Pogranicze t.1. Bosorka - Natalia Przeździk - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Pogranicze t.1. Bosorka ebook i audiobook

Przeździk Natalia

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

23 osoby interesują się tą książką

Opis

Tymianowa to wieś położona w Beskidzie Niskim, kusząca turystów wizją odpoczynku wśród łąk pachnących tymiankiem i bukowych lasów, których szum przywodzi na myśl dawne opowieści. To tutaj w cerkwi stoi tajemniczy anioł w kapeluszu, przygarniający zbłąkanych wędrowców, a Madonna z cudem ocalałej ikony patrzy tak, jakby rozumiała każdego, komu pękło serce. Nic więc dziwnego, że to miejsce wraz z gościnnymi progami Wolnej Chaty Bukowiny staje się nie tylko przystankiem na wakacyjnej trasie, ale również schronieniem dla tych, którzy chcą rozpocząć kolejny rozdział w swoim życiu.

To tutaj również splatają się losy Tekli – zmarłej od dziesięcioleci Łemkini uważanej za wiedźmę – oraz Marty, właścicielki pensjonatu, która wciąż dźwiga ciężar własnego bólu. Co się stanie, gdy deweloperzy połakomią się na starą chyżę należącą kiedyś do wioskowej czarownicy? Czy gwałtowne burze, roje os i dziwne zachowanie niektórych mieszkańców to tylko przypadek czy... klątwa bosorki? Rozwiązanie zagadki może być trudniejsze, niż się z początku zdaje...

Pierwszy tom cyklu Pogranicze przenosi czytelnika w scenerię swojską, a jednocześnie pełną dawnych łemkowskich wierzeń, bolesnych historii i mrocznych sekretów. To opowieść o ludziach próbujących poskładać swoje życie na nowo – z dobrych chwil nawlekanych cierpliwie, niczym paciorki na łemkowskiej krywulce.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 272

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 35 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Agata Góral

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Na cykl Pogranicze składają się:

Tom 1: Bosorka

Tom 2: Powiertucha

Tom 3: Watra

Tom 4: Moroz

Tom 5: Nadija

Tom 6: Kyczera

Tom 7: Rodyna

Redakcja

Anna Seweryn

Korekta

Urszula Bańcerek

Redakcja techniczna, skład i łamanie

Grzegorz Bociek

Opracowanie wersji elektronicznej

Karol Bociek

Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Slotorsz

Ilustracje na okładce

© Kathrine Andi | stock.adobe.com

Ilustracje w książce powstały za pomocą oprogramowania generatywnej sztucznej inteligencji Midjourney.

Kody QR, które znajdują się przy ilustracjach, zawierają łącze html prowadzące do pliku w formacie MP4 i należy je otwierać na urządzeniu z aktualną przeglądarką oraz dostępem do Internetu.

Wydanie I, Katowice 2026

tekst ©Natalia Przeździk, 2026

© Wydawnictwo Dobre Strony

ISBN 978-83-68689-21-1

Wydawnictwo Dobre Strony

ul. Uniwersytecka 13

40-007 Katowice

[email protected]

+48 884 666 213

Dedykuję wszystkim, którzy odnaleźli swój dom w Beskidzie, i tym, którzy stracili go na zawsze

Po omacku wdycham kurze

Po omacku zrywam jabłka

Które mi śliną kwaśną gardła moszcząc

Spać nie dają nocą

A świat tuż na odległość ręki

Słyszę padają krople

Czuję zapach

Czesanej wiatrem trawy

Ja jeden mały w strefie cienia

Nie w stanie, by cokolwiek zmienić

Sen mi został

Niechaj więc sen krzyczy…

Wojciech Belon, Pieśń ślepca

Prolog

– Chyba oszalałaś! – Głos mojej matki był słyszalny pewnie nie tylko na całej ulicy, ale kilka przecznic dalej. – Chcecie zostawić wszystko, co dostaliście na tacy, i przenieść się do jakiejś… jakiejś dziczy?! Czy wy w ogóle myślicie o kimś poza sobą?! Co na to Marysia?

– Jest zachwycona i uważa, że to najlepsza przygoda na świecie – stwierdziłam ze spokojem.

– Ona ma dopiero pięć lat! Dorośnie, zacznie tęsknić za miastem. Musi przecież iść do szkoły!

– Może będziemy ją dowozić. A może zdecydujemy się na edukację domową – wyjaśniłam.

– I co, ty niby będziesz ją uczyć? – zakpiła. – Przecież ty się do tego nie nadajesz! Sama nie umiałaś wyciągnąć na świadectwie więcej niż średnią cztery z groszami. Twój kierunek studiów to jakiś żart. A córka Darka…

– A Iza zawsze miała same piątki i została wziętą programistką, a teraz zarabia miesięcznie więcej niż ja przez pół roku – dokończyłam, wznosząc oczy ku niebu. – Jak mogłabym zapomnieć? Powtarzałaś mi to przez te wszystkie lata, chociaż już dawno skończyłam szkołę.

– Agroturystyka! – prychnęła mama, szybko zmieniając niewygodny dla niej temat. – Jak ty to sobie wyobrażasz? Nie znacie się na tym w ogóle!

