Podwójna gra panny Lisette - Kasey Michaels - ebook
Opis

Rian Beckett, oficer napoleoński, zostaje poważnie ranny w bitwie pod Waterloo. Ocalony od śmierci przez tajemniczego nieznajomego, trafia pod opiekę pięknej Lisette. Czarująca młoda dama sprawia, że Rian nie załamuje się po amputacji ręki i szybko dochodzi do zdrowia. Nie wie jednak, że Lisette jest córką śmiertelnego wroga rodziny Beckettów. Jej zadaniem jest zbliżyć się do Riana i dowiedzieć, gdzie ukryli się jego bliscy. Między Rianem i Lisette budzi się uczucie, które sprawi, że Lisette będzie musiała wybrać między lojalnością wobec ojca a życiem ukochanego...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Kasey Michaels

Podwójna gra panny Lisette

Tłumaczenie:

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Rian Becket siedział w ogrodzie, ponieważ tam wskazała mu miejsce Lisette, a on nauczył się już, że spieranie się z upartą i zawsze mającą własne zdanie panną jest równie sensowne, jak rzucanie oszczepem w księżyc. I równie bezprzedmiotowe, jak snucie marzeń, że lewa ręka wróci na swoje miejsce.

To jednak dziwne, że wszystko, czego życzyła sobie ta panna, robił bez słowa sprzeciwu. Może dlatego, że przypominała mu Fanny, jego siostrę. Była tak samo wysoka i gibka, a blond włosy też miały cudowny połysk. Tyle że były proste, przez co wyglądały jak jedwabna zasłona opadająca na ramiona, a nie jak niesforna plątanina, którą zawsze przeklinała Fanny. Do tego włosy Lisette kojarzyły się z blaskiem słońca, natomiast siostry bardziej przywodziły na myśl księżycową poświatę.

Tak więc mimo ogólnego podobieństwa, sporo się różniły. Za to w jednym z całą pewnością były identyczne. Mianowicie nosiły w sobie niezłomne przekonanie, że dzierżą nad Rianem absolutną władzę. Nie dość, że Fanny co rusz wydawała mu rozkazy i utyskiwała, to Lisette wręcz fanatycznie wierzyła w swoją życiową misję, która polegała na dyktowaniu mu, co powinien robić, on zaś bez słowa skargi miał spełniać jej polecenia.

Może o to właśnie chodziło. O płynącą z serca misję niesienia pomocy, która dawała równie miłe sercu poczucie władzy. Tyle że to był skutek, natomiast przyczyna…

Więc może jednak chodziło o to, że nie potrafił wykrzesać z siebie choćby szczątkowego zainteresowanie tym, gdzie siedzi, co je i gdzie się znajduje. Po prostu istniał, unosił się nad codziennością, i tym się kontentował, do tego ograniczył swoją egzystencję. I to właśnie była przyczyna. Z niej brała się cała reszta, która dotyczyła już nie tylko jego, ale obu panien, które postępowały tak, jak nakazywała im stworzona przez niego sytuacja.

Zdawało mu się, że słyszy cichy, kojący głos Fanny, przemawiającej do niego jak do konia, którego spłoszyła burza:

– Spokojnie, nic się nie dzieje, taki dzielny żołnierz jak ty nie ma się czego obawiać…

Zamknął oczy, odgradzając się od zachodzącego słońca, które wkrótce miało zniknąć za kamiennymi ścianami francuskiego dworu. Miał szczęście, że żyje. Tak kiedyś stwierdziła Lisette, a potem powtarzała mu to w kółko przez te wszystkie długie miesiące, które z uporem nazywała rekonwalescencją.

Rekonwalescencja? To prawda, rany w końcu się zagoiły, nawet głowa, która nie pamiętała niczego oprócz pierwszych kilku godzin bitwy, podobno teraz przez wszystkich nazywanej bitwą pod Waterloo. On jednak uważał, że nie ma mowy o żadnej rekonwalescencji bez odzyskania ręki. Nie czuł się cały, a mówiąc wprost, tak naprawdę nie czuł się żywy. Owszem, oddychał i tak dalej, więc z całą pewnością trupem nie był, ale żywy?

– A już na pewno nic mnie nie obchodzi – mruknął pod nosem. – Daleko mi do tego, by cokolwiek mnie poruszyło czy choćby zainteresowało…

Jego myśli krążyły w kółko, nieustannie powracały. Można by rzec, że to strasznie monotonne, a przez to nie do zniesienia, a jednak wcale nie było przykre, skoro mógł przyglądać się błękitowi nieba. W końcu słońce wciąż świeci i niebo jest niebieskie…

– Zielona trawa, ładne różowe kwiatki… śliczna Lisette.

Tak, śliczna Lisette. Akcent miała francuski, a jej angielszczyznę cechowała urocza precyzja. Wychwytywał ją wrażliwym, wyćwiczonym uchem, bo to było ukryte sedno, a nie wyuczona i przez to głośna maniera. Określając to z dużą przesadą, zupełnie jakby mówiła z podręcznikiem logiki w jednej ręce, a słownikiem francusko-angielskim w drugiej. To dziwne u służącej, tyle że Lisette nie wywodziła się z chłopstwa czy miejskiego gminu. Wyjawiła mu, że jej ojciec był człowiekiem wykształconym, pracował jako nauczyciel. No i był Anglikiem, a francuską krew miała po matce.

