Pani Czerwonego Smoka - Paweł Stasica - ebook

Pani Czerwonego Smoka ebook

Paweł Stasica

0,0

Opis

Nikt nie wierzył w istnienie czerwonych smoków – aż do tej nocy, gdy Scarlett Blackshield straciła wszystko. Nocy, która zamieniła najemniczkę w naznaczoną bliznami ocalałą. Wraz z tajemniczą dziewczynką, której przeszłość spowija milczenie, i półelfim uczonym, poszukującym prawdy wśród ksiąg i ruin, Scarlett wyrusza w pogoń za smokiem oraz wiedźmą, kryjącą się w jego cieniu. Ich droga prowadzi przez świat, w którym nauka coraz śmielej wypiera magię, a polityczne intrygi toczą się o cenę ludzkiego życia. Czy Scarlett odnajdzie w sobie siłę, by stanąć twarzą w twarz z przeszłością? Czy przetrwa kolejne spotkanie ze smokiem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 427

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pamiętając dotyk – zimny dotyk, gorący dotyk… Zły to? Czy dobry? Czy grzechem jest nienawiść? Naturalną reakcją na kuglarskie sztuczki.

Autor nieznany

Prolog

Lament Arven

Chcesz poznać sekret? Śpiewałam pośród duchów wyrwanych ze snu, kształtowałam ich wolę w tym bezlitosnym świecie. Dzięki muzyce nadawałam sens pustym bytom, błąkającym się, szukającym celu. Echa mych szeptów docierały do najskrytszych zakątków nieśmiertelnych dusz, wpływając na eony, które trwały i które trwać będą.

Chociaż znam wszystkie barwy przeznaczenia, to nie przestanę szukać. Cel jest moją gwiazdą północną, ale czym więcej? Pragnę tej wiedzy, a ciekawość krzyczy we mnie głośno jak nigdy przedtem. Cel jest prawdziwy, czymkolwiek by nie był, zmieni mnie nieodwracalnie.

Kolejny postój na drodze bez końca. Zatrzymam się tu. Czy chcesz dowiedzieć się, co widzę? Opowiem ci. Każda, nawet najszlachetniejsza z dróg prowadzi do upadku, każdy dobry wybór – do zagłady, każda znajomość – do zdrady. Przeszłość nie daje rozkwitnąć przyszłości, a sama przyszłość też nie obchodzi się ze swoją siostrą delikatnie. Obarczona niepamięcią, choruje w oczach młodszej siostry. Dzieje się tak, ponieważ teraźniejszość to nieuchwytna iluzja, którą można tylko wspomnieć. Jest tak samo nieosiągalna jak jutro, które nigdy nie nadejdzie. Ani magia, ani natura nie utrzymują księżyca na niebie ani śmiertelników na ziemi. Wszystko zawdzięczamy cudowi, pojedynczej, nieuchwytnej chwili. Jakie jest inne wytłumaczenie?

Żeby rozjaśnić mrok, trzeba zapalić świecę. Ale mrok nigdy nie znika, zawsze czaić się będzie w ciemności poza granicami blasku. Cierpliwie czeka, aż płomień zgaśnie, a kiedy to nastąpi, uderza bez litości. W tej wielkiej rozgrywce zło zawsze wygra. Wygra, bo nie zadaje pytań. Nie szuka iluzorycznych rozwiązań. Zło istnieje, prze do przodu i niczym najstraszniejsza z plag połyka wszystko na swojej drodze. Może to jego jedyna słabość… Że oślepło w mroku własnego bytu.

Całe piękno dobra polega na niesprawiedliwej tragedii, na tej wszechogarniającej bezsilności, na wiecznym przemijaniu. Ostatni blask świecy, niczym ostatni pocałunek ranionego śmiertelnie kochanka, gaśnie jak ostatni płomień – i jest piękny.

A więc chcesz poznać sekret? Tym razem zaśpiewam ci o takim właśnie płomieniu. Płomieniu, który przerodził się w pożar i rozświetlił nocne niebo tak mocno, że niemożliwym było zobaczenie gwiazd. O czasie utraconym na poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, którego nie można nawet zadać. O niewinności zrodzonej z żalu oraz miłości tak grzesznej i niesprawiedliwej, że przekraczającej nieskończone granice nieszczęścia.

* * *

Nienaturalne, czerwone łuny rysujące się na zimowym niebie odbijały się w bogatych zdobieniach pistoletu.

– To dla ciebie…

Padły słowa ledwie słyszalne pośród rzędów kamiennych kolumn.

Głośny wystrzał ciągnął się echem po pustych ścianach świątyni jak ostatnie słowo protestu, rozpaczliwie rzucone i ginące w otchłani nicości. Spłoszone wrony poderwały się do lotu i trzepotały skrzydłami. Zwiastun końca.

Rozdział I

Niepierwsza ballada o psach czternastu, wściekłych i głodnych

Caham to wieś zazwyczaj cicha i spokojna nocą. Karczma i sąsiadująca z nią dawna strażnica nie nawykły gościć rozśpiewanej gromady najemników. Tej nocy, ku niezadowoleniu kilku starszych mieszkańców, tak się jednak stało. Jutro miał nastać pierwszy dzień nowego księżyca, dziesiątego już księżyca w roku siedemset pięćdziesiątym pierwszym ery Stwórców i – jak głosiły święte nauki – należało udać się na modły do miejscowej kapliczki. Najwyraźniej najemnicy o obyczaju nie słyszeli lub, co o wiele bardziej prawdopodobne, mieli go gdzieś. Dym z wielu fajek unosił się w powietrzu i całe wnętrze spowijała delikatna mgła. Ogień paleniska w przeciwległym do wejścia kominku trzaskał wesoło, obdarowując śpiewających ciepłem i światłem.

Słowa piosenki, którą śpiewali, odkąd zaczęli na umór chlać, z całą pewnością nie przynosiły im chluby. Biesiadnicy uderzali kuflami o drewniane ławy przesiąknięte aromatem rozlanych trunków, wybijając sobie rytm. Jasnowłosa elfka w zielonej szacie, zdobionej złotymi ornamentami, oraz bardzo skąpo ubrana piratka zaczęły pierwszą strofę, przekrzykując miejscowy gwar.

Czternastu skurwieli idzie przez las

Zgubili drogę niejeden raz

Do rabanu, zwanego przez nich mylnie śpiewem, dołączyło kilku mężczyzn. Wszyscy tak różni od siebie jak to tylko możliwe, każdy inaczej odziany, każdy w innym wieku.

Czternastu skurwieli puka do bram

Puk, puk, otwierać nam

Do kolejnej strofy przyłączyło się trzech krasnoludów – paskudnych bliźniaków o gęstych brodach i zepsutych zębach. Odłożyli fajki, objęli się ramionami i uradowani zawołali:

Czternastu skurwieli puka do drzwi

Jesteśmy głodni, spragnieni i źli

Wszyscy jednocześnie umilkli w oczekiwaniu, aż pieśń zakończy siwy wojownik. Olbrzym bez trudu podniósł córkę karczmarza wysoko nad siebie i z zaskakująco czystą barwą donośnie zaśpiewał:

Czternastu skurwieli chleje i żre

Dawaj nam dziewek albo po dwie

Zgromadzeni wybuchli śmiechem, a owa dziewczyna śmiała się najgłośniej. Młoda Elly lubiła tę zgraję i żałowała, że tak rzadko ich odwiedzali. Chociaż grzali bez umiaru i przeklinali jak nikt inny, to zawsze byli uprzejmi wobec niej i jej ojca. Nikt nigdy nie złapał jej w sposób, w jaki zazwyczaj pijane bandy zwykły obmacywać młode karczmarki. Niektórzy nawet pomagali sprzątać bajzel po swoich długich biesiadach. Samo to, według dziewczyny, zakrawało na fenomen w skali całego Arvaru.

Wojownik delikatnie odstawił dziewczynę, która poprawiła niedbale spięte w kok brązowe włosy. Gdy tylko jej stopy dotknęły podłogi, znów zaczęła rozlewać najemnikom tanie, ciemne piwo – ukochany trunek wszystkich podróżnych wojaków, którzy przy stosunkowo niewielkim wkładzie rubarów pragnęli umilić sobie czas. Dziewczyna obiegła wszystkie ławy, stoły i stoliki i podeszła do siedzącej samotnie białowłosej niewiasty o nielichej budowie i jasnej skórze, przyozdobionej wieloma pięknymi, kolorowymi tatuażami.

Kobieta nie była młoda, a może należałoby powiedzieć, że wyglądała na starszą, niż była w rzeczywistości. Jak sama przyznawała, nie przekroczyła jeszcze trzydziestu wiosen, jednak dojrzałe rysy dodawały jej estymy i dostojeństwa. Zajadała się gulaszem, jakby jutro miało nie nadejść, i studiowała dużą mapę Arvaru, odmierzając coś palcami w przerwach między kęsami odrobinę stwardniałego chleba. Obok niej, jak zwykle, stał oparty o ścianę miecz. W wielkim i poszczerbionym ostrzu o niespotykanym kształcie i zdobionym przedziwnymi runami jak w krzywym zwierciadle odbijały się karykatury gości karczmy.

Dziewuszka pomachała kobiecie przed oczami, aby przyciągnąć jej uwagę.

– Scarlett, chcesz coś jeszcze, może czegoś ci potrzeba?

Kobieta uniosła zmącone trunkami jasnobrązowe oczy i spojrzała na dziewczynę maślanym wzrokiem.

– Elly, moja mała Elly. – Uśmiechnęła się, po czym podała jej pustą miskę, wyraźnie manifestując swój zachwyt. – Powtórz ojcu, że to arcydzieło. Można jeszcze? – Błagalnie zmarszczyła brwi.

Rzadko udawało im się zdobyć coś ciepłego i odpowiednio doprawionego. Opowiadała młodej Elly, że kiedy obozuje w lesie, do garnka wrzuca wszystko, co można przeżuć, i gotuje na ogniu, aż zawartość zacznie się rozpadać. Tak rozmamłaną papkę zwykła nazywać „specjałem z domowych stron”, skrzętnie ukrywając tym wszelkie swoje niedociągnięcia kulinarne. W gruncie rzeczy i w całkiem trzeźwym zamyśle takie działanie miało wpływać na część jej umysłu odpowiedzialną za walory smakowe jak swoisty katalizator na wybujałą wyobraźnię – jedyną przyprawę, jakiej nigdy jej nie brakowało – by papka wydawała się pyszniejsza.

– Tak jest, szefowo! Pod Smoczym Skrzydłem nikt jeszcze nie chodził głodny. – Elly zasalutowała, dumna ze starej, choć zadbanej, karczmy. – Dolać ci piwa?

– Nie, nie, moja droga. Muszę pilnować bandy pijanych dzieciaków. – Wskazała palcem na zawodzącą zgraję. Zasłoniła drewniany korczak wolną ręką i mrugnęła do dziewczyny wesoło. – Może później, bo zaraz zatoczę się pod stół albo, co gorsza, też zacznę śpiewać.

Elly rozumiała, że to nie żarty. Już raz była świadkiem podobnej tragedii, stąd wiedziała, że szefowa potrafi wiele…, ale na pewno nie śpiewać.

– Dobrze, zaraz będę z gulaszem.

Ledwo zasalutowała, a już nuciła coś pod nosem szczęśliwa i pomykała w kierunku ojca pichcącego w samotności w małej dobudówce.

Miła oberżystka rozminęła się z rówieśnikiem, bardzo przystojnym żołnierzem o chłopięcej twarzy, który cały wieczór wodził za nią wzrokiem. Usiadł obok Scarlett i podparł brodę rękami. Chwilę siedział tak, rozmyślając o czymś namiętnie.

