Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Sato Reang spędza sielskie dzieciństwo w indonezyjskiej wiosce na grze w piłkę, walkach świerszczy i psotach. Wszystko zmienia się w dniu obrzezania, gdy surowy, religijny ojciec zmusza go do bezwzględnego muzułmańskiego posłuszeństwa. Choć z pozoru Sato ulega woli rodzica, w głębi duszy buntuje się przeciwko narzuconym dogmatom, przysięgając sobie, że „stanie się dzieckiem bezbożnym”. Leworęczność, ostentacyjne unikanie modlitwy i drobne złośliwości stają się jego manifestem wolności. Jednak ten młodzieńczy, pełen humoru i ironii opór z czasem zaczyna przyciągać prawdziwą tragedię.
Eka Kurniawan, jeden z najważniejszych współczesnych pisarzy indonezyjskich, powraca z niezwykle aktualną, błyskotliwą i prowokującą powieścią o dorastaniu. Pies miauczy, kot szczeka to uniwersalna, psychologiczna opowieść o buncie przeciwko nadmiernej kontroli rodzicielskiej, a zarazem mocny głos sprzeciwu wobec religijnego radykalizmu i moralnej nieomylności.
Czy w świecie narzuconych zasad człowiek może być naprawdę wolny?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 135
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Strona tytułowa
Treści potencjalnie niepokojące
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
39
Strona redakcyjna
pies
miauczy,
kot
szczeka
Eka Kurniawan
Treści potencjalnie niepokojące: kary fizyczne wobec dzieci, podpalenia, przemoc względem zwierząt (wspomnienie), śmierć ciężarnej kobiety (wspomnienie), śmierć w wypadku, używki i substancje psychoaktywne stosowane przez osoby nieletnie, zachowania niehigieniczne.
1
Nie chodzę już do meczetu. Przestałem odprawiać modły. Nie odmawiam też wieczornego pacierza. Chrzanić to. Sato Reang je lewą ręką, a kiedy wchodzi do domu, nikomu nie życzy pokoju. A jeśli całkiem mnie leń opęta, to odlewam się pod bananowcem i ani myślę się potem myć1.
Żaden piorun nie smagnął mnie jak dotąd swym ognistym biczem. Trzęsienie ziemi nie roztrzaskało mojego domu. Nie było też psa, który by znienacka zatopił zęby w mojej łydce. Sato Reang najada się do syta i śmieje do rozpuku z największych nawet sucharów. Śpi twardo jak kłoda i budzi się rozpromieniony. Czasami, rzecz jasna, przytrafi mu się jakiś mały niefart, na przykład swędzący tyłek, ale z tym łatwo sobie poradzić tanią maścią z warungu2.
– Zgrzeszże troszkę, Jamal – namawiałem kolegę ze szkoły, chcąc przekazać mu objawienie, jakiego dostąpiłem. – Jesteś pobożnym chłopcem. Zgromadziłeś już wiele dobrych uczynków. Całą kupę. Na szali będą one na pewno cięższe od twoich grzechów3.
Usłyszawszy moje słowa, Jamal zaczął mamrotać pod nosem, błagając Boga o ochronę.
O mało nie parsknąłem śmiechem, widząc jego reakcję. Przeraził się i od tego czasu ma mnie za diabelskie nasienie. Dzięki temu jestem w siódmym niebie. Przynajmniej jedna osoba nie widzi we mnie chłoptasia, który w sobotnie wieczory, wieziony na rowerze przez ojca, chowa twarz za jego plecami. Teraz już nie muszę jej ukrywać. Niech zobaczą mój duży nos z dwiema nieco zadartymi dziurkami, moje wydatne, trochę ciemne usta oraz oczy z cienkimi brwiami i niech w tym obliczu dostrzegą rysy samego diabła. Wspaniale, myślę sobie. Sato Reang dokonał prawdziwej przemiany, którą się napawa i nikomu nie pozwoli tego schrzanić.
