie jest zwykła chata. Proszę, to na drogę. – I wręczyła mu paczkę słodyczy, którą zachomikowała w przepastnej kieszeni zapinanego na guziki luźnego, wściekle różowego swetra.
Zaczerwienił się lekko, podziękował i wskoczył do wozu, gdzie przywitały go kpiące uwagi kolegów.
– Nawet nie pojmują, tłumoki, z czego szydzą – burknęła Mańka.
– Gdyby widzieli to, co my, pewnie zmoczyliby własne spodnie – prychnęłam. Potem podeszłam do chyży i położyłam dłoń na belce tuż obok okna. – Już dobrze, jesteś bezpieczna – szepnęłam tak cicho, by nikt nie słyszał.
I wtedy poczułam dziwne drżenie, jakby dom tulił się do moich palców.
„To pewnie złudzenie. Piorun uderzył gdzieś nieopodal i ziemia przeniosła drgania” – próbowałam sobie tłumaczyć, patrząc w okno tak, jak się patrzy w czyjeś oczy.
Okno odpowiadało smutnym spojrzeniem. Czekało.
Kilka dni później
Dzień zaczął się wcześnie, jak zwykle. Ocknęłam się, czując pysk Biedy trącający moje stopy. Usiadłam na łóżku i półprzytomna poczochrałam suczkę za uszami. Zaskomlała cicho, podreptała pod drzwi.
– Już, już – wymamrotałam, rzucając okiem na drugiego z psów, Majstra.
Ten jak zwykle o tej porze spał jeszcze kamiennym snem. Zazdrościłam mu. Starając się nie patrzeć na poduszkę, zaczęłam się ubierać.
Poprzedniej nocy znów późno poszłam spać. Poszukiwania śladów córki Tekli, Anny, którymi mogłam się zająć dopiero po zakończeniu swoich zwykłych obowiązków, pochłaniały niemal każdy wieczór – nieraz aż do świtu. Wysłałam setki wiadomości, przeglądałam archiwa, nawet stare gazety z miejscowości, do której zostali wysiedleni Łemkowie z Tymianowej. Odnalazłam wiele rodzin, ale krewni Tekli jakby zapadli się pod ziemię. Nikt nic nie wiedział. Raz jeden dostałam gniewną odpowiedź, która zawierała w sobie zawoalowaną groźbę. Coraz częściej wracałam do niej myślami. Na początku potraktowałam ją jako zwykłą niechęć do grzebania w przeszłości. Teraz, kiedy nadal nie mogłam natrafić na żaden ślad, zaczęłam się zastanawiać, czy właśnie autorka tamtej wiadomości nie była nicią łączącą mnie z Anną. Jak jednak miałam skłonić do zwierzeń kogoś, kto zareagował agresją na samą wzmiankę o poszukiwaniach rodziny Łemkini?
Dni mijały jeden za drugim, a ja czułam, że kończy mi się czas. Lada chwila pod starą chyżę przyjedzie kolejna ekipa, by zburzyć dom i wybudować na jego miejscu elegancki hotel. Nowa właścicielka ziemi, Monika, kilkakrotnie odwiedzała swoje włości. Pogłoski o tym, że chata jest nawiedzona, nie robiły na niej wrażenia. Z podobną obojętnością przyjęła wieść o drzewie, które w połowie spłonęło od uderzenia pioruna.
– Nawet szkoda, że chałupa też nie zajęła się ogniem – skwitowała ponoć podczas wizyty u Mańki. – Miałabym jeden problem z głowy.
O wszystkim dowiedziałam się następnego dnia, kiedy odwiedziłam sklep, będący czymś w rodzaju miejscowej wersji plotkarskiego portalu, z tym że jak najbardziej realnego. W tymianowskim sklepiku nic nie było przechowywane w wirtualnym świecie. Jedyne, co można było znaleźć w chmurze, to wydychane przez opartych o ścianę stałych bywalców procenty. Konkretny był też splot siarczystych przekleństw, jaki Mańka skierowała pod adresem Moniki. Bogata kobieta z pobliskiego miasta, córka ważnej osobistości trzęsącej okolicą, nie budziła niczyjej sympatii. Nawet grupa osób wrogich Tekli i niemających żadnego problemu z tym, by zburzono starą chyżę, patrzyła z niechęcią na mocny makijaż, szpilki i kostiumy, nijak niepasujące do Tymianowej. Podobnie raził w oczy jej nowiutki, lśniący czerwienią wóz, wyglądający, jakby opuścił salon przed pięcioma minutami. Wszyscy zastanawiali się, jakim cudem Monika nie boi się jeździć nim po naszych drogach. Najwyraźniej jednak wizja zarysowania karoserii nie spędzała jej snu z powiek. Może w razie awarii stać ją było nie tylko na naprawę, ale i na całkiem nowy samochód, podczas gdy większość miejscowych (łącznie ze mną) jeździła maszynami pamiętającymi czas sprzed co najmniej kilkunastu lat, a nierzadko i ćwierć wieku.