– Zakochałem się – westchnął ciężko i uderzył głową o stół ze stłumionym łoskotem. – Wiem, wiem, jestem jeszcze młokos, ale to ta jedyna. Moje natchnienie, mój każdy oddech. Te oczy, niebieskie niczym bezkres Morza Czterech Wiatrów, sprawiają, że pragnę w nich utonąć. Usta, delikatne niczym płatki róż, budzą we mnie myśli o pocałunku namiętnej miłości…

Nikt nie powiedział niczego na głos.

– Tobie to dobrze, nie masz takich problemów – powiedział pijany.

Scarlett oderwała wzrok od mapy i popatrzyła na chłopaczka.

– Pozwól, że się wtrącę, Ales. Czyżby znowu problemy natury sercowej? – zapytała cynicznie.

Wiedziała, jak kochliwym potrafi być głupcem, kiedy wypił. Nie była też osamotniona w przekonaniu, że dodaje to młodzikowi specyficznego uroku.

– Elly nawet na mnie nie spojrzała! – żalił się.

– Jesteś urżnięty, zawsze się wtedy zakochujesz – zadrwiła, poklepując go po ramieniu. – Jutro zapomnisz.

Po krótkim i niezbyt owocnym pocieszaniu druha wróciła do studiowania sfatygowanej już od ciągłego użytku mapy.

Do stołu podszedł starszy mężczyzna z licznymi bliznami na twarzy. Niewątpliwie były to pamiątki wielu starć. Ten sam wojownik, który przed kilkoma chwilami tak radośnie śpiewał z młodą Elly, teraz spoglądał na chłopaka groźnie spod krzaczastych brwi.

– Co teraz, Ales? Czym znów frasujesz dupę szefowej? – burknął mało przyjaźnie i niemal równie cynicznie co wojowniczka.

– Nasz drogi Ales umiłował sobie córkę starego Castova. – Wzięła mały łyk piwa. – Znowu…

Nie podnosząc wzroku, dwoma palcami nałożyła odległość na mapie, tym razem pod innym kątem.

Postawny Irz gniewnie nachylił się nad młodzieńcem wściekły jak piorun z burzowej chmury i uderzył wielką pięścią w stół. Scarlett przewidziała jego posunięcie i chwilę wcześniej podniosła kufel, by nie spadł na podłogę od zdecydowanego ciosu. Nie mogła pozwolić, żeby rozlał resztę, jakże cennego dla najemników, napitku.

– To nie jest jakaś tam dziewucha, żebyś za nią latał z wywalonym jęzorem! Zobaczę, co się do niej przystawiasz jak do tych innych dziewek po wsiach, to nogi z dupy powyrywam, a łeb ukręcę! – zagroził ostro niskim głosem. – Pojąłeś? I wypad mi stąd, szczeniaku. Muszę rozmówić się z szefową.

Gestem przegonił chłopaka jak namolną muchę.

Nieprzejęty tym wybuchem Ales leniwie wstał i odszedł z przygaszonym wzrokiem. Groźby wielkoluda nic dla niego nie znaczyły, a złamane serce przysparzało mu największych cierpień. Minął po drodze stół innych kamratów, ale nie reagował na ich zaczepki. Oparł się o drewniany filar i utkwił zamglone nieszczęśliwą miłością spojrzenie gdzieś w dali, w mroku za oknem.

Irz rozsiadł się na jego miejscu, dumny ze swojego wybuchu. Uwielbiał dręczyć młodego Alesa, ale tym razem to nie była zwykła złośliwość.

– Ach! – zrozumiała Scarlett. – Ty masz przecież córę. Szesnaście wiosen, czyż nie?

Przyjrzała mu się spod gęstych kosmków białych włosów.

Olbrzym rozpromienił się, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.

– Na przyszły księżyc siedemnaście, urodziła się jesienią. Podobna jest do naszej Elly. – Zatracił myśli we wspomnieniach o swoim największym skarbie. – Po tej udzierce wracam do domu, jeszcze czas do zimowania, ale mam już dość cendarów i złota, żeby spokojnie żyć przez jakiś czas. Nadrobię stracone lata. Stanę się ojcem, na jakiego moja Ester zasługuje.

Scarlett wyłożyła nogi na stół, wyginając smukłe, umięśnione ciało w tył. Rozłożyła się wygodnie na krześle, jak zwykle nie wyglądając przy tym zbytnio kobieco.

– Będzie nam tu ciebie brakować, olbrzymie. Ile już jej nie odwiedzałeś?

– Trzy… trzy długie lata. Ale wcześniej też nie bywałem w domu za często. – Posmutniał na to wyznanie. – Wynagrodzę jej to wszystko, klnę się na Stwórców. W wojsku nie mogłem dorobić się grosza, dopiero z tobą zacząłem zarabiać jak człowiek. Nie wiem, jak ci za to dziękować.

Próbował okazać swoją szczerą wdzięczność. Dość dużo wypił, ale wciąż taka ckliwość przychodziła mu z trudem.

– Ech… – westchnęła ciężko. – I nie ma za co. – Machnęła ręką. – Zarabiamy krocie, bo chwytamy się zleceń, których wojsko nie ruszy. Łatwo też nie ma, przecież wiesz.

– Ha! Ale i nie ma nudno! – zaśmiał się gwałtownie i nachylił nad stołem. – Nie cierpię nudy… Pamiętasz umór w Zachodniej Kniei?

Scarlett przeszedł dreszcz na samą myśl o tej brutalnej przygodzie.

– Nawet mi nie przypominaj! – Złapała się za głowę. – Było nas tam po dwóch na jednego ogra – podniecała się.

Irz ryknął potężnym śmiechem.

– Yves wyratował nam tam wtedy dupy. – Poklepała wielki miecz. – Przeklęte bestie. Czynimy Arvarowi przysługę, ale nie do końca taki miałam plan na przyszłość.

– Czyż nie my wszyscy? – dodał wojownik odrobinę filozoficznie.

Chociaż wracali myślami do tamtej walki z uśmiechem na twarzy, to wtedy wcale nie było im do śmiechu. Niech bardowie śpiewają po zajazdach, co chcą, o heroicznej walce w Zachodniej Kniei. Scarlett zapamiętała tylko błoto i zakwasy. Prawdą jest jednak, że prawie wszystko, co się przeżywa, wspomina się dobrze. Większość przeżyć traktuje się jako stare, dobre czasy, więc nie mogła się nie uśmiechnąć.

– Tak, stare, dobre czasy – podsumował i rzucił okiem na mapę. – To co, jak daleko do tego smoka?

Znów nachyliła się nad stołem i upiła łyk uratowanego piwa.

– Nie wiem, gdzie go szukać. Starszy wioski mówił, że widział coś nad lasem od południa, ale Szepczący Las ciągnie się dalej niż Zachodnia Knieja. – Podrapała głowę w zamyśleniu. – No i są jeszcze te diabelne moczary, niewiele mniejszy teren – prychnęła.

Od czasu rzeczonego incydentu w Zachodniej Kniei jeszcze bardziej nienawidziła brodzić w błocie. Zawsze psuło jej to humor.

Najemnik nie przejmował się tym wcale. Mało co spędzało mu sen z powiek. Był wielkim mężczyzną i tak też kroczył przez życie. Pewnie i bez strachu.

– To smok! Będzie go widać z daleka, jak zacznie żerować. – Klasnął w dłonie. – A wtedy włożymy mu w dupsko bełt z balisty – przedstawił swój genialny w urokliwej prostocie plan.

Nie był zwykłym najemnikiem. Irz był żołnierzem, który został najemnikiem. Jego plany, choć często proste, zawsze okazywały się skuteczne.

– Staruch mówił, że smok był czerwony… – W głosie Scarlett dało się wyczuć zrodzone z głębokiego szacunku do legendarnych istot zwątpienie.

Wbrew pozorom była romantyczką i żyła w przekonaniu, że w każdej legendzie zawarte jest ziarno prawdy. Jakkolwiek głęboko ukryte, zawsze tam było. Widzieli razem tyle niewyjaśnionych zjawisk i dziwnych istot, że nierzadko Irz również wykazywał ostrożność, tym razem jednak nie podzielał jej obaw.

– Słuchaj bajołapa, co nie widzi i nie słyszy. – Pacynkował dłonią, okazując swój pragmatyzm. – Czerwonych smoków nie ma. Poza tym idę o duże piwo… Nie! O flaszeczkę cybryckiego cydru, że to nawet nie smok. Może smokowaty. Wiwerna albo bazyliszek – zlekceważył słowa starca. – Nie mów, że chcesz zrezygnować. Scarlett, to łatwe złoto.

Zamyśliła się, targana wątpliwościami. Moczary, smok… Miała osobliwe przeczucie, że coś jest na rzeczy. Wiedziała, że przesadny pesymizm często pozwalał uniknąć niemiłych niespodzianek.

– A co, jeśli stary bajołap widzi tak dobrze jak nasz drogi Elror?

Wskazała jednego z pijących mężczyzn. Łysy elf o pociągłej twarzy i bystrych oczach nawet teraz zdawał się mimowolnie badać otoczenie.

Elror był zwiadowcą, i to bez wątpienia jednym z najlepszych pośród swojego klanu leśnych elfów, ale z jakiegoś powodu został wygnany. Nikt nie pytał go, co się wydarzyło, nikt w tej najemniczej kompanii nie był rozliczany ze swojej przeszłości. Każdy miał tu coś na sumieniu i każdemu odpowiadał obecny układ.

– To wtedy Rori, Bori i Zori nie załadują balisty bełtem tylko naostrzoną kłodą! I ową wrażą w dupsko bestii! – Irz znów wybuchnął niskim rechotem.

– Dla ciebie wszystko jest zawsze takie… – przeciągnęła się szeroko nad mapą, szukając odpowiedniego słowa – …proste.

Weteran zawsze preferował nieskomplikowane plany i siłowe rozwiązania. To jedno wyniósł z wojska. Wspólne rozmowy z niewiele bardziej rozważną Scarlett zawsze owocowały najlepszymi pomysłami. Taka mieszanka brawury i brawury z kroplą rozwagi zdołała zapewnić im nie lada reputację skutecznych łowców bestii.

– Bo to prosta praca! Coś dużego pełza? Bijemy to, aż pełzać przestanie, bierzemy pieniądz i idziemy pić. Tak zawsze to wygląda i taką tę robotę lubię. Żadnych jakichś jebanych raportów i równiutki podział łupów, nie jak w pieruńskim wojsku. – Splunął za siebie, przeklinając lata zmarnowane na służbie w armii cesarskiej.

Ich wzrok przyciągnęła Elly zbliżająca się z miską pełną następnej porcji specjalności karczmarza.

– Proszę bardzo. – Ukłoniła się teatralnie. – Tatko mówi, że mamuś przygotowała wam pokoje w strażnicy.

– Słyszałyście, rozchełstane łamagi, co powiedziała panienka Elly? – krzyknął Irz groźnie. – Kończyć te śpiewy i spać. O świcie, jak mgła opadnie, wymarsz!

Wstał, ale zatrzymał się na moment i jeszcze raz spojrzał na zatroskaną wierną przyjaciółkę.

– Ty też zażyj snu, szefowo, i nic się nie przejmuj. Masz nas! – zawołał i wyszczerzył zęby.

Wszyscy podkomendni wznieśli bojowy okrzyk i ostatni tej nocy toast.

