Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jest rok 2045. Na końcu świata, w opuszczonej stacji badawczej na Antarktydzie, ostatni człowiek zapisuje swój pożegnalny list.
Leonard Gral - kryminolog, podróżnik, świadek upadku cywilizacji - mierzy się z samotnością, szaleństwem i własną przeszłością.
Czy naprawdę uciekł przed złem świata, czy zabrał je ze sobą?
„Płynie niebem zieleń” to hipnotyzująca opowieść o granicach ludzkiej psychiki, winie, stracie i nadziei, która nie chce umrzeć nawet w obliczu końca wszystkiego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 66
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Copyright by Artur MarciniszynAll rights reservedSkład i łamanie: Aleksandra MarcalikGrafika na okładce: Michał Klimczak
ISBN: 978-83-969377-1-1
Wydanie pierwszeŻagań 2026
Wydawnictwo YHTIOXA
Dla tych, którzy stoją na krawędzi,cierpią w ukryciu, walczą w ciszy.
„Przestań się lękać! Jam jest Pierwszy i Ostatni,i żyjący. Byłem umarły, a oto jestem żyjącyna wieki wieków i mam klucze śmierci i Otchłani.”
Apokalipsa św. Jana (Ap 1,17-18)
Jutro przeciekło mi przez palce wczoraj
Dzisiaj jest puste jak czysta kartka
Którą właśnie wypełniam słowami
O początku końca
O strachu przed odwagą
Żeby żyć przed śmiercią
O cichym wrzasku
Niesionym przez wiatr donikąd
O uwielbieniu nienawiści
Czarnych serc pompujących ciekły azot
O mroku tak jaskrawym
Że aż parzy
Płynąca niebem zieleń budzi zachwyt nad istotą stworzenia i usypia demony szarpiące duszę. Pokochałem ją i znienawidziłem. Kiedy obserwuję opalizujący taniec zorzy polarnej, słyszę niedostępną dla uszu muzykę. Aurora australis. Anielska symfonia skomponowana przez samego Boga. Nigdy wcześniej nie widziałem, nie słyszałem, nie czułem niczego tak absolutnie doskonałego. To tutaj, na krańcu świata, gdzie nie dotarła ludzka plaga, w ostatnim bastionie nienaruszonym przez chore ambicje, ślepą chciwość, upojony okrucieństwem imperializm w imię diabła... to tutaj odnalazłem pozbawiony kwiatów bezkresny, biały Eden. Podobnie musiał czuć się Adam, chociaż on nie był narażony na zamarznięcie i otoczony był znacznie większą paletą barw. No i miał Ewę. Ja swoją straciłem w dalekiej przeszłości i w innym świecie, jakby w innym życiu i na innej planecie.
Spadam. Lecę w czarny dół bez dna. Nie jestem pewny, czy ciągle się boję. Do wszystkiego można przywyknąć. Do strachu też. Spadam już zbyt długo, żeby przykładać wagę do uczuć spadaniu towarzyszącym. Moje serce pękło dawno temu. W momencie, w którym potknąłem się o coś niewidzialnego nad krawędzią otchłani. Zabolało. Bardzo mocno. Ale to już tylko wspomnienie bólu. Niknące echo. Dzieli mnie od niego z każdą sekundą powiększająca się odległość. Świat sięga nieba, ja sięgam czeluści i ciągle spadam. Mam dość. Pragnę już tylko rozbić się o twarde dno. Musi gdzieś tam być.
Dlaczego właściwie miałbym bać się śmierci? Należę do niej. Od początku życia. Każdy do niej należy. Po każdego przyjdzie. Prędzej czy później. Przychodzi po dzieci i starców. Nikogo nie oszczędza. Nad nikim się nie lituje. Na każdego czeka. Jest cierpliwa. Potężna. Wieczna. Śmierć nie umiera. Cały czas należy do niej.