Pisk drapiącej drzwi Biedy przerwał moje rozmyślania. Ziewając szeroko, poszłam wypuścić psa, a sama podreptałam do kuchni, by wyszykować śniadanie dla moich gości. Uchyliłam okna, pozwalając, by do środka wpadło pachnące lasem, łąką i ogrodem powietrze. Był środek lipca, pełnia lata. Słońce górowało już nad linią drzew i ogrzewało łebki kwiatów. Mimo wczesnej pory panował lekki zaduch. Na niebie nie było ani jednej chmurki. Nad koronami buków ujrzałam przez chwilę ciemną sylwetkę drapieżnego ptaka, a powietrze rozdarł jego przeraźliwy okrzyk. Poniżej, na ścieżce prowadzącej przez łąkę do moich domków letniskowych, przemykał się inny kształt. To czarna jak noc kotka Czeremcha wyruszała na łowy.
Trwała właśnie moja ukochana pora roku. Niedługo miała minąć kolejna rocznica od dnia, w którym zapragnęłam żyć na nowo w moim domu zwanym Wolną Chatą Bukowiną. Złamana długą żałobą po stracie córeczki i zakończeniu związku z Maćkiem, dopiero kilka lat temu dzięki wsparciu przyjaciół – szczególnie mojej sąsiadki Hali i Nadii o łemkowskich korzeniach – odnalazłam w sobie wolę istnienia.
Myślałam, że będę celebrować ten czas bardziej uważnie. Co prawda wakacje były dla mnie zawsze miesiącami najbardziej wytężonej pracy, jednak długie dni, piękna pogoda i okolica tonąca w kwiatach i zieleni traw sprawiały, że wszystko zdawało się prostsze.
Cóż, tym razem prosto nie było. Już w czerwcu zdawało się, że nad naszą Tymianową zawisły czarne chmury. Najpierw gruchnęła wiadomość o planowanej rozbiórce chyży Tekli, kobiety uważanej przez wielu za miejscową czarownicę, bosorkę, a będącej po prostu niezwykłą osobą, która wymykała się schematom. Opłacona przez Monikę ekipa próbowała zniszczyć chatę, wycinając przy okazji kilka drzew i burząc szopę. Towarzyszyły temu tak dziwne zjawiska, że przerażeni robotnicy w końcu wyjechali, a mieszkańcy utwierdzili się w przekonaniu, że Tekla przeklęła przed śmiercią każdego, kto śmie tknąć jej domostwo. Zdaniem tych, którzy pamiętali starą Łemkinię, chyża miała czekać na jej córkę, zostawioną wiele dekad temu na obczyźnie. Dlatego tak usilnie staraliśmy się trafić na ślad Anny lub chociaż jej dzieci. Na samo wspomnienie tego, co się działo podczas pierwszych prób rozbiórki, robiło mi się zimno. Wolałam nie myśleć, co będzie, jeśli pod chatą Tekli znów zjawią się maszyny gotowe do działania…
Później społecznością zatrzęsła informacja o zmianie miejscowego księdza. Lubiany przez wszystkich staruszek Daniel opuścił plebanię i wyjechał. Na jego miejscu pojawił się ksiądz Zbigniew, obdarzony wyjątkową zdolnością do budowania murów między ludźmi i patrzący na swoich nowych parafian z niechęcią graniczącą (w przypadku kobiet) z obrzydzeniem. Musiałam przyznać, że gdyby nie wieloletnia znajomość z Danielem, po kilku dniach przyglądania się działalności nowego kapłana zostałabym prawdopodobnie najbardziej gorliwym antyklerykałem w okolicy. Zbigniew odznaczał się nie tylko niechęcią do każdej przedstawicielki płci pięknej, którą najchętniej zamknąłby w czterech ścianach i nakazał bezwzględne posłuszeństwo mężowi oraz rodzenie dzieci aż do menopauzy. Tym, co okazało się jeszcze bardziej problematyczne (chociaż wydawałoby się, że mnie, jako kobietę, nic bardziej nie wyprowadzi z równowagi), były jego uprzedzenia do mieszkańców nieidentyfikujących się z wyznaniem rzymskokatolickim. A że większa część tymianowskich Łemków była grekokatolikami, modlącymi się z sąsiadami w jednej wspólnej cerkwi, pełniącej od dawna także funkcję kościoła (prawosławni jeździli do swojej świątyni znajdującej się nieco dalej), zaproponował dość szybko idealne – jego zdaniem – rozwiązanie. Czyli budowę osobnej kaplicy. Mieli się w niej, rzecz jasna, modlić Łemkowie, a zabytkowa cerkiew („Nie cerkiew, tylko kościół!” – podkreślał ksiądz Zbigniew) z pięknym ikonostasem miała służyć Polakom. Co prawda pomysł nie zyskał uznania kościelnych władz, jednak akt wandalizmu, jaki nastąpił dość świeżo po przejęciu plebanii przez Zbigniewa, miał szansę przekonać osoby decyzyjne o konieczności podziału. Na razie czekaliśmy na rozwój wydarzeń. Niektórzy (jak wpatrzona w Zbigniewa niczym w święty obraz Jadźka) z nadzieją, inni (jak ja, Nadia, Mańka czy Hala) z obawą. Nie wyobrażałam sobie, by moi bliscy mieli zostać wyrzuceni ze świątyni, która została wybudowana przez ich przodków – dla nich.
