Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
18 osób interesuje się tą książką
Gdy życie balansuje na krawędzi, każdy wybór staje się przeznaczeniem
Narida, anielica żyjąca wśród ludzi, staje w obliczu najtrudniejszej próby: walki o życie przyjaciela. Podczas nocnego spotkania Rimon zostaje zaatakowany, a w jego ciele zaczyna budzić się pradawna moc, której nikt nie potrafi kontrolować.
Z pomocą dawnego wroga, istoty światła oraz istoty żywiołu, Narida i jej bliscy muszą odkryć tajemnicę druidzkiego zaklęcia i zdobyć antidotum z legendarnej Księgi Czeluści. Aby uratować przyjaciela, nie wystarczy magia – potrzebna jest czysta miłość sięgająca poza granice życia i śmierci. W ostatniej, decydującej próbie bohaterowie wyruszają do Czyśćca, gdzie prawda wystawia ich serca na próbę.
Czas ucieka. Tajemnice wychodzą na jaw. Czy przyjaźń i poświęcenie przyniosą wybawienie? Ostatnie tchnienie zadecyduje o wszystkim.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 461
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Rimon przedzierał się przez gęste krzewy, starając się stąpać bezszelestnie, tak jak prosiła Kalia, chociaż co jakiś czas trzask gałęzi pod jego stopami przecinał leśną ciszę. Próbował wygładzić sterczące włosy, ale kosmyki jak zawsze żyły własnym życiem. Gwiazdy migotały na ciemnym niebie, a w powietrzu unosił się zapach sosen zmieszany z wonią wilgotnej ziemi. Od momentu wejścia do lasu Rimonowi towarzyszyły pohukiwania sowy, jakby ptak postanowił wtórować tej tajemniczej wyprawie. Kiedy wzrok Rimona przyzwyczaił się do ciemności, demon stawiał kroki pewniej, żwawiej. Obiecał, że dotrze na czas we wskazane miejsce. Zamierzał dotrzymać danego słowa.
Kilka dni wcześniej, podczas spotkania z Kalią w jej ulubionej kawiarni, próbował się dowiedzieć, dlaczego ma iść do lasu akurat w nocy. Dziewczyna obdarzyła go tylko zagadkowym uśmiechem i zapewniła, że niebawem wszystkiego się dowie. Miał jedynie pojawić się o północy pod rozłożystym dębem nieopodal znanej im polany. To wszystko wydało mu się takie tajemnicze.
Kiedy w końcu podkradł się pod dąb na obrzeżach lasu, usłyszał kobiecy śpiew. Melodyjne dźwięki wpadały mu do uszu, po czym łagodnie umykały z wiatrem. Jakiś owad otarł się o jego szyję i Rimon już zamierzał klasnąć dłonią w kark, ale zdusił przekleństwo i bezszelestnie potarł skórę. Obiecał bezwzględną ciszę – wiedział, jak bardzo Kalii na tym zależało. Fala ciepła niespodziewanie rozlała się po jego ciele. Powoli rozpiął skórzaną kurtkę w odcieniu przypalonego brązu, obrócił cienkie rzemyki zawiązane wokół szyi i z dziwnym napięciem wsunął dłonie do kieszeni ciemnych dżinsów. Kobiecy śpiew stawał się coraz donośniejszy, wypełniał jego głowę niczym nieposkromiony chór słowików.
Rimon wytężył demoniczny wzrok, próbując przebić się przez gęste krzaki. Ciepło coraz intensywniej atakowało jego ciało. Nagle dotarł do niego zapach płonącego drewna zmieszany z intensywną wonią kadzideł. Skrzywił usta. Nieprzyjemny, gryzący dym osiadł mu na podniebieniu i nie chciał odpuścić. Demon mlasnął i ponownie usłyszał wokalizę. Tym razem cięższą, głębszą, ostrzejszą. Podkradając się bliżej, nadepnął na spróchniałą gałąź, ale zanim rozległ się trzask łamanego drewna, huk sowy zdusił niechciany odgłos. Rimon odetchnął z ulgą. Zgarbiony, ponownie wytężył wzrok.
Na ukrytej pośród drzew małej polanie skwierczało ognisko. Języki płomieni pląsały w żywiołowym rytmie, wyrzucając w ciemne niebo kłęby iskier. Wokół paleniska spoczywały wielkie kamienie, a tuż obok w kręgu zebrała się liczna grupa. Mężczyźni klepali się po barkach i raz za razem wybuchali śmiechem. Ogień tańczył w ich oczach, a rozmowy płynęły miękko, co wydawało się nie pasować do ich masywnych sylwetek. Ich ramiona okrywały niedźwiedzie futra – ciężkie, brunatne, pachnące dziczą. Niektórzy wymachiwali wielkimi dłońmi, jakby same słowa nie wystarczały, inni kiwali głowami w niemym porozumieniu.
Nieopodal grupki kołysały się staruszki w brązowych szatach. Ich głowy ozdobione były dzierganymi serwetami z wplecioną jemiołą. Twarz jednej pokrywała sadza, a zapach spalenizny oblepiał całe jej ciało. Blisko staruszek bujały się młodsze niewiasty, ubrane w długie lniane suknie, z wiankami z polnych kwiatów na głowach. To właśnie one wyśpiewywały melodyjne pieśni. Na czole każdej z nich widniał znak krzyża narysowany popiołem. Ciemne symbole kontrastowały z czystą bielą ich odzienia. Blask księżyca srebrzył konary drzew, które niczym pochodnie otaczały polanę. Liście tańczyły w podmuchach ciepłego wiatru, niosącego woń wilgotnej ziemi zmieszaną z aromatem kadzideł.
Śpiew niewiast nagle ucichł i starsze kobiety złożyły pokłon ogniowi, po czym jedna po drugiej zaczęły znikać w gąszczu drzew. Młodsze z uśmiechami na twarzach wyciągały ręce w stronę paleniska i swobodnie falowały palcami, jakby chciały zagarnąć iskry dla siebie. Po chwili i one rozpłynęły się w paszczy kniei. Ich suknie migały między ciemnymi pniami, aż w końcu całkowicie zniknęły. Na końcu złożyli pokłon mężczyźni i również oni opuścili tajemne miejsce. Na polanie pozostała tylko Kalia. Dziewczyna uniosła twarz ku gwieździstemu niebu, wciągnęła głęboko powietrze i już zamierzała przywołać Rimona, gdy usłyszała znajomy głos:
– Idziesz?
Odwróciła głowę w prawo. Tęgi mężczyzna zatrzymał się tuż przed granicą lasu i zerkał na nią przez ramię.
– Idź. Zaraz do was dołączę. – Machnęła ręką. Chciała zostać sama.
Kiedy mężczyzna rozmył się w cieniu kniei, oparła się o głaz i zawołała:
– Możesz wyjść.
Rimon oblizał usta i wysunął się zza rozłożystego dębu. Idąc w stronę Kalii, uważnie obserwował jej miodowe oczy, które jarzyły się tak intensywnie, jakby ogrzewał je sam księżyc. Skóra dziewczyny lśniła delikatnym blaskiem, a policzki pulsowały lekką czerwienią. Dookoła jej ciała unosiła się subtelna, niemal magiczna łuna. Lniana suknia przylgnęła do jej smukłej sylwetki, a cienki materiał podkreślał niewielkie piersi. Głowę Kalii oplatał wianek z żółtych i różowych kwiatów, wyraźnie odcinający się od czarnych włosów sięgających szyi. Jedynie przednie pasma, dłuższe i opadające tuż przy twarzy, połyskiwały granatem.
