Skutki uboczne miłości - Kate Canterbary - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Skutki uboczne miłości ebook i audiobook

Kate Canterbary

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

309 osób interesuje się tą książką

Opis

Może nie warto leczyć objawów zakochania?

Doktor Whitney Aldritch ma wszystko pod kontrolą – skalpel, emocje i swoją karierę. Dobrze wie, że romanse w pracy wiążą się z ryzykiem, na które nie może sobie pozwolić. Ale gdy na jej drodze po raz drugi staje Henry Hazlette, wszystko się komplikuje.

Jakim cudem mężczyzna, z którym spędziła szaloną noc na weselu i którego miała nigdy więcej nie spotkać, trafił na rezydencję akurat do jej szpitala? Jak ma zachować profesjonalizm, kiedy on wcale nie zamierza trzymać się na dystans? I jak uciszyć głos serca, które przy nim bije szybciej?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 491

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 24 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Karina Kruk & Mikołaj Sierociuk

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Najstarszym siostrom, które zawsze, ale to zawsze mają we wszystkim rację.

Rozdział 1

Whitney

Poradnik grzecznych dziewczynek o tym, jak wbijać na wesela bez zaproszenia.

Zasada numer sześć:

Trzymaj się z dala od orszaku pary młodej.

Czerwiec

Zrobiłam przerwę, trzymając eyeliner nad powieką, i mrugnęłam, przypatrując się swojemu odbiciu w lustrze.

Przyglądałam się lekko falowanym włosom, dyskretnemu makijażowi i kwiecistej sukience. Niby to byłam ja, ale wyglądałam jakoś obco.

– Jesteś Olivią Whitney – doszedł mnie głos z sąsiedniego pokoju, a potem w drzwiach stanęła Meri Mercer, zajęta zapinaniem bransoletki. – Ja jestem Emma Meriweather. Pamiętasz mnie? Dziś rano ustaliłyśmy co i jak.

Obejrzałam się w lustrze od stóp do głów. Ledwie przypominałam sobie wydarzenia dzisiejszego poranka, były niczym starożytna historia, a winę za to ponosiły wczorajsze szoty tequili i szaleństwa na parkiecie do drugiej nad ranem. Mój organizm jeszcze nie wrócił do pełnej formy po tym wszystkim.

Mam trzydzieści pięć lat. Słaby już ze mnie zawodnik, jeśli chodzi o imprezowanie.

– Rozmawiałyśmy dziś o tym. Jesteśmy nauczycielkami. – Meri opuściła ręce na biodra. – Przecież nikt nie prosi nauczycielki o poradę w sprawie wysypki na dupie w trakcie serwowania koktajli.

Rzuciłam okiem na eyeliner.

– To prawda.

– Jedyna okazja, kiedy chciałabym zobaczyć, jak ktoś zrzuca z siebie spodnie na moich oczach, to taka, gdy za moment zamierza mnie przelecieć. A przy okazji, kiedy ty oddawałaś się marzeniom pod prysznicem, zeszłam na dół i zrobiłam mały rekonesans. Teraz z całą pewnością mogę powiedzieć, że dziś wieczorem czeka nas coś wyjątkowego, będziemy mogły mieć ciacho i zjeść ciacho. Chyba trafiłyśmy nie na wesele, ale na zjazd… ekhm… parówek, chociaż bynajmniej mi to nie przeszkadza.

Odwróciłam się z powrotem do lustra, żeby skończyć malować kreski na powiekach.

– Okej, świetnie.

Przechyliła głowę.

– Dobrze się czujesz?

Spotkałam się z nią wzrokiem.

– Co? Ja? Tak, oczywiście. Wspaniale. Bardzo się cieszę w kwestii ciach i parówek.

W życiu nie przyznałabym się do tego Meri, ale byłam wyczerpana. Siedemnaście dni, dziewięć różnych hoteli i siedem wesel, na których pojawiłam się bez zaproszenia jako gość podczas trwającego trzy tygodnie urlopu. Tradycja dorocznego babskiego wyjazdu, którą zainicjowałyśmy na studiach medycznych, przetrwała okresy, kiedy odbywałyśmy specjalizacje w dwóch różnych końcach kraju, ostała się mimo szalonych grafików dyżurów, kiedy to z trudem udawało się zgrać termin wspólnego długiego weekendu, i nie zginęła w ciężkim okresie ubóstwa finansowego w trakcie stażu.

Przez ostatnie dziesięć lat te urlopy to był mój najlepszy okres w roku i wiedziałam, że w przypadku Meri było tak samo.

To były te dni, gdy nie obowiązywały żadne zasady i nie musiałyśmy się zachowywać jak osoby, w które się z czasem zmieniłyśmy. Nie musiałyśmy być profesjonalne ani dojrzałe, mogłyśmy zachowywać się zupełnie inaczej niż przez pozostały czas w roku. Było nam dane zapomnieć o całym świecie i zachować anonimowość.

I mogłyśmy spędzać noce, z kim tylko zapragnęłyśmy.

Tak właśnie robiłyśmy. Wielokrotnie.

Jak to na ogół bywa w przypadku tego, co najlepsze, pierwszy raz, gdy zjawiłyśmy się na imprezie weselnej bez zaproszenia, był całkowicie losowy. Po fakcie bardzo nas to męczyło, ale potem wysłałyśmy młodej parze prezent z listy prezentów ślubnych i… powtórzyłyśmy całą akcję. Jeśli chodzi o stronę etyczną naszych działań, nachodziły nas wątpliwości, chociaż bardzo starałyśmy się nikogo nie krzywdzić. Ożywienie przysypiających przy stole gości czy okiełznanie kłócących się druhen w łazience, szybka pomoc w razie dławienia się czy podanie adrenaliny domięśniowo w sytuacjach krytycznych w zależności od potrzeb albo przekonywanie czyjegoś chłopaka, żeby dał sobie spokój z oświadczynami. Działałyśmy w słusznej sprawie, może i chaotycznie, ale przyświecał nam szczytny cel, a to nie byle co. I dawałyśmy najlepsze prezenty, choć anonimowo. Profesjonalne roboty kuchenne i miksery, odkurzacze z wyżej półki i modne walizki.

Z pewnością jednak wbijanie bez zaproszenia na wesela w szczycie sezonu letniego to nie jest rozrywka dla osób o słabych nerwach. Miałam pęcherze i odciski na stopach w różnym stopniu zaawansowania od tańczenia do upadłego w idiotycznym obuwiu, zdarte gardło oraz oparzenie na uchu po zbyt bliskim kontakcie z lokówką. Do tego należy doliczyć lekkiego lub czasem cięższego kaca, i to od tak długiego czasu, że aktualnie w pomieszczeniach musiałam nosić okulary przeciwsłoneczne.

No i nie pamiętałam tego, co działo się wcześniej.

– Jesteś pewna, że dasz radę? Ten ślub to jak mistrzostwa Super Bowl, tyle że w lecie. Wielka impreza. Musisz być w formie i gotowości. Na te wszystkie parówki. – Każdego innego dnia Meri była niczym jednoosobowa agencja medialna, ale jeśli chodzi o wpraszanie się na cudze wesela, zmieniała się w trenera licealnej drużyny futbolowej z Teksasu, która była o krok od zdobycia tytułu mistrza stanu. Woziła ze sobą tyle sprzętu medycznego, że rano mogła z powodzeniem przeprowadzić operację usunięcia wyrostka robaczkowego, a potem wieczorem tego samego dnia zaciągnąć mnie na parkiet sali balowej. – Według moich szacunków grozi nam dosłowny zalew fiutów, więc musisz być w formie.

Wykrzywiłam się do niej w lustrze.

– Czy ja rzeczywiście chciałabym być zalana fiutami?

– Ja tak. – Meri wygładziła sukienkę na całej długości i wzruszyła ramionami. – Mam ochotę po prostu leżeć i czekać, aż cała ciastkarnia raczy się do mnie pofatygować. Ewentualnie ktoś może ją przewieźć na wózku do serwowania potraw.

– Jeśli tak się stanie, to będziesz musiała znowu stosować okłady z lodu dopochwowo, a jutro twoja kolej, żeby prowadzić.

– Jedno drugiemu nie przeszkadza. – Machnęła rękami, jakbym sprawdzała granice jej cierpliwości. – Jeśli komuś potrzeba trochę seksu, to na pewno tobie. Wczoraj całą noc nic, tylko tańczyłaś.

Wrzuciłam eyeliner do kosmetyczki.

– Mówisz, jakby powrót bez faceta do pokoju był jakąś porażką moralną. Dobrze się wczoraj bawiłam.

– Tak, słyszałam jak chrapałaś za ścianą.

– Jesteś pewna, że to nie było echo twoich uderzeń o zagłówek?

Wybuchła śmiechem i potrząsnęła głową.

– No wiesz, jak to jest. Ci mniej hojnie wyposażeni przez naturę zawsze muszą coś światu udowadniać. – Uderzyła pięścią o dłoń. – W dodatku nie poprzestaną na jednym czy dwóch razach. Na ogół muszą to zrobić trzy- albo i czterokrotnie.

Zdusiłam śmiech.

– Możesz dziś chodzić?

– Niesteroidowe leki przeciwzapalne i benzokaina w sprayu. A co? Też potrzebujesz?

– Mam się dobrze. – Wskazałam jej granatową suknię do ziemi. – Zdaje się, że w tym roku miałaś nie zabierać ze sobą tej zajebistej sukienki.

– Nie używajmy tego określenia. – Przesunęła się, żeby spojrzeć do lustra, i zaczęła majstrować przy wiązanych na kokardę ramiączkach. – Miałam ją na sobie tylko trzy razy. Na podstawie tak śladowej próbki badawczej nie należy wyciągać wniosków.

– W zeszłym roku w lecie mówiłaś, że ta sukienka jest jak pas cnoty i środek antykoncepcyjny, dwa w jednym, i przysięgałaś, że sprzedasz ją komuś, kto zasługuje na takie przekleństwo.

– Ale mam nowy biustonosz i chyba stwierdzam, że jest w stanie zdziałać cuda. – Chwyciła biust od spodu i zakołysała nim. – To już nie jest cyc w wersji podstawowej. To jest cyc z serii ku przestrodze.

Nie po raz pierwszy w historii naszej znajomości rzuciłam na jej dekolt znaczące spojrzenie. Meri była piękna: niska, o kobiecych kształtach, rudowłosa i miała ujmującą osobowość. Jednym uśmiechem była w stanie pozbawić pomieszczenie całego tlenu.

– Ku przestrodze, ale dla ciebie: jeśli zaczniesz nim wywijać na parkiecie, możesz znokautować sama siebie i złamać sobie nos.

Okrążyła mnie, przyglądając się badawczo mojej sukience.

– A pani, panno Oliwio w seksownej kiecce? Skąd to masz i dlaczego zapomniałaś o zasadzie numer jeden dotyczącej wbijania na wesela bez zaproszenia? Nie wolno ci przyćmić panny młodej i jej druhen.

– Nie przyćmiewam. – Spojrzałam na sukienkę w odcieniu brzoskwiniowego różu.

Nabyłam ją w szale zakupowym. Nie był to do końca trafiony zakup, bo wymagała poprawek krawieckich i ekstremalnej bielizny modelującej, abym mogła ją nosić przy moim rozmiarze 42. Tłumaczyłam sobie, że będę miała mnóstwo okazji do noszenia lejącej się sukni z marszczeniem przy dekolcie, suto ozdobionej kwiatami z szyfonu na ramieniu, spływającymi na plecy niczym powój. Która cierpiąca na pracoholizm chirurżka, mieszkająca w strefie klimatu umiarkowanego w Bostonie w stanie Massachusetts, nie potrzebowała takiej rzeczy w swojej szafie?

– Miejmy nadzieję, że nie. – Meri ruszyła w stronę drzwi balkonowych. – Jesteśmy przyjaciółkami rodziny panny młodej ze strony ojca, który ma mnóstwo znajomych na całym świecie i nie szczypał się z wysyłaniem zaproszeń. Podsłuchałam w windzie, jak ktoś mówił, że zaprosił wszystkich swoich pracowników i mnóstwo partnerów biznesowych. To przez niego na tej balandze będzie z sześćset osób. Najwyraźniej zarezerwowali pokoje na wszystkich trzech piętrach.

Dołączyłam do niej na balkonie, przyglądając się, jak obsługa hotelu dopina wszystko na ostatni guzik przed ceremonią, która miała odbyć się na dworze. Kilkaset białych krzeseł stało wokół podwyższenia. W tle migotała błękitna tafla jeziora Tahoe, otoczona majestatycznymi sosnami żółtymi. Kiedy o siedemnastej trzydzieści panna młoda ruszy w stronę ołtarza, słońce otoczy ją złocistą aureolą.

Musiałam przyznać, że doskonale to zaplanowano.

– Mieszkamy w Obszarze Zatoki San Francisco. Uczę przedmiotów przyrodniczych w gimnazjum, a moi uczniowie to koszmar, ale i tak ich kocham – ciągnęła. – Jeśli z jakiegoś powodu się zatniemy w rozmowie, staraj się opowiadać o Uniwersytecie Nevady i drużynie futbolowej tego stanu. W obydwu rodzinach jest chyba sporo absolwentów tej uczelni, a ojciec panny młodej to zagorzały kibic drużyny futbolowej Nevada Wolf Pack. Ma szczerą nadzieję, że w tym sezonie pokonają Uniwersytet Stanowy Boise.

– Cieszę się.

Meri objęła mnie ramieniem.

– Jesteś pewna, że wszystko z tobą w porządku? Jeśli chcesz, możemy przebrać się w szlafroki, zamówić jedzenie z room service, a potem diagnozować urazy bohaterów w filmach akcji. Zawsze jest taka możliwość, Whit.

Moja przyjaciółka jest najlepszą przyjaciółką na świecie. Lepszej po prostu nie ma, tego byłam pewna.

– Wyglądamy za dobrze, żeby to odpuścić. Serio, byłaby to duża strata dla tego ślubu, gdybyśmy miały się na nim nie pokazać. Będziemy tańczyć tak długo, jak długo nogi nie odmówią nam posłuszeństwa, i pić tak, jak gdybyśmy miały po dwadzieścia pięć lat. Zabawimy się najlepiej ze wszystkich gości weselnych. A do tego umieram z ciekawości, jaką suknię ślubną ma panna młoda, i jestem przekonana, że jedzenie będzie obłędne. – Machnęłam ręką. – A co najważniejsze, musimy zdjąć klątwę z tej sukienki.

Meri kiwnęła głową.

– W tym roku zostawiłyśmy najlepsze na koniec. Mam nadzieję, że będzie zajebiście. Czuję, że się uda.

– Tak – westchnęłam. – Ja też.

Z zasady zjawiałyśmy się bez zaproszenia tylko na dużych weselach. Łatwiej było wtopić się w tłum, jeśli liczba gości wynosiła minimum trzysta osób. Tę zasadę dodałyśmy do listy kilka lat temu po tym, jak w Karolinie Południowej zdarzyła nam się niezręczna sytuacja i prawie zostałyśmy wyprowadzone z imprezy pod eskortą policji.

To wesele nie było duże: było ogromne. Do diaska, to nawet nie było wesele, ale cały festiwal z młodą parą w roli głównej atrakcji na scenie. Szesnaście osób z obsługi po każdej stronie, siedem dziewczynek sypiących kwiaty, pięć osób do niesienia obrączek, czterominutowe solo na harfie i, jak do tej pory, trzy recytacje wierszy miłosnych z poziomem wczucia sto procent, a także przemowy jak z filmów w wykonaniu przyjaciół i członków rodziny.

Minęło już czterdzieści pięć minut uroczystości, a jeszcze nie dotarliśmy do przysięgi małżeńskiej.

– Co dalej? – Meri wertowała program. – Naprawdę uważam, że chyba wyrecytowano już wszystkie sonety świata.

– Specjalne błogosławieństwo w wykonaniu Luisy Ballicanty – przeczytałam. – Ciotki pana młodego.

Meri wierciła się na miejscu.

– Nie mogę się doczekać, żeby to usłyszeć – szepnęła, kiedy do mikrofonu podeszła starsza kobieta o dość wiedźmowatej aparycji, ubrana w długą, srebrną suknię. Takie sukienki są na sprzedaż chyba wyłącznie w katalogach sklepów muzealnych. – Uwielbiam, kiedy głos zabierają szurnięte ciotki. To będzie albo porada seksualna w wersji niezawoalowanej, coś z astrologii albo przepis kulinarny, który najpierw posłuży za metaforę, a potem okaże się przepisem na całkiem spoko zupę.

Ścisnęłam ją za rękę.

– Albo wszystko po trochu.

Ciocia Luisa otworzyła gruby zeszyt, który prawdopodobnie był księgą z zaklęciami, i poprawiła okulary.

– Gdy Mason i Florrie ogłosili zaręczyny, wiedziałam, że muszę przeanalizować ich karty gwiazd…

Meri przycisnęła palce do ust.

– O mój Boże! Chciałabym, żeby mnie adoptowała.

– Pytanie na poważnie: myślisz, że zechciałaby rzucić okiem na moją kartę gwiazd? – zapytałam, kiedy ciocia Luisa przeszła do omawiania ascendentów młodej pary.

– Polej jej dżinu, to zostanie twoją dobrą wróżką.

– Za bardzo mainstreamowy, raczej stawiałabym na sambucę albo… – Utkwiłam wzrok w drużbie, który odwrócił się z dłonią zaciśniętą w pieść tuż przy ustach, a ramiona drgały mu w podejrzany sposób. – Proszę, powiedz mi, że nie zamierza wymiotować.

– Nie potrzebujemy więcej dowodów na to, że drużbowie nie powinni dostawać od pana młodego whisky w prezencie – mruknęła Meri pod nosem. – Módlmy się, żeby zdążył wyjść, zanim zepsuje całą analizę astrologiczną. Muszę tego posłuchać albo wejdę jej do kieszeni i zamieszkam tam na wieki. Jedno albo drugie.

Drużba wsparł się na ramieniu pierwszego drużby, który stał za nim, i wsłuchał się w słowa cioci Luisy. Przybrał poważny wyraz twarzy i złożył dłonie jakby nigdy nic.

– Jako flegmatyczny i zmysłowy Byk Mason zawsze wie, czego pragnie – ciągnęła ciocia Luisa. – Kiedy Słońce Florrie znajduje się w sekstylu do Wenus, ewidentnie mają wspólne pragnienia. Są kompatybilni seksualnie i czeka ich niezwykle bujne życie erotyczne, z którego będą czerpać jak z głębokiej i niewyczerpanej studni, a ta będzie ich nawadniać.

– Słyszałaś? – zapytała Meri, pochylając się do mnie. – Niezwykle bujne życie, z którego będą czerpać jak z głębokiej i niewyczerpanej studni, a ta będzie ich nawadniać.

– Głębokość nie ma znaczenia, liczy się to, że jest niewyczerpana – mruknęłam. – I będzie ich nawadniać.

– Energia Ryb, jaką ma Florrie, wnosi senną magię i pełne namiętności emocje w ten związek – ciągnęła ciotka Luisa. – Będą fajerwerki, zwłaszcza wtedy, kiedy jej Wenus wejdzie w trygon z jego Chironem, ale kluczowe jest wyrażanie miłości bez zahamowań. Nie bójcie się stawać przed sobą, odarci z dóbr materialnych i blokad umysłowych, i przemawiać szczerym językiem miłości.

Drużba parsknął. Byłam pewna, że to parsknięcie, bo ja też wydawałam z siebie dokładnie ten sam dźwięk w najmniej odpowiednich momentach, i wiedziałam, że nie da się tego wyjaśnić, twierdząc, że to kaszel, czkawka czy cokolwiek innego, co nie jest tak obraźliwe jak śmiech przez nos.

– Co z nim? – zapytała Meri.

– Chyba tego nie…. – zaczęłam, ale urwałam, nie wierząc własnym oczom.

Mężczyzna przewracał oczami i wcale się z tym nie krył, słuchając, jak ciocia Luisa omawia przeciwstawny wpływ Słońca Florrie i Urana Masona. Położył dłoń na ustach, a pięścią walił się w pierś, jak gdyby coś utknęło mu w gardle, ale ja dokładnie wiedziałam, co jest grane, podobnie jak pozostałe sześćset osób zgromadzonych z tej okazji.

– Przepraszam. – Wskazał sosny, gdy Luisa spojrzała w jego kierunku. – Alergia na pyłek. Przepraszam najmocniej, proszę kontynuować.

– Tego jeszcze nie było – stwierdziła Meri.

Mruknęłam potakująco i znów skupiłam się na tym, co mówiła ciocia Luisa, ale kiedy tylko z jej ust padły słowa „kwinkunks Marsa Florrie i Neptuna Masona”, z powrotem powędrowałam wzrokiem do drużby, który teraz jedną ręką obejmował się wpół, a drugą przykrywał usta, jak gdyby musiał fizycznie powstrzymywać napad śmiechu.

– Gdy skończyłam analizować karty gwiazd Florrie i Masona, wyciągnęłam dla nich trzy karty tarota. – Ciocia Luisa podniosła dłoń z kartą. – Pierwsza z nich to piątka pentakli. – Pomachała kartą przed młodą parą. – Poświęcajcie sobie uwagę. Zauważajcie siebie nawzajem. Potem była dziesiątka monet. Wynika z niej, że zmierzacie we właściwym kierunku, ale wasza droga nie będzie prosta. Koncentrujcie się na dniu dzisiejszym i drodze przed sobą. Nie skupiajcie się na odległym końcu.

Ciocia Luisa przekartkowała strony swojej przemowy i karty tarota, a ja znowu ukradkiem zerknęłam na drużbę. Kiwał się na boki, choć prawie niezauważalnie. Gdybym mu się przyglądała mniej wnikliwie, pewnie niczego bym nie zauważyła, a także gdyby wszyscy pozostali mężczyźni nie stali prosto i sztywno, jakby połknęli kij.

– Tarot potrafi zaskoczyć i ta ostatnia karta była niespodzianką – oświadczyła ciocia Luisa. – Musiałam długo zastanawiać się nad tym, co chce przekazać.

Mimo starań, aby się pohamować, drużba ryknął niepowstrzymanym, głośnym śmiechem, którym stopniowo zarażali się pozostali goście. Drużba stojący obok niego, opuścił dłonie na jego szerokie bary i mocno nim wstrząsnął. To był braterski gest, który wyglądał dość przyjaźnie, ale musiał boleć jak diabli.

Trzeba oddać cioci Luisie, że zupełnie się tym nie przejęła. Wspaniała kobieta!

– Piątka mieczy zwykle oznacza konflikt i porażkę. Mówi nam o stracie, klęsce i odejściu, ale chyba nie taki jest jej przekaz dla Florrie i Masona. Wydaje mi się, że każe im przy tym ołtarzu zrezygnować z potrzeby kontroli i udać się w nieznaną, dziką i nieprzewidywalną podróż, jaka ich czeka. Nie pogubcie się na mapach, które dla siebie sporządziliście. Ale i nie trzymajcie się tak kurczowo koncepcji ścieżki, że aż wyciśniecie wszystkie soki, a przy okazji zmordujecie siebie nawzajem.

– Cóż – stwierdziła Meri. – Zrobiło się pikantnie.

– Jest wiele sposobów interpretacji gwiazd i kart, ale według mnie – powiedziała ciocia Luisa – nie zabraknie przeszkód i wyzwań, jednak więź, jaka was łączy, jest silna, a namiętność żywa. Gwiazdy układają się tak, że w związku Florrie i Masona będą panowały miłość i pomyślność.

Przewróciłam oczami w reakcji na końcowe słowa przemowy.

Uwielbiałam wesela. Z zachwytem obserwowałam wszystkie te dziwne, cudowne tradycje i zwyczaje, jednakże zawsze następował moment, kiedy wszelka radość pryskała niczym bańka mydlana, a rzeczywistość, w całej jej brzydocie, wciskała się pod żebra i nie pozwalała już dłużej ignorować przekonania, że miłość jest nieprawdziwa. Żadne tam układy gwiazd, teraz i na wieki, żadne braterstwo dusz, które próbowałyśmy podpatrzeć podczas ceremonii ślubnych.

Nawet jeśli miłość romantyczna istniała, to nie była trwała, i nikt nie był w stanie mnie przekonać, że jest inaczej.

Założyłam pasmo włosów za ucho i starałam się przybrać obojętny wyraz twarzy. Spojrzałam na ołtarz i natychmiast zauważyłam, że drużba bacznie mi się przypatruje.

Oczywiście, że nie patrzył na mnie. Otaczały mnie dosłownie setki ludzi. Pewnie patrzył na jakieś pięćdziesiąt osób w moim najbliższym sąsiedztwie. Lubiłam mieć rację i dowodzić samej sobie, że ją mam. Zerknęłam przez ramię na tyle dyskretnie, na ile mogłam. Mężczyzna za mną trzymał przechylony telefon i oglądał coś na ekranie, a dwóch innych tuż koło niego pochylało się w jego kierunku w charakterze widowni. Obok mnie Meri zajęta była studiowaniem programu uroczystości, a przed nami kilka kobiet mniej więcej po dwudziestce przekazywało sobie z rąk do rąk butelkę whisky Fireball, jednocześnie analizując sukienki druhen. Z mojej drugiej strony kobieta w kapeluszu, który przypominał ptasie gniazdo, przysnęła i lekko pochrapywała, a jej towarzysz maltretował swoją muszkę.

Podniosłam wzrok na drużbę. Potrząsnęłam głową, ponieważ absolutnie nie było żadnej możliwości, aby jego spojrzenie było skierowane na mnie. Zapewne skupiał wzrok na otaczających mnie dziwakach, ale nie na mnie.

Potem jednak spojrzał na ciocię Luisę i dyskretnie przewrócił oczami.

Cholera! Okej. No dobrze. Możliwe, że mnie zauważył.

Uniósł brew. W kąciku jego ust zamajaczył uśmiech i miałam wrażenie, jakbyśmy nagle znaleźli się tylko we dwoje w świetle zachodzącego słońca, w sąsiedztwie wysokich drzew pod czystym czerwcowym niebem.

Znowu rozejrzałam się i przesunęłam dłonią po szyfonowych kwiatach na ramieniu. Gdy ponownie spojrzałam na ołtarz, on odwrócił wzrok ku jezioru.

Ciocia Luisa kończyła przemowę, a gdy wróciła na swoje miejsce, drużba wydał z siebie westchnienie ulgi, a ja zachichotałam.

Urzędnik stanu cywilnego podszedł do mikrofonu.

– Florrie i Mason napisali własną przysięgę małżeńską.

– To będzie epickie – powiedziała Meri, pochylając się do przodu. – Kto się rozpłacze pierwszy? Stawiam na pana młodego. Wygląda jak misio.

Florrie zerknęła na swoje fiszki, a potem posłała panu młodemu promienny uśmiech.

– Masonie, ja… – Chlipnęła.

– No i proszę – podsumowałam.

– Masonie, jak tylko cię poznałam, od razu wiedziałam, że będziemy razem na wieki – powiedziała przez łzy.

Mason otarł łzę, a Meri mnie szturchnęła.

– A nie mówiłam?

Już miałam na końcu języka jakąś obserwację własną, ale drużba znowu przyciągnął moją uwagę. Tym razem sprawiał wrażenie, jakby miał się udusić własnym językiem.

– Okej, o co chodzi? – zapytała Meri. – Zwykły dureń czy…

– To chyba milczący sprzeciw – odrzekłam. – Jest tu ze względu na kumpla, ale do tego stopnia nic mu nie pasuje, że zachowuje się jak otumaniony.

– Nie chcę znać prawdy – zajęczała. – Chcę wierzyć, że to jakiś kawał i zaraz wypuści pięćdziesiąt prosiąt tuż przed tym, zanim padnie sakramentalne „tak”. Albo że przypadkiem pochłonął całą torbę grzybków halucynogennych na lunch.

Patrzyłam, jak mężczyzna bierze oddech i przez moment wpatruje się w niebo, jakby wzywał boskie siły, by pomogły mu przetrwać tę uroczystość. Słońce uśmiechało się do niego, ożywiając złociste i kasztanowe pasemka w jego ciemnych włosach.

Był wysoki i barczysty, co sugerowało, że w wolnym czasie zajmował się czymś, co stanowiło ryzyko dla jego życia i kończyn, typu gra w rugby czy udział w konkursach dla drwali. Założyłabym się, że głównie nosił flanelowe koszule w kratkę i miał ulubioną parę ciężkich butów. Jego ramiona przypominały linię grzbietową Gór Skalistych, ale domyślałam się, że problem zaczynał się na wysokości jego ud. Pewnie były masywne i silne, takie, którymi mógłby człowieka przygwoździć do łóżka i nie puścić, dopóki nie skończy.

Odchrząknęłam.

– Do twarzy mu w tym smokingu.

– Nawet o tym nie myśl – odpowiedziała szybko Meri. – Zasada numer sześć: trzymaj się z dala od orszaku pary młodej.

– Nie cytuj mi zasad, Meriweather. Byłam przy ich tworzeniu.

– Zwłaszcza jeśli chodzi o drużbów. Nic dobrego z tego nie będzie.

– Fajnie się na niego patrzy – powiedziałam. – I ma ładny smoking. To wszystko.

– Jestem w stanie się z tobą zgodzić w tych kwestiach, ale i tak przypomnę ci, że zwracasz uwagę na to, jak leży smoking, co oznacza, że zbliżasz się do, jak na mój gust, strefy niebezpieczeństwa. Ostatnia rzecz, jakiej sobie życzę, to to, by nas stąd wyprowadzono siłą tylko dlatego, że zarzuciłaś przestrzeganie zasad dla gościa, który nawet na dziesięć minut nie jest w stanie wziąć się w garść. Ta sukienka i ten biustonosz to zbyt duże wyrzeczenia, żeby to się tak skończyło.

Kiwnęłam głową, a Mason zaczął wygłaszać swoją przysięgę małżeńską, ale nie słuchałam jej, bo drużba znowu patrzył w moim kierunku. Tym razem nie miałam wątpliwości, że jego wzrok skupiał się na mnie.

Rozdział 2

Whitney

Zasada numer dwadzieścia jeden:

Skacz z kwiatka na kwiatek.

W porze podawania koktajli zaserwowano trzy autorskie drinki, wystawiono też deski z serami i wędlinami, a na scenie występował całkiem niezły zespół, który grał alternatywnego rocka. Snułyśmy się po kamiennym patio, opracowując plan gry na wieczór, a goście gromadzili się do wspólnych zdjęć na brzegu jeziora. Uwielbiałam tę część imprez weselnych. Lubiłam patrzeć, jak ludzie pozują, dobierają się w pary, a rodziny się integrują.

Albo i nie.

Zawsze znalazł się ktoś z rodziny, kto wyglądał, jakby miał usta pełne majonezu i na okrągło słuchał wskazówek fotografa. Zawsze też znajdowała się jakaś druhna, która za bardzo przejęła się obowiązkiem sprawdzania, czy tren się odpowiednio układa albo czy druhny niosą welon pod właściwym kątem, tak by wyglądał jak niesiony wiatrem, albo czy drużba nie zabawia się aby łapaniem szyszek.

Żałowałam, że takie momenty nie są uwieczniane na zdjęciach do albumów. Podobałyby mi się znacznie bardziej niż te, na których krewni i przyjaciele stali sztywno ustawieni przez fotografa.

Meri, jak zwykle, miała kilku facetów na swojej liście „do obczajenia”. Nie miałam takiego sokolego oka jak ona, nie tworzyłam też rankingów potencjalnych kandydatów. Wolałam raczej wstrzymać się z oceną do rozpoczęcia tańców. Było coś takiego w tańcach na weselach, że od razu wiedziałam, czy między mną a partnerem iskrzy, co więcej na tym etapie wesela każdy był już pod wpływem alkoholu, a ja zdążyłam spełnić wymóg spożycia odpowiedniej porcji ciasta na dzień, dzięki czemu życie stawało się lepsze.

Z wyborem miejsca do siedzenia czekałyśmy do ostatniej chwili. W ten sposób łatwiej było wypatrzeć stoły, gdzie były wolne krzesła, i w razie potrzeby zweryfikować plany. Po latach ustaliłyśmy, że na weselach zwykle absencja wynosi od dwóch do pięciu procent. Jeszcze nie byłyśmy na takim, gdzie liczba nieobecnych gości wynosi mniej niż sześć osób.

Tak, miałyśmy też bzika na punkcie danych. Błyskotliwy umysł, wygląd oraz jaja, żeby wbijać na wesela bez zaproszenia – niczego nam nie brakowało.

Jednak to wesele, nawet jak na standardy znane z Titanica, było ogromne. Czekało na nas co najmniej dwadzieścia pięć wolnych miejsc, kiedy w końcu wkroczyłyśmy do namiotu obfitości.

Wybrałyśmy stolik bliżej narożnika, oddalony od centrum imprezy, przy którym siedziała grupka losowo dobranych osób. Nie wyglądało na to, żeby się znały. Takich gości można znaleźć na każdym weselu. Zwykle byli to dobrzy, fajni ludzie, których co najmniej zaskoczył fakt otrzymania zaproszenia i nigdy nie zadawali zbyt wielu pytań.

Najlepsza miejscówka w całym namiocie.

– Nie szczędzili grosza – stwierdziła Meri, szturchając mnie w ramię i wskazując brodą scenę. Cały dziesięcioosobowy zespół był wystrojony w fioletowe aksamitne garnitury, które pasowały do tysiąca kalii o fioletowym środku, stanowiących główny element dekoracji i zwisających z kwietnych żyrandoli w całym namiocie. – Na bogato.

– Co by cię skłoniło do tego, żeby wydać tyle na wesele?

– Zacznijmy od umorzenia pożyczki studenckiej – powiedziała. – Dodajmy rodziców, którzy mają kilkaset kawałków do wydania z myślą o jednym dniu. Ach, no i facet, którego jestem w stanie tolerować i któremu mogę zaufać przez dłużej niż jedną noc. Może wtedy i owszem.

Na znak lidera zespół zaczął grać piosenkę About Damn Time, zaraz pojawili się członkowie orszaku młodej pary, tańcząc w parach. Było jasne, że to wszystko, cała ta choreografia została wymyślona i przećwiczona, choć nie wszyscy tańczyli w rytmie, ale dzięki temu taniec wyglądał nawet bardziej odjazdowo. Czy może być coś lepszego niż pierwszy drużba o gracji słoja na ogórki kiszone i pierwsza druhna, która ewidentnie dziesięć lat swojego życia poświęciła na taniec w balecie?

Natychmiast moją uwagę zwrócił drużba i aż musiałam przygryźć wargę, żeby się szeroko nie uśmiechnąć, kiedy spostrzegłam, że ten gość doskonale wie, jak poruszać swoim postawnym ciałem. Najbardziej zaskakujące było to, że dobrze się przy tym bawił. Nie przewracał oczami ani nie robił tego na siłę. Wręcz przeciwnie: wkładał w taniec sto procent zaangażowania i dawał z siebie wszystko, bo świadkowa panny młodej była w siódmym miesiącu ciąży i sprawiała wrażenie, jakby mogła dopuścić się nawet zdrady narodowej, by tylko wyzwolić się z wysokich obcasów i obcisłej sukni.

Stuknęłam się kieliszkiem z Meri.

– Jakie są szanse na to, że dziś pomożesz przy porodzie? Jak sądzisz? Dwudziesty dziewiąty tydzień? Trzydziesty? Jesteś w stanie lepiej to ocenić na oko niż ja, ale brzuch ma już nisko.

– Ugryź się, do cholery, w język! – Meri potrząsnęła żałośnie głową. – Siadaj, siostro – mruknęła w stronę druhny. – Nogi do góry. Napij się wody i zaciskaj uda, żeby nie wypuszczać dzieciaka na świat do jutra. Błagam. – Wypiła resztę wódki z sokiem z cytryny i syropem lawendowym. – Mam szczerą nadzieję, że na sali znajdzie się jeszcze kilku lekarzy.

Uniosłam kieliszek.

– Módlmy się o to!

Panna młoda i pan młody pojawili się w dwóch różnych końcach namiotu, a zespół zagrał energetyczną wersję Marry You.

– Zmieniła suknię – powiedziała Meri, wpatrując się we Florrie. – Wiedziałam.

Sukienka, którą założyła panna młoda, była typowo imprezowa, bardzo seksowna, idealna do obrotów na parkiecie. Sama chciałabym taką mieć. Nawet do noszenia tylko po domu. Lubiłam się kręcić.

– Boże. Wyglądają uroczo. Mam nadzieję, że im się powiedzie!

Kiwnęłam głową, a Florrie i Mason dołączyli do układu, który musiał wymagać miesięcy przygotowań. Faktycznie byli uroczy. Prawie uwierzyłam w to, że czeka ich happy end, że nie skończą ze złamanymi sercami, poranieni i nieszczęśliwi tak bardzo, że każde z nich będzie się bało jeszcze raz komukolwiek zaufać.

Przetańczyli razem kolejne dwie piosenki, a w finale nastąpiło efektowne przechylenie partnerki, które wiele mówiło o elastyczności Florrie. Tłum zaczął wiwatować i bić brawo, a Mason pochwycił ją w ramiona i pocałował.

– A, no i masz! – wykrzyknęła Meri, a do mnie dodała: – Fajni są! Cieszę się, że możemy świętować razem z nimi!

Meri prędzej by umarła, niż przyznała, że jest stuprocentową romantyczką. Uwielbiała miłość we wszystkich jej odsłonach i wersjach, nawet jeśli dawno temu zamknęła się na tego rodzaju uczucia. Rana nigdy do końca się nie zabliźniła, ale też Meri za żadne skarby świata nie potwierdziłaby takiej opinii, zupełnie jak gdyby wolała tkankę bliznowatą i ból fantomowy po amputacji kończyny niż ryzyko, że ona, Meri, znowu się pogubi.

– Ja też – odpowiedziałam. – I cieszę się, że jestem tu z tobą.

Gdy pojawili się kelnerzy, serwując pierwsze danie, ojciec Florrie przeszedł na drugą stronę sali balowej, aby zamknąć w objęciach córkę i uścisnąć dłoń zięcia. Był ogromnym facetem, jak z komiksu, a jego donośny głos słychać było w każdym zakątku namiotu bez mikrofonu.

Wznosząc toast, mówił o swej pełnej życia córce i wielu jej osiągnięciach, ale słowem się nie zająknął na temat Masona.

– Proszę, wznieście toast – powiedział. – Za szczęście mojej córki, niech trwa przez całe jej życie.

Pijąc, Meri i ja wymieniłyśmy się spojrzeniami.

– Ojcowie panien młodych – powiedziałam. – Zaskakująco płynnie opanowany język pasywnej agresji.

Gdy zaczęliśmy jeść pierwsze danie, Meri znalazła bratnią duszę w siedzącym obok mężczyźnie – oboje nie znosili pestek granatu. Każde usypało niewielki ich stosik na talerzu obok sałatki, a potem wespół zajęli się marudzeniem na temat octu jabłkowego czy czegoś podobnego.

Skoro pochłaniała ich rozmowa na temat tego, czego nie znoszą, a para z mojej drugiej strony zajęta była omawianiem wszystkich punktów, pod względem których wesele ich córki było lepsze niż uroczystość Florrie i Masona, zajęłam się obserwacją gości. Zupełnie tego nie zamierzałam, jednak momentalnie wypatrzyłam drużbę. Stał z przodu długiego stołu blisko parkietu, opierając się kolanem o siedzenie krzesła, i żywo gestykulował podczas opowiadania jakiejś historii.

Jego ekspresja obejmowała całe ciało. Energia i emocje emanowały z niego falami i nawet ze swojego miejsca widziałam, że wszyscy przy stole bacznie wsłuchują się w jego słowa. Byłam przekonana, że mogłabym podejść do niego i wycisnąć z jego muszki tyle charyzmy, że dałoby się nią wypełnić kieliszek do szampana. Ewidentnie miał siłę przyciągania.

– Słyszałaś o ciałach wyłowionych z jeziora?

Odwróciłam się, żeby spojrzeć na mężczyznę obok Meri.

– Przepraszam, o czym teraz jest mowa?

Meri machnęła ręką.

– Nie, proszę opowiedzieć ze szczegółami.

Oczy mu rozbłysły za szkłami w drucianych oprawkach.

– Woda w jeziorze jest lodowata i bardzo głęboka, więc jeśli ktoś utonie, bez względu na powód, okazuje się, że ciało jest niezwykle dobrze zachowane – powiedział, a ja miałabym kilka pytań, bo w jego głosie wybrzmiewał entuzjazm. – Ale najbardziej zwariowane w tym jest to, że na ogół topielcy nie idą całkiem na dno, jak by się tego oczekiwało. Ciśnienie atmosferyczne konkuruje z ciśnieniem głębokości wody, co powoduje, że ciała pozostają niejako zawieszone na głębokości około kilometra pod powierzchnią. Ludzie mówią na to zjawisko „parkiet jeziora Tahoe”.

– O, mój Boże – powiedziałam.

– To najdziwniejsza chora historia, jaką słyszałam na weselu.

W reakcji na ten komentarz mężczyzna głupkowato poruszył ramionami, jak gdyby ten fakt go rozśmieszył, ale uderzyło mnie to, że nie był w typie Meri. Chociaż miał na sobie świetnie skrojony garnitur w ciemnym kolorze, to sprawiał wrażenie niechlujnego naukowca, który na co dzień nosi tweedowe marynarki i wiecznie poplamione atramentem spodnie khaki. Kręcone włosy opadały mu luźno, a krótka bródka wręcz domagała się staranniejszej pielęgnacji. Był takim facetem, który na pierwszy rzut oka wydawał się starszy od nas o dobre dziesięć czy piętnaścielat, ale w bliższym kontakcie okazywało się, że najprawdopodobniej jest w okolicy czterdziestki. Zdawał się uprzejmy, może nieco dziwny, a spojrzenia, jakimi obdarzał Meri, były przepełnione delikatnością, której niestety nie mógł się spodziewać z jej strony.

Jeśli nawet to zauważyła, to miała to gdzieś, bo tylko przysunęła się do niego bliżej i zapytała:

– A więc mówimy o wypadkach czy może w jakimś stopniu o przestępczości zorganizowanej?

On pochylił się w jej stronę, jego łokieć musnął jej przedramię, a oczy mu się rozjaśniły.

– Historie są różne, o jednym i o drugim. Nie uwierzyłabyś, co ludzie opowiadają.

Próbowałam wzrokiem dać jej do zrozumienia, że kompletnie nie pojmuję, co robi obok tego słodkiego, frajerowatego i zbyt klejącego się do niej faceta, ale była nim tak oczarowana, że wcale mnie nie zauważała.

Naprawdę wydawała się zdeterminowana, żeby zdjąć z sukni domniemaną klątwę.

Tuż po drugim daniu uprzątnięto naczynia ze stołu, a na parkiet wyszedł drużba z mikrofonem w ręku. Oparłam się o krzesło, skrzyżowałam nogi. Wiedziałam, że zapowiada się doskonała zabawa.

– Witam wszystkich – zaczął z uśmiechem, który był jak słońce o poranku. – Mam na imię Henry. Jestem drużbą i mam zaszczyt i szczęście być przyjacielem tego oto Masona.

– Niełatwo się ciebie pozbyć – odkrzyknął Mason, a tłum zachichotał.

– Czy to dlatego od lat zostawiasz mnie na poboczu? – Henry przesunął dłonią po swoich ciemnych włosach i westchnął. – Sądziłem, że chcesz, żebym opanował jakieś zaawansowane umiejętności survivalowe, zabawa w chowanego na sterydach. Wow! No to teraz muszę spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy.

– To ty jesteś rzekomo tym inteligentniejszym – drażnił się z nim Mason. – Sądziłem, że to wiesz.

Henry podrapał się po karku.

– Ach, tak. No, a teraz mam powiedzieć o tobie same dobre rzeczy. Super. Dzięki za ostrzeżenie, stary.

Poczułam, jak drga mi policzek, i z zaskoczeniem odkryłam, że się uśmiecham.

– A więc abstrahując od osobistej, powtórnej ewaluacji naszej domniemanej przyjaźni, dziś zgromadziliśmy się tu – wskazał kwiaty zwisające z sufitu namiotu i odziany w aksamit zespół – na tym festiwalu ostentacyjnej konsumpcji, aby celebrować związek Florrie i Masona.

Kilka druhen spojrzało po sobie, marszcząc brwi, a na ich twarzach pojawiły się pełne napięcia uśmiechy, jak gdyby nie wiedziały, czy w ogóle mają się uśmiechać, czy nie. Nie byłam stuprocentowo pewna, ale ojciec panny młodej chyba nerwowo strzelał palcami.

– Jakiż mamy cudowny dzień na świętowanie zaślubin tych dwojga – kontynuował Henry, przechadzając się po parkiecie. – Dużo lepiej już nie będzie, to znaczy, spójrzcie na to wszystko. To jest… naprawdę coś!

Machnął ręką w kierunku siedmiopiętrowego tortu i dodatkowego tortu dla pana młodego w kształcie jakiegoś psa. Zawsze uwielbiałam torty, w szczególności te wymyślne, pieczone dla panów młodych, aczkolwiek zjedzenie kawałka tortu w kształcie zwierzaka należącego do czyjejś rodziny wywoływało u mnie mieszane uczucia, wydawało mi się to niestosowne. Gorszy mógł być tylko kremowy tort czekoladowy z dodatkiem czerwonego barwnika.

– Ważne jest, żeby pamiętać dobre chwile. – Henry przesunął kłykciami po krótko przyciętej brodzie. – A wieczory takie jak ten są w ogóle wyjątkowe.

– Proszę, powiedz, że nie zamierzasz wymyślać całej przemowy na bieżąco – szepnęłam.

Ale tak właśnie zrobił. Rozwodził się nad listą ulubionych wspomnień związanych z Masonem, a każde z nich zaczynało się od słów: „Pamiętasz, jak raz prawie nas zaaresztowano?” albo: „Kiedyś się upiliśmy i zgubiliśmy się w lesie”, a potem kwitował to pointą lub kończył w sentymentalnym stylu.

Ale dla kogoś, kto przez dekadę, w tym ostatnie pięć tygodni, wysłuchał całkiem sporej liczby przemów, było to jasne jak słońce, że Henry nie przemyślał toastu ani też nie zaplanował żadnego motywu przewodniego. Przemawiał chaotycznie, posługiwał się frazesami i tak naprawdę nie mówił nic, ale miał w sobie taki magnetyzm, że chyba nikomu to nawet nie przeszkadzało. I przez cały czas dotykał tych gęstych, falowanych włosów.

Aż do momentu, gdy stwierdził:

– I wiecie co, nic nie jest wieczne, więc starajcie się korzystać na maksa, póki możecie. Kto wie? Kolejny ślub może nie być taki wypasiony.

Nagle sześćset osób zamilkło i zapadła cisza, jakby nagle ktoś brutalnie rozciął arkusz papieru. Ojciec Florrie zerwał się z miejsca, a Mason westchnął w kierunku ukwieconych żyrandoli.

– Co on powiedział? – zapytała jedna z babć. – Co takiego? Kto jest spasiony?

Florrie roześmiała się głośno i sztucznie, jednocześnie ściskając rękę swojego oblubieńca. Minęła chwila, zanim główna druhna zmieniła miejsce na parkiecie. Zrzuciła buty, a ręką obejmowała swój pokaźny brzuch.

– Dajcie jej jakieś krzesło – rzuciłam pod nosem.

– Czy ktoś może zorganizować jakieś krzesło dla Miah? – Henry schylił się i przemówił wprost do jej brzucha. – Ostrzegam, że skrupulatnie przestrzegamy zasad wobec osób, które pojawiają się bez zaproszenia.

Zaśmiałam się kpiąco.

Miah odebrała mu mikrofon.

– Henry ma rację, nic nie jest wieczne, ale mnie wystarczy być dziś tutaj, patrzeć na miłość mojej małej siostrzyczki i jej ukochanego, świeżo upieczonego męża, abym uwierzyła w wieczną miłość. Jestem szczęśliwa, że także możemy obdarzyć was miłością i życzyć wam jak najlepiej. – Klepnęła Henry’ego w rękę, aby uniósł kieliszek. – Gratulacje, kochani. Będziemy przyglądać się temu, jak trwacie w małżeństwie, i wiem, że stworzycie sobie wspaniałe wspólne życie na wiele, wiele lat. Za wasz wypasiony ślub!

– O, ona jest niezła – powiedziałam, przesuwając się w kierunku Meri. – Ale jego przemowa plasuje się w pierwszej piątce najgorszych przemów, jakie w życiu słyszałam.

Krzesło Meri jednak było puste. Podobnie jak krzesło tamtego frajerowatego typa.

Mruknęłam coś. A niech się jej poszczęści! Chciałam, żeby dobrze się dziś bawiła, nawet jeśli facet, który lubił opowieści o trupach w jeziorze, nie był tym, na którego od początku bym stawiała.

O wszystkim dowiem się jutro.

Zawsze tak było.

Nastąpiło jeszcze kilka przemów przed tańcem panny młodej z ojcem, co również należało do moich ulubionych zwyczajów weselnych. Było w tym coś pięknego, a jednocześnie obcego – jak oglądanie filmu w nieznanym języku. Doceniałam to i podziwiałam, ale nigdy tego nie pojmę.

Kiedy przyszedł czas, aby parkiet zajęli pan młody i jego matka, wymknęłam się do bufetu z deserami. Nie myślałam nawet o tym, żeby tańczyć, dopóki nie rozeznam się, co takiego będzie podane na deser i nie spróbuję wszystkiego, aż pożałuję, że wcisnęłam się w bieliznę modelującą sylwetkę.

Na moje szczęście desery, jak i wszystko inne na tym weselu, były wypasione. Nałożyłam sobie sporą porcję na talerzyk.

– Co polecasz? – usłyszałam nagle znajomy głos.

Podniosłam wzrok, a z drugiej strony za stołem stał drużba. Miał poluźnioną muszkę i trzymał ręce w kieszeniach. Dałam sobie chwilę na to, żeby podziwiać jego wspaniałą tężyznę fizyczną. Facet ewidentnie miał do czynienia z drewnem: drwal, leśnik, producent mebli rzemieślniczych. Coś w ten deseń. Pewnie też pachniał sosną, co byłoby logiczne.

Zlizałam okruch lukru z palca.

– A co lubisz?

Nie odrywał wzroku od mojej twarzy, ale czułam, że jednocześnie patrzy na mnie całą.

– Wszystko.

– Och, naprawdę? – Wybrałam minibabeczkę z trzypoziomowej patery i zjadłam ją, przypatrując się stołowi. Na środku znajdowała się masa ciasteczkowa. Coś wspaniałego. – Affogato? Tres leches? Flan z owocami? – Wskazałam niedużej wielkości szklaneczki i pojemniczki z różnymi deserami. – A może dobrze mi się wydaje, że wolisz coś mniej skomplikowanego? Coś prostszego? Eklery, sernik, bezę cytrynową?

Zaśmiał się.

– Będę udawał, że nie zasugerowałaś, że jestem kulinarnym prostakiem. – Wskazując brodą mój talerz, zapytał: – A ty? Co tam masz?

Gdyby Meri tu była, zaaranżowałaby jakąś sytuację awaryjną i odciągnęłaby mnie od niego, bo tak poważnie podchodziła do zasad. Jutro mnie zamorduje, a ja nie będę stawiać oporu.

Mimo to musiałam odpowiedzieć, że sięgnęłabym po wszystko.

Jego twarz rozjaśnił niesamowity uśmiech, jakby to była odpowiedź, którą w sekrecie pragnął usłyszeć i teraz może już odejść z tego świata w poczuciu szczęścia.

– Czyli dobrze wybrałaś.

– Ten toast był marny – poinformowałam go, chwytając kolejnego muffina. Był ozdobiony kremem czekoladowym i nawet nie trafił na mój talerz: zjadłam go od razu dwoma kęsami.

Henry przesunął palcami po rozpiętym kołnierzyku. Apetyczny widok. Naszła mnie nieprzeparta chęć, żeby go polizać.

– Tak, zgadza się – powiedział, szybko potrząsając głową. – Ewidentnie ciężki wieczór. Czy po tym wszystkim, co przeszedłem, będę jeszcze musiał walczyć z tobą o muffiny?

Sięgnęłam po tort.

– Chyba nie.

– Jesteś pewna? Sprawiasz wrażenie, jakbyś chciała je przede mną ochronić.

– Jeśli mam coś chronić, będą to minibabeczki.

– Dlaczego?

Ujął mnie swoim uśmiechem i musiałam też odpowiedzieć mu uśmiechem.

– Po pierwsze, różnorodność. Nie trzeba się hamować, bo jedna babeczka to odpowiednik jakichś trzydziestu pięciu minibabeczek.

– Tak wygląda ten przelicznik? Naprawdę? – Jego śmiech zabrzmiał ciepło i głęboko. Trudno było mu się oprzeć. Meri pewnie już zaczęłaby odgrywać wstrząs anafilaktyczny na podłodze. – Muszę to szybko przemyśleć.

Wzięłam kolejną babeczkę, tym razem z przyprawami, możliwe, że o smaku chai, z polewą z serka – cudna, nawet jeśli nie przepadałam za przyprawami w ciastach.

Henry przechylił głowę i jego twarz znowu rozpromienił uśmiech.

– Zatańczysz?

– Hm… – Przez chwilę wpatrywałam się w stół, jak gdybym miała jakieś poważne zastrzeżenia. – Dużo dobrych rzeczy się tu dzieje. Nie powinnam się oddalać. Lepiej trzymać rękę na pulsie.

Gdy to mówiłam, wyciągnął ramię, odebrał mi talerz i postawił go na blacie.

– Idziesz ze mną – powiedział, ponownie wyciągając rękę.

Spojrzałam na jego dużą dłoń. Wyglądał, jakby gołymi rękami rozłupywał drewno, uprawiał zapasy z niedźwiedziami i brodził w rzekach tylko po to, żeby schwytać łososia. Jakby wracał do domu po meczach rugby z zakrwawioną twarzą i kilkoma przestawionymi kośćmi palców, a jedynym lekarstwem, jakiego by potrzebował, było zimne piwo. Prawdopodobnie absolutnie nie wykonywał zawodu chirurga, co na dzisiejszy wieczór przyjęłabym z ulgą. Im większy dystans między „prawdziwą mną” a osobą, którą udawałam na weselach, tym lepiej.

– Jeden taniec – powiedziałam i podałam mu rękę.

Przyłożył wolną dłoń do piersi, jakbym go zraniła.

– Przydałoby się więcej.

– Przepraszam, ale nie pomogę. Jest tu jeszcze z pięć różnych smaków babeczek i chciałabym wszystkich spróbować.

Odciągnął mnie od bufetu, splatając swoje palce z moimi, potem kciukiem przesunął po moich kłykciach.

– Za dwanaście godzin stąd wylatuję. Nawet za jedenaście, jeśli liczyć dojazd do Reno. – Objął mnie w pasie, gdy weszliśmy na parkiet. – Mógłbym zagrać w tę grę z tobą i powtarzać ci, że jesteś tak piękna, że na twój widok serce przestaje mi bić, choć ty ponad kontakt ze mną przedkładałabyś babeczki, ale mam mało czasu, a chciałem z tobą porozmawiać, bo przewracałaś oczami podczas ceremonii.

– Śmiałe założenie, że przewracałam oczami na twój widok – powiedziałam, gdy zaczęliśmy się poruszać w rytm muzyki.

Położył ciepłą dłoń na wysokości moich lędźwi, a jego palce zataczały leniwe kółka na materiale mojej sukienki, co wywoływało gęsią skórkę na moich ramionach, nogach i klatce piersiowej.

Cholerna gęsia skórka…

– No dobrze, czyli część, na której chcesz się skupić, to ta dotycząca ustalenia, na czyj widok przewracałaś oczami? – zapytał. – A nie będziemy rozmawiać o tym, że jesteś tak piękna, że aż odbiera mi dech? Naprawdę, miałem nadzieję, że dasz mi szansę, abym mógł pochylić się właśnie nad tym.

– A jednak oddychasz. – Czułam pod palcami nierówną linię jego ramion, a do tego (bo oczywiście czemuż by nie?) jego zapach: świeży i leśny. Zaśmiałam się nieznacznie w reakcji na to odkrycie.

Spojrzał na mnie z góry i wygiął usta. Jego uśmiech mógłby rozjaśnić wnętrze całego tego namiotu, za to ten powolny, nieco nierówny grymas rozjaśnił mnie od środka.

– Wcale nie ruszam się tak źle – zauważył.

– Nie. – Potrząsnęłam głową, ruszał się wspaniale. – To… nic.

Przesunął dłonią po moim kręgosłupie, zatrzymując ją pomiędzy łopatkami. Jego ręka spoczywała tak pewnie na mojej nagiej skórze.

– Jakoś wątpię, żeby to była prawda.

– I tego byś chciał przez kolejne jedenaście godzin? Prawdy?

Wpatrywał się we mnie ciemnymi oczami, a jego spojrzenie zatrzymało się na moich ustach.

– Pewnie powinienem poznać twoje imię, zanim odpowiem na to pytanie.

Na końcu języka miałam słowo „Olivia”. Bo dziś byłam Olivią. Dla niego. Nic więcej. I musiałam o tym pamiętać.

– Nie jestem przekonana, czy to konieczne.

– Mogę zgadywać – odezwał się po chwili.

– To chyba nie jest mądry pomysł.

– Tak, ale podzielę się z tobą pewną tajemnicą, która mnie dotyczy. – Ścisnął mnie mocniej i przysunął bliżej, a jego kilkudniowy zarost na brodzie łaskotał mnie w ucho. – Czasem skaczę na główkę i podejmuję się wyzwań. Im trudniejsze, tym lepiej.

– Mam nadzieję, że jednak się zastanowisz, zanim skoczysz. Można sobie skręcić kark, a przy okazji doznać wstrząśnienia mózgu.

Odsunął się na tyle, że zobaczyłam, jak wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Czyli na pierwszym miejscu bezpieczeństwo?

– Nic, co dziś zrobiłeś, nie świadczy o tym, że jest ono twoim naczelnym priorytetem.

– Naczelnym? Nie. Czy jest w pierwszej dziesiątce? Raczej tak. – Przez moment kołysaliśmy się, a on dodał: – Wiesz, nie wszyscy potrafią przemawiać publicznie. Nie jest łatwo zabrać głos przed tyloma osobami.

– Nie sądzę, żeby to była twoja wymówka.

Poczułam na policzku, że się śmieje.

– Zgadza się. Nie jest.

Skończył się kolejny utwór, a my nadal się kołysaliśmy. Kwestia zejścia z parkietu nawet się nie pojawiła i oboje mieliśmy tego świadomość.

Zespół zaczął grać początkowe akordy piosenki Vana Morrisona Into the Mystic, a ja z przyjemnością ją nuciłam.

– To za co oberwałem? – zapytał Henry.

Zastanawiałam się nad jakąś wymijają odpowiedzią albo nad tym, żeby ponownie go skarcić za to okropne przemówienie.

– Uwielbiam, jak na weselu grają tę piosenkę. Zawsze idealnie pasuje – zauważyłam zamiast tego.

Mrugnął, jakby zupełnie nie kupował takiej odpowiedzi.

– No dobrze – powiedział.

Trzymał mnie mocno, teraz poruszając się bardziej w rytm muzyki, a w pewnym momencie zakręcił mną. Nie mogłam się powstrzymać i z zaskoczenia się roześmiałam.

– To było nieoczekiwane.

Splótł ręce na mojej talii. Miałam wrażenie, że znalazłam się w stalowej obręczy.

– Jeśli to uwielbiasz, to uwielbiaj każdą sekundę. Nie ma powodu, żeby się powstrzymywać.

– Mniej więcej tak, jak ty uwielbiasz czytanie kart gwiazd?

Opuścił głowę na moje ramię z jęknięciem, które poczułam aż na szyi. Co za rozkosz.

– Mój Boże, miałem wrażenie, że tam umrę.

– Ale ogólnie na weselu czy po prostu nie lubisz takich uroczystości? A może chodzi o to konkretne wesele?

Wydał z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.

– To opowieść na inny dzień.

Znowu mną zakręcił, a potem do końca piosenki śpiewaliśmy i chociaż po niej zagrano szybszy utwór Taylor Swift, a na parkiecie się zagęściło, to my nadal się kołysaliśmy w swoim rytmie.

– Jak masz na imię? – zapytał.

– To opowieść na inny dzień.

Odrzucił ze śmiechem głowę w tył.

– Chyba nie czeka mnie zbyt wiele dni tutaj, więc postaram się działać na tyle, na ile mogę. No to dalej!

Wciągnął mnie w tłum szalejących wielbicieli Taylor Swift i razem z nimi ni to wykrzykiwał, ni wyśpiewywał słowa utworu Cruel Summer. Oraz, uwaga, znał na pamięć słowa całej piosenki. Wciąż trzymał swoje wielkie dłonie na moich biodrach albo chwytał mnie w talii i tak mocno do siebie przyciskał, że czułam na skórze spinki mankietów jego koszuli, a jego zarost łaskotał mnie po szyi.

Wcale mi to nie przeszkadzało.

Leciała piosenka za piosenką. Zespół zmienił repertuar na głośne, skoczne utwory grane na ślubach, takie, podczas których faceci zakasują rękawy koszul, a kobiety zrzucają buty na obcasach. Na takim etapie wesela zmieniają się w imprezy, nikt już nie dba o precyzję ani pozory, bo nadchodzi czas na świętowanie. Każdy ma już lekko w czubie, zachowuje się bardziej spontanicznie i nic tak naprawdę nie jest istotne.

Zrobiło się nam gorąco. Powietrze pod namiotem było ciepłe i mimo upływu godzin na parkiecie wciąż panował tłok, bo zespół dawał z siebie wszystko. Skórę miałam zaróżowioną i wilgotną, a Henry miał mokry cały tył koszuli, kiedy objęłam go w pasie. Było za głośno, żeby prowadzić rozmowę, ale język dotyku i ruchu wypełnił wszystkie luki.

Dłonie miał to na moich biodrach, a palce na brzuchu, to na żebrach. Przesuwał je wzdłuż tułowia aż na wysokość piersi. Ja kładłam dłonie na jego klatce piersiowej, ramionach i karku. Przyciskał mnie tyłem do swojego tułowia, jednocześnie trzymając ręką w pasie, a ja się kołysałam. Jego broda na moim ramieniu wręcz mnie paliła i poczułam wibrację pomruku, jaki z siebie wydał, gdy przeczesałam mu ręką włosy.

Kiedy piosenka się skończyła, stanęłam na palcach, żeby powiedzieć mu coś do ucha.

– Co sądzisz o…?

– Food trucki przyjechały!

Odwróciliśmy się w stronę sceny, na którą powrócili Florrie i Mason, stając przy mikrofonie. Muzyka umilkła, ale my nadal się kołysaliśmy, a on trzymał ręce na moich plecach. Zupełnie, jakbyśmy nie wiedzieli, jak przestać, skoro wcześniej zaczęliśmy się poruszać razem.

– Cały wieczór czekaliśmy na ten moment – powiedział Mason.

– Ja dłużej – dodała Florrie.

– Okej, kochanie. – Mason się zaśmiał. – Są taco, są burgery z In-N-Out, gorące pączki, hot dogi jak z Chicago, churros, lody…

Henry pochylił się z ustami przy moim karku.

– Proszę, powiedz, że nie masz takiej obsesji na punkcie lodów jak przy babeczkach.

– Nie jadam lodów – powiedziałam na wydechu. To nie była do końca prawda, ale już więcej go nie zobaczę, więc nie musiał znać kolejności moich ulubionych deserów.

– Taaa, uważaj, bo ci uwierzę, ale nie mamy czasu, moja droga, żeby zgłębić jakąkolwiek inną kwestię poza twoim imieniem oraz tym, czy chciałabyś teraz ze mną wyjść.

Znowu, o mały włos, a powiedziałabym mu, że mam na imię Olivia, ale w porę ugryzłam się w język.

– Tak, chcę.

Ledwie wyrzekłam te słowa, Henry chwycił mnie za rękę i pociągnął przez tłum.

– Chodź! – krzyknął i ruszyliśmy na skróty między gośćmi, którzy zaczęli się przemieszczać w stronę food trucków. Świeże górskie powietrze aż kłuło chłodem, gdy wyszliśmy z namiotu. – Jeśli nie zwiększysz tempa, przerzucę cię przez ramię. Ostrzegam!

– Mam obcasy – odkrzyknęłam, stukając butami po kamiennej posadzce patio. – A ty jesteś o dobre piętnaście centymetrów wyższy ode mnie!

– Chyba nawet nieco więcej, kochanie – odpowiedział pod nosem.

– Czyli tak będzie? Nie składaj obietnic, jeśli nie jesteś w stanie ich dotrzymać.

– O dotrzymanie obietnic w moim przypadku martwić się nie musisz, na twoim miejscu martwiłbym się o coś innego.

Wparowaliśmy do hotelu, śmiejąc się i wpadając na siebie, zupełnie nie zważając na otoczenie. Winda otworzyła się w momencie, gdy Henry przycisnął guzik. Objął mnie w pasie i wprowadził do środka.

Oparł mnie o ścianę, jedną rękę umieścił nad moją głową, a druga spoczęła na moim biodrze. Sięgnęłam pod poły jego marynarki i przesunęłam dłonią po boku tułowia, który w dotyku wydał mi się twardy, mocny i solidny. Miałam ochotę zerwać z niego koszulę i ustami sunąć po załamaniach mięśni, ale to byłby dopiero początek. Marzyłam, by zedrzeć z niego wszystko i eksplorować jego ciało. Przejąć nad nim kontrolę.

Przysunął się. Jego usta dotknęły mojej szyi i szczęki. Przyciągnęłam go jeszcze bliżej i uniosłam brodę, patrząc mu w oczy. Gdy nasze usta się spotkały, wydał z siebie niski, gardłowy dźwięk. Początkowo tempo było powolne, sumienne, ale potem, jakby za sprawą przyciśnięcia przełącznika, oboje przypomnieliśmy sobie o tym, że noc może jest i długa, ale nasz wspólny czas krótki.

Chwyciłam go za włosy, a on przyparł mnie do ściany. Czułam twardość jego członka na brzuchu, jego zarost drapał mnie po podbródku, ale nie dbałam o to. Całował mnie tak, jakby chciał sprawdzić, czy w ten sposób doprowadzi mnie do orgazmu, a ja nie stawiałam oporu.

– Przytrzymaj drzwi! Zaraz będę. Przytrzymaj mi, proszę, te drzwi.

Usłyszałam te słowa, ale mój mózg ich nie przetworzył. Dotarły do moich uszu z oddali, przytłumione, jak gdyby z telefonu spoczywającego na dnie plecaka i odtwarzającego audiobooka.

Nagle ktoś wszedł do windy, a do mnie dotarło, że nawet nie ruszyliśmy w górę. Zaśmiałam się z zaskoczeniem, a Henry przycisnął mnie do siebie.

– Nie zwracajcie na mnie uwagi. Nie, nie, wcale. Ja tylko sobie podjadę w górę. Henry, nic nie widziałam. Ach te ciastka! Wszystkie wypadły na podłogę.

Zerknęłam sponad ramienia Henry’ego i ujrzałam ciocię Luisę w pełnej wiedźmińskiej chwale, kobieta potrząsała głową nad torebką leżącą na podłodze windy.

– Pomogę ci, Lulu – powiedział Henry, gdy drzwi się zamknęły.

Wpatrywał się we mnie, poprawiając ubranie, a na jego twarzy pojawił się wielki, przebiegły uśmiech, który komunikował: „Zobacz, co narobiłaś”. Musiałam dłonią zasłonić usta, żeby się nie roześmiać.

– Och, no proszę – wymamrotała ciotka.

Henry oderwał się ode mnie, a ja dostrzegłam kilka kart tarota rozsypanych na podłodze obok termosu niechybnie wypełnionego alkoholem oraz skórzaną sakiewkę, w której niewątpliwie musiały znajdować się kryształy.

– Podniosę je – powiedział.

Luisa szybko machnęła ręką, żeby go powstrzymać.

– Ani mi się waż! – Sama podniosła jedną z kart i wpatrywała się w nią przez dłuższą chwilę. – Świat. – Palcem stukała w wizerunek prawie nagiej kobiety. – Ta karta przypomina nam, że mamy tylko jedno wspaniałe życie i lepiej nie marnować z niego ani sekundy.