Niestety, jej rodzice już nie żyli, zmarli w ciągu miesiąca, więc musiała nająć się do służby, żeby nie umrzeć z głodu. Jej chlebodawcą został przyjaciel matki z dzieciństwa, pośledni francuski arystokrata, który przetrwał czasy rewolucyjnego i cesarskiego terroru, i to nawet w niezłej kondycji mimo ostrych zawirowań losu. Wprawdzie sympatyzował z Anglią i marzył o powrocie Burbonów na tron francuski, ale tylko w skrytości ducha, natomiast w mowie i uczynkach był zwolennikiem tej frakcji, która akurat dzierżyła w Paryżu władzę. Lisette wyjawiła, że dwa razy siedział w więzieniu. Najpierw za Robespierre’a, uniknął jednak gilotyny, a potem za Bonapartego, i też wyszedł z tego cało.

Rian zapamiętał to dzięki powtarzanym w kółko opowieściom, jako że Lisette mówiła mu jedno i to samo, aż w końcu potrafił odtworzyć każde słowo. Smutne. Ale dziewczyna ładna.

Gdyby wzbudził w sobie choćby najmniejsze zainteresowanie czymkolwiek, po prostu tym i owym, z pewnością chciałby poznać jej chlebodawcę. Jednak do tego stanu jeszcze nie doszedł. Poza tym oznaczałoby to konieczność prowadzenia uprzejmej rozmowy, a taka perspektywa wydawała się Rianowi zbyt męcząca, by ją w ogóle rozważać.

Wiedział, że ten człowiek znalazł go wśród jeńców, których zabrali uciekający Francuzi. Gdyby zostali dopadnięci przez Anglików, zamierzali oddać, a raczej sprzedać tych jeńców w zamian za własną wolność. Jednak ten człowiek przywiózł go tutaj i zostawił pod opieką Lisette, a sam wyruszył do Paryża, by być świadkiem ostatnich chwil Bonapartego we Francji.

Podobno znaleźli tutaj bezpieczny azyl również inni angielscy jeńcy. Tak mówiła Lisette, ale on żadnego z nich nie widział. Ponoć dwaj szybko wyzdrowieli i dołączyli do oddziału, który pobliską drogą triumfalnie maszerował do Paryża. Dwaj inni zmarli z powodu ran.

Tym sposobem został sam w tym dworze, château czy jak tam się ta budowla zwała. I o dziwo nie zależało mu na tym, żeby wydobrzeć. Czyżby to ociąganie miało coś wspólnego z Lisette? Nie, to niemożliwe…

Ale dzisiaj zebrało mu się na dumanie! Na logiczne analizowanie sytuacji i przeróżnych zdarzeń. Wcale nie był pewien, czy powinien być z tego zadowolony. Przecież swobodnie, bez planu i bez celu dryfować myślami było dużo łatwiej.

Z drugiej strony, póki jego mózg był tak bardzo ożywiony, mógł jeszcze trochę czasu poświęcić Lisette. Lepiej o niej myśleć niż borykać się z nieznośnie sugestywnym swędzeniem lewej ręki, której nie ma już tam, gdzie powinna być.

Czyżby w oczach Lisette, gdy przychodziła do jego łoża, zobaczył litość? Na szczęście nie odrazę, ale przecież była to wprawdzie bystra, ale jednak całkiem zwyczajna, prosta dziewczyna, która chciała przywrócić do życia bardzo skomplikowanego mężczyznę.

– Albo po prostu tępego – powiedział pod nosem z drwiącym, wymierzonym w siebie uśmieszkiem.

No tak, trochę się zawstydził. Pewnie i dobrze, bo to przynajmniej jakieś uczucie. Może wreszcie zdoła się przebudzić po miesiącach snu, na który pozwalał sobie, by nurzać się w bólu nie tylko fizycznym, ale i tym, który miał w sercu.

Do diabła! Chyba już czas! Spojrzał na oprawny w skórę dziennik, który Lisette wręczyła mu kilka tygodni temu. Dzisiaj napisał zaledwie trzy linijki. Ależ się rozleniwił! Miało to jednak i dobre strony, bo kto chciałby czytać taką łzawą bazgraninę?

Kiedyś pisał o dzielnym łowcy przygód, mężczyźnie z charakterem, który podróżował po świecie, zabijał smoki i budził podziw wszystkich pięknych kobiet. Nawet Fanny, której zdawało się, że wie o nim wszystko, nie miała pojęcia o dziennikach, które trzymał w swoich pokojach ukryte pod podłogą, o poezji, którą pisał od lat, tworząc zręby przyszłego eposu. Bracia w żartach nazywali go poetą, ale nie mieli pojęcia, że tak blisko są prawdy.

Nazywali go też marzycielem. Kiedyś rzeczywiście miał marzenia. Wzniosłe, szybujące, pełne ideałów i nadziei. Pójdzie na wojnę, przeżyje wspaniałe, ekscytujące przygody, a potem je opisze. Zyska sławę jak lord Byron, będzie fetowany przez londyńską socjetę, może nawet uhonoruje go sam książę regent.

Och, jakie ambitne miał marzenia!

Lecz oto teraz, gdy zmuszał się do nabazgrania kilku zdań, pisał o kształtach, które widział w chmurach, stworzył cały katalog określeń kojarzących mu się z kolorem i połyskiem włosów Lisette, naskrobał też rymowankę – bo przecież nie wiersz! – zachwalającą piękno grochu pływającego w morzu tłuszczu. Czyli kompletne niedorzeczności. Ale inaczej musiałby pisać o burzliwych nocach, samotnej włóczędze po gęstym lesie, demonach i niebezpieczeństwach czyhających za każdym pniem drzewa. O rozpaczy nieodmiennie zasnuwającej horyzont niczym niskie burzowe chmury.

Taki miał więc wybór: bezsensowny bełkot albo melodramatyczne bzdury. Tylko na tyle było go stać. Czy dlatego, że stracił rękę? Czy z takiego powodu warto się nad sobą rozczulać? Może…

Co takiego zdarzyło mu się napisać dzisiaj?…

Tylko tyle:

Sam w świecie obcych, niedopasowany, nieznany i na zawsze niecały.

Czy świat toczy się naprzód beze mnie?

Miłe damy, gdzie są teraz wasze uśmiechy i słodkie chichoty?

Innymi słowy, żałosne brednie, smętne użalanie się nad sobą, marnowanie atramentu i papieru.

Zgniótł kartkę w dłoni i spróbował wyrwać ją z dziennika. Do tego potrzebował jednak dwóch rąk i w tej szamotaninie dziennik zsunął się z poręczy krzesła i wpadł w trawę.

– Do diabła!

– W czym problem? Co dzisiaj pana ugryzło, panie Becket?

– Zmykaj, Lisette – powiedział przez zęby, przymykając oczy. – Rozmyślam, jak mógłbym cię udusić, mając tylko jedną rękę. Obiecuję, że wkrótce odkryję sposób.

– O, dzisiaj nie ma błazna, tylko skwaszony malkontent, który grozi mi śmiercią w męczarniach. Cała trzęsę się ze strachu. – Podniosła dziennik i zanim schowała go do kieszeni, przeczytała wpis na zgniecionej stronie. – Gdzie się podziały uśmiechy dam? Hm, nawet rozumiem powód tych uśmiechów, Rianie. Kiedy śpisz, znikają marsowe miny i głupkowate grymasy, łatwiej wtedy uwierzyć w poetę. Chciałabym zobaczyć, jak ten poeta się budzi. Ale to kiedyś, bo teraz, mój niecierpliwy pacjencie, czas na lekarstwo.

– Sama się nim nakarm. – Wstał i wsunął kikut za zapiętą pazuchę fraka. – Nie chcę, żebyś przeżyła wstrząs z powodu mojego odkrycia, ale już nigdy nie będę cały.

– To ty tak mówisz. Ja zamartwiałam się o ciebie przez całe upalne lato. Wiesz, ilu ludzi w taka porę umiera od gnijących ran? Ale cóż, lato minęło, a ja od kilku tygodni czekam, aż zaczniesz stawiać pytania. A one nie padają. „Gdzie jestem, Lisette?”, „Kto przygarnął mnie pod swój dach?”, „Dlaczego to zrobił?”, „Jak nazywa się ten człowiek?”, „Kiedy będę dość silny, żeby wrócić do domu?”, „Kto wygrał bitwę?”.

Przy ostatnim pytaniu zwrócił ku niej głowę.

– My, Lisette. Przynajmniej to wiem.

– Niby skąd? Powiedziałam ci, jak nazywa się bitwa, w której zostałeś ranny, ale o jej przebiegu nie rzekłam ni słowa.

Boże, ta kobieta naprawdę była irytująca! Ciągle tylko prowokuje i prowokuje. Zmarszczył czoło, usiłując coś sobie przypomnieć, jednak nie potrafił zmobilizować się na dłużej niż tylko na ulotną chwilę.

– Niby nie wiem, a jednak wiem, że wygraliśmy i bitwę, i całą wojnę. O tym, że wygraliśmy wojnę, wiem od ciebie, stąd oczywisty wniosek, że również zwyciężyliśmy w bitwie.

– Dużo myśli nanizanych na jedną nić. Bardzo dobrze, Rianie. A już się bałam, że to cię przerasta. Tylko czy masz rację? Bierzesz moje słowa na wiarę, a przecież mogłam cię okłamać. I co, jeśli inaczej potoczyła się i bitwa, i wojna cała? Jeśli taka jest prawda, to ty jesteś jeńcem, a my dbamy o ciebie i tuczymy jak gęś na święta, żeby dostać duży okup. Francja bardzo zbiedniała podczas wojny, więc potrzebujemy pieniędzy i staramy się je zdobyć w każdy możliwy sposób. Miałeś oficerski mundur, a oficerowie często są ulubionymi synami zamożnych rodzin. – Wyciągnęła przed siebie srebrną tackę, na której stała szklaneczka z cieczą o zapachu goździków i smaku brudnych skarpet. – Może tak naprawdę jestem twoim strażnikiem i mam udział w przyszłym okupie?

– Nie strażnikiem, tylko dręczycielką. Ciągle próbujesz mi namieszać w głowie.

– Nie namieszać, tylko zbudzić cię, rozzłościć. – Przerwała na moment. – Skłonić do tego, żebyś zaczął coś robić. Cokolwiek.

– Nie mam ochoty nic robić. Może jedynie cię pocałować. To najprzyjemniejszy sposób zamknięcia ci buzi, jaki umiem wymyślić. – Popatrzył na nią, potem na szklaneczkę. – A tego nie chcę, dziękuję. Mam dość tych mikstur.

– Bądź rozsądny. Który raz już ci to mówię? Proszę, nie powtarzajmy wciąż i wciąż tej samej kłótni, której wynik i tak doskonale znamy. Lekarstwo jest konieczne. Chcesz, żeby wróciła gorączka?

Poprzedniego dnia Lisette zostawiła go z pełną szklaneczką i odeszła pilnie wezwana przez inną służącą, więc wylał miksturę na ziemię. To był jednak szczęśliwy traf, bo dziś swoim zwyczajem uparcie przy nim stała. Cóż, jak stwierdziła, wynik kłótni był doskonale znany. Nic dodać, nic ująć. Dlatego Rian jak najszybciej wlał do gardła miksturę, by jak najkrócej czuć ohydny smak.

– Proszę bardzo. Zadowoliłem moją dręczycielkę?

– Grzeczny żołnierzyk.

– Co powiedziałaś? – Nagle poczuł gwałtowny przypływ tęsknoty za domem.

– Sporo mówię. Do czego konkretnie nawiązujesz?

– Nieważne. Przez chwilę kogoś mi przypominałaś.

– O, to ciekawe. Kogo? Damę serca?

– Kobietę, owszem, ale nie damę serca. – Uśmiechnął się leciutko. – Wręcz przeciwnie, takie samo utrapienie jak ty.

– W takim razie uwolnimy twoją głowę od tego wspomnienia. – Odstawiła pustą szklaneczkę na tacę. – Chodźmy, Rianie. Kończą się pogodne dni, już październik.

– Nie masz innych obowiązków? – spytał, wciąż myśląc o Fanny.

Gdzie ją ostatnio widział? Na balu u księżnej Richmond? Tak. Wyglądała młodo i pięknie. Pamiętał, jak stała przejęta trwogą, gdy w całym mieście rozległy się wezwania do broni. Ale Brede na pewno kazał wywieźć Fanny i swoją siostrę z Brukseli w bezpieczne miejsce, więc nie było czym się martwić. Zresztą Fanny zawsze spadała na cztery łapy.

– Owszem, mam, ale wszystkie cierpliwie poczekają. No, pospacerujemy po ogrodzie, poćwiczysz nogę. Od siedzenia i marudzenia na pewno cały zesztywniałeś.

Oddalił myśli o siostrze, bo Lisette miała rację. Dzień był wyjątkowo piękny. Zbyt piękny, by marnować go na rozmyślania.

– Zachęcasz mnie, robisz wszystko, żebym poczuł się lepiej. Zależy ci na tym, prawda? Bo już masz serdecznie dość tego zajęcia, już nie chcesz być ofiarną i oddaną mi pielęgniarką.

– Owszem, jestem śmiertelnie tym znużona. A to działa? Mam na myśli moje zachęty. – Z uśmiechem ujęła go pod rękę.

– Nie jestem martwy, więc pewnie tak.

Szli w milczeniu przez dobrych dziesięć minut, aż wreszcie Rian zaczął opadać z sił. Udo bolało go coraz bardziej. Usiedli więc w cieniu na kamiennej ławeczce.

– Nie będziesz zadawał mi pytań?

– Pytań? – Spróbował zebrać myśli. Czy ma jakieś pytania? Na pewno. O ten dom? O jego właściciela? Do diabła, powinno go więcej obchodzić. – Nie mam pytań. A właściwie tylko jedno. Przyjdziesz do mnie dziś wieczorem?

– Jeśli chcesz, to tak – powiedziała, śmiało przesuwając dłonią po jego obolałym udzie.

– Chcę. – Ciepło jej dłoni działało na niego dziwnie kojąco.

– Czuję się bezpieczna, kiedy jestem przy tobie, Rianie.

– Bezpieczna? To oczywiste. Jestem słaby jak kocię, więc nie mógłbym cię skrzywdzić. Zresztą czego tu się bać? Kwiaty, drzewa, ptaki śpiewają. Dobre jedzenie, miękkie łóżka… ty w moim łóżku. To może być niebo, Lisette. Raj. Płynę przez dni i tygodnie w raju.

