Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Lena, jak co roku, miała spędzić święta z rodziną. I, jak co roku, chciała dostać na Gwiazdkę jedno: spokój. Spokój na miarę rodzinnych standardów oczywiście.
Jej plany wezmą w bombki, gdy pod choinką pojawi się nagi mężczyzna w czerwonej kokardzie.
Leon miał zupełnie inną strategię na te święta... Został zatrudniony jako prywatny detektyw, żeby dyskretnie wyjaśnić sprawę zaginionych rodzinnych pamiątek. Nie przewidział tylko, że zostanie pomylony ze świątecznym prezentem, a największym wyzwaniem w tym śledztwie okaże się… Lena.
Kiedy dziewczyna odkrywa, kim naprawdę jest jej „prezent”, oboje zawierają układ. Leon ma udawać jej chłopaka, żeby móc prowadzić śledztwo wśród ekscentrycznych członków rodziny. Lena ma dzięki temu uniknąć kolejnych pytań o swoje życie uczuciowe.
Plan wydaje się prosty.
Tyle że w tym domu nic nie jest proste.
Ktoś chce wiedzieć o innych więcej, niż powinien. Ktoś mówi zagadkami, jakby znał odpowiedzi, zanim padną pytania. Ktoś uważa, że życie powinno być dokładnie wyliczoną perfekcją. A Leon odkrywa, że coraz trudniej oddzielić prowadzone śledztwo od tego, co zaczyna czuć do Leny.
Zwłaszcza że między nimi szybko przestaje chodzić tylko o udawanie.
„Pan z kokardką” to lekki świąteczny romans z nutą erotyki, pełen humoru i rodzinnych absurdów.
Bo czasem najlepszy prezent pod choinką wcale nie jest tym, którego się spodziewasz.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 270
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Skład i łamanie: AND so Create
Redakcja i korekta: AND so Create
Projekt okładki: AND so Create
Copyright © AND so Create
Wydanie I
ISBN 978-83-980745-6-8
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie, wypożyczanie, rozpowszechnianie oraz wykorzystywanie niniejszego e-booka w całości lub w części bez zgody Wydawcy i Autora jest zabronione i podlega sankcjom karnym oraz cywilnym.
Książka przeznaczona wyłącznie dla czytelników pełnoletnich (18+).
AND so Create 2026
Spis treści:
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
EPILOG
Od blisko dwóch godzin siedziałem w samochodzie niedaleko obiektu obserwacji. Zaparkowałem tak, żeby mieć dobry widok na dwór Antoniego, a jednocześnie nie rzucać się w oczy. Z samochodu doskonale widziałem podjazd, główne wejście i boczne przejście dla służby.
Dworek stał na niewielkim wzniesieniu, otoczony starymi lipami, które o tej porze roku zdobiła jedynie warstwa śniegu. Biała elewacja, wysokie okna i ciemne okiennice sprawiały, że z daleka wyglądał niemal jak z przedwojennej pocztówki. Wokół rozpościerał się widok na ogród, a podjazd prowadzący do głównego wejścia znikał częściowo za żywopłotem.
Budynek był większy, niż sugerowały zdjęcia, które mój klient przesłał mi przed spotkaniem. Co jakiś czas podnosiłem lornetkę i sprawdzałem kolejne okna. Rodzina zaczynała się zjeżdżać na święta, więc przed domem robiło się coraz większe zamieszanie. Kolejne samochody zajeżdżały na podjazd. Ktoś wysiadał z samochodu z walizką, ktoś wnosił zakupy, ktoś inny wracał z naręczem świątecznych dekoracji.
Z Antonim znałem się już wcześniej. Kiedyś moi rodzice prowadzili antykwariat, a on od lat był jednym z ich stałych klientów. Interesował się sztuką i starymi przedmiotami, więc z czasem ich znajomość wyszła poza zwykłe relacje między kupującym a właścicielami sklepu. Odwiedzał ich czasem prywatnie, a ja nieraz widywałem go w antykwariacie. Sam jednak nigdy wcześniej nie miałem okazji być w tym dworku.
Nie przyjechałem tutaj po to, by rozbierać na części naszą znajomość czy pierwsze świąteczne przygotowania. Kilka dni wcześniej Antoni wynajął mnie, ponieważ z dworu zaczęły znikać cenne przedmioty. Raz brakowało kosztownego zegara, innym razem szkatułki, którą właściciel dworu postawił w konkretnym miejscu, jeszcze innym porcelanowego serwisu do herbaty. Na początku wszystko wskazywało na kradzież. Ktoś musiał mieć dostęp do domu, wiedzieć, gdzie znajdują się wartościowe pamiątki, i wynosić je wtedy, kiedy nikt nie patrzył.
Problem polegał na tym, że Antoni nie wiedział, kiedy dokładnie przedmioty znikały ani kto mógł je zabrać. Nie chciał jednak policji. Nie chciał również alarmu, ochroniarzy ani rodziny przesłuchiwanej przy świątecznym stole. Chciał po prostu wiedzieć, co się dzieje.
Mój pierwotny plan zakładał spokojną obserwację. Miałem zobaczyć, kto przyjeżdża, kto wychodzi, kto ma dostęp do poszczególnych pomieszczeń i kto może mieć powód, żeby interesować się pamiątkami, które od dekad znajdowały się w dworku z początku XX wieku. Wiedziałem, że z czasem oczywiście będę musiał wejść do środka, nie miałem jednak na to konkretnego planu.
Gdy zacząłem się zastanawiać, czy lepiej będzie podać się za serwisanta wynajętego do szwankującego ogrzewania, czy też odegrać rolę nieco tępawego przyjezdnego, któremu tuż pod bramą dworu rozkraczył się samochód, zauważyłem kobietę wychodzącą z domu. Na oko zbliżała się do czterdziestki, była ubrana w fikuśny płaszcz w pierniki i najwyraźniej czegoś szukała. Rozejrzała się po podjeździe, a potem skierowała wzrok dokładnie w moją stronę.