Jakby tego wszystkiego było mało, poprzedni goście zamieszkujący trzy domki pod lasem i poddasze w mojej Chacie dostarczyli mi tylu wrażeń, że naprawdę nie mogłam narzekać na nudę. Gościłam małżeństwo, które początkowo przez przypadek wzięłam za dwójkę zbrodniarzy, a po pewnym czasie okazali się po prostu autorami powieści kryminalnych. Była starsza para, w której prym wiodła kobieta, staruszka żądna przygód i znająca się na truciznach jak nikt. Była też Elwira, sprawiająca wrażenie mrocznej gotki zaszywającej się w lesie po zmroku, a będąca tak naprawdę kobietą cierpiącą po stracie dziecka. Elwira zdecydowała się przedłużyć swój pobyt i nadal wynajmowała Dom Tymiankowy, chociaż o wiele częściej przebywała u naszego znajomego, Jaśka, z którym połączyły ją dość niecodzienne okoliczności. W ich przypadku powiedzenie, że miłość potrafi przychodzić jak grom z jasnego nieba, sprawdzało się niemal w stu procentach. Z tym że zamiast gromu z jasnego nieba trafił w Jaśka kamień ciśnięty omyłkowo przez Elwirę…
Zdecydowanie najwięcej zamieszania narobiła jednak rodzina, którą mniej uważny obserwator mógłby uznać za zupełnie zwyczajną… Lena i Patryk, nieco znudzone sobą małżeństwo. I dwójka dzieciaków: Ludwik, zarozumiały nastolatek z nosem utkwionym w ekranie telefonu, i Oliwia, wrażliwa dziesięciolatka. Nikt się nie domyślił, że obraz przeciętnej rodzinki to jedynie iluzja, a prawda jest o wiele bardziej ponura. Przemocowa Lena, niszcząca przybraną córkę, mogłaby spokojnie zagrać rolę macochy w nowoczesnej ekranizacji baśni o Królewnie Śnieżce. Jej wypieszczony synek za to okazał się nastoletnim psychopatą, który bez mrugnięcia okiem wytruł zwierzęta przygarnięte przez Jaśka. Omal nie spowodował też śmierci mojej Biedy. Na koniec zaś, kiedy wydawało się mu, że dzięki Oliwii prawda wyjdzie na jaw, nie zawahał się skrzywdzić własnej siostry. Tragedii udało się uniknąć tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności.
Pobyt tych ostatnich gości odcisnął piętno na mieszkańcach Tymianowej. Także na mnie. Dzięki kilku kłamliwym artykułom, które ukazały się w prasie, szkalując dobre imię Jaśka i robiąc z niego wioskowego wariata znęcającego się nad zwierzętami i trzymającego je w biedzie, nasza wieś stała się dla wielu internautów synonimem zaścianka i zacofania. Wysyp memów z napisem: „Tępy jak typ z Tymianowej” był bolesny i krzywdzący. Jeszcze bardziej przykre było to, że niektórzy rezygnowali z odwiedzania naszych okolic. Nigdy nie narzekałam na brak rezerwacji, tymczasem kilka dni pod rząd spotykała mnie przykra niespodzianka i w mojej skrzynce pocztowej znajdowałam kolejne wiadomości o nagłym odwołaniu pobytu.
Ci, których właśnie gościłam, mieli opuścić domki lada chwila, a ja po raz pierwszy od lat nie miałam umówionych gości na następne dwa tygodnie. Wiedziałam, że przedpołudnie muszę przeznaczyć na robienie atrakcyjnych zdjęć i reklamę w sieci. Nadal miałam nadzieję, że wydarzy się cud i zgłoszą się osoby chętne do spędzania urlopu właśnie tu, wśród pięknych i dzikich lasów Beskidu Niskiego. W wiosce, która kiedyś niemal wymarła wskutek Akcji „Wisła”, gdy wysiedlono prawie wszystkich mieszkańców. I która teraz znów tętniła życiem, choć schronienie znaleźli tu nie tylko wracający z obczyzny Łemkowie, ale też ludzie zjeżdżający tu przez lata w poszukiwaniu dobrego miejsca do życia. Tu, na pograniczu. Między lasem a doliną, między cerkwią a kościołem, między przeszłością a teraźniejszością. Między tęsknotą za tym, co odeszło, a nadzieją na lepsze jutro… Poszarpana przez dwie wojny i powojenną historię Tymianowa przypominała szatę pokrytą kolorowymi łatami, z których na pierwszy rzut oka żadna do siebie nie pasowała, ale razem tworzyły coś niezwykłego.
Właśnie w tej okolicy i ja, pozornie niepasująca tutaj dziewczyna wychowana w mieście, znalazłam swoje miejsce na ziemi. I własnoręcznie doszyłam swoją łatę.
***
Goście lada moment mieli się zejść na śniadanie, kiedy do domu wparowała Hala.
– Pochwalony! – przywitała się głośno i weszła do kuchni, stawiając jak zwykle bańki z mlekiem. Pachniała krowami. Mieszaniną słodkiego, mlecznego aromatu i ostrej woni obory. – Przepraszam cię, dziecko, że dziś tak późno, ale coś mi rano strzeliło w plecach i nie mogłam się wyprostować. Ech, gdyby człowiek był młodszy…
– To pewnie by tego nie doceniał – zażartowałam. – Dziękuję.