– Maciek skończył turystykę – przypomniałam, choć przecież dla nas obu było to oczywiste. – A ja zawsze lubiłam gotować…

– Bo do niczego innego się nie nadawałaś.

– Będę przyrządzała posiłki gościom, zajmowała się domem i ogrodem… – kontynuowałam, puszczając uwagę mimo uszu i nie dając po sobie poznać, jak bardzo mnie zraniła. – Kupiłam książkę o ziołach i medycynie naturalnej, wreszcie będę miała dostęp do składników.

– Chyba nie chcesz leczyć dziecka jak jakaś… szamanka? – Matka zamarła i wpatrywała się we mnie ze zgrozą widoczną w bladoniebieskich oczach.

– Na pewno nie będę jej faszerować antybiotykami przy każdej możliwej okazji. I wreszcie zapewnię lepsze powietrze do oddychania. Tutejsze można kroić w plastry i sprzedawać na OLX-ie jako antydepresant dla osób spragnionych miejskiej atmosfery.

– Nie odwracaj kota ogonem! Tutaj przynajmniej wszystko masz pod ręką. Lekarza, sklep, szkołę… A tam? Sami w drewnianej chacie? Wrócicie z podkulonymi ogonami, kiedy tylko pierwszy śnieg spadnie. Wspomnisz jeszcze moje słowa!

Słuchałam tego gderania jednym uchem. Przywykłam do niego. Na samą myśl o tym, że już za kilka tygodni będę od niego oddalona o bezpieczne trzy godziny drogi samochodem, miałam ochotę śpiewać ze szczęścia.

Mieliśmy z Maćkiem plany, marzenia, a przede wszystkim – najukochańszą córeczkę na świecie.

Co mogło pójść nie tak?

Ożyw obraz

Rozdział 1

Dziesięć lat później

Obudziło mnie słońce wpadające przez okno pomimo zaciągniętej zasłonki. I posapywanie Biedy, dyszącej mi tuż nad głową. Otworzyłam leniwie oczy. Wiedziałam, że jest jeszcze barbarzyńsko wcześnie. W dawnych studenckich czasach o tej godzinie dopiero kładłabym się spać. Ale cóż, prowadzenie domów na wynajem zobowiązuje.

Był czerwiec, a ja już od miesiąca pracowałam na pełnych obrotach. Wszystkie trzy domki były zajęte, podobnie jak pokój na poddaszu. Niektórzy goście wykupili posiłki, więc od rana miałam pełne ręce roboty. Na szczęście nie potrzebowałam budzika. Wystarczała mi moja kochana Bieda, kilkuletnia suczka przypominająca skrzyżowanie owczarka niemieckiego ze szczotką do czyszczenia kominów. Zawsze budziła się o tej samej porze i domagała się wypuszczenia na zewnątrz. Nawet w zimie.

Drugi z psów, Majster, brat Biedy, różnił się od niej nie tylko umaszczeniem (jej futro było zdecydowanie ciemniejsze), ale i upodobaniami. Uwielbiał długo spać i zwykł zaczynać dzień dopiero, gdy ja byłam już dawno po pierwszych porannych wyzwaniach, takich jak przygotowanie szwedzkiego stołu w jadalni i podanie gościom potraw na ciepło.

– No już, już, wstaję – wymamrotałam i poczochrałam wielki kosmaty łeb Biedy. – Daj mi się ogarnąć, okej?

Suczka zaskomlała cicho i polizała mnie po ręce. Jak zawsze, każdego poranka. To był nasz rytuał. A ja byłam jej za to wdzięczna. To dzięki niej nie czułam się samotna w tym dużym domu, co jakiś czas zapełniającym się ludźmi, z którymi niezbyt wiele mnie łączyło.

Rozsunęłam zielone zasłonki i spojrzałam na skąpaną w porannym świetle łąkę oraz górujący nad nią bukowy las.

– Ten widok nigdy mi się nie znudzi – szepnęłam.

Zmieniłam nocną koszulkę na coś bardziej wyjściowego (tym razem były to wytarte szorty i czarny podkoszulek) i z psem drepczącym mi po piętach wyszłam z pokoju. Otworzyłam drzwi, wypuściłam Biedę na poranny spacer i powlokłam się do kuchni. Śniadanie dla letników samo się nie zrobi.

Kuchnia znajdowała się dokładnie obok mojego pokoju. Poszerzone drzwi prowadziły z niej do dużej jadalni. Ten układ wiele lat temu uznaliśmy z Maćkiem za odpowiedni i musiałam przyznać, że mieliśmy rację. Nie potrzebowałam dużej przestrzeni, by przygotować posiłki, wystarczał mi średniej wielkości blat, dwie szafki z surowego drewna pokrytego lakierem, niewielka lodówka i czarna kuchenka w stylu retro, stojąca w centralnym miejscu pomieszczenia.