A może to nie raj, tylko otchłań? – dodał w myśli, walcząc z mgiełką, która popołudniami z wolna spowijała umysł i w końcu zmuszała Riana, by znów się położył. Poprzedniego dnia czuł się nieco lepiej, dziś rano też. Może jednak za dużo zaczął robić, za dużo myślał? O, motyl…

– Mój chlebodawca… – powiedziała cicho, zupełnie jak nie ona, umykając wzrokiem. – Ma wrócić za niecały tydzień. Kiedyś przyjaźnił się z moimi rodzicami i jestem mu wdzięczna za życzliwość, za to, że podczas wojny przyjął mnie pod swój dach i ukrył. Jestem przecież uważana za Angielkę. Ale ostatnio… tak na mnie patrzy. I mówi, że wcale nie muszę być służącą i ciężką pracą zdobywać pieniędzy na swoje utrzymanie. Daje mi do zrozumienia… to i owo. Dlatego wyjadę przed jego powrotem i lepiej by było, żeby ciebie też tu nie zastał. Boję się, że już nie chce być twoim dobroczyńcą, znużył się tą rolą, a kiedy ja stąd wyjadę, stracisz opiekę. Dokąd pójdziesz i co zrobisz, jeśli on pokaże ci drzwi?

Spojrzał na nią w tej samej chwili, gdy ocierała samotną łzę. Od gwałtownego ruchu zakręciło mu się w głowie i minęło trochę, nim ponownie zdołał skupić myśli. Wcale nie przesadził, kiedy powiedział, że jest słaby jak kociak. Tak bardzo słaby, że nie byłby w stanie spędzić całego dnia poza łóżkiem. Już tylko ta krótka przechadzka po ogrodzie kompletnie go wyczerpała.

– Próbuję cię zrozumieć, Lisette. Opowiedz mi więcej o tym człowieku.

– Więcej? – Spuściła głowę, kryjąc twarz za zasłoną jasnych włosów. – Co więcej można by powiedzieć?

– Na początek jak się nazywa. Swoją drogą dziwne, dlaczego nigdy jeszcze o to nie spytałem. – Gdy przykrył jej dłoń swoją, poczuł chłód jej palców. Ogrzewał je…

Do diabła, przecież musi się skupić! Lecz zamiast tego z każdą chwilą oddala się od rozmowy, jakby na tym świecie nic już nie miało znaczenia. Ani on, ani Lisette. Jakby było tylko to miłe wrażenie beztroskiego unoszenia się.

– Nazywa się Neuveille Beltrane. Jest hrabią, a w każdym razie został nim, gdy cała jego rodzina zginęła w czasach terroru. Ten tytuł jest aktualny lub nie w zależności od tego, kto akurat rządzi w Paryżu. Obecnie, jak słyszałam, można go używać.

– Drżysz. – Otoczył ją ramieniem. – Chyba się nie boisz?

Uwolniła się i wstała.

– Nie boję się i nie będę się bała. – Starała się mówić dziarsko, lecz bardzo pobladła. – Ale muszę być rozsądna. Mam prawie dwadzieścia lat, a hrabia jest mężczyzną. A mężczyźni oczekują nagrody za okazaną szczodrość. Wiem, co to znaczy, gdy mówi do mnie, że nie muszę być służącą. Jeśli jednak mam komuś oddać swoje ciało, to z wyboru, a nie dlatego, że tylko to mi pozostało.

– Lisette… – Ogarnął go wstyd. – A jednak dałaś mi swoje ciało…- Tak, bo jestem głupia, a ty smutny. Bo chciałam cię obudzić, tak bardzo mi zależało, żebyś wreszcie zapragnął żyć. Nie mogę jednak zostać tu dłużej, nie zrobię tego nawet dla ciebie.

– Nigdy bym cię o to nie prosił. – Wstał. – Łatwo byłoby tutaj zostać, ale masz rację, na mnie też już czas. Zbyt długo udaję rozmamłaną, leniuchującą panienkę. Powinienem wrócić do domu, nawet jeśli nie mam na to ochoty.

– Dlaczego nie chcesz napisać do swoich? Masz pióro i papier, ale nie sposób cię namówić. Nawet mogę za ciebie napisać, tyle że nie znam adresu. – Spojrzała na niego. – Rianie, jesteś wyjątkowo samolubny. Twoi bliscy sądzą, że nie żyjesz i na pewno cierpią przez to. Sprawisz im wielką radość, kiedy znów cię ujrzą.

– To prawda. Zawsze wiedziałem, że kiedyś wrócę do domu. I wiem, że wzbudzę radość. Ale wiem też, że najbliżsi będą mi współczuć. Już widzę, jak próbują to ukryć, ale wszystko wyczytam w ich spojrzeniach. A ja jeszcze nie jestem na to gotów. Z wojny wróci nie bohater, ale kaleka, rozumiesz? Potrzebuję czasu, muszę nabrać sił.

– Merde! Nigdy w życiu nie słyszałam większej bzdury.

– Merde? – Cicho zachichotał. – Gdzie nauczyłaś się takiego słowa? Przecież nie od ojca nauczyciela ani nie od poczciwej matki.