Błyskawicznie odłożyłem lornetkę, odsunąłem się od okna i sięgnąłem po gazetę, jednak było za późno. Kobieta już szła w moim kierunku. Westchnąłem, upiłem ostatni, jak się domyślałem, spokojny łyk kawy, a później odstawiłem kubek i wysiadłem z auta. Blondynka już stała przy otwartych drzwiach samochodu i lustrowała mnie wzrokiem. Nie mogłem odczytać z jej twarzy, jaki werdykt w sprawie mojej aparycji zapadł w jej głowie.
Po chwili jednak klasnęła w dłonie z podekscytowaniem.
— No, no! Kto by pomyślał, że na święta można dostać ciacho z lekką siwizną, które nie wygląda jak piernik — rzuciła śpiewnie.
— Wszystko gotowe?
— Słucham?
Kobieta zerknęła na zegarek i spoważniała, po czym chwyciła mnie za płaszcz i pociągnęła w stronę dworu. Byłem tak zszokowany wytknięciem mi tych kilku siwych włosów przez obcą babę, że zdążyłem tylko trzasnąć drzwiami i nacisnąć odpowiedni guzik na pilocie. Volvo V70, jedyna osiemnastka w moim życiu, zamigotała kierunkowskazami. Dałbym sobie rękę uciąć, że mrugnęła do mnie tak, jakby żegnała się ze mną na dłużej.
A tylko spróbuj nie odpalić, cholero jedna, pomyślałem, po czym spojrzałem pod nogi, bo kobieta z dworu prowadziła mnie przez zaspy do kolan.
— Przepraszam, ale…
— Szybciej, mamy mało czasu. — Blondynka odwróciła się do mnie i coraz bardziej utwierdzając mnie w przekonaniu, że jest stuknięta, machnęła ręką w geście uciszenia, po czym już otwierała drzwi do dworku.
Spróbowałem jeszcze raz.
— Obawiam się, że zaszła pewna...
— Nie, nie, spokojnie. Wszystko jest w porządku. — Machnęła ręką i nerwowo zaczęła ściągać swój, a potem mój płaszcz.
Przez chwilę patrzyłem bez słowa, gdy zdjęła z moich dłoni czarne rękawiczki i rzuciła je na konsolę.
— Co pani właściwie…
— No chyba jesteś przyzwyczajony do rozbierania — zaśmiała się cicho. — Chodź.
Odwróciła się i ruszyła w stronę starych drewnianych schodów. Zostałem na miejscu. Przez ułamek sekundy rozważałem, czy powinienem ją zatrzymać i powiedzieć, że zaszła pomyłka. Szybko uznałem jednak, że być może lepiej, przede wszystkim dla śledztwa, najpierw dowiedzieć się, co właściwie się dzieje.
Ruszyłem za nią, a kiedy znaleźliśmy się w salonie kominkowym, kobieta znów klasnęła w dłonie.
— Przygotuj się. Lena zaraz tu będzie! Jestem pewna, że tego prezentu nie zapomni nigdy w życiu.
— Prezentu?
— No już, już, pruderię zostaw dla mojej kuzynki, może męskie cnotki ją kręcą, będziesz miał okazję sprawdzić. W agencji mówili, że każdy striptizer po czterdziestce ma w sobie to coś. — Puściła do mnie oko.
— Niech pani posłucha, ja…
— Hej, ćśś! Ktoś cię może usłyszeć, a to jest niespodzianka dla Leny. Nie daj Boże, żeby napalona Jagoda nakryła cię pierwsza. Do roboty, po to cię wynajęłam. Rób to, co umiesz najlepiej — rzuciła tym samym śpiewnym, lekko irytującym tonem i już jej nie było.
— ...nie jestem tym, za kogo mnie pani bierze.
Ostatnie słowa wypowiedziałem do zamykających się za nią drzwi, teraz mogłem co najwyżej mówić do ściany, na której wisiały stare portrety. Zapadła cisza, a ja w zamyśleniu potarłem czoło. Nieoczekiwanie znalazłem się w samym sercu sprawy i nie musiałem już podawać się za instalatora czy gapę, której zabrakło paliwa. Teraz tylko musiałem mądrze to wykorzystać i w jakiś kreatywny sposób powiadomić o tym klienta.
Przez chwilę stałem nieruchomo. Potem spojrzałem na choinkę. Na podłodze obok niej leżała czerwona satynowa kokarda. Co mówiła ta wariatka? „Po to cię wynajęłam”? „Niespodzianka dla Leny”? „Prezent”?
Cholera… Powiedziała jeszcze… „Striptizer”. Niech to szlag.
Zarówno w swojej karierze policyjnej, jak i detektywistycznej miewałem wiele różnych przykrywek — byłem dilerem, kierowcą, w pierwszych latach chłopakiem z osiedla, kiedyś to nawet kobietą na wabik. Żadne z tych wcieleń nie przygotowało mnie jednak na zawodowe kręcenie tyłkiem bez majtek.
Mój policyjny nos i detektywistyczna adrenalina mówiły mi jednak, że nie mogę przegapić takiej okazji. Być może ta niespodziewana zmiana planów pomoże mi szybciej rozwiązać zagadkę, żeby wrócić do domu na Wigilię, odebrać Ananasa od sąsiadki i spędzić kolejne samotne święta w fotelu. To nie był taki zły plan.
Spojrzałem jeszcze raz na choinkę i czerwoną kokardę. Zmarszczyłem brwi i podszedłem do niej. Wziąłem ją do ręki i sprawdzałem długość, bo po mojej głowie, nie wiadomo skąd, zaczął krążyć szalony pomysł. Nie byłem pewien, czy powinienem wziąć słowo „prezent” aż tak dosłownie, ale nie miałem zbyt wiele czasu na improwizację.
Zanim zacząłem rozważać, w jak absurdalnej sytuacji się znalazłem, po części z własnej inicjatywy, ściągnąłem sweter, koszulkę, spodnie, buty i skarpetki. Spojrzałem w dół, na swoje bokserki w bombki. Kto by pomyślał, że ta sprawa, która miała być szybkim zarobkiem przed świętami, okaże się aż tak bombowa.