Natomiast jadalnia – ona była sercem tego domu. Przestronna, widna, z jasną drewnianą podłogą i belkowanym sufitem, z którego zwieszał się kryształowy żyrandol. Z białymi meblami, na których stały obok siebie stare książki i doniczki z lawendą. Z wielkim, podłużnym niebieskawym stołem, przy którym mogło jednocześnie zasiąść dwanaście osób. Z krzesłami obitymi materiałem w fioletowe i granatowe kwiatki. I z dużym zegarem z wahadłem, wiszącym na reprezentacyjnej ścianie, między reprodukcjami obrazów Nikifora Krynickiego i Marca Chagalla.

Jadalnia była taka, jaką sobie wymarzyłam. To o niej pomyślałam, kiedy tylko w naszej głowie zaczął kiełkować pomysł o agroturystyce w domu odziedziczonym po ciotce przez mojego partnera. Zanim nieco zrujnowana chata z piękną, ale chylącą się do ziemi werandą stała się budynkiem noszącym dumną nazwę „Wolna Chata Bukowina” i mogącym się pochwalić piękną stroną internetową przyciągającą turystów, śniłam o tej jadalni w dzień i w nocy. Co prawda z planów o prowadzeniu gospodarstwa ze zwierzętami nic nie wyszło, ale za to przy Chacie stanęły trzy niewielkie domki otoczone kobiercami fioletowych kwiatów i czekające na spragnionych chwili wytchnienia gości.

Mogłam cieszyć się spełnionym snem. Jednym z niewielu.

Kroiłam właśnie szczypiorek do jajecznicy, kiedy usłyszałam, że drzwi się otwierają i ktoś wchodzi.

– Przyniosłam mleko! – zawołała Hala.

– Jestem w kuchni! – odparłam, starając się jednak nie wrzeszczeć na cały dom.

Goście śpiący na górze raczej nie byliby tym zachwyceni. Inna sprawa, że nie mogli liczyć na takie wygody i całkowitą prywatność, jak ci wynajmujący dla siebie całe domki. Płacili też o wiele mniej.

Hala, a właściwie Halinka, wmaszerowała do kuchni swoim dziarskim krokiem. W spracowanych rękach niosła bańki ze świeżo wydojonym mlekiem. Z głuchym stuknięciem postawiła je na blacie szafki.

– Wypij piankę z góry. Szkoda ją dla obcych ludzi marnować – powiedziała, mrugając do mnie porozumiewawczo.

Nie mogłam się oprzeć i zrobiłam, jak kazała. Uwielbiałam tę piankę. Sprawiała, że przez chwilę czułam się jak mała dziewczynka spędzająca wakacje na wsi u babci. Dziewczynka, która wierzy, że ma przed sobą jeszcze nie tylko całe lato, ale całe życie. Nigdy nie miałam takiej babci, moi dziadkowie mieszkali w mieście. Ale lubiłam sobie wyobrażać, że tak właśnie wyglądało moje dzieciństwo.

Za to mała dziewczynka, którą byłam, dawno gdzieś zniknęła, ale właśnie w takich momentach pojawiała się na mgnienie oka, napełniając mnie radością. Radością, która gasła równie prędko, jak się zapalała.

– Dziękuję – mruknęłam, wycierając usta jak dawniej, wierzchem nadgarstka.

Hala była teraz moją największą pomocą. Doradzała mi we wszystkim. Bardzo możliwe, że bez jej wsparcia uciekłabym stąd gdzie pieprz rośnie, mimo dobrych chęci i… tego wszystkiego, co mnie tu trzymało. To ona wyciągnęła mnie nie tyle z dołka, ale z wielkiego dołu, w którym nie spodziewałam się już niczego dobrego.

Być może gdyby była inna, to by się nie udało. Ale właśnie ona, prosta kobieta mieszkająca w małej wiosce na końcu świata, pokiereszowana przez życie jeszcze bardziej niż ja, mogła postawić mnie do pionu. Ona nie mówiła frazesów w stylu: „Jeszcze będziesz szczęśliwa”. Nigdy nie powiedziała: „Przesadzasz!” czy „Weź się wreszcie w garść!”. Nie usłyszałam od niej: „Zasłużyłaś!” ani „Gdybyś bardziej uważała…”. Po prostu była. I rozumiała, jak to jest, kiedy człowieka boli dusza tak bardzo, że ma ochotę zniknąć, rozpłynąć się i przestać wreszcie czuć. Te wszystkie mądrości prawiłaby zapewne moja matka. Gdyby w ogóle się do mnie odzywała. Nie miałam od niej wiadomości od… Od tamtego dnia, ponad pięć lat temu.

Hala była już dobrze po sześćdziesiątce. Niewysoka, przy tuszy. Poruszała się szybko, ale w trakcie marszu kołysała na boki jak kaczka. Nosiła zawsze podobne do siebie niebieskie sukienki z jasnym wzorkiem i pożółkły fartuszek. Kiedyś kupiłam jej nowy, bardziej twarzowy, ale odparła, że ona „chce robić przy domu, a nie tylko ładnie wyglądać”. Uszanowałam. W nowym fartuszku widziałam ją tylko raz, gdy poprosiłam ją o zrobienie kilku zdjęć na stronę internetową.