– A jak ty sobie radzisz? Trzeba dziś w czymś pomóc przy domu?
– Halu, idź i odpocznij. Poradzę sobie, a ty się nie przemęczaj i zadbaj o siebie.
– Dbanie o siebie, też coś! – Machnęła ręką. – Jestem z tego pokolenia, które nie musi o siebie dbać, żeby się dobrze czuć.
Westchnęłam. Wiedziałam, że pewnych spraw nie zmienię, ale naprawdę nie mogłam zrozumieć, jakim cudem kobiety dały sobie wmontować ten nawyk nieustannego pracowania. I poczucie, że odpoczynek jest stratą czasu. Mężczyźni, o dziwo, nie mieli z tym problemu i po robocie potrafili godzinami nic nie robić, bez większego poczucia winy gapiąc się w telewizor czy ekran komputera. Tymczasem my czułyśmy się źle nawet wtedy, kiedy usiadłyśmy na chwilkę z filiżanką kawy. Zawsze było tyle do ogarnięcia… Dom do wysprzątania (w moim przypadku aż cztery, na szczęście nie codziennie), posiłki do przygotowania, zakupy, pielenie ogrodu, koszenie trawy na podjeździe, pranie (pościele!), zmywanie… Niekończąca się opowieść. A w tym wszystkim trzeba było znaleźć czas na inne rzeczy. Reklamę w sieci, robienie zdjęć do mediów społecznościowych, odpowiadanie na opinie klientów. I zajmowanie się sprawami naszej wspólnoty. Na przykład trzymanie ręki na pulsie i monitorowanie kwestii związanych z chyżą Tekli, zachowaniem nowego księdza czy pomaganiem Jaśkowi.
Nie miałam pojęcia, jak sobie radzi Nadia. Ona oprócz tego musiała wygospodarować czas dla rodziny. Co prawda wychowywała dzieci w specyficzny sposób, dając im sporo wolności i pozwalając na samodzielność, ale dobrze wiedziałam, że bajka sama się nie opowie, ciasto po obiedzie samo nie upiecze, a stłuczone kolano goi się najlepiej, gdy plaster przykleja mama. I podczas gdy ja zmagałam się z samotnością i trudnymi wspomnieniami, ona starała się wyszarpywać każdą wolną chwilę, by być dla dzieci i dla męża. Każda z nas miała pod górkę, choć w zupełnie inny sposób. A żeby było zabawniej – to właśnie Nadia sprzeciwiała się wyniesionej z domu tradycji, która mówiła, że kobieta zawsze powinna mieć zajęte ręce.
„Mama i babcia nawet kiedy wreszcie usiadły, to robiły na drutach, cerowały albo tworzyły krywulki. Słyszałam zawsze, że jestem leń, gdy wolałam usiąść z książką i poczytać. Nie powiem, dzięki temu nauczyłam się przydatnych rzeczy, ale… Wiesz, Marta, ja nie zrobię tego moim córkom. Niech wiedzą, że czas wolny to nie lenistwo” – powiedziała mi kiedyś, jednocześnie jakby wbrew swoim słowom szykując koraliki i nici na warsztaty krywulkarstwa. Ale musiałam przyznać, że ilekroć ją odwiedzałam, zwykle znajdowała czas, by po prostu usiąść przy herbacie i porozmawiać. Skupiając się na rozmowie, a nie machaniu drutami czy szydełkiem.
– Halu, czasy się zmieniają – przypomniałam sobie słowa Nadii. – Ja wiem, że jesteś silna, ale jeśli źle się czujesz, to nie bagatelizuj tego. Jeśli nie dla siebie, to chociaż dla mnie. Potrzebuję cię zdrowej.
– Przecież jestem zdrowa. I wiem, że mnie potrzebujesz, przecież ci pomogę – obruszyła się. – Po śniadaniu posprzątam, a ty leć, Martuś, i rób te reklamy. Wiem, że się gryziesz brakiem gości. Chociaż nie trzeba, dziecko, nie trzeba. Zobaczysz, jeszcze będziesz mieć pełno ludzi przy stole. W takim miejscu chce się być.
Położyłam rękę na jej ramieniu i popatrzyłam w siwe oczy.
– Halu, ja potrzebuję przede wszystkim ciebie. Nie tego, co robisz, ale żebyś po prostu była. Jak najdłużej. Ze sprzątaniem sobie poradzę, ale z byciem samą tutaj już nie.
– Co też mówisz, dziecko?! Pewnie, że ze wszystkim sobie poradzisz! – żachnęła się. – Jesteś mocniejsza, niż myślisz. A o mnie się nie martw. Jak będzie trzeba, to odpuszczę. Ale na razie nic mi nie jest, a roboty pełno. Dobrze, że Rysiek obiecał mi ponaprawiać sprzęty w domu. On się zajmie moją chałupą, to ja się mogę zająć twoją. Razem nie zginiemy.
– Niech tak będzie – zgodziłam się, bo, szczerze mówiąc, pomoc była mi bardzo na rękę.