Zdjąłem ostatni element garderoby i przystąpiłem do budowania swojej tożsamości operacyjnej. Przyjechałem tutaj, żeby zobaczyć, kto wynosi rodzinne klejnoty, tymczasem przewiązywałem czerwoną kokardę wokół własnych. Nawet Woody Allen lepiej by tego nie wymyślił. Pokręciłem głową.
Przeszedłem mnóstwo szkoleń operacyjnych. Prowadziłem obserwację mafii paliwowej. Raz przez kilka godzin siedziałem w stercie śmieci na wysypisku, obserwując człowieka podejrzanego o przemyt. Mój bark zdobiła blizna po kuli, pamiątka z jednej z ostatnich akcji w policji. A teraz zastanawiałem się, czy satyna mnie nie obetrze.
Nie miałem czasu na lepszy plan. Przewiązałem czerwoną satynową kokardę wokół penisa i przez moment patrzyłem na efekt swojej improwizacji. Przyjechałem tu, żeby prowadzić śledztwo, które zaczyna się od dupy strony z dekoracyjną kokardką. Trudno było uznać to za najbardziej profesjonalny moment mojej kariery.
Położyłem się pod świerkiem. Przez chwilę próbowałem znaleźć pozycję, która nie wyglądałaby idiotycznie. Nie znalazłem, więc położyłem ręce za głową i spróbowałem przyjąć możliwie najbardziej naturalną pozę, ale przecież nic w tej sytuacji nie było naturalne.
Leżałem pod choinką, której igły kłuły mnie w tyłek, i czekałem na kobietę, dla której jakaś kompletnie nieznana mi osoba, najwyraźniej z rodziny Antoniego, zamówiła striptizera jako prezent. Westchnąłem.
Miałem nadzieję, że ta cała nie do końca bożonarodzeniowa szopka szybko się skończy. Wtedy usłyszałem głosy. Najpierw ciche, gdzieś na korytarzu. Potem coraz wyraźniejsze. Śmiech. Czyjeś kroki. Głosy kilku osób.
Nerwowo poprawiłem nogi, podłożyłem rękę pod głowę i spróbowałem przybrać odpowiednią minę. Nie miałem pojęcia, jaka konkretnie będzie odpowiednia dla faceta, który zawodowo świeci jajcami przed obcymi kobietami, i pewnie nie tylko, ale uznałem, że pewność siebie będzie bezpieczniejsza od paniki.
Drzwi się otworzyły. Do salonu jako pierwsza weszła kobieta o nogach do nieba. Z tej pozycji doskonale widziałem, jak bardzo są zgrabne. Zacząłem wędrować wzrokiem wyżej, od kostek, przez sprężyste uda, talię z idealnym wcięciem, krągłe piersi, smukłą szyję. Aż do twarzy. I wtedy przez moment wszystko inne przestało mieć znaczenie.
Jeśli to miała być Lena, to już wiedziałem, że warto robić z siebie idiotę. Właściwie nie spodziewałem się niczego poza kolejną irracjonalną minutą tej kuriozalnej sytuacji, ale kobieta stojąca w drzwiach sprawiła, że przez chwilę zwyczajnie zapomniałem, że jestem w pracy, choć może na to nie wygląda, a świerkowe igły uwierają mnie w pośladki. Języka w gębie też zapomniałem i na te kilka sekund doceniłem kreatywność swojej przykrywki. W końcu striptizer nie musi nic mówić.
Lena, jak miałem nadzieję, jeszcze mnie nie zauważyła. Zrobiła kilka kroków, a tuż za nią zaczęli pojawiać się inni. Jakaś kobieta w grubych okularach zatrzymała się przy drzwiach, sędziwa staruszka powiedziała coś z zaciętą miną, na co mężczyzna w stroju lokaja roześmiał się, widocznie nieco zbyt głośno, bo szybko zakrył usta dłonią. Świetnie. Już szykował się na szok, którego z pewnością dozna na mój widok.
W ciągu kilku sekund pomieszczenie wypełniło się rodziną Antoniego. Rejestrowałem ich automatycznie: twarze, gesty, przyjęte pozy, nawet kolejność, w której wchodzili. Kto spojrzał najpierw na mnie, a kto na pozostałych. To były ułamki sekund.
Mój wzrok i tak wracał do Leny. W końcu zauważyła choinkę. A potem mnie. Zatrzymała się, a za jej plecami zrobił się niezły tłok.
Patrzyłem na nią spod gałęzi świątecznego drzewka, a ona patrzyła na mnie. Przez chwilę milczałem.
Potem, jakby to była normalna, świąteczna niespodzianka, powiedziałem:
— Cześć, Lena.
Przez kilka sekund nie byłam w stanie się ruszyć. Mogłam tylko patrzeć. Jakiś facet, który najwyraźniej postradał zmysły, leżał nago pod choinką, a jego krocze zdobiła misternie przewiązana kokardka. Pierwsze zdanie, które wypowiedział, skierował do mnie i patrzył w moje oczy, jakbym to ja właśnie weszła do jego salonu, a nie on wylegiwał się pod po części moją choinką.
— Cześć, Lena.
To było chyba najbardziej absurdalne powitanie, jakie usłyszałam w życiu. Nie znałam tego człowieka, przynajmniej tak mi się wydawało. A jednak wypowiedział moje imię z taką swobodą, jakbyśmy widzieli się wczoraj.
— Co ty tu robisz?
To było jedyne pytanie, jakie zdołałam z siebie wydusić. Absurd tej sytuacji sprawił, że nie stać mnie było na żadne inne. I to pytanie wcale nie oczyściło mnie z podejrzeń co do znajomości z tym nagim człowiekiem.
— O, kurwa, ale jaja — nie wytrzymała Jagoda. W jej głosie było słychać zarówno rozbawienie, jak i podziw.
— Jaja akurat przysłania kokardka — sprostowała babcia Yoda.
Rodzina, która weszła za mną do salonu, skutecznie blokowała mi przejście, więc nie mogłam nawet zrobić tego, co w pierwszej chwili podpowiadał mi instynkt: odwrócić się, wyjść i udawać, że niczego nie widziałam.
Zamiast tego nadal stałam w drzwiach i patrzyłam, choć naprawdę starałam się tego nie robić. Ale trudno było nie zauważyć pewnych rzeczy i wcale nie miałam na myśli przyrodzenia, które skrywała czerwona satyna.