Fryzura Hali od lat była taka sama – krótko ostrzyżone włosy wiły się tuż przy głowie jasnobrązowymi kędziorami. Grubą szyję zdobił sznurek koralików. Na serdecznym palcu prawej ręki nadal tkwiła obrączka ślubna, wbijając się w nabrzmiałą skórę. Mąż Hali zginął przed dwudziestoma laty, kiedy to po pijaku prowadził traktor. Spadł ze stromego zbocza, zostawiając żonę samą z czwórką dzieciaków. „Mąż to mąż – skwitowała kiedyś Hala, gdy zapytałam ją o obrączkę. – Innego nie chcę, a tego się przecież nie wyrzekłam”.

Dzieci Hala odchowała przy pomocy krewnej, czyli ciotki Maćka, dawnej właścicielki tego domu. Wszystkie wyfrunęły już dawno ze wsi i nigdy tu nie wróciły. To Hala jeździła do nich od czasu do czasu, odwiedzając w święta. Dawałam jej wtedy wolne, choć sama miałam pełne ręce roboty. Ale wiedziałam, jak to jest tęsknić za dzieckiem, które odeszło. Wiedziałam aż za dobrze… Kiedy wracała do mnie z wielkich miast, promieniała i obdarzała garścią nowinek oraz opowieściami o wnukach. Ale nigdy z tym nie przesadzała i zawsze pytała, czy mam ochotę słuchać. Miałam. Choć był czas, kiedy…

W każdym razie Hala dzięki znajomościom we wsi umiała zorganizować wszystko. Pomoc do koszenia łąki, naprawienia dachu czy domowych usterek. Potrafiła godzinami piec przysmaki dla moich gości. Trzymała kilka krów na nasz użytek, choć miała z tym ogrom pracy. Czasem, kiedy w kilku domkach naraz zmieniali się letnicy, wspierała mnie w sprzątaniu i praniu.

Krótko mówiąc, Hala była jedną z tych niepozornych wiejskich kobiet, o których świat nie wspomina głośno, ale dzięki którym życie toczy się dalej. Jej mąż za to był jednym z tych mężczyzn, o których mówiło kilka wsi w okolicy, a nawet ludzie w pobliskim miasteczku. Przystojny, wygadany, urodzony myśliwy (choć słyszałam, że za zwierzynę łowną uznawał też istoty dwunożne, rzecz jasna, płci przeciwnej). Nawet potrafił czytać, i robił to z przyjemnością. Właśnie on sprawił, że wykoleiło się życie kilku ludzi naraz – i trzeba było lat, by wróciło na swoje tory.

– Przynieść ci coś ze sklepu? – spytała Hala. – Byłam w kościele i widziałam, że Mańka szła otworzyć. A za nią Heniek jak cień. Tak wcześnie, a temu już wódki się zachciewa.

– Nie trzeba. Jak już wyszykuję śniadanie dla gości, to sama pójdę. I tak miałam coś załatwić – wymamrotałam, rozbijając jajka o kant wielkiej patelni.

Hala miała już wyjść, ale nagle obejrzała się na mnie i ściszonym głosem oznajmiła:

– Mówią, że tę chałupę po Tekli burzyć będą.

Drewniana łyżka, którą mieszałam jajeczną masę, wyleciała mi z ręki.

– Jak to? Kto będzie burzył?

Wzruszyła ramionami.

– A kto to tam wie? Spotkałam Ryśka, jak szedł do lasu, to mi tyle powiedział. Ktoś z miasta ma przyjechać i się budować. Ale nic więcej nie wiedział.

No tak, leśniczy Rysiek często bywał w sklepiku Mańki, bo mieszkał po sąsiedzku. Sklepikarka stanowiła coś w rodzaju miejscowej rozgłośni radiowej. Niestety często rozpowiadane przez nią rewelacje mijały się z prawdą tak samo, jak te serwowane w popularnych serwisach internetowych. Chociaż tu nikt nie znał pojęcia „fake newsa”. Wiedziano za to dobrze, jak powiedzieć: „No teraz to, Mańka, pierdolisz”.

Tak czy inaczej, nawet w takim pierdoleniu mogło tkwić ziarnko prawdy. A ja właśnie zdobyłam kolejny powód, by przespacerować się w dół wsi. Czekał mnie pracowity dzień.

***

Dwie godziny później goście byli nakarmieni, naczynia umyte, a kuchnia uprzątnięta. To jedyne, co niechcący wyniosłam z rodzinnego domu i co całkiem przydawało mi się przy prowadzeniu działalności – umiłowanie do porządku i nieodkładanie spraw na później.

Upewniłam się, kto tego dnia będzie gościł na obiedzie (dwie rodziny z domków wybierały się na całodniową wycieczkę i miały wrócić dopiero na kolację), kazałam psom pilnować domu i zabrawszy plecak na prowiant, wyszłam na drogę. Kamienie i piach zachrzęściły mi pod stopami.

Mimo protestów niektórych mieszkańców nie poprowadzono asfaltu wzdłuż całej wsi. Moi goście w większości bardzo to sobie chwalili. Lubili swojski klimat, podobny do tego, który pamiętali często z wakacji spędzanych w dzieciństwie u dziadków. Nie przeszkadzało im, że po ulewnych deszczach ich samochody z trudem wjeżdżały na górę, wzbijając kaskady błota. Na palcach jednej ręki mogłam policzyć osoby, które obruszyły się na tak mało cywilizowane warunki. Chociaż to właśnie one, dziwnym trafem, szczególnie zapadały w pamięć.