Rimon uśmiechnął się na widok swojej dziewczyny, dołeczki w jego policzkach natychmiast się pogłębiły. Patrzył na nią z zachwytem – żadna z jego dotychczasowych kobiet nie wydawała mu się tak olśniewająca. Jej twarz przypominała najpiękniej rozwinięty kwiat. Była delikatna i harmonijna, jakby natura poświęciła jej szczególną uwagę. Miała regularne, klasyczne rysy, a jej jasna, gładka skóra lśniła jak krople rosy. Każdy jej ruch i każde spojrzenie emanowało magnetyzmem, pochłaniając całą uwagę Rimona.
– Co to było za spotkanie? – zapytał z ciekawością, kiedy podszedł do paleniska. Wskazał dłonią ogień. Wiedział, że są sami.
Głos Rimona prześlizgnął się po skórze Kalii jak aksamit i dziewczyna poczuła przyjemny trzepot w sercu.
– To był obrzęd starszyzny. – Uśmiechnęła się czule i pociągnęła Rimona za rękę, by usiedli razem na kamieniu.
– Nie jest ci zimno? – Demon obrzucił wzrokiem jej cienką suknię.
– Nigdy nie jest mi zimno.
– Zdradzisz, co to był za obrzęd i co właściwie tu robimy?
– Chciałam w końcu coś ci o sobie opowiedzieć, ale nie wiedziałam jak, więc postanowiłam to pokazać. Uznałam, że tak będzie prościej.
Rimon zmarszczył brwi. Dalej nie rozumiał, co tak naprawdę widział ani czym był ten rytuał, ale nie chciał jej przerywać.
– Wiem, że spotykamy się dopiero od ponad miesiąca i nie wiemy o sobie nic… poza oczywistościami. – Parsknęła.
Demon potarł dłonią kark i lekko się uśmiechnął. Jemu to nawet pasowało, ale wiedział, że w końcu przyjdzie taki czas, że będą musieli odkryć karty. Dopóki tego nie zrobili, mogli się spotykać bez zobowiązań. Teraz reguły się zmieniały i – o dziwo – wcale mu to nie przeszkadzało.
– Unikamy tego jak ognia, ale chyba przyszedł czas, żeby to zmienić. – Spojrzała mu głęboko w oczy.
– To była twoja rodzina? – zapytał miękko.
– Cała.
– Pokaźna. – Roześmiał się, a w głowie błysnął mu obraz jego własnej rodziny, znacznie skromniejszej.
– Jest liczna – przyznała. – A rytuałem, który właśnie odprawiliśmy, czcimy każde urodziny naszych seniorów. Dzisiaj Marunia skończyła sto jeden lat. Śpiewamy wtedy przy ogniu, który jest dla nas czymś w rodzaju dotyku boga. – Obserwowała jego reakcję. Kiedy oczy Rimona lekko się rozszerzyły, ciągnęła: – Palimy kadzidła, żeby wzmocnić obrazy pojawiające się w ogniu, wrzucamy zioła do paleniska, by ogień dłużej tańczył, pijemy przy tym miód przyprawiony szałwią wieszczą jako symbol naszego pochodzenia, a na końcu śpiewamy pieśni przodków.
– A swąd palonej skóry? Podpiekaliście Marunię? – parsknął rozbawiony.
– Tak i nie.
Rimon zmrużył oczy.
– Podczas ceremonii smarujemy solenizantce twarz byczym łojem, żeby mogła przyjąć pocałunek ognia. Skóra wprawdzie płonie, ale szybko się regeneruje. Jest to prezent rodowy.
– Ciekawe – przyznał zaskoczony. O wielu dziwactwach słyszał, ale to wydało mu się naprawdę interesujące. W powietrzu wciąż wyczuwał opary kadzideł, ale zapach spalenizny rozwiał się niczym pył na wietrze. – Prosiłaś o bezwzględną ciszę. Nie wpuszczacie na ceremonię nikogo spoza swojego grona?
– Zdecydowanie nie. To tylko dla naszych, ale chciałam, żebyś… może nie od razu poznał, ale przynajmniej zobaczył członków mojej rodziny. Najważniejszy z nich, Gordon, opuścił obrzęd jako pierwszy, za nim podążyli pozostali.
– A Gordon to…?
– Nasz przywódca i mój… brat. – Przez jej twarz przemknął błysk dumy. – Nie byłby zadowolony, gdyby wiedział, że cię zaprosiłam. Nasze ceremonie są zamknięte, na szczęście powoli się to zmienia.
– Co masz na myśli?
– Ostatnio jedna z nas, wcale nie jako pierwsza, wprowadziła do rodziny swojego wybranka. Chciała go przedstawić.
– Człowieka? – Wytrzeszczył oczy.
– Skądże. Ten rodzaj nie jest i chyba nigdy nie będzie wśród nas mile widziany. Zresztą nieważne, kto to jest, ważne, że został ciepło przyjęty. Nawet przez mojego brata i jego świtę.
– Wspomniałaś, że nie byłby zadowolony z mojej obecności…
– Według niego nikt nie jest dla mnie odpowiedni. Na szczęście nie on o tym decyduje. – Uśmiechnęła się zalotnie. – Jesteś dla mnie ważny i czuję, że i ja nie jestem ci obojętna.
Wstała i pociągnęła go za dłoń. Włosy falowały jej przy policzkach, a granatowe pasma zasłaniały twarz. Rimon zgarnął kosmyki z obu stron i od razu otulił go aromat polnych kwiatów. Przez chwilę na siebie patrzyli, aż Kalia zrobiła krok do przodu i… pocałowała go namiętnie. Bez wstydu, poczucia winy, bez granic, które zazwyczaj sobie stawiała. Demon objął ją w pasie, przyciągnął do siebie i pogłębił pocałunek. Czuł bicie jej serca. Mocne. Pełne pasji. Głodne namiętności. Kiedy oderwał się od jej warg, oczy dziewczyny płonęły miodem, a księżyc dodatkowo podsycał ich złocistą barwę. Ich serca biły w jednym rytmie, a oddechy mieszały się w gorącym tchnieniu.
– Nie za wcześnie na to wszystko? – zapytała z obawą. Nie chciała go spłoszyć. Pragnęła być z nim cała, ze swoim pochodzeniem, a zapoznanie go z rodziną było pierwszym krokiem do wolności, której łaknęła.
Rimon musnął jej usta i uśmiechnął się promiennie.
– Nie mamy nastu lat, żeby się bawić w podchody. Bardzo chętnie poznam twoją rodzinę, brata i całą starszyznę. Moja też przyjmie cię w swoje progi – zażartował. – Ale nie jest tak liczna jak twoja. Składa się z trzech… – urwał, licząc w głowie – czterech, pięciu osób. – Wykrzywił zabawnie usta.
– To nie wiesz, ilu członków ma twoja rodzina?
– To dość skomplikowane. Z każdym rokiem ich liczba rośnie. Na początku był tylko Kaim, mój brat. Z czasem pojawiła się Narida, a wraz z nią kolejni, którzy otrzymali miano bliskich.
– Ciekawe. – Pociągnęła go z powrotem na kamień i oboje usiedli.
– Kaim jest moim przyrodnim bratem, tylko z nim jestem spokrewniony, ale to u nas nie ma znaczenia. Narida jest moją siostrą, i to przez duże S. Jest jeszcze Fabio. – Spoważniał. – To znaczy był…
– Nie żyje? – wyszeptała.
Ból po jego stracie wciąż rozdzierał Rimonowi serce, ale demon szybko odrzucił dławiący ciężar. Wiedział, że Fabio nie życzyłby sobie smutku ani melancholii, i ponownie się uśmiechnął.
– Niestety nie. Ale wciąż jest w naszych sercach. – Skinął głową.
– U nas też nie zawsze jest kolorowo. Od wielu lat walczymy z inną… rodziną. – Chrząknęła z niesmakiem. – Duncan jako jej przywódca toczy zaciętą walkę z moim bratem. Ostatnio, o dziwo, ich spór nieco zelżał i opryszki Duncana przestały nas męczyć. Ale myślę, że to tylko cisza przed burzą. Dupek coś kombinuje.