Pan z kokardką, bo tak go nazwałam roboczo, miał ciemne, lekko niedbale ułożone włosy i kilkudniowy, również trochę nieokiełznany zarost. Na skroniach widać było delikatne przyprószenie siwizną, które przywodziło mi na myśl pierwszy śnieg na ciemnych włosach. Nie wyglądał przez to starzej, ale atrakcyjniej już tak.
Miał szerokie ramiona i klatkę piersiową z delikatnie zarysowanymi mięśniami. Wyglądał jak mężczyzna, który był przyzwyczajony do własnego ciała i nie musiał niczego nikomu udowadniać. Co, biorąc pod uwagę okoliczności, było wyjątkowo irytujące.
Bo to ja stałam w drzwiach w ubraniu i otoczona rodziną, a on leżał nagi pod choinką i wyglądał tak, jakby całe to przedstawienie w ogóle go nie krępowało. Co więcej, patrzył na mnie w jakiś dziwny sposób. Nie był rozbawiony czy zakłopotany — po prostu patrzył, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że kilkanaście par oczu lustruje go od góry do dołu, z naciskiem na dół.
— Lena? — odezwała się Jagoda.
Oderwałam wzrok od mężczyzny.
— Co?
— Nie rozpakujesz swojego prezentu?
— Jagoda. — Gdybym tylko oderwała wzrok od kokardki, cisnęłabym w jej kierunku gromami.
— No co? — zapytała niewinnie.
— Zlituj się — powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Nie wiedziałam, co było bardziej intrygujące: nagi mężczyzna pod choinką, za którego obecność na pewno byłam już odpowiedzialna w oczach całej rodziny, czy fakt, że niektórzy najwyraźniej uznali tę sytuację za doskonałą rozrywkę. Kiedy jednak zobaczyłam błysk flesza, uświadomiłam sobie, że to dopiero początek zabawy.
Odwróciłam głowę. Rita stała z telefonem w ręce.
— Wiesz co? — Spojrzałam na nią z uroczym uśmiechem.
— Co?
— Jeśli jeszcze raz zrobisz zdjęcie, wyrzucę ci telefon do kominka.
Rita opuściła aparat.
— To była tylko jedna fotka, Lena, nie denerwuj się tak. Idealna pamiątka.
— Jedna za dużo. Poza tym…
Już miałam dorzucić jakiś niewybredny komentarz, ale znów spojrzałam pod choinkę, na mężczyznę, który wciąż usilnie się we mnie wpatrywał, i doznałam szoku. Okazało się, że ta sytuacja może być jeszcze bardziej kuriozalna. Bo czerwona kokarda nie była już dokładnie tam, gdzie powinna.
Konrad, który najwyraźniej nie potrafił przejść obojętnie obok czegokolwiek, co choć w minimalnym stopniu zaburzało porządek i harmonię, właśnie niemal automatycznie poprawiał jej położenie.
— Troszkę za bardzo przesunęła się panu w lewo.
— Jeszcze trochę w prawo, Konradzie — instruowała go Helena, która do spółki z tutejszym kamerdynerem tworzyła pedantyczny duet.
Zapadła cisza. Mężczyzna pod choinką spoglądał to na Konrada, to na moją kuzynkę. Konrad cofnął rękę, jakby dopiero teraz zorientował się, co właściwie zrobił. Helena, stojąca obok, przyjrzała się efektowi.
— Tak lepiej — stwierdziła z uznaniem.
— Co wy, do cholery, wyprawiacie?! — wykrzyknęłam.
Konrad wzruszył ramionami, choć lekko się zaczerwienił.
— Robimy porządek — stwierdził po prostu.
— To jest nagi facet pod choinką, czy on aż nadto nie zaburza porządku?
Zamknęłam oczy. Nie. To się nie działo. Otworzyłam je ponownie, ale pan z kokardką nadal leżał pod choinką. Uśmiechnął się do mnie lekko. Nie wyglądał na człowieka szczególnie przejętego tym, że właśnie cała rodzina dyskutowała o położeniu kokardy na jego przyrodzeniu.
I znowu spojrzał na mnie w ten dziwny sposób. Tym razem odwzajemniłam spojrzenie. Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że cała reszta przestała istnieć. Nie wiedziałam, dlaczego patrzył na mnie właśnie tak. Nie wiedziałam, kim był. Nie wiedziałam, dlaczego znał moje imię. Wiedziałam tylko, że w ciągu kilku sekund moja wizja spokojnych świąt, o ile można mówić o spokoju w tej rodzinie, rozsypała się kompletnie.
A najgorsze było to, że nie miałam jeszcze pojęcia, dlaczego i czy w ogóle mi to przeszkadza.
W tym domu nadal jednak obowiązywały jakieś zasady. Na przykład takie, że kolację jada się przy stole, a nie pod świątecznym drzewkiem z obcymi, nagimi mężczyznami przewiązanymi kokardkami. Na szczęście Konrad powiedział w końcu, że jedzenie stygnie, za co byłam mu niewymownie wdzięczna.
Nie miałam pojęcia, co powinnam zrobić z człowiekiem, który wciąż leżał pod choinką i któremu pewnie dawno zdrętwiał tyłek. Tymczasem moja rodzina, zamiast zacząć zadawać sensowne pytania, najwyraźniej uznała, że najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu przejście do jadalni.
I tak oto mnie w udziale przypadło zakończenie tego świątecznego przedstawienia. Rzuciłam panu z kokardką dwa mikołajowe jaśki: jednego na dosłonięcie przyrodzenia, wszak satyna znów zaczęła się zsuwać, drugiego na zasłonięcie pośladków. Wstał nadzwyczaj sprawnie, zupełnie jakby wylegiwał się pod świątecznymi choinkami w obcych domach średnio raz w tygodniu. Zasłonił się poduszkami i zniknął na chwilę, żeby się ubrać.
