Owoce wiśni - Osamu Dazai - ebook

Owoce wiśni ebook

Dazai Osamu

3,0

Opis

Owoce wiśni tworzy szesnaście opowiadań, wybranych spośród najpoczytniejszych w twórczości Osamu Dazaia. Pisarz nie wychwala w nich takich skarbów „japońskości”, jak ceremonia parzenia herbaty czy teatr nō. Nie mówi współczesnym mu rodakom, jak żyć w strasznych czasach wojny i jak odnaleźć się w powojennej rzeczywistości przegranego państwa. Autor, z humorem i ironią, czerpiąc z osobistych przeżyć oraz doświadczeń, opisuje zwyczajne życie. Drobne zdarzenia, przyjemne i bolesne przeżycia służą pytaniu o kształt i sens ludzkiej egzystencji. Uniwersalizm prozy Osamu Dazaia, jej nadal świeży styl do dziś ujmują rzesze czytelników na całym świecie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 256

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Osamu Dazai

OWOCE WIŚNI

Przełożyła z japońskiego

Katarzyna Sonnenberg-Musiał

Posłowiem opatrzył

Mikołaj Melanowicz

Czytelnik Warszawa 2020

Pociąg

Lokomotywa C51 powstała w 1925 roku w fabryce Umebachi. Tam też wyprodukowano trzy wagony trzeciej klasy, wagon restauracyjny, wagon drugiej klasy, kuszetkę, a także trzy wagony towarowe na przesyłki czy ładunek – razem dziewięć wagonów mogących pomieścić ponad dwustu pasażerów, sto tysięcy przesyłek pocztowych i niezliczone ludzkie opowieści, które rozdzierają serce. Lokomotywa każdego dnia o drugiej trzydzieści – nieważne, deszcz czy wiatr – ruszała ze świstem silników tłokowych z Ueno w kierunku Aomori. Czasami odprowadzały ją głośne tryumfalne okrzyki „Banzai!”, czasem chusteczki z żalem machały jej na pożegnanie, jeszcze innym razem zbierała nieszczęsne podarki łkania czy szlochu.

Pociąg 103. Co za nieprzyjemny numer. Od 1925 roku minęło osiem lat, a ileż dziesiątków tysięcy serc cierpiało przez ten pociąg miłosne rozłąki… Prawda jest taka, że mnie również spotkała w związku z nim wielka przykrość.

Stało się to zeszłej zimy, kiedy Shiota odesłał Tetsu do domu. Tetsu i Shiota pochodzili z tych samych stron i przyjaźnili się od najmłodszych lat, a ponieważ mieszkałem z Shiotą w jednym pokoju, kiedy uczęszczaliśmy do liceum, miałem okazję usłyszeć historię ich miłości. Tetsu wywodziła się z ubogiego domu, więc nieco zamożniejsza rodzina Shioty nie zgadzała się na małżeństwo tych dwojga. Z tego powodu doszło do kilku burzliwych kłótni Shioty z ojcem. Za pierwszym razem Shiota niemal zemdlał z poruszenia, aż w końcu krew mu się puściła z nosa. Szczere do bólu opowieści tego rodzaju dziwnie poruszały moje młodzieńcze serce.

Ukończyliśmy wreszcie z Shiotą liceum i rozpoczęliśmy razem studia na tokijskim uniwersytecie. Od tego czasu minęły trzy lata. Dla mnie był to trudny okres, ale najwyraźniej nie dla Shioty, który prowadził spokojne i wygodne życie. Początkowo wynajmowałem pokój w pobliżu uniwersytetu i Shiota odwiedził mnie z dwa, może trzy razy, zaraz po rozpoczęciu studiów. Jednak nasze sytuacje i poglądy zaczynały się różnić do tego stopnia, iż trudno było oczekiwać, by nasza przyjaźń mogła pozostać tak niewzruszona jak dawniej. Może to kwestia moich uprzedzeń, ale mam poczucie, że gdyby Tetsu nie pojawiła się wtedy w Tokio, Shiota zapewne na zawsze już oddaliłby się ode mnie.

Zimą trzy lata po tym, jak zerwał naszą przyjacielską relację, Shiota pojawił się w moim domu na przedmieściach i powiedział mi o przyjeździe Tetsu, która – nie mogąc doczekać się chwili, gdy jej ukochany ukończy studia – zbiegła z rodzinnych stron do Tokio. W tym czasie byłem już żonaty z pewną niewykształconą wiejską dziewczyną i nie miałem w sobie dawnej młodzieńczej werwy, która sprawiała, że na takie historie serce mocniej mi biło. Wizyta Shioty zbiła mnie nieco z tropu, ale nie przeoczyłem ukrytego motywu, jaki za nią stał. Opowiadanie znajomemu o tym, jak Tetsu uciekła, żeby się z nim spotkać, karmiło jego miłość własną. Jego euforia wywołała we mnie tak nieprzyjemne wrażenie, że zacząłem nawet wątpić w szczerość jego uczuć względem Tetsu. Na nieszczęście okazało się, że miałem rację. Shiota, po tym, jak zademonstrował mi swoją ekstatyczną radość i wzruszenie, zmarszczył brwi i zapytał cicho:

– Co mam teraz zrobić?

Nie byłem w stanie dłużej wykazywać zrozumienia dla tego rodzaju próżnych gierek, więc bezzwłocznie odpowiedziałem Shiocie to, co chciał usłyszeć:

– Zmądrzałeś, co? Jeśli nie kochasz Tetsu jak dawniej, nie pozostaje ci nic innego, jak tylko się z nią rozstać.

– No tak, ale… – Shiota zamyślił się, ale w kącikach jego ust dostrzegłem wyraźny uśmiech.

Po kilku dniach otrzymałem pocztówkę wysłaną w trybie ekspresowym. W prostych słowach Shiota stwierdzał, że – kierując się także przyjacielską radą – z myślą o ich wspólnej przyszłości odsyła Tetsu, która ma wrócić do domu jutro, pociągiem o drugiej trzydzieści.

Choć nikt mnie o to nie prosił, natychmiast postanowiłem, że pójdę pożegnać Tetsu. Moim pożałowania godnym zwyczajem jest podejmowanie tego rodzaju pochopnych decyzji.