Niestety nie mieszkały u mnie żadne chętne do roboty chowańce, postaci z ludowych podań. Szkoda. Choć z tego, co słyszałam od Nadii, wyhodowanie takiego domowego opiekuna wymagało spełnienia kilku warunków, z których najtrudniejszy wydawał mi się kategoryczny zakaz kąpieli przez cały tydzień. Przy tym nawet chodzenie z kurzym jajkiem pod pachą wypadało blado. A porządek sam się nie zrobi. Gdybym mieszkała sama, mogłabym mieć bałagan. Nie przeszkadzałby mi zlew pełen brudnych naczyń, okruchy na podłodze czy zalany sokiem obrus. Ani wiszące dziwnie krzywo firanki, bo akurat tego ranka Czeremcha postanowiła zrobić sobie ściankę wspinaczkową i dotrzeć aż do karnisza. Ale nie mogłam sobie na to pozwolić, jeśli prowadziłam domki na wynajem i zapraszałam letników na posiłki do własnej jadalni.
Działania w internecie też zajmowały wiele czasu. Nieraz byłam w szoku, gdy po kilku stworzonych postach, napisanych mailach i komentarzach do opinii zerkałam na zegarek i okazywało się, że minęły dwie, czasem trzy godziny. Cóż, praca jak każda inna, choć dawała złudne poczucie nicnierobienia. Bo co to jest, siedzieć przy biurku i stukać w klawiaturę w porównaniu z, na przykład, przerzucaniem obornika, wyprowadzaniem krów na pastwisko czy rąbaniem drewna na opał? Na szczęście Hala zdawała sobie sprawę z tego, że czas spędzony przy komputerze jest tak samo ważną częścią mojej pracy (jeśli nie najważniejszą i przynoszącą największe efekty), więc starała się mnie odciążyć w innych kwestiach. Mimo że sama nie miała lekko.
Jednak gdyby nie ona, pewnie już dawno by mnie tu nie było. Nie tylko w Tymianowej, ale… w ogóle, w świecie żywych. Starałam się o tym pamiętać i mimo wszystko zaczynać każdy dzień z wdzięcznością. Może i straciłam w życiu zbyt wiele, ale miałam Halę. Dawała mi poczucie bezpieczeństwa, zaopiekowania, akceptację. Wszystko to, co powinna dać mi rodzona matka, ale czego nigdy wcześniej nie dostałam. Czasem miałam wrażenie, że całe moje wcześniejsze życie było właśnie po to, by doprowadzić mnie do tego punktu. Punktu, w którym przy Hali na nowo uczyłam się oddychać.
***
Szanowna Pani, chciałabym zapytać o możliwość przyjazdu w terminie… (tu podana data, zerknęłam na kalendarz – pojutrze!). Przepraszam za tak późną informację, niestety nie miałam możliwości zrobienia wcześniej rezerwacji. Gdyby wszystkie miejsca były zajęte, czy mogłaby mi Pani polecić coś w okolicy? Nie ukrywam, że marzy mi się spędzenie wakacji na Łemkowszczyźnie, o której słyszałam w ostatnim czasie wiele dobrego… Jeśli byłaby możliwość, prosiłabym o wynajęcie pokoju na górze, jestem sama i chyba czułabym się bezpieczniej. Ale, oczywiście, się dostosuję. Pozdrawiam serdecznie!
Siedziałam przed komputerem od piętnastu minut i ze zdumieniem wpatrywałam się w ekran. Wiadomość jednak nie znikała, choć próbowałam już wszystkiego – intensywnego mrugania, szczypania się w rękę i stukania w monitor.
Walczyły we mnie dwa uczucia. No dobra, trzy, bo należało wliczyć totalne niedowierzanie. Poza tym pojawiła się euforia. Biegała w mojej głowie w kółko, wydając okrzyki triumfu i podskakując w radosnym tańcu. Aż do momentu, gdy została podcięta przez nieufność. Ona przyglądała się tekstowi, unosząc znacząco krzaczaste brwi i pytając całą sobą: „Jak to możliwe, że komuś tak zależy na wypadzie do Tymianowej akurat teraz? Teraz, kiedy aferka goni aferkę i nawet barwny świat internetowych memów dowiedział się o naszym istnieniu? Mamy uwierzyć, że to zwykły zbieg okoliczności, hę?”.
Nie miałam pojęcia, którą uciszać, a której zaufać.
– Cholera jasna, zamiast się cieszyć, że będę mieć gościa, od razu wietrzę spisek. To tylko jakaś kobieta, która chce się zaszyć w miejscu oddalonym od świata. Co może pójść nie tak? – szepnęłam do siebie, próbując się uspokoić. I zagłuszyć myśl, która pojawiła się od razu, gdy zadałam sobie końcowe pytanie.
Wszystko… Wszystko może pójść nie tak, o czym przekonałam się dobitnie nie tak dawno temu. Ale jeśli nie chciałam zbankrutować, musiałam zaryzykować. Odpisałam szybko na wiadomość, zapraszając kobietę, o której wiedziałam na razie tylko, że ma nick „Merida Waleczna”, rudowłosy awatar w celtyckim klimacie i nieprzepartą potrzebę pojawienia się w Beskidzie Niskim już za dwa dni.