* * *

Ludzie, zwani również młodym ludem, są niewątpliwie najliczniejszą rasą na kontynencie. Niezwykle ambitna i uporczywa brać obfituje zarówno w walecznych wojów, jak i uzdolnionych magów, inteligentnych uczonych czy elokwentnych dyplomatów. Różnorodność pozwala im szkolić się we wszystkich dziedzinach. Ród człowieczy na ogół postrzega się jako lud niecierpliwy i agresywny, jednak w dużej mierze wynika to z ich stosunkowo krótkiego żywota. Przeciętny przedstawiciel ludzkiego gatunku rzadko przeżywa stulecie. Śpieszą się oni ze swoimi planami, często nie zważając na wyrządzony przy tym chaos. Mimo to cecha ta stanowi również ich siłę, gdyż ograniczony czas wymusza na niektórych ogromną wolę działania.

Mówią po lasiricku, czyli w najbardziej rozpowszechnionym trelu w Arvarze, chociaż szybko uczą się innych. Ochoczo zapożyczają słowa przedstawicieli innych ras, w zależności od rejonu swojego pochodzenia, panującej mody czy sytuacji politycznej.

Najczęściej wyznawaną wśród nich religią jest dominująca obecnie na kontynencie, najmłodsza doktryna, czcząca parę stworzycieli – Arven i Vara. Niektórzy ludzie czczą starsze bóstwa innych ras. Sporadycznie zdarza się, że nie wierzą wcale.

Ludzie z poszczególnych stron nie różnią się zbytnio od siebie. Lud z północy, pochodzący z okolic Grzbietu Świata, ma jaśniejszą cerę i jasne lub rude włosy, często w połączeniu z błękitnymi oczami. Przez trudne warunki, w jakich położone są Zjednoczone Królestwa Północy, ludzie ci są bardziej umięśnieni i wyżsi od swoich południowych braci, a w ich języku i akcencie czuć duży wpływ trelu krasnoludów. Ludzie wywodzący się z pustyń na południu i z wysp na zachodzie mają znowuż cerę bardziej złotą, ciemniejsze włosy i oczy, nie są też tak zahartowani przed chłodem. W ich mowie występuje sporo zapożyczeń z prostego trelu orków. Mieszkańcy centralnej części Arvaru, cesarstwa Lasirith, oraz gęsto zalesionego wschodu mają delikatniejsze rysy oraz stonowane kolory włosów i oczu. Lasiricki trel i kultura sporo czerpie od elfów. Ludzie z cesarstwa to najliczniejsza grupa w swoim gatunku.

Sprawa bestii magicznych i niemagicznych, LudzieAdorn Teuso

* * *

Powszechnie znanym faktem jest, że smokobójczyni Blackshield wywodzi się z rodu szlacheckiego, jednego z najznamienitszych i najstarszych w Lasirith. Już za młodu, oczarowana słowem pisanym – legendami i pieśniami – opuściła swoje włości i wyruszyła naprzeciw przygodom. Nie wyjawiając zamiarów rodzinie, postawiła największe cesarskie władze w stan gotowości. Przez wydźwięk owego skandalu po dziś dzień w szlacheckich kręgach określa się ją mianem tułacza i oprycha. Nic bardziej mylnego… Jej obecne wyczyny traktowane są pośród wielmożnych jako źródło skandali, ale nikt nie może zaprzeczyć, że poradziła sobie nad wyraz dobrze, odrzucając dworskie życie. I choć po dziś dzień wielu uważa jej decyzję za wybryk rozpuszczonej szlachcianki, to wydarzenia i przygody uczyniły z niej kobietę niezwykle wręcz zaradną.

Panna Blackshield nie wyróżnia się wzrostem tylko przy rosłych wojach, z którymi dzieli swoje przygody; w obecności szlachcianek niewątpliwie wyróżniałaby się swoją postawą. Bladą cerę i ponadprzeciętny wzrost zawdzięcza przodkom z północy, jej matka pochodzi bowiem z tamtych stron. Ma krótsze niż większość kobiet, farbowane na biało włosy i ciało pokryte tatuażami, o znaczeniu których mógłbym pisać cały wieczór. Młoda „nieszlachcianka” nie wygląda może szczególnie groźnie, ale bardowie śpiewają, że kiedy jej jasnobrązowe oczy zapłoną blaskiem podczas bitwy, nawet najpotężniejsze smoki cofają się o krok.

Scarlett mawia, że mądrze jest się zbroić tylko w to, co potrzebne, i sama stosuje się do tej reguły nienagannie. Nie nosi zbroi jak inni wojownicy, to znaczy niezupełnie. Jedyną „twardą” częścią jej garderoby są ciężkie płytowe nagolenniki i naramiennik wraz z kolczą rękawicą bez palców, które zakłada na lewą rękę. Na nogach nosi pospolite, ale miejscami już wytarte, obcisłe spodnie, a na białą, zawiązaną na piersiach koszulę zarzuca skórzaną kurtkę i uprząż na broń; olbrzymi miecz zwykła przypinać do pleców. Na szyi zawiązuje aksamitną, czerwoną apaszkę – jedyną rzecz, poza nazwiskiem, którą zachowała ze swojej dawnej, szlacheckiej przeszłości.

Osobiste dzienniki, Scarlett BlackshieldAdorn Teuso

* * *

Szukanie śladów bestii, śladów czegokolwiek, co widział starszy, zajęło drużynie prawie pełny obrót dnia. Słońce umykało za horyzont, ale w gęstwinie, pośród drzew, już od dawna panował półmrok. Trwał setas – księżyc coraz krótszych dni i dłuższych nocy, jednak wprawni najemnicy byli przyzwyczajeni do podróżowania w szarzyźnie. Nagle, niczym wypuszczony z puszki, wzmógł się wiatr. Jeden z tych porywistych, huczących zawodzącą pieśń. Drzewa uginały się z szelestem, a ich gałęzie jak chude, długie ręce falowały w oszalałym tańcu, zwiastując wielką burzę.

– Co to? Słyszeliście? – zapytał najmłodszy chłopiec w kompanii.

– O co srasz? To wiatr. Jesteś piratem, do kurwy jasnej, czy nie? – zrugała go piratka Christa, podpierając splecionymi rękoma swoje wyeksponowane w wyzywającym stroju piersi. Coraz śmielszy wiatr mącił jej krzykliwą, rudą fryzurę.

Często umilała sobie czas dokuczaniem Majtkowi. Kiedy nie mogła go rugać, czochrała jego grzywkę pod byle pretekstem. Ucierała mu nosa i ripostowała każde jego słowo. Oboje pochodzili z opanowanych przez pirackie drużyny wysp Malii i chociaż tego nie przyznała, traktowała go jak młodszego brata. Dzięki jego nieudolności Christa czuła przynależność do grupy, a on dzięki jej „twardej miłości” wiedział, jak wredne potrafi być starsze rodzeństwo.

– Majtek ma rację – szepnął leśny elf Elror i wszyscy odruchowo przystanęli.

Nikt nie zwrócił większej uwagi na wystraszonego młodzika, ale jeśli ich zwiadowca wyczuwał coś między drzewami, to coś BYŁO między drzewami.

– Chyba nie na darmo nazywają to miejsce Szepczącym Lasem – stwierdził siwy starzec podpierający się laską, pamiętającą wiele bitew, przysłuchawszy się dalekim odgłosom.

Zanim Leo został najemnikiem w drużynie Scarlett, pracował jako nauczyciel w szkole magów w stolicy, dlatego często służył wiedzą tej bandzie ignorantów, jak nazywał swoich osobliwych towarzyszy. Był pyskaty i nieznośny, ale pasował do tej różnobarwnej kompanii.

Scarlett powoli podeszła do paladyna w posrebrzanej zbroi, której czasy świetności dawno minęły. Umęczona, szpakowata twarz i niedbale ścięte, krótkie, jasne włosy. Przenikliwe, znające wiele tajemnic spojrzenie – symbol upadku, jak w elfickim dramacie. Nie spuszczając wzroku z cieni przemykających między drzewami, zapytała:

– Co powiesz, Iskra?

Nie spoglądając na nią, odpowiedział:

– To miejsce jest złe.

Nic więcej nie musiał dodawać.

Złowieszcze szepty były coraz bliżej i najemnicy dobyli broni.

– Nie rozpoznaję słów… – warknął Irz.

– Trel demonów – powiedzieli niemal jednogłośnie stary Leo i elfia czarodziejka Serie.

– Rozumiesz coś z tego, Symon? – dodał uczony ze złośliwym grymasem. Nawet w tej sytuacji nie mógł sobie odmówić przyjemności dopieczenia kompanowi.

– Może zapytaj swoją matkę? – odcięło się zakapturzone diablę.

– Cisza! – Elror uciszył przekomarzania uniesionym szeptem i wsłuchiwał się w pomruki. – Co robimy? Wycofujemy się?

Szepty przeszły w głosy, a głosy zamieniły się w krzyki i po chwili były już na wyciągnięcie ręki. Drużyna gotowała się do walki, kiedy wrzaski ustały jak ucięte nożem, nie pozostawiając po sobie nawet echa. W tym samym momencie ustał wiatr. Trzy głębokie oddechy w kompletnej ciszy przerwał potężny ryk bestii. Potężniejszy niż kiedykolwiek słyszeli.

– I taką mowę rozumiem! – wrzasnął Irz, przynosząc wszystkim ulgę swoim bezpośrednim nastawieniem. Wszystkim oprócz Scarlett.

– Irz? To nie ryczy wiwerna… – zauważyła, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści ogromnego miecza.

– Słyszeliście, co powiedziała szefowa, panowie? – zwrócił się ku trzem krasnoludom z wielkimi torbami na plecach. – Manewr Alagh…

Wyszczerzył groźnie zęby, a trzech krasnoludów bez słowa odpowiedziało tym samym.

Manewr Alagh, co luźno można przetłumaczyć jako chwalebny manewr, oznaczał, że trzej bracia znów użyją wielkiej balisty, którą wszędzie taszczyli ze sobą na plecach. Byli niezdrowo podnieceni, bo mieli niewiele okazji, aby wykazać się swoją maszyną. Podczas walki ze smokami jednak zawsze jej używali.

– Elror, Symon! Sprawdźcie leże bestii i podejście dla balisty – rozkazała zwiadowcom. – Rori, Bori, Zori! Manewr Alagh – niepotrzebnie powtórzyła rozkaz, bracia już pracowali. – Magia! Oskrzydlacie od północy, szukajcie podejścia od wzgórza. Reszta, przygotujcie się! – Wzięła głęboki oddech. – Idziemy ubić smoka!

Rozdział II

O nocnym płaczu gałęzi, co echo poniosło

Piorun przeciął nocny nieboskłon aż po daleki horyzont, na ułamek oddechu oświetlając wąską ścieżkę w głębi lasu. Półelf w ciemnym płaszczu niezgrabnie przedzierał się przez gęstwiny. Padało już od dłuższego czasu, co wcale nie ułatwiało mu wędrówki. W tamtym momencie to nie dyskomfort zaprzątał mu głowę. Chaotyczny nawał myśli, jakie go nawiedzały, i silne podniecenie czyniły go odpornym na chłód wiatru i deszczu.

„To był smok!” – krzyczał w myślach, próbując się uspokoić. „Muszę! Muszę zobaczyć go z bliska”.

Biegł jeszcze kilka strzał po wydeptanej ścieżce, aż wpadł między drzewa, zza których – jak mu się wydawało – dobiegał ryk. Wystająca gałąź zaczepiła o rękaw płaszcza, targając go i raniąc półelfa w ramię. Nie zatrzymał się jednak.

Był badaczem i podróżnikiem. Możliwość zobaczenia smoka w walce była jego z dawna skrywanym marzeniem. Od szkraba wpadał w kłopoty przez swoją ciekawość, ale niebezpieczeństwo nigdy nie było jego zmartwieniem, za to myśl, że ten zapewne piękny okaz mógł mu umknąć, smuciła go niesłychanie.

Wiedział, że musi odwiedzić Szepczący Las, jak tylko usłyszał plotki o smoku. Od wielu dziesięcioleci nie widziano ich tak blisko serca cesarstwa Lasirith, więc taka okazja mogła się już nie powtórzyć.

Szybko zbliżał się do celu. Spoważniał w jednej chwili, kiedy poczuł swąd palonego mięsa i krwi. Serce natychmiast mu zamarło. Podświadomie zwolnił kroku, miał szacunek dla każdego życia i naszedł go ten dziwny stan, w którym przeczuwał, co zaraz zobaczy. Podniecenie ustąpiło miejsca rozwadze i obawie.

„O, na Stwórców! Ilu tym razem zasiądzie u boku swych bogów?”. Położył dłoń na sercu. Był na miejscu.

Zobaczył oto leże przy niewielkim urwisku w kotlinie. Nieosłonięte wieloma drzewami miejsce przypominało wysuszone, dogorywające bagna w środku lasu. Groteskowy widok. Porozrzucane szczątki rozczłonkowanych najemników, kilka zwłok spalonych prawie doszczętnie dymiło się jeszcze, roznosząc w powietrzu okropny odór. Smoka jednak już nie było.

„Uciekł” – pomyślał, lecz nie był zawiedziony. Nie mógł być, nie po koszmarze, który tu zastał. Zawstydził się, w duchu żałując swojej wcześniejszej euforii.

Nieraz już widział pobojowisko, ale zniszczenia nigdy nie były tak… dbałe. Nie ostał się skrawek ziemi, na którym nie leżałby kawałek ludzkiego mięsa, lub kamienia niezroszonego jeszcze niezakrzepłą, ciemną krwią. Czerń i czerwień komponowały się w całość niczym na obrazie natchnionego artysty.

– Znajdźcie pokój w objęciach swych bogów, dumni wojownicy, dumne wojowniczki… – wyrecytował, rozkładając dłonie nad ziemią.

Nie był kapłanem, ale głęboko wierzył. Nie był też wzorem cnót, był osobą co najwyżej praworządną i nie wiedział, czy jego gest w czymś pomoże. Mógł tylko mieć taką nadzieję. Te poległe dusze nie mogły już liczyć na nikogo innego. Kiedy żegnał zmarłych, za jednym z głazów usłyszał szelest, poprzedzony cichym szlochem.

Opuścił dłonie przestraszony. „Jak ktoś mógł przeżyć coś takiego?”

– Czy jest tam ktoś?! – nawoływał.

W pewnym sensie otrzymał odpowiedź. Szelest raptem ustał. Zrozumiał, że ten ktoś boi się bardziej niż on sam.

Pomału podszedł do kamienia, zachowując bezpieczny dystans. Podniósł z ziemi grubą, płonącą jeszcze żagiew i oświetlał sobie drogę w mroku nocy. Nie mógł uwierzyć w to, co jego oczy napotkały w tańczącym blasku ognia.

Ludzka kobieta leżała nieprzytomna, a z jej oka, nosa i ust płynęły drobne strużki krwi. Rannym ciałem co rusz targały drgawki. Nad nim klęczało młode diabelstwo. Naga dziewczyna, również cała zbroczona krwią i błotem, płakała, trzymając ranną za dłoń.

Widywał już wcześniej te istoty – potomków demonów. Wiele z nich nazywał nawet dobrymi znajomymi i – w przeciwieństwie do większości niezdrowo uprzedzonego ludu – nie bał się tej rasy.

– Na Stwórców! Co tu robisz, dziewczyno? – zapytał, postępując powoli naprzód.

Diabelstwo uskoczyło, ale zaraz padło z powrotem na kolana, by chwycić rękę nieprzytomnej kobiety. W jej oczach potrzeba niesienia pomocy rannej walczyła z lękiem i chęcią ucieczki z tego strasznego miejsca.

– Spokojnie, już dobrze. Jestem Adorn. – Zbliżył się o krok z podniesionymi dłońmi. – A ty?

Diabelstwo uderzyło długachnym ogonem w ziemię przed nim i zasyczało jak wąż, ostrzegawczo.

– Nie mamy wiele czasu. Twoja przyjaciółka umiera, a tylko ja mogę wam pomóc, ten las to odludny rejon. – Nie zatrzymywał się, nie skupiał wzroku na wystraszonej dziewczynie. Całą uwagę przerzucił na umierającą nieszczęśnicę. Miał nadzieję, że ta sztuczka poskutkuje. – Nie ma żadnych widocznych obrażeń, ale musiała mocno uderzyć o ziemię. – Popatrzył w górę po połamanych koronach płonących drzew. – Żaden ze mnie medyk, ale połowa cyrulika – zażartował niepewnie i wyjął nóż.

Na widok ostrego przedmiotu diabelstwo się wystraszyło.

– Nie! – krzyknęła zapłakana i złapała go rozpaczliwie za gardło, jednak osłabiona, nie mogła wyrządzić mu żadnej krzywdy.

Mimo to Adorn posłusznie zastygł w bezruchu.

– Te drgawki… Twojej przyjaciółce wylała się krew do mózgu, musimy naciąć żyły, żeby ulżyć sercu – mówił spokojnym tonem, nie walcząc z nią. – To da nam czas, żeby donieść ją do mojego obozu, tam mam gnomie zioła. To jej jedyna szansa. Chyba że masz lepszy pomysł, rudy diabełku?

W jego ciepłych oczach i kojącym tonie było coś, co uspokoiło dziewczynę. Uścisk jej dłoni zelżał. Niewiele zrozumiała z tego, co powiedział, ale po krótkim wahaniu niepewnie cofnęła dłonie. Chciała mu zaufać.

Nieznajomą kobietą znów szarpnęły konwulsje.

– Przytrzymaj ją – polecił Adorn.

– Boli? – zapytała cicho zagubionym, ale nieprotestującym tonem dziewczyna.

– Jest nieprzytomna, nic nie czuje – uspokajał, chociaż sam nie był pewien tego, co robi i mówi.

Podobnie jak reszta zmasakrowanych ofiar, kobieta również nie mogła liczyć na nikogo więcej. Precyzyjnie otworzył jej mniejszą żyłę na ręce i pozwolił życiodajnej esencji ściekać na nasiąkniętą śmiercią ziemię. Odczekał kilka oddechów, aż drgawki ustały.

– Musimy ją stąd zabrać. – Ściągnął swój płaszcz z kapturem, odkrywając mokre od potu i deszczu brązowe, lekko siwe włosy. – Weź to i okryj się, inaczej się przeziębisz.

Sam miał jeszcze na sobie grubszą aksamitną koszulę i solidne spodnie. Dobrze przygotował się do tej podróży.

Bez słowa sprzeciwu włożyła mokry płaszcz i podreptała za półelfem, który niósł wojowniczkę w ramionach. Kiedy wchodzili za linię drzew, jeszcze raz skierowała zapłakane zielone oczy na pulsujące pogorzelisko i przeszył ją dreszcz.

* * *

Diabelstwa to młoda rasa, tylko po części wywodząca się z naszego świata. Brać najbardziej tajemnicza ze wszystkich i również najbliżej powiązana z magią. Blisko osiem stuleci temu, podczas długiej wojny, podróżnicy walczyli po stronach dwóch armii, co siłą rzeczy przez gwałty i zakazane związki zaowocowało zmieszaniem się krwi śmiertelników z tymi mistycznymi istotami. Z tych potępianych związków rodziły się mieszańce, których potomkowie teraz dzielą z nami Arvar. Żyją bardzo różnie, niektóre umierają ze starości po sześciu dziesięcioleciach, inne wciąż pamiętają Wojnę Dwóch Armii.

Posługują się trelami, w których je wychowano lub same się wychowały z racji tego, że mało kto chce mieć z nimi cokolwiek wspólnego. Najczęściej można je spotkać w wielokulturowym Lasirith lub na awanturniczej Malii. Jeśli chwalą bóstwa, to Stwórców ludzi lub elfich bogów. Często też ulegają wpływom przodków, swojej linii krwi, kultywując swoje dziedzictwo.

Diabelstwa w rzeczywistości wywodzą się od demonów i noszą w sobie cząstkę zła. Najszczerszą prawdą jest jednak fakt, że nie wszystkie te istoty są złe, ale społeczeństwo i brak przynależności nierzadko pchają diabelstwa ku bandom bandytów, przemytników czy piratów. Do tej pory płynie w nich nieczysta i burzliwa krew demonów, zakrzywiając ich poczucie moralności. Ciężko im ukryć swoje pochodzenie z powodu rogów i wijącego się za nimi ogona, nieważne, ile pokoleń krew byłaby rozrzedzana.

Anielstwa to potomkowie aniołów. Są znacznie mniej liczne niż diabelstwa i różnią się od swoich kuzynów jak dzień od nocy. Nie noszą w sobie skazy, ale wewnętrzne głosy anielskich przodków nakazują im czynić dobro i pomagać potrzebującym. Piękne i dumne jak elfy, często zostają braćmi lub siostrami zakonnymi, kapłanami i paladynami w służbie Stwórców lub starszych bogów, a czasami nawet swoich przodków.

Sprawa bestii magicznych i niemagicznych, Diabelstwa i anielstwaAdorn Teuso

* * *

Mało mi wiadomo o urokliwej Chloe. Powiem więcej: nie byłoby kłamstwem stwierdzenie, że tak naprawdę nie wiem o tej drobnej diablicy nic. Dlaczego więc o niej piszę? Nieśmiała, urocza… jedna wielka zagadka. A ja uwielbiam zagadki… Na początku naszej znajomości odpowiadała na pytania, kiwając lub kręcąc głową czy okazjonalnie machając ogonem. Zasób jej słów powiększa się w bardzo szybkim tempie, przez co wnioskuję, że nie jest dzikuską, a z powodu szoku, jakiego doznała w pogorzelisku, straciła pamięć. Mało kto bowiem po takim widoku pozostałby zdrowy na umyśle. Wystarczy rzec, że mnie nie było łatwo, a dotarłem tam po tragicznych wydarzeniach.

Chloe wygląda uroczo i nie sposób się w niej nie zakochać. Rubinowe włosy i krótka grzywka, którą odgarnia zawsze, kiedy się denerwuje – czyli nad wyraz często – mogłyby być natchnieniem dla wszystkich artystów w stolicy, od malarzy po poetów. Nawet drobne, nierówne różki na czole nie psują efektu, a dodają jeszcze więcej uroku tej młodej dziewczynie. Stwórcy… Nadużywam słowa „urok”, ale w przypadku Chloe trudno o inne określenie. Jej jasna cera, chociaż nie tak blada jak u kobiet z północy, jest jak płótno w świetle zenitu – bez skazy, bez żadnego zadrapania. Rany goją się na niej szybko i nie zostawiają dużych blizn. Kiedy spogląda się na Chloe, w jej głębokie jak studnia, zielone oczy, ma się wrażenie, że ta niewinna istotka urodziła się wczoraj. Ach, i ten ogon!

Nie wiem, co lubi czy choćby jak lubi się ubierać, bo kiedy spotkałem ją pierwszy raz, była, no cóż, była naga. Umazana od krwi i błota, ale jak ją Stwórcy stworzyli. Na jej szczęście jestem dżentelmenem i odziałem ją w swój sfatygowany płaszcz. W owym czasie nie zastanawiałem się nad tym wiele, teraz jednak, kiedy kreślę te słowa, nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym to nie ja wtedy spotkał to niewinne i odrobinę naiwne dziecko.

Osobiste dzienniki, ChloeAdorn Teuso

* * *

Trzask drewna z pokaźnego ogniska w obozie półelfa rwał leśną ciszę. Poprzedniego dnia długo padało i w powietrzu nadal unosił się wilgotny zapach mokrej ściółki.

Diabelstwo nie mówiło wiele, a Adorn nie chciał naciskać. Bał się nawet domyślać, przez co musiała przejść ta duszyczka. Opatrzył jej niegroźne rany i odział ją w swoje ubrania, ale dalej postępował z nią nad wyraz ostrożnie.

– Gorączka ustaje, po drgawkach ani śladu. Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. No, młoda damo, chyba nam się udało! – Uśmiechnął się ciepło, badając twarz nieprzytomnej kobiety.

– Tak! Jesteś cyrulik! – zakrzyknęła wesoło, lecz zaraz przygasła onieśmielona swoim wybuchem.

– Ha! Widocznie jestem. W końcu z tobą też mi się powiodło.

Ośmielona Chloe radośnie podniosła zabandażowaną na lewym przedramieniu rękę. Rana była dość głęboka, ale Adornowi udało się zatamować krwawienie.

– Nawet nie boli! – dodała zadowolona.

– Rad jestem, malutka. Pilnuj naszej pacjentki, dobrze? Ja pójdę po więcej drewna. Niedługo zacznie zmierzchać.

Wyjrzał na zewnątrz namiotu. Słońce powoli znikało za koronami drzew.

Kiwnęła posłusznie głową i uśmiechała się do niego, dopóki nie wyszedł. Była zmęczona, wiele czasu spędziła przy chorej i powieki domagały się upragnionego snu. Jak dwie niezwykle ciężkie kurtyny poczęły się opuszczać. Trzask palonego, wilgotnego drewna działał hipnotyzująco i wkrótce jej głowa opadła bezwładnie.

* * *

Białowłosa wojowniczka ociężale podniosła powieki. Obróciła głowę, gdy ciepły blask ogniska zmusił ją, by znów zmrużyła oczy. Skronie pulsowały w tępym bólu, a w myślach miała mętlik. Coś uciskało jej brzuch, schyliła głowę. Zobaczyła parę rogów wystającą spod rudych włosów. Diabelstwo ubrane w lnianą koszulę opierało się na niej, delikatnie podrygując ogonem przez sen.

– Gdzie ja… – nie dokończyła, bo oto z ukłuciem bólu powróciły wspomnienia niedawnej rzezi. Koszmarne obrazy zalały jej myśli i zerwała się gwałtownie z posłania. – Kim jesteś? Gdzie jestem?! Gadaj! – wrzeszczała panicznie wojowniczka, wyszczerzając zęby jak wściekły pies.

Przebudzone diablę gwałtownie zasłoniło się rękami i upadło na plecy. Przeraziło się rozjuszonej, rosłej najemniczki.

– Gdzie smok?! Gdzie jest Yves?!

W panice zaczęła szukać wiernego miecza, demolując polowe wyposażenie namiotu. Strącone świeczki spadały na ziemię, zatapiając wnętrze w półmroku.

Przestraszona dziewczyna rozpłakała się i wybiegła na zewnątrz, nie oglądając się za siebie. W wejściu minęła Adorna. Gdy tylko kobieta ujrzała siwego półelfa, doskoczyła do niego i zasypała go pytaniami.

– Ty! Kim jesteś?

– Jestem przyjacielem, spokojnie.

Mężczyzna odrzucił zebrane drewno na ziemię.

– Gdzie jestem? Gdzie smok?!

– W moim skromnym obozie niedaleko pogorzeliska, w którym to znalazłem cię nieprzytomną. Smoka już tam nie było, kiedy do ciebie dotarłem. Najpewniej odleciał.

Uspokoiła się odrobinę, kiedy usłyszała konkretne odpowiedzi. Powoli rozjaśniało się jej w głowie, a prawda, niczym bolesna rana, dawała o sobie znać.

– Czy…

– Tylko ty i mała Chloe.

– Chloe?

– Dziewczyna, która się tobą opiekowała. Poznałyście się już. – Skinął głową za siebie.

Długą ciszę w końcu naruszył rwany oddech. Przebłyski, wspomnienia… Wszystko zalało ją jednocześnie. Wszystko zaczęło się układać.

– Rozumiem. Czy mogę zostać sama? Błagam… – poprosiła łamiącym się głosem. Z trudem zdusiła emocje.

Adorn nie protestował i odszedł posłusznie, nie mówiąc ani słowa. Dał wojowniczce czas na żal i płacz. Widział, jak się powstrzymuje… Wielu twierdziło, że wojownikom nie wypada rozpaczać. Wojownik winien przyjąć cios i być dumny, jeśli wciąż stał. Mówili, że porażki czynią silniejszymi… Wtedy przestał w to wierzyć.

Ona już nie stała. Upadła na kolana i zasłoniła twarz dłońmi. Chciała stłumić łzy, zatrzymać je w sobie, ale była słaba i nie dawała już rady. Przyjmowała je jak ciosy wraz z kolejnymi wspomnieniami o kompanach.

Zasłoniła usta, żeby nikt jej nie usłyszał, i krzyczała:

– Ufali mi! Ufali mi, a ja ich zabiłam! Wszystko przeze mnie, wszystko moja wina! Co ja zrobiłam?

* * *

Po ponad jednej wypalonej świecy, późną nocą, półelf postanowił zajrzeć do ocalonej, bo z namiotu już od dawna nie dochodziły żadne dźwięki. Zabrał więc ogarek, przy którym czytał, i wszedł do środka. Miał nadzieję, że zasnęła. Jednak ona nie spała. Siedziała na ziemi dokładnie tam, gdzie ją zostawił. Siedziała z opuchniętymi oczami, z martwym wzrokiem utkwionym w ciemność. Zbliżył się do niej ostrożnie. Nie chciał wydać się nachalny, ale był ciekaw, jak czuje się ocalała.

– Wiesz… – zaczęła nagle, zanim jeszcze zadał jakiekolwiek pytanie. – Irz, jeden z moich kompanów, miał córkę. Prawdopodobnie w wieku tej małej. Chloe, tak?

Skierowała wzrok ku młodziutkiej dziewczynie przed namiotem, widziała ją dobrze przez szczelinę w wejściu.

– Tego niestety nie wiem. Twierdzi, że nie pamięta swojego imienia. To ja pozwoliłem sobie ją tak nazwać – wyjaśnił krótko półelf. – Spodobało jej się to imię.

Kobieta mówiła dalej, tym razem kierując wzrok ku ciemnej nicości.

– Mam tylko dwadzieścia siedem lat, a ten stary drań poszedł za mną w bój. Poszedł za mną na śmierć. Osierocił dla mnie córkę. Podczas walki ze smokiem zasłonił mnie własnym ciałem i po prostu zginął. Do końca się śmiał – uśmiechnęła się smutno na to wspomnienie.

Mężczyzna podszedł do świecznika w rogu namiotu. Zapalił kolejną świecę, odpędzając mrok i odsłaniając wiele zapisanych stronic.

– Wydaje mi się, że to nie taka zła rzecz umierać za kogoś z uśmiechem na ustach – rzekł spokojnie. – Obyśmy wszyscy mieli takie szczęście.

– Osierocić dziecko to nigdy dobra rzecz – wyszeptała drżącym głosem. – Miłość to czy nieodpowiedzialność? Tak czy inaczej, tylko moja wina.

Znów cisza; potrzebowała jej, żeby kolejny raz nie wybuchnąć. Wzięła kilka głębokich, urywanych oddechów, by choć na chwilę odciąć się od bólu.

Wstała niemal wbrew sobie i podała mu dłoń.

– Scarlett Blackshield. Wdzięczna ci jestem za pomoc.

– Lady Blackshield? Z rodu Blackshieldów? Moja pani…

Najpierw odwzajemnił uścisk i zaraz skłonił się z szacunkiem.

– Oho! – Uśmiechnęła się rozbawiona i pociągnęła nosem. – Widzę, że moja reputacja mnie wyprzedza. Ale nie kłaniaj mi się, proszę. Jestem „tą” Blackshield. Blackshield „tułacz” – powiedziała, zaskoczona jego reakcją.

Nie była zbyt znana poza kręgami szlachty i najemników. Nikt poza kilkoma pijanymi bardami z oddalonych od cywilizacji wiosek, którzy to obiecali opiewać jej imię w pieśniach. Zastanawiała się więc, kim jest ów dobroczyńca.

– Legendarna łowczyni smoków…

Powtórnie uśmiechnęła się speszona. Choć lubiła, gdy tak ją nazywano i ubiła niejednego smoka, to tytuł ten odziedziczyła po nadbabce.

– Pewna jestem, że nie tak tytułują mnie na dworze. Skąd tyle o mnie wiesz? Kim jesteś, przyjacielu?

– Adorn Teuso. Do usług – przedstawił się i powtórnie się skłonił.

Scarlett to rozwierała, to zamykała usta. Otwarte szeroko oczy wpatrywały się w niepozorną postać siwiejącego półelfa. Ubrany był w drogi, acz prosty kaftan i rzeczywiście nie wyglądał na zwykłego podróżnika.

– Ten Adorn Teuso?

Przełknęła ślinę. W jej oczach dało się uchwycić młodzieńczy zachwyt.

– Znasz mnie, pani?

– Jako chłystek ze dwadzieścia razy czytałam Sprawę bestii magicznych i niemagicznych. Matka podarowała mi to dzieło i to ono pchnęło mnie ku przygodom. Potem były inne opowieści, ale Traktat o smokach znam na pamięć – ożywiła się nagle i ścisnęła oburącz dłoń półelfa. – „Smoki. Bestie to przeklęte czy magią dotknięte…” – recytowała. – Biedna mama, teraz pewnie bardzo tego żałuje.

– Nie wiem, co powiedzieć – zmieszał się zdumiony. – Dumny jestem, że ktoś twojej pozycji zna moje prace.

Widząc jego wyraz twarzy, kobieta uświadomiła sobie, że wprawia go w zakłopotanie. Z opowieści na dworze pamiętała, że jest skromną personą i starała się opanować podniecenie.

– Przepraszam, zachowuję się jak smarkula. I jeszcze raz dziękuję za ratunek.

Odstąpiła na krok już jakby odważniejsza.

– Czy uratowałem panienkę, to się jeszcze okaże – rzekł, po czym podał jej przygotowany wcześniej napar z ziół. – Jak się czujesz, pani?

– Proszę, mów mi Scarlett – odparła i wychyliła zawartość szklanej buteleczki.

Adorn skinął głową.

– Czuję się lepiej, zdarzało się, że kończyłam gorzej poturbowana. Niemniej dziękuję – mówiła powoli, brakowało jej tchu. Żebra wciąż ją bolały. – Więc? Co cię tu sprowadza?

– Plotki o czerwonym smoku…

– To nie plotki – natychmiast spoważniała. – To wszystko, co widziałeś w pogorzelisku, to był on. Czerwony jak krew, czerwony jak ogień.

Kątem oka zerknęła na Chloe. Dziewczyna dokładała zbyt dużo drewna do ognia. Krążyła wokół ogniska wystraszona, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Nie odważyła się nawet spojrzeć w ich stronę, choć ewidentnie słyszała, że rozmawiają.

– A więc… Chloe, tak? Jak ona to przeżyła? I skąd się tam w ogóle wzięła?

– Myślałem, że ty mi powiesz, ale skoro nie… Może sama ją zapytaj, chociaż niewiele pamięta. Właściwie to dzięki niej cię znalazłem. – Uniósł dłoń w geście przestrogi. – Ale zalecam ostrożność.