Kiedy wrócił, miał na sobie spodnie i sweter. Wyglądał w nich zdecydowanie bardziej jak człowiek, którego można zaprosić do rodzinnej kolacji, niż jak ktoś, kto w zamyśle miał chyba przypominać prezent świąteczny z podtekstem erotycznym. Nie zmieniało to jednak faktu, że w moich myślach prawdopodobnie jeszcze długo zostanie rozebrany.
Z całych sił starałam się teraz o tym nie myśleć i poprowadziłam go w milczeniu do jadalni. Wszyscy zaczęli zajmować swoje miejsca. Konrad przyniósł dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa i bez pytania posadził go obok mnie. Oczywiście. Jakby obcy mężczyzna, którego znaleziono pod choinką, automatycznie otrzymywał miejsce przy stole i status członka rodziny.
Na szczycie stołu usiadł wuj Antoni. Miał w sobie coś z człowieka, który przez całe życie przywykł do tego, że jego obecność wprowadza spokój. Był już starszym mężczyzną, ale nadal miał mocną sylwetkę i spojrzenie, które potrafiło zatrzymać rozmowę bez słów. Tego wieczoru wyglądał jednak na wyraźnie zdezorientowanego, co lekko mnie zaskoczyło.
Co jakiś czas spoglądał na niespodziewanego gościa, jakby sam próbował ustalić, jakim cudem obcy mężczyzna pojawił się w jego domu i dlaczego wszyscy zachowują się tak, jakby właśnie w ten sposób miała wyglądać pierwsza wspólna kolacja po przybyciu wszystkich do dworku.
Po jego prawej stronie zajęła miejsce jego matka, Jadwiga, nazywana przez wszystkich po prostu babcią Yodą. Drobna, elegancka, wyprostowana mimo wieku, z siwymi włosami upiętymi w gładki kok. Jej psotny charakter zdradzały jedynie chochliki w oczach. Patrzyła na pana z kokardką z zainteresowaniem, ale, w przeciwieństwie do Antoniego, nie wyglądała na szczególnie zdezorientowaną, co już zupełnie mnie nie zaskoczyło.
Siedziałam obok niego. Mimo zapewnień Konrada, że jedzenie stygnie, na stole znajdowały się parujące półmiski. Poczułam, że burczy mi w brzuchu, jednak straciłam nadzieję na spokojną kolację w tych wariackich okolicznościach, gdy tylko odezwała się Helena.
— Przepraszam, czy badał pan kiedyś asymetrię swoich oczu?
Moja najstarsza kuzynka była perfekcjonistką z metrówką i poziomicą w oczach. Potrafiła znaleźć różnicę w dwóch rzeczach, które dla reszty świata wyglądają identycznie, piekła pierniki z linijką, planowała wszystko z wyprzedzeniem i prawdopodobnie uważała spontaniczność za rodzaj choroby.
Pan z kokardką spojrzał na nią.
— Nie — odpowiedział skonsternowany. — I Leon. Wystarczy Leon.
Helena nadal badawczo przyglądała się, jak się okazało, Leonowi.
— To ciekawe.
— Co takiego?
— Jedno jest odrobinę wyżej.
Spojrzałam na kuzynkę.
— Heleno.
— Słucham?
— On dopiero usiadł.
— Właśnie dlatego najlepiej obserwować go teraz. Zwróciłam uwagę na to już pod choinką, ale tam położenie było dość niekorzystne.
Odchrząknęła.
— To znaczy korzystne, tylko pod innym względem — poprawiła się, a na jej twarz wstąpił rumieniec.
Pan z kokardką zerknął na mnie z rozbawieniem w oczach.
— Czy to standardowe powitanie w tej rodzinie?
— Nie — odpowiedziałam. — Najczęściej bywa znacznie dziwaczniej.
— Dziękuję za te pokrzepiające słowa.
— Nie ma za co.
Helena nadal mu się przyglądała.
— Nie powiedziałabym, że to wada.
— To dobrze — odparł mężczyzna siedzący obok mnie.
Prawie się uśmiechnęłam. Jagoda natomiast nie miała najmniejszego zamiaru czekać na swoją kolej.
— Swoją drogą, seksi tyłeczek. Te krągłe pośladki wychyliły się spod choinki, gdy Konrad poprawiał satynkę.
Zacisnęłam usta, próbując się nie roześmiać.
Jagoda była nie tyle po trzech małżeństwach, ile po trzech rozwodach. Kochała flirt, wiedziała wszystko o wszystkich i nigdy nie miała potrzeby zastanawiać się, czy coś wypada powiedzieć na głos. Nie interesowało jej, czy ktoś ma ochotę słuchać.
Od przyjazdu zdążyła opowiedzieć o trzecim mężu, który późno został ojcem i siedzi w pieluchach, o synu sąsiadki mieszkającej na rogu ulicy, który lubił sobie chlapnąć, a ostatnio podobno też wciągnąć, i pani z banku, o której w miasteczku krążyły legendy, że kradnie pieniądze z kasy, bo to przecież niemożliwe, żeby z wypłaty było ją stać na takie drogie torebki.
Pan z kokardką spojrzał na nią przenikliwie.
— To komplement? — upewnił się.
— Oczywiście.
— W takim razie dziękuję.
Nie wyglądał na speszonego ani nawet na szczególnie zaskoczonego. Zaczynałam się zastanawiać, czy on w ogóle potrafił się czymś przejąć, gdy odezwała się Pola.
— Czy ta kokarda była z recyklingu? — Rzuciła niespodziewanemu gościowi podejrzliwe spojrzenie.
— Słucham?
— Kokarda. Czy to był wyrób ekologiczny?
— Nie wiem.
— Nie wie pan? — Oburzenie Poli rosło z każdą sekundą.
— Właściwie znalazłem ją pod choinką.
Pola zmarszczyła brwi.
— A skąd jest choinka? — Oskarżycielsko skierowała widelec w stronę pana z kokardką.
Otworzył usta, ale zanim zdążył odpowiedzieć, odezwał się Konrad.
— Z lasu.
Pola spojrzała na niego z wyrzutem.
— Czyli została ścięta?
— Nie chce być inaczej. — Konrad wzruszył ramionami, nalewając wszystkim wino.