Nie musiałam długo czekać na potwierdzenie. Entuzjastyczna odpowiedź przyszła niemal natychmiast, razem z obietnicą szybkiej wpłaty zaliczki. Rzeczywiście, nim zdążyłam wrzucić do mediów społecznościowych posty ze zrobionymi dzień wcześniej pięknymi zdjęciami i informacją o ofercie „Last minute w Wolnej Chacie Bukowina!”, na moje konto wpłynął przelew. Zerknęłam na dane. Merida tak naprawdę miała na imię Matylda… Nazwisko nic mi nie mówiło.
– No dobrze, Merido. Mam nadzieję, że spodoba ci się wymarzona Łemkowszczyzna – mruknęłam, wznosząc modlitwy, by niespodziewana gościni nie okazała się następną zwariowaną reporterką, pisarką ani nikim chcącym ingerować w nasze sprawy. Być może zaczynałam mieć początki paranoi, ale na razie nie potrafiłam pozbyć się niepokoju.
Żeby poprawić sobie humor, zerknęłam na opinię, która pojawiła się pod moją ofertą przed kilkoma dniami. Uczucie ciepła, które ogarniało mnie za każdym razem, kiedy ją czytałam, nie mijało. I pozwalało przetrwać kolejny dzień z nadzieją, że to, co robię, może być komuś bardzo potrzebne.
Spędziłam cudowne wakacje w Domu Lawendowym. To był piękny czas. Pani Marta pozwoliła mi zajmować się zwierzętami i przyżądzać posiłki. Najbardziej podobało mi się zbieranie ziuł w ogrodzie. Mogłam też chodzić po lesie, a we wsi była hyża, w której mieszkają miłe dziewczynki i wspinałyśmy się po drzewach. Był nawet chory jelonek, którym trzeba się było zaopiekować! Na pewno wrucę do Tymianowej. Oliwia
Patrząc na ten wpis, miałam nadzieję, że gdziekolwiek znajduje się teraz Oliwka, czuje się coraz lepiej, a Patryk pomaga jej dojść do siebie po trudnych przeżyciach. Było czymś naprawdę niezwykłym, że choć w Tymianowej doznała wielu przykrości od swojej macochy i przybranego brata, to jakimś cudem udało jej się zachwycić tym miejscem i posmakować wolności. Kto wie, może właśnie te wspólne chwile spędzone z córeczkami Nadii, Halą czy ze mną dadzą jej siłę, by iść dalej. I wrócić.
Tak, wiele bym dała, by móc znów gościć u siebie tę dziewczynkę i usłyszeć jej śmiech. Było w niej coś, co przez chwilę zapełniło pustkę po Marysi. Chociaż była zupełnie inna niż moja zmarła córeczka. A może właśnie dlatego. Bycie przy niej nie bolało, mimo że budziły się wspomnienia. Nigdy nie pozwalałam sobie na zbytnie spoufalanie się z letnikami, ale ten jeden jedyny raz zrobiłam wyjątek. Oliwia z kolei była raczej skryta i nieśmiała, choć, o dziwo, w mojej Chacie czuła się jak u siebie i każdego dnia zwierzała się ze swoich małych i dużych tajemnic.
W jakiś sposób obie wyczuwałyśmy, że jesteśmy sobie potrzebne.
***
Kolejne godziny przegalopowały niczym konie po pastwisku obok domu Ryśka. Nie wiadomo kiedy i jak, przemknęły koło mnie i nie udało mi się uchwycić powiewających za nimi grzyw. Nagle zrobiło się popołudnie, goście byli nakarmieni, dom uprzątnięty, zwierzaki zadowolone legły pod ścianą, grzejąc się w słońcu. A ja wreszcie miałam chwilę dla siebie. Kusiło mnie, by przysiąść znów za komputerem i przypomnieć o swojej obecności potencjalnym gościom. Powstrzymała mnie przed tym Elwira, która nagle zjawiła się przed gankiem i rozejrzała, jakby szukała mojej obecności. Dostrzegłam ją z okna i wyszłam przed Chatę.
Minęło zaledwie kilka dni od naszej pamiętnej rozmowy na cmentarzu, podczas której wyjaśniłyśmy sobie wiele. Czasem się obawiałam, czy nie zbyt wiele – nie lubiłam tak się odsłaniać przed ludźmi i opowiadać o swojej tragedii. Utracie dziecka, odejściu partnera, depresji i myślach samobójczych, jakie nękały mnie jeszcze długo i ustąpiły dopiero, kiedy zrozumiałam, że nie jestem sama. Były przy mnie Hala i Nadia, jak dwa dobre duchy.
