Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 22.09.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Wanda przez całe życie usiłowała spełniać oczekiwania innych – najpierw matki, potem narzeczonego. Nadszedł jednak moment, gdy powiedziała: dość! Postanowiła zrobić sobie urlop od dorosłości, wziąć oddech i przemyśleć, co dalej. Wraz z przyjaciółką wyjechała na spontaniczne wakacje na Mazury.
To rozpoczęło serię zwariowanych wydarzeń: akcje szpiegowskie, zagadki detektywistyczne i odkrywanie lokalnych tajemnic. Nie zabrakło nowych, szalonych przyjaciół: dziewczyny zafascynowanej słowiańszczyzną czy księdza-włóczęgi.
Jak bardzo w życiu bohaterów namiesza pewna znana, ale zarozumiała pisarka? I czy Tomasz, introwertyczny historyk i samozwańczy detektyw, sprawi, że Wandzie wreszcie mocniej zabije serce?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 260
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Natalia Przeździk, 2026
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Michał Grosicki
Redakcja: Magdalena Kawka
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Andżelika Wojtkiewicz
ISBN: 978-83-8441-357-9
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
Jeżeli wyruszasz do Itaki,
proś, aby twoja podróż była długa,
obfita w przygody i nauki.
Lestrygoni, Cyklopi,
gniewny Posejdon – nie, nie bój się ich:
nigdy nie znajdziesz takich dziwotworów,
dopóki lotną masz myśl, dopóki rzadkie wzruszenia
przenikać zdolne są twojego ducha i ciało.
Lestrygoni, Cyklopi,
gniewny Posejdon – nie spotkasz ich nigdy,
chyba że nosisz ich we własnej duszy,
chyba że sam postawisz ich przed sobą.
Proś, aby twoja podróż była długa.
Abyś niejednym letnim świtem wpływał
– a jakże wdzięczny i jaki szczęśliwy –
do widzianego po raz pierwszy portu;
i zatrzymywał się w fenickich zatokach
po to, żeby zakupić tam dobre towary,
perłową macicę, koral, ambrę i heban,
także wonne olejki wszelkiego rodzaju,
mocne, drażniące wonności, tak dużo, jak tylko zapragniesz;
abyś odwiedził wiele miast egipskich
zbierając zapas wiedzy od ludzi uczonych.
Itakę zawsze masz nosić w pamięci.
Przybycie tam to twoje przeznaczenie.
Ale bynajmniej nie śpiesz się w wędrówce.
Lepiej, jeżeli potrwa długie lata
i dosięgając wyspy już będziesz stary,
bogaty wszystkim, co zyskałeś w drodze,
umiejący nie oczekiwać, że Itaka da ci bogactwo.
Itaka dała ci wspaniałą podróż.
Bez niej nigdy nie ruszyłbyś na morza.
Nic innego nie mogłaby dać.
Jeżeli zobaczysz, że jest uboga, nie zawiodła ciebie Itaka.
Tak mądry się stałeś, tak bardzo doświadczony,
że już zrozumieć potrafisz, co Itaki znaczą.
Konstandinos Kawafis, Itaka
(tłum. Czesław Miłosz)
Był piękny czerwcowy dzień. Ulice miasta tonęły w świeżej zieleni, a promienie słońca tańczyły na szybach okien. Błękitne niebo przypominało o istnieniu ciepłych krajów nad wodami o równie intensywnie niebieskim kolorze. Przechodnie wzdychali, patrząc na rozciągający się nad nimi lazur, i odliczali dni do urlopu. Uczniowie, upchnięci w rozgrzanych klasach, z niecierpliwością czekali na rozpoczęcie wakacji. Zaczynało się lato.
Właśnie tego dnia Wanda postanowiła odejść. A właściwie, by nie brzmiało to zbyt dramatycznie, uciec. Wylogować się ze swojego długotrwałego i – co tu dużo mówić – wyczerpującego związku. Nie miała ochoty na kolejną jałową dyskusję ze swoim partnerem. Przeczuwała, że znów przegrałaby w tej wymianie zdań. Bycie asertywną nigdy jej nie wychodziło. Mama bardzo się postarała, by wychować (czy też może raczej: wytresować) córkę na osobę odpowiedzialną, kulturalną. I posłuszną.
Dlatego zamiast tłumaczyć Konradowi, czemu nie jest szczęśliwa w ich związku, po prostu napisała krótki liścik i zostawiła go na lśniącym ciemnym blacie kuchennej wyspy. A teraz pośpiesznie wrzucała do walizki swoje ubrania, kosmetyki, kilka książek, które kiedyś dostała w prezencie. Laptopa włożyła do torby i wsunęła pomiędzy sukienki. Bez trudu zamknęła walizkę (zimową odzież przytomnie postanowiła zostawić i wrócić po nią innym razem, gdy będzie miała dość siły) i zdziwiła się, że przez ponad cztery lata wspólnego życia zgromadziła tak niewiele osobistych przedmiotów. Może dlatego, że wzorem Konrada postanowiła być minimalistką i ograniczać ilość kupowanych gadżetów do tych najpotrzebniejszych? A może po prostu miała problem z wyrażaniem siebie poprzez ulubione rzeczy? Nigdy nie mogła zdecydować, jaki rodzaj muzyki lubi, więc nie posiadała płyt ulubionych zespołów. Słuchała tego, co akurat leciało w radiu. Podobnie było z książkami – na półce przy łóżku stało tylko kilka pozycji, które podarowali jej znajomi, kierując się bardziej własnym gustem, niż pytając ją o zdanie. Ubrania, które do niedawna wisiały w jej szafie, można by nazwać mianem bezpiecznych. Nie wyróżniały się ani krojem, ani kolorem. Były eleganckie i proste. Wanda czuła się w nich bezpiecznie. Nie lubiła eksperymentować z modą.