Na przykład ta pańcia ze stolicy, która przyjechała z rasowym pieskiem, którego nosiła w torebce z logo włoskiej firmy. Przybyła do Tymianowej na tydzień, by – jak zapowiedziała – „naładować wewnętrzne baterie i przytulać się do drzew w ciszy wiekowego lasu”. Nasza bukowina rzeczywiście nadaje się do lasoterapii czy też kąpieli leśnych, coraz popularniejszych wśród zmęczonych pędem życia ludzi. Aczkolwiek podczas pobytu w naszej wsi warto pamiętać, że to człowiek musi dostosować się do lasu, a nie na odwrót. Las z natury nie ulega zachciankom ludzkości. A już na pewno nie ma zamiaru naginać się do potrzeb mieszczuchów.

Pani z Warszawy miała szczęście przyjechać w porze suszy, więc dotarła przed Chatę bez problemu. Trochę tylko się obruszyła, że pył z drogi osiadł na jej nowiutkim autku.

– Dlaczego pani nie zaznaczyła na swojej stronie internetowej, że tu nie ma normalnego dojazdu? – syknęła, gładząc aksamitny pyszczek swojego pieska, ostrożnie, by nie naruszyć czerwonej kokardki kołyszącej się jakimś cudem na czubku głowy.

Kolejne dni były bardzo ciekawym przeżyciem. To znaczy dla mnie, bo wspomniana pani zapewne zapamiętała to jako traumę swojego życia. Nie zdziwiłabym się, gdyby po powrocie do domu przez miesiąc przytulała się do wieżowców i całowała chodniki w ramach miastoterapii.

Ja zaś z zainteresowaniem obserwowałam osóbkę, która dostawała spazmów na widok jaszczurek uwielbiających wygrzewać się na kamieniach przy domu, wrzeszczała, gdy widziała pająka, a po wyprawie do lasu miała do mnie pretensje o to, że nie uprzedziłam jej o możliwości złapania kilku kleszczy. Moment kryzysowy nastąpił wtedy, gdy jej piesek został zaatakowany przez krwiożerczą bestię. Bestią na moje nieszczęście okazała się moja własna kotka, Czeremcha.

Czeremcha była półdzika i żyła własnym życiem, a do domu przychodziła tylko na żarcie. Przeważnie jednak buszowała po polach i uzupełniała pożywienie, łowiąc mniejszą i większą zwierzynę. Wolałam nie wnikać jaką. Czasem widziałam jej ciemną sylwetkę niosącą w pysku całkiem spore stworzenia. Czeremcha urodziła się i wychowała w Tymianowej. Była dzieckiem tej doliny, zwanej przez miejscowych Doliną Cieni. Silna i sprytna, od małego uczyła się radzić sobie z przeciwnościami.

A potem trafiła na coś, co wyglądało jak przerośnięty puszysty szczur z wytrzeszczem, pachniało francuskimi perfumami, a w konfrontacji z nią dygotało jak galareta i piszczało jak zarzynany prosiak. Warszawski piesek, który jakimś cudem na chwilkę oddalił się od nadopiekuńczej pani, miał pecha znaleźć się zbyt blisko Czeremchy. I został upolowany. Przeżył tylko dlatego, że jego wrzask wstrząsnął wszystkimi przebywającymi w domkach.

Pierwsza rzuciła się na ratunek jego właścicielka. Widząc poranionego pieska, któremu krew ściekała strumieniami z delikatnych uszu, wrzasnęła jeszcze głośniej niż jej zwierzak i z furią rzuciła się na zdumioną kotkę. Czeremcha zniknęła w zaroślach jak duch. Ja za to musiałam zająć się jej ofiarą oraz panią ofiary. W zasadzie – dwiema ofiarami. W przypadku pierwszej wystarczyła miska karmy, w przypadku drugiej – kieliszek nalewki i zwrot połowy kosztów pobytu.

Warszawianka odjechała jeszcze tego samego wieczoru, a potem wystawiła mi paskudną opinię w internecie. Cóż, bywa. Prowadząc Wolną Chatę Bukowinę, zdołałam się nauczyć ważnej rzeczy – nie wszyscy musieli mnie lubić. W moich domkach na końcu świata nie każdy czuł się dobrze – i tak miało być. Byłam głęboko przekonana, że gdybym próbowała dopasować się do oczekiwań wszystkich, stałabym się… nijaka. A nijakość to ostatnie, czego chciałam. I ostatnie, co pasowałoby do Tymianowej.

Ta wieś miała duszę. Gdyby miejscowości porównać do postaci, z pewnością niektóre można by opisać jako miłe starsze panie albo piękne młode dziewczyny, gościnne gospodynie lub prowadzące hulaszczy styl życia nastolatki. Tymianowa nie była ani piękną dziewczyną pląsającą w tańcu, ani rumianą gospodynią rozdającą ciepłe bułeczki. Nasz miejscowy artysta mógłby ją namalować jako sześćdziesięcioletnią kobietę o ciemnych włosach splecionych w warkocze, noszącą długą zieloną suknię do ziemi, a na głowie dorodny wianek z jarzębin. Czemu z jarzębin? Nie wiem, ta roślina kojarzyła mi się z dojrzałością. A czerwień z zapamiętanym cierpieniem.