Najpiękniejsze opowieści to te o podróżach. O pokonywaniu drogi. Wszyscy je znamy, ale te najciekawsze wydarzyły się naprawdę. Chciałbym usiąść z nią wieczorem z butelką wina przy kominku, nastawić cicho muzykę ze starej płyty winylowej, krople deszczu uderzałyby o parapet za oknem, a ja opowiedziałbym jej o mojej wyprawie przez czas.
Gdyby tylko to było jeszcze możliwe. Nie jest od dawna i nigdy już nie będzie. Ale nikt mnie do tego nie zmuszał, sam chciałem tu dotrzeć. Na kontynent, na którym znajduje się biegun południowy, czyli miejsce, które zdobyło mniej ludzi niż Mount Everest – najwyższy szczyt najwyższych gór świata. Nie spodziewałem się tylko, że to będzie droga bez powrotu.
O samotności powstało wiele książek. Wiele wierszy, piosenek, filmów, obrazów. Każdy z nas poznał samotność. Ale czy każdy z nas poznał ją w równym stopniu? Dni, tygodnie, miesiące samotności są czymś innym niż całe życie w niej. Ona może rozbłyskać wśród tłumu ludzi. Może gasnąć w czterech, pustych ścianach. Może zabijać i może ożywiać. Ona może wszystko. Może robić z nas najlepsze i najgorsze wersje samych siebie. Może topić, palić, usypiać, budzić, krzyczeć i milczeć. Z samotności powstało życie, z samotności powstała śmierć.
Wiatr o suchych włosach smaga nieznaczące życie w zimnym dole istnienia, jak ogon smoka przecina monochromatyczne niebo, kiedy żywa zieleń umiera. Szarość, biel, czerń. Powrót do kinematografii sprzed wieku. Mężczyzna na początku stworzenia był sam i na jego końcu jest sam. Trzysta sześćdziesiąt stopni życia i śmierci, strachu i odwagi. Moja obecność tutaj to pokuta. Płacę za wszystkie grzechy przeszłości.
Kiedyś ktoś powiedział mi, że nienawiść jest mocniejsza niż miłość. Bardziej intensywna, silniejsza niż wszystkie inne uczucia razem wzięte. Że nienawiść motywuje do działania, pobudza kreatywność lepiej niż jakikolwiek inny stymulant. Nie wierzyłem mu. Dalej nie wierzę, mimo wszystko. Mimo tego, co widziałem. Nigdy w to nie uwierzę. Do końca życia. Do jutra.
Nazywam się Leonard Gral. Dzisiaj jest dziewiętnasty sierpnia, dwa tysiące czterdziestego piątego roku. Minęła północ, są moje sześćdziesiąte urodziny. Siedzę przy biurku, w małym pokoju, zatopiony w myślach o wielkiej wojnie. W Polskiej Stacji Antarktycznej imienia Henryka Arctowskiego, na Wyspie Króla Jerzego. Czternaście tysięcy kilometrów od domu. Świeczka wątłym płomieniem oświetla notatnik, w którym zapisuję te słowa. Tylko one i potrzeba ich utrwalenia sprawiają, że moje płuca jeszcze tłoczą tlen, moje serce pompuje krew. To mój list pożegnalny. Do wszystkich i do nikogo. Bolą mnie mięśnie, stawy, skóra, głowa, spala mnie mróz, skuwa na lód piekło wietrznej samotności. Im więcej czuję, tym mniej myślę.
Obok biurka stoi szafa. Jest prawie pusta, oprócz kilku znalezionych w innych opuszczonych pokojach książek, leżących na jej dnie. Pozbierałem je wszystkie, przeczytałem i wrzuciłem je tam. Za moimi plecami wąskie łóżko. Po mojej prawej stronie okno, po lewej zamknięte drzwi prowadzące na korytarz. Pod drzwiami poupychałem jakieś stare szmaty, żeby było chociaż trochę mniej zimno, ale to nic nie daje. Nie ma tu już ogrzewania ani prądu. Za dnia, dawno temu, ściany były jasne, teraz są grafitowe. Za oknem szarość i czerń. Wiatr, który mógłby zabrać ze sobą wszystko, ale z jakiegoś powodu tego nie robi. Wieje z ogromną siłą i doprowadza mnie na skraj szaleństwa. Sam jego dźwięk. Jakby chór miliardów duchów wzywał mnie do siebie. Dołącz do nas. Nie będziesz już więcej sam. Już nigdy. Znają moje myśli. Wiedzą, że już postanowiłem.