Następnego dnia od rana padało. Popędzając żonę, która się ociągała, wyruszyłem na stację kolejową w Ueno. Pociąg numer 103 czekał w deszczu na godzinę swojego odjazdu, puszczając kłęby czarnego dymu. Przechodziliśmy z żoną od okna do okna w poszukiwaniu Tetsu. Siedziała w wagonie trzeciej klasy zaraz za lokomotywą. Shiota przedstawił nas sobie trzy czy cztery lata wcześniej. Teraz miała twarz bardziej pobladłą i pulchniejszy podbródek. Pamiętała mnie i kiedy zawołałem ją po imieniu, wychyliła się natychmiast przez okno i przywitała nas uśmiechem. Przedstawiłem jej żonę. Specjalnie zabrałem ją ze sobą na dworzec, bo pochodziła jak Tetsu z ubogiego domu i uznałem, że – znajdując właściwe gesty i słowa – zdoła lepiej niż ja pocieszyć biedną dziewczynę.

Żona zawiodła mnie jednak srodze. Kobiety tylko ukłoniły się sobie w całkowitym milczeniu, jak panienki z dobrych domów. Czułem niestosowność tej sytuacji. Stałem, uderzając rączką parasola o bok wagonu, na którym widniały wymalowane białą farbą niezrozumiałe niewielkie znaki: Su-ha-fu 134273.

Tetsu i żona wymieniły kilka zdań o pogodzie, a kiedy ta rozmowa dobiegła końca, czuliśmy, że nie pozostało już nic do dodania. Tetsu wpatrywała się w jeden punkt, zginając i prostując na przemian krągłe palce, które trzymała grzecznie na podokienniku. Nie mogłem już dłużej znieść tego widoku, więc oddaliłem się, kierując swoje kroki wzdłuż peronu. Para wydobywająca się z pociągu przekształciła się w zimną mgłę, która kłębiła się białawo u moich stóp. Zatrzymałem się przy zegarze i spojrzałem na pociąg. Mokry od deszczu połyskiwał niebieskawą czernią.

Z okna trzeciego wagonu trzeciej klasy wychylała się zszarzała twarz człowieka nerwowo żegnającego się z pięcioma czy sześcioma osobami, które odprowadziły go na peron. W Japonii w tym czasie zaczęła się wojna z pewnym krajem1, a tego mężczyznę zmobilizowano chyba do armii. Miałem wrażenie, że zobaczyłem coś, czego nie powinienem był widzieć, i poczułem bolesny, duszący ciężar w klatce piersiowej. Kilka lat wcześniej miałem pewne związki z ideologiczną organizacją, z którą wkrótce rozstałem się, podając jakąś niepoważną wymówkę. Teraz, kiedy wpatrywałem się w żołnierza przede mną, czy też w Tetsu, która zawstydzona i skompromitowana powracała w rodzinne strony, pomyślałem, że to nie moment, żeby zastanawiać się, czy moja wymówka była wiarygodna czy nie.

Spojrzałem w górę na zegar. Do odjazdu pociągu pozostały trzy minuty. Czułem, że to nie do zniesienia. Pewnie każdy tego doświadczył, kiedy z kimś się żegnał. Nie ma nic bardziej kłopotliwego niż owe trzy minuty przed odjazdem. Padły już wszystkie słowa, które paść powinny, i pozostaje jedynie spoglądać na siebie pustym wzrokiem. Teraz było jeszcze gorzej – nie potrafiłem wynaleźć niczego, co można by w tej sytuacji powiedzieć. Mógłbym może nieco odetchnąć, gdyby moja żona była bardziej elokwentna, ale – spójrzcie tylko na nią! – stała od jakiegoś czasu w milczeniu z urażoną miną. Zdecydowałem się podejść do okna Tetsu.

Pociąg miał odjechać lada moment. Lokomotywa, którą czekało ponad siedemset kilometrów drogi, buchała wściekle parą, budząc poruszenie na peronie. W tej chwili nie miałem w sercu miejsca na troskę o innych ludzi, więc z myślą o pocieszeniu Tetsu nierozsądnie użyłem słowa „katastrofa”. Tymczasem moja mało pojętna żona z wzrokiem wbitym w zielonkawą metalową tabliczkę, mrucząc pod nosem, usiłowała na podstawie niedawno zdobytej wiedzy odczytać pełen kółek zapis łacińskim alfabetem: FOR A-O-MO-RI.

(1933)

O samicy

Podobno mieszkańcy Fidżi, kiedy poczują najmniejszą bodaj niechęć do swojej żony, nawet jeśli była to ich wielka miłość, natychmiast zabijają ją i pożerają jej mięso. Z kolei w Tasmanii ktoś, komu umiera żona, z niezmąconym spokojem grzebie ją wraz z dziećmi. Powiadają też, że niektórzy rdzenni mieszkańcy Australii przenoszą ciało zmarłej żony w jakąś dzicz i biorą z niego tłuszcz, który wykorzystują jako przynętę dla ryb.

Publikowanie takiej steranej wiekiem opowieści w czasopiśmie „Młode Trawy” nie jest próbą poszukiwania osobliwości ani dowodem braku zainteresowania czytelnikami. Publikuję ją, bo uważam, że znajdzie uznanie wśród młodych odbiorców. Zdaję sobie sprawę, że są oni bardziej sędziwi, niż mogłoby się to wydawać. Bez trudu przyjmą więc tego rodzaju opowieść. Jest to utwór dla tych, którzy stracili nadzieję.

Dwudziestego szóstego lutego bieżącego roku młodzi oficerowie wywołali zamieszki w Tokio2. W tym samym czasie odwiedził mnie znajomy. Siedzieliśmy po dwóch stronach podłużnego piecyka i rozmawialiśmy. Nie mając pojęcia o zamieszkach, rozprawialiśmy o nocnym stroju kobiety.

– Chyba niezupełnie rozumiem. Może ujmiesz to konkretniej? Z większym realizmem. Kiedy opisujesz kobiety, najważniejszy jest styl. Nocny strój to nagajuban3, prawda?

Szukaliśmy, każdy w głębi swojego serca, ideału kobiety, takiej, która – gdyby istniała – mogłaby ocalić od śmierci. Znajomy, będący u mnie w odwiedzinach, pragnął uległej kochanki w wieku dwudziestu siedmiu, ośmiu lat. Kobieta miała mieszkać sama z pięcioletnią córką gdzieś w Mukōjimie, w wynajętym pokoiku na piętrze. Znajomy odwiedza ją pewnego letniego wieczoru, gdy na niebie puszczane są świąteczne fajerwerki, i rysuje dla pięcioletniej dziewczynki obrazek – kółeczko, które koloruje dokładnie żółciutką kredką. „To księżyc w pełni” – wyjaśnia. Kobieta ma na sobie jasnobłękitny frotowy strój nocny przewiązany pasem w kwiaty glicynii. Mój gość na tym skończył swoją opowieść i teraz ja także, w odpowiedzi na jego pytanie, opisywałem swój ideał kobiety.