– Skąd ten konflikt?
– Chyba sami już nie wiedzą. Kiedyś byli przyjaciółmi, ale gdy każdy z nich założył własną rodzinę, coś się zmieniło, jakby nabuzowani władczym testosteronem nie mogli wzajemnie się znieść. Duncan jest władczym alfą.
– Tak myślałem, że jeszcze tu będziesz! – Twardy głos odbił się od pobliskich drzew i rozwiał leśną ciszę.
Kalia zerwała się z miejsca i patrzyła, jak Gordon mimo swoich ogromnych gabarytów lekko sunie w ich stronę. Nuta strachu rozlała się po jej sercu, ale szybko przerodziła się w ekscytację, a nawet oczekiwanie. Kalia nie chciała dłużej się ukrywać – ani ukrywać swojego wybranka.
Rimon, podobnie jak ona, wstał i obserwował nieznajomego. Oczy Gordona lśniły zimnym gniewem. Miały ten sam odcień co oczy siostry, ale ich barwa była głębsza, cięższa, jakby nasączona goryczą palonego miodu. Rimon miał wrażenie, że tęczówki mężczyzny dosłownie skwierczą. W poprzek jego policzka ciągnęła się wyraźna szrama, a na ramionach dumnie spoczywała niedźwiedzia skóra zszyta z kilku fragmentów. Na palcach świeciły mu liczne sygnety – jedne masywne, inne drobniejsze, ale wszystkie utkane z czystego srebra. Krótkie, ciemne włosy połyskiwały w blasku księżyca, o ton jaśniejsze od bezwzględnej nocy. Z każdym krokiem rysy Gordona wyostrzały się, jakby gniew rzeźbił je na nowo. Kiedy podszedł do siostry, nawet na nią nie spojrzał. Dźgał wzrokiem Rimona.
– A oto mój brat we własnej osobie. Gordon. – Kalia zignorowała jego zacięcie i przysunęła się do demona. – Gordonie, przedstawiam ci Rimona.
Mężczyźni mierzyli się ciężkim wzrokiem. Rimon nie dawał za wygraną, chociaż wiedział, że ta walka nie przysporzy mu sympatii. Czuł, że coś jest nie tak, i nie podobało mu się to.
– Co ty robisz?! – Gordon przeniósł wzrok na siostrę. Gdyby z uszu mogła parować złość, jego buchnęłyby niczym wulkany. Nawet się z tym nie krył.
– Możesz nie zachowywać się jak dupek? – syknęła Kalia z oburzeniem.
– Wracamy! – Gordon chciał pociągnąć ją za sobą, ale Rimon zasłonił dziewczynę swoim ciałem.
– Ona zostaje ze mną – warknął odważnie.
– Co w ciebie wstąpiło? – Kalia z zacięciem patrzyła na brata, po czym przepraszająco zwróciła się do Rimona: – Wybacz, zazwyczaj nie zachowuje się jak palant. – Spojrzała wymownie na brata, licząc, że ten ustąpi. Policzki płonęły jej złością.
– Wracamy! I to natychmiast! – Głos Gordona poniósł się wśród szumiących drzew jak grzmot, a ogień trzasnął w palenisku, wtórując okrzykom.
Rimon objął Kalię i powiedział:
– Nie wiem, o co ci chodzi, ale…
– I nie musisz! Nie dotyczy to ciebie, tylko naszej rodziny. Kalia! Nie będę dwa razy powtarzał! – Mężczyzna nie czekał na odpowiedź, tylko odwrócił się na pięcie i ruszył przed siebie, wyraźnie oczekując, że siostra pójdzie za nim.
Dziewczyna nawet nie drgnęła. Przetarła usta i już chciała na przekór bratu usiąść na kamieniu, ale w lesie nagle coś zawyło, a w powietrzu rozlał się ostry gwizd.
Gordon zatrzymał się gwałtownie.
– Kurwa! – syknął i odwrócił się w stronę siostry.
Kalia skrzyżowała z nim wzrok i przełknęła ślinę. Ogień w palenisku wzbijał się coraz wyżej, wyrzucając kłęby dymu wysoko w niebo.
Z lasu wysunęły się cztery wilki. Szarobury, największy, prowadził stado. Za nim kroczyły rudy, brunatny z jasnymi cętkami i srebrzysty o połyskującej sierści. Zwierzęta przystanęły. Wszystkie wielkie. Groźne. Warczące. Ślina kapała im z pysków, kły błyszczały jak ostrza, a oczy jarzyły się dziką żółcią. Tylko ślepia szaroburego wyróżniały się na tle innych: jedno połyskiwało zielenią, drugie gasło w brudnym brązie. Basiory ruszyły z miejsca, krok po kroku sunęły w kierunku celu. Ich warknięcia przecinały duszącą ciszę. Rimon obserwował czworonogi – zdecydowanie różniły się od wilka Naridy. Zasłonił Kalię ciałem. Gordon skoczył z drugiej strony i złapał siostrę za rękę.
– Co się dzieje? – szepnął Rimon Kalii do ucha, nie spuszczając wzroku z basiorów.
Ostry gwizd przeciął napięcie w powietrzu i nad ich głowami zawirował drapieżnik o czerwono-czarno-białym upierzeniu. Jego ostry jak sztylet dziób co chwilę wypluwał przeszywający pisk, a świdrujące ślepia otoczone czerwoną obwódką kipiały gniewem. Z rozpostartymi skrzydłami mknął po gwieździstym niebie niczym cień niosący śmierć, skrzecząc i wydając z siebie dziki, świszczący gwizd, jakby zaganiał ofiary w pułapkę. Nagle orłosęp zniżył lot i ruszył na Rimona. Ten odskoczył, ale ptaszysko i tak dziobnęło go w ucho. Krew pociekła demonowi po szyi, a w powietrzu rozbrzmiały triumfalne piski drapieżnika. Rimon zakrył ucho i z wrogością śledził wzrokiem sylwetkę ptaka.
– Zebranie rodzinne?! Nie zostałem zaproszony! – Ochrypły głos poniósł się po polanie.
Rimon rozejrzał się niespokojnie. Nie wiedział, z której strony dobiega dźwięk. Napiął ciało.
Z lasu wyszedł rosły mężczyzna. W jego oczach tętniło czyste, nieposkromione szaleństwo. Włosy miał długie, potargane. Brodę – jak u drwala. Wąs gęsty, nieprzystrzyżony, brwi krzaczaste, nos bulwiasty, zaczerwieniony. Twarz promieniała pogardą zmieszaną z gorzkim niezadowoleniem. W dłoni ściskał drewnianą laskę zakończoną splotem powykręcanych gałęzi. Spomiędzy nich niczym świetlisty prąd sączyło się złociste światło, ciepłe i niepokojące. To jego dłoń zasilała rózgę ognistą mocą. Płaszcz ze skóry dzika, włochaty i ciężki, ciągnął się za nim po ziemi, a każdy jego krok rozsiewał zapach stęchlizny. Orłosęp ponownie rzucił się w dół w stronę Rimona, ale zanim zdążył zaatakować, Gordon doskoczył do niego i trzepnął ptaszysko w ogon. Drapieżnik zapiszczał, otrzepał się w locie i podleciał do swojego pana.
– Zabieraj tego sępa, Duncanie! – warknął Gordon lodowato.
Wilki warczały za plecami swojego alfy i bacznie obserwowały potencjalne ofiary.
– Po co tu przyszedłeś? – zapytała Kalia z wrogością w głosie, wysuwając się zza pleców demona.