Zacisnęła dłonie w pięści, zaraz jednak rozluźniła się i odparła z uśmiechem:

– Mieszkam ze służbą, poznałam więc nie tylko to słówko. Masz z tym problem? Bo ja nie. Chodzi o sztukę przetrwania, a wspólny język z tymi, z którymi się mieszka i pracuje, stanowi jej fragment. – Już się nie uśmiechała. – O tym właśnie mówię, Rianie. Nie zachowuję się jak bezradne dziecko, które potrafi tylko skarżyć się na okrutny los. Umiem przetrwać. A ty tylko wegetujesz.

Rozbolała go głowa. Najpierw poczuł, że odpływa, a teraz ten ból. Do domu? Miał wrócić do domu? Na to jeszcze nie był gotów. Zdecydowanie nie był.

– No tak, to jest Lisette, którą znam. Ta, która wciąż albo mnie karci, albo do czegoś zmusza. Chcesz mnie uderzyć? Wbić mi trochę rozumu do głowy?

– Nie, w żadnym razie. Chcę tylko, żebyś żył. Walczyłam o to, by utrzymać cię przy życiu, a teraz chcę, żebyś żył naprawdę. A hrabia? Sądzę, że trzyma tylko to, co jest mu przydatne. Dlatego odesłałam innych żołnierzy, kiedy nieopodal przechodzili Anglicy. Hrabia będzie wściekły, gdy się o tym dowie. Ciebie też bym odesłała, lecz byłeś zbyt słaby, na pewno byś umarł. Teraz jednak musisz odejść. Oboje musimy. Ja dlatego, że wiem, czego hrabia ode mnie chce, a ty dlatego, że nie wiem, czego on od ciebie chce. Rozumiesz?

Zauważył skaczącego po trawie ptaka. W dziobie trzymał wielkiego zielonego żuka. Ptaki jedzą bez pomocy rąk. A czy potrafią podzielić mięso na kawałki? No nie, tego ptaki nie potrzebują. Może powinien się zastanowić nad zmianą diety? Czy dieta złożona z chrząszczy ułatwiłaby mu życie? Nawet jeśli tak, to chyba nie byłaby smaczna. Nóżki kurczęcia. O, to mógłby jeść jedną ręką. Dzięki Bogu za nóżki kurczęcia. Ale nie za nogi innych ptaków, bo przeważnie nie ma tam mięsa. Chociaż są gołębie i…

– Rianie! Nie słuchasz! Mówię, że już czas iść.

Jeszcze przez chwilę obserwował ptaka, w końcu jednak zdołał jakoś się skupić.

– Tak, tak. – Zawrócił do dworu. – Masz rację, czas na mnie.

Po chwili wspiął się schodami dla służby do pokoju, który przydzielił mu hrabia, położył się i tępo wlepił wzrok w baldachim łoża.

O czym rozmawiali? Zamknął oczy, stęskniony za snem, który uwolniłby go od bólu głowy. O cokolwiek chodziło, Lisette znów do niego mówiła. Zrzędziła jak stara baba… Zasnął z uśmiechem na ustach.

Lisette weszła do dużego gabinetu, ciężko usiadła na krześle, przełożyła nogę przez poręcz i zaczęła nią kiwać, po czym wyznała bezradnie:

– Mówię i mówię, ale on słucha tylko czasami. Ten człowiek może wykończyć.

– Nawet rozumiem dlaczego. Właśnie mnie poinformowano, że odwiedzasz go w łożu. Nie powiedziałaś mi o tym, kiedy wczoraj wieczorem wróciłem z Paryża.

Serce niespokojnie jej drgnęło, ale tylko przewróciła oczami, zdjęła nogę z poręczy i wyprostowała się, opierając łokcie na kolanach.

– Wiem, kto ci doniósł. Tylko niby co miałabym robić? Czytać mu wersety z Biblii? Śpiewać? Pokazać skrawek nogi? On potrzebuje, by ktoś walnął go cegłą w głowę, żeby choć trochę się skupił. Słucha tylko wtedy, kiedy jesteśmy w łóżku, a ja przecież wiem, jakie to ważne, żeby dowiedzieć się o nim więcej. Dlatego robię wszystko, żeby zdobyć jego zaufanie.

– Zgoda, wersety z Biblii możemy wykluczyć, ale kiedy wyjeżdżałem miesiąc temu, byłem zadowolony z twoich postępów i prosiłem tylko, żebyś popracowała nad jego zaufaniem. Nie przypominam sobie, żebym polecił ci odwiedzać go w łożu.

Jak miała mu to wyjaśnić? Opowiedzieć, jak wiele smutku jest w Rianie? Jaki jest samotny i zagubiony? Jak bardzo pragnęła go pocieszyć? Na to trzeba delikatnych, czułych słów i subtelnego, przyjacielskiego ucha z drugiej strony. A cała reszta? Jej reszta? Och, po prostu stało się. I stawało się nadal. Jak miałaby to wytłumaczyć, wyjawić swoją duszę? Bo tylko jedno miała wytłumaczenie: własną samotność. I nie, nie czuła wstydu. Zrobiła to, co zrobiła… tak po prostu. I nie, nie zamierzała przepraszać.