– Dlaczego? – Podejrzewała, że nie chce tego wiedzieć.

Dla Adorna również nie było to proste. Oparł ręce na biodrach i po chwili namysłu zaczął opowiadać:

– Domyślam się, że nie była świadkiem ataku, ale sposób, w jaki ciała twoich towarzyszy były porozrzucane i w jakim stanie ją znalazłem… – Wziął głęboki oddech. – Obawiam się, że próbowała „naprawić” twoich towarzyszy, poskładać rozczłonkowane ciała w całość jak układankę.

Przełknął ślinę, aby jej nie urazić ani przerazić.

Scarlett odwróciła wzrok i zaplotła ręce, chcąc ukryć ich drżenie. Ścisnął jej się żołądek, ale zdołała nad sobą zapanować.

Mistrz kontynuował:

– Kiedy jej się nie udało, skupiła uwagę na tobie. Tylko ty jeszcze oddychałaś. Szok prawdopodobnie zaburzył część pamięci długotrwałej.

Scarlett przekrzywiła głowę, nie zrozumiawszy użytego przez Adorna terminu.

– Wybacz. – Uśmiechnął się. – Gnomia terminologia medyczna. Cóż… Nie pamięta większości słów, nie pamięta swojej przeszłości, ale potrafi się umyć w rzece czy zasznurować koszulę. Więc albo to, albo bardzo szybko się uczy. Pomagała mi. I przez te parę dni, kiedy byłaś nieprzytomna, to ona w większej mierze nad tobą czuwała. Na swój sposób bardzo przywiązała się do ciebie.

– Rozumiem. – Scarlett znów poczuła, że robi jej się niedobrze na samą myśl o makabrycznej scenie, której musieli uświadczyć. – Dziękuję za wszystko, mistrzu Adornie.

– Może z nią porozmawiasz?

Wstydziła się swojego wcześniejszego wybuchu i nie chciała rozmawiać z dziewczyną.

– No dalej, będziemy podróżować razem przez jakiś czas – zachęcał. – W końcu musicie się poznać. Ona też potrzebuje rozmowy.

Wojowniczka namyślała się, nadal była winna jej podziękowania. Skinąwszy mistrzowi, wyszła z namiotu i ostrożnie usiadła obok Chloe, zachowując drobny dystans. Ruda dziewczyna nerwowo podrygiwała, a jej ogon zastygł nieruchomo w powietrzu, czego nie wydawała się być świadoma.

– Cześć – powiedziała z uśmiechem Scarlett.

– Cześć… – odpowiedziało diabelstwo. Było już o wiele spokojniejsze, ale wciąż uciekało spojrzeniem.

– Podobno to tobie zawdzięczam życie.

Diablica uśmiechnęła się ukradkiem jak dziecko nagrodzone cukierkiem. Widocznie nadal bardzo obawiała się jej gniewu.

– Jestem Scarlett. A ty? – zapytała o imię, chociaż znała je od Adorna. Potrzebowała przebić się jakoś przez mur niepewności, który sama między nimi postawiła.

– Ja Chloe – przedstawiła się i odgarnęła grzywkę z czoła.

– Bardzo śliczne imię. – Przysunęła się bliżej dziewczęcia. – Pasuje ci.

– Adorn mi dał. Mówi, że jego prababcia też pochodziła z zachodnich ziem. Też była Chloe.

– Pochodzisz z zachodnich miast?

– Nie pamiętam. Uciekałam przed ludźmi. Adorn mówi, że pewnie przed łowcami… – zastanowiła się, szukając słowa. – Łowcami niewolników. Uciekałam, żeby mnie nie znaleźli. Potem skoczyłam. Spadłam. – Pokręciła głową. – Nie wiem. Nie pamiętam.

„Smok był w kotlinie. Uciekała tak daleko?” – pomyślała Scarlett. „Żaden łowca niewolników nie zapuściłby się aż do leża smoka”. Kilka razy miała z nimi do czynienia. Wiedziała jednak, że roztrząsanie tego nic jej nie da.

– Niemniej chciałam podziękować ci za ratunek.

Chloe nie odpowiedziała od razu, ale zaczęła żwawiej wywijać ogonem. Wreszcie spojrzała na kobietę przejęta.

– Adorn jest półcyrulik, nie medyk. Ja tylko pilnowałam – powiedziała dumna, że nauczyła się tylu nowych słów.

A może je sobie przypomniała?

Rozdział III

Elegia o murach, gdzie gargulców księżniczka łka

Wysoki słup ognia rozświetlał ciemną noc. Noc posępną i surową, jednak wciąż złowieszczo piękną. Mała dziewczynka ściskała mocno starą lalkę, którą dawno temu uszyła jej matka. Stała i patrzyła, jak wszystkie jej wspomnienia giną w pożodze, jak niszczycielski ogień – najstraszniejszy ze wszystkich żywiołów – zagarnia jej dom.

Już nie słyszała krzyków bliskich… Ucichły jakiś czas temu. Teraz towarzyszyło jej tylko gorące, duszne powietrze. Coś groźnego sprawiało, że nie mogła płakać. Tak tego pragnęła, dać ujście emocjom. Rozpłakać się jak dziecko, które nigdy już nie zobaczy matki, nie zobaczy już ojca. Nie potrafiła. Wypuściła lalkę z rąk i ruszyła w stronę wioski.

* * *

Kapłanka wybudzała się z koszmaru, tego samego, który nawiedzał ją od dziecka. Nie budziła się wystraszona ani nawet spocona. Budziła się wypoczęta. Tak jak zwykle. Towarzyszyło jej poczucie winy. Tak jak zwykle. „Co się wtedy stało?” – zastanawiała się każdego poranka od przeszło dwudziestu zim, ale nie znajdowała odpowiedzi. Tak jak zwykle.

Zarzuciła szarą togę z kapturem na wychudłe ciało, zasłaniając liczne rany i siniaki, jakich nabawiła się przez noclegi w lasach. Nie była mile widziana w okolicznych wioskach i miasteczkach. Musiała z tym żyć.

Spięła długie, czarne włosy w koński ogon i wzniosła swoje oczy w kolorze siarki ku rozgwieżdżonemu niebu. Zaczerpnęła rześkiego powietrza, a z lasu wyleciała wrona i jak zawsze usiadła na jej ramieniu.

– Chodźmy – powiedziała do ptaka i wyruszyli w drogę.

Na trakcie wiodącym przez las i łączącym Caham i Spływ Anastazji ostatnio pojawiało się niewielu podróżnych. Kupcy zmuszeni wybierać tę ścieżkę straszyli potem ludzi w opustoszałych, przydrożnych karczmach dziwami, które widzieli. Wokół miejsca szybko zaczęły krążyć legendy i wkrótce nikt już z własnej woli nie zapuszczał się w ciemny las – Szepczący Las, jak dawno temu nazwali go mieszkańcy pobliskiej wsi. Wielu wierzyło, że nazwa była adekwatna, bowiem las rzeczywiście wydawał się szeptać.

Niewielka wioska, założona bardzo dawno temu przez wielką zabójczynię smoków – Caham Blackshield, nie była niczym szczególnym na mapie krainy, ale z racji swojego położenia często gościła kupców i wędrownych gawędziarzy. Tutaj zażywali odpoczynku podczas długiej drogi. Kiedyś dla niej to miejsce też było czymś więcej. To był jej dom.

* * *

Mała wioska Caham nazwę swą zawdzięcza wielkiej pogromczyni smoków – Caham Blackshield. Mówi się, że około dwustu lat wstecz uratowała ona dwie wędrowne karawany kupieckie wraz z rodzinami przed alabastrowym smokiem. Rodziny owe niestety straciły w ogniu cały swój dobytek. Caham pochodziła z bogatego rodu i wspomogła nieszczęśników, pomagając im się osiedlić nad obecnymi Szepczącymi Moczarami, gdzie zostali wcześniej zaatakowani. Początkowo miał to być przyczółek dla cesarskich wojsk i patroli, swoista strażnica wypatrująca latających bestii, zarządzana przez dwoje uratowanych kupców, jednak smoki nigdy w ten region nie powróciły, a ocalone rodziny pokochały to miejsce i nazwały je swoim domem.

Przy przyległej, niedużej wieży – starej strażnicy – mieszkańcy z czasem wybudowali karczmę Pod Smoczym Skrzydłem, którą prowadziła żona jednego z handlarzy. Żona drugiego została starszą wioski, z czym wiąże się całkiem inna historia.

Caham nie od razu nabrało strategicznego znaczenia, ale jako jeden z przystanków na trasie Zielonego Szlaku, prowadzącego od Cybryków na Zaborzu do stolicy cesarstwa, Llandy, nie podupada mimo braku rozkwitu.

Przez pogłoski o duchach w pobliskim lesie i na mokradłach mało podróżnych zostaje w Caham na dłużej, chociaż tutejsi przeczą, jakoby miało się na tych ziemiach gnieździć coś niezwykłego. Większość mieszkańców owej wsi to potomkowie szczęśliwych rodzin uratowanych przed smoczą bestią.

Przewodnik po Arvarze, Caham – wioska pogromczyni smokówAdorn Teuso

* * *

Odgłos rżącego konia niósł się echem po cichym lesie pośród gęstej niczym mleko mgły. Stary, gruby mężczyzna w pozłacanej zbroi przemierzał las. Samotnie, wierzchem. Jego pan wysłał go na poszukiwania informacji i dawnej pomyłki…

– Hej, kupcze! – zawołał, nie schodząc z grzbietu czarnego rumaka, i monotonnym głosem wypowiedział wyuczoną regułkę: – W imię cesarzowej Anastazji VI Cynewind i lorda Riffina, pana Zielonego Szlaku, zatrzymaj się!

Kupiec obejrzał się tylko za siebie i przyśpieszył kroku, niemal biegł. Żołnierz zszedł z konia, wykrzywiając twarz w grymasie niezadowolenia.

„Dwa dni drogi od zamku Blackshieldów, kolejne dwa dni poszukiwań i jeszcze ten kulawy kmiot utrudnia mi zadanie. Stwórcy, litości…” – tracił cierpliwość. Dopadł kupca i złapał mocno za ramię.

– Stój, mówię!

– Czego chcecie, panie? – odpowiedział, usiłując wyrywać się żołdakowi.

– Uspokój się! Szukam wiedźmy, podobno widziano ją w tym lesie. W okolicy starych ruin. Wiesz coś? – Szarpnął nim mocniej.

– Stworzycielko ukochana, Stwórcy wszyscy, uchowajcie mnie od złego! Nie chcę mieć nic wspólnego z wiedźmami, panie! – Chłopina wyrywał się i zaczął krzyczeć. Tłumaczył się jak winny, powoływał się na wszystkich bogów, starych i nowych, zaklinał, że żadnej wiedźmy nie widział.

Wielki mężczyzna złapał przestraszonego kupca mocno za kark.

– Gadaj coś widział, pókim dobry!

– Nic! Nic, panie! Nie widziałem żadnej wiedźmy! – tłumaczył się.

– To co zobaczyłeś, żeś taki lękliwy, co!?

Znów potrząsnął nim jak szmacianą lalką.

– Ducha, panie! Zjawę!

Wojownik zacisnął zęby.

– Nie jestem twoim panem, a teraz gadaj wreszcie, gdzieś tę zjawę widział. – Puścił przerażonego handlarza.

– Przy ruinach więzienia zamku starej Gargulcowej. Bogom dzięki za tę dobrą duszyczkę, która mnie poratowała, panie. – Padł na kolano.

– Mów dalej… – zainteresował się wysłannik, zadowolony, że nareszcie robi jakieś postępy.