Patrząc na Elwirę, dochodziłam jednak do wniosku, że dobrze się stało. I chociaż ogarniało mnie coś w rodzaju skrępowania, gdy przebywałam w jej obecności, to nie mogłam powstrzymać uczucia ulgi. Kobieta, do tej pory przypominająca ponurą gotkę z marzeń niejednej nastolatki, ubierająca się w różne odcienie czerni i zachowująca tak, że słynna Wednesday powinna przysiąść obok niczym grzeczna uczennica i w skupieniu robić notatki, zmieniła się nie do poznania. Przede wszystkim wreszcie w jej stroju pojawiły się kolory inne niż ten cmentarny. Co prawda nie były to ciepłe czerwienie czy żółcie, tylko stonowana zieleń i fiolet, ale – bądźmy szczerzy – gdyby pewnego dnia zjawiła się na śniadaniu ze śpiewem na ustach, ubrana w kwiecistą różową suknię i jaskrawopomarańczowe sandały, prawdopodobnie zadzwoniłabym po pogotowie. Nawet jeśli ratownicy nie mogliby pomóc Elwirze, to przynajmniej może mnie daliby coś na ukojenie zszarganych nerwów. Tego typu wstrząsy trzeba dawkować.
Poza tym Elwirze zdarzało się coraz częściej nie tyle uśmiechać się szyderczo, co całkiem szczerze śmiać z różnych rzeczy. Nawet z drobnych, niewinnych żartów, opowiadanych przez Halę czy przez innych gości. Zawsze po takim wybuchu milkła, jakby nie była pewna, czy ten przejaw radości na pewno pochodzi od niej i czy pamięta jeszcze, jak to jest być szczęśliwą.
Rozumiałam ją bardzo dobrze. Pamiętam ten czas, kiedy sama uczyłam się śmiechu. Nadia podesłała mi wtedy piosenkę Antoniny Krzysztoń, a ja potrafiłam siedzieć wieczorem godzinami w oświetlonej kuchni i słuchać słów: śmiechu mój, najbardziej chory we mnie, wracaj do zdrowia, wracaj do źródła… Z każdą zwrotką coś się we mnie uzdrawiało, zimna obręcz ściskająca moje żebra i niepozwalająca odetchnąć głęboko, jakby się luzowała. A wspomnienia tych chwil, kiedy stałam nad pobliskim stawem i marzyłam tylko o tym, by zniknąć pod ciemną powierzchnią i nigdy już się nie wynurzyć, powoli blakły.
Tym razem Elwira założyła ciemnozieloną bluzkę z pięknym haftem. Musiała przebrać się przed chwilą, bo podczas obiadu miała na sobie zwykły ciemny podkoszulek.
– Dostałam ją od Nadii – przyznała, lekko zarumieniona, gdy zachwyciłam się wzorem na materiale. – Piękna, prawda?
– Jak wszystko, co wyszło spod ręki Nadii – skwitowałam wesoło. – Będziesz miała śliczną pamiątkę z naszych stron.
Wymamrotała coś pod nosem, ale nie dosłyszałam słów, bo nagle rozszczekała się łagodna zwykle Bieda. Po chwili do jazgotu dołączył Majster.
– Ki pieron? – Zdziwiłam się, bo psy nie reagowały tak nawet na dzikie zwierzęta, które nieraz wyłaniały się z lasu.
Dopiero po chwili zrozumiałam… Na ścieżce pojawił się ksiądz Zbigniew. Posapywał ciężko jak stara lokomotywa, ocierając chusteczką pot spływający z czoła.
– Apage! – Elwira rzuciła zaklęcie, o którego znajomość bym jej nie podejrzewała.
Parsknęłam cicho, mając nadzieję, że kapłan jednak nie usłyszy naszych komentarzy. Ostatnie, czego mi było trzeba, to wojna z plebanią.
– Szczęść Boże! – wydyszał na nasz widok. – Czy pani Hala jest może w domu?
– Oj, niestety, widziałam ją przed chwilą idącą do lasu z koszykiem. Pewnie poszła zbierać grzyby – powiedziałam pierwszą lepszą rzecz, jaka przyszła mi do głowy.
W oknie Hali coś mignęło za firanką. Miałam nadzieję, że gospodyni nie zjawi się na drodze i nie wyjdę na kłamczuchę.
– W taki upał? – zdumiał się Zbigniew.
– Co poradzić, roboty pełno, to nie ma kiedy zbierać – brnęłam, czując się jak skończona idiotka.
Ale jak by nie patrzeć, byłam Hali coś winna. Dzięki niej moja jadalnia i kuchnia lśniły czystością. Jeśli mogłam się odwdzięczyć spławieniem Zbigniewa, warto było się postarać.
– No tak, macie panie sporo pracy – przytaknął, zafrasowany. – Dlatego chciałem zaproponować pani Hali coś, co przyniesie odrobinę wytchnienia.
– Naprawdę? Co takiego? – zainteresowałam się.
– To w zasadzie miała być tajemnica, ale jeśli to możliwe, proszę przekazać sąsiadce. Szukam kogoś, kto zająłby się ustalaniem dyżurów w sprzątaniu kościoła i wziąłby na siebie odpowiedzialność za wygląd świątyni. Niestety z ubolewaniem przyznaję, że system do tej pory stosowany przez mojego poprzednika zupełnie zawodzi. Pani Jadwiga nie może już pełnić tej funkcji, zajmuje się animacją nowo powstającego koła różańcowego.
„Pewnie, że nie może. Wzięła łatwiejszą robotę i resztę chce zrzucić na Halę” – zgrzytnęłam zębami, ale głośno pozwoliłam sobie wyrazić zdziwienie:
– I to ma być forma odpoczynku?