– Ale i nie zakazałeś. Miałam, jak to powiedziałeś, zbliżyć się do niego, zdobyć zaufanie. A jak to mogłam zrobić inaczej? On nie jest kobietą, żebym przynosiła mu kwiatki, łakocie, ładne wiersze. Mężczyźni mają swoje potrzeby. Kobieta, która żyje nie pod kloszem, ale na tym świecie, szybko się tego dowiaduje. – Owszem, mówiła zdecydowanym tonem, ale tylko udawała pewność siebie. – Zrobiłam to, co musiałam. On i tak ciągle błądzi myślami, wciąż przebywa daleko od otaczających go realiów, nie dostrzega ich. Czasem jest głupio radosny, a czasem nieznośnie płaczliwy. Tak to wygląda, a ja cudów nie zdziałam. Nie mogę nawet przekonać go, by napisał do rodziny. To przez te mikstury. Musimy zmniejszyć dawki.

– Kwestionujesz mój osąd?

– Och, kto jeszcze tu jest! – Gniewnie patrzyła w kąt pokoju, gdzie majaczyła kobieca postać. – Potrafisz świetnie wtopić się w mrok, prawda? Nalegam, abyś zawsze dawała znać o swojej obecności. Chcę wiedzieć, do kogo mówię.

– Bezczelna smarkulo, a jednak powinienem był zostawić cię u zakonnic! – rzucił równie gniewnie. – A tak w ogóle, to byłoby lepiej, gdybyś urodziła się mężczyzną.

– Umiem zrobić wszystko, co potrafi mężczyzna – zjeżyła się Lisette, znów patrząc na kobietę w kącie. – Co więcej, umiem też zrobić wszystko, co potrafi kobieta. Nie potrzebuję mikstur, zaklęć i czarnej magii. On w końcu to zrozumie. Wyjedzie ze mną. Obiecał. Może do jutra zapomni, ale przypomnę mu znowu, aż w końcu trafi to do tego tępego łba mimo paskudztw, którymi każecie mi go karmić.

– Nie kpij z moich mikstur – zaprotestowała kobieta.

– Nie kpię, za to jestem wściekła z ich powodu. Przyznaję jednak, że gorączka w końcu go opuściła i zaczął odzyskiwać siły. W ciągu tygodnia znajdziemy się w drodze do jego domu, obiecuję.

– To niebezpieczne. Lepiej zatrzymaj go tutaj, niech wzmocni się dostatecznie, żebyśmy mogli go dokładnie wypytać i nie musieli zabić, zanim dostaniemy odpowiedzi. Nie podoba mi się twój plan. Ona ze mną walczy – powiedziała kobieta z przesyconą lękiem powagą. – Wie o mnie, czuję to. Z tobą też będzie walczyć. Broniąc jej pisklęcia, możesz wiele stracić.

– Ja stracić? – Lisette zaśmiała się posępnie, starając się nie reagować na myśl o zabiciu Riana Becketa. – Pewnie sprawiłoby ci to przyjemność, co? Wtedy zostalibyście znowu tylko we dwoje, a ja nie mogłabym cieszyć się jego względami. Skąd mogę wiedzieć, że nie spróbujesz na mnie jakiejś ciemnej sztuczki, starucho? Na wszelki wypadek nie jem niczego, co nie pochodzi ze wspólnego garnka. Ufam ci tak samo, jak ufałabym wężowi na moim łonie.

– Czasami mnie zachwycasz, ma petite – skomentował rozbawiony. – A teraz koniec awantur. Drzecie się jak koty wrzucone do worka. Lisette, jeśli ona wyczuwa tę kobietę, a jej wierzę, to znaczy, że mamy blisko do celu. Ale plan jest dobry. Po co narażać tego chłopaka na śmierć podczas przesłuchania, jeśli sam może nas doprowadzić do celu? Kiedy zdobędziesz jego zaufanie, wtedy łatwo się przekonamy, czy on jest jednym z nich, czy człowiek, którego szukam, wreszcie będzie mój. Dokładnie zapamiętałaś ustaloną drogę nad morze?

Zamknęła oczy i ujrzała przed oczami mapę, którą studiowała wieczorami od trzech tygodni.

– Pójdziemy stąd do Valenciennes. Za złoto, które ci ukradłam, wynajmę powóz w stajniach na końcu Avenue Villais i pojedziemy do Petit Rume, potem dalej na zachód, do Armentières, i dotrzemy do miejsca zwanego Dunkierką. Tam najmiemy łódź u człowieka, który będzie siedział plecami do ściany w tawernie Le Chat Rouillé. Zardzewiałego kota nie sposób zapomnieć. Mężczyzna będzie miał czerwoną chustkę na szyi i powie nam, że nazywa się Marcel. Jego łodzią popłyniemy tam, gdzie zażyczy sobie Becket. Wiem, co mam robić, więc możecie się o mnie nie martwić. To wasi najemnicy muszą się starać, żeby nie było ich widać.

– Wybrałem ludzi bardzo starannie, samych najwierniejszych – skomentował jedwabiście gładkim głosem, co nigdy nie wróżyło dobrze. – Nie kwestionuję twoich metod, więc nie podważaj z łaski swojej moich decyzji. Oni będą nad tobą czuwać. Oczywiście to wszystko może być na nic, nie wykluczam, że twoje dziewictwo się zmarnowało. Ktoś może się wtrącić albo z mojego wroga zostaną tylko strzępki, gdy ja tęsknię za prawdziwą ucztą.