– Jam jest prosty kupiec – zaczął. – Pomyślałem, że dorobię sobie trochę na starych naczyniach i narzędziach z ruin, bo bieda. W końcu nikt ich nie potrzebuje… No, powiedzcie sami. Leży sobie taka łyżka, i na co komu? A tak się przyda, kogo nakarmi, a i ja zarobię. Nie wierzyłem w duchy nawet… No, aż do wtedy.

Żołnierz zaplótł ręce na napierśniku, dając do zrozumienia prostemu człowiekowi, że czeka na dalszy ciąg tej historii.

– Zobaczyłem zjawę, panie! I pewno ona by mnie zobaczyła, ale młoda kapłanka, niech jej Stwórcy wynagrodzą, złapała mnie za rękę i wyprowadziła spomiędzy drzew jako ja z pokrzyw swoje dzieciątka.

– Rozumiem. A czemu rzeczesz, że to kapłanka? Tak ci powiedziała?

– Nie, panie. W ogóle ze mną nie mówiła, ale miała księgę przypiętą do pasa. Opasłe tomisko, to pewno święte pieśni jakie.

Stary tylko potrząsnął głową.

– Co się z nią stało potem?

– Nie wiem, panie. Odeszła bez słowa, bez zapłaty. A zapłacić chciałem, ale jakoś wtedy nie pomyślałem. – Kupiec poczerwieniał. – Miałem dość tych okropieństw i od tamtego czasu nie zboczyłem z głównego traktu.

Bez zbędnych słów stary wojak wsiadł z powrotem na konia, skinął głową w wymuszonej podzięce i ruszył w kierunku ruin starego zamczyska. Zwęszył trop.

* * *

Podróżnicy. W naukowej nomenklaturze umowna nazwa inteligentnych ras, ale niewywodzących się z naszego świata, często ignorujących prawa natury według sobie tylko znanych sposobów. Istoty równie magiczne, jak tajemnicze. Wygnani do naszej krainy, przyzwani czy zesłani na ziemie Arvaru z własnej woli lub też nie – podróżnicy są obiektem nowoczesnych badań nad magią i mechagią. Znam chyba zbyt wielu uczonych braci, którzy wręcz zabiliby za możliwość zbadania takiej istoty, ale one zwykle albo stronią od kontaktów, albo są na tyle agresywne, że prowokują potyczki, a te zazwyczaj kończą się śmiertelną porażką jednej ze stron, co uniemożliwia prowadzenie jakiegokolwiek dialogu. Ubolewam, jednak często różnimy się zbyt głęboko, nie rozumiemy się na poziomach znaczniejszych niż zwykła nieznajomość trelu. Jakiekolwiek badania – i nie wspominam tutaj o wszelakiej maści barbarzyńskich metodach – do tej pory kończyły się fiaskiem. Niestety, obawiam się, że póki co ta część tajemnic pozostanie przed nami skryta.

Sprawa bestii magicznych i niemagicznych, PodróżnicyAdorn Teuso

* * *

Otworzyła z trudem ciężkie drewniane drzwi do podziemi ruin. Zarosły mchem i pnączami, ale kiedy wreszcie puściły, w nozdrza kobiety uderzył silny swąd wilgotnych kamieni i martwych gryzoni.

Złapała się za nos i wykrzywiła twarz w obrzydzeniu.

– Uch… Nigdy się do tego nie przyzwyczaję – powiedziała do wrony na swoim ramieniu i uśmiechnęła się krzywo.

Schodziła powoli ciasnym, zniszczonym korytarzem coraz głębiej w mrok. Żółte tęczówki, z którymi się urodziła, pozwalały jej dość dobrze widzieć w ciemności, wciąż jednak musiała zachować ostrożność. Stopnie były śliskie, a większość z nich wyszczerbiła się od zachłannej wilgoci. Zamek już dawno miał za sobą czasy nie tylko świetności, ale i użyteczności. Doszła do rozwidlenia dróg. Czuła, że jest na dobrym tropie.

„Spokojnie” – powtarzała sobie w myślach. Robiła to już nie raz. Ta sztuczka, o dziwo, często pomagała jej zachować bystry umysł, nawet w niebezpieczeństwie.

Ostrożnie odpięła sakiewkę od pasa, wyciągnęła garść monet z brązu, które rozmieniła u niedawno spotkanego kupca, i rozrzuciła je po kamiennej posadzce. Matowy dźwięk rozniósł się echem po ścianach pobliskich komnat, a wiedźma pewnie ruszyła w prawo. Kiedy przeszła już kawałek, z miejsca, w którym wcześniej upuściła monety, dobiegł głos.

– Rubary, moje kochane, moje monety… – Chrapliwy, a zarazem piskliwy głos był coraz bliżej.

Przytuliła się plecami do ściany i wstrzymała oddech. Zjawa przemknęła obok niej, dalej zawodząc. Poruszała się nienaturalnie szybko, a w końcu zniknęła, przenikając przez ścianę.

„Spokojnie”.

Kontynuowała nieśpiesznie swoją pielgrzymkę po korytarzach, a złowrogie echo stale jej towarzyszyło. Na domiar złego strop wyglądał, jakby zaraz miał się zawalić. Wzrokiem śledziła nieprzerwane pęknięcia i szczeliny osłabiające konstrukcję. Gdyby musiała się bronić przy użyciu magii, mogłaby skończyć pod zwałami gruzu.

Po chwili, która ciągnęła się w nieskończoność, dotarła do głównej sali. Widoczność się poprawiła, dziury w skalnym sklepieniu przepuszczały teraz pojedyncze promienie słońca. Znalazła się w centralnej części zamkowych katakumb.

Rzuciła się do zbezczeszczonego sarkofagu, jak tylko go ujrzała. Poukładała w trumnie porozrzucane kości dawnej właścicielki tego zamku, księżniczki Rity – księżniczki Gargulców, i wypowiedziała inkantację. Mimo to aura pomieszczenia wcale się nie zmieniła. W powietrzu wciąż unosił się drażniący zmysły niepokój.

– Rubary, cendary, moje! Gdzie? Moje złoto!

Zjawa była tuż za rogiem, coraz bliżej.

„Cendary? To nie ona! Spokojnie, gdzieś tu…” – próbowała opanować nadchodzący atak paniki, bo zaklęcie nie zadziałało.

Rozejrzała się i spostrzegła rozkładające się ciało grabieżcy grobów. Zrozumiała, jak bardzo się myliła. To nie zjawa księżniczki nawiedzała ruiny katakumb… Uklęknęła przed ciałem, by oddać się modlitwie.

Wtedy go zobaczyła… Zamarła. Widok jak z najstraszniejszych koszmarów. Wyłupiaste oczy bez powiek wpatrywały się w nią, usta bez warg drgały w oszalałym tańcu. Eteryczne, na wpół zgniłe ciało wiło się, nie mogąc utrzymać połączenia ze światem żywych. Ale oto był on: duch wisiał przed nią w całej swej upiornej okazałości. Wpatrywał się w jej oczy, paraliżując jej serce strachem. Gorzkim, gęstym strachem.

– Chcesz mnie okraść? Moje skarby! To moje! – Jego piskliwy głos był nie do wytrzymania, wwiercał się w czaszkę.

Wrona na ramieniu kapłanki zakrakała i zerwała się do lotu.

Kobieta z trudem uwolniła się od przerażającego spojrzenia przeklętego. Jej ciało zajmował chłód, który rozchodził się od kości, mięśnie zaatakował ból, kiedy przeklęty zaczął je przejmować. Ostatkiem woli rzuciła w niego kolejną garść monet. Rubary przeniknęły przez półprzezroczyste ciało, a duch szalał i wił się za rozsypanym skarbem i powodem jego męki. Położyła dłoń na czole martwego nieszczęśnika i zamknęła oczy.

– Spoczywaj w pokoju, Arven wybacza ci twoje grzechy…

Po kilku ciężkich oddechach podniosła wzrok, ale zjawy już nie było.

* * *

Zmęczona, ale usatysfakcjonowana wydostała się z labiryntu katakumb i dotarła na powierzchnię. Oparła się o chłodną ścianę z ulgą. Na nielichym kamieniu czekał już na nią stary, równie nielichy mężczyzna. Długo badał ją wzrokiem, po czym rzucił wręcz obraźliwie:

– Witaj, kapłanko.

– Nie jestem kapłanką – odpowiedziała spokojnie. Nie poruszała się, wciąż czujnie mierzyła go spojrzeniem.

Zauważył jej postawę, poluzował paski napierśnika i wstał powoli. Zbliżył się do kobiety z uniesionymi dłońmi.

– To ty tak twierdzisz. Tutejsi cię tak nazwali.

„Zwykłoocy głupcy zawsze byli ślepi” – przemknęło jej przez myśl, ale roztropnie zachowała to dla siebie.

– Mój pan chce się z tobą rozmówić – przeszedł do rzeczy.

– Nie mamy o czym rozmawiać. Odejdź – rzuciła, rozluźniając się nieco. Była zmęczona, miała wszystkiego dość.

– Wynajął cię. Kapłanek nie interesuje zapłata?

Nie odpowiedziała mu, tylko powoli skręciła w stronę swojego obozu.

– Przewidział to. – Rozbawiła go przenikliwość swojego władcy. – To w zamku księżnej? Mara. Niepokoje na moczarach? Też Mara, a on podobno coś wie.

Kapłanka zatrzymała się na dźwięk tego imienia. Zastanawiała się tylko przez moment. Był tylko jeden sposób, w jaki lord mógł się czegokolwiek o Marze dowiedzieć. Rozmawiał z nią.

– Nie jest tajemnicą, że jej szukasz. Tajemniczej wiedźmy, zwiastunki zagłady, córki demonów i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej…

– Powtórz lordowi Riffinowi, że wkrótce przybędę.

– To również przewidział – zaśmiał się głośno. – Po to tu jestem, rozkazał mi cię eskortować do zamku.

Zaniepokoiła się, ale skinęła mu głową, a zadowolony mężczyzna zagwizdał, aby przywołać bojowego rumaka.

– Coś nasz lord łaskawy. Jestem Gylen Kirilen, ja też pochodzę z Caham. – Spojrzał na nią z pogardą, kiedy dosiadał konia. – Nie powiedziałbym, że masz piękne oczy, ale na pewno są niespotykane. A ja znałem kogoś z takimi oczami i wiem, co zrobiła… Kto wie, może jeśli się spiszesz, ludzie też spojrzą na ciebie odrobinę łaskawiej.

– Nic od was nie chcę.

Ruszyła przodem w stronę ziem lorda Riffina z rodu Blackshield, a żołnierz powlekł się na koniu za nią.

Znała drogę. Gylen wiedział, że ją zna. Stron, z których się pochodzi, nie sposób zapomnieć.

Rozdział IV

Przy trakcie milczącym, ciszą utkanym

Chloe zerwała się ze snu. Niespokojnie, jakby zbudzona ze strasznego koszmaru. Choć był już poranek, na zewnątrz wciąż panował zimny półmrok. Miała to odczucie, które nawiedza śniących, gdy wybudzają się z jakąś głębszą świadomością… Ale ważny sen ma to do siebie, że ulatuje zaraz po otwarciu oczu.

Adorn siedział spokojnie przy ognisku, notując coś w dzienniku, z którym nigdy się nie rozstawał. Pomiędzy stronicami powtykane były wolne kartki i kolorowe tasiemki, służące jako zakładki. Nie zauważył, że diabelstwo już nie śpi. Zachowywał się jak najciszej, by nie obudzić młodej dziewczyny. Chloe przeciągnęła się bezceremonialnie i ziewnęła głośno.

– Gdzie Scarlett? – zapytała, rozglądając się. – Gdzie poszła?

