Nikt - A.P. Mist - ebook + audiobook

Nikt ebook i audiobook

A.P. Mist

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

49 osób interesuje się tą książką

Opis

Victor Reed – nieodkryta tajemnica, nierozwiązywalna zagadka. Mężczyzna o wielu twarzach, nieprzejednanym, twardym charakterze i przeszywającym spojrzeniu. Nikt nie wie, jaki jest naprawdę, skąd się wziął, do jakiego celu zmierza i czym tak naprawdę się zajmuje.

Savannah – dwudziestoletnia studentka dorabiająca jako barmanka w nocnym klubie – nigdy nie przypuszczała, że zwyczajny wieczór w pracy odmieni jej życie. Przypadkowe spotkanie tajemniczego mężczyzny, gdy ten wykonuje swoje mroczne zlecenie, stawia ją w samym centrum niebezpieczeństwa.

Victor nie zna litości. A jednak… coś w Savannah każe mu złamać własne zasady. Oszczędza ją, ale stawia warunek – musi zniknąć, bo jeśli spotkają się ponownie, nie będzie już odwrotu.

Gdy ich drogi ponownie się krzyżują, na szali nie stanie wyłącznie życie dziewczyny, lecz przede wszystkim serce Victora.

 

Niezrozumiałe, przerażające uczucie zmusza go do kwestionowania wszystkiego, co znał. Czy to możliwe, że człowiek taki jak Victor może kochać?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 246

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 48 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Marcin StecAgata Bieńkowska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



A.P. MIST

NIKT

Dla moich najwierniejszych Czytelniczek, które są zawsze i pomimo. Dziękuję! Kocham Was najmocniej!

Prolog

Victor

Ciemność była moim domem, moją skórą, moim cieniem. Moją sprzymierzeńczynią. W niej świat wydaje się prostszy, bardziej przewidywalny. Ludzie nie dostrzegają zagrożenia, dopóki nie jest za późno. Ja jednak widzę wszystko. Każdy ruch i oddech. W tej grze wygrywa ten, kto najdłużej pozostaje niewidoczny. A ja zawsze wygrywam.

Świat w mroku to świat bez moralności, bez wahań, bez niepotrzebnych emocji. Idealne miejsce dla kogoś takiego jak ja. Dźwięki pozostają przytłumione, kontury rozmyte, a sumienie… cóż, ono po prostu nie istnieje. Tu są ludzie tacy jak ja. Poza nim jest reszta – ci, którzy nie mają pojęcia, co czai się w cieniu. Zbyt naiwni, by zrozumieć, jak cienka jest granica między spokojnym życiem a otaczającymi ich chaosem i złem. Wystarczy jedno potknięcie, jedno spojrzenie w niewłaściwą stronę.

W mroku świat jest inny.

Stałem oparty o zimną, wilgotną ścianę i czekałem. Zawsze czekałem. Byłem cierpliwy. To jedna z tych cech, które odróżniały mnie od innych. Nie zdradzałem swojej obecności, stanowiła pułapkę.

Deszcz padał miarowo, monotonnie bębniąc o dachy pobliskich budynków, tworzył na ulicy kałuże, które odbijały migotliwe światła neonów. Zapach wilgoci i benzyny wypełniał zaułek. Niczym drapieżnik czułem tę przyjemną woń ofiary. W oddali muzyka wibrowała w powietrzu jak pulsująca arteria tego miejsca.

Ludzie nie doceniali ciszy. Ja ją uwielbiałem. To ta chwila przed uderzeniem. Przed wykonaniem wyroku.

– Ostatnie życzenie? – Zaśmiałem się cicho. – O, nie możesz mówić. Wybacz – rzekłem z czułością i przystawiłem lufę do czoła mojego zlecenia.

Tak ich nazywałem. Nie mieli imion ani twarzy, ale za to sporo grzechów na sumieniu. A ja… byłem posłańcem diabła.

Wtedy drzwi bocznego wejścia klubu otworzyły się gwałtownie, zakłócając rytm mojej perfekcji i wpuszczając na chłodne, wilgotne powietrze smugę rażącego światła i coś, co nie powinno się tam znaleźć. A raczej kogoś…

Była młoda. Za młoda, by trafić do miejsca takiego jak to. Na pierwszy rzut oka zupełnie nieistotna, lecz wyraźnie zbyt delikatna, aby wpaść na kogoś takiego jak ja.

Nie ruszyłem się, nie drgnąłem nawet o milimetr. Najpierw mnie nie zauważyła. Wypadła na zewnątrz i opierała dłonie na kolanach, ciężko oddychając, jakby próbowała uciec od czegoś w środku. Część włosów przylegała jej do twarzy, pozostałe ciemne, gęste fale opadały niesfornie na ramiona i były wilgotne, jakby sama burza zamknęła się w tych kosmykach. Skórę miała gładką, widziałem to nawet w tym nikłym świetle. A oczy… brązowe, wielkie jak księżyc, błyszczące, obezwładniające.

Dałbym nieznajomej najwyżej dwadzieścia lat. Czarna spódnica podkreślała jej szczupłą sylwetkę, a prosta bluzka i fartuch barmanki świadczyły o tym, że była tu tylko po to, by dorobić parę dolarów, zanim wróci do życia, które nigdy nie miało się przeciąć z moim. Powinna pozostać tylko punktem na tle tego brudnego miasta. A jednak stała tu, tuż przede mną, nieświadoma, jak blisko jest niebezpieczeństwa.