– Wszystko, tylko nie krepa. Jest niehigieniczna. Na dodatek wygląda niechlujnie. Nie, tylko nie to. Cóż, chyba obu nam brak wyczucia prawdziwej elegancji.

– W takim razie pidżama?

– Jeszcze gorzej. Mogłaby równie dobrze nic na sobie nie mieć. W czymś narzuconym tylko na górę wyglądałaby kuriozalnie, jak postać z komiksu.

– Czyli coś frotowego?

– Nie. Świeżo wyprana męska yukata w nierówne pionowe pasy. Cienki pasek z tego samego materiału zawiązany na przedzie, jak w stroju do judo. Mam na myśli taki rodzaj yukaty, jaki dają w hotelach. Chyba chciałbym, żeby ta kobieta miała w sobie coś chłopięcego.

– Rozumiem. Cały czas mówisz o tym, jak bardzo jesteś znużony, a lubisz to, co przykuwa wzrok. Jak w tym powiedzeniu, że pogrzeb jest najbardziej widowiskową uroczystością. Pragniesz tego, co zmysłowe. Co z włosami?

– Na pewno nie w stylu japońskim. To okropieństwo. Włosy pachną olejem i nie dają się ujarzmić, a ich forma jest groteskowa.

– Tak myślałem! Pewnie chodzi ci o proste uczesanie w stylu zachodnim? Ta kobieta to może być aktorka mająca stały angaż w dawnym Teatrze Cesarskim4.

– Nie. Aktorki za bardzo dbają o swoją reputację. Nie są w moim stylu.

– Nie żartuj sobie. Rozmawiamy poważnie.

– Wiem przecież o tym. Dla mnie to też nie igraszki. Miłość jest sprawą życia i śmierci. Nie lekceważę jej.

– Chyba nie rozumiem. Opisz ją bardziej realistycznie. Może zabierz ją w jakąś podróż? Zdziwisz się, jak wprawienie kobiety w ruch pozwala ją lepiej zrozumieć.

– Tylko że ona nie jest kimś, kto byłby w ruchu. Raczej zdaje się pogrążona we śnie.

– Nie ma tu miejsca na wstydliwość. W takiej sytuacji trzeba mówić odważnie. Najpierw ubieramy ją w hotelową yukatę, taką, jaką lubisz.

– Może zacznijmy raczej od tego, że umawiamy się na stacji Tōkyō-eki.

– No dobrze. Zacznijmy od tego, że umówiłeś się z nią na stacji Tōkyō-eki.

– Poprzedniej nocy zaproponowałem jej, byśmy wyruszyli w podróż. Nic więcej. A ona przytaknęła. Tyle było tego naszego umawiania się.

– Czekaj, czekaj. Kim ona jest? Pisarką?

– Nic z tych rzeczy. Nie może być pisarką. Pisarki mają o mnie złe zdanie. Tak jakoś wyszło. To nieco znużona życiem malarka. Są przecież zamożne kobiety malujące obrazy.

– Na jedno wychodzi.

– Ach tak? W takim razie niech to będzie gejsza. Ma to być kobieta, której mężczyźni nie wprawiają w zakłopotanie.

– Przed podróżą mieliście ze sobą jakąś relację?

– Może tak, może nie. Nawet jeśli mieliśmy, jej wspomnienie jest mgliste jak sen. Nie widujemy się częściej niż trzy razy do roku.

– Dokąd jedziecie?

– W jakieś miejsce oddalone od Tokio o dwie, trzy godziny drogi. Przyjemnie byłoby udać się do gorących źródeł gdzieś w górach.

– Hola, nie tak prędko. Kobieta nawet jeszcze nie przyszła na stację.

– Obietnica z poprzedniego dnia wydaje się niemal nierzeczywista. Idę na stację z niepewnością w sercu – nie wierzę, że kobieta się tam zjawił a równocześnie mam nadzieję, że tak się stanie. Nie ma jej. W takim razie sam udam się w podróż. Mimo wszystko poczekam, aż będzie pięć minut do odjazdu.

– Masz bagaż?

– Jedną małą torbę. W krytycznym momencie, kiedy dochodzi za pięć druga, odwracam się za siebie.

– A tam stoi uśmiechnięta kobieta.

– Nie, nie uśmiecha się. Ma poważną minę. Cichym głosem mówi: „Przepraszam za spóźnienie”.

– I bez słowa chce wziąć twoją torbę.

– Odmawiam dobitnie: „Nie trzeba”.

– Bilety drugiej klasy?

– Pierwszej lub trzeciej. Cóż, pewnie trzeciej.

– Wsiadacie do pociągu.

– Zapraszam kobietę do wagonu restauracyjnego. Białe obrusy, kwiaty na stołach, przepływające za oknem widoki – wszystko to całkiem przyjemne. Zamyślony sączę piwo.

– Kobiecie też proponujesz piwo.

– Nie, proponuję jej cydr.

– Jest lato?

– Jesień.

– I tak sobie siedzisz zamyślony?

– Mówię: „Dziękuję”. Nawet w moich uszach brzmi to niezwykle szczerze. Sam jestem tym poruszony.

– Docieracie do hotelu. Jest już pewnie wieczór.

– Od momentu, kiedy mamy wziąć kąpiel, robi się poważnie.

– Nie kąpiecie się chyba razem. Co robisz?

– To nie do pomyślenia. Idę pierwszy, kąpię się i wracam do pokoju. Kobieta przebrała się już w ocieplane kimono.

– Pozwól, że dalej ja będę mówił. Powiesz mi, jeśli coś się nie będzie zgadzało. Myślę, że już wiem, o co chodzi. Siadasz na ratanowym krześle i palisz papierosa. To marka „Camel”. Promienie zachodzącego słońca obejmują jesienne liście na wzgórzach. Po chwili kobieta wraca z kąpieli. Ręczniczek rozwiesza, o, tak, na balustradzie werandy. Potem staje cicho za tobą i spokojnie patrzy w to samo miejsce, w które i ty się wpatrujesz. W ten sposób zanurza się w tym, co dla ciebie piękne. Tak mija może z pięć minut.

– Nic z tego. Wystarczy minuta. Przez pięć minut zdążyłaby utonąć.

– Wnoszą tace z kolacją. Alkohol też. Pijesz?

– Czekaj chwilę. Kobieta nie odezwała się ani słowem od chwili, kiedy na stacji powiedziała: „Przepraszam za spóźnienie”. Mogłaby jeszcze coś powiedzieć, nie sądzisz?

– Nie. Jeśli w tym miejscu powiedziałaby coś niezręcznego, mogłaby wszystko zepsuć.

– Tak myślisz? W takim razie wchodzi do pokoju w milczeniu i siadamy przed tacami. Jest jakoś dziwnie.