— A czy nie można było zasadzić jej odpowiednio wcześniej, postawić w doniczce na czas świąt i później wkopać ją w ogrodzie?
— Nie mam pojęcia. Jestem kamerdynerem, nie ogrodnikiem, i moje umiejętności w tej materii ograniczają się jedynie do ścinania drzewek. Siekierą.
Pola zbladła i westchnęła nieco teatralnie.
Spojrzałam na nią pobłażliwie. Była weterynarzem, ekologiem i człowiekiem, który rozpoczynał debatę o wpływie świątecznych dekoracji na środowisko absolutnie wszędzie, również w środku rodzinnej kolacji z niespodziewanym gościem.
Rita w tym czasie robiła zdjęcia. Dużo zdjęć. Ona nie prowadziła życia, ona je dokumentowała i w moim odczuciu zbyt dużą jego częścią dzieliła się na Instagramie. Lampa błyskowa z prędkością światła oślepiała wszystkich obecnych, a później płynnie ślizgała się po potrawach, kieliszkach, talerzach, sztućcach, nawet po solniczce w kształcie choinki.
Teraz jednak zatrzymała się na panu z kokardką odrobinę zbyt długo.
— Rita. — Poczułam się w obowiązku stanąć w jego obronie.
— Tak? — Obiektyw powędrował w moją stronę.
— Czy mogłabyś przestać fotografować wszystko, co się rusza i nie rusza zresztą też?
— Nie fotografuję wszystkiego.
— Właśnie zrobiłaś zdjęcie soli.
— Ładnie wyglądała.
— To sól. — Przewróciłam oczami.
— Świąteczna sól.
— Nie ma czegoś takiego.
— Jest, jeśli dobrze to sfotografujesz.
Pokręciłam głową.
Po drugiej stronie stołu Kalina siedziała wyjątkowo cicho. To było dziwne, ponieważ było normalne, a w tym domu i w tej rodzinie nic tak naprawdę nie było do końca normalne. Kilkukrotnie zauważyłam, że zerka na Leona. Za każdym razem, kiedy nasze spojrzenia się spotykały, odwracała wzrok. Robiła to tak szybko, że można było pomyśleć, że to przypadek. Nie wiedziałam, o co chodzi, ale na razie postanowiłam w to nie wnikać.
Konrad tymczasem obsługiwał stół z tą samą dokładnością, z jaką wcześniej poprawiał kokardkę. Nalewał napoje, przynosił kolejne potrawy z kuchni, poprawiał świecznik, kiedy zauważył, że ktoś przesunął go choćby o centymetr. Miałam wrażenie, że ten człowiek potrafiłby uporządkować apokalipsę alfabetycznie.
W końcu Antoni odchrząknął. Spojrzał na mnie, potem na człowieka siedzącego obok. I znowu na mnie. Wyglądał na coraz bardziej zdezorientowanego. Absolutnie mnie to nie dziwiło. Wzruszyłam ramionami, bo nie potrafiłam wybawić go z opresji.
Jakiś obcy człowiek wylądował w jego domu, został znaleziony nagi pod choinką, następnie ubrany i posadzony przy rodzinnym stole obok mnie. Gdybym była na jego miejscu, prawdopodobnie również próbowałabym ustalić, czy ktoś nie podmienił mi rodziny.
— Młody człowieku — powiedział w końcu Antoni. — Może się pan przedstawi?
Pan z kokardką wyprostował się na krześle. Widziałam, jak na moment spoważniał.
— Leon — powiedział.
Antoni czekał.
— Leon... i?
Pan z kokardką, to znaczy Leon, odchrząknął.
— Leon Majewski. Jestem…
Mój wuj dziwnie spiął się w oczekiwaniu.
— …emerytowanym policjantem.
To wywołało natychmiastowe zainteresowanie. Jagodzie zaświeciły się oczy. Helena spojrzała na niego z zainteresowaniem spod okularów. Pola odłożyła widelec i również wlepiła w niego wzrok. Rita za to wycelowała w niego obiektywem.
— No nie — jęknęłam.
— Nawet nie zrobiłam zdjęcia — próbowała się usprawiedliwić, odkładając telefon.
Antoni przewiercał Leona wzrokiem.
— Policjantem, taaak. — Wuj wydawał się ukontentowany tą odpowiedzią. Rozluźnił się, upił łyk wina i wrócił do jedzenia.
Tymczasem w wyrazie twarzy Leona nadal było coś, czego nie potrafiłam odczytać. Jakby ciągle analizował, wszystkim się przyglądał, a jednocześnie to mnie poświęcał najwięcej uwagi. I właśnie w tym momencie padło pytanie, którego zdecydowanie nie chciałam usłyszeć.
— A ty jesteś dla Leny… kim?
Spojrzałam na niego, a on spojrzał na mnie i przez krótką chwilę żadne z nas się nie odezwało. Leon odchrząknął.
— Jestem chłopakiem Leny.
Kalina zakrztusiła się kaczką w pomarańczach. Zerknęłam w jej stronę kontrolnie i zobaczyłam, że Konrad klepie ją po plecach, a Helena podaje szklankę wody. Powoli odwróciłam głowę w stronę Leona.
Patrzył na mnie spokojnie, jakby właśnie powiedział coś absolutnie oczywistego. Jagoda rzuciła komentarz o tym, że seksowny tyłek przynajmniej zostanie w rodzinie, Rita zaczęła mi gratulować, jednocześnie każąc nam się do siebie zbliżyć, bo taką chwilę trzeba udokumentować.
A ja zrozumiałam, że pan z kokardką rzeczywiście miał zostać moim prezentem na te święta. Najwyraźniej tylko ktoś zapomniał wcześniej zapytać mnie o zdanie.
Po niezręcznej kolacji na stole pojawił się równie niezręczny deser, przy którym nastąpiła cała seria pytań. Na żadne z nich nie byłem przygotowany. Oczywiste było to, że większość z nich dotyczyła Leny. Co lubi? Czego nie lubi? Jaką kawę pije? Czy lubi święta? Gdzie byliśmy razem ostatnio? Jak długo się znamy?