Narzuciła na ramiona kurtkę i uniosła wzrok. Zamarła, jakby całe jej ciało nagle odmówiło posłuszeństwa. Nie krzyczała. Wpatrywała się we mnie szeroko otwartymi oczami, pewnie nie rozumiejąc, na co właśnie patrzy.

Powinienem był działać, zakończyć ten rozdział, zanim zdążył się w ogóle zacząć. Dotąd okazywałem się w tym dobry. Każde zlecenie to matematyczna precyzja, zimna kalkulacja. A jednak stałem tam, niezdolny do wykonania ruchu.

Otrzeźwienie na szczęście przyszło w porę. Nacisnąłem na spust, patrząc w te niezwykłe oczy. Nawet się nie wzdrygnęła, bo jedynym dźwiękiem, jaki mogła usłyszeć, było łomotanie jej serca.

– Kim… kim ty jesteś? – zapytała cicho, choć słowa wydawały się grzęznąć jej w gardle.

Nie odpowiedziałem. Nie musiałem. Jej pytanie odbiło się ode mnie jak od ściany, a cisza, która po nim nastąpiła, zdawała się bardziej złowieszcza niż jakikolwiek dźwięk.

Zrobiła krok w tył, ale plecami dotknęła ściany budynku. Była uwięziona, chociaż jeszcze tego nie rozumiała.

– Proszę, ja… ja nic nie widziałam – tłumaczyła szybko, nerwowo, z desperacją. – Ja tylko… Nie wiem, co się dzieje. Przysięgam, nikomu nic nie powiem. – Przeniosła wzrok na leżące pod moimi nogami ciało.

W tym świecie rozmowy niczego nie zmieniały. Nie ma pytań, nie ma odpowiedzi, są tylko działania. Powinienem ją uciszyć, ale zamiast tego… mówiłem.

– Jestem nikim – odezwałem się cicho, głosem zimnym jak stal.

– Ja… ja nic nie zrobiłam, ja tylko…

Może próbowała mnie zrozumieć, znaleźć logikę w sytuacji, w której logiki nie było. Wiedziałem, że każdy kolejny dźwięk tylko pogarsza sprawę. Nie mogłem pozwolić, by ktoś usłyszał.

Starała się mnie przekonać, że nie warto poświęcać jej ani sekundy więcej. Patrzyłem na pełne, lekko rozchylone, drżące usta nieznajomej i błyszczące od łez oczy. Była piękna w sposób, który nie pasował do tego miejsca.

Jej oddech przyspieszył, a dłonie zacisnęły się na krawędzi fartucha.

– Nie rób mi krzywdy. Obiecuję, że będę milczeć. A zresztą, możesz mnie zabić, to przecież już nie ma znaczenia. – Zaśmiała się nerwowo i rozejrzała na boki.

Widziałem, jak strach dziewczyny narasta, ciało instynktownie chciało uciec, ale nie miało dokąd. W końcu byłem tak blisko, że czułem na wargach jej gorący oddech.

– Tylko nie wrzucaj moich zwłok do śmieci. To poniżające. Mam na imię Savannah, chcę, żebyś wiedział, kto jest twoją ofiarą. Moim rodzicom pęknie serce, ale na pewno zrobią mi piękny pogrzeb. Nie masakruj mnie, bo w gruncie rzeczy…

– Przestań mówić – wycedziłem.

Jej usta pozostały otwarte, gotowe wyrzucić kolejny potok słów, ale nim cokolwiek powiedziała, po prostu zamknąłem je swoimi. Nie było w tym czułości ani delikatności, tylko prosty, brutalny gest mający na celu jedynie posmakowanie ułamka tego, co w niezrozumiały sposób na mnie podziałało.

Zesztywniała pod wpływem szoku. Przesunąłem po jej boku krawędzią broni, tłumikiem zahaczyłem o ubranie. Oparła drżące dłonie o moją pierś, jakby chciała mnie odepchnąć, ale nie zebrała na to siły. Było w tej chwili coś, co zburzyło cały porządek mojego świata.

Odsunąłem się od niej równie nagle, jak się zbliżyłem. Oddech miała urywany, oczy jeszcze większe niż wcześniej.

– Zniknij – warknąłem ostrzej, niż zamierzałem.

– Nie zabijesz mnie?

– Nie dziś – powiedziałem cicho i przesunąłem kciukiem po jej dolnej wardze. – Nie odwracaj się, nie oglądaj za siebie. Po prostu idź, bo jeśli twoja droga znów skrzyżuje się z moją… – Na moment zatonąłem w spojrzeniu nieznajomej. – Uciekaj, moja piękna…

Rozszerzyła oczy jeszcze bardziej, jakby w końcu zrozumiała, że to groźba.

Nie powinienem się wahać. Wiedziałem to. Każda sekunda bezczynności wydawała się błędem, który mógł mnie kosztować więcej, niż chciałem zapłacić. A jednak stałem tam, patrząc na nią, niezdolny do pozbycia się problemu.

W końcu się odwróciła i pobiegła, jej kroki odbijały się echem w zaułku, a sylwetka szybko zniknęła w deszczu. Zostałem sam, otoczony chłodem i ciszą. Ulga się nie pojawiła, lecz coś we mnie się zmieniło. Wspomnienie o dziewczynie nie zniknęło z mojej głowy – te oczy, drżące usta, sposób, w jaki mi się przyglądała. Ciekawość? Niedowierzanie? Jakby widziała coś więcej niż cień, którym byłem.

W tym świecie każdy wybór niósł konsekwencje. I teraz, choćbym nie chciał, musiałem stawić czoła temu, co nadejdzie. W swoim życiu nie znajdowałem miejsca na litość. A jednak tego dnia ją okazałem.

Stało się coś niezrozumiałego. Zdawało się, że jej obecność rozbiła chłód, który zawsze mnie otaczał. Nie znałem tego uczucia. Nie chciałem go znać. Było niepotrzebne, niewłaściwe. I wiedziałem, że okaże się zgubą.

Tej zimnej, wilgotnej nocy coś poszło nie tak.

Rozdział 1

Savannah

Czułam, że coś jest nie tak. Może to przez ciężar na ramionach, wydający się większy niż zwykle, albo pulsujący ból głowy, który uparcie nie chciał ustąpić. A może po prostu ten dziwny ucisk w piersi, jakby coś miało się wydarzyć. Zbliżało się coś nieuchronnego, a ja nie byłam na to gotowa.

Chmury wisiały nisko, chcąc przygnieść miasto, powietrze dusiło, a asfalt pachniał wilgocią, choć jeszcze nie spadła ani jedna kropla deszczu. Wychodząc z uczelni, rzuciłam ostatnie spojrzenie na telefon – spóźniłam się do pracy. Jak zawsze.

Wzięłam głęboki wdech, ból w skroniach pulsował coraz mocniej. Szybkie kroki zdradzały mój niepokój.

Ulice były zatłoczone. Gwar rozmów, odgłosy samochodów i stukot obcasów na chodniku tworzyły chaos, od którego zaczynało mi się kręcić w głowie. Ludzie mijali mnie, ich twarze wydawały się rozmyte, a zapachy zbyt ostre. Ziemia stała się bardziej twarda i nieprzyjazna pod stopami. Czułam, jak organizm walczy z tym, co się ze mną działo. Serce waliło w klatce piersiowej, oddech stawał się płytki i nieregularny. Coś mnie wzywało, ścigało, a ja nie mogłam przed tym uciec.

Przystanęłam na chwilę, próbując złapać oddech. Pot spływał mi po plecach. Zacisnęłam palce na torebce i na moment zamknęłam oczy, próbując odzyskać nad sobą kontrolę.

W końcu wyprostowałam się i rozchyliłam powieki.

Wtedy go zobaczyłam.

Stał po drugiej stronie ulicy, oparty o ścianę budynku. Jego oczy, mroczne i nieprzeniknione, patrzyły prosto na mnie. To był on – mężczyzna z tamtej nocy. Czas stanął w miejscu. Nieznajomy całą energię skupił wyłącznie na mnie, a ja zostałam obwiązana niewidzialnym łańcuchem.

Zimny dreszcz przebiegł po moich plecach.

Nie powinien tu być. Nie mógł. A jednak świdrował mnie wzrokiem z tą samą chłodną obojętnością. Z tą jawną groźbą, emanując niebezpieczeństwem i mrokiem.

Odnosiłam wrażenie, jakby świat wokół się rozpadał, a przestrzeń stała się nieprzenikniona. Ciało zaczęło mi drętwieć, a umysł wypełniała pustka. Wydawało mi się, że znikam, że cała ta ulica, miasto i czas po prostu przestają istnieć. Jedyne, co się liczyło, to on. Jego obecność miała w sobie coś niepokojącego, jakby wyrywał mnie z rzeczywistości, którą od miesięcy próbowałam dla siebie stworzyć.

Zdałam sobie sprawę, że nie widzę już niczego ani nikogo poza nim. Ludzie, samochody, hałas – wszystko zniknęło. W głowie wciąż szumiały słowa, które wypowiedział tamtej nocy. Uciekaj, moja piękna.

Przecież spełniłam jego żądanie. Minęło pół roku, przeprowadziłam się, zmieniłam pracę na taką, której nienawidziłam. Nie wychylałam się, nie wychodziłam z mieszkania po zmroku. Wszystko, by zachować życie…

Ktoś trącił mnie ramieniem, wyrywając z zamyślenia. W tym samym momencie zapaliło się przede mną zielone światło, a ludzie zaczęli przechodzić przez jezdnię. Ruszyłam za nimi, ale się zacięłam, a serce waliło szybciej, ponieważ przypomniałam sobie twarz nieznajomego. Chciałam uciec, cofnąć się, lecz ciało odmówiło współpracy. Zrobiłam krok, drugi, trzeci. I znów spojrzałam w tamtą stronę, mając nadzieję, że to tylko omamy.

Był bliżej.

Próbowałam przyspieszyć, ale czułam się, jakbym biegła we śnie, a każdy ruch pozostawał spowolniony.

W końcu się zatrzymałam i zasłoniłam twarz dłonią, bo coś mnie oślepiło. Nagle usłyszałam przepełnione paniką wrzaski, na które nie zdążyłam zareagować, bo w ułamku sekundy poczułam potworny ból. Popychano mnie, całe moje istnienie zmieciono jednym ciosem. Zostałam wyrzucona w powietrze, byłam tego świadoma, lecz zanim upadłam, zatonęłam w ciemności, a ostatnią rzeczą, którą zobaczyłam, to ten facet i jego zimny, nieodgadniony wzrok. Zjawa gnębiąca mnie przez wiele miesięcy. Wtedy w odpowiedzi na moje myśli usłyszałam coś, co nie brzmiało jak słowa, lecz jak szum w uszach. Uciekaj stąd.

Zaciskałam powieki, próbując się uchronić od tego okrutnego, oślepiającego blasku wdzierającego się w każdy zakamarek mojej spękanej od bólu głowy. Nie dało się go uniknąć. Kiedy jednak dłużej utrzymywałam zamknięte oczy, w wyobraźni pojawiały się niepokojące obrazy. Nie pamiętałam, co się stało. Wszystko, co miałam, to mgliste przebłyski – reflektory samochodu, cios, ból, nieprzenikniona ciemność. I… I jakaś twarz. Oczy, które… mnie przygniatały i nie pozwalały mi się ruszać.

Z trudem uniosłam głowę, świat wokół wirował. Słyszałam dźwięki zlewające się w jeden ogłuszający hałas, przez co ból rósł w siłę. Starałam się zrozumieć, co się dzieje, ale wszystko pozostawało niejasne, zamazane, jakbym wciąż śniła.

– Savannah? Kochanie? – Przepełniony paniką kobiecy głos dobiegł do mnie z oddali, zza mgły. Brzmiał jak echo, coś obcego, odległego, nieosiągalnego.

Nie potrafiłam go rozpoznać, lecz miał w sobie coś tak desperackiego, że tętno natychmiast mi przyspieszyło. Nie wiedziałam, co się dzieje. Ktoś mnie wołał, ale nie wiedziałam kto.

W końcu otworzyłam oczy. Musiała minąć chwila, nim przyzwyczaiłam się do światła. Odruchowo odwróciłam głowę, a moje ciało odpowiedziało bólem, dziwnym paraliżem. Czułam ciężar na klatce piersiowej. Wzrok pozostawał zamglony, ledwie dostrzegałam dwie postacie. Jedna z nich była nade mną pochylona, a jej twarz rozmazana. Byłam świadoma ich obecności, ale mimo wszystko wydawały się stać zbyt daleko. Jakby ktoś postawił nas na przeciwnych krańcach niekończącego się korytarza.

– Kim… kim jesteście? – wydusiłam. Głos wcale nie brzmiał jak mój. Był chrapliwy, obcy.

Uzmysłowiłam sobie, że nie mam pojęcia, jak powinnam brzmieć.

Kobieta nade mną zamarła, zszokowana. Zatrzymała się w pół ruchu, a potem jej oczy napełniły się łzami, które zaczęły spływać po twarzy i przyprawiać mnie o niewytłumaczalne poczucie winy. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje.

– Savannah, to my… twoi rodzice – odezwał się z troską, lecz także ze strachem, stojący obok niej mężczyzna.

Patrzyłam na nieznajome twarze, próbując coś z nich wyczytać. Zrozumienie, gdzie jestem, kim są oni i co się tak naprawdę dzieje, nie przychodziło. Odnosiłam wrażenie, że coś mi umknęło, że coś zostało mi odebrane.

Spojrzenia tych ludzi były ciepłe, ale dla mnie oni wciąż pozostawali obcy. Nie czułam nic. Pustka.

– Nie znam was – wyrwało mi się.

Kobieta podająca się za moją matkę zareagowała głośnym szlochem. Nie potrafiłam znieść jej bólu. Cała ta sytuacja, bezradność, to nieprzejednane uczucie niepokoju wypełniające każdą cząstkę mnie były niczym niespodziewany wyrok. Zostałam zamknięta w jakiejś pułapce.

Mężczyzna stał w milczeniu, być może rozumiał, że nie ma słów, które mogłyby przywrócić mnie do rzeczywistości. Przymknął na chwilę oczy, starając się opanować miażdżące emocje.

***

Na przemian zaciskałam i uchylałam powieki. Wciąż byłam uwięziona w szpitalnym łóżku, w obcym ciele. Każdy dzień wydawał się ciągnąć w nieskończoność, czas tracił znaczenie.

Towarzyszył mi nie tylko fizyczny ból, lecz przede wszystkim zżerająca od środka niepewność. Nie wiedziałam, kim jestem. Gdzie się znajduję. Co się ze mną stało. Wszystko, co opowiadali mi obcy ludzie, zdawało się czymś odległym. Nienależącym do mnie. Lekarze zapewniali, że wszystko wróci do normy. Mama bezustannie płakała, a tata ją uspokajał.

W nocy pojawiały się koszmary. Czułam czyjąś obecność. Jakby ktoś zawsze był tuż obok, obserwował mnie. Wydawało mi się, że widzę kogoś w ciemności.

Surowa, przystojna twarz czyhała wszędzie, w każdym zakamarku moich myśli, w każdej chwili życia, którego nie rozpoznawałam, a które ponoć cudem zachowałam. I nie wiedziałam, czy to tylko sen, czy rzeczywistość.

Kolejny raz rozchyliłam powieki i mimo ciemności wyraźnie zobaczyłam błyszczące oczy.

– Kim jesteś? – wychrypiałam.

– Jestem nikim.

Rozdział 2

Victor

Ciemność tego wieczora była inna. Dusiła mnie, ciążyła na ramionach, przypominając, że to, co robię, jest błędem.

Szpital rozpościerał się przede mną niczym pieprzona forteca. Chłodny, rozświetlony mdłym światłem ulicznych lamp. Wpatrywałem się w budynek, pozwalając sobie na chwilę wahania. Nie powinienem tu przychodzić. Nie powinienem był nawet o tym myśleć.

Stałem z dłońmi wciśniętymi głęboko w kieszenie spodni i próbowałem sobie wmówić, że mogę ją zostawić, że to wszystko mnie nie dotyczy.

Moje ciało działało automatycznie, jakby wiedziało, dokąd zmierzam, choć umysł wrzeszczał, bym się zatrzymał. To był zły pomysł, ale panowała nade mną jakaś siła, z którą nie potrafiłem walczyć. Nie potrafiłem jej ani nazwać, ani zignorować.

Odnosiłem wrażenie, że cały budynek wstrzymywał oddech w chwili, kiedy się pojawiłem. Sterylność tego miejsca mnie drażniła. Powietrze pachniało środkami dezynfekującymi, a światło jarzeniówek wbijało się w oczy.

Każdy krok, który stawiałem na błyszczącej podłodze, odbijał się echem w mojej głowie, zakłócając ten pozorny spokój, burząc życie toczące się tu w zwolnionym tempie. Nogi same prowadziły mnie w stronę przepaści niedającej możliwości powrotu.

To, co robiłem, było głupie, lekkomyślne… niebezpieczne. Nie umiałem się jednak powstrzymać, bo obserwowałem ją od zawsze. Od pierwszej chwili, kiedy stanęła na mojej drodze. To dawało mi poczucie kontroli, złudne przekonanie, że posiadam w rękach władzę.

Prawda jednak była taka, że traciłem czujność. Właśnie przez nią.

Nie miałem planu. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałem, jak postępować.

To przypominało nałóg, cholerną obsesję. Odkryłem w tej dziewczynie coś, co mnie fascynowało i dręczyło zarazem. Jej oczy… pełne strachu i determinacji. Widziałem w nich życie, które nie pasowało do mojego świata, i to mnie rozwścieczało.

W końcu dotarłem do drzwi. Stały przede mną jak granica, której nie powinienem przekraczać. Mimo to położyłem dłoń na klamce i powoli je otworzyłem. Wewnątrz panował półmrok. Jedna lampka w kącie rzucała nikłe światło na twarz dziewczyny. Leżała nieruchomo, podpięta do urządzeń wydających monotonne dźwięki w tle. Była taka… delikatna. Jeden zły ruch z pewnością mógł ją złamać. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w miarowym rytmie. Każdy dźwięk zdawał się odbijać echem od ścian i przypominał mi, jak blisko śmierci się znajdowała. Ja byłem śmiercią.

Zrobiłem krok do przodu. Potem kolejny. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Wyglądała inaczej. W tamtym zaułku widziałem w niej siłę, której nie rozumiałem. Teraz stanowiła zaledwie cień tej osoby – delikatna, niemal przezroczysta. Leżała bezbronna, uwięziona w szpitalnym łóżku jak ptak ze złamanym skrzydłem.

Moje serce biło szybciej, ostrzegało mnie przed czymś.

Czułem się za nią odpowiedzialny, bo to przez moją obecność uległa wypadkowi. Oszczędziłem ją, a później przyszło mi patrzeć na uderzające w nią niebezpieczeństwo. Widziałem wówczas, jak w ułamku sekundy zaczęło ulatniać się z niej życie, i pierwszy raz doświadczyłem czegoś w rodzaju buntu wobec śmierci. Nie chciałem, żeby umarła. I byłem tu, przychodziłem każdej nocy, bo musiałem się upewnić, że żyje.

Zacisnąłem szczęki, próbując odsunąć od siebie te myśli. Nie mogłem sobie pozwolić na żal. To uczucie było mi obce, a mimo to kiełkowało wewnątrz mnie. Zacisnąłem dłonie w pięści, starając się zapanować nad emocjami. Walczyłem z chęcią dotknięcia jej.

– Kim jesteś? – Dziewczęcy głos przerwał ciszę jak uderzenie pioruna.

Zamarłem, jedynie dłonie mi zadrżały. Myślałem, że śpi. Byłem pewien, że nie zauważy mojego cienia, że nie usłyszy moich kroków. Ale teraz wbijała we mnie spojrzenie niczym ostrze. Taka słaba, a mimo to pełna determinacji.

Nie mogłem się ruszyć. Przez głowę przelatywały mi setki myśli, lecz żadnej nie zdołałem zatrzymać. Patrzyłem na nią jeszcze przez chwilę, próbując zrozumieć, co mnie do niej ciągnęło. Co sprawiało, że nie byłem w stanie po prostu odejść.

– Jestem nikim – mruknąłem obojętnie, ledwo otwierając usta.

Byłem nikim. A na pewno nie kimś, kto powinien znaleźć się w jej życiu.

– Odpowiedz mi – poprosiła cicho. – Kim jesteś? – naciskała.

Krew szybciej popłynęła w moich żyłach.

Nie chciałem jej tego zdradzać. Nie mogłem. Zatrzymałem się, jakbym nagle wpadł w sidła, z których nie sposób się uwolnić. Wiedziałem, że jeśli zostanę tu choćby sekundę dłużej, zrobię coś, czego będę żałował. Sam ją przed sobą ostrzegałem, a później nie potrafiłem trzymać się od niej z daleka.

– Dlaczego tu przychodzisz? Jesteś kimś, kogo znam? Możesz mi pomóc? Wyjaśnić? Czy możesz… powiedzieć mi, kim ja jestem? – mówiła nieskładnie, chaotycznie. Próbowała odnaleźć choćby skrawek sensu w tej całej sytuacji.

To ja zwykle decydowałem, kto może się odzywać, a kto nie. Kto może pytać. Ja dzierżyłem w rękach władzę, wydawałem wyroki, nadawałem lub odbierałem prawa. Teraz jednak to ona trzymała mnie w miejscu. Patrzyłem na nią, usiłując zrozumieć, jakim cudem jej głos potrafił wbić się w najciemniejsze zakamarki mojej duszy.

– Nie pamiętasz mnie?

Skrzywiła się w bolesnym grymasie, a spomiędzy jej warg – tych, których smak wrył się we mnie tak głęboko, że czułem go nawet teraz – wydostało się ciche westchnienie.

– Miałam wypadek i… Wydaje mi się, że cię znam, ale… ale nie pamiętam – wymamrotała sennie.

To było surrealistyczne. Dotąd pozostawała obiektem mojej obsesji, lecz jednocześnie kimś, kto zawsze znajdował się poza moim zasięgiem. Trzymałem się z dala, choć bezustannie miałem ją na oku. Wcześniej wmawiałem sobie, że to dla mojego bezpieczeństwa, dla upewnienia się, że rzeczywiście milczy.

Ta sytuacja – słabość dziewczyny i to, że nie pamiętała, kim była ani kim byłem ja – okazała się absurdalna.

Wycofałem się powoli, niemal bezgłośnie jak cień. Kiedy dotarłem do drzwi, spojrzałem na nią jeszcze raz. Wyglądała spokojnie, zapadła w głęboki sen. Ale wiedziałem, że ten spokój to tylko złudzenie.

Czułem, jak mrok, który zawsze dawał mi schronienie, zaczyna mnie dusić. To, co kiedyś było moją siłą, teraz okazało się więzieniem. Nie wiedziałem, co robić.

Kłamała czy naprawdę straciła pamięć? Co jeśli jej amnezja stanowiła szansę… dla niej i dla mnie? Ona mogłaby zachować życie, a ja… Kurwa, może to znak, by zacząć od nowa? W tej ciemności, którą zawsze nosiłem, pojawiło się światełko. Tak niewielkie, ale wystarczające, by zmusić mnie do działania.

Znów trzymałem los tej dziewczyny w rękach. Mogłem wykorzystać jej stan. Włożyć inną maskę i stać się, kimkolwiek chciałem. Człowiekiem, którego mogłaby zaakceptować. Może jej choroba była mi potrzebna, by zrobić coś, czego wcześniej nigdy nie miałem odwagi.

Zacisnąłem dłonie w pięści, paznokcie wbijały mi się w skórę. To chore, popieprzone, ale myśl o tym, że zyskałem możliwość, by stworzyć nową wersję siebie, kusiła. I zamierzałem ją wykorzystać. Nawet jeśli oznaczało to zdradę samego siebie i tego, co dotąd stanowiło całe moje życie.

Musiałem tylko dobrze się przygotować.

Rozdział 3

Savannah

Świat za oknem samochodu zdawał się dziwnie znajomy, a zarazem całkowicie obcy. Każde drzewo i zakręt przypominały mi coś, czego nie mogłam uchwycić. Matka prowadziła w milczeniu, rzucając mi ukradkowe spojrzenia, jakby się bała, że zniknę, jeśli oderwie ode mnie wzrok na dłużej. Byłam jej córką, ale patrzyła na mnie, jakby widziała pierwszy raz.

W głowie panował chaos. Wiedziałam, kim jestem – a przynajmniej przekazali mi to lekarze. Savannah Sterling, dwadzieścia lat, studentka i pracownica cukierni. To ja. To były tylko słowa, suche fakty. Nie czułam się Savannah Sterling. Czułam się… nikim. Pustą kartką, z której ktoś starannie wymazał wszystko, co zostało wcześniej zapisane.

– Dobrze się czujesz? – zapytała z troską mama. Tata był w pracy, więc to ona odebrała mnie ze szpitala.

Skinęłam głową, ale skłamałam. Czułam się zagubiona. Weszłam do życia, które nie należało do mnie.

– Mówiłaś, że pracowałam w klubie – zagadnęłam, próbując poukładać sobie wszystkie opisane przez nich wydarzenia i fakty.

– Tak, kochanie, ale przeprowadziłaś się na drugi koniec miasta i uznałaś, że zmienisz też pracę. Wyszło ci to na dobre, bo przynajmniej miałaś bliżej na uczelnię.

– Przeprowadziłam się – wymamrotałam bezwiednie. – Ale teraz…

– Oczywiście zabieram cię do nas. Nie możesz w takiej sytuacji mieszkać sama – wtrąciła, zanim zdążyłam zapytać.

Rodzinny dom powinien być miejscem znajomym, bezpiecznym. Powinien pachnieć wspomnieniami, które koją, a nie przypominają o pustce. Tymczasem każdy krok w stronę drzwi wejściowych wydawał mi się nieodpowiedni, odnosiłam wrażenie, jakbym bezkarnie się włamywała. W środku uderzył mnie zapach waniliowych świec i starego drewna. Podłoga skrzypiała cicho, gdy weszłam, opierając się o kule, które dawały mi wsparcie, jakiego brakowało w moim umyśle. Ściany ozdobiono zdjęciami. Ludzie na fotografiach uśmiechali się, powinnam rozpoznawać ich twarze, lecz wydawały się otoczone przez mgłę. To ja byłam obca w ich świecie, nie oni w moim.

– Wszystko dobrze? – Głos mamy kolejny raz przywrócił mnie do rzeczywistości. Była tuż obok, gotowa pomóc, gdybym upadła.

– Tak, w porządku – skłamałam ponownie, uśmiechając się słabo.

Nic nie było w porządku. Każde spojrzenie na zdjęcia w salonie przypominało mi o tej pustce. Czy to naprawdę byłam ja? Dziewczyna o szerokim uśmiechu i oczach pełnych życia? Czułam, jakbym próbowała ułożyć puzzle z brakującymi elementami. A tych zaginęło zbyt wiele.

Mama patrzyła na mnie, kiedy stawiałam pierwsze kroki w tym miejscu. Widziałam jej napięcie i niepewność w oczach. Chciała powiedzieć coś jeszcze, ale milczała, bojąc się, że może mnie zranić.

Pierwsze godziny po powrocie spędziłam w ciepłym, przytulnym salonie. Kanapa nakryta była jasną narzutą, w oknach wisiały kwieciste zasłony, a regał uginał się od książek. W kominku radośnie podrygiwały płomienie, chyba ze mnie kpiły. W kącie stała zabytkowa lampa, przypominająca ten szpitalny półmrok, w którym pierwszy raz zobaczyłam nieznajomego mężczyznę.

Dlaczego czułam coś więcej niż ciekawość, kiedy o nim myślałam? Nie mogłam zapomnieć jego przenikliwych, pełnych tajemnic oczu. Pojawiał się też w moich snach. Widziałam go w ciemnej uliczce, w świetle latarni, a potem w szpitalu. Nie rozróżniałam jawy od snu, rzeczywistości od złudzeń. Nie miałam pojęcia, co było bladym wspomnieniem, a co wytworem wyobraźni.

Czułam obecność nieznajomego, zanim jeszcze otwierałam oczy. Był jak cień, lecz jego aura wypełniała powietrze, sprawiała, że gęstniało. A później rozpływał się w nim, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu.

Dlaczego miałam wrażenie, że znam go dłużej, głębiej? Gdy spojrzałam mu w oczy w szpitalu, doświadczyłam czegoś, czego nie potrafiłam pojąć. Może to fascynacja? Przynależność? Wszystko było splamione niepewnością.

W mojej sypialni unosił się zapach lawendy, a na łóżku leżała jakaś książka. Przesunęłam palcami po okładce, próbując wykrzesać wspomnienia, ale pozostała mi pustka.

– To twoja ulubiona – powiedziała mama zza drzwi. – Kiedyś, gdy mieszkałaś z nami, zawsze czytałaś ją przed snem.

Podniosłam na nią wzrok. Była strapiona, a we mnie narastały wyrzuty sumienia. Nie chciałam jej ranić, ale nie mogłam też kłamać, że cokolwiek rozpoznaję.

– Nie pamiętam – przyznałam cicho.

Jej twarz się zmieniła. Uśmiech, który wcześniej ją zdobił, zniknął, a oczy stały się szkliste.

– To minie, kochanie – szepnęła drżącym głosem. – Wszystko wróci na swoje miejsce.

Tylko że ja w to nie wierzyłam. Codziennie w szpitalu obiecywano mi to samo, a ja czułam się coraz bardziej zagubiona. Jakby ktoś wyrwał mi z rąk mapę i kazał na ślepo znaleźć drogę do domu.

– To wszystko wydaje się takie obce. – Rozejrzałam się po pokoju. – A przecież powinnam pamiętać, prawda? To było moje…

Mama podeszła do łóżka, usiadła obok mnie i wydawało mi się, że chciała objąć, ale zamiast tego tylko położyła dłoń na mojej i lekko ją ścisnęła.

– Pamiętam, jak ją kupiłyśmy – zaczęła cicho. – Miałaś wtedy jakieś dziesięć lat. Znalazłyśmy ją w małej księgarni w centrum. Przed wyjściem z domu włożyłaś niebieską sukienkę, twoją ulubioną. A książkę chciałaś, bo… okładka również była niebieska. Nie obchodziło cię, że to powieść dla dorosłych, trzymałaś ją na półce i przeczytałaś dopiero w liceum.

Zachichotała cicho, ale szybko posmutniała, przygnieciona problemami. Szukałam na jej twarzy jakiegoś punktu zaczepienia, jakiegoś wspomnienia, które mogłoby do mnie wrócić, lecz to na nic.

– Minęło tak wiele lat – dodała. – Zawsze byłaś taka uparta. Kiedy coś cię interesowało, mogłaś godzinami siedzieć w jednym miejscu i to zgłębiać. Chciałaś zostać astronomem. – Jej oczy błysnęły łzami. – Wpatrywałaś się w gwiazdy przez stary teleskop na tarasie i rysowałaś mapy nieba.

Pokręciłam głową. Teleskop, taras, gwiazdy – to brzmiało pięknie, jak z jakiegoś filmu, ale nic we mnie nie drgnęło. Nie było obrazu ani dźwięku, tylko ból, że to życie – ponoć moje – gdzieś mi umknęło.

– Przepraszam – wyszeptałam. – Chciałabym to pamiętać, ale…

– Nie przepraszaj – przerwała mi szybko. – To nie twoja wina. Naprawdę nie musisz przepraszać.

Milczałyśmy przez chwilę. Mama przesunęła dłonią po książce, a potem po mojej ręce, gestem próbując odbudować coś, co zniknęło.

– Opowiedz mi coś jeszcze – poprosiłam. – Może to pomoże i przypomnę sobie… cokolwiek.

Skinęła głową.

– Pamiętam twoje pierwsze kroki. To był deszczowy dzień. Tata nagrywał cię kamerą, a ty uparcie próbowałaś iść w stronę pianina. Zawsze chciałaś poznawać świat na własnych zasadach. A kiedy nauczyłaś się grać, potrafiłaś przesiadywać przy klawiszach godzinami.

– Grałam? – zapytałam z niedowierzaniem.

– Tak. I byłaś w tym naprawdę dobra. – Na jej twarzy pojawiła się ulotna iskierka dumy. – Tata marzył, że kiedyś zagrasz wielki koncert.

Jej słowa zlewały się w obrazy. Próbowała mi wyjaśnić, co na nich widzę, ale dla mnie wszystko pozostawało takie… obce.

Mama przyglądała mi się z troską i pochyliła, by pocałować w czoło. Jej dotyk okazał się ciepły, znajomy w sposób, którego nie potrafiłam pojąć.

– Odpocznij, kochanie. Jutro będzie lepiej.

Nie odpowiedziałam.

Zostawiła mnie samą z lawendowym zapachem i książką, która miała być moją ulubioną. Wzięłam ją do rąk, przeglądałam strony, lecz nic w niej nie przywróciło mi pamięci. Moje własne życie wciąż pozostawało tajemnicą.

Noc przyniosła ulgę od zmartwionych spojrzeń rodziców, którzy widzieli we mnie kogoś, kogo ja sama nie znałam i nie potrafiłam odkryć.

Leżałam na łóżku, patrząc w sufit. Ciemność nie dawała mi ukojenia. Chciałam spać, ale sen nie przychodził. Zamiast tego wracały obrazy, fragmenty wspomnień, które nie miały początku ani końca. Męski, stalowy głos wypełniający przestrzeń. Potem cień drgający na szpitalnych ścianach. Każdy szmer zdawał się krokiem tajemniczego nieznajomego.

Nikomu o nim nie mówiłam. Czułam, że muszę to zachować dla siebie. Nie wiedziałam dlaczego – może wolałam, by choć ta część mojego życia pozostała tylko moja i by nikt nie musiał mi jej tłumaczyć. A może przez to, że gdybym komukolwiek o nim wspomniała, a okazałoby się, że tak naprawdę nie istnieje, to zamiast do domu trafiłabym na oddział psychiatryczny…

Każdej nocy, kiedy zamykałam oczy, widziałam go. Stał w cieniu, zawsze w pobliżu, i pilnował. Nie mogłam się zdecydować, czy mnie przeraża, czy przyciąga. A może jedno i drugie?

W końcu nie wytrzymałam. Wstałam z łóżka, odsunęłam zasłonę i otworzyłam okno, by wpuścić do pokoju trochę chłodnego powietrza. Było ciemno, a uliczna latarnia rzucała słabe światło na pustą drogę. Serce przyspieszyło, kiedy pomyślałam, że gdzieś tam jest. Że znów obserwuje mnie z mroku.

Położyłam się z powrotem, lecz sen nadal nie przyszedł. Przewracałam się z boku na bok, a myśli o nieznajomym nie dawały mi spokoju. Czy był dla mnie kimś ważnym? Czy ta dziwna więź, którą czułam, była tylko wytworem mojej wyobraźni?

Skąd to dziwne przeświadczenie, że jego obecność w moim życiu ma znaczenie?

© A.P. Mist

© Wydawnictwo Black Rose, Zamość 2026

ISBN 978-83-68677-58-4

Wydanie pierwsze

Redakcja

Anna Łakuta-Rudzka

Korekta

Justyna Szymkiewicz

Danuta Perszewska

Magda Adamska

Skład i łamanie

Andrzej Zyszczak – Zyszczak.pl

Projekt okładki

Melody M. – Graphics Designer

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani jej części nie mogą być przedrukowywane ani w żaden inny sposób reprodukowane lub odczytywane w środkach masowego przekazu bez pisemnej zgody autorki i wydawcy.