Tymianowa cierpiała wiele razy i choć większość ran odniosła bardzo dawno temu, to pamięć o nich zastygła w pniach starych drzew, w których nadal można było znaleźć odłamki pocisków. W ziemi, która przygarnęła na zawsze ciała żołnierzy obu wojen światowych. I w zdziczałych sadach, które w dawnych czasach rosły przy łemkowskich chatach, a teraz ich korzenie oplatały jedynie resztki podmurówek. Po większości chyży nie został ślad. Wprawne oko potrafiło dostrzec jedynie cień zagród, zarys pól, dziury po starych studniach.

Wiele wsi wysiedlonych tuż po drugiej wojnie światowej zniknęło z map na zawsze. Tymianowa była jedną z tych, które przetrwały. Część rodzin wróciła do niej, gdy tylko było to możliwe. Inne przybyły z pobliskiego Pogórza. A najnowsi mieszkańcy nadciągnęli tu w ostatnich latach w poszukiwaniu spokoju. W przeciwieństwie do popularnych Bieszczadów, zadeptywanych coraz bardziej przez turystów, sąsiadujący z nimi Beskid Niski nadal był oazą ciszy. Przyciągał artystyczne dusze i wrażliwców szukających miejsca z dala od zgiełku.

Przyciągnął też mnie, choć na początku wydawało mi się, że znalazłam się tu przez przypadek. Potem byłam przekonana, że przyjazd tu był najgłupszym pomysłem na świecie i to właśnie on ściągnął na nas nieszczęście. Dopiero jakieś dwa lata temu zaczęło do mnie docierać, że to miejsce na mnie czekało. Że byłam mu przeznaczona. I że dopiero nosząc własne blizny, mogłam je w pełni zrozumieć.

Nie byłam już dziewczyną z miasta. Stałam się kobietą z Tymianowej. I naprawdę nie wyobrażałam sobie, żebym mogła być kimś innym.

***

Droga w dół wsi minęła mi szybko. Zostawiłam za sobą pachnące koniczyną łąki oraz jasnozieloną ścianę bukowego lasu. Minęłam pasące się na pastwisku krowy Hali. Gdzieś w zaroślach mignęła mi giętka sylwetka Czeremchy. W przeciwieństwie do psów kotka nie zjawiła się tego dnia na śniadaniu. Jakby próbowała udowodnić, że bycie najlepszym przyjacielem człowieka zostawia frajerom, a sama woli być najlepszą przyjaciółką samej siebie. W duchu musiałam przyznać, że imponowała mi ta postawa i lubiłam ją tak samo jak wierną Biedę, choć ta druga zabiegała o moje względy o wiele bardziej.

Kamienista ścieżka schodziła coraz niżej, mijając kilka gospodarstw zbudowanych w drugiej połowie ubiegłego wieku, już po wysiedleniu wsi. Jedno z nich należało do Heńka i wyglądało jak obraz nędzy i rozpaczy. Póki żyła żona Heńka, dom prezentował się może biednie, ale schludnie. Teraz w brudnych oknach wisiały pożółkłe firanki, dach w jednym miejscu się zapadał, a wokół obejścia leżały śmieci i puste butelki. Przy wejściu stała zniszczona buda, w której od dawna nie mieszkał żaden zwierzak. Ostatni pies pilnujący domu zginął kilka lat temu, rozszarpany przez wilki, które podczas wyjątkowo ostrej zimy często zachodziły do wsi. Później Heniek został całkiem sam i chyba nikt go nie żałował. Poza tymi, którzy zdołali poznać jego historię. Ja byłam jedną z tych osób i jestem za to naprawdę wdzięczna.

Gdyby nie jeden wieczór, podczas którego siedzieliśmy niezbyt trzeźwi nad pobliskim potokiem i zwierzaliśmy się ze swoich ran, pewnie nadal uważałabym Heńka za przegranego, wiecznie pijanego i mocno posuniętego już w latach chłopa, jakich pełno w polskich wsiach. Pamiętam, z jakim obrzydzeniem patrzyłam na jego czerwoną twarz, mętne oczy, wiecznie cuchnące ubranie i pokryte brudem opuchnięte dłonie, zwykle obejmujące najtańszą flaszkę ze sklepu Mańki. Teraz nie byłam w stanie. A jeśli obrzucałam go spojrzeniem, to tylko pełnym współczucia. Historia Heńka była zupełnie inna od historii męża Hali. To była historia ofiary, a nie kata.

– Wieszzz, Martusiu… są takie rzeczy, o których się nie zapomina i które wracają każdej nocy – wyznał mi wtedy. – I chociaż lubię naszego księdza, to jednak jego gadanie o przebaczeniu brzmi dla mnie jak… – Tu przerwał, bo chociaż na co dzień nie miał problemu z wulgaryzmami, z jakiegoś powodu wstydził się je wymawiać przy mnie.