I wtedy zrozumiałem, że właśnie dostałem coś znacznie cenniejszego niż przypadkową przykrywkę pod choinką. Dostałem legendę. Wystarczyło, że byłem chłopakiem Leny i nagle przestawałem być obcym facetem, który pojawił się w domu Antoniego bez wyjaśnienia.
Mogłem siedzieć przy stole, rozmawiać z rodziną, zadawać pytania, interesować się domem i jego mieszkańcami, a nawet zaglądać w miejsca, do których jako zwykły gość nie miałbym żadnego powodu zaglądać. Partner członka rodziny był znacznie mniej podejrzany niż obcy mężczyzna kręcący się po dworze.
Problemem był jeden drobny szczegół. Nie wiedziałem o Lenie prawie nic. Szybko okazało się, że ona sama również została wzięta w krzyżowy ogień pytań. Jak się poznaliśmy? Czy jako emerytowany policjant umiem przejrzeć ją na wylot? Jakie słodycze lubię najbardziej? O to, jak duże walory znajdują się pod kokardką, zapytała oczywiście Jagoda.
Zaskakująco szybko zaczęliśmy tworzyć zgrany team. Lena zaczynała odpowiedź, a ja ją kończyłem lub odwrotnie. Lena ucinała wścibskie pytania wygadanej kuzynki, a ja cierpliwie prowadziłem z Polą dyskusje o tym, czy na pewno nie mam na sobie nic z poliestru i co sądzę o okrutnej tradycji mordowania karpia we własnej wannie przy tak pięknej i skłaniającej do dobroci okazji, jaką są święta Bożego Narodzenia.
— Leon, masz konto na Instagramie, prawda?
— Niestety nie ma, więc bardzo mi przykro, ale nie oznaczysz w swojej relacji żadnego z nas. — Lena spojrzała na mnie znacząco, a ja skinieniem głowy potwierdziłem jej słowa. Najwyraźniej właśnie wybawiała nas z opresji.
— Och, szkoda. — Rita wydawała się naprawdę zawiedziona. — Według świata tak naprawdę nie istniejecie. Przemyślcie to sobie, czy nie warto byłoby budować zasięgi już teraz. Zasięgi to przyszłość.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Uświadomiłem sobie, że, wbrew pozorom, ta sytuacja może być znacznie łatwiejsza, niż zakładałem. Lena potrafiła błyskawicznie zorientować się, dokąd zmierza rozmowa, i równie szybko dostosować odpowiedź. Była bystra i cholernie podniecająco wyglądała, gdy próbowała powstrzymać śmiech.
Złapałem się na tym, że znowu na nią patrzę. Odwróciłem wzrok.
— A od ciebie? — zapytała Helena.
Spojrzałem na nią.
— Ode mnie?
— No tak. Co Lena dostała od ciebie na ostatnie urodziny?
Zapadła cisza. Spojrzałem na Lenę. Tym razem nie wyglądała na osobę, która zamierza mi pomóc.
— To było coś bardzo osobistego — powiedziała z tajemniczą nutą w głosie.
— Oczywiście — odparła Helena i spuściła wzrok w lekkim zawstydzeniu.
Jagoda szybko przejęła inicjatywę.
— Jaki kolor?
— Jaki kolor czego? — zadawałem coraz głupsze pytania, Lena tymczasem ostatkiem sił powstrzymywała się od śmiechu. Widocznie doskonale wiedziała, dokąd zmierza również ta rozmowa.
— Bielizny! — wykrzyknęła Jagoda, tym samym sprowadzając na nas uwagę wszystkich obecnych. Antoni wybałuszył na mnie oczy, starsza pani cmoknęła z zainteresowaniem, kamerdyner przekręcił głowę w niemym oczekiwaniu.
— No chyba nie kupiłeś jej wibratora? Przecież Lena zasugerowała, że pod satynką krył się całkiem sprawny sprzęt.
Spojrzałem na Lenę. Nie udało jej się już ukryć rozbawienia. Jej śmiech był perlisty i bardzo delikatny. W jej oczach tańczyły iskierki.
— Książkę mi kupił, wariatko!
— A co w tym osobistego? — Jagoda była szczerze zaskoczona. — Jaką? Kamasutrę?
— Czy ty naprawdę musisz sprowadzać wszystko do seksu?
— Oczywiście! Seks to nie wszystko, ale wszystko bez seksu to…
— Jagodo, proszę — przerwał jej Antoni, który od rozpoczęcia rodzinnego przesłuchania głównie tylko milczał, ale obserwował mnie uważnie.
O ile moja obecność pewnie niespecjalnie go zaskoczyła, choć umawialiśmy się, że do dworku wejdę dopiero bliżej Wigilii, o tyle z pewnością nie rozumiał, dlaczego podałem się za chłopaka jego bratanicy lub siostrzenicy. Odnotowałem w pamięci, żeby dopytać o to Lenę.
Właściciel domu analizował sytuację ze spokojnym chłodem i w milczeniu. Kalina również oceniała okoliczności w ciszy, jednak zdecydowanie brakowało jej opanowania Antoniego. Siedziała cicho i niemal nie tknęła deseru. Co jakiś czas spoglądała na mnie, a potem na Lenę. Za każdym razem, gdy nasze spojrzenia się spotykały, natychmiast odwracała wzrok. Przez jej twarz przebiegało jednak milion emocji.
Ona jedyna wiedziała, co jest nie tak. Nie wiedziała jednak, że moim zadaniem jest ustalić również inne „nie tak”, a ona stworzyła doskonałą okazję, aby zrobić to w sposób absurdalny, ale jednocześnie z potencjałem na wysoką skuteczność. Mogłem w spokoju obserwować, zapamiętywać, łączyć fakty i zauważać to, czego inni nie zauważali.
Problem polegał na tym, że coraz trudniej było mi skupić się na czymkolwiek innym niż kobieta siedząca obok. Chłonąłem wszystko, co mówiła, nie tylko po to, aby uwiarygodnić nasz fikcyjny związek, ale z czystej fascynacji, której nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Z każdym kolejnym zdaniem odkrywałem w niej coś, co sprawiało, że chciałem wiedzieć coraz więcej. I prawdopodobnie powinno mnie to zacząć niepokoić.