Z każdą pobudką zasób jej słów wyraźnie się powiększał.

– Bądź spokojna, niedługo wróci. Musiała wrócić do miejsca, gdzie ją znaleźliśmy. – Był wyraźnie zmartwiony. – Z tym jednym musi poradzić sobie sama.

– Ale tam są… – nie dokończyła, nie chciała przypominać sobie słów, po których mogły powrócić obrazy.

Nie odpowiedział. Wyciągnął z tobołka porcję sucharków i wręczył dziewczynie. Ucieszyła się, jednak z posiłkiem chciała zaczekać na Scarlett. Zza krzaków wyrosły dwie postacie. Chloe podkuliła ogon, słysząc głosy. Wytężyła wzrok. To tylko Scarlett. Zbliżająca się do nich wojowniczka trzymała coś wielkiego w ręce. Teraz nie było wątpliwości. Było to coś w rodzaju miecza. Jego kształt i sposób, w jaki go trzymała, był zgoła niecodzienny. Chwyciła za rękojeść na prawie wyprostowanej ręce, ostrzem do dołu. Drugą ręką pobieżnie czyściła ostrze z błota, które zdążyło się na nim nagromadzić podczas deszczu.

– Uwalonyś jak nigdy, przyjacielu. Chyba musimy się wykąpać – powiedziała do miecza i zaśmiała się nagle. – Na razie odpoczywaj…

Adorn natychmiast zerwał się z miejsca, żeby zbadać artefakt. O wszystkim zapominał, kiedy jego wzrok napotykał coś niespotykanego. Nie inaczej było i tym razem.

– Cóż to takiego? To miecz? Niesamowity kształt! – krzyczał podniecony.

– To Yves. Wyciągnął moją głupią, często zalaną… – ugryzła się w język, gdy zobaczyła, że Chloe nie śpi. – Wyciągnął mnie z wielu kłopotów. To nieoceniony przyjaciel.

– Niesamowity, zjawiskowy! Skąd go masz? Czy pochodzi z północy? – rzucał pytanie za pytaniem, zdając się nie oczekiwać na odpowiedzi. W międzyczasie szkicował w swoim grubym dzienniku. – Wygląda bardziej jak klucz. Co otwiera? Czy coś otwiera? Coś musi otwierać! Ile waży?

– Waży niemal turbon, ale jest magiczny, potrafi manipulować swoją wagą. Wcześniej dzierżył go ogr, który zaatakował moją kompanię kilka wiosen temu…

– Turbon? To nawet nie próbuję go podnosić. Musisz go pokazać mojej znajomej. Musi go zobaczyć, doprawdy… Tak. Nie przepada za bronią, ale taki artefakt na pewno zrobi na niej wrażenie. Te runy…

Podekscytowany badacz nie zauważył, że przerwał rozmówczyni w połowie zdania.

Każdy miłośnik prac Adorna wiedział, co to tak zwany afekt Teuso. Jak bardzo obyty w świecie by nie był, jak nienaganną etykietą by nie emanował, to kiedy chodziło o nową wiedzę, półelf zachowywał się jak dziecko w domku z piernika. Rozpędzona fregata szalonego podróżnika płynęła po morzu nieskończonej wiedzy… W ferworze zdążył odszyfrować już połowę run na ostrzu. Wbiła więc miecz w ziemię, żeby mógł go spokojnie pooglądać, a sama skierowała się ku Chloe.

* * *

Potężne artefakty od dawna cieszą się moim niepodzielnym zainteresowaniem. Pamiętam dobrze uczucie, jakiego doznałem, gdy pierwszy raz napotkałem ten miecz o niezwykle nietypowym kształcie. Tradycyjna dla dawnych plemion północy rękojeść osadzona na ostrzu przypominającym bardziej olbrzymi klucz aniżeli miecz. Ostra jak brzytwa, twarda jak kamień, ozdobiona wieloma runami broń na zawsze będzie budzić mój nieskrępowany szacunek i zachwyt.

Miecz dzierży smokobójczyni Scarlett Blackshield i nazywa go Yves. Yves niewątpliwie jest dla niej czymś więcej niż zwykłym narzędziem. Po prawdzie to tylko takim nadajemy imiona. Kim był ów lub była owa Yves? Dlaczego miecz jest wyszczerbiony, skoro twardością dorównuje smoczej kości? Dane mi było je badać podczas wyprawy na pustynię Rift, ale to coś innego.

Te pytania nie mogą przeszkodzić mi w misji odnalezienia legendarnego czerwonego smoka, jednakowoż za swój obowiązek uważam rozwiązanie zagadki tego niesamowitego artefaktu, a na pewno zbadania go dogłębnie, kiedy czas na to pozwoli.

Osobiste dzienniki, Yves DźgaczAdorn Teuso

* * *

– I jak, diabełku? Mam nadzieję, że się wyspałaś – zagadnęła Scarlett, zauważając zmartwienie dziewczyny.

– Myślałam, że odeszłaś. – Chloe posmutniała jeszcze bardziej. – Patrz, co mamy! – dodała rozbrajająco, ofiarując wojowniczce połowę sucharków, które dostała od Adorna.

– Ejże! Nie zostawię cię tak.

Przyjęła jedzenie ze skinieniem i usiadła obok rozespanej dziewczyny, luzując odrobinę paski podtrzymujące lewy naramiennik z kolczą rękawicą, który także odnalazła w pogorzelisku. Pod naramiennikiem miała świeże rany, ale skrzętnie ukryła je przed dziewczyną.

– Tak sobie myślę… Pomyślałam, że moglibyśmy udać się do zamku moich rodziców. – Podrapała się po głowie, bawiąc się sucharkiem w dłoni i unikając spojrzenia młodej Chloe. – Za mną nie przepadają, ale nie są tacy całkiem źli. Może zatrudnią cię jako pomoc w kuchni?

Wreszcie spojrzała na nią pytająco. Naprawdę nie miała pojęcia, co zrobić z młodą nieporadną dziewczyną, a bądź co bądź była jej dłużniczką.

– Ja nie chcę – stwierdziła szybko.

Scarlett ugryzła suchar i wymamrotała z pełnymi ustami:

– A czego chcesz?

– Chcę iść z tobą – odpowiedziała, odgarniając grzywkę z czoła.

Najemniczka zaniemówiła na moment.

– Iść? Niby po co? – warknęła bardziej surowo, niż początkowo zamierzała. Poprawiła się szybko, nie chcąc wystraszyć niewinnej dziewczyny: – Przepraszam… Ja ruszam za czerwonym smokiem, to nie miejsce dla ciebie.

Te słowa wyrwały Adorna z naukowego transu.

– Wybacz, lecz czy to na pewno mądre? – wtrącił łagodnie. Miał podobny plan, jednak wiedział, że wojowniczka nie chce opisywać bestii na stronach dziennika czy obserwować jej z daleka, tylko ponownie się z nią zmierzyć.

– Pewnie nie, ale tu nie chodzi o to, czy to mądre. – Przeczesała dłonią krótkie białe włosy i wyciągnęła z nich zabłąkane źdźbło trawy. – Byliśmy zwykłą bandą najemników, ale mieliśmy swój honor. Nie stanę przed ich rodzinami, dopóki nie urwę łba tej kreaturze. Tyle jestem im dłużna.

– Nie ukrywam, iż chciałbym zobaczyć i opisać tego smoka. To, co uczynił w pogorzelisku… To, co uczynił, będzie mnie nawiedzać w koszmarach do końca życia, ale wiem jedno. Jeśli spróbujesz go zabić w pojedynkę, umrzesz – stwierdził chłodno Adorn, chociaż sama dobrze o tym wiedziała.

– Więc wtedy nie będę musiała spotykać się z ich rodzinami. – Uśmiechnęła się krzywo. Wiedziała, że to kiepski żart. – Tak czy inaczej, wygram. Skoro słyszałeś o mnie, to wiesz, że ja zawsze wygrywam.

– W pogorzelisku przegrałaś, i to sromotnie. Może wynieś z tego lekcję? Honor jest dobry dla błędnych rycerzy, nie dla dziewcząt, które mają całe życie przed sobą.

Kobieta wstała gwałtownie niczym uderzona w twarz, lecz równie szybko odzyskała nad sobą panowanie. Minęła półelfa, wyciągnęła miecz z ziemi i machnęła nim dwa razy, jakby nic nie ważył, po czym przypięła go do paska na plecach, który podtrzymywał również jej ciężki naramiennik.

– Jesteś światłym mężem, mistrzu, ale zaczynasz brzmieć za bardzo jak moja matka – powiedziała z przekąsem.

– Pewność siebie jest piękna, ale czy nie masz o nią żalu do siebie? – rzucił na koniec, nie oczekując odpowiedzi, i wycofał się z kłótni.

Fakt, że uratował jej życie, nie czynił go za nie odpowiedzialnym ani nie dawał mu prawa do zadawania moralistycznych pytań. Doskonale rozumiał wolność wyboru i to, że każdy przechodzi żałobę na swój sposób. Niektórzy cierpią w ciszy, inni – nie. Starał się uszanować jej decyzję, nawet jeśli zrodziła się z gniewu i jakkolwiek nieprzemyślana by ona nie była. Nie uszło jego uwadze, że długo nie wracała. Domyślał się, że poruszyło ją to, co musiała zrobić.

Scarlett wzruszyła ramionami obojętnie.

– Skoro jesteśmy przy temacie. – Odwróciła wzrok na wschód. – Stajenny na zamku moich rodziców to stary druh. Ma u mnie niespłacony dług karciany. Użyczy nam koni i może, przy odrobinie szczęścia, załatwi jakieś zapasy. – Zrobiła znaczącą pauzę. – No i jak wspominałam, mój ojciec mógłby dać Chloe zajęcie.

– Ja chcę iść z tobą i Adornem. – Wystraszona spuściła wzrok.

– Polubiłam cię, Chloe, wiesz? – Uklękła przed nią i złapała jej twarz tak, aby dziewczyna nie mogła znów odwrócić oczu. – Właśnie pochowałam to, co zostało z tych, których też bardzo lubiłam. Chcesz tak skończyć? Rozczłonkowana i zakopana w nieoznaczonym, płytkim grobie? Chcesz, żeby wilki w końcu wywlekły twoje truchło i zjadły twoją piękną twarzyczkę? Bo tak właśnie kończą ci, co ze mną przystają, rozumiesz?!

Chloe wyrwała się i uciekła z płaczem w las. Scarlett czuła się z tym podle, ale w jej mniemaniu, nie miała innego wyjścia. Nie może zacząć na niej polegać. Musi żyć na własny rachunek. Z nią nie spotka ją nic dobrego, chociaż Stwórcy wiedzą, że chciała, żeby wszystko było tak jak kiedyś. Kompania na pewno polubiłaby Chloe.

– Uważam, że przesadziłaś. Nie powinnaś jej tak traktować. Polubiła cię, to nic złego – potępił ją półelf.

– Wiem. – Czujnie odprowadzała dziewczynę wzrokiem. – Przypilnuję, żeby się nie zgubiła. Później wyruszymy do zamku.

Podążyła powoli za młodziutką diablicą, którą ścigały pierwsze promienie wschodzącego słońca.

* * *

Trzy dni mozolnej podróży do zamku rodu Blackshield minęły bardziej w ciszy niż na przyjaznych rozmowach. Zainteresowana światem Chloe okazjonalnie pytała Adorna o różne rzeczy, ale wystraszona ostatnią sprzeczką, ze Scarlett nie rozmawiała prawie wcale. Smokobójczyni gładziła tylko od czasu do czasu swój miecz po rękojeści i mówiła pod nosem coś, czego współpodróżni nie mogli usłyszeć.