– Totalne pieprzenie – dokończyłam za niego i pociągnęłam ostatni łyk z butelki. – Wiem. Chociaż jednak chciałabym, żeby miał rację.

– Kto by nie chciał… – wybełkotał Heniek, po czym przegrał z grawitacją i osunął się w gęstą trawę.

Za gromadą podobnych do siebie domków pamiętających czasy komuny stały trzy chyże. Jedna pochylona już od starości, dwie inne w nieco lepszym stanie. Toczyło się w nich normalne życie. Kiedy szło się drogą jeszcze dalej, trafiało się do czwartej chyży. Ta wyglądała zupełnie inaczej, przypominała raczej moją Chatę. Była pięknie odnowiona. Okna cieszyły oko niebieskimi ramami, a drewniane ściany zdobiły pasy w podobnym odcieniu, przywodzącym na myśl rosnący tu i ówdzie barwinek. Wokół domu piętrzyły się malwy. Różowe i białe kwiaty zaglądały przez uchylone okna do izb. Drzwi też zazwyczaj były otwarte, a nad nimi widniał napis „Chyża Łania”.

Właścicielką Chyży była moja bratnia dusza, o której nie miałabym pojęcia, gdybym nie przeniosła się do Tymianowej. Czasem tak jest, że nagle na drugim końcu świata znajdujemy kogoś, kto rozumie nas lepiej niż własna rodzina. Tak właśnie było z Nadią. Była dla mnie jak siostra. Byłyśmy nawet w podobnym wieku. I obie gościłyśmy przyjezdnych, w dodatku w tej samej wsi. Powinnyśmy pewnie ze sobą konkurować, ale wbrew panującym zasadom starałyśmy się wspierać i nawzajem polecałyśmy swoje domy gościom szukającym schronienia w okolicy.

Co nas różniło? Nadia mieszkała w domu obok wynajmowanej letnikom Chyży ze swoją liczną rodziną. Była mężatką i matką czterech córek, biegających po łąkach niczym dzikie konie z rozwianymi jasnymi grzywami. Wszystkie dziewczynki uczyły się w domu, a za ich edukację odpowiadali rodzice. No i najważniejsze – Nadia była Łemkinią. Jej mąż Rafał był Polakiem z Jasła. On chodził do kościoła, ona do cerkwi greckokatolickiej. Chociaż w naszej wsi było to ułatwione, bo nabożeństwa dla wszystkich odbywały się w tej samej świątyni, dawnej cerkwi, będącej obecnie kościołem. Dzieci brały udział w nabożeństwach raz z jednym, raz z drugim rodzicem. Umiały mówić po polsku i po łemkowsku. Starały się zachowywać tradycje jednych i drugich dziadków. Stanowiły jakby most między światem Polaków i Łemków. Chociaż w Tymianowej tych mostów było więcej i oba światy po prostu istniały obok siebie. Tutaj Łemkowszczyzna nie oznaczała skansenu, ale tętniła życiem. Okoliczne wsie nie miały tyle szczęścia. Na przykład po pobliskim Płonnem pozostał tylko opuszczony cmentarz, a Końskie mogło się pochwalić jedynie stojącą samotnie wśród drzew drewnianą cerkwią.

Przechodząc koło Chyży Nadii, nie mogłam nie zwrócić uwagi na otoczony drewnianymi sztachetami pomalowanymi na wesołe kolory ogród, w którym dominowały kwiaty o ognistych barwach. I na dwie najstarsze dziewczynki, Juliannę i Anastazję, pasące za domem stadko kóz, będących atrakcją dla turystów i źródłem pysznego mleka pachnącego ziołami. Młodsze dzieci, Pasia i Oleńka, przebywały w jabłoniowym sadzie i kołysały się na zawieszonych na gałęziach drzew huśtawkach. Obrazek był iście sielankowy, ale wiedziałam aż za dobrze, że życie Nadii i jej rodziny w niczym sielanki nie przypomina, a decyzja o pozostaniu w rodzinnej miejscowości jej dziadków była okupiona wieloma wyrzeczeniami.

Poza tym prowadzenie agroturystyki oznaczało częsty kontakt z ludźmi. A ludzie mają tendencję do dziwienia się i sypania – nawet nieświadomie – soli prosto w niezagojone rany. W moim przypadku oznaczało to zazwyczaj wyrażaną mniej lub bardziej głośno troskę o to, jak radzę sobie w domu na skraju lasu całkiem sama. W przypadku Nadii zaś – jak radzi sobie we wsi leżącej na końcu świata z mężem i gromadką dzieci. Starałyśmy się przyjmować to ze spokojem. Ale nigdy nie udało nam się zrozumieć, dlaczego życie w mieście miałoby być prostsze. Tutaj przynajmniej liczba ludzi mogących wtrącać się w nasze życie i komentujących nasze wybory była mocno ograniczona. I bardzo nam to odpowiadało.

Nagle z okna Chyży wychynęła okolona ciemnymi włosami śniada twarz Nadii.

– Marta! – krzyknęła gromko, a przechadzający się pod ścianą domu tłusty bury kot aż podskoczył z przerażenia.