– Nic w tym dziwnego. Wystarczy przecież, że będziesz się odzywał do służącej.

– Nic z tych rzeczy. Kobieta odsyła służącą i nieoczekiwanie stwierdza głosem cichym, lecz stanowczym: „Pozwól, że ja się tym zajmę”.

– Rozumiem. To tego rodzaju kobieta.

– Następnie nalewa mi sake. Robi to nieporadnie jak mały chłopiec. Jest spokojna, opanowana. W lewej ręce trzyma buteleczkę z alkoholem, a prawą rozkłada obok siebie na słomianej macie wieczorne wydanie gazety. Czyta, trzymając prawą rękę na macie.

– W wieczornym wydaniu jest artykuł o powodzi na rzece Kamo.

– Nie. Tu dodamy szczyptę współczesności. Niech to będzie pożar ogrodu zoologicznego. Blisko sto małp spaliło się w klatkach.

– To zbyt makabryczne. Czy nie byłoby bardziej naturalne, gdyby czytała rubrykę z horoskopem?

– Odstawiam sake i proponuję: „Zjedzmy kolację”. Jemy wspólnie. Wśród potraw jest omlet. To nieznośnie wręcz smętne. Ciskam pałeczkami, jak gdybym nagle coś sobie przypomniał, i siadam przy biurku. Wyjmuję papier z walizki i zaczynam nerwowo pisać.

– Co to znaczy?

– To moja słabość. Nie potrafię się nigdy wycofać bez przybierania afektowanej pozy. To coś jak karma. Jestem w fatalnym humorze.

– Zabrnąłeś teraz.

– Nie mam o czym pisać. Powielam czterdzieści siedem sylab – i-ro-ha…5 Znowu i znowu. Pisząc, mówię do kobiety: „Przypomniałem sobie, że mam coś pilnego do zrobienia. Zajmę się tym, dopóki pamiętam, a ty rozejrzyj się w tym czasie po mieście. To ciche, przyjemne miejsce”.

– Coraz gorzej. Cóż począć, kobieta przystaje na propozycję. Przebiera się i wychodzi z pokoju.

– Kładę się na plecach i rozglądam niespokojnie wkoło.

– Czytasz rubrykę z chińskim horoskopem w wieczornym wydaniu gazety. Przy opisie twojego znaku napisano: „Wstrzymaj się z podróżami”.

– Zapalam papierosa marki „Camel” – po trzy seny za sztukę. Z wdzięcznością myślę, że to pewien luksus. Sam wzbudzam w sobie pewną czułość.

– Służąca wchodzi bezszelestnie i pyta, jak przygotować miejsce do snu.

– Zrywam się i odpowiadam swobodnie, że mają być dwa posłania. Natychmiast czuję, że chciałbym się napić sake, ale się powstrzymuję.

– Teraz to dobry moment, by kobieta wróciła.

– Nie, jeszcze nie teraz. Kiedy upewniam się, że służąca opuściła pokój, zaczynam robić coś dziwacznego.

– Nie mów tylko, że bierzesz nogi za pas.

– Liczę pieniądze. Trzy banknoty dziesięciojenowe. Dwa, trzy jeny w drobnych monetach.

– W porządku. Kiedy kobieta wraca, zaczynasz znowu swoją udawaną pracę, a ona pyta niepewnie, czy nie przyszła przypadkiem za wcześnie. Brakuje jej śmiałości.

– Nie odpowiadam. Nie przerywając pracy, mówię jej, że może się mną nie przejmować i iść spać. Brzmi to trochę jak rozkaz. Przepisuję sylaby jedna za drugą: i-ro-ha-ni-ho-e.

– Kobieta mówi za twoimi plecami: „Dobranoc”.

– Piszę: ch-ri-nu-ru-wo-wa-ka. Piszę: we-hi-mo-se-su6. Następnie drę rękopis.

– Coraz więcej w tym szaleństwa.

– Nie ma na to rady.

– Nie idziesz jeszcze spać?

– Idę wziąć kąpiel.

– No tak, ochłodziło się przecież.

– Nie, to dlatego, że zaczynam odczuwać mętlik w głowie. Biorę kąpiel przez około godzinę, tkwiąc w wannie jak idiota. W końcu wyłaniam się z łaźni, niewyraźny, niczym duch. Kiedy wchodzę do pokoju, kobieta już leży na posłaniu. Przy poduszce pali się lampa z papierowym abażurem.

– Kobieta już śpi?

– Jeszcze nie. Ma otwarte oczy. Z pobladłą twarzą i zaciśniętymi ustami wpatruje się w sufit. Biorę coś na sen i kładę się na posłaniu.

– Kobiety?

– Nie. Po pięciu minutach podnoszę się cicho. Nie, zrywam się gwałtownie.

– Jesteś poruszony do łez.

– Nie. Jestem wściekły. Zerkam na kobietę. Jej ciało sztywnieje pod kołdrą. Na ten widok moje niezadowolenie znika. Wyciągam Drwiący uśmiech Kafū7 i znowu się kładę. Odwrócony plecami do kobiety pogrążam się w lekturze.

– Czy Kafū nie jest zbyt afektowany?

– W takim razie niech będzie Biblia.

– Rozumiem, o co ci chodzi.

– A może coś w stylu ilustrowanych powieści?

– Słuchaj, ta książka to rzecz wielkiej wagi. Zastanówmy się na spokojnie. Może coś z opowieści niesamowitych? Nie przychodzi ci nic do głowy? Pensées są zbyt ciężkostrawne. A zbiór poezji Haruo8 zbyt oczywisty. Coś musi się znaleźć.

– Mam. Moja własna książka. Jedyny autorski zbiór.

– Zrobiło się okropnie ponuro.

– Zaczynam od wstępu i wędruję dalej, pogrążając się w lekturze. Jakbym tylko tu mógł znaleźć ocalenie.

– Czy kobieta ma męża?

– Zza pleców dobiegł mnie odgłos, coś jak płynący strumień. Wzdrygnąłem się. Odgłos był nikły, ale poczułem, że dreszcz przebiega mi po skórze. Kobieta przewróciła się dyskretnie na drugi bok.

– Co się właściwie stało?

– „Umrzyjmy” – powiedziała. Ona także.

– Przestań natychmiast. Przecież wcale tego nie zmyślasz.

Znajomy słusznie odgadł.

Następnego popołudnia zdecydowałem się na samobójstwo we dwoje. Kobieta, która mi towarzyszyła, nie była gejszą ani malarką, ale ubogą dziewczyną służącą w moim domu. Zginęła. Wystarczyło, że przewróciła się na drugi bok. Mnie nie udało się umrzeć. Od tamtej pory minęło siedem lat, a ja wciąż żyję.

(1936)

To nie żarty

Dokąd ja właściwie zmierzam? – Pewnego wieczoru ta myśl przyprawiła mnie o drżenie. Nie byłem w stanie wytrzymać w jednym miejscu, więc wyszedłem z mieszkania w Hongō i z laską w ręku udałem się do Ueno. Minęła już połowa września. Miałem na sobie yukatę z wzorem na białym tle i czułem, że nie pasuje ona do tej pory roku. Odniosłem wrażenie, że strasznie bieleję na tle mroku, a narastający we mnie smutek sprawiał, że nie miałem ochoty dłużej żyć. Wiatr poruszający powierzchnię stawu Shinobazu był ciepławy i cuchnął ściekiem, rosnące w stawie kwiaty lotosu też już przegniły i sterczały teraz jak żałosne truchła. Ludzie przemieszczający się w chłodzie wieczora mieli miny durniów, a przy tym wyglądali na tak wycieńczonych, że przywodziło to na myśl koniec świata.

Doszedłem do dworca kolejowego w Ueno. Ta uznawana za największą na Wschodzie stacja mrowiła się od ciemnych sylwetek podróżnych, których nie sposób było zliczyć. Wszystko to ludzie już przegrani. Nie mogłem się pozbyć tego wrażenia. To miejsce znane jest jako Piekielna Brama. Mieszkańcy wiosek położonych na północnym wschodzie wchodzą przez nią do wielkiego miasta i przez nią wracają do domów, doszczętnie pokonani, z ciałami nadgryzionymi przez robactwo i owiniętymi w łachmany. Inaczej być nie może. Usiadłem na ławce w poczekalni i uśmiechnąłem się kąśliwie. Przecież wszyscy to powtarzali. Tyle razy ostrzegali, że nic dobrego nie wyniknie z przyjazdu do Tokio. Dziewczęta, starcy, młodzieńcy – siedzieli teraz bez życia na ławkach w poczekalni i szeroko otwartymi, mętnymi oczami wpatrywali się w jakiś punkt. Szukali w przestrzeni urojonych kwiatów. Rozmaite twarze przesuwały się jak w kalejdoskopie, różne historie porażek rozwijały się w powietrzu jak zwoje historycznej księgi.

Wstałem i szybko wyszedłem z poczekalni. Udałem się w kierunku wyjścia. Właśnie na peron wjechał pociąg pospieszny, planowany przyjazd siódma pięć. Czarne mrowie rzuciło się ku wyjściu – ludzie rozpychali się, potrącali i wpadali na siebie nawzajem. Tu i ówdzie widać było trzymane w rękach walizki i koszyki. O, ktoś miał jeszcze starodawną torbę szmacianą. Że też one wciąż istniały… Czyżby kogoś wypędzono z domu? Młodzi chłopcy odziani elegancko – każdy bez wyjątku wyglądał na przejętego i podekscytowanego. Nieszczęśliwcy. Głupcy. Pewnie pokłócili się z ojcem i uciekli z domu. Barany.

Mój wzrok przykuł jeden z nich. Chłopak palił papierosa w wielce nienaturalny sposób, który pewnie znał z jakiegoś filmu. Musiał naśladować któregoś z zagranicznych aktorów. Trzymał w ręku niewielką torbę, a gdy tylko przeszedł przez bramkę wyjściową, z podniesioną brwią rozejrzał się wokół siebie. Ten gest też pewnie od kogoś podchwycił. Miał na sobie garnitur w jarmarczną kratę z szerokim kołnierzem. Jego spodnie były niebywale długie, wydawało się, że zaczynają się tuż pod szyją. Na głowę chłopak włożył płowy kaszkiet, na nogi czerwone skórzane buty. Kroczył dziarsko z zaciśniętymi ustami. Tak elegancki, że aż komiczny. Poczułem, że mam ochotę z niego zakpić. W tamtym czasie umierałem z nudów.

– Hej! Hej! Takiya! – Nazwisko miał zapisane na bagażu. – Chodź!

Kroczyłem szybko przed siebie, nie patrząc mu w twarz. Chłopak ruszył za mną, jak gdyby porwał go wir losu. Znałem się trochę na ludzkiej psychice. Kiedy ktoś wykazuje roztargnienie, nic nie działa lepiej niż władczy rozkaz. Wtedy można owinąć sobie kogoś takiego wokół palca. Nieudolne próby przybrania naturalnej pozy, przekonywania i uspokajania przynoszą wręcz odwrotny skutek i należy się ich wystrzegać.

Wspinaliśmy się powoli na wzgórze Ueno. Idąc po kamiennych schodach, stopień za stopniem, powiedziałem:

– Dobrze byłoby, gdybyś choć spróbował zrozumieć swojego ojca.

– Ach tak – odpowiedział sztywno chłopak.

Doszliśmy pod pomnik Takamoriego Saigō. Nikogo tam nie było. Przystanąłem i wyciągnąłem z rękawa paczkę papierosów. Zapaliłem zapałkę i w jej świetle przyjrzałem się twarzy młodzieńca. Miała naiwnie szczery wyraz. Jak u dziecka. Chłopak stał nieco nadąsany. Zrobiło mi się go żal. Pomyślałem, że skończę już mu dokuczać.

– Ile masz lat?

– Dwadzieścia trzy. – Wymowę miał prowincjonalną.

– Młody jeszcze jesteś – westchnąłem. – No, dość już tego. Możesz wracać.

Już miałem mu powiedzieć, że chciałem go tylko trochę nastraszyć, kiedy poczułem nagłą chęć – przypominało to impuls do małżeńskiej zdrady – by zabawić się jeszcze jego kosztem.

– Masz forsę?

Chłopak zadygotał.

– Mam.

– Dawaj dwadzieścia jenów i zmykaj. – Miałem niezły ubaw.

Chłopak wyłożył pieniądze.

– Mogę już iść?

Pewnie powinienem był wtedy odpowiedzieć ze śmiechem: „Głupi jesteś. To przecież żart. Chciałem cię nastraszyć. Tokio jest przerażające. Wracaj czym prędzej do domu, niech ojciec się dłużej nie martwi”. Tyle że nie wyszedłem przecież na spacer dla żartu. Musiałem z czegoś opłacić czynsz.

– Dzięki. Będę o tobie pamiętał.

Moje samobójstwo zostało odłożone o kolejny miesiąc.