W ogóle nie przepadała za eksperymentami. Wolała to, co znane.
I zapewne dlatego tak długo wytrzymała z Konradem. Chociaż już po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania miała okazję się przekonać, że jej partner nie jest osobą, która potrafi sprawić, że kobieta czuje się przy nim szczęśliwa. Traktował obecność Wandy jak coś oczywistego. Podobnie jak to, że to on podejmował wszystkie istotne decyzje w ich związku. W zasadzie chyba nawet nie przyszło mu do głowy, że mogłoby być inaczej i że Wanda oczekiwałaby od życia czegoś więcej.
Zresztą ona sama też nie miała pojęcia, czym właściwie mogłoby być to „więcej”. Miała stabilną pracę, dobrze zarabiającego partnera, mieszkali razem w jednym z apartamentów w centrum miasta. Nie mieli dzieci ani zwierząt, bo Konrad uznał, że mogłoby to ich ograniczyć. Ich dom był sterylnie czysty, w dowolnej chwili można było robić w nim zdjęcia i wstawiać na Instagrama bez obróbki. Kochali się dwa razy w tygodniu, zawsze we wtorki i soboty, bo w te wieczory mogli mieć dla siebie więcej czasu. Niekiedy Konrad zabierał ją na randkę do miasta, najczęściej na sushi. Wanda przez godzinę mogła delektować się smakiem japońskich dań i słuchać z uwagą perorującego na temat pracy partnera.
Było idealnie.
Ale z jakiegoś powodu od pewnego czasu miała wrażenie, że się dusi. Nie, to nie był problem z płucami. Raczej wizje, że ściany i sufit nagle zaczynają się ruszać i napierają na nią z całą siłą. Kiedy przebywała na świeżym powietrzu, wrażenie znikało. Wracało, gdy tylko przestępowała próg domu czy biura. Mówiła o tym Konradowi, ale tylko ją wyśmiał i zasugerował wizytę u psychoterapeuty. Posłuchała go i poszła, by po dwóch wizytach zrezygnować. Pytania terapeuty wprawiły ją w zakłopotanie. Zorientowała się, że nie ma odwagi szukać na nie odpowiedzi, bo oznaczałoby to wyjście z jej bezpiecznej strefy. Postanowiła zignorować swoje odczucia.
Tyle że uczucia nie dały się uciszyć i wybuchały coraz częściej w dziwnych momentach. Na przykład wtedy, gdy Wanda ni z tego, ni z owego zapragnęła rzucić ozdobnym wazonem o podłogę salonu, by tylko nie myśleć o wizji walącego się sufitu. Potem ze zdziwieniem przyglądała się szklanym odłamkom walającym się po eleganckich panelach w odcieniu orzecha. Najładniej prezentowały się te, które wpadły pod przezroczystą taflę stolika przy sofie. Kiedy padł na nie promień światła, utworzyły coś w rodzaju niewielkiej tęczy w rogu pomieszczenia. Trzeba przyznać, że ten brutalny i nieoczywisty sposób przez krótki czas działał. Zamiatając resztki wazonu, nie zaprzątała sobie głowy własnymi lękami.
Właśnie wtedy dotarło do niej, że zmiany mogą przynieść coś nieoczekiwanie pięknego. Choć nie zawsze jest to łatwe, o czym przekonała się, zbierając ostre kawałki i kalecząc się w palec.
Teraz stała pośrodku utrzymanej w jasnych kolorach sypialni. Obrzuciła ostatnim spojrzeniem beżowe zasłony zwieszające się z lśniących srebrnych karniszy, kulistą lampę ozdobioną kryształkami, niezbyt szerokie łóżko przykryte białą narzutą i szafkę, na której stały karnie w rządku tomy encyklopedii kupionej przez Konrada tylko po to, by wyglądały poważnie i dostojnie. Nigdy ich nie otwierali, podobnie jak tych kilku książek należących do Wandy. Jedyną czynnością, jaka im się kojarzyła z literaturą, było przecieranie warstwy kurzu miękką szmatką raz na dwa tygodnie.
Na dolnej półce znajdowały się dwa kartonowe pudła wypełnione drobiazgami należącymi do Konrada. Swego czasu była dumna, że nie potrzebowała takiego pudełka, i czekała nawet na pochwałę, że tak poważnie potraktowała wezwanie do minimalizmu. Ale on zdawał się nie zauważać jej małego zwycięstwa. Jedynym prywatnym schowkiem Wandy była niewielka kosmetyczka w łazience. I przezroczyste pudełko z przyprawami w kuchni. Konrad nie przepadał za intensywnymi smakami potraw, ale ona lubiła czuć, co je. Nawet jeśli nie miała ulubionej mieszanki i sypała to, co wydawało jej się popularne. Curry, przyprawę włoską, zioła prowansalskie. Posypywała dania ukradkiem, jakby wstydząc się, że je posiłek inaczej niż jej partner. I że wydaje pieniądze na coś innego niż podstawowe sól i pieprz.
– Ale dziwnie pachnie. – Konrad zmarszczył kiedyś nos, czując woń curry, i ostentacyjnie przeniósł się z talerzem do salonu.
Wanda została w kuchni sama. Czuła się winna. Nie tyle dlatego, że swoim zachowaniem go sprowokowała, lecz dlatego, że pałaszowane w samotności danie smakowało nadzwyczaj dobrze.
– No cóż, teraz nikt nie będzie psuł jego sterylnego świata – mruknęła i chwyciła rączkę walizki, a potem powoli ruszyła w stronę przedpokoju.
Zerknęła na niewielki granatowy wazonik, który zdobił szafkę na buty. Przypomniała sobie dzień, gdy kupiła go na wyjeździe integracyjnym. Spodobał jej się, bo kiedy patrzyła na niego pod słońce, widziała intensywną ciemnoniebieską barwę przetykaną złocistymi drobinkami. Był mały i niepozorny, ale z jakiegoś powodu samo patrzenie na niego poprawiało jej czasem humor, zepsuty narzekaniem Konrada lub jego przedłużającą się nieobecnością, tłumaczoną nadgodzinami. Chwyciła drobne naczynie, zawinęła szybko w delikatną, jasnoróżową apaszkę i włożyła do kieszeni walizki.
Założyła wygodne i niewyróżniające się niczym sandały, wzięła z wieszaka lekką kurtkę, której nie zamierzała zostawiać. W jednym z wysokich luster na ścianie zobaczyła niewysoką blondynkę w długiej do łydki jasnoniebieskiej sukience o niezbyt głębokim dekolcie. Uśmiechnęła się do odbicia, pragnąc dodać sobie otuchy. Wyszła na elegancki korytarz apartamentowca. Zamknęła drzwi na klucz i zaczęła ciągnąć walizkę do drzwi windy. Mieszkanie znajdowało się na siódmym piętrze, bo ta wysokość gwarantowała ciszę i spokój – nie docierały tu odgłosy z ulicy ani z niewielkiego placu zabaw położonego na dziedzińcu.
Kiedy po chwili wyszła na rozgrzany słońcem chodnik, miała irracjonalne wrażenie, że w jakiś sposób powraca do życia. Otaczały ją kolory, zapachy, śmiech dzieci. Kółka walizki turkotały wesoło, jakby się cieszyły na czekającą je podróż.
A Wanda miała nie lada dylemat. Dokąd jechać? O tym wcześniej nie myślała, skupiła się na szybkiej i dość spontanicznej ewakuacji. Możliwości były dwie. Pierwszą, bardziej przyjemną i na pewno dodającą otuchy było mieszkanie jej przyjaciółki. Z Izą znały się od lat, a od jakiegoś czasu nawet pracowały razem. Pyskata, pewna siebie dziewczyna na pewno pomogłaby jej odnaleźć się w nowej sytuacji. A przede wszystkim zrobiłaby wszystko, by skruszona i pokonana przez wyrzuty sumienia Wanda nie wróciła do Konrada, za którym Iza – delikatnie rzecz biorąc – nie przepadała.
Bo tego Wanda bała się najbardziej. Że kiedy bunt w sercu wygaśnie, pojawi się strach przed nieznanym. I racjonalna myśl, że przecież nie trzeba było uciekać, bo tak naprawdę żadna krzywda ze strony Konrada jej nie spotkała, a wyprowadzając się, zachowała się jak rozkapryszona księżniczka.
Drugą opcją była mama. Co prawda ten wybór na pewno skończyłby się namowami, by Wanda wróciła do Konrada. Jej matka kochała przyszłego zięcia i była z niego dumna. O wiele bardziej niż z córki, której jedyną życiową zasługą, jak uważała, było złapanie tak ogarniętego partnera. Istniało spore prawdopodobieństwo, że Wanda bez Konrada będzie postrzegana jedynie jako przegrana życiowo dziewczyna, która popełniła największą możliwą głupotę.
Wanda westchnęła. Wpakowała walizkę do bagażnika samochodu i w zamyśleniu zaczęła bawić się telefonem. I kiedy już miała wybrać numer Izy, nagle ekran rozjarzył się blaskiem. Dzwoniła mama.
– Halo? – Wanda odebrała od razu.
W domu wpojono jej szacunek do rodziców i nawet przez myśl jej nie przeszło, że mogłaby odrzucić połączenie. Mama mogła ją krytykować, ale przecież ją wychowała, na swój sposób na pewno kochała i zawsze się starała, by życie Wandy ułożyło się o wiele lepiej niż jej własne.
– A wiesz, mamo, właśnie zastanawiałam się, czy do ciebie nie przyjechać. – Gdy tylko usłyszała głos rodzicielki, błyskawicznie podjęła decyzję. – Tak, mam dziś wolne. Oczywiście, mogę przyjechać na obiad. Dobrze, będę za godzinkę. Pa!
Rozłączyła się i odłożyła telefon na półkę. Nie potrzebowała GPS-a, znała krakowskie ulice jak własną kieszeń. Poza tym chociaż od dziecka mieszkała w mieście, odznaczała się nadzwyczaj dobrą orientacją w terenie. Czasem się zastanawiała, czy nie odziedziczyła jej po przodkach zamieszkujących beskidzkie wioski. Mama pochodziła z Naprawy, niewielkiej wsi położonej u podnóża pasma Lubonia. Z chałupy dziadków można było podziwiać widok na Tatry i Babią Górę. I pachnącą nawozem oborę oraz usiany kurzymi odchodami kurnik. Te ostatnie Wanda pamiętała nadzwyczaj dobrze. Gdy była dzieckiem, fascynował ją ten inny, dziwny świat wsi. Nie mogła jednak podziwiać go zbyt często. Mama, która uciekła do miasta i nie zamierzała wracać do domu kojarzącego jej się z biedą i ciężką pracą, zawoziła Wandę na wieś do dziadków tylko raz na jakiś czas. Po to, by dbać o pozory utrzymywania rodzinnych więzi, ale nie na tyle, by dziewczynka mogła poznać, jak żyli jej przodkowie.
Jej światem stała się kamienica na krakowskim Podgórzu. Dwupokojowe, dość ciemne mieszkanie z wysokimi sufitami i oknami wychodzącymi na podwórze, na którym rosła niewielka wiśnia. Wanda lubiła czekać na wiosnę, gdy drzewko obsypywało się białym kwieciem i wyglądało jak przystrojona panna młoda. A jeszcze bardziej cieszyło ją, kiedy latem ukradkiem udawało jej się zerwać jeden czy dwa owoce. Nie było to łatwe, bo konkurencja była spora. Oprócz niej na wisienki czatowały ptaki oraz dzieciaki z pozostałych mieszkań.
W kamienicy mieszkało się zupełnie inaczej niż w chałupie dziadków, tego Wanda była pewna. Ale i inaczej niż w nowoczesnym apartamentowcu, który właśnie opuściła. Mama będzie nakłaniać ją do powrotu. Była taka dumna, że córce udało się wspiąć na kolejny poziom wygodnego życia. Że wyprowadziła się do ścisłego centrum, że mieszkała w budynku z lśniącą, cicho sunącą windą i pachnącą nowością klatką schodową. Że jej osiedle było oddzielone od ulicy wysokim ogrodzeniem i furtką z kodem zabezpieczającym. To wszystko kojarzyło się matce z lepszym światem. Pachniało sukcesem, takim jak zdjęcia celebrytów na znanych portalach, do których lubiła zaglądać równie często jak na plotkarskie platformy. Internet od dawna był jej oknem na świat, z którego skwapliwie korzystała.
Wanda jechała przez miasto, ciesząc się chwilą. Włączyła radio, w którym leciała jakaś radosna piosenka śpiewana przez francuskojęzyczną wokalistkę. Nie rozumiała ani słowa, ale bardzo przemawiały do niej dźwięki instrumentów i wesoły głos.
– Jakoś to będzie – mruknęła, gdy stała, czekając na zmianę świateł na skrzyżowaniu Alei Trzech Wieszczów, ulicy Karmelickiej i Królewskiej. – Mama na pewno mi pomoże, nawet jeśli w pierwszej chwili nie będzie zachwycona. A do Konrada na pewno nie wrócę!
To powiedziawszy, ruszyła. Pobliski Park Krakowski kusił zielenią i obietnicą chwil spędzonych nad wodą przy zbiorniku wodnym i fontannie. Z trudem zapanowała nad odruchem, by zaparkować gdzieś w pobliżu, usiąść na jednej z ławeczek i po prostu cieszyć się słońcem aż do wieczora. Przyszło jej do głowy, że dawno nie wyjeżdżała poza Kraków.
Co prawda we wrześniu miała lecieć z Konradem na Wyspy Kanaryjskie i spędzić cały tydzień nad samym oceanem w ekskluzywnym hotelu otoczonym kwitnącymi na różowo bugenwillami, jednak w tej sytuacji wyjazd stał się nieaktualny.
„No nic, najwyżej zwróci jeden bilet. Albo weźmie kogoś zamiast mnie. Na pewno nie będzie za mną tęsknił” – pomyślała.
Żal jej było nie tyle wspólnych chwil, które mieli spędzić na Fuerteventurze, ale samego momentu, gdy samolot odrywał się od ziemi i wznosił ku niebu, unosząc ją w dal. Lubiła podróżować, choć nie zdarzało jej się to często.
„A może zaszaleję i wyjadę gdzieś sama?” – przyszła jej do głowy śmiała myśl.
Szybko jednak ją porzuciła.
– Masz myśleć o tym, jak się odnaleźć jako singielka z odzysku. Nie czas na wyjazdy – mruknęła do siebie, przejeżdżając przez most na Wiśle i zerkając nieco tęsknie na skąpaną w promieniach słońca bryłę zamku na Wawelu.
Jakiś czas później skręciła w stronę Podgórza i zaparkowała w pobliżu bulwarów. Miała pojawić się u matki za pół godziny. Zamierzała spędzić ten czas, próbując uspokoić emocje i wpatrując się w statki pływające po lśniącej wstędze rzeki. Wychowała się w tej okolicy, miała tu swoje ukochane miejsca, w których kryła się przed światem, kiedy coś nie szło po jej myśli lub gdy się czegoś bała. Bez namysłu ruszyła w kierunku kamiennego mostu nad Wilgą, niewielką rzeczką kawałek dalej wpływającą do Wisły. Przeszła na drugi brzeg, sprawnie przeskoczyła barierkę, zbiegła w dół po zielonej łące i usiadła tuż nad wodą. Wysokie trawy sięgały jej do ramion. Zerknęła na zegarek i ustawiła alarm. Nie lubiła się spóźniać. A potem zaczęła po prostu obserwować. Fale, bryzgi wody ciągnące się za statkami, ptaki przelatujące z krzykiem nad rzeką, owady siadające na kwiatach tuż przed jej nosem.
– Tak dawno tego nie robiłam – szepnęła.
Dopiero teraz dotarło do niej z całą mocą, jak bardzo w ostatnim czasie była zabiegana i w jakim stresie żyła na co dzień, krążąc między pełną napięć pracą i domem, gdzie ciągle musiała uważać na humory Konrada. Kiedy ostatni raz miała możliwość, by wpatrywać się w kwiaty i drzewa?
– Dobrze, że uciekłam – skwitowała.
Chociaż słowo „ucieczka” uwierało i sprawiało, że czuła się jak tchórz. Wiele by dała, by móc umieć dyktować innym warunki, a nie kolejny raz usuwać się w cień.
*
– Dziecko, co ty sobie w ogóle wyobrażasz?!
Wykrzyczane pytanie zawisło w powietrzu.
Wanda skuliła się na krześle. Łyżka wypadła jej z drżących palców i z brzękiem uderzyła o talerz wypełniony do połowy zupą. Kilka kropli tłustego rosołu wylądowało na koronkowym obrusie. Matka siedziała po drugiej stronie stołu i wpatrywała się w nią gniewnym wzrokiem. Od pierwszych chwil wyczuwała, że coś jest nie tak, chociaż Wanda próbowała początkowo udawać, że wybiera się w podróż służbową – stąd walizeczka na kółkach.
Nie miała ochoty na awanturę tuż po wejściu do domu. Wolała z tym poczekać. Jednak mama podczas posiłku zasypała ją gradem pytań i w końcu udało jej się wydusić prawdę.
– Wrócisz do niego jeszcze dziś i go przeprosisz – zadecydowała oburzona. Do głowy jej nie przyszło pytać Wandę o zdanie. Córka miała słuchać poleceń, to było oczywiste.
– Mamo, nigdzie nie wrócę. Nie byliśmy ze sobą szczęśliwi i nie ma sensu tego ciągnąć – wymamrotała Wanda, wpatrując się tępo w wystającą z zupy marchewkę.
– Szczęśliwi! – Matka uniosła ramiona w geście rozpaczy. – Wy nie byliście szczęśliwi?! Dziecko, ty masz wszystko, czego trzeba do szczęścia, chyba od tego dobrobytu w dupie ci się poprzewracało. Masz mieszkanie, o jakim ja mogłam tylko pomarzyć. Masz dobrą pracę, partnera, który zrobi wszystko, o czym marzysz… Czego ci jeszcze trzeba? Gwiazdki z nieba, księżniczko?
– Odrobina miłości by się przydała – mruknęła Wanda. – Wiesz, mamo, my od dawna nie jesteśmy ze sobą blisko…
– Ja nie chcę tego słuchać! – wrzasnęła matka. – Sprawy łóżkowe zachowaj dla siebie.
– Nie mam na myśli… tego. – Wanda się zaczerwieniła, nie umiała rozmawiać o takich sprawach. – Chodziło mi o takie codzienne gesty, dbanie o siebie, czułość. Mieszkamy razem, ale jakby osobno.
– Nawet jeśli, to wyłącznie twoja wina! Zawsze wiedziałam, że on jest dla ciebie za dobry. Miałaś tylko jedno zadanie, utrzymać go przy sobie. A ty wszystko zawaliłaś!
Wanda wyprostowała się gwałtownie. Poczuła się jak krowa sprzedana na targu przez własną rodzicielkę.
– Moja wina? Za dobry? Jak możesz tak do mnie mówić? – szepnęła z wyrzutem. Policzki płonęły jej ze wstydu i gniewu.
– Ty mi się tu nie rozklejaj – fuknęła matka. – Konrad to jedyne, co ci się w życiu udało, i obie o tym wiemy. Skończ jeść, a potem zabierz tę durną walizkę i wracaj do niego. Może uda ci się zdążyć, zanim wróci i niczego nie zauważy. Mój Boże, dlaczego pokarałeś mnie taką córką? – Chwyciła się za serce teatralnym gestem. – Ty mnie kiedyś wykończysz, dziewczyno!
Wanda chciała coś odpowiedzieć, ale nie była w stanie. Słowa uwięzły jej w gardle. Jak zwykle. Wiedziała, że nie ma szans w tej konfrontacji. Jeśli będzie dalej obstawać przy swoim, mama gotowa naprawdę dostać zawału tylko po to, by móc potem przypominać przy każdej okazji, że prawie wpędziła ją do grobu.
– Nie jestem głodna – wydusiła w końcu.
Krtań i żołądek zacisnęły jej się z nerwów. Z trudem opanowała drżenie rąk.
– Co ty mówisz, dziecko! Robiłam ten obiad specjalnie dla ciebie. Nie bądź niewdzięczna!
Łyżka po łyżce, kęs po kęsie, wmusiła w siebie całe dwa dania i deser. Jedzenie było smaczne jak zawsze, ale nie sprawiało jej przyjemności. Szybko zaczęła odczuwać mdłości.
„Trzeba było jechać do Izy” – pomyślała markotnie.
Szybko postanowiła, że tak właśnie zrobi. Przyjazd tu był błędem. Ale ona zawsze się łudziła, że ten jeden, jedyny raz mama stanie po jej stronie. Że wydarzy się cud i usłyszy słowa wsparcia i akceptacji. Czekała na nie całe życie i nigdy nie przestała wierzyć, że kiedyś coś się zmieni.
– Dziękuję za pyszny obiad – powiedziała, siląc się na uśmiech.
– Każda matka wie, jak sprawić dziecku przyjemność – brzmiała dumna odpowiedź. – A teraz dość tych wygłupów. Wracaj do domu i przestań gonić nie wiadomo za czym. Jeszcze kiedyś mi podziękujesz, zobaczysz.
– Dobrze, mamo. – Wanda zdziwiła się, jak łatwo przyszło jej to kłamstwo.
Nie miała zamiaru wyjawić, że kolejnym etapem jej podróży będzie zabałaganione mieszkanko przyjaciółki.
Mama wyraźnie się odprężyła.
– No już, już – powiedziała, chcąc pocieszyć córkę. – Zobaczysz, wkrótce wszystko się ułoży i będziesz naprawdę szczęśliwa.
Wanda się zawahała. Czy matka wiedziała coś, o czym ona nie miała pojęcia?
– Co masz na myśli? – spytała podejrzliwie.
– To miała być tajemnica, ale zdradzę ci ją, żebyś nie robiła więcej głupot. Otóż… – Matka była tak podekscytowana, jakby miała oznajmić, że Wanda wygrała los na loterii wart miliony – Na Wyspach Kanaryjskich Konrad ci się oświadczy! – niemal pisnęła.
Wanda wpatrywała się w nią z osłupieniem.
– Skąd wiesz?
– Jak to skąd? – Prychnęła oburzona. – Był tu u mnie na obiadku jakiś czas temu i wszystko ustaliliśmy!
– To, że się zgodzę, też ustaliliście wspólnie?
– Nie bądź niemądra! Wyobrażasz to sobie? Zachód słońca na plaży, mięciutki piaseczek…
– Na Fuercie są raczej ciemne kamyki wbijające się w tyłek – podpowiedziała Wanda słabym głosem.
– Drobiazgi! Na czym to ja? A tak, zachód słońca, ocean i wy. Zakochani, zaręczeni, planujący ślub… Może na wiosnę, po co czekać? Zajmę się wszystkim, nawet mam już odpowiednią salę na oku. I wodzireja. Wiesz, nie można zlecać tego zadania byle komu, oni potrafią mieć takie chybione pomysły, a to musi być wyjątkowy dzień…
– Idę, mamo – wyjąkała Wanda, czując, że dłużej tego nie zniesie.
Zerknęła w górę. Czy jej się wydawało, że sufit właśnie się poruszył?
– Idź, idź! – zaćwierkała matka. – I nie martw się bzdurami. Czeka cię piękny czas. Będziesz jak królewna!
„W złotej klatce” – dopowiedziała Wanda w myślach. „Jak dobrze, że coś mnie tknęło i zwiałam, póki mogłam”.
Ostatni raz obrzuciła spojrzeniem stare kąty, które niewiele zmieniły się od czasu, gdy mieszkała tu jako dziewczynka. Każdy szczegół niósł ze sobą jakieś wspomnienia. Ale nie było tu już dla niej miejsca, jeśli nie chciała żyć dalej jak popychana przez innych laleczka. Zrobiło jej się przykro.
Na klatce cmoknęła mamę w policzek. W tej chwili usłyszała czyjeś kroki. To sąsiadka wchodziła do góry. Profesorowa, tak na nią mówiono, bo była żoną wykładowcy. Poważna kobieta w średnim wieku o surowych rysach twarzy. Matka zawsze uważała, że zadziera nosa i daje innym poznać, że jest od nich lepsza.
– I co, pani profesorowo? Jak tam córki? Bo moja, widzi pani, zaraz na Wyspy Kanaryjskie leci. Zaręczać się będzie. Oj, udał mi się przyszły zięć, udał…
Wanda zbiegła po schodach najszybciej, jak mogła, byle dalej od monologu matki. Na dziedzińcu, jak dawniej, zerknęła w stronę rosnącego na środku drzewka. Wiśnia dawno zrzuciła już kwiaty i teraz pracowała nad produkcją zielonych jeszcze owoców.
„Tylko ja jestem takim drzewem, które nie wydaje owoców. Mój Boże, ja chyba nawet nie umiem kwitnąć” – pomyślała ponuro.
Musiała być w naprawdę złym stanie psychicznym, skoro przychodziły jej do głowy tak dziwne porównania.
Gdy była już przy samochodzie, drżącą ręką wyjęła telefon i zadzwoniła do przyjaciółki. Tak jak przypuszczała, Iza była jeszcze w pracy, ale zapraszała do siebie.
– Klucze znajdziesz pod wycieraczką – powiedziała, jakby chodziło o najzwyklejszą rzecz pod słońcem.
Dla Izy stanowiło normę, że od czasu do czasu miała niezapowiedzianych gości. Była singielką, ale nie dało się o niej powiedzieć, że żyła samotnie. Prowadziła bardzo bogate życie towarzyskie. Przez jej mieszkanie na Prokocimiu ciągle przewijali się ludzie. Większość z nich zaliczała się do kategorii, którą Wanda w myślach nazywała „przegrywami”. Bezrobotni, studiujący, artyści bez grosza przy duszy. Ci, którzy potrzebowali pomocy.
A teraz Wanda sama do nich należała.
*
Z trudem znalazła miejsce parkingowe na osiedlu wybudowanym przed laty, w czasach, gdy posiadanie samochodu oznaczało luksus, na jaki stać było niewielu. Minęło kilkadziesiąt lat, zmieniły się standardy, ale parking nie miał magicznych właściwości i pozostał taki sam. Dlatego mieszkańcy każdego dnia brali udział w walce o miejsce. Możliwość zaparkowania pod domem trafiała się tylko najsprytniejszym, najbogatszym lub najszybszym. Pozostali musieli zadowalać się odległymi miejscami przy bocznych uliczkach i drałowaniem na piechotę spory kawałek, nierzadko z torbami pełnymi zakupów.
Weszła do ponurej, ciemnej klatki, w której śmierdziało gotowaną kapustą. Kilka pięter wyżej ktoś robił kotlety. Huk tłuczka do mięsa znęcającego się nad biednym schabowym niósł się jak odgłos salwy na poligonie. Westchnęła. Co by nie powiedzieć, klimat wieżowca mocno różnił się od apartamentowca, w którym mieszkała aż do dziś.
Wcisnęła plastikowy guzik. Kiedy odrapane drzwi się otworzyły, wsiadła do starszej od siebie windy i wjechała na czwarte piętro. Spod wystrzępionej ciemnozielonej wycieraczki wyciągnęła niewielki klucz i przekręciła go w zamku. Otworzyła pilśniowe drzwi pomalowane dawno temu farbą olejną, a potem zatrzasnęła je za sobą.
Znalazła się w niewielkim, zagraconym mieszkanku Izy i przez moment wreszcie poczuła się bezpieczna. Tutaj nikt nie będzie jej szukał.
Rozejrzała się po zawalonym pudłami przedpokoju. Wiele kartonów było podpisanych imieniem, czasem nazwiskiem lub pseudonimem. Iza często przechowywała rzeczy swoich znajomych. Obrazy artystów, którzy bezskutecznie szukali kupców. Książki studentów zmuszonych do zmiany miejsca zamieszkania. Nawet meble paru wolnych ptaków, przysięgających co miesiąc, że tym razem to już na pewno uda im się ustabilizować i niedługo przyjadą odebrać swój dobytek.
Dlatego mieszkanie trochę przypominało labirynt. Ściany pudeł w przedpokoju. Las mebli w salonie. Stosy książek zalegające w sypialni. Przepełniona sprzętami kuchnia. Ustawione jedno na drugim krzesła, rozkręcone stoły wciśnięte pomiędzy szafy… Czasem miało się wrażenie, że aby się w tym wszystkim nie zgubić, potrzeba by mapy.
Wyjątek stanowiła łazienka. Ktoś, kto już przywykł do chaosu panującego w całym domu, po otwarciu drzwi do łazienki mógł doznać kolejnego szoku. To pomieszczenie wyglądało, jakby ktoś wyjął je z czasopisma wnętrzarskiego i przykleił do losowego mieszkania. Nie pasowało tu zupełnie. Było… idealne. Płytki na podłodze i na ścianach lśniły w świetle nowoczesnych lamp, umieszczonych w kilku punktach. Iza, mająca iście południowy temperament (idealnie współgrający z jej ciemnym typem urody), zdecydowała się na modne od kilku lat portugalskie wzory azulejos. Dominował kolor niebieski, przeplatany drobnymi czerwonymi punktami oraz czarno-białymi wzorkami. Dodatki były złote. Złota rama owalnego lustra, w połowie przeszklona złocona półeczka, nawet lśniący złotem uchwyt na papier toaletowy. W rogu stała spora wanna z szerokimi brzegami, idealnymi, by postawić na nich rząd świec zapachowych oraz kieliszek i butelkę wina. Brakowało tylko zestawu kina domowego. Było za to brązowe radyjko w stylu retro, nastawione na jeden z programów muzyki alternatywnej. Iza, w przeciwieństwie do Wandy, dobrze wiedziała, co sprawia jej przyjemność.
– To moje miejsce do regeneracji – mówiła. – Pozostałe mogą wyglądać, jak chcą, ale tutaj wszystko musi być po mojemu.
I było. Może właśnie dlatego Wanda, gdy tylko przekroczyła próg, rzuciła torebkę na jedno z pudeł, wyjęła z lodówki butelkę wina (białe, hiszpańskie, półsłodkie – wiedziała, że na Izę może w tej kwestii liczyć) i poszła zapomnieć o problemach.
Nie była koneserką win i piła zwykle to, co podstawiła jej pod nos przyjaciółka, ale musiała przyznać, że to, mające barwę jasnego miodu i smakujące też jak miód – może z lekkim dodatkiem winogronowego soku – jest rewelacyjne. I idealnie nadawało się do tego, by pomóc nie myśleć o Konradzie, mamie i całym bałaganie, jakiego Wanda narobiła sobie na własne życzenie. Przekręciła pokrętło w radiu. Z głośnika popłynął ciężki blues. Chrapliwy głos wokalisty, wzmocniony trzaskami starego sprzętu, brzmiał niepokojąco, ale nie zmieniła kanału. Zapaliła kilka świec, które znalazła na półce. Pachniały dalekimi krajami deptanymi przez wielbłądy i dromadery.
Może to aromat świec, a może uspokajające działanie wina spowodowało, że nagle zamarzyła o tym, by wyrwać się gdzieś daleko. Poza zasięg partnera, matki… Za miejski horyzont.
Przypomniało jej się stare dziecięce marzenie. Dawno temu, gdy była jeszcze małą dziewczynką i nie bała się niebezpiecznych życzeń, obserwowała podczas wakacji na wsi rozgwieżdżone niebo. Stała za stodołą dziadków i nagle zobaczyła spadającą gwiazdę. Zacisnęła mocno ręce w pięści i powiedziała:
– Kiedyś, gdy będę duża, chcę zwiedzić cały świat!
Potem mijały kolejne lata i marzenie kurczyło się coraz bardziej. Wychowywana przez matkę z każdym rokiem uczyła się, jak się nie wychylać, nie chcieć za wiele, a przede wszystkim dopasować się do oczekiwań innych. Mała Wanda przypominała ptaka, któremu ktoś spętał skrzydła i umieścił na bezpiecznym wybiegu. Z czasem ptak zapomniał, jak to jest spoglądać w przestworza i przeżywał kolejny dzień z dziobem skierowanym w dół, szurając smętnie piórami o podłoże woliery.
– Nie chcę tkwić dłużej w klatce – wymamrotała, ściskając w dłoni opróżniony kieliszek. Spojrzała tęsknie na butelkę, zastanawiając się, czy napełnić go po raz kolejny. Jednak dobre wychowanie i rozsądek tym razem zwyciężyły. Odstawiła kieliszek na brzeg i zatopiła się w rozmyślaniach, z których wyrwały ją dopiero dźwięk dzwonka i pukanie do drzwi.
Iza wróciła do domu.
*
– Jestem z ciebie dumna! – Iza wzniosła w geście zwycięstwa miseczkę z zamówionym przez aplikację ramenem. Charakterystyczny zapach bulionu, azjatyckich grzybów i grubego makaronu przypominającego w smaku kluski mieszał się z aromatem kwitnących za oknem rozłożystych lip, których wierzchołki docierały do mieszkań na czwartym piętrze.
– A ja czuję się coraz bardziej przerażona – przyznała Wanda, skubiąc pałeczkami swoją porcję. – I przegrana.
Siedziały na szerokim łóżku Izy, przypominającym wyspę otoczoną morzem pudeł i stosów książek. Przez otwarte okno dolatywały odgłosy typowe dla czerwcowego wieczoru na starym osiedlu. Ktoś się kłócił, ktoś rozmawiał głośno przez telefon. Dzieciaki na pobliskim placu zabaw krzyczały, uradowane możliwością dłuższej zabawy, nieprzerywanej szybko nadchodzącym zmrokiem ani kapryśną pogodą.
Żeby trochę zagłuszyć falę obcych dźwięków, Iza włączyła swoją składankę na telefonie. Dominowały w niej rytmy hiszpańskie i portugalskie, a Wandę szczególnie chwytały za serce pieśni fado. Było w nich coś, co dotykało jej duszy. Ta sama tęsknota, ból i niemożność odnalezienia szczęścia.
„Jakbym stała na brzegu i wiedziała, że wszystkie moje szanse na dobre życie odpłynęły na okrętach w siną dal” – pomyślała ze smutkiem. „Dla mnie nie zostało nic, tylko ochłapy rzucane przez ludzi, którzy powinni być mi bliscy”.
– To zrozumiałe – oświadczyła Iza. – Ale najważniejsze, żebyś się nie poddała. Wiesz, co byłoby teraz najgorsze?
– Co?
– Powrót. Gdybyś ze strachu przed zmianą wróciła do tego, co było. Wtedy dopiero można by mówić o przegranej.
Wanda westchnęła głośno. Rozum mówił jej to samo, ale serce tłukło się w piersi, coraz bardziej niespokojne. Jeszcze nigdy tak otwarcie nie przeciwstawiła się mamie. W ogóle nie lubiła się przeciwstawiać. Stawianie granic kojarzyło jej się z wyrządzaniem komuś przykrości. Wolała się wycofać, niż sprowokować konflikt. Na samą myśl o tym, co powie mama, kiedy się dowie, że Wanda nie wróciła do Konrada, robiło jej się słabo.
A Konrad? Jak on zareaguje? Gniewem? Niedowierzaniem? Uzna to za kiepski żart?
„Powinien być już w domu” – stwierdziła z niepokojem, zerkając na zegarek. „Czemu nie dzwoni? Nie pyta? A może uznał, że tak będzie dla niego lepiej? Może czekał na taki ruch od dawna?”
Szybko przekonała się, że nie czekał. Zadzwonił w momencie, gdy obie kończyły właśnie ciepły jeszcze ramen. Wanda, słysząc dźwięk telefonu, wzdrygnęła się gwałtownie. Bulion polał się po brodzie i zaczął skapywać na ubranie, robiąc tłuste plamy.
– Cholera! – jęknęła, patrząc to na ubrudzoną sukienkę, to na wyświetlacz.
– Może nie odbierzesz? – zasugerowała Iza, ale Wanda pokręciła tylko głową.
– Halo?
Przyjaciółka popatrzyła na nią z wyrzutem.
– Kochanie, czemu nie ma cię w domu? – Usłyszała znajomy głos, w którym rozczarowanie mieszało się ze zdenerwowaniem. – Mam za sobą ciężki dzień i myślałem, że czekasz na mnie z obiadem…
– Zostawiłam kartkę z wyjaśnieniem. Czytałeś?
– Kartkę? Jaką kartkę? Będziemy się bawić w podchody? To jakiś żart?
– Nie, Konrad, to nie żart. List jest w kuchni. Przeczytaj i nie złość się, proszę – wymamrotała i szybko się rozłączyła.
Bała się, że po chwili telefon znów się rozdzwoni, bo rozwścieczony Konrad będzie żądał wyjaśnień. Nic takiego się jednak nie stało. Ekran pozostawał ciemny. Wanda odetchnęła z ulgą i odłożyła go na bok.
– I co? Nasze bobo się obraziło? – skwitowała z ironią Iza, kiedy Wanda wróciła do pokoju.
– Nie mam pojęcia – mruknęła. – Na razie jego największym rozczarowaniem jest brak obiadu.
– Cóż, to o czymś świadczy…
– Martwię się jednak, co zrobi, kiedy poradzi sobie z tym problemem.
– Wiesz co? Zamiast się martwić, wypijmy jeszcze po lampce wina – zaproponowała Iza.
– Już piłam…
– Dziś jest wyjątkowy dzień. Zasłużyłaś na dokładkę – zażartowała przyjaciółka i zniknęła na chwilę, by zaraz wrócić z opróżnioną do połowy butelką. – Widzę, że rzeczywiście nie próżnowałaś. No dalej, mała, trzymaj kieliszek.
Złocisty napój zakołysał się w kieliszku. Wanda przymknęła oczy i upiła łyk. Nadal słyszała niespokojne bicie serca. Miała nadzieję, że pachnące miodem znieczulenie szybko zadziała.
I tak się stało. Przez kolejną godzinę leżała na stercie kolorowych haftowanych poduszek i coraz bardziej sennym głosem rozmawiała z Izą o głupotach: o najmodniejszych w sezonie kolorach lakieru do paznokci, przecenach w galeriach handlowych, filmach wyświetlanych w kinach… O wszystkim, co pozwalało wypełnić na chwilkę głowę i odepchnąć niechciane myśli.
– Zasypiasz? – spytała w pewnym momencie Iza, gdy nie otrzymała odpowiedzi na kolejne arcyważne pytanie. Tym razem chodziło o to, kto jest większym ciachem: Hugh Jackman czy Ryan Reynolds.
– Mhm… – wymruczała Wanda.
A potem ciszę mieszkania przeszył przeraźliwy dźwięk dzwonka. Wanda podskoczyła, rozbudzona na dobre. Ostrożnie podeszła do telefonu, targana sprzecznymi przeczuciami. Zerknęła na ekran i przełknęła ślinę.
Dzwoniła mama.
*
– Już ci lepiej? – spytała z troską Iza, kiedy następnego ranka siedziały w kuchni na wygospodarowanym z trudem kawałku wolnej przestrzeni, pijąc słabą kawę, którą gospodyni zaserwowała w kubkach o wyszczerbionych brzegach.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
1. Ucieczka
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Epigraf
Meritum publikacji