– Jak raz się nie pomodlisz, to nic się przecież nie stanie – przekonywałem, przyjmując nieco żarliwy ton, w jakim przemawia wyborny kaznodzieja posiadający już prawie wszystkie cnoty. – Jeśli kiedyś anioł o to zapyta, powiesz, że modliłeś się już przecież tysiące razy i będzie to prawdą.
Znowu zaczął mamrotać prośby do Boga o opiekę, tym razem dodając, żeby chronił go też przed pokusami przeklętego szatana. Ha, ha, ha. Jestem małym, przeklętym czartem. Jamal trochę pobladł, nie mogąc dać wiary, że takie słowa padły z moich ust. Rzecz jasna w szkole wielu spośród moich kolegów nie chodzi się modlić. Są nawet tacy, których noga dosłownie nigdy nie postała w meczecie. No może z wyjątkiem czasów, kiedy byli jeszcze zupełnie małymi chłopcami. Jednak żaden nigdy nie namawiał Jamala, żeby ten odpuścił sobie modlitwę.
Wydarzyło się to podczas drugiej przerwy, a wtedy zazwyczaj kilkoro dzieci biegnie na południowe modły do meczetu na tyłach szkoły. Wówczas, tak jak w poprzednie dni, podszedł do mnie Jamal i chciał, żebym mu towarzyszył.
– Nie chce mi się – odpowiedziałem.
Przewidziałem jego reakcję. Autentycznie nie spodziewał się, że coś takiego może mi przejść przez gardło. Dokładnie w tamtym momencie zakiełkowała mi w głowie maleńka myśl, która nagle stała się celem mojego życia. Przynajmniej na tak długo, jak będę chodził do szkoły. Wyzwolę Jamala. Nakłonię go do skosztowania ziemskich rozkoszy. W końcu życie to nie tylko modły i czytanie Koranu. A w jego głowie, jestem tego pewny, rozbrzmiewa odgłos ojcowskiej maczety rozpruwającej plastikową piłkę. Albo płonącej pluszowej małpki. Albo coś innego, o czym nie wiem. Niespodziewanie zacząłem mu współczuć. Było mi go żal, że ma ojca, a nawet dziadka.
– Szkoda mi ciebie, Jamal – powiedziałem. – Twój tata nie będzie przecież wiedział, czy się modliłeś czy nie.
Nadal stał jak wryty, jak gdyby próbował przetrawić moje słowa. Po czym, nieznacznie poruszając ustami, prawie bezgłośnie, odparł:
– To tobie trzeba współczuć, Sato. A jeszcze bardziej twojemu ojcu.
Jego słowa tylko podsyciły mój zapał. Poprzysiągłem sobie, że Jamal zostanie takim samym czarcim pomiotem jak ja.
1 Modlitwa odprawiana pięć razy dziennie to jeden z najważniejszych obowiązków muzułmanów. Zwyczajowo przed zaśnięciem odmawiają specjalną modlitwę, oddając się pod ochronę Allaha. Do jedzenia zawsze używają prawej ręki, ponieważ lewa przeznaczona jest do czynności higienicznych i uważana za nieczystą. Wchodząc do domu, wymawiają specjalne pozdrowienie, Assalamualaikum, oznaczające „pokój z wami”. Po skorzystaniu z toalety obowiązkiem jest podmycie się. (Przypisy pochodzą od Tłumaczki).
2 Warung (czyt. łarung) – rodzaj małego sklepu z podstawowymi produktami codziennego użytku, ale również miejsce, gdzie starsi panowie grywają w domino, czasami można napić się tam kawy lub herbaty albo zjeść makaron instant.
3 Islam naucza, że w Dniu Sądu Ostatecznego wszystkie czyny, dobre i złe, zostaną zważone.
2
Oczywiście na długo przed tym zdarzeniem, podobnie jak większość małych chłopców, chodziłem do meczetu, żeby uczyć się modlitwy i czytania Koranu. Dlaczego? Ponieważ mój ojciec również chodził do meczetu uczyć się modlitwy i czytania Koranu. Ponieważ mój dziadek chodził do meczetu uczyć się modlitwy i czytania Koranu. Ponieważ mój pradziadek chodził do meczetu uczyć się modlitwy i czytania Koranu. Prawdopodobnie zawsze tak było, począwszy od ojca mojego pradziadka, poprzez dziadka pradziadka oraz pradziadka mojego pradziadka, skończywszy na proroku Adamie. Wszyscy chodzili do meczetu uczyć się modlitwy i czytania Koranu.
Jeśli mam być szczery, to chętniej odwiedzałem urządzane na tyłach targu walki kogutów albo gapiłem się, jak na boisku ludzie obstawiali zakłady w wyścigach gołębi. Było to bardziej ekscytujące niż przesiadywanie po turecku w meczecie, poznawanie liter, których nigdy nie użyję i dukanie niezrozumiałych dla mnie słów. Wolałem obejrzeć przedstawienie tańczących kuda lumping4. Albo zagrać w gambar umbul5. Albo popływać w przecinającej pola ryżowe rzece. Albo posłuchać śpiewaka i orkiestry weselnej. Albo całą bandą czyścić szyby w samochodach na parkingu restauracji i zmuszać w ten sposób kierowców do zapłaty. Albo chociażby zatrzymywać samochody dostawcze i podprowadzać z nich po kilka owoców.
Pojąłem jednak, że dorośli niezbyt lubią widok radujących się dzieci i popołudniami zaczynają nas posyłać do meczetu. Rodzina żołnierza posyła dziecko do meczetu. Naczelnik wioski posyła dziecko do meczetu. Sprzedawca bubur ayam6 posyła dziecko do meczetu. Pijak posyła dziecko do meczetu. Złodziej posyła dziecko do meczetu.
Na dobrą sprawę, nie było to całkowicie do bani. Dzieci i tak zawsze znalazły sposób, żeby się rozweselić. Na długo po tym, jak już urosłem, nadal potrafiłem przywołać wspomnienia czasu spędzanego w meczecie od popołudnia do wieczora. Zakładaliśmy sarongi oraz nieco przyduże peci7. Cieszyła mnie obecność wielu kolegów, a czasami też ilość jedzenia. Można było spotkać tego drania Asepa, poszturchać się z Turmanem czy wydzierać się w meczecie do mikrofonu. Głośnik niósł ten jazgot na całą okolicę, aż sprzedawca placuszków serabi, któremu właśnie urodziło się dziecko, przybiegał w te pędy, żeby wytargać nas za uszy. Po nim zjawiał się wujekBabinsa8 i odłączał mikrofon.
Czy byłem w tamtym czasie dzieckiem pobożnym? Prawdopodobnie tak, jeśli brać pod uwagę, że pilnie uczęszczałem do meczetu. Razem z innymi chłopcami odprawiałem modlitwy, stojąc w rzędzie za dorosłymi. Gdy nadchodził czas wyśpiewania „amen”, prześcigaliśmy się w robieniu tego tak głośno i długo, aż z sufitu meczetu odpadała kredowa farba, a pomiędzy kolumnami zaczynały kołysać się pajęczyny. Kiedy nadarzała się okazja, ściągałem koledze sarong, albo, jeśli stał w rzędzie przede mną, trącałem go głową w tyłek tak, że wpadał na starszych ludzi przed nim i w mgnieniu oka połowa wiernych, nawzajem się przewracając, waliła się z hukiem na podłogę. Wtedy nareszcie przerywano modlitwę, a kiai9 wpadał w szał. Nie bacząc, kto był prowodyrem draki, chciał spuścić nam wszystkim lanie swoją szeroką łapą, ale ponieważ byliśmy zwinni, zawsze udawało nam się uwolnić i całą grupą z rumorem wypadaliśmy z meczetu.
– Małe zarazy – rzucał gniewnie ktoś za nami.
Radowało nas noszenie takiego przezwiska i czuliśmy się zaczątkiem wszelkiego chaosu na świecie. Proste, ale doprowadzające starszyznę do szewskiej pasji. Na samą myśl o tym, co zaszło, zanosiliśmy się śmiechem na podwórzu meczetu gotowi do ucieczki, na wypadek, gdyby któryś z dorosłych nadal był zainteresowany pościgiem i wykręceniem nam uszu.
Ponieważ nie mieliśmy jaj, żeby wrócić do meczetu, zgromadziliśmy się na poboczu drogi. Jeden z kolegów, Kurnia, zawsze cuchnący ropą z ucha, zaczął kwękać, że kręci go w kiszkach. Powiedzieliśmy mu, żeby poszedł wysrać się wśród bananowców, skoro boi się przyłapania przez kiaia i nie chce iść do wychodka w meczecie. Nie miał też odwagi wrócić do domu, gdyż jego matka mogłaby wtedy pomyśleć, że nie był na modlitwie.
W śmietniku Kurnia znalazł plastikową reklamówkę, udał się na ogarniętą ciemnością plantację bananowców i tam się wypróżnił. Chwilę później ten przeklęty ropny śmierdziel wrócił z siatką pełną gówna oraz diabelskim pomysłem w głowie.
Stanął na poboczu drogi, trzymając w lewej ręce reklamówkę. W oddali zamajaczyły przednie światła zbliżającego się niespiesznie minibusa. Kurnia machnął ręką, a bus zwolnił i się zatrzymał, bo kierowca wziął chłopaka za potencjalnego pasażera. Niewątpliwie Kurnia był wyższy oraz tęższy od rówieśników. Nie wsiadł jednak do pojazdu, jak spodziewał się pomocnik kierowcy, ale znienacka wrzucił do środka trzymaną w ręce jednorazówkę. Sato Reang nie wiedział, czy reklamówka wylądowała na siedzeniu czy na kolanach pasażera, ale szczerze mówiąc, miał nadzieję, że jej zawartość rozbryzgnęła się widowiskowo, albowiem lubił sobie wyobrażać świat pełen katastrof, z których można by się natrząsać.
Kiedy tylko pomocnik busiarza i pasażerowie zorientowali się, co znajdowało się w foliówce, natychmiast zaczęli wrzeszczeć: „Sukinsyn!”, „Świnia!”, „Diabeł!”, „Zdechlak!”, „Niech cię szlag trafi!”.
Pomocnikowi prawie udało się dopaść Kurnię, ale ten był niezwykle sprytnym typem. Jednym skokiem przesadził przydrożny rów, po czym pognał z powrotem na plantację bananów. Pomagier busiarza nie zdążył go schwytać i nie miał zamiaru puszczać się za nim w pogoń, natomiast zauważył nas – pozostałych chłopców zebranych na skraju drogi. Spojrzał nienawistnym wzrokiem. Natychmiast pojęliśmy, że sytuacja robi się niebezpieczna, zwłaszcza że z minibusa wysiadło kilku pasażerów, wobec czego przeskoczyliśmy mały rynsztok i rzuciliśmy się do ucieczki. Gnaliśmy przed siebie tak długo, aż ucichło pomstowanie kierowcy i innych. Zdyszani znaleźliśmy Kurnię na tyłach fabryki tofu. Tym razem to my zaczęliśmy go obsztorcowywać, do zasłyszanych wyzwisk dodając swoje i waląc nieszczęśnika z prawa i lewa po głowie.
– Idiota! Diabelski łoniak!
– I jeszcze się nie podmyłeś. Sukinsynu! Cuchniesz! – dodał Turman, jako że on pierwszy sobie to uświadomił.