Wstałem od stołu, kiedy reszta zaczęła się rozchodzić. Lena również się podniosła. Przez moment zostaliśmy sami.
— Nieźle — powiedziała cicho.
— Słucham? — Naprawdę próbowałem się skupić.
— Nieźle nam poszło, nie? — Spojrzała na mnie. Musiała być zaskoczona, że nie załapałem od razu.
— O, oczywiście. Poszło nam doskonale jak na ludzi, którzy dopiero niedawno poznali własne imiona. — Uśmiechnąłem się porozumiewawczo i dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że na własne życzenie sprowadziłem nad siebie czarne chmury.
— Właśnie. Skąd wiedziałeś, jak mam na imię?
Spojrzałem na nią.
— Co ty tu właściwie robisz?
Podejrzliwie przewiercała mnie wzrokiem.
— I kim, do diabła, jesteś?
Przez moment intensywnie myślałem, co odpowiedzieć. Jednak, niczym mój wybawca, do jadalni wpadła Pola… z jeżem na rękach.
— O, tu jesteście. — Uśmiechnęła się bardziej do zwierzęcia niż do nas. — Będziemy teraz ubierać choinkę w holu. Helena z Konradem właśnie narzekają na długość gałęzi. Rozumiecie? Krytykują ideał nieidealnej natury, którą bestialsko zniszczyli.
Co tu robił jeż? Spojrzałem na Lenę, ta jednak tylko pokręciła głową z lekkim uśmiechem, dając mi do zrozumienia, żebym nawet nie zaczynał tego tematu.
— Idziecie?
— Idziemy.
Pola wyszła z jadalni, a Lena obejrzała się przez ramię i ruszyła za nią. Patrzyłem za nią chwilę dłużej, niż powinienem.
Potem próbowałem przypomnieć sobie, po co właściwie tu przyjechałem. Dworek. Kradzieże. Antoni i reszta rodziny. To powinno być najważniejsze.
A jednak, kiedy ruszyłem za Leną, złapałem się na tym, że, zamiast zastanawiać się, kto może być złodziejem, próbuję sobie przypomnieć, jaką kawę lubi.
Choinka stała już w holu, wysoka niemal pod sam sufit i tak gęsta, że gdy patrzyło się na nią z odpowiedniej perspektywy, można było odnieść wrażenie, że ktoś wstawił do domu kawałek lasu. Na kilku gałęziach wisiały już pierwsze ozdoby, ale większość bombek, łańcuchów i światełek nadal znajdowała się w pudełkach ustawionych pod ścianą.
Najwyraźniej rodzina miała w zwyczaju traktować ubieranie choinki jako wydarzenie angażujące wszystkich. I najwyraźniej każdy miał na ten temat własne zdanie. Pola właśnie rozpoczynała wykład o tym, że świąteczne dekoracje również mogą być przyjazne środowisku.
— Jasne. Najpierw więc ustalmy, czy nasze ozdoby są ekologiczne, czy po prostu będziemy musieli przeprosić jeża za ich istnienie — nabijała się z niej Jagoda.
Lena, która stała obok mnie, parsknęła śmiechem.
— Nawet nie wiesz, co cię czeka.
— Nie wiem, choć się domyślam — odpowiedziałem, próbując naśladować intonację Tadeusza Sznuka.
Spojrzała na mnie.
— To jeszcze nic. Poczekaj, aż Helena zacznie poprawiać bombki.
Jak na zawołanie Helena pojawiła się przy choince z kolejnym pudełkiem ozdób.
— Ta jest za wysoko — oznajmiła.
— Która? — zapytała Rita.
— Czerwona.
Rita spojrzała na choinkę.
— Wszystkie czerwone są za wysoko?
Helena zmarszczyła brwi.
— Nie. Ta konkretna.
— A jaka jest różnica?
Helena podeszła bliżej.
— Na moje oko to może być nawet czternaście centymetrów.
Rita spojrzała na mnie.
— Dobrze, że jesteś emerytowanym policjantem. Będziesz mógł szybko zabezpieczyć miejsce zbrodni.
— Cóż, prowadziłem sprawy, w których ludzie zabijali za paczkę papierosów, ale żeby za krzywo powieszone bombki…
Lena odwróciła się do mnie.
— Nie mów tego za głośno — syknęła.
W tym momencie z salonu dobiegł huk. Wszyscy spojrzeliśmy w tamtą stronę.
Po chwili pojawiła się Pola.
— To tylko jeż, to tylko jeż — rzuciła uspokajająco.
— Co znaczy „tylko jeż”? — zapytała Kalina.
— Ale spokojnie, nic mu się nie stało.
— Ale dlaczego jeż jest w salonie?
Pola spojrzała na nią, jakby odpowiedź była oczywista.
— Bo tam go zostawiłam.
Nagle spod stolika wybiegło małe, kolczaste stworzenie.
— Oooo, nie, nie, nie, nie — kuzynka z zamiłowaniem do ekologii próbowała zaklinać rzeczywistość.
Jeż ruszył prosto pod choinkę.
— Proszę cię, nie rób mi tego.
— Panno Polu, on chyba nie jest zainteresowany współpracą — powiedział Konrad, nie przerywając rozplątywania łańcucha.
— Dziękuję, Konradzie. Zauważyłam.
Jeż zniknął pod dolnymi gałęziami. Pola pobiegła do kuchni, ale wróciła po kilku sekundach i przykucnęła przy choince.
— Ponton, wyjdź, mam jabłko.
— Ponton?! — Tym razem Lenie nie udało się ukryć zaskoczenia.
Jagoda nachyliła się nad Polą i zerknęła podejrzliwie w tym samym kierunku.
— A może on po prostu nie lubi jabłek?
— To jeż.
— Właśnie dlatego pytam. Czy one nie jedzą gąsienic, dżdżownic i ślimaków?
— Ten może być wegetarianinem — mruknęła Pola, choć nawet ona nie wydawała się przekonana.
Chwilę później razem z roześmianą Leną obserwowaliśmy, jak Pola przesuwa kosz na drewno i każe Kalinie wynieść stojak na pogrzebacze, bo Ponton może pod nim utknąć.