– To prawda – odpowiedział Henry, przeciągając samogłoski i opierając rękę na moich ramionach.

Podniosła kolejną kartę, na której widniał nagi błazen.

– Karta głupca w tarocie komunikuje, że wszechświat chce, abyśmy postawili na siebie, i to niemałą stawkę. Skacz, nawet jeśli nie wiesz, gdzie wylądujesz.

– Tak – zgodził się Henry i pokiwał głową. Doceniłam to. Nie mogliśmy pozwolić sobie na kolejną akcję z parskaniem śmiechem. Nie wtedy, gdy byliśmy tak blisko siebie. – Rozumiem.

– Z pewnością, Henry. – Ciocia uniosła brew, spoglądając na ostatnią kartę, na której także widać było nagich ludzi. Rzuciła nam porozumiewawczy uśmiech. – Karta kochanków. Widzę, że tej karty nie trzeba wam specjalnie objaśniać, ale jeśli w tym położeniu pojawia się wraz z głupcem, to chce nam powiedzieć, że nadszedł czas na nowy dynamiczny początek. – Zebrała karty i wsunęła je razem do torebki. – I bratnie dusze.

Zaśmiałam się.

– Hm, serio to robisz – powiedział Henry.

– Mhm. – Odkręciła wieczko termosu i pociągnęła spory łyk. – Może to oznaczać, że podążamy ścieżką, która doprowadzi nas do naszej bratniej duszy. Albo też tarot stara się nas kopnąć w tyłek, mówiąc, że czas przestać obsesyjnie szukać takiej osoby i pora otworzyć oczy, bo mamy ją tuż pod nosem. – Winda zatrzymała się, a Luisa wysiadła. – Bawcie się dobrze dzisiejszego wieczoru.

– Dzięki za odczytanie kart, Lulu – podziękował Henry.

– Nie zapomnijcie o zabezpieczeniu! – zawołała ciocia na pożegnanie.

– O, mój Boże… – Dziwny śmiech wydarł się z moich ust. – Co tu się właśnie zdarzyło?

Drzwi się zamknęły, a Henry jeszcze raz wcisnął przycisk swojego piętra.

– Nic. Tylko ciotka Masona mówi nam to, co jej zdaniem chcielibyśmy usłyszeć. Z doświadczenia wiem, że to wszystko wymyśla na bieżąco.

Mrugnęłam ze zdziwieniem.

– Serio?

– Znam ją od zawsze, uważam za członka rodzinny, więc kiedy mówię, że zmyśla, mówię to z miłości. – Znowu przycisnął mnie do ściany i palcem sunął po linii sukni w miejscu, gdzie podtrzymywała piersi. – Starała się być moją skrzydłową.

– Bo potrzebujesz asysty?

Opuścił głowę i pocałował mój obojczyk.

– Bo ożeniłem się z moją pracą. Nie mam życia poza nią i musi minąć jeszcze jakieś pięć czy sześć lat, zanim będę miał trochę czasu dla siebie.

– Czyli w ten sposób chcesz mi dać do zrozumienia, że normalnie się tak nie zachowujesz?

Drzwi się otworzyły. Wyszliśmy z windy i przeszliśmy korytarzem pod drzwi, które musiały prowadzić do jego pokoju. Złożył na moich ustach tak powolny pocałunek, że poczułam, jakby chciał mnie osaczyć niczym wijąca się winorośl. Moja skóra rozgrzała się i poczułam tak wielkie pożądanie, że nie byłam w stanie myśleć o niczym innym.

– Nigdy się tak nie zachowuję – szepnął mi wprost w kącik ust. – Pewnie mi nie uwierzysz, bo tak mówi wielu facetów, ale wiesz, że nie mam dużo czasu. Nie będę go marnował na to, żeby cię okłamywać.

– Whitney – powiedziałam ni stąd, ni zowąd. – Tak mam na imię. Whitney.

Otworzył drzwi, a na jego twarzy powoli rozkwitał uśmiech.

– Whitney… chciałbym spędzić następne dziewięć godzin z tobą, robiąc niewymownie niegrzeczne rzeczy. Wiem, że proszę o wiele, ale…

Chwyciłam poły jego marynarki i przycisnęłam swoje usta do jego ust. Weszliśmy tyłem do pokoju, z hukiem zatrzaskując za sobą drzwi, co jeszcze bardziej podgrzało atmosferę. Moja suknia znalazła się na wysokości talii, jego koszula i marynarka pofrunęły na drugi koniec pokoju, a spodnie opadły do kolan. Rzuciłam mu prezerwatywę, którą miałam w kopertówce, i ściągnęłam z siebie bieliznę modelującą z takim wdziękiem, na jaki mnie tylko było stać. Sekundę później opasał moje uda ramieniem i oparł mnie o ścianę.

Gdy we mnie wszedł, nasze spojrzenia się spotkały. Był duży i dobrze się złożyło, że przez ostatnie kilka godzin ocieraliśmy się i obmacywaliśmy, bo bez tej gry wstępnej byłoby to bolesne jak diabli.

Rozwarł usta z cichym pomrukiem.

– Whit – zajęczał. – Kurwa, kochanie. Naprawdę zaraz mi serce stanie.

– Nie wydaje mi się. – Wsunęłam mu palce we włosy i go pocałowałam. Tylko to byłam w stanie robić, bo czułam, że od finału dzielą mnie ułamki sekund. Byliśmy zachłanni i zbyt głodni siebie, aby przejmować się bałaganem, jaki powodowaliśmy, i tym, co powinniśmy robić po kolei, a czego nie robiliśmy. To wszystko było niemal pierwotne, jak gdybyśmy całe wieki na to czekali i w końcu nastąpiło to, czego tak pragnęliśmy.

Wsunął palec w stanik i drażnił mój sutek, jednocześnie uderzając mną o ścianę.

– Czemu, do cholery, jesteś tak doskonała? – zapytał niemożliwie niskim głosem.

Coś wspaniałego! Miałam ochotę słuchać go bez końca.

– To jeden z moich licznych talentów – odpowiedziałam.

– Twoje talenty mnie zabiją, Whit.

Odsunął stanik i przeciągnął językiem po sutku, a mnie zszokował jęk, jaki się ze mnie wydarł w reakcji na kontakt z jego językiem. Otoczył sutek zębami i ukąsił go, a ja zacisnęłam mocno mięśnie pochwy na jego członku.

– O cholera, co ty mi właśnie zrobiłaś? – jęknął prosto w moją pierś. – Umieram. Kochanie, ja tu umieram.

– Nie możesz teraz umrzeć. – Mocniej zacisnęłam dłoń zanurzoną w jego włosach. – Mamy jeszcze dziewięć godzin.

Nadal kąsał mój sutek, jednocześnie wykonując posuwiste ruchy penisem, a ja pękałam jak kruche szkło. To wszystko było tak niewiarygodnie podniecające, czułe i lubieżne, że mogłam tylko przylgnąć do niego, kiedy wreszcie i on pękł.

Rozdział 3

Whitney

Zasada numer pięć:

Tylko jedna noc. Żadnych nadgodzin.

Henry spał jak kamień.

Wielkie, nieruchome ciało, począwszy od twardego jak kamień ramienia aż po nieustępliwą erekcję członka, który ocierał się o moje biodro. Gęste rzęsy uroczo sięgały policzków, a wargi miał lekko wydęte. Poczułam ochotę, żeby musnąć palcem te pełne usta i policzki, ale zamknęłam oczy i przypomniałam sobie o strategii wyjścia.

Nie było już czasu na kolejną rundkę, nawet gdybym bardzo tego chciała. Czekała na mnie Meri, a poza tym byłam przekonana, że moja wagina ogłosi kwarantannę, jeśli Henry choćby spojrzy w tamtym kierunku.

Musiałam się nieco postarać, aby wydostać się z jego objęć, ale udało mi się zgiąć wpół i sturlać z materaca, nie budząc go. Dałabym sobie radę z niezręczną rozmową po wspólnie spędzonej nocy, ale tak naprawdę nie miałam na to ochoty. Chciałam, żeby to spotkanie znalazło się w albumie ze wspomnieniami z wesel, na których pojawiłam się bez zaproszenia, figurowało tam jako najlepsza noc z całego lata i by nic nie rzutowało na jej doskonałość. Chciałam móc przypominać sobie te wydarzenia, kiedy będę w siódmym miesiącu przymusowego celibatu wynikającego z charakteru mojej pracy. Chciałam wreszcie zapamiętać Henry’ego jako faceta, który powiedział: „Trzymaj się mocno, kochanie”, gdy zgiął mnie przy biurku i bzykał tak, jakby to była jego praca.

Nie planowałam na siłę wymieniać się numerami telefonów ani nie musiałam wiedzieć, jak zabrzmi jego głos, kiedy będzie próbował mnie łagodnie spławić. Nie było mi to potrzebne i nie chciałam wyjeżdżać z Tahoe, czując smak rozczarowania na języku.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 28

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 29

Dostępne w wersji pełnej

Epilog

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORYGINAŁU:

Change of Heart

Redaktorka prowadząca: Ewelina Czajkowska

Wydawczyni: Ewelina Czajkowska

Redakcja: Katarzyna Sarna

Korekta: Anna Burger

Projekt okładki: Wojciech Bryda

Zdjęcia na okładce: © pixelrobot; © New Africa; © Nikolai Sorokin / Stock.Adobe.com

CHANGE OF HEART

Copyright © 2024 by Kate Canterbary

Copyright © 2026 for the Polish edition by Niegrzeczne Książki an imprint of Wydawnictwo Kobiece Agnieszka Stankiewicz-Kierus sp.k.

Copyright © for the Polish translation by Karolina Kłosińska, 2026

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2026

ISBN 978-83-8417-921-5

Grupa Wydawnictwo Kobiece | www.WydawnictwoKobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Weronika Panecka

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa: Kate Canterbary, Skutki uboczne miłości

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 11

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Epilog

Podziękowania

Karta redakcyjna

Landmarks

Cover