Odchrząknął.
– Na pewno każda czynność, która pozwala oderwać się od spraw domu, jest miłym urozmaiceniem – powiedział, jak zwykle unikając patrzenia mi w oczy i wlepiając wzrok gdzieś obok mojej głowy.
– Doprawdy? – zdumiała się Elwira. – A ksiądz często bierze udział w takich przedsięwzięciach?
– Ja, niestety, mam zbyt wiele pracy – przyznał, wznosząc oczy ku niebu, jakby oczekiwał od „szefa” natychmiastowego wystawienia faktury za wykonywane obowiązki. Razem z zapłatą.
– No tak – bąknęłam. – Jak dobrze, że my mamy ich mniej.
– Czyli dobrze wyczułem. – Nie zrozumiał ironii. – To może panie mogłyby dołączyć?
Szlag! Przedobrzyłam. Trzeba być ostrożniejszą.
– Obawiam się, że mój gust i sposób przystrajania kościoła mogłyby się księdzu nie spodobać – wykręciłam się. – Lubię nowoczesność.
Spojrzał na mnie z powątpiewaniem.
– Cóż, patrząc na pani posesję, można odnieść zgoła inne wrażenie. Poza tym co ma wspólnego nowoczesność ze sprzątaniem?
– O, zdziwiłby się ksiądz! – popuściłam wodze fantazji. – Gdybym wjechała do świątyni z parownicą albo automatycznym odkurzaczem, mogłoby się to źle skończyć.
– To może pani? – zwrócił się do Elwiry.
– Pani jest tylko moim gościem i niedługo stąd wyjedzie – odpowiedziałam za nią.
– Wielka szkoda – odparł zawiedziony. – No nic, wracam do siebie. Proszę przekazać pani Hali moją prośbę.
Pokiwałyśmy gorliwie głowami, zadowolone, że jednak udało nam się uniknąć uwikłania w kolejne obowiązki. Odczekałyśmy chwilę. Potem Elwira spontanicznie zaproponowała spacer. Nie namyślając się wiele, zaczęłyśmy schodzić drogą w stronę wsi. Milczałyśmy, każda zatopiona w swoich myślach.
Naprawdę nie miałam nic przeciwko temu, by kościół był pięknie przystrojony i czysty. Wręcz przeciwnie, nawet nie ze względu na pamięć o Danielu zależało mi na tym, by świątynia była zadbana. Żeby każdy dobrze się tam czuł i mógł zachwycić się ikonostasem czy figurą słynnego anioła w kapeluszu. Ale naprawdę nie miałam siły, by wziąć na siebie jeszcze to. Na pewno we wsi znajdą się inne kobiety, które…
„Zaraz, zaraz… – olśniło mnie nagle. – Kobiety? A dlaczego nie prosi się o to mężczyzn?”.
No właśnie. Może należałoby trochę zmienić podejście i nie prosić o latanie z mopem i szmatką tych, które i tak na co dzień miały po dziurki w nosie wykonywania tego typu obowiązków? Dlaczego niby o wystrój nie mógł zadbać jakiś mieszkaniec Tymianowej?
Oczyma wyobraźni ujrzałam Heńka i Tadzika, w jednej dłoni dzierżących flaszkę z tanim winem, a w drugiej miotłę i tęczową szczotkę do kurzu. Zachichotałam.
– A co ci tak wesoło? – zdumiała się Elwira.
Wyjaśniłam, co mi chodziło po głowie. Wybuchnęła śmiechem.
– Dobre! – przyznała. – Ale wiesz, masz rację z tym podziałem obowiązków. Ja specjalnie kościelna nie jestem, ale jak to jest, że panowie wybierają przebieranie się w kolorowe szatki i gadanie z ambonki lub granie na organach, a kobietom przydziela się całą czarną robotę?
– Może jednak coś się zmieni w tej kwestii, choć akurat Zbigniew jest niereformowalnym przypadkiem – mruknęłam. – Poprzedni ksiądz sam proponował pomoc w pracach gospodarskich. I nieraz widziałam go, jak czyścił szmatką wnętrze kościoła.
– Wow, nieźle! – Gwizdnęła. – To jednak dość niezwykłe.
– On był niezwykły. Cholernie za nim tęsknię. I, szczerze mówiąc, mam nadzieję, że jeszcze tu wróci.
Nie odpowiedziała. Zapatrzyła się w niebo, głęboko o czymś rozmyślając. A potem jej spojrzenie padło na dom, który wyłonił się zza zakrętu. Nie mogłam wyjść ze zdumienia, jak bardzo może zmienić się wyraz twarzy, kiedy patrzy się na coś, co jest nam drogie. Rysy Elwiry złagodniały, a w oczach zajaśniał blask, którego nigdy wcześniej u niej nie widziałam.
Z daleka usłyszałyśmy szczekanie psa. Jednego z niewielu zwierzaków z tego gospodarstwa, które przetrwały. Później dostrzegłyśmy nieco przygarbioną sylwetkę, przechadzającą się po podwórzu. Jasiek.
Okładka
Strona tytułowa
Cykl
Strona redakcyjna
Dedykacja i cytat
Prolog
Rozdział 1
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Dedykacja