Antarktyka mnie upolowała i trzyma jak jeńca w niewoli, torturuje mnie, znęca się nade mną fizycznie i psychicznie. Jestem słaby i bezbronny jak niemowlę tuż po urodzeniu i bezdomny, pijany starzec tuż przed śmiercią z wyziębienia. To miejsce ma oczy. Widzi moją bezsilność. Ma uszy. Słyszy moją rozpacz. Ma nos. Czuje mój strach. Ma szpony. Przykuło mnie lodowymi łańcuchami do białego ołtarza i składa mnie w ofierze duchom, które czekają na zewnątrz. Nie zabiło mnie szybko i bezboleśnie. Chce, żebym cierpiał. Napawa się tym. Wypełnia moje ciało ciekłym azotem. Kropla po kropli. Jestem już prawie pełny. Jeszcze kropla i rozpadnę się na kawałki jak porcelanowa figurka rzucona o ścianę.
Mityczna kraina. Budząca grozę bezcielesna istota zrodzona z dzikich żywiołów. Zahibernowana głodna bestia. W mroku i mrozie marzę o świetle i cieple, ale już nigdy ich nie zaznam. Zderzenie z prawdą o sobie. Zasłona opadła. Runął mur.
Byłem kryminologiem. Badaczem. Przemierzyłem świat w poszukiwaniu źródeł zła. Rozmawiałem z ludźmi, którzy dopuścili się najgorszych możliwych czynów – dla zysku lub dla zaspokojenia mrocznych rządz – i z ludźmi, którzy ryzykując wszystko ich ujęli. Odwiedziłem najcięższe więzienia na kilku kontynentach. Poza tym jednym, na którym nie było, w moim mniemaniu, żadnego zła, żadnej przestępczości i żadnego systemu penitencjarnego. Teraz utknąłem sam w więzieniu, którym jest cały ten kontynent. Co za ironia losu.
W zachowaniu równowagi między mrokiem a światłem pomagała mi kiedyś poezja. Trzymała mnie przy życiu, odkąd moje życie się załamało. Sam też pisałem. W różnej formie i z różnym natężeniem. W różnych stanach świadomości i w różnych miejscach świata. Czasem może nawet za dużo a czasem chyba za mało. To tak, jak z kochaniem, jak z miłością. Czasem poświęcamy się za bardzo, czasem za mało. Ciężko jest znaleźć złoty środek, jeżeli w grę wchodzą silne emocje i głębokie uczucia. Można utonąć, można opuścić morze, ale nie da się dryfować w nieskończoność po powierzchni. Przynajmniej ja nigdy tego nie umiałem. Wszystko albo nic. Chyba właśnie to doprowadziło mnie tutaj, na koniec świata.
Człowiek jest sobą tylko wtedy, kiedy jest sam. Dopiero w zupełnej ciszy odrzuca role, które nosi jak cudze płaszcze. Gdy nie ma świadków, nie musi niczego udowadniać, niczego tłumaczyć ani nikogo przekonywać do własnego istnienia. Samotność staje się wtedy lustrem bez zniekształceń. Pokazuje lęki bez maski niezłomnego wojownika. W obecności innych ludzi uczymy się mówić ich językiem, poruszać się w granicach akceptowalnych gestów, ale gdy zostajemy sami, ciało i umysł wracają do naturalnego rytmu. To tam, w tej niepozornej przestrzeni między oddechem a myślą człowiek spotyka siebie, nie jako wersję do pokazania światu, tylko jako istotę niedokończoną, kruchą i przez to prawdziwą.