Wzrok brodacza złagodniał na jej widok, po chwili jednak znów wyostrzył się jak brzytwa. Wilki warczały, wodząc po dziewczynie wrogimi ślepiami. Rimon zacisnął zęby, jego myślami zawładnęła dezorientacja. Nie wiedział, co się dzieje. Miał jednak przeczucie, że spotkanie nie zakończy się dobrze. Napięcie wypełniało atmosferę, pożerało każdy jego mięsień, zresztą nie tylko jego. Zerknął na brata Kalii. Twarz mężczyzny zionęła gniewem, a cała postura zdradzała gotowość do ataku.
– Gordonie, nie trzymasz swoich psów pod kluczem. Zwłaszcza jedna suka robi, co jej się żywnie podoba. – Duncan teatralnie mlasnął językiem i rzucił Kalii surowe spojrzenie. – Wiedziałem, że nie można ufać takiemu kundlowi jak ty.
Orłosęp ponownie zanurkował, ale Gordon odskoczył. Gwizd niezadowolenia przeciął powietrze.
– Zabieraj… to… cholerne… ptaszysko! – wycedził Gordon przez zaciśnięte zęby.
– O czym on mówi? Zbratałeś się z nim? – Kalia z dezorientacją zerknęła na brata.
Mężczyźni mierzyli się morderczym wzrokiem niczym dwaj wojownicy gotowi do starcia. Las zamilkł, a ich ciężkie oddechy unosiły się w powietrzu. Powarkiwania zwierząt co chwilę przeplatały się z przeszywającym gwizdem orłosępa. Drapieżnik jeszcze raz przemknął nad ich głowami i miękko osiadł na ramieniu pana. Zaskrzeczał triumfalnie, celując dziobem prosto w wykrzywioną twarz Gordona.
– Zbratałeś się z nim?! – powtórzyła ostro Kalia. Bicie jej serca przeszło w galop. Ciało znało już prawdę, ale umysł jeszcze jej nie zaakceptował.
– Pogadamy o tym później.
– Nie będzie żadnego później. – Duncan zgromił wzrokiem Rimona, po czym ponownie spojrzał na Gordona i wypluł jadowicie: – Zdrajca! Brać go!
Wilki skoczyły na Gordona. Ich kły wbijały się w jego ciało, by rozszarpać je na strzępy. Kalia bez wahania rzuciła się na rudego basiora, usiłowała odciągnąć go od brata. Rimon napierał na cętkowanego. Przez chwilę nawet wygrywał, ale nieoczekiwanie z boku wyskoczył srebrzysty i pociągnął go za sobą.
Jatka rozgorzała na dobre.
– Duncanie, oszalałeś?! – Kalia wrzeszczała między kopnięciami. Zimny strach ściskał jej gardło. – Natychmiast każ… im… przestać!
Bestie wgryzały się w nogi Gordona, rozszarpywały jego ręce. Ten o różnobarwnych oczach skoczył mu do twarzy i rozerwał policzek. Orłosęp, skrzecząc, atakował dziobem. Rimon walczył ze srebrzystym basiorem, potem z rudym, jednocześnie unikając dźgnięć z powietrza. Nagle srebrzysty wilk wgryzł się w jego żebra i Rimon wrzasnął z bólu. Próbował zrzucić z siebie agresora, ale ten kurczowo trzymał się jego ciała. Orłosęp, korzystając z okazji, zaatakował ze zdwojoną siłą. Rimonowi aż pociemniało w oczach. Czuł na sobie tępe cięcia, jakby jego ciała smakował sztylet. Głębokie rany pojawiały się na jego głowie, policzkach, brzuchu, udzie. Skrzeczenie ptaka mieszało się z trzaskiem ognia, chaos ogarnął całą polanę.
Kalia z całych sił kopnęła swojego napastnika, po czym rzuciła się w stronę orłosępa i złapała go za pióra. Ptaszysko pisnęło tak donośnie, że musiała zatkać uszy. Ociekając krwią, stanęła w rozkroku i zawyła, a dźwięk, który wydobył się z jej gardła, wstrząsnął lasem. Szkarłatna ciecz plamiła ziemię, metaliczny zapach wypełniał powietrze. Wilki, obnażywszy czerwone kły, ponownie ruszyły na Gordona. Rimon złapał różnookiego za ogon. Próbował odciągnąć go od brata Kalii, ale zwierzę wyrwało się i skoczyło mu do twarzy. W powietrzu nagle buchnęło złotą poświatą – z laski Duncana wystrzeliła łuna, która uderzyła z hukiem Gordona. Kalia warknęła i skoczyła na oprawcę, ale brodacz powalił ją jednym ruchem.
Rimon kopnął największego basiora w brzuch i nie myśląc za wiele, również rzucił się w stronę Duncana. Zanim jednak zdążył dobiec do celu, rudy wilk skoczył mu na plecy i przygwoździł go do ziemi. Demon napiął mięśnie. Gwałtownie przewrócił się na bok i przygniótł wroga ciałem. Tarzali się we krwi, a grunt drżał pod ich ciałami.
Gordon, leżący we własnej krwi, wygiął plecy w łuk. Z jego gardła wyrwał się ochrypły ryk. Oczy płonęły mu złotem, szyja wydłużała się w groteskowy sposób, a paznokcie pękały, by zaraz wystrzelić jak sztylety i stworzyć śmiercionośne szpony. Łopatki falowały mu pod skórą. Ramiona pęczniały, klatka piersiowa na przemian zapadała się i rosła. Jego ubranie rozerwało się na strzępy. Uszy wydłużyły się w szpic, ręce i nogi zamieniały się w zwierzęce łapy. Twarz Gordona się rozszerzyła, po chwili szczęka pękła i wydłużyła się w przerażający sposób. Z zakrwawionych dziąseł zaczęły wyrastać kły. Skóra przybrała miedziany odcień i błyskawicznie pokryła się rdzawą sierścią. Oczy bestii płonęły dzikim, nienawistnym mordem. Gordon w postaci wilkołaka zacharczał morderczo.
Ptaszysko podleciało w jego stronę, ale ten machnął łapą i drapieżnik oddalił się z piskiem. Bestia warknęła gardłowo i rzuciła się w stronę Duncana. Brodaty alfa wypchnął rękę do przodu i Gordon odbił się od niewidzialnej bariery. Szybko jednak wstał. Ptak zaatakował go ponownie. Wilki również.
Gordon wgryzał się w łapy wrogów, starając się rozszarpać ich ciała. Odbił się od gruntu i przygniótł cielskiem srebrzystego. Basior zaskomlał płaczliwie. Z boku wyskoczył różnooki. Nagle Gordona przeszył silny skurcz, jakby jakaś niewidzialna siła miażdżyła mu wnętrzności. Zawył tak przeraźliwie, że nawet drzewa zaszumiały litościwie. Przytrzymywany przez rudzielca Rimon widział, jak Gordon upada, a Duncan pochyla się nad jego ciałem i razi go złocistym światłem z laski.
Rudzielec odskoczył od Rimona, by dołączyć do reszty braci. Wilki warczały, głodne mordu. Alfa uniósł rękę. Basiory zamilkły, dreptały w miejscu. Czekały. Rimon dyszał z twarzą przy ziemi i w końcu resztkami sił usiadł, cały obolały. Krew zalewała mu twarz. Z trudem przetarł oczy, by poszukać wzrokiem Kalii. Dziewczyna, cała we krwi, leżała nieprzytomna przy stopach Duncana. Demon napiął każdy bolący mięsień i zaczął czołgać się w jej stronę. Usłyszał nad głową warknięcie. Spojrzał w górę i ujrzał zakrwawiony pysk. Przyśpieszył, ale ciężar ogromnej łapy przyszpilił go do ziemi. Przełknął ślinę zmieszaną z krwią. Kalia leżała zaledwie parę metrów przed nim. Wbił palce w podłoże i spróbował ruszyć z miejsca, ciężar jednak nie odpuszczał. Demon był pewien, że zostanie ponownie zaatakowany, ale zamiast tego poczuł ulgę – wilk odsunął łapę i odszedł niespodziewanie.
Rimon zmarszczył czoło. Coś mu nie pasowało. Zanim jednak zdążył się nad tym zastanowić, ostre światło przeszyło jego ciało. Zobaczył wymierzoną w siebie laskę Duncana i w sekundę go sparaliżowało. Mógł jedynie świdrować wzrokiem krwawe pobojowisko i obserwować, jak brodacz podchodzi do brata Kalii.
– Popełniłeś błąd, mój drogi przyjacielu. – Duncan przygniótł laską wilcze ciało Gordona, z jej splątanych gałęzi wciąż tryskały złote łuny.
Gordon sapał, podobnie jak Rimon nie mógł się ruszyć. Skurcze w brzuchu rozrywały jego wnętrze ostrymi ciosami.
– Teraz zabiorę to, co należy do mnie. – Twarz brodacza przeciął podły uśmiech.
Zanim Gordon zdążył warknąć, Duncan z impetem uderzył laską o ziemię. Wilcze ciało obróciło się w powietrzu, jakby nic nie ważyło, i opadło gwałtownie. Brodacz wykonał krok do przodu, jego twarz rozjaśnił dziki blask. Orłosęp z czujnością krążył po niebie. Duncan uniósł rękę i zawiesił ją nad klatką piersiową przeciwnika. Rozłożył palce, po czym ochrypłym głosem wypowiedział słowa magii. Oczy Gordona rozszerzyły się znacząco. Brat Kalii desperacko próbował wrócić do ludzkiej postaci, ale pętała go moc wroga. Duncan palcami sterował życiem przeciwnika. Każdy ruch jego dłoni powodował, że klatka piersiowa Gordona unosiła się i opadała. Brodacz dręczył go z satysfakcją.
Gordon wył z bólu, jego ciało drżało w agonii. Przez ciemne oczy Duncana przemknęła fioletowa łuna. Mężczyzna rozłożył palce, po czym ponownie je ściągnął. Obrócił dłonią w nadgarstku i z torsu Gordona… wystrzeliło serce. Żywe. Gorące. Jeszcze pulsujące. Gordon ryknął, wygiął plecy i z gwizdem ptaka wydał ostatnie tchnienie. Orłosęp zanurkował. Wydziobał oczy martwego, pożarł je z triumfem i zaczął wysysać to, co pozostało w oczodołach. Wilki pozazdrościły uczty i również rzuciły się na truchło.
Rimon patrzył bezsilnie na krwawą jatkę. Dyszał. Serce trzepotało mu w klatce piersiowej niczym ptak w potrzasku. Mimo ogromnego wysiłku nie potrafił uwolnić się z niewidzialnych więzów. Patrzył na pulsujący mięsień w dłoni Duncana. Niemy krzyk zamarł mu w gardle, kiedy mężczyzna przybliżył dłoń do ust i zaczął pożerać serce wroga. Krew ciekła mu po brodzie, kapała na klatkę piersiową, na brzuch. Demon był pewien, że będzie następny. Z przerażeniem zerknął na Kalię. Dziewczyna wciąż leżała nieprzytomna. Przynajmniej nie musiała patrzeć na śmierć brata.
Myślami powędrował do Kaima. Przed oczami stanęła mu uśmiechnięta twarz Naridy – i rozpacz zalała mu pierś. Próbował poruszyć nogami, ramionami, dłońmi, ale nadaremnie. Chciał wrzasnąć, usta jednak nawet nie drgnęły. Czyżby to miał być jego koniec? I koniec Kalii, kobiety, która powoli zdobywała jego uczucia? Mlaskanie wilków wytrąciło go z otępienia. Orłosęp wyciągnął zakrwawiony łeb z rozerwanej klatki piersiowej Gordona, po czym wrócił do wygrzebywania resztek, których nie zdążyły chwycić basiory. Rimon zacisnął powieki – czekał go marny koniec. Wiedział, że nie pokona alfy. Moc brodacza miażdżyła jego ciało, nawet oddychanie sprawiało mu trudność.
Ponownie pomyślał o Kaimie i Naridzie. Czy dowiedzą się, co się z nim stało? Czy go pomszczą? Przerażenie ściskało go od środka. Nawet nie wiedzieli o Kalii. Jak mieli go odnaleźć? Podążyć tropem, którego nie znali? Wspomniał o niej tylko raz, w dodatku Narida nie słuchała. Nie było już ratunku dla niego i jego wybranki.
Kolejny raz spojrzał na ciało dziewczyny, na jej zakrwawioną twarz. Usilnie próbował wrzasnąć, zrobić cokolwiek: poruszyć stopą, szyją, palcami, ale im bardziej się starał, tym mocniej pętały go więzy.
Obserwował Duncana, jak ten z zadowoleniem sunie językiem po palcach, wylizując krew przeciwnika. Nie wiedział, z kim właściwie walczy. Kim jest ten szaleniec i dlaczego ich zaatakował? Jaki miał cel? Rimon nawet nie znał Gordona… a teraz zniknie z powierzchni ziemi, pożarty tak jak brat Kalii…
Niespodziewanie w jego ciele buchnął ogień. Szarpnął nerwowo karkiem. Z obawą zerknął na Duncana, który już szedł w jego stronę. Twarz alfy ociekała krwią, a w jego brodzie widniały resztki czerwonego mięśnia. Orłosęp siedział na ramieniu pana i wbijał w demona mroczny wzrok. Rimon poruszył barkami, chciał wstać, ale Duncan ryknął:
– Nawet się nie waż! Pozwalam ci tylko mówić. – Kiwnął palcem i zatrzymał demona w miejscu. – Zhańbiłeś ją, uczyniłeś z niej nic niewartą padlinę. Skażone ścierwo. – Oczy Duncana zionęły fioletową łuną.
– Nie wiem, o czym mówisz, ty żałosny popaprańcu. – Rimon napiął obolałe ramiona. Poruszał ciałem, ale wciąż nie mógł wstać. W jego czarnych oczach tlił się gniew. – Nie ujdzie ci to płazem.
– Czyżby?
Wilki przy boku alfy warczały w oczekiwaniu. Ptaszysko wzbiło się w powietrze i wirowało nad głową demona – czekało na kolejną padlinę, podobnie jak basiory.
Duncan szepnął coś pod wąsem, wsunął dłoń do kieszeni spodni, po czym wyciągnął rękę. Na jego otwartej dłoni połyskiwał zielony proszek. Wciągnął go nosem. Mięśnie na jego twarzy gwałtownie się przemieściły i po chwili ponownie ułożyły w pierwotne oblicze. Ogień w palenisku ryknął i przybrał wilczą postać. Rozwarstwił się, aż w końcu buchnął z impetem do góry. Brodacz z szaleństwem w oczach uniósł dłonie. Machnął nimi nad głową i wystrzelił w tors Rimona. Ciemna błyskawica uderzyła demona w pierś. Rimon zawył. Wygiął plecy i z uczuciem palenia w mostku opadł na ziemię. Silne konwulsje zawładnęły jego ciałem. Miotał się dziko, wierzgał niczym sztyletowany wąż. Po chwili wytrzeszczył oczy i wydał piskliwy dźwięk. Ponownie wygiął plecy, ale tym razem padł bezwładnie jak galareta.
Kątem oka dostrzegł kolejne wilki wbiegające na polanę. W sekundę rzuciły się na pomioty Duncana. Nadzieja zamigotała w Rimonie, ale dość szybko zgasła. Polanę wypełniły piski i przeraźliwe jazgoty. Wilki Duncana z lekkością pożerały nowo przybyłe czworonogi. Demon próbował się podnieść, ale wroga siła kolejny raz uderzyła go w pierś i z nosa pociekła mu krew.
Duncan roześmiał się gardłowo, odwrócił się na pięcie i podszedł do Kalii. Zgarnął dziewczynę z ziemi i niczym worek ziemniaków przerzucił sobie przez ramię.
– Zo… Zo-staw ją! – wystękał Rimon ostatkiem sił. Skurcze mięśni miażdżyły mu oddech, w żołądku rozlał się mdlący strach. – Zostaw… ją – wycharczał, tym razem błagalnie.
Brodacz machnął ręką nad głową i wszedł w las. Wilki rzuciły się na demona. Zatapiały w nim kły, rozszarpywały mięśnie. Rimon wrzeszczał, próbował się wyrwać, ale bezskutecznie. Kopał, rękami odganiał ptaka. Z każdą sekundą stawał się słabszy, a jego usta wypluwały coraz to cichsze dźwięki. Basiory chłeptały jego krew. Przepychały się między sobą, by rozszarpać więcej, boleśniej, brutalniej. Nagle z lasu rozległo się wycie alfy i ptak odleciał. Wilki ostatni raz wbiły zębiska w ciało Rimona, po czym z wyciem pobiegły w kierunku pana.
Rimon pozostał sam. Serce tykało mu niczym bomba. Krew wrzała w jego żyłach, pulsowała, a oddech… oddech gasł boleśnie. Demon leżał w kałuży krwi. Gardło miał ściśnięte, porozrywane mięśnie wiotczały, powieki opadały bezwładnie. Ciemność tańczyła w rytmie jego zwalniającego serca.
Bum. Buum. Buuuummm…
Z ust demona trysnęła gęsta ciecz. Nicość zaczęła zalewać każdy skrawek jego duszy.
Gwiazdy migotały na niebie, kojąc się bezkresną głuszą. Ogień w palenisku dogasał powoli, by po chwili całkowicie opaść na zwęglone szczątki drewna.
Cisza wypełniła las. Brutalnie. Bezwzględnie.
Aż w końcu zapadła… na dobre.
Narida krzątała się po salonie, szukając łańcuszka z białego złota z wisiorkiem w kształcie skrzydła. Nerwowo przerzucała kolorowe poduszki zdobiące kanapę i burknęła, kiedy nie znalazła tam biżuterii. Nigdzie się nie ruszała bez naszyjnika. Dostała go od Fabia, jedynego człowieka, za którego oddałaby życie, którego kochała szczerą, bezgraniczną miłością. Zginął, bestialsko zabity przez piekielne ogary. Odebrano go jej na zawsze. Nieodwracalnie. Bezlitośnie. Tęsknota za opiekunem zalewała ją każdego dnia od nowa: rano powoli malała, by wieczorem wystrzelić z pełną mocą. Dziewczyna wiele by dała, żeby go odzyskać. By choć na chwilę usiąść z nim przy kominku i porozmawiać. O życiu, minionym dniu, rozterkach i drobnych radościach. Oboje uwielbiali te momenty.
Teraz nawet tego już nie miała. Ścisk w piersi narastał boleśnie. Opadła na kanapę i potarła tatuaż w kształcie litery F między kciukiem a palcem wskazującym. Ból straty dławił każdy jej oddech. Oczami duszy stale widziała uśmiechniętą twarz opiekuna, pełną zrozumienia i ojcowskiej miłości: przekrzywione okulary w metalowych oprawkach opadające na czubek nosa, bujne kędziory sięgające ramion. Pamiętała też jego pulchny brzuszek, kryjący nadmiar zjedzonych rogali z marmoladą. Obecność Fabia majaczyła w każdym kącie mieszkania. Pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Szybko ją otarła i ruszyła w kierunku łazienki.
– Możesz-sz… Możesz-szszszszsz… to zrobić.
Zamarła w pół kroku. Co jest?! Rozejrzała się po pustym salonie.
– Szszsz…
Szept sączył się tak ulotnie, że sama nie wiedziała, czy to jawa, czy dźwięk skrywanej tęsknoty.
– Odwagi… szsz…
Skuliła ramiona. Czuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Głos wydał jej się płynny, melodyjny, utkany z wibracji Wszechświata.
– Jest tu ktoś? – zapytała, lustrując otoczenie, ale tylko cisza dudniła jej w skroniach. Po chwili parsknęła rozbawiona. Najwyraźniej tęsknota opanowała ją całkowicie. Czyżby zawładnęła jej umysłem tak mocno, że dziewczyna zaczęła tracić zmysły?
Westchnęła głośno i przeszła do łazienki, żeby rozczesać splątane włosy, sięgające pasa. Nie mogła się spóźnić do pracy – tego wieczoru zaprzyjaźniony klub motocyklowy organizował w pubie coroczną ceremonię przyjęcia nowych członków do bractwa. Musnęła rzęsy czarnym tuszem, poprawiła przekrzywioną na piersi białą koszulkę z dekoltem w serek – i wtedy coś błysnęło między kosmetyczką a drewnianym pudełkiem na miniaturowe mydła. Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę po zdobycz.
– Jesteś, mały urwisie.
Zawiesiła łańcuszek na szyi i z czułością pogładziła wisiorek – biżuteria razem z wytatuowaną literą F tworzyła coś w rodzaju talizmanu. Mając ją na sobie, Narida czuła obecność Fabia i uparcie karmiła się tym doznaniem.
Zgarnęła z czoła kosmyki i spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Nagle jej twarz zaczęła się rozciągać. Otworzyła szerzej oczy i przybliżyła się do szklanej tafli. Czoło się poszerzało, oczy zmieniły barwę z błękitu na zieleń. Brwi gwałtownie zgęstniały, posiwiały, podobnie jak włosy, które niczym grube sprężyny skręciły się w loki sięgające ramion. Nos się wybrzuszył, skóra zaczęła się marszczyć, a owalna szczęka zyskała szeroki, męski zarys. Oniemiała dotknęła drugiego podbródka i prawie przestała oddychać – z lustra spoglądał na nią… Fabio.
Poruszyła ustami, odbicie w lustrze również. Nadęła policzki, odbicie także to zrobiło.
– Co jest, do cholery… – Przysunęła twarz do zimnej powierzchni, aż prawie zetknęła z nią nos, i obraz Fabia momentalnie prysnął. Oparła dłonie na udach. Dyszała.
Chyba powinna przestać tak gorliwie o nim myśleć. Zmysły jej wariowały, podobnie jak umysł. A może to przez brak snu? Nieśmiało zerknęła w lustro. Patrzyły na nią jej własne przerażone oczy. Skóra na twarzy zrobiła się prawie przezroczysta i dopiero po kilku minutach policzki nabrały rumieńców.
Wyprostowała się i wypuściła powietrze ze świstem. Wprawdzie tęskniła za Fabiem, ale w lustrze zdecydowanie wolała widzieć własne odbicie. Pub! Nagle wróciła do rzeczywistości. Impreza… Powinna się zbierać. Kątem oka ponownie spojrzała w lustro.
– Co się ze mną dzieje? – mruknęła, przygryzając policzek od wewnątrz.
Czy strata mogła aż tak zawładnąć jej umysłem? Inicjować niemożliwe? Westchnęła głośno i postanowiła zignorować omamy. Zgraja pijanych motocyklistów wymagała zarówno wysiłku, jak i skupienia. Narida miała nadzieję, że Rimon w końcu zaszczyci ich swoją obecnością i pomoże w obsłudze. Od kilku dni nie pokazywał się w pubie i musiała radzić sobie sama. Dawała radę, ale obecność przyjaciela nie tylko odciążała ją w pracy, lecz również koiła tęsknotę. W końcu Rimon współtworzył Wielką Trójcę wraz z nią i Fabiem, mimo że opiekun – już tylko duchem. Troje przyjaciół było dla siebie jak rodzina i lubili tak się nazywać.
Zastanawiała się, dlaczego demon milczy. Czyżby zamknął się w pracowni i pogrążył w swojej twórczości?
***
Kiedy w końcu wyszła z łazienki na korytarz, zgarnęła komórkę z komody i wykręciła numer Kaima – może on coś wiedział o Rimonie. W tej samej chwili coś uderzyło o drzwi. Zaskoczona zerknęła w tamtą stronę i jednocześnie usłyszała sączący się z komórki niski głos:
– Nari?
Uderzenie ponownie wstrząsnęło drzwiami. Coś ciężkiego osunęło się po nich z jękiem. Uniosła brwi. Na klatce schodowej działo się coś złego. Nagle przed oczami stanęła jej twarz Rimona. Narida przełknęła ślinę i mocniej ścisnęła komórkę w dłoni. Podniesiony głos Kaima ledwo do niej docierał. Nasłuchiwała odgłosów z klatki. Jęki ucichły. Z dudniącym sercem przycisnęła ucho do drzwi: panowała za nimi martwa cisza. Nic nie skrzeczało, nie jęczało, nie słychać było najmniejszego szmeru. Przyłożyła oko do judasza, ale niczego nie zobaczyła. Za to poczuła… smród stęchłej krwi, jakby z hordy martwych zwierząt.
– Nari? Jesteś tam?! – Głos Kaima dobiegał uparcie z telefonu.
Coś uderzyło ponownie w drzwi, tym razem tuż przy samym progu. Narida cofnęła się o krok. Oddech w niej rzęził, a obraz martwego Rimona wirował przed oczami. To niemożliwe… Czy to może być on? Serce podeszło jej do gardła – przyjaciel nie odzywał się od paru dni! Odrzuciła komórkę na bok i złapała za pęk kluczy w zamku. Szarpała nim zawzięcie, ale zamek nawet nie drgnął.
– Kurwa – syknęła przez zaciśnięte zęby. Złe przeczucia kąsały ją jak stado wygłodniałych insektów. Wilk w niej zawył, ale go zignorowała. – No, rusz się! – Klucze ślizgały się jej w palcach, aż w końcu zamek zaskoczył.
Szarpnęła za klamkę i kiedy otworzyła drzwi, na podłogę jej mieszkania osunął się Rimon. Zakrwawiony. Poharatany. Prawie nagi. Rozszarpane spodnie ledwo trzymały się na jego nogach. Anielica pisnęła. Złapała przyjaciela za ramiona i wciągnęła go do środka. Trzęsącymi się rękami zatrzasnęła drzwi i zaczęła ciągnąć demona do salonu, a szeroka smuga krwi plamiła podłogę. Kiedy w końcu położyła przyjaciela na kanapie, dyszała ze strachu. Rimon nawet nie drgnął. Przysunęła się i zaczęła klepać go po policzku.
– Rimon! Słyszysz mnie?! – Drżącą dłonią zgarnęła z jego czoła zlepione krwią kosmyki i ponownie lekko uderzyła go w policzek.
Zero reakcji. Zlustrowała ciało. Dziwne wyżłobienia pulsowały między rozszarpanymi mięśniami, jakby ktoś urządził sobie na Rimonie ucztę. Z boków wystawały żebra, z ciemnej dziury w brzuchu wyzierały wnętrzności, jakimś cudem dalej tkwiące w środku. Twarz zalana szkarłatną cieczą przypominała zastygłą maskę, a z rany na szyi sączyła się substancja o konsystencji smolistej lawy.
Narida zmarszczyła nos, smród stęchlizny miażdżył jej żołądek. Poczuła też dym – nad ciałem unosił się dziwny swąd. Odgarnęła cienkie rzemyki na szyi przyjaciela i dotknęła skóry. Lepka maź przylgnęła do jej palców. Dziewczyna błyskawicznie wytarła je o spodnie. Substancja kryła w sobie coś dziwnego, nieznanego, mrocznego. Narida podbiegła do szafy przy bocznej ścianie, wygrzebała z niej popielaty koc i okryła nim przyjaciela.
Próbowała go cucić, ale bezskutecznie. Wybiegła na korytarz i podniosła spod drzwi komórkę. Wykręciła numer Kaima. Usłyszała szybki przerywany sygnał i się rozłączyła. Wystukała numer Marma, ale ten nie odbierał. Zaklęła pod nosem i odwróciła głowę w stronę salonu. Wydawało jej się, że słyszy jęk. Doskoczyła do przyjaciela i złapała go za rękę.
– Rimon. Rimon! Słyszysz mnie?! – Głos jej się łamał. Pośpiesznie chwyciła mężczyznę za ramiona i nieco go podniosła, ale głowa opadła mu do tyłu. Opuściła Rimona z powrotem ostrożnie na kanapę. Spojrzała uważnie na jego twarz i zauważyła, że porusza ustami. Niemrawo, ledwo zauważalnie, ale jednak. Puls jej skoczył. – Rimon!
Przysunęła ucho do jego warg, ale niczego nie usłyszała. Żadnego słowa, zero jęku. Wbijała wzrok w jego usta, ale tym razem nawet nie drgnęły. Splotła dłonie na karku. Nie mogła go stracić. Nie mogła! Ponownie wykręciła numer Kaima.
– Noż kurwa… Odbierz! – krzyczała przerażona. – No szybciej! Szybciej!
– Nari, co się stało?! – W końcu usłyszała niski głos w słuchawce. – Jadę do ciebie.
– Rimon! – Tylko tyle udało jej się wydukać.
– Co z nim?
– Przyjeżdżaj! Szybko!
– Nari, co się stało?!
– Jest nieprzytomny. Kaim, on umiera!
Sygnał się urwał. Własne słowa uderzyły ją brutalnie. Nie mogła stracić Rimona. Nie mogła! Powtarzała te słowa jak mantrę.
Odłożyła telefon i pobiegła do łazienki. Cała się trzęsła. Wyjęła miednicę spod półki, nalała do niej ciepłej wody, zgarnęła ręcznik i z pełnym arsenałem wróciła do przyjaciela. Zerwała resztki dżinsów z jego nóg i zaczęła obmywać zakrwawione skrawki skóry, starając się nie dotykać ran. Wymieniła wodę i powtórzyła czynności. Na koniec zajęła się twarzą. Delikatnie ją wycierała, omijając okolice szyi. Strach ją pożerał, nie mogła oddychać. Gdyby Rimon był człowiekiem, dawno by się wykrwawił. Nie przeżyłby takiego ataku. Odłożyła ręcznik i z czułością dotknęła tego, co zostało z policzka. Musnęła opuszkami szyję i docisnęła do niej palce. Wstrzymała oddech. Nie czuła pulsu! Zerwała rzemyki z szyi i macała szyję mocniej.
– Nie! Nie! – krzyknęła ostro. – Nieeeee!
Uniosła brodę i próbowała wyrównać oddech, by wejrzeć w swoje anielskie ja. Kiedy drgnął w niej Dar Nieba – rzadki wśród pierzastych dar, dzięki któremu jakiś czas temu ożywiła tatuaż wilka na plecach i zyskała wiernego magicznego towarzysza – przyłożyła dłonie do ramion Rimona i próbowała przelać w niego odrobinę anielskiej mocy. Ciałem demona wstrząsnął nagły spazm i z rany na szyi trysnęła ciemna krew, prosto na jej twarz. Narida wrzasnęła – lepka maź dostała jej się do oczu i paliła żywym ogniem – złapała za ręcznik i w popłochu zaczęła wycierać, ale tylko rozmazała maź po skórze. Zdjęła koszulkę, by czystym materiałem przetrzeć oczy. Kiedy przestały piec, spojrzała na bluzkę.
– Co, do cholery…? – Czarna maź pląsała po materiale. Dziewczyna, przestraszona, dotknęła rany na szyi Rimona. Maź oplotła uszkodzenia niczym plaster.