(1939)

Sto widoków Fuji

Zbocza góry Fuji w ujęciu Hiroshige9 zbiegają się pod kątem osiemdziesięciu pięciu stopni, u Bunchō10 to osiemdziesiąt cztery stopnie. Gdyby jednak zrobić przekrój poprzeczny na podstawie wojskowych map topograficznych, okaże się, że kąt między wschodnim i zachodnim zboczem Fuji wynosi sto dwadzieścia cztery stopnie, a między północnym i południowym – sto siedemnaście stopni. Na większości obrazów, nie tylko tych autorstwa Hiroshige czy Bunchō, kąt Fuji jest zaostrzony. Jej szczyt jawi się jako smukły, wysoki, delikatny. Hokusai przedstawia nawet Fuji tak szpiczastą – o kącie niemal trzydziestostopniowym – że upodabnia się ona do wieży Eiffla. Tymczasem prawdziwa góra Fuji tworzy kąt rozwarty, a jej zbocza leniwie pną się w górę, ze wschodu na zachód – sto dwadzieścia cztery stopnie, z północy na południe – sto siedemnaście. Z pewnością nie jest to imponująco stromy szczyt. Gdybym żył, dajmy na to, w Indiach i został nagle pochwycony przez orła, który poniósłby mnie i porzucił gdzieś na wybrzeżu Japonii w okolicach Numazu, widok Fuji nie wywołałby pewnie u mnie najmniejszego zachwytu. „Fujiyama” z „Nipponu” uznawana jest za cudowną – „wonderful!” – bo jest znanym obiektem tęsknoty11. W jakim stopniu jednak może poruszać kogoś, kto nie był wystawiony na działanie wulgarnej propagandy, nic o Fuji nie wie i podchodzi do niej z prostym, czystym, bezstronnym sercem? W takiej sytuacji jest to widok nieco żałosny. To niska góra, niska jak na szerokość swojej podstawy. Z taką podstawą mogłaby być co najmniej półtora razy większa.

Jedynie widziana z przełęczy Jikkoku Fuji prezentowała się okazale. To był doskonały widok. Początkowo szczyt przesłonięty był chmurami i szacowałem jego miejsce na podstawie linii zboczy, obierając pewien punkt pośród chmur. Z chwilą, gdy się rozpogodziło, okazało się, że byłem w błędzie, a niebieskawy szczyt wyłonił się dwa razy wyżej, niż przypuszczałem. Bardziej niż zdumienie spowodowało to u mnie wesołość i roześmiałem się na cały głos. Musiałem przyznać, że robiło to wrażenie. Podobno w kontakcie z absolutną niezawodnością człowiek najpierw wybucha śmiechem. Jak gdyby poluzowano mu śruby w całym organizmie. Zupełnie jak wtedy, gdy człowiek rozluźnia się po zdjęciu pasa, którym był przewiązany, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. Moi panowie, jeśli wasza ukochana kiedykolwiek wybuchnie śmiechem na wasz widok, możecie sobie winszować. Żadną miarą nie należy jej wtedy upominać. Oznacza to, że doświadcza całą swoją istotą waszej absolutnej niezawodności.

Widok Fuji z okna mieszkania w Tokio jest bolesny. Zimą rysuje się wyraźnie – mały biały trójkącik wystający nad horyzont. Takie nic. Ozdobny cukierek bożonarodzeniowy. Na dodatek smutno pochyla się na lewo, przypominając pancernik, który stopniowo, od kadłuba, idzie na dno. Zimą trzy lata temu ktoś wyjawił mi coś nieoczekiwanego, co wprawiło mnie w osłupienie. Tej nocy siedziałem sam w pokoju, żłopiąc sake. Nie zmrużyłem oka, tylko piłem i piłem. O świcie wstałem za potrzebą – przez siatkę rozpiętą na oknie w ubikacji widać było Fuji. Mała, bialutka, lekko przechylona na lewo – nigdy nie zapomnę tego widoku. Po asfaltowej drodze poniżej handlarz ryb pędził na rowerze, mrucząc pod nosem: „O, jak wyraźnie widać dziś Fuji. Ziąb straszny!”. Stałem w ciemnej ubikacji i gładząc ręką metalową siatkę, szlochałem. Nie chciałbym drugi raz doświadczyć czegoś takiego.

Wczesną wiosną 1938 roku wyruszyłem z jedną tylko torbą w podróż, zdecydowany przemyśleć swoje życie.

Kōshū. Tym, co wyróżnia tutejsze góry, jest ich łagodnie i dziwnie niewprawna falista linia. Usui Kojima12 w O japońskim krajobrazie napisał: „W góry przybywa wielu malkontentów w poszukiwaniu rozrywki w stylu górskich mędrców”. Na tle innych gór wzgórza Kōshū mogą jawić się jako nieokazałe. W Kōfu wsiadłem w autobus, który telepał niemiłosierne, i po godzinie dotarłem do przełęczy Misaka znajdującej się na wysokości tysiąca trzystu metrów nad poziomem morza. Na szczycie przełęczy stoi mała herbaciarnia zwana Tenka Chaya.

Tam właśnie na piętrze zaszył się z początkiem lata Masuji Ibuse13, żeby oddać się pracy. Postanowiłem – jeśli tylko nie byłoby to dla niego kłopotliwe – wynająć pokój obok i także zakosztować życia górskiego mędrca. Ibuse stale pracował, a ja – za jego przyzwoleniem – w tym czasie odpoczywałem. Chcąc nie chcąc, musiałem każdego dnia patrzeć wprost na Fuji. Ta przełęcz, będąca kiedyś ważnym punktem na drodze do Kamakury, łączącej Kōfu z traktem Tōkaidō, jest znana jako miejsce podziwiania Fuji od strony północnej i to ujęcie uchodziło od dawien dawna za jeden z trzech słynnych widoków tej góry. Mnie on jednak nieszczególnie odpowiadał. Więcej nawet, żywiłem wobec niego pogardę. Był zbyt nieskazitelny. Pośrodku góra Fuji, u jej stóp białe, zimne jezioro Kawaguchi otulone pobliskimi górami, które przycupnęły cicho po obu jego stronach. Jedno spojrzenie na ten widok, który przypominał malunek w łaźni publicznej czy jakąś scenografię, wywoływało moją konsternację i rumieniec na twarzy. Obraz ów był tak szczegółowo zgodny z zamówieniem, że aż budził zażenowanie.

Pewnego słonecznego popołudnia, dwa, może trzy dni po tym, jak dotarłem do herbaciarni, Ibuse uporał się z częścią pracy i wybraliśmy się razem na przełęcz Mitsu, leżącą tysiąc siedemset metrów nad poziomem morza, nieco wyżej niż przełęcz Misaka. Pięliśmy się niemal na czworakach stromym zboczem i po około godzinie dotarliśmy na miejsce. Kiedy przedzierałem się na kolanach wąską ścieżką przez krzewy i pnącza, nie przedstawiałem sobą najbardziej urokliwego z widoków. Co innego Ibuse. Prezentował się swobodnie w swoim górskim stroju. Ja nie miałem nic takiego, więc szedłem ubrany w watowane kimono z herbaciarni – tak krótkie, że odsłaniało moje owłosione golenie na ponad trzydzieści centymetrów. Na domiar złego na nogach miałem pożyczone od staruszka z herbaciarni skarpety z gumową podeszwą. Sam czułem, że wyglądam fatalnie, więc starałem się skorygować to w miarę możliwości, przewiązując się sztywnym, męskim pasem i zakładając na głowę słomkowy kapelusz, który znalazłem zawieszony na ścianie herbaciarni. Skutek był taki, że wyglądałem jeszcze bardziej dziwacznie.

Nie zapomnę tego, jak Ibuse, ostatnia osoba, która patrzyłaby lekceważąco na kogoś z powodu wyglądu, spojrzał na mnie z pewną litością i – usiłując dodać mi otuchy – wymamrotał: „Mężczyzna właściwie nie powinien przejmować się strojem”. W każdym razie obaj doszliśmy na szczyt. W jednej chwili jednak rozścieliła się gęsta mgła i nie dane nam było podziwiać krajobrazu nawet ze skraju skarpy służącej jako platforma widokowa. Nic nie było widać. Ibuse opadł na dno mgły, przysiadłszy na kamieniu, i, paląc papierosa, puścił wiatry. Wyglądał na znudzonego. Na platformie widokowej mieściły się trzy herbaciarnie. Wybraliśmy tę nieokazałą, prowadzoną przez starsze małżeństwo. Piliśmy tam gorącą herbatę. Staruszka wyraźnie nam współczuła. „Co za pech z tą mgłą, za chwilę na pewno się przejaśni. Zazwyczaj Fuji widać wyraźnie, o, tu zaraz” – powiedziała i z głębi herbaciarni przyniosła wielkie zdjęcie góry. Stanęła na skraju skarpy i trzymając je w obu rękach wysoko nad głową, usilnie tłumaczyła nam, że dokładnie w tym miejscu Fuji wyłania się, o, taka duża. Przełykając poślednią herbatę, podziwialiśmy ten widok i śmialiśmy się do siebie. Co za wspaniała Fuji! Nie żałowaliśmy tej mgły.

Dwa dni później, jeśli dobrze pamiętam, Ibuse opuścił przełęcz Misaka. Towarzyszyłem mu do Kōfu, gdzie przedstawiono mi pewną dziewczynę, którą miałem poślubić. Razem udaliśmy się do jej domu, położonego na obrzeżach miasta. Ibuse miał na sobie niezobowiązujący górski strój. Ja byłem w kimonie przepasanym sztywnym męskim pasem i w cienkim, letnim haori14. W ogrodzie rosło mnóstwo róż. Matka dziewczyny wyszła nam na spotkanie i poprowadziła nas do salonu. Przywitaliśmy się. W międzyczasie pojawiła się także dziewczyna. Nie patrzyłem na jej twarz, pochłonięty rozmową na różne tematy z jej matką i Ibusem. Nagle Ibuse skierował wzrok ku belce za moimi plecami i wymruczał:

– O, Fuji!

Podążając za jego wzrokiem, odwróciłem się i spojrzałem na belkę z tyłu. Zawieszono na niej oprawione w ramkę zdjęcie widzianego z lotu ptaka krateru góry Fuji. Przypominał on bielusieńki kwiat lilii wodnej. Obejrzałem zdjęcie i powoli ponownie się odwróciłem, zerkając przelotnie na dziewczynę. Już wiedziałem. Chciałem ją poślubić, nawet jeśli wymagałoby to trudu. Byłem wdzięczny tamtej górze Fuji.

Ibuse wrócił do Tokio tego samego dnia, a ja udałem się znowu na przełęcz Misaka. Na piętrze tamtejszej herbaciarni spędziłem wrzesień, październik i piętnaście dni listopada, pracując i aż do wyczerpania sił stawiając czoła „jednemu z trzech najpiękniejszych widoków Fuji”, za którym wcale nie przepadałem.

Pewnego dnia miałem niemały ubaw. Jeden z moich przyjaciół, członek „Szkoły Romantyków”15, który bodaj wykładał na uniwersytecie, wstąpił do herbaciarni w trakcie swojej górskiej wędrówki. Wyszliśmy wtedy na korytarz na piętrze i patrząc na Fuji, paliliśmy i rzucaliśmy zuchwałe komentarze.

– Jakie to trywialne, sam powiedz. Sprawia wrażenie „Szacownej Góry Fuji”.

– Samo patrzenie na nią jest krępujące.

Nagle przyjaciel wskazał na coś podbródkiem i zapytał:

– Co to takiego? O, tam, wygląda na mnicha.

Niewielka postać mężczyzny, lat około pięćdziesięciu, odzianego w łachmany, z długim kijem, pięła się ku przełęczy i raz po raz odwracała się, by popatrzeć na Fuji.

– Przypomina mnicha Saigyō16 podziwiającego Fuji. Nieźle się prezentuje. – Z nostalgią pomyślałem o tym, co mnich uosabiał. – Może kiedyś zostanie świętym, kto wie…

– Nie opowiadaj głupot. To żebrak – zauważył chłodno przyjaciel.

– Nie, nie. Jest w nim coś nie z tej ziemi. Zobacz, jak się porusza. Co za styl. Kiedyś podobno mnich Nōin17 stworzył właśnie na tej przełęczy pieśń na cześć Fuji.

Nie zdążyłem dokończyć zdania, a przyjaciel już wybuchnął śmiechem.

– O, zobacz, ot, i cały jego styl.

Hachi, pies z herbaciarni, ujadał teraz na Nōina, który wpadł w popłoch, robiąc z siebie prawdziwe pośmiewisko.

– Cóż, nic z tego. Miałeś rację. – Nie kryłem rozczarowania.

W panice żebrak zaczął się miotać, aż żal było patrzeć, w końcu rzucił kij i zupełnie tracąc nad sobą panowanie, rzucił się co sił w nogach do ucieczki. Nie, nie miał wcale stylu. Nawet teraz, kiedy o tym pomyślę, czuję absurdalność tej sytuacji.

Odwiedził mnie kiedyś w herbaciarni pewien ułożony młody człowiek, lat dwudziestu pięciu, nazwiskiem Nitta, który pracował na poczcie w miejscowości Yoshida, ciągnącej się długim, wąskim pasem u stóp gór poniżej przełęczy. Tłumaczył, że dowiedział się, gdzie przebywam, za sprawą nadsyłanych listów. Rozmawialiśmy chwilę w pokoju na piętrze, a kiedy poczuliśmy się swobodniej, Nitta stwierdził ze śmiechem:

– Tak naprawdę chcieliśmy odwiedzić pana wspólnie z kilkorgiem przyjaciół, ale gdy przyszło co do czego, inni się wycofali. Haruo Satō18 napisał przecież w swojej powieści, że jest pan dekadentem i lubieżnikiem, więc nie chciałem ich zmuszać. Nie przypuszczałem nawet, że z pana taki poważny, ułożony człowiek. Następnym razem przyjdziemy tu razem, jeśli to nie kłopot oczywiście.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Mowa o konflikcie z Chinami, który rozgorzał po incydencie mukdeńskim z 18 września 1931 roku – wysadzeniu należącej do Japonii części Kolei Południowomandżurskiej. Wydarzenie to było pretekstem do aneksji chińskiej Mandżurii przez Japonię i ustanowienia w lutym 1932 roku marionetkowego państwa Mandżukuo. Kolejna odsłona konfliktu nastąpiła w 1937 roku i zapoczątkowała wojnę trwającą do 1945 roku. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]

Nawiązanie do incydentu z 26 lutego 1936 roku, będącego próbą wojskowego zamachu stanu. Rebelianci zajęli kilka strategicznych obiektów w centrum Tokio pod hasłami odnowienia władzy cesarza. Zamach został stłumiony (dwóch przywódców popełniło rytualne samobójstwo, dwóch innych skazano na śmierć), ale przyczynił się do umocnienia siły wojskowych. Do wydarzeń tych nawiązuje też Yukio Mishima w słynnym opowiadaniu Yūkoku (Umiłowanie ojczyzny). [wróć]

Nagajuban – długa bawełniana szata z rękawami noszona pod kimonem, odpowiednik halki. [wróć]

Teatr Cesarski (Teikoku gekijō) otwarto w 1911 roku w centrum Tokio. Wystawiano w nim zarówno kabuki, jak i sztuki zachodnie, dając stały angaż wielu aktorom i aktorkom. Budynek został zniszczony w wyniku trzęsienia ziemi w roku 1923. W 1966 roku odbudowano go w obecnej formie. [wróć]

Iroha – utwór pangramowy z XI wieku, zawierający wszystkie sylaby ówczesnej japońszczyzny. Jest powszechnie znany jako abecadło i używany do wyznaczania kolejności alfabetycznej wyrazów. [wróć]

W roboczym przekładzie wersy te oznaczają: „Chociaż woń wciąż czuć,/ kwiat opadł./ (…) Nie dać się odurzyć”. [wróć]

Kafū (właśc. Sōkichi) Nagai (1879–1959) – pisarz zaliczany do tzw. szkoły estetycznej (jap. Tanbiha). Fascynowała go zarówno rodzima tradycja, jak i literatura francuska – Baudelaire, Maupassant, Zola. Utwór Reishō (Drwiący uśmiech), publikowany w odcinkach na łamach „Asahi Shinbun” na przełomie 1909 i 1910 roku, zawiera krytykę bezmyślnego podążania za zachodnią modą. [wróć]

Haruo Satō (1892–1964) – poeta i prozaik. W sposób liryczny opisywał znużenie życiem (ennui) wrażliwych bohaterów, którzy odbierają świat przez pryzmat literatury. W 1921 roku wydał Junjō shishū (Oddanie uczuciom. Zbiór wierszy), w którym łączył liryczność z autoironią. [wróć]

Hiroshige Andō, zw. Utagawa (1797–1858) – twórca obrazów z gatunku kachōga i drzeworytów z nurtu ukiyoe, od 1833 roku malował głównie pejzaże, w tym cykl Fuji sanjūrokkei (Trzydzieści sześć widoków na górę Fuji, 1852–1858), stworzony pod wpływem słynnych cyklów Hokusaia: Fugaku sanjūrokkei (Trzydzieści sześć widoków góry Fuji) i Fugaku hyakkei (Sto widoków góry Fuji). [wróć]

Bunchō (właśc. Masayasu) Tani, zwany także Bungorō (1763– 1840) – malarz i poeta tworzący w nurcie bunjinga (tzw. malarstwa literatów). Jest autorem ilustrowanych legend świątyni Ishiyamadera oraz licznych szkiców z podróży, będących często podstawą jego malarstwa pejzażowego. [wróć]

Dazai wyróżnia tu za pomocą sylabariusza katakana trzy określenia, jakich zwykli używać obcokrajowcy – Fujiyama, Nippon i wandafuru. „Góra Fuji” w języku japońskim to Fuji san, a błędne Fujiyama stało się symbolem powierzchownego, nierzadko orientalizującego zainteresowania Japonią. [wróć]

Usui (właśc. Kyūta) Kojima (1873–1948) – pisarz, autor dzienników podróży opisujących górskie krajobrazy oraz rozprawy Nihon sansui ron (O japońskim krajobrazie, 1943). Był także kolekcjonerem drzeworytów ukiyoe. [wróć]

Masuji Ibuse (1898–1993) – pisarz, autor słynnej powieści Kuroi ame (Czarny deszcz, 1965–1966), w której opisał skutki bombardowania Hiroszimy. Interesował się malarstwem. Ibuse był mentorem Dazaia, wspierał go w życiu zawodowym i prywatnym. Zob. Kalendarium życia i twórczości Osamu Dazaia – s. 236–245. [wróć]

Haori – rodzaj luźnej narzutki z rękawami czy też krótkiego płaszcza zakładanego na kimono. [wróć]

Zob. Kalendarium…, s. 239. [wróć]

Saigyō – imię buddyjskie Norikiyo Satō (1118–1190), mnicha będącego równocześnie jednym z najznakomitszych poetów średniowiecznej Japonii. [wróć]

Nōin – imię buddyjskie Nagayasu Tachibany (988 – 1051?), mnicha i poety zaliczanego do Trzydziestu Sześciu Mistrzów Poezji. Z jego twórczości wyłania się portret samotnego wędrowca, który porzucił to, co ziemskie i przemijające. [wróć]

Zob. przyp. 8. [wróć]

TYTUŁ ORYGINAŁU: Ōtō

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Patryk Mogilnicki

REDAKTOR: Bianka Dziadkiewicz

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

Publikacja dofinansowana przez Fundację im. Takashimy

© Copyright for the Polish translation by Katarzyna Sonnenberg-Musiał 2020

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 2020

ISBN 978-83-07-03492-8