– To by cię zabolało, co? Wolałbyś inaczej. Chciałbyś zobaczyć po tylu latach, że sprawiedliwości stało się zadość.

– Sprawiedliwość… Hm, ciekawe słowo – mruknął jakby do siebie, a kobieta w kącie coś wyszeptała. – Zemsta należy do Pana, a sprawiedliwość wymierza Jego ręka.

– Wierzysz w Boga? – spytała Lisette, siadając wygodniej. Uwielbiała takie dyskusje.

– Wierzę w zasadę oko za oko, ma petite. I może jeszcze ręka za oko, i obie nogi, a w końcu jeszcze serce ociekające krwią w mojej dłoni. Co mi zrobiono? A co tobie? Sprawiedliwość jest wątła i dalece niewystarczająca.

Przygryzła wargę, po czym stwierdziła w zadumie:

– Sam mówiłeś, że mogła się omylić co do twojego wroga. A jeśli Rian Becket doprowadzi nas tylko do tych, którzy zniweczyli twoje interesy w Anglii?

– Moje interesy… Jak ślicznie określasz to, co zrobiłem. Nie jestem świętym, ma petite, i przyznałem ci się do tego, co zresztą mnie zawstydza. Zrobiłem, co zrobiłem, dla tego nieudacznika Korsykanina, ale przy okazji stałem się bogaty, obawiam się więc, że świętość jest poza moim zasięgiem. Oni jednak, kimkolwiek są, muszą zostać ukarani za to, że choćby na pewien czas utrudnili mi wygodne życie, zwłaszcza teraz, gdy planuję powrót do Anglii. Może jednak to nie wszystko? Może to są właśnie ci, których szukam, a on wciąż z nimi jest…?

– Wtedy masz serce ociekające w dłoni – powiedziała Lisette, choć wolałaby nie czuć się tak krwiożerczo. Najwyraźniej zakonnice popełniły wobec niej jakiś błąd… albo sama szpetnie je zawiodła. – A Rian? Co z nim się stanie?

– O ile nam wiadomo, Becket jest człowiekiem, przez którego mocno ucierpiały moje interesy. Pamiętaj, że dostaliśmy to nazwisko od jednego ze wspólników moich byłych wspólników. Jak więc myślisz, co się z nim stanie, ma petite? Pogłaszczę go po główce i będę mu życzył długiego, miłego życia?

– Nie sądzę. Pewnie byłby już martwy, podobnie jak inni, gdyby mnie tutaj nie było. Dzięki tym waszym paskudnym miksturom.

– Ale może mielibyśmy już wszystkie odpowiedzi – odezwała się kobieta. – Co to jest, żeby bachor miał tyle do gadania? Ogon machający psem. Wstyd, mój panie.

– Mówisz to z daleka. – Lisette zerknęła do kąta. – Może wyjdziesz z mroku i powiesz mi to w oczy. I jemu też.

– Znowu kocia awantura. Wreszcie będę musiał się zająć tymi waszymi animozjami, choć to niezbyt miłe. Ale to później. – Przerwał na moment. – Lisette, wciąż intryguje mnie to, dlaczego wlazłaś mu do łóżka. Czyżby z litości dla rannego żołnierza? A może z ciekawości? Dziewczyna z klasztoru, trzymana przez tyle lat w zamknięciu, a tu proszę… Albo chodzi o to, że on ma tylko jedną rękę i masz poczucie, że w razie potrzeby sobie z nim poradzisz? To naprawdę zastanawiające.

– Ktoś powinien się zastanowić nad sobą, a nie nad tymi, którzy służą mu najlepiej, jak potrafią. – Lisette wstała. Nie chciała przedłużać tej rozmowy. Nie wtedy, gdy rozważano zabójstwo Riana Becketa.

– Nic nie czujesz do tego chłopaka?

Lisette śmiało spojrzała mu w twarz, a jej błękitne oczy nawet nie mrugnęły. I powiedziała to, co na pewno chciał usłyszeć:

– Nic.

– To masz szczęście, ma petite, bo bez względu na to, jak potoczy się ta nasza rozgrywka, Rian Becket jest już martwy. – Otworzył skórzaną sakiewkę, którą zawsze miał przy sobie, wyciągnął ciemnozielony liść i wsunął go między policzek a dziąsło. – Nikt, kto dotyka mojej córki bez mojej zgody, nie pozostanie wśród żywych.

Tytuł oryginału

The Return of the Prodigal

Pierwsze wydanie

Harlequin Mills & Boon Ltd, 2007

Redaktor serii

Dominik Osuch

Opracowanie redakcyjne

Władysław Ordęga

Korekta

Lilianna Mieszczańska

© 2007 by Kathryn Seidick

© for the Polish edition by Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2013

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Books S.A.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżone.

Wyłącznym właścicielem nazwy i znaku firmowego wydawnictwa Harlequin jest Harlequin Enterprises Limited. Nazwa i znak firmowy nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Harlequin Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-238-9516-9

ROMANS HISTORYCZNY – 389

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o. | www.legimi.com