Kurnia tylko wyszczerzył zęby, szeroko się uśmiechając. Bardzo szeroko. Odparł, że podtarł się już liściem bananowca. Prawdziwy skurwiel. Obrzydliwiec. Przygłup. Fleja. Kurni to nie ruszało. Chichotał tylko i raz po raz drapał się po tyłku. Nie on jeden czasami srał w ogrodzie i podcierał się bananowym liściem, tak więc szybko zapomnieliśmy o sprawie. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak jeszcze można by się zabawić tego wieczoru. Nie mogliśmy już wrócić do meczetu ani tym bardziej do domu, bo powrót o tak późnej godzinie przekreśliłby szanse na jakiekolwiek wyjście.
Czy w tamtym czasie Sato Reang był już pobożnym chłopcem? Biorąd pod uwagę wszystkie jego ówczesne poczynania, trzeba by temu zaprzeczyć.
Przynajmniej do momentu, w którym skończył siedem lat.
4 Kuda lumping – jeden z jawajskich tańców tradycyjnych, w których tancerze przedstawiają sceny bitew z użyciem wykonanych z plecionki bambusa koni.
5 Gambar umbul (gra w obrazki) – dawna gra, w której dzieci do zabawy wykorzystywały małe obrazki z wizerunkami bohaterów, postaci z bajek lub wizerunkami znanych osób.
6 Bubur ayam – popularne indonezyjskie śniadanie składające się z kleiku ryżowego i kurczaka, podawane również z gotowanym jajkiem, orzeszkami ziemnymi i sosem sojowym.
7 Peci – tradycyjne muzułmańskie nakrycie głowy dla mężczyzn.
8 Babinsa – rodzaj dzielnicowego na szczeblu wiejskim.
9 Kiai – tytuł muzułmańskiego uczonego i przywódcy religijnego.
3
Tata oznajmił, że nadszedł czas na moje obrzezanie. Nareszcie, pomyślałem. Wiedziałem, co to oznaczało. Końcówka mojego ptaszka miała stracić napletek. Ktoś miał go odciąć nożyczkami, odrąbać maczetą albo odkroić nożem. Prawdę mówiąc, wtedy, a nawet po fakcie, nie wiedziałem, w jaki dokładnie sposób lekarz pozbawia małych chłopców napletków. Usłyszałem kiedyś, że tak naprawdę napletek usuwa się przy pomocy rozgrzanego kawałka bambusa. Na te słowa dreszcz przeszedł całe moje ciało, jak gdyby miała z niego ulecieć dusza.
Gdy dotarły do mnie wieści, że podczas szkolnych wakacji tata ma zamiar zaprowadzić mnie do gabinetu lekarza, właściwie zapomniałem już o rozżarzonym kawałku bambusa. Nawet gdybym pamiętał, nie bardzo by mnie to ruszało. Prawie wszyscy moi koledzy stracili już napletki i mieli się całkiem dobrze. Nie było więc czym się martwić. W moim wieku o wiele bardziej przerażający był orzeszek nieumyślnie włożony do dziurki w nosie.
Z dreszczykiem ekscytacji obwieściłem plany kilku moim kolegom i sąsiadom. Miałem nadzieję, że zaoszczędzą coś ze swojego kieszonkowego, ponieważ, zgodnie ze zwyczajem, krewni, przyjaciele, koledzy i sąsiedzi obdarowywali chłopca żegnającego się z napletkiem pieniędzmi oraz prezentami. Od wujka miałem obiecaną piłkarską koszulkę, od taty rower, a od babci budyń kokosowy. Szczerze, nie miałem pojęcia, że w dniu obrzezania czaiła się na mnie zasadzka, na którą wcale nie byłem gotowy.
– A tak w ogóle, to dlaczego trzeba go obciąć? – zapytała dziewczyna o imieniu Bunga, sąsiadka, której dom dzieliło od mojego tylko jedno domostwo.
Dlaczego? A skąd miałbym to wiedzieć? Małe dzieci tylko wykonują polecenia starszych, a ci z kolei nigdy nie kwapią się, by cokolwiek wyjaśnić. Dla mnie w każdym razie sprawa była jasna. Siusiak z napletkiem jest doprawdy potwornie brzydki. Autentycznie przypomina głowę żółwia, jeśli dokładnie mu się przyjrzeć. Niekiedy się pojawia, a kiedy indziej marszczy i chowa. Dziwak. Paskudny i obleśny. Rzeczywiście trzeba się było pozbyć tego napletka, chyba że do samej starości chciało się wszędzie taszczyć ze sobą tę hańbę żółwiej głowy. Nigdy w życiu. Obrzydlistwo. Wolałem sobie nawet nie wyobrażać, jak nabijaliby się ze mnie koledzy: „Hej, to ten z głową żółwia”. Na samą myśl dostawałem gęsiej skórki. Ble.
Podkreślę jeszcze raz – lepiej się go pozbyć. Od Amira, który swój napletek stracił podczas zeszłego ramadanu10, a także od Asepa dowiedziałem się, że siusiak bez napletka jest o wiele lepszy. Uroczy. Bardziej błyszczący. Podobał mi się nawet pomimo tego, że jeśliby go dokładnie obejrzeć, to na myśl nasuwał się pyszczek węgorzyka bagiennego. Nie szkodzi. Przynajmniej nikt by się ze mnie nie nabijał. Każdy chłopak nosi swój własny pyszczek węgorza.
Nadszedł wreszcie ten dzień. Wczesnym rankiem razem z tatą i wujkiem czekaliśmy na skraju drogi na mikrobus. Gabinet lekarza położony był dosyć daleko – o pół godziny jazdy. Wyruszyliśmy więc bladym świtem, jako że w czasie szkolnych wakacji w tym samym celu zjawia się tam mnóstwo chłopców. Na szczęście pojazd był prawie pusty, z jednym tylko pasażerem oprócz nas. W godzinach porannych minibusy jadące z targu do podmiejskich miejscowości zawsze świecą pustkami, w przeciwieństwie do tych jadących w przeciwnym kierunku.
W gabinecie lekarz kazał mi się położyć na wysokiej, wąskiej kozetce. Pomagała mu młoda pielęgniarka, która wszystko przygotowywała. Złożyła na pół sarong, który następnie umieściła mi na piersi, zapewne po to, żebym nie mógł widzieć, co porabia lekarz pomiędzy moimi nogami. Całkiem sprytnie, pomyślałem. Później sarong ten został mi podarowany przez lekarza i mogłem go zabrać do domu.
Poczułem, że robi mi się zimno. Cóż miałem począć, dopadły mnie czarne myśli. A co, jeśli doktor obetnie nie to, co trzeba? Co, jeśli stracę całe przyrodzenie? Cholera.Oby tylko tak się nie stało. Jak miałbym wtedy sikać?
Przeszło mi przez myśl, żeby zacząć krzyczeć i apelować do taty, że niepotrzebne mi to całe obrzezanie. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że niewierni wcale się nie obrzezają i całkiem dobrze im z żółwią głową w spodniach. Otrząsnąłem się jednak, kiedy tylko wyobraziłem sobie kpiny urządzane przez wszystkich moich kumpli. Sam sobie dodawałem otuchy, powtarzając, że zdołam przez to przejść. To tylko chwilka. Nie boli. Nie bardziej niż ugryzienie czerwonej mrówki. Dwa plus cztery to sześć. Sześć plus dziewięć – piętnaście. Stolicą Korei Północnej jest Pjongjang. Wynalazcą piłki był Einstein. A niech to, wiedziałem przecież, że to błąd.
– Jak ci na imię? – zapytała pielęgniarka.
Obróciłem się do niej lekko zaskoczony. Szlag by to trafił