Trzeba było przyznać, że Nadia miała donośny głos. W wolnych chwilach ćwiczyła się w białym śpiewie, a raz na jakiś czas występowała w lokalnym zespole, śpiewając pieśni regionu.

– Cześć! – zawołałam tak głośno, jak umiałam, ale i tak nie byłam w stanie jej dorównać.

– Jak będziesz miała chwilkę wieczorem, to wpadnij do mnie! Musimy pogadać.

– Jutro mam wymiankę gości, muszę… – zaczęłam, ale Nadia mi przerwała.

– Ze wszystkim zdążysz, a chodzi o coś ważnego. I naleweczkę mam – kusiła.

– Z bzu?

Uśmiechnęła się szeroko i kiwnęła głową. Westchnęłam. Za jej nalewkę z kwiatu czarnego bzu dałabym się pokroić. Nie żebym nie umiała się bawić bez alkoholu, ale… rozmowy z Nadią, o dziwo, nigdy nie kończyły się kacem, a smak jej nalewek dodawał naszym wspólnym chwilom jakiegoś wyjątkowego czaru. To nie były zwyczajne kupione w sklepie trunki, ale napoje przygotowane przez samą Nadię z kwiatów i owoców z jej sadu. Bez trudu mogłam sobie wyobrazić, że miały szczególną moc. A czarny bez rósł w rogu jej posesji niezwykle bujnie, jakby bez opamiętania. Pamiętam, że kiedy zobaczyłam go po raz pierwszy, zdziwiłam się, że obok eleganckiej agroturystyki pozwolono plenić się takim chaszczom. Dopiero Nadia uświadomiła mnie, że to nie są zwykłe zdziczałe krzaki i znaczą dla niej tyle samo, ile kwiaty w jej ogrodzie czy drzewa w sadzie.

Nadia lubiła rośliny. Czuła je tak samo, jak wyczuwała zwierzęta. Przyjeżdżający do niej goście zawsze byli pod wrażeniem tego, z jakim przejęciem opowiadała o otaczającej ich przyrodzie i jak tłumaczyła zwyczaje czworonogów, ptaków, a także gadów i płazów. Irytowały ją tylko owady, ale wzdrygała się za każdym razem, gdy musiała zlikwidować atakującego ją komara czy wyjątkowo upartą muchę.

– Skoro z bzu, to będę. Ale późno – zastrzegłam.

– To nawet lepiej, może zdążę okiełznać moje stado – stwierdziła wesoło, a ja miałam nieodparte wrażenie, że wcale nie chodziło jej o kozy, ale o wiele bardziej uparte od nich córki.

Pożegnałam się i ruszyłam dalej w dół. Miałam do załatwienia dwie ważne sprawy, a potem musiałam wrócić i szykować obiad.

Słońce pięło się po niebie coraz wyżej. Droga wiła się między polami, by w końcu dotrzeć do sporego skupiska domów, a także położonej nad potokiem cerkwi o pokrytym szarą blachą dachu i ścianach pomalowanych na ciekawy, malinowy odcień. Za cerkwią znajdował się leżący na zboczu cmentarzyk, w którym spali snem wiecznym dawni mieszkańcy – i ci nowi, którzy przybyli tu już po wysiedleniu wsi, by tchnąć w nią nowe życie.

A naprzeciwko świątyni stał niepozorny sklepik. Szary, przypominający klocek budynek o płaskim dachu, oknie zagrodzonym kratami i betonowych schodkach prowadzących do pomieszczenia pachnącego rano chlebem, a później – coraz bardziej gnijącymi owocami. Sklepik prowadziła Mańka, zaradna sześćdziesięcioletnia kobieta, zajmująca się zazwyczaj gospodarstwem i opiekująca się dwójką malutkich wnuków, ale dorabiająca za kasą. Rzecz jasna, nie pracowała tu bez przerwy. Tuż obok odrapanych drzwi sklepu umieszczono na ścianie niepozorny guziczek oraz rzucający się w oko napis: „Dzwonić kiedy zamkniente”. „Zamkniente” było dość często, więc ludzie dzwonili. Najczęściej Heniek, stały bywalec. Ale równie często przychodziły tu córki Nadii i inne dzieci z okolicznych domów. Zaglądali też turyści wracający na szlak i ci, którzy przyjechali tu, by zobaczyć naszą cerkiew i łemkowskie chyże.

Jeśli cerkiew była sercem Tymianowej, to sklepik Mańki był równie ważnym organem, choć, szczerze mówiąc, nie umiałabym powiedzieć którym. Nazwanie go mózgiem niezbyt dobrze świadczyłoby o naszej małej społeczności. Zwłaszcza w momencie, gdy tuż pod nieotynkowaną ścianą Heniek z kilkoma kolegami dokonywali degustacji trunku zwanego w niektórych kręgach poetycko kwiatem jabłoni. A przez samą Mańkę nazywanego po prostu jabolem.

Tymianowa może nie była najbardziej normalnym miejscem na świecie, ale z całą pewnością jej mózg nie tonął w oparach źle przetrawionych napojów. To zdarzało się tylko niektórym jej mieszkańcom.

***

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Cykl

Strona redakcyjna

Dedykacja

Cytat

Prolog

Rozdział 1

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie