Paragraf na diabła - Aldona Skrzypoń-Powroźnik - ebook + książka

Paragraf na diabła ebook

Skrzypoń-Powroźnik Aldona

4,5

Opis

OD ICH OSTATNIEGO SPOTKANIA MINĘŁO BLISKO DWA LATA…

 

Marcel Malinowski oszukał Dagmarę Baranowską i ponownie trafił za kratki. Ona w tym czasie mimo wielu trudności kontynuuje aplikację, rozwija karierę prawniczą i przy ogromnym wsparciu rodziców wychowuje ich wspólne dziecko.

 

Marcel spędził w zakładzie karnym półtora roku. Nie było dnia, aby nie myślał o Dadze i ich córeczce, Zuzi. Wie, że popełnił błąd. Zdobycie zaufania dziewczyny tylko początkowo było jego celem. Nie przewidział, że szczerze ją pokocha. Z pomocą swojego przyjaciela, Krzyśka, próbuje wpłynąć na dziewczynę i wielokrotnie prosi ją o widzenie.

 

Czy Dagmara w końcu ulegnie i spotka się z mężczyzną, którego mimo wszystko nadal darzy uczuciem? Czy może zaczeka, aż ten sam stanie na jej drodze? Jaką podejmie decyzję?

Jedno jest pewne, chłopak za kilka miesięcy wychodzi na wolność i nic go nie powstrzyma. Ma zamiar odzyskać swoje dziewczyny.

 

KONTYNUACJA KIPIĄCEJ NAMIĘTNOŚCIĄ POWIEŚCI SENSACYJNEJ. JESZCZE BARDZIEJ EMOCJONUJĄCA I WCIĄGAJĄCA.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 261

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (138 ocen)
96
22
16
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zaczytAnka1985

Nie oderwiesz się od lektury

Współpraca reklamowa z @waspos "Paragraf na diabła" to kontynuacja losów bohaterów poznanych w "Diabeł kontra paragraf" autorstwa @a.s.powroznik. Marcel odsiaduje wyrok podczas gdy po drugiej stronie więziennych murów Dagmara, zraniona, zdradzona i porzucona przez mężczyznę walczy o zapewnienie bezpiecznej przyszłości sobie i owocowi ich namiętnego romansu. Jednak każdy wyrok prędzej czy później dobiega końca i trzeba stawić czoła rzeczywistości. A nie zapowiada się ona wcale tak kolorowo jakby tego sobie życzyli Marcel i Dagmara. Znacie to uczucie gdy nawet nie zauważacie kiedy czytana książka dobiega końca? To uczucie towarzyszyło mi właśnie przy "Paragrafie na diabła" Płynnie tocząca się fabuła od przyczyny do skutku, dodajmy do tego lekki i przystępny język użyty przez autorkę i rumieńce które paliły mi policzki podczas czytania "tych"scen Jezu co ten Marcel wyprawiał....☺️ Nie można nie wspomnieć o prawniczo kryminalnych kuluarach, które z przyjemnością poznawałam dzięki auto...
00
Joamiz

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Fiba1

Nie oderwiesz się od lektury

ciekawa jak tom 1 polecam
00
ewelcia1510

Dobrze spędzony czas

fajne
00
Oliwiamilena25

Nie oderwiesz się od lektury

SUPER, pochłonęłam jednym tchem!!!
00

Popularność




Tej autorki w Wydawnictwie WasPos

Oddaj migo!

Odzyskamcię!

Paragraf na diabła

W PRZYGOTOWANIU

Przyjaciółki tata

Wszystkie pozycje dostępne również w formie e-booka

Copyright © by Aldona Skrzypoń-Powroźnik, 2022Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2023 All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowania oraz udostępniania publicznie bez zgody Autora oraz Wydawnictwa pod groźbą odpowiedzialności karnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Aneta Krajewska

Projekt okładki: Patrycja Kiewlak

Zdjęcie na okładce: © by Leika production/Shutterstock

Ilustracje wewnątrz książki: © by pngtree.com

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek/[email protected]

Wydanie I – elektroniczne

ISBN 978-83-8290-323-2

Wydawnictwo WasPosWarszawaWydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Moim rodzicom

Niniejszy utwór jest fikcjąliteracką.Wszelkie podobieństwo do prawdziwychpostaci,miejsc czy wydarzeń jest czystoprzypadkowe.To tylko wytwór mojej wyobraźni ;).

Fragment przesłuchania Marcela Malinowskiego

– Nie chcę, żeby mnie jeszcze bardziej znienawidziła. – Potarłem nerwowo dłonie. – Plan był prosty. Rozkochać ją w sobie, aby mieć na nią wpływ. Na nią i na jej ojca. Łysemu kara kończy się za dwa lata. Jak wyjdzie na wolność, będzie potrzebował prawnika i prokuratora po swojej stornie. Ja miałem się do niej zbliżyć, zdobyć i uzależnić od siebie. Tak, aby jadła mi z ręki. Tak, abym mógł szantażować ją albo jej ojca – westchnąłem. – Miała dla mnie wykraść pewne dokumenty. Łysy chciał mieć na jej starego jakieśhaki.

– I co było dalej? – spytaładwokat.

– Obserwowałem ją pół roku. Byłem tam, gdzie ona, widziałem wiele… – Zacisnąłem mocno zęby na wspomnienie Dagmary w objęciach tego gacha ze studiów. – Wszystko byłoby okej, nie obeszłoby mnie to zupełnie, gdyby nie… uczucie.

– To ciekawe – burknął pod nosem tendrugi.

Przymrużyłem powieki i uważnie mu się przyjrzałem. Gość był naprawdę komiczny. Okulary rodem z poprzedniej epoki, dziwna fryzura i jeszcze ta czarnasukienka.

– I zdaje się, że zostanie pan ojcem – kontynuował z wyraźnąkpiną.

Spiąłem się automatycznie, przeniosłem wzrok na adwokata, który był jednocześnie przyjacielem Dagi. Patrzył na mnie nieco łagodniej, więc olewając obecność prokuratora, skupiłem się na rozmowie właśnie znim.

– Łysy mi nie odpuści. Wie o mnie i o niej. A teraz, kiedy ona jest w ciąży… – Pochyliłem się i spojrzałem mu prosto w oczy. – Powiem wszystko, bylebyście zapewnili jej ochronę. Nie chcę, żeby z mojej winy coś jej się stało – wyznałem, a potem doprecyzowałem: – Jej albo naszemudziecku.

Rozdział 1

Stukot sędziowskiego młotka. Tak, to był ostatnio mój ulubiony dźwięk. Kolejna wygrana sprawa i kolejny zadowolony klient. Ty razem pani Ewelina, która po stracie narzeczonego chciała odzyskać samochód będący w posiadaniu jej niedoszłych teściów. Sprawa niby prosta, ale jakżeemocjonalna.

– Dziękuję, pani mecenas. Ten samochód to jedyna pamiątka po nim. Dziękuję, że go pani dla mnieodzyskała.

Uścisnęłam jej dłoń i uśmiechnęłampokrzepiająco.

Kochałam to uczucie. Uszczęśliwianie ludzi, ratowanie ich i wyciąganie z kłopotów. Czy czułam się wtedy jak Bóg? Nie, ale będąc na sali rozpraw, dostawałam skrzydeł, czułam, że mogę wiele. Moc sprawcza. Tak, coś w tymbyło.

– To jest moja praca – odparłam, zabierając dłoń. – Gdyby kiedyś potrzebowała pani pomocy, proszę przyjść do kancelarii. Z największą przyjemnościąpomogę.

– Obym nigdy więcej nie potrzebowała pomocy prawnika, ale będępamiętać.

Pożegnałyśmy się szerokimi uśmiechami. Odprowadziłam ją wzrokiem, a potem zrobiłam to, co zazwyczaj w wolnej chwili. Sięgnęłam do torebki po telefon. Musiałam sprawdzić, czy nie miałam nieodebranego połączenia od mamy. Odblokowałam smartfon i automatycznie się uśmiechnęłam. Zdjęcie Zuzi umazanej kaszką manną za każdym razem kładło mnie na łopatki. Była najsłodszą istotą, jaką znałam. Dawała mi motywację, siłę do walki o lepsze jutro. Serce mi pękało, kiedy każdego ranka opuszczałam dom. Musiałam jednak to robić. Myśleć również o sobie i o przyszłości, którą miałam jej zapewnić. Gdy tylko miałam czas, przeglądałam jej zdjęcia oraz filmiki nadesłane przez mamę. Byłam jej wdzięczna za opiekę nad małą. Za pomoc, którą otrzymywałam od swoichrodziców.

Zaraz po porodzie wróciłam do rodzinnego domu. Połóg zupełnie mnie przerósł. Gdyby nie obecność matki, mogło być różnie. Służyła swoim doświadczeniem i wiedzą, które zdobyła, wychowując mnie iMalwinę.

Duże wsparcie okazał mi również Grzegorz. Mój szef był niezwykle wyrozumiały. Przez dwa miesiące po narodzinach Zuzi miałam zupełną przerwę w pracy, a od czterech pracowałam zdalnie, łącząc to z wizytami w sądzie. Jeszcze będąc w ciąży, zaczęłam prowadzić sprawy z jego upoważnienia. Wiedziałam, że robi to tylko ze względu na matkę. I w końcu dowiedziałam się dlaczego. Poznałamprawdę.

– Kolejna wygrana sprawa? – Usłyszałam męski głos za plecami, więc oderwałam wzrok odkomórki.

Nie musiałam się upewniać. Doskonale wiedziałam, kto za mną stoi. Przewróciłam oczami, głęboko westchnęłam, a potem mimo wielkiej niechęci sięodwróciłam.

– Co ty tu robisz? – spytałam na „przywitanie”. – Znów to samo? Chyba jasno się wyraziłam ostatnimrazem.

Krzysiek był jedyną osobą z paczki Marcela, która się ze mną kontaktowała. Pozostali nie podejmowali takich prób. Nie, wcale tego nie oczekiwałam. Sama tego nie robiłam. Czułam się oszukana i zraniona, również za ich sprawą. Znali prawdę, znali motywy Marcela, a mimo to żadne z nich mi tego nie zdradziło. To zrozumiałe, byli lojalni wobec przyjaciela. Ja nie należałam do ich paczki, nie byłam jedną z nich. Wyłącznie Krzysiek stanowił wyjątek. Próbował mnie ostrzec. Pamiętam doskonale jego słowa, kiedy w dniu wesela Izy zjawiłam się w barze, gdzie mieli zwyczaj się spotykać. Wtedy też zobaczyłam Marcela w objęciach innejkobiety…

– Po co tu przyszłaś? – Usłyszałam zaplecami.

Odwróciłam się i zobaczyłamKrzyśka.

– Będzie lepiej, jeśli o nim zapomnisz – doradziłmi.

– Będzie lepiej? Togroźba?

– Rada – odparł, rozglądając się na boki. Podszedł bliżej i dodał: – To nie jest facet dlaciebie.

– A skąd tapewność?

– Lubię cię, nie tylko ze względu na Malwinę. Po prostu mnie posłuchaj. Nie szukaj z nim kontaktu, bo to się może źle skończyć. I nie dla niego, ale dlaciebie.

– Dlaczego mi tomówisz?

– Bo nie chcę, żebyś skończyła jak Malwina. Jesteś za młoda, żebyumierać.

– Co ty pieprzysz? – zapytałam, pocierając ramiona, na których pojawiła się gęsiaskórka.

– Jedź już stąd i nie wracaj – warknął.

– Ale, Krzysiek…

– Jedź stąd – warknąłponownie.

Po aresztowaniu przyjaciela zmienił taktykę. Dzwonił, pisał, w końcu zgodziłam się na pierwsze spotkanie. Postawiłam sprawę jasno: z Marcelem koniec. Nic i nikt mnie nie przekona, aby dać mu kolejną szansę. Krzysiek jednak nie dawał za wygraną. Narzucał się i próbował wymusić moją wizytę w więzieniu. Bezskutecznie starał się na mniewpłynąć.

– Wiem, ale mam sprawę – odparł. – Możemy pogadać? To zajmie nam dosłowniechwilę.

Przymknęłam oczy i westchnąwszy, przystałam na jegoprośbę.

– Maksymalnie piętnaście minut – wyjaśniłam. – Mam kolejną rozprawę. Nie mam czasu na pogaduchy – dodałam, odwracając wzrok. – No dobra, to może usiądźmy – zaproponowałam, wskazując ręką krzesła ustawione podścianą.

Podeszłam bliżej i usiadłam ostrożnie, aby nie pomiąćtogi.

– Co jest tak ważne, że fatygujesz się do sądu? Potrzebujesz pomocyprawnika?

Spojrzałam na niego, mając nadzieję, że chociaż tym razem nie przychodzi do mnie z tym samymproblemem.

– Przecież wiesz, po co tu jestem – odparł, na co przymknęłam powieki. – Po raz kolejny mam tę samą prośbę. Byłem u niego. Chce się z tobąspotkać.

Otworzyłam oczy, jednocześnie odwracając wzrok w przeciwną stronę. Nie pozwolę rozdrapać tychran.

– Wiem, że nie chcesz o nim gadać, ale…

– Krzysiek – zaczęłam, ale zawiesiłam głos. Podniosłam się z krzesła i stanęłam naprzeciwko niego. Górując nad nim, kontynuowałam: – Przychodzisz do mnie po raz kolejny. Wysyłasz mi wiadomości średnio co dwa miesiące. Dzwonisz, a ja i tak nie odbieram. I tak przez cholerne półtora roku. Nie zmieniłam zdania. Nie odwiedzę go, rozumiesz? Między nami wszystko skończone. Nie wiem, po co nadal przychodzisz. Nie chcę być niemiła, ale proszę cię, zrozum to i daj mi jużspokój.

Podniósł się z krzesła i zrównał zemną.

– Wiem, że mnie nielubisz…

– Nie lubię? – weszłam mu w zdanie. – Serio? – prychnęłam. – Wiedziałeś o tym od samego początku. Cała wasza paczka o tym wiedziała. A teraz przychodzisz i udajesz przyjaciela? Niby dlaczego miałabym mu wybaczyć? Podaj mi jeden racjonalny powód, dla którego miałabym tozrobić.

Nie potrzebował chwili namysłu. Odpowiedź padłaautomatycznie.

– On cię kocha – zapewnił, na co wybuchnęłam śmiechem. – Naprawdę. Zakochał się, a potem pogubił w tym wszystkim. Nie planowałtego.

Pokręciłam głową, śmiejąc sięszeroko.

– Daga… – Wyciągnął rękę, chcąc dotknąć mojegoramienia.

Odsunęłam się, po czymwarknęłam:

– Przestań! – Podniosłam głos, czym przyciągnęłam wzrok jakiegoś adwokata przechodzącego obok nas. – Posłuchaj – ściszyłam głos – nie ma już nic między nami. Rozumiesz? Możesz mu to przekazać. Niech da mi spokój i mnie nie nęka. Ty mnie nienękaj.

Podeszłam do krzesła, wzięłam z niego torbę. Miałam zamiar odejść, ale Krzysiek wyprowadził mnie zrównowagi.

– AZuzia?

Wspomnienie mojej córki było błędem z jego strony. Podziałało to na mnie niczym płachta nabyka.

– Posłuchaj – wystawiłam palec wskazujący w jego stronę – pozwoliłam ci ją poznać, ale nie używaj jej jako karty przetargowej. To jest moja córka i nie dam jej skrzywdzić ani wciągnąć w tobagno.

– To też jest jego córka – odgryzł się. Widząc moje wzburzenie, spuścił z tonu. – Daga, proszę cię, jedź do niego i porozmawiaj z nim. On nie chce dla was źle. Żałuje tego, cozrobił.

– Po co mam tam jechać, skoro zapewne sam mnie odwiedzi? Zostało mu pół rokuodsiadki.

Krzysiek pokręcił głową i westchnął zrezygnowany. Doskonale wiedział, że nie jestem łatwą przeciwniczką. Skoro przez tyle miesięcy nie udało mu się mnie przekonać, w jaki sposób dałby radęteraz?

– Proszę cię, przemyśl to. Zrób to dla waszej córki. – Wyciągnął z kieszeni spodni jakąś kartkę i wysunął w moim kierunku. – Prosił mnie, żebym ci toprzekazał.

Spojrzałam niepewnie na papier. Tak, to zdecydowanie otworzy moje ledwo zabliźnione rany. Wahałam się, czy powinnam, ale ostatecznie wzięłam od niego, jak się później okazało, list.

– Nie czytałem – zapewnił, kiedy gootworzyłam.

Moje oczy zaszły łzami, gdy zobaczyłam obszerny tekst z podpisem „Kocham Cię niezmiennie i równiemocno”.

– Przeczytam w wolnej chwili. – Złożyłam kartkę na pół i pospiesznie schowałam dotorebki.

Starałam się, aby Krzysiek nie dostrzegł moich zaszklonych oczu. Mimo że upłynęło półtora roku, nadal to we mnie siedziało. Bo jak miałoby być inaczej? Może i byłoby mi łatwiej, gdyby Zuzia tak bardzo nie przypominała Marcela. Tymczasem ona była jego kopią. I choć była malutka, wyraźnie dostrzegałam to podobieństwo. Miała jego oczy inosek.

Towystarczyło.

– Teraz muszę lecieć. – Wygładziłam togę, równocześnie mrugając. Wreszcie, gdy ostrość widzenia powróciła, spojrzałam naniego.

– Jasne – burknął pod nosem. – Do zobaczenia – powiedział, zanim sięodwrócił.

– Nie – wtrąciłam prędko. – Proszę cię, nie przychodźwięcej.

Krzysiek przytaknął, a potemrzucił:

– Okej, jak sobieżyczysz.

– Tak, tego właśnie sobieżyczę.

Z torebką i aktówką w ręce, szybkim krokiem poszłam na kolejną rozprawę. Starałam się nie myśleć o przeszłości. O Marcelu i o prośbie Krzyśka. Wyzbyłam się nawet potrzeby odczytania listu tu i teraz. Musiało to poczekać, musiałam odsunąć myśli na bok. Doskonale wiedziałam, że to, co przeczytam, nie pozwoli mi w pełni zachować profesjonalizmu, a tym samym nie będę w stanie pomóc klientowi. Rozkojarzyłoby mnie to, być może nawet rozbiło. List musiałzaczekać…

Gdy już wreszcie znalazłam odpowiednią salę rozpraw, skupiona w stu procentach weszłam do niej i przywitałam ze swojąklientką.

– Pani Paulino, proszę się tak nie denerwować – pokrzepiłam ją. – Te alimenty się pani należą. Pani i pani dzieciom – zapewniłam. – Spokojnie, to tylkoformalność.

Uśmiechnęłam się do niej, co od razu odwzajemniła. Bycie samotną matką bywa trudne i wymagające. Coś o tym wiedziałam. Od kilku miesięcy próbowałam być dla swojej córki matką i ojcem. Wiedziałam jednak, że jej tata kiedyś się pojawi, że będzie chciał ją poznać i że ta chwila zbliżała się wielkimikrokami.

§§§

– Już jestem! – krzyknęłam, zamykając za sobądrzwi.

Zostawiłam kurtkę i torebkę w przedsionku, a potem weszłam w głąb domu. Dostrzegłam moją córeczkę próbującą raczkować na macie w salonie. Była pod opieką swojegodziadka.

– Cześć, kotku – przywitałam się z nią, kiedy robiła „fikołka”. – Cześć, tato. – Dałam mu szybkiego buziaka w policzek, po czym uklęknęłam obokdziecka.

– Jak w sądzie? – spytał, gdy całowałam małą wgłówkę.

Westchnęłam i skinęłamgłową.

– Dobrze. Obydwie sprawy przebiegły pomyślnie – odparłam, nie odrywając wzroku odZuzi.

– Jesteś świetną prawniczką. Jestem z ciebie bardzo dumny, wiesz?

– Wiem i dziękuję. – Spojrzałam na niego z szerokim uśmiechem na ustach, a on momentalnie odwzajemnił się tym samym. – Może kiedyś ci dorównam – dodałam.

Moja relacja z ojcem uległa znacznej poprawie. Pojawienie się w naszym życiu Zuzi na nowo nas do siebie zbliżyło. Nadal miałam do niego żal, lecz późniejsze wydarzenia nie przeszły bez echa. Byłam mu wdzięczna za pomoc w sprawie wyroku Marcela. Dostał najniższy, jaki mu groził – dwa lata odsiadki. Dodatkowo moja ciąża i powrót do domu – to wszystko nas umocniło, pomogło nam ponownie stać się, razem z mamą, zgranymteamem.

– Pójdę się przebrać i zaraz ją przejmę – powiedziałam, podnosząc się zklęczek.

– Przecież wiesz, że to dla mnie przyjemność – odparł z uśmiechem, jednocześnie wpatrując się w swojąwnuczkę.

– Wiem, ale wiem też, że masz mnóstwo innych spraw do załatwienia. – Poklepałam go po ramieniu. – Zarazwracam.

Wróciłam do przedpokoju, wzięłam torebkę, a potem poszłam do swojej sypialni. Ściągnęłam ubrania i włożyłam zwykły T-shirt oraz getry. Ze względu na Zuzię i jej zapędy do ściągania okularów z nosa zrezygnowałam z nich. Nie bez problemów oswoiłam się już z soczewkami. Sam brak okularów korzystnie wpływał na mój wygląd i samopoczucie. Nie przypominałam już szarej myszki, która chowała się za wielkimi oprawkami. Stałam się pewną siebie kobietą orazprawniczką.

Sięgnęłam do torebki po telefon, który informował mnie o nadejściu SMS-u. Zanim jednak wzięłam w ręce aparat, zauważyłam list, który przekazał mi Krzysiek. Usiadłam na łóżku i zawahałam się przez moment. Czy aby na pewno powinnam go odczytać? Byłam świadoma, że przeczytanie tych słów wpłynie na mnie, być może nawet namiesza mi w głowie. Przez chwilę rozważałam wyrzucenie go do kosza. Nie zrobiłam tego jednak. Nie wytrzymałam, nie chciałam się dłużej katować. Po prostu otworzyłam kartkę i przeczytałamtreść.

Cześć,

wiem, że nie spodziewałaś się tego. I nie mam na myśli listu. Wiem, że mnie nienawidzisz, że jesteś wściekła i nie chcesz ze mną rozmawiać. Mimo wszystko, proszę cię, przyjdź. Chociaż ten jeden raz. Za pół roku i tak się spotkamy, ale mimo tego chcę porozmawiać, wyjaśnić ciwszystko.

Pamiętasz, jak opowiadałem ci o Kubusiu i o tym, że tęsknota za nim pomogła mi przetrwać to piekło? Teraz mam innego anioła. Tęsknię za swoją córką. Wiem od Krzyśka, że ma na imię Zuzia i że jest piękna. Nigdy jej nie widziałem, ale i tak za nią tęsknię. Cholernie mocno. Jest moją motywacją. Ty również nią jesteś. Wiem, że źle zaczęliśmy, że zbyt wiele złego się między nami wydarzyło, ale mamy córkę, która jest naszą przyszłością. Chcę być jej ojcem i częścią jej życia. Chcę też być w twoim życiu. Nie odpuszczę, dopóki tego nieosiągnę.

Kocham Cię niezmiennie i równiemocno.

Marcel

Złożyłam list na pół i odłożyłam na łóżko. Przymknęłam powieki i pozwoliłam swobodnie spłynąć łzom. Przez dłuższą chwilę po prostu tak trwałam. Nie mogłam dopuścić, aby mnie to rozbiło. Przez ostatnie półtora roku stałam się twarda, odporna na ból. Zrobiłam to dla córki. Mimo zmiany, która we mnie zaszła, wspomnienie naszej przeszłości wywołało płacz. Czułam się jak cholerna idiotka. Jeden list zburzył mur, który pozornie budowałam przez miesiące. Tak, pozornie myślałam, że nie tęsknię i nie darzę go żadnym uczuciem. Okazało się, że żyłam w błędnymprzeświadczeniu.

Spojrzałam na białą kartkę leżącą na materacu. Przygryzłam wargę, zastanawiając się, czy byłabym w stanie spełnić prośbę Marcela. Pół roku – tyle dzieliło mnie od stanięcia z nim twarzą w twarz. Ale czy chciałam toprzyspieszać?

Usłyszawszy dobiegający z dołu płacz małej, oddaliłam od siebie tę myśl. Pospiesznie otarłam wilgotne policzki i biegiem ruszyłam dosalonu.

– Daj ją – powiedziałam do ojca, a potem wzięłam ją naręce.

– Jest śpiąca – wyjaśnił. – Zrobię mleko – dodał, znikając wkuchni.

Kołysałam Zuzię i całowałam ją w główkę, chodząc po całym salonie. Starałam się ją uspokoić, choć to na nic się zdało. Tuliłam ją do siebie, cały czas mając w pamięci list Marcela. Uśmiechnęłam się do niej, gdy ta wreszcie przestałapłakać.

– Moja piękna. Mój aniołek – szeptałam, wpatrując się w jej charakterystycznetęczówki.

Zupełnie nie zauważyłam powrotu ojca. Wzięłam od niego butelkę, usiadłam na kanapie, a mała od razu ochoczo zaczęła jeść. Wpatrywałam się w nią z uśmiechem na ustach. Gołym okiem widać było rysy Marcela. Była tak bardzo do niego podobna. W jednej chwili zdałam sobie sprawę, że nawet będąc najlepszą prawniczką w mieście, nie będę w stanie zapewnić jej wszystkiego, czego potrzebuje. Nigdy nie zastąpię jej ojca. I może ten list coś zmienił. Wyznanie miłości i jego motywacja. On chciał nas odzyskać, chciał kontaktu i… mojej miłości. Tylko czy ja byłam na to gotowa? Jedno było pewne – byłam ciekawa, ale i przestraszona wizją naszego ponownegospotkania.

– Tato – zaczęłam, nie odrywając wzroku od Zuzi. – Mógłbyś mi załatwićwidzenie?

– Widzenie? – spytałzaskoczony.

Spojrzałam na niego, a potem skinęłamgłową.

– Tak, chcę z nim porozmawiać. Najszybciej, jak tomożliwe.

Ojciec przyjrzał mi się uważnie, domyślił się, o kogo michodziło.

– Jesteś pewna? – dopytałsię.

– Tak, tato. Najwyższa pora tozrobić.

Przeniosłam wzrok na córkę. Właśnie kończyła opróżniać butelkę. Miała apetyt. Było tak od urodzenia. Rozwijała się prawidłowo, dużo jadła i dużo spała. Nie była kłopotliwym dzieckiem. Była wręcz wymarzonym dzieckiem. A wpatrując się we mnie swoimi jaszczurkowatymi oczami, przypominała mi, jak bardzo jej chciałam i jak bardzo kochałam jej tatę. Jak kochałam kiedyś i jak kochałamnadal.

Rozdział 2

Na chwiejnych nogach przekroczyłam próg zakładu karnego, w którym osadzony był Marcel. Zostałam dokładnie przeszukana, po czym wpuszczona do sali odwiedzin. Ojcu udało się załatwić widzenie sam na sam, bez strażników i bez innych odwiedzających. Usiadałam na krześle i z nerwów zaczęłam obgryzać skórki wokół paznokci u prawej dłoni. Starałam się oddychać normalnie, choć szybko bijące serce bardzo mi to utrudniało. Denerwowałam się. Ręce mi się pociły, a momentamidrżały.

Kiedy usłyszałam dźwięk przekręcającego się zamka, zamarłam. Powoli podniosłam wzrok, wtedy go zobaczyłam. Pierwszy raz nie na czarno. Nie odrywał ode mnie oczu, gdy strażnik rozpinał mukajdanki.

– Uważaj, co robisz – ostrzegł go, po czymwyszedł.

Odprowadziłam strażnika spojrzeniem, a potem na powrót skupiłam swoją uwagę na paznokciach. Czułam na sobie jego wzrok, ale nie miałam odwagi, by ponownie na niego popatrzeć. Kątem oka zauważyłam, że podchodzi i siada przystoliku.

– Spójrz na mnie – poprosił tym swoim głosem, który kiedyś tyle potrafił zdziałać. – Proszę.

Zacisnęłam powieki i wzięłam głębokiwdech.

Wyprostowałam się, moje oczy spotkały się z jego jaszczurkowatymi tęczówkami. Zlekceważyłam swoje mocno bijące serce i gulę ciążącą w gardle. Wytrzymałam tospojrzenie.

Kiedy się już nieco oswoiłam z jego obecnością, przyjrzałam mu się uważnie. Wyglądał inaczej. Miał krótsze włosy. To była klasyczna „zapałka”, w której o dziwo dobrze wyglądał. I mimo że nadal miał zarost, to nawet bez niego wszędzie bym go rozpoznała. Głównie za sprawą oczu – tych samych, które codziennie podziwiałam u swojejcórki.

– Przyszłaś. – W jego głosie było słychać entuzjazm. Na jego twarzy błąkał sięuśmiech.

– Tak, ale…

– Wiem – wszedł mi w zdanie – robisz to pierwszy i ostatniraz.

Spojrzałam w kierunku okna. Wpatrywałam się w nie jakiśczas.

On wtedy milczał, uważnie mi się przyglądając. Byłam o tym przekonana, czułam na sobie jegowzrok.

– Nie wiem, po co przyszłam. Przecież wszystko jest dla mnie jasne. – Popatrzyłam na niego. – Oszukałeś mnie i pozwoliłeś się w sobiezakochać.

– Ja też się zakochałem – odparł z automatu. Nie drgnęła mu przy tympowieka.

Położył swoją dłoń na moich, ale natychmiast jąstrąciłam.

– To akurat nie jest ważne. Łączy nas Zuzia i nic poza tym. – Sięgnęłam do torebki i wyciągnęłam z niej zdjęcia. – Mam coś dlaciebie.

Położyłam fotografie na stole, a potem przesuwałam pojedynczo w jegostronę.

– To jest jej pierwsze zdjęcie – wyjaśniłam. – Zaraz pourodzeniu.

Dostrzegłam jego trzęsące się dłonie. Próbowałam tego nie widzieć, również jego zaszklonych oczu. Potrząsnęłam głową, aby nie pozwolić sobie na słabość, aby powstrzymać narastające wzruszenie. Podsunęłam mu drugiezdjęcie.

– Pierwszy ząbek – wyjaśniłam. – Dasz wiarę, że miała cztery miesiące i już się jej przebił? – Uśmiechnęłam się na wspomnienie tej chwili. – Dała mi nieźle popalić tamtejnocy.

Marcel wziął do ręki fotografię, a gdy już się jej uważnie przyjrzał, wraz z pierwszą odłożył na stół. Schował twarz w dłoniach, ciężko wzdychając. Zakłuło mnie serce. Nie dałam mu jednak dojść do głosu, podsunęłam trzeciezdjęcie.

– A to jest zchrztu.

Marcel wyprostował się i spojrzał na mnie. Miał mokre policzki. Szybko odwróciłam wzrok, aby i tym razem nie ulecsłabości.

– Może to dziwne, ale nie miałam żadnego innego, na którym byłabysama.

Wziął je do ręki i przyjrzał się uważnie. Palcami prawej dłoni dotykał twarzy Zuzi, a potem… mojej. Przymknęłam powieki, dostrzegłszy tengest.

– Cieszę się, że będę miał was obie. – Uniósł wzrok znad fotografii. – Daga…

– Nie, Marcel. – Pokręciłam głową. – Wszystko wiem. Taki był plan, co? – Popatrzyłam na niego. – Rozkochać ją w sobie, aby mieć na nią wpływ. Co było dalej? – zapytałam, ale nie czekałam na jego odpowiedź. – Aby jadła mi z ręki, abym mógł ją szantażować. Tak, wiem to wszystko, więc daruj sobie. – Wstałam i zaczęłam zbierać swoje rzeczy. – Znam to nawet na pamięć. Tak mi się wryło – dodałam niecogłośniej.

Marcel wstał i podszedł domnie.

– Nie wychodź jeszcze. – Wyciągnął rękę w moim kierunku, lecz zawisła ona w powietrzu. Byłam zbyt daleko, by mnie dosięgnął. – Opowiedz mi coś o niej. Cokolwiek. Proszę.

Westchnęłam i ponownie usiadłam. On również wrócił na swojemiejsce.

– Pomaga mi mama. Tata też często z nią siedzi. Zaczęła robić fikołki na macie, pokazuje zalążki raczkowania. Nawet próbuje siadać. – Zawiesiłam głos, nie mogąc oderwać wzrok od jego szerokiego uśmiechu. Był szczery i… piękny. – Jest podobna do ciebie, ma twoje oczy i nos, i zapewne apetyt też, bo je straszniedużo.

Zaśmiałsię.

– Jest grzeczna, nie daje w kość, na szczęście ominęły nas kolki. Ma komplet szczepień, nie choruje. – Wzruszyłam ramionami. – Chybatyle.

– A ty? – spytałnagle.

Spojrzałam na niego spod przymrużonych powiek. Wtedydoprecyzował:

– Maszkogoś?

Pokręciłam głową iprychnęłam.

– To chyba nie jest pytanie na miejscu, nieuważasz?

– Być może, ale muszę to wiedzieć. Powiedz mi, spotykasz się zkimś?

Przez chwilę, otuleni ciszą, wpatrywaliśmy się w siebie. Moje serce biło nienaturalnie szybko. Chciał wiedzieć, czy kogoś mam, czy przestałam o nimmyśleć.

– Nie – odparłam w końcu półszeptem. – Ale nie ciesz się – dodałam prędko, widząc jego uśmiech, który pojawił się zaraz po mojej odpowiedzi. – NA RAZIE jestem sama, bo zwyczajnie jestem zbyt pochłonięta Zuzką i pracą. Być może to niedługo się zmieni. Być może poznam kogoś wartościowego. Kto wie? – zapytałam, wzruszającramionami.

Po jego uśmiechu nie pozostałośladu.

– Przeczytałaś mój list dokońca?

Zaśmiałam się lekko i ponownie pokręciłam głową. Wiedziałam, co miał na myśli. Wyznanie miłości, do której ja za nic nie chciałam sięprzyznać.

– Musisz być na strasznym głodzie, co? – zakpiłam, po czym wygodnie się rozsiadłam. – Czy jak twoje przyjaciółki cię odwiedzają, to też je o to wypytujesz? Czekają naciebie?

– Jakie przyjaciółki? – dopytał sięzdezorientowany.

– Wiem, kto cię odwiedzał przez te półtora roku – westchnęłam. – Która z nich czeka? Ada? Sara? A może obienaraz?

– Z żadną mnie nic nie łączy – warknął.

– No tak, tylko sypialiście ze sobą. – Uśmiechnęłam się krzywo. – Tak jak ze mną. Sam przecież powiedziałeś, że nigdy nie byłam twoją dziewczyną. I patrz, znowuwpadka.

Jego twarz się spięła, oczy pociemniały. Oparł się łokciami o stół i pochyliłnieznacznie.

– Nie żałuję, że mamy córkę. Pytanie, czy tyżałujesz?

Nie odpowiedziałam od razu. Przez chwilę po prostu się w niego wpatrywałam. On robił podobnie. Między nami nadal było „to coś”. Nie miałam jednak zamiaru ponownie dać mu się zwieść, omamić i na nowo oszukać. Poród i samotne macierzyństwo miały ogromny wpływ na mojąpostawę.

Już to przerabiałam. Zostawiłam zasobą.

– Gdyby nie Zuzka, w najlepszym wypadku skończyłabym z depresją – wyznałamszczerze.

Dlaczego? Być może chciałam go zranić, uzmysłowić mu krzywdę, jaką miwyrządził.

Podniosłam się z krzesła, gdy dostrzegłam jego zbolałe spojrzenie. Może moje wyznanie dało mu domyślenia?

Podeszłam do okna i wyjrzałam przez nie. Stojąc tyłem, czułam na sobie wzrokMarcela.

– Nie przysyłaj do mnie Krzyśka. Denerwuje mnie to. Ciągłe sprawdzanie, nakłanianie do odwiedzin, to…

– A jednak tu jesteś – wtrącił.

Odwróciłam się i popatrzyłam na niego ponownie. Oparłam się tyłkiem oparapet.

– Tak, jestem, ale to jednorazowe odwiedziny. Oczywiście, jak już opuścisz areszt, będziesz mógł nas odwiedzić i poznać swoją córkę. To wszystko, co mogę ci obiecać w tej chwili. Nie licz nawięcej.

Podniósł się gwałtownie z krzesła, aż ono z hukiem opadło na podłogę. Wsparł dłonie na stole, jednocześnie mierząc mnie wściekłym spojrzeniem. Mogłabym przysiąc, że od tych gromów dostałam gęsiej skórki. Czy się go bałam? Nie, ale wystraszył mnie swoją gwałtownąreakcją.

– Żartujesz? Jestem jej ojcem, mamprawo…

– Nie! – krzyknęłam, wchodząc mu w zdanie. Zrobiłam krok w jego stronę. – Nie masz żadnych praw. To moja dobra wola, że pozwolę ci ją poznać. I jeśli myślisz, że mi ją odbierzesz, to się nie łudź. Nie muszę ci chyba przypominać, jak wpływowym człowiekiem jest mójojciec?

Marcel się wyprostował, obszedł stół, a potem podszedł domnie.

– No tak, wpakował mnie dopierdla.

– A za drugim razem dostałeś mniejszy wyrok. Dzięki niemu, nie zapominaj – rzuciłamostro.

Wyminęłam go, po czym sięgnęłam potorebkę.

Cały czas śledził moje poczynania, obserwował mnie, by w końcuzauważyć:

– Zmieniłaś się. Już nie jesteś tą samąDagmarą.

Wyprostowałam się i spojrzałam naniego.

– Nie nosisz już okularów, jesteś twarda i pewnasiebie.

– Zmieniło mnie życie. Ty mnie zmieniłeś i miłość dociebie.

Dostrzegłam błysk w jegooku.

– Kochasz mnie? – spytał łagodniejszymtonem.

– To nie ma żadnego znaczenia. Chcę iść dalej, Marcel, bo mam dla kogożyć.

Zacisnął mocno szczękę i zmrużyłpowieki.

– I co? Znajdziesz jej nowego tatusia? Nie musisz, bo mamnie.

Prychnęłam.

– Aktualnie to jej ojciec siedzi w pace – wycedziłam przezzęby.

Marcel zacisnął mocno szczękę, a potem zwiesił zrezygnowanygłowę.

– Czas namnie.

Odwróciłam się, ale wtedy Marcel chwycił mnie za nadgarstek. Spojrzałam na nasze splecione dłonie. Przymknęłam jednak powieki, bo moje oczy zaszłyłzami.

Jegodotyk…

– Omal jej nie straciłam – zaczęłam, powstrzymując wzruszenie. Nie uniosłam jednak wzroku, nie dałam rady patrzeć mu prosto w oczy. Zerknęłam na nasze złączone dłonie. – Dostałam leki na podtrzymanieciąży.

– Daga…

Zebrałam się w sobie i podniosłamgłowę.

– Wiesz, dlaczego musiałam je brać? – spytałam, ale nie czekałam na jego odpowiedź. – Każdego dni wyłam z bólu, cierpiałam przez ciebie i przez to, co mi zrobiłeś. Doceń to, że tu jestem. Wiele mnie to kosztuje. Nie jest mi łatwo patrzeć na człowieka, który mnie zniszczył i uczynił ze mnie emocjonalnywrak.

I jednocześnie dał mi najpiękniejsze momenty wżyciu.

– Przepraszam – wydukał.

– Marcel, to nie takie proste. Myślisz, że powiesz „przepraszam”, a ja o wszystkim zapomnę? To tak nie działa. Myślisz, że łatwo mi jest patrzeć na nią każdego dnia i widzieć w niej ciebie? – Zawahałam się, a potem ciężkowestchnęłam.

Zawiesiłam wzrok na jego wargach. Kiedyś były moje, kiedyś znałam ich smak. To była moja słabość. On w dalszym ciągu był mojąsłabością.

– Tak, nadal cię kocham. – Uśmiechnęłam się lekko, nie odrywając spojrzenia od jego ust. – Niezmiennie i równie mocno jak kiedyś – dodałampółszeptem.

– Też cię kocham – zapewnił, ale nie chciałam tegosłuchać.

Otarłam policzki, po których spływały łzy. Odwróciłam wzrok, zarzucając torebkę naramię.

– To i tak niczego nie zmienia między nami. Nie ufam ci i chyba nie potrafiłabym na nowo zaufać. – Wyprostowałam się i po raz ostatni na niegospojrzałam.

Podeszłam do drzwi, zastukałam w nie dwa razy, a po chwili strażnik je uchylił. Zanim jednak przekroczyłam próg, usłyszałam za plecami głosMarcela.

– Kocham cię i nie odpuszczę. Odzyskam was, bo jesteście moje. Ty jesteś moja. Niezmiennie i równie mocno jakkiedyś.

Był pewny swoich słów. Wyczułam jego determinację. Miał o co walczyć. O swoją córkę, z którą kontaktu nie miałam zamiaru mu ograniczać. Byłam zła i wściekła na niego, ale nie byłam egoistką. Zuzia miała prawo widywać się z ojcem, choćby był najgorszym skurczybykiem wobec jejmamy.

Wsiadłam do swojego nowego, kupionego pół roku temu, auta, volvo V40, i od razu odnalazłam w torebce telefon. Wybrałam numer matki, a potem w oczekiwaniu, aż odbierze, wsłuchiwałam się w sygnałpołączenia.

– Mamo, przygotuj Zuzię. Chcę ją zabrać na długi spacer – rzuciłam jednymtchem.

– Miałaś dzisiaj spędzić czas z Izą – zauważyła.

Przymknęłam powieki, opierając głowę ofotel.

– Tak, wiem mamo, ale potrzebuję tego. Cholernie tego potrzebuję – dodałam, ledwo powstrzymującłzy.

Usłyszałam przeciągłe westchnieniematki.

– Dobrze, córciu. Czekamy na ciebie w takimrazie.

Rozłączyłam się i rzuciłam telefon na sąsiedni fotel. Oparłam się dłońmi o kierownicę i spojrzałam na budynekwięzienia.

– Pół roku – powiedziałam do siebie. – A co zrobię potem? Przecież ty nieodpuścisz.

Westchnęłam głęboko, po czym uruchomiłamsilnik.

Rozdział 3

– Cześć, piękna. – Usłyszałam za plecami, kiedy chowałam dokumenty do aktówki. – Znowu wygranasprawa?

Odwróciłam się i zauważyłam idącego w moim kierunkuPiotrka.

– Cześć – przywitałam się z lekkim uśmiechem. – Zadowalająca ugoda – wyjaśniłam zdumą.

– Jak tak dalej pójdzie, wykosisz mnie zkancelarii.

– Daj spokój. – Przewróciłam oczami. – Jestem przy tobie malutka. O taka. – Zobrazowałam to, łącząc kciuk z palcemwskazującym.

– A jak się miewa nasza różowalandrynka?

– Świetnie. Przerażająco szybko rośnie – odparłam. – A co u Oli? – spytałam z grzeczności o jegodziewczynę.

Byli ze sobą półtora roku. Byłam przekonana, że skoro mają tak długi staż, to jest im ze sobą dobrze. Widocznie się myliłam, bo Piotrek westchnął, a potem odwrócił wzrok. Chyba nie chciał o niejrozmawiać.

– Wiesz, że zawsze możemy to przegadać? – zaproponowałamluźno.

Zanim poszłam na macierzyński, często ze sobąrozmawialiśmy.

Zapomnieliśmy o przeszłości, zostawiliśmy to za sobą i skupiliśmy się na odbudowywaniu naszej przyjacielskiej relacji. Olą był wręcz zafascynowany. Gdy o niej wspominał, oczy mu błyszczały. Dostrzegałam jego zaangażowanie za każdym razem, kiedy pytał mnie o radę albo pomysł na wymarzonąrandkę.

– Usiądziemy? – zaproponował, na coprzytaknęłam.

– Jasne, mam już wolne na dziś – odparłam, po czym usiadłam obokniego.

Piotrek wsparł łokcie na kolanach, a potem zwiesiłgłowę.

– Zrobiło się poważnie – zaczął. – Ola chyba oczekuje jakiejśdeklaracji.

– A ty? – Spojrzałam na jego profil. – Nie chcesz tego? Myślałam, że jest wamdobrze.

Westchnął głęboko, jednocześnie pocierającdłonie.

– Ola to świetna dziewczyna. Dogadujemy się, nie tylko włóżku.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Piotrek popatrzył na mnie i zawiesił wzrok na moichustach.

– Nie śmiej się, seks w związku topodstawa.

– To co jest z nią nie tak? – dopytałam się, poważniejąc.

– Wszystko jest okej – powiedział, przenosząc spojrzenie z moich ust na oczy. – Ale brakuje mi tego czegoś. Tego czegoś, co czuję, będąc przytobie.

Otworzyłam usta ze zdziwienia i pomrugałam kilkukrotnie. Wciągnęłam głośno powietrze, zrywając się na równe nogi. O mójBoże…

Zaczęłam chodzić tam i z powrotem, pocierając przy tymczoło.

– Powiedz coś – wtrącił, uważnie mi sięprzyglądając.

Zatrzymałam się i stanęłam naprzeciwkoniego.

– Piotrek, co ty gadasz? Jesteś z nią półtora roku. – Starałam się nie krzyczeć, zważając na to, że byliśmy w sądzie. Mimo to nie mogłam zapanować nad wzburzeniem. – Prosiłeś mnie o rady. Myślałam, że zapomniałeś o tamtym, a tytymczasem…

– Nie, nie zapomniałem. – Wstał i zbliżył się. – Jedno twoje słowo, a jązostawię.

– Co? – Pokręciłam głową. – Nie, nie możesz jej tego zrobić. Ona cię kocha. Widziałam to na urodzinach szefa. Nie widzi świata pozatobą.

– Ale w tym rzecz, że ja jej nie kocham – westchnął. – Nawet nie wiesz, jak trudno mi było powstrzymywać się w twojej obecności. I jeszcze patrzeć na ciebie z brzuszkiem. Kurwa, tak pięknie ci z nimbyło.

– Piotrek, dość. – Wyrzuciłam ręce w górę z bezsilności. – Nie chcę tego słuchać. – Minęłam go i zaczęłam zbierać swoje rzeczy zkrzesła.

– Myślę o odejściu z kancelarii. – Usłyszałam zaplecami.

Odwróciłam się i spojrzałam na niegozaskoczona.

– Tak będzielepiej.

– Co? Dlaczego? Przezemnie?

– Nie możemy razem pracować. A zapewne już niedługo wrócisz. Nie umiem przebywać w twojej obecności. Starałem się unikać cię, ale to silniejsze odemnie.

– Nie chcę, żebyś rezygnował z pracy przezemnie.

– Już postanowiłem – powiedział, na co przytaknęłam. – Wtedy, kiedy się ciebie radziłem… ja naprawdę chciałem wiedzieć, jakie jest twoje wymarzone miejsce narandkę.

– Piotrek, przestań. – Chwyciłam swoją togę, torebkę i aktówkę. – Jeśli chcesz się rozstać z Olą, to zrób to dla siebie, nie dla mnie. Między nami nic nie będzie. Mam Zuzię i muszę o niejmyśleć.

Ruszyłam przed siebie, ale mniezatrzymał.

– Przemyślałem to. Wiesz, że ją uwielbiam. Mogę być jejojcem.

Zmarszczyłam brwi i pokręciłam głową, coraz bardziej irytowała mnie tarozmowa.

– Przemyślałeś? Jakim niby cholernym prawem? Nie mów tak nigdy więcej. Ona ma ojca – oburzyłam się, na samą myśl o pozbawieniu córki jej prawdziwegoojca.

Piotrekprychnął.

– To o niego chodzi? Dlatego nie chcesz dać mi szansy? Bo nadal gokochasz?

– A to akurat nie jest twojasprawa.

Odwróciłam się, ale ponownie mniezatrzymał.

– Wyrządził ci tyle zła, oszukał cię – podkreślił wyraźnie. – A nadal może liczyć na twoją miłość. Choć wcale na to nie zasługuje. Pieprzonyszczęściarz.

– Zachowujesz się jak urażony dzieciak, któremu inny zgarnął zabawkę sprzed nosa – wycedziłam przez zęby, a potem wyminęłam go, ruszając dowyjścia.

Opuściłam sąd, nie dowierzając temu, co miało przed chwilą miejsce. Myślałam, że Piotrek odpuścił, dał sobie ze mną spokój. Nie ukrywałam, że myślami szykowałam się na ich ślub i wesele. Naprawdę sądziłam, że są ze sobą szczęśliwi. Tymczasem było mi żal Oli. Poznałam ją i zdążyłam polubić. To była świetna dziewczyna. Wpatrzona w Piotrka. Wyraźnie jej imponował. Gołym okiem można było dostrzec uczucie, którym go darzyła. Pasowali do siebie równieżwizualnie.

Wsiadłam do volva i odszukałam telefon. Zadzwoniłam do mamy, aby upewnić się, że u Zuzi wszystko w porządku. Później wybrałam numer swojej przyjaciółki. Było mi głupio. Odwołałam ostatnie spotkanie krótkim SMS-em.

– Przepraszam, że w zeszłym tygodniu odwołałam nasze spotkanie – zaczęłam zeskruchą.

– To zrozumiałe. Poza tym Waldek sięucieszył.

Uśmiechnęłam się na myśl o niej i Waldku. Zdążyłam się oswoić z faktem, że razem z moją przyjaciółką tworzą zgraną parę. Półtora roku to szmat czasu. Cóż, nie dlaPiotrka.

– A co u niego? – dopytała się, mając na myśli Marcela. Wiedziała o mojej wizycie wareszcie.

– Chyba normalnie – odparłam, wzruszając ramionami. – Jak to wwięzieniu.

– A spotkanie z nim zrobiło na tobiewrażenie?

– Zrobiło – przyznałam. – Było dziwnie. Wypytywał o Zuzię, dałam mu nawet jej zdjęcia. Chciał wiedzieć, co u mnie, czy z kimś sięspotykam.

– I co muodpowiedziałaś?

– Że skupiam się na dziecku i pracy. Powiedziałam prawdę. Nie mam czasu na nawiązywanie nowychznajomości.

– A może właśnie musisz to zmienić? – Iza wyraźnie sięożywiła.

Znałam ją doskonale. Wiedziałam, że w tym momencie coś knuje. Nie myliłam się. Szybko wysunęła po raz kolejny tę samąpropozycję.

– Może dasz się w końcu namówić na tę podwójnąrandkę?

Przewróciłam oczami. Tyle razy już odmawiałam, że mogłaby to wreszcie zakodować. Nie byłam zainteresowana randkowaniem. Nie, kiedy nadal byłamzakoch…

– Nie – westchnęłam. – Nie jestem jeszcze na togotowa.

– Nie jesteś czy nie chcesz? – zapytała wprost. – Półtora roku nie spałaś z facetem. Ba, ty nawet nie rozmawiałaś z żadnym innym, który nie byłby powiązany z twojąpracą.

– Nieprawda. Rozmawiam z klientami – odparłam z automatu, przyznając jejrację.

– O tym właśnie mówię. – Wzięła głęboki wdech. – Potrzebne ci bzykanie. I tonatychmiast.

– Izka, proszę…

– No chyba że czekasz właśnie naniego?

Potarłam czoło, jednocześnie przymykającpowieki.

– Jestem żałosna, co?

– Nie żałosna, a zakochana. Choć może to tylko sentyment? Albo chcesz w to wierzyć ze względu na Zuzię? Bo chcesz jej dać pełnąrodzinę?

– Sama nie wiem – odparłam bez przekonania. – Izka, muszę kończyć. Wpadnę niedługo zobaczyć twoje nowe gniazdko. I trzeba pomyśleć o jakiejśparapetówce.

– Mieszkanie jest super – pisnęła. – Ale i tak to, które dzieliłam z tobą, było o niebolepsze.

Zrobiło mi się ciepło na sercu na wspomnienie wspólnie spędzonychchwil.

– Ej, bo się rozkleję. Kończę, bo kawał drogi przedemną.

Codzienna jazda po czterdzieści pięć minut w jedną stronę była mecząca. Nie miałam jednak wyjścia. Na razie musiało to takwyglądać.

Parkując pod domem, zauważyłam kogoś we wstecznym lusterku. Na sam widok zrobiło mi się gorąco. To była Sara. Stała na ganku i paliła papierosa. Wysiadłam z auta. Zamykając je, spostrzegłam, że na mnie patrzy. Nie wiedziałam, czy chciała ze mną porozmawiać, a nawet jeśli, ja nie miałam na to ochoty. Nie czekając dłużej, odwróciłam się na pięcie i weszłam dodomu.

– Jestem już! – krzyknęłam, przekraczając próg. Doskonale wiedziałam, że to nie była pora drzemki mojejcórki.

Weszłam do salonu, gdzie mama kończyła dawać jej obiadek. Mała była umazana zielonym kremem z brokułów, który o dziwo jejsmakował.

– Weźmiesz ją, żeby jej się odbiło? – spytała mnie mojarodzicielka.

– Jasne, daj mi tylkopieluchę.

Podała mi tetrę, którą zarzuciłam na ramię, po czym wyciągnęłam Zuzię zleżaczka.

– Chodź domamy.

Nosiłam ją i tuliłam do siebie, aż jej się odbiło. Podeszłam do okna, z którego ponownie zauważyłam Sarę. Tym razem w towarzystwie jakiegoś faceta. Dała mu szybkiego buziaka na przywitanie, a potem razem weszli dodomu.

– Mamo, kupiłaś te kwiaty, o które cię prosiłam?! – zawołałam, nie odwracając wzroku od posesjisąsiadów.

– Tak, kochanie. Są w przedpokoju, w wazonie – odpowiedziała, nadal będąc wkuchni.

Spojrzałam na Zuzię, która momentalnie się do mnie uśmiechnęła. To był cudowny widok. Śmiejąc się, pokazywała swój pierwszy i jedyny ząbek. Wpatrywałam się w nią, podziwiając jej podobieństwo do Marcela. Te jej oczy… ten nosek… tamimika…

– Kocham cię – powiedziałam do niej, jakbym chciała powiedzieć to do niego. – I cholernie za tobą tęsknię – dodałam, po czym jąprzytuliłam.

Wzruszyłam się na wspomnienie mojej wizyty w więzieniu. Przymknęłam powieki, żeby się nie rozpłakać, ale wtedy w mojej głowie rozbrzmiały słowa Izy. Choć może to tylko sentyment? Albo chcesz w to wierzyć ze względu na Zuzię? Bo chcesz jej dać pełnąrodzinę?

– To miłe z twojej strony, córciu, że chcesz tam pójść. – Usłyszałam za plecami głosmatki.

Odwróciłam się, a potem lekko się do niejuśmiechnęłam.

– Dawno tam nie byłam, a z Zuzią wcale. Dzisiaj jest trochę chłodniej. Pójdę po ten cieplejszy kombinezon i zaraz wracam. Weźmieszją?

– Oczywiście. To byłby jej braciszek – dodała, kiedy wzięła na ręce małą. – Patrz, jak to życie się układa – burknęła, kręcąc przy tymgłową.

Nie odpowiedziałam jej, poszłam do sypialni, skąd zabrałam cieplejsze ubranie dla Zuzi. Wychodząc z nią na spacer, wzięłam jeszcze bukiecik frezji dlaKubusia.

Cmentarz był niedaleko. Piętnaście minut później stałam przy jego grobie. Mimowolnie przypomniały mi się słowa Marcela, kiedy byliśmy tam razem. Wzruszyłam się. Oczywiście, że tak. Teraz, mając dziecko, mogłam sobie wyobrazić, co czuł i jak mocno przeżył jego stratę. Nie wiedziałam, co bym zrobiła, gdyby Zuzi coś się stało. Zazwyczaj panikowałam przy zwykłejgorączce.

Wsadziłam kwiaty do wazonu i pomodliłam się. Zuzia zasnęła, więc jak tylko wróciłyśmy, rozebrałam ją i położyłam w łóżeczku, po czym, korzystając z okazji, poszłam podprysznic.

Gdy mydliłam ciało, znów przypomniały mi się słowa mojej przyjaciółki. Tym razem te o braku seksu. Miała rację. Brakowało mi tego, choć starałam się o tym nie myśleć. Odwiedziny w więzieniu sprawiły, że na nowo zaczęłam czuć, znów potrzebowałam dotyku. Dawniej, gdy jeszcze nie znałam Marcela, częściej to robiłam, ale odwykłam od zabawiania się z samą sobą. Tym razem było inaczej. Potrzebowałam tego. Potrzebowałam rozluźnienia. Potrzebowałamjego.

Przymknęłam powieki i dotknęłam dłońmi swoich piersi. Wyobrażałam sobie, że to on mnie dotyka, że to on je podszczypuje. Kiedy poczułam przyjemne pulsowanie, dotknęłam ręką swojej kobiecości. Oparłam się jedną ręką o ścianę kabin, a drugą drażniłam swoją łechtaczkę. Raz po raz, wsadzając w siebie palec i dotykając wrażliwego punktu mojej kobiecości, doszłam z głośnymjękiem.

Gdy emocje już opadły, a moje ciało się uspokoiło, zdałam sobie sprawę, jak żałosne jest moje życie uczuciowe. Oparłam się dłońmi o kabinę i zaczęłam płakać. Płakałam z powodu miłości i tęsknoty. Płakałam, bo nie wyobrażałam sobie innego faceta w moim życiu. W moim i mojej córki. Płakałam z bezsilności, bo jak niby mielibyśmy stworzyć normalną rodzinę? Jak niby mielibyśmy zapomnieć o przeszłości, patrząc w niepewnąprzyszłość?

Rozdział 4

Pół roku później

Usiadłam w fotelu naprzeciwko Grzegorza. Mieliśmy omawiać jedną ze spraw, którą mi powierzył. Chciałam się poradzić, skorzystać z jego dużo bogatszego doświadczenia. Nie mogłam jednak nie zacząć rozmowy od odejścia Piotrka zkancelarii.

Spojrzałam na Grzegorza ze skruchą, a potemprzyznałam:

– Przykro mi z powodu Piotrka. Nie chciałam do tegodoprowadzić.

Grzegorz lekko się uśmiechnął, jednocześnie wzruszającramionami.

– Cóż, to jego wina. Skoro nie umie rozdzielić pracy od życia prywatnego. Kancelaria da sobie radę bez niego. Są jeszcze Tomek i Waldek. No i jesteśty.

– Nie zastąpię Piotrka – odparłam, kręcąc głową. – Poza tym nie generuję żadnych zysków – dodałam, krzywiącsię.

– Wszystko ma swój czas – pocieszył mnie, posyłając jeszcze jeden lekki uśmiech. – Swoją drogą, spotkałem ostatnioJabłońskiego.

Nie musiałam długo szukać w pamięci. Doskonale wiedziałam, o kim mówił. W naszym świecie to nazwisko nie było zbyt popularne. Marek Jabłoński był prokuratorem. Co prawda młodym, ale strasznie ambitnym. Czy działał mi na nerwy? No jasne. Za każdym razem, kiedy spotykaliśmy się na sali rozpraw, próbował mnie ośmieszyć. Patrzył na mnie lekceważąco i miałam wrażenie, że dzielił ludzi na lepszych i gorszych. Nie trzeba chyba wspominać, do której podgrupy ja się zaliczałam. Zapewne w jego mniemaniu było oczywistym, że nie jestem na tym samym poziomie, co on. Przecież nie byłam prokuratorem, a zwykłą aplikantką. Ale on także kiedyś zaczynał, prawda? On też odbywał kiedyś aplikację. Ten człowiek był dla mnie co najmniej dziwny. Oczywiście, jego zachowanie budziło moje kontrowersje. Jego aparycja była nienaganna. Niestety, nie szła w parze z paskudnym charakterem. Na moje nieszczęście, ostatnio bardzo często widywaliśmy się na sali rozpraw, stając po przeciwnych stronachbarykady.

Skinęłam głową na znak zrozumienia, jednocześnie zachęcając szefa do rozwinięciatematu.

– Ucięliśmy sobie krótką pogawędkę. Jest pod twoim ogromnym wrażeniem. Ponoć wygrałaś z nim trzy ostatnierozprawy.

Jabłoński mnie chwalił? Nie, to nie mogła być prawda. Zapewne to była jakaś podpucha albo przytyk z jegostrony.

– Po prostu prowadził z góry przegrane sprawy – odparłam, wzruszającramionami.

– To nie zmienia faktu, że u niego zapunktowałaś. Gratulacje.

Czy zależało mi na tym? Nie, ale mimo topodziękowałam.

– Dzięki, szefie. – Sięgnęłam po dokumenty, które przychodząc do jego gabinetu, położyłam na biurku. – Mam listę pytań – wyjaśniłam, otwierając akta. – Zeznania świadka rzuciły światło na pewien trop. Potrzebuję twojej rady. Chciałabym poprosić sędziego o powtórne oględziny miejsca zdarzenia i w razie potrzeby przeprowadzenie wizjilokalnej.

Moim kolejnym klientem był pan Szczepan. Sprawca kolizji drogowej, w wyniku której on sam doznał amnezji, a kierujący drugim pojazdem dużego uszczerbku na zdrowiu. Mój klient został postawiony przed sądem, a poszkodowany domagał się zadośćuczynienia za wyrządzone mukrzywdy.

– Okej, masz jakieś mocneprzesłanki?

– Świadek, którego znalazłam, to kobieta, która każdego dnia jeździ do pracy komunikacją miejską. W dniu wypadku, a właściwie w godzinach, kiedy miał miejsce, akurat nie było jej na przystanku oddalonym kilkadziesiąt metrów od zdarzenia, ale odjechała z niego autobusem kwadrans wcześniej. Dobrze pamięta ten dzień, słoneczną pogodę, nawet to, w co byłaubrana.

– Przecież to było ponad miesiąc temu – zauważył trafnie, wchodząc mi wzdanie.

– Tak, wiem. Też byłam tym zaskoczona, ale okazuje się, że dziewczyna prowadzi jakiś blog modowy i robiła sobie selfie, a potem zdjęcie wstawiła doInternetu.

– Dobrze, mów dalej. – Skinął głową, rozsiadając się wygodnie wfotelu.

Przełknęłam mocno ślinę i wróciłam myślami do rozmowy zdziewczyną.

– Monitoring zarejestrował dużą ciężarówkę, która stała na bocznej drodze, odchodzącej od głównej ulicy. Tyle że nie było widać błysku. Odbicia słonecznego. Dziewczyna robiła zdjęcie mniej więcej z poziomu siedzenia kierowcy, amonitoring…

– Jest dużo wyżej – dokończył zamnie.

– No właśnie. Co, jeśli naszego kierowcęoślepiło?

– Dopóki sobie nie przypomni, nie poznamy prawdy, ale to może być dobra poszlaka. Dobra. – Wyprostował się i oparł łokcie na biurku. – Złóż wniosek na kolejnej rozprawie. Ta dziewczyna zgodziła sięzeznawać?

– Tak, mówi, że możepomóc.

– No to mamy sprawę wyjaśnioną. Miejmy nadzieję, że sędzia przychyli się do naszejprośby.

Skinęłam głową i uśmiechnęłam się doniego.

– Zmieniając temat, cieszę się, że już do nas wracasz. Rozumiem, że Zuzia jest ważna, ale my też ciebiepotrzebujemy.

– Gdyby nie mama… – Pokręciłam głową i westchnęłam. – Nie dokończyłabym tej aplikacji. A właśnie, w sobotę organizujemy Zuzi roczek. Może wpadniesz? – zaproponowałam, podnosząc się zfotela.

– Ty serio pytasz? Przecież poznałaś prawdę – zauważył, mając na myśli jego związek z mojąmatką.

– Tak, poznałam i właśnie dlatego cięzapraszam.

– Twoi rodzice nie będą zadowoleni, wiesz o tym? – zapytał, bawiąc się piórem, zupełnie na mnie niepatrząc.

Nie umiał rozmawiać o mojej mamie. Wydawało mi się, że być może nadal ją kochał. Wyznał mi prawdę tylko dlatego, że nalegałam. Swoją drogą, niezłą awanturę wtedy urządziłam rodzicom. Zataić coś takiego, jednocześnie pozwalając mi u niegopracować?

– Grzegorz, jesteś prawie rodziną. Byłeś ojcem Malwiny, a ja? Dzięki tobie jestem tu, gdziejestem.

Tak, Grzegorz był biologicznym ojcemMalwiny.

Mama i Ewa Kubala, jego była żona, zaszły w ciążę jednocześnie. Matka, za względu na ich dziecko, zataiła fakt, że również spodziewa się jego potomka. Związała się z moim ojcem, który był tak zdeterminowany i zakochany w niej, że zaakceptował to, a po porodzie uznał prawnie Malwinę. Moi dziadkowie przez dłuższy czas nie mieli o niczym pojęcia. Kiedy urodziłam się ja, a ojciec zaczął mnie faworyzować, jako tę prawdziwą, biologiczną córkę, w dodatku będącą jego kopią, wyznali im prawdę. Dziadkowie ze strony mamy byli mu wdzięczni, w przeciwieństwie do jego rodziców, którzy byli zawiedzeni i bardzo rozczarowani moją mamą. Summa summarum, Grzegorz dowiedział się o Malwinie, gdy ta miała jedenaście lat. O jedenaście lat zapóźno.

– Nie, to twoja zasługa – odparł, spoglądając na mnie. – Chciałbym mieć taką córkę. Mój syn… – Przerwał i ponownie zwiesiłgłowę.

Nie znałam całej jego historii. Wiedziałam tylko o rozwodzie z żoną i o tym, że mielisyna.

– Proszę, przemyśl to. – Odwróciłam się na pięcie, a kiedy otworzyłam drzwi, dodałam: – Zaczynamy o siedemnastej. Dozobaczenia.