Zrzuciła koc z demona i lustrowała ciało. Cal po calu. Na jej oczach mięśnie pokrywały się skórą, żebra wsuwały się na swoje miejsce, dziura w brzuchu zasklepiała się, a nogi i ręce nagle wyglądały na zupełnie zdrowe. Ani śladu po kłach, najmniejszego zadrapania. Jedynie twarz mimo odzyskania skóry pozostała blada. Narida otworzyła usta. Czy to w ogóle możliwe? Rimon nie był w pełni demonem mocy. A regeneracja, zwłaszcza po takich obrażeniach, powinna trwać znacznie dłużej. Nieraz widziała, jak rany Kaima goją się niemal błyskawicznie. Choć należał do potężnych demonów mocy, to tak rozszarpane ciało nawet u niego nie miało prawa zregenerować się w mgnieniu oka.
Nagle drzwi z hukiem uderzyły o ścianę i do salonu wpadł Kaim. Doskoczył do brata i podobnie jak wcześniej Narida klepnął go w policzek.
– Stary. Słyszysz mnie?
Kiedy ten ani drgnął, Kaim spojrzał na Naridę i… zmarszczył czoło.
– Co masz na twarzy? – Przyjrzał się ciemnym smugom na jej skórze.
Zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć, zaatakował kolejnymi pytaniami:
– Co tu się w ogóle stało?! Dlaczego Rimon jest nagi i… co to jest? – Palcem wskazał to, co miała na policzku.
– To krew Rimona, a raczej to, co trysnęło z jego szyi.
– O czym ty mówisz? – Kucnął przy bracie i dotknął rany. Gęsta ciecz momentalnie przylgnęła do jego palców. Śmierdząca, ciągnąca się. Obca. – Dlaczego on jest nieprzytomny?
– Nie wiem. – Narida pokręciła głową. Wolałaby znać odpowiedź, ale nawet wyobraźnia ją zawiodła. – Dowlókł się pod same drzwi… Tak sądzę – dodała. – Kiedy je otworzyłam, wpadł do środka. Jego ciało było rozszarpane, z licznymi śladami kłów i dziurami.
– Dziurami?
– Nawet nie wiem, jak to nazwać. Z jego boków sterczały żebra, z brzucha wystawały wnętrzności. – Wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Nigdy czegoś takiego nie widziała i nigdy nie przypuszczała, że zobaczy akurat u przyjaciela.
Kaim spojrzał na brata. Nie widział żadnych dziur, żadnych dziwnych śladów, jedynie na szyi ślimaczyła się głęboka rana.
– Jego ciało było miazgą, jakby wpadł w wyżymaczkę – kontynuowała Narida z przejęciem. – Nie wiem, co tu jest grane, ale przed twoim przyjściem cudownie się uleczył. Gdybyś wcześniej go zobaczył, powiedziałbyś, że to niemożliwe. A jednak.
Kaim zmrużył oczy. Przechylił głowę. Przez chwilę milczał, aż w końcu rzekł:
– Jakim cudem uleczył się tak szybko? – Coś mu nie pasowało.
– Też się nad tym zastanawiam. W pewnym momencie myślałam, że umrze. Próbowałam pomóc anielskimi mocami, ale chyba pogorszyłam sprawę.
– Co masz na myśli?
– Z rany na szyi trysnęła ta dziwna krew. – Palcem wskazała swój policzek. – Do tego jego ciało odrzuciło moje moce.
Kaim wbił w nią smoliste spojrzenie. Przez głowę przelatywały mu różne myśli, ale żadna nie pasowała do sytuacji. Już niejednokrotnie korzystali z anielskich mocy Naridy i zawsze uzyskiwali to, czego chcieli. Dlaczego tym razem nie zadziałały?
Ponownie zlustrował ciało brata. Z każdym centymetrem grymas na jego twarzy się pogłębiał. Wciągnął nosem powietrze, na podniebieniu osiadł mu zapach Rimona. Przechylił głowę. Uniósł rękę i zawiesił ją nad torsem leżącego. Wyszeptał demoniczne słowa i odchylił głowę do tyłu. Energia Rimona mrowiła mu skórę. Wyczuwał jego obecność, w tym pokoju, w ciele, a jednak… jakby zakopaną w najgłębszych czeluściach mroku. Zmarszczył czoło. Analizował każdą możliwość, ale nic sensownego nie przychodziło mu do głowy. Okrył Rimona kocem i nim potrząsnął.
– Brachu, słyszysz mnie? – Uparcie tarmosił jego ramiona. Kiedy nie przyniosło to rezultatów, zaczął krążyć po pokoju.
Słońce powoli wycofywało się z salonu, pozostawiając go w miękkim mroku. Narida pobiegła do sypialni po czystą bluzę i pośpiesznie wsunęła ją przez głowę. Nie chciała paradować w samym biustonoszu.
– Wiesz, gdzie Rimon był? – Kaim szukał jej wzrokiem.
– Nie – zawołała z korytarza i poprawiła kaptur na plecach. – Od kilku dni milczał, co wydało mi się dziwne.
– Zaje-kurwa-biście – wycedził przez zęby. Nagle jego wzrok zmiękł i dotknął szyi brata. – Ta maź przypomina gęstą krew, ale nią nie jest – zauważył i zaczął badać tkankę pod palcami. Zrzucił skórzaną kurtkę, położył ją na fotel i ponownie przycupnął przy bracie.
– To coś pełzło po mojej bluzce, kiedy przetarłam nią twarz. Wypływa tylko z szyi. Sprawdziłam.
Kaim wstał, nie spuszczając wzroku z Rimona, i oparł dłonie na biodrach. Zdezorientowany, przeczesał palcami czarne włosy, sygnet z tytanu błysnął na jego małym palcu. Narida zawiesiła na nim wzrok i kiedy demon ponownie zaczął krążyć po salonie, otulił ją zapach morskiej bryzy zmieszany z nutą pomarańczy i drzewa gwajakowego. Zakręciło jej się w głowie. Nie wiedziała, czy to ze strachu o przyjaciela, czy może z tęsknoty za Kaimem. Unikała go od jakiegoś czasu. Musiała uporać się ze stratą opiekuna, ale zapach mężczyzny na nowo obudził w niej pragnienie. Przełknęła ślinę i przerwała ciągnącą się ciszę.
– Co mogło go zaatakować?
– Wiele różnych stworzeń. Pytanie brzmi: dlaczego?
O ile oboje wiedzieli, Rimon nie miał wrogów. Nikogo, kto mógłby doprowadzić go na skraj śmierci.
W salonie rozbrzmiał ostry sygnał telefonu i demon wyjął komórkę z kurtki. Zerknął na wyświetlacz i z powrotem wsunął ją do kieszeni. Pochylił się nad bratem, uparcie ignorując natrętne połączenie.
– Zastanawia mnie ta maź. – Dotknął gęstej papki, rana na szyi powoli przechodziła proces regeneracji. – Mówiłaś, że miał liczne rany.
– Ciało było pogryzione, rozszarpane. – Zmrużyła oczy. – O czym myślisz?
Telefon ponownie zadzwonił, ale demon znów go zlekceważył.
– Nie odbierzesz?
– Musimy się dowiedzieć, kto za tym stoi, inaczej nie ocucimy Rimona. Wspominał, gdzie bywał w ostatnim czasie?
Narida pokręciła głową i po chwili zamarła. Wbiła wzrok w podłogę, ścisnęła dłonie przed sobą, aż w końcu spojrzała na Kaima.
– Wspominał o jakiejś dziewczynie! – Próbowała wydobyć z pamięci słowa przyjaciela, ale łapała tylko urywki. Przygryzła wargę, usilnie starając się złożyć wspomnienia w całość. – Tak! Coś mówił… o dziewczynie.
– Nie dopytywałaś?
– Chciałam, ale pub pękał w szwach i nie wiedziałam, w co ręce włożyć. Później o tym zapomniałam, a on do tego nie wrócił.
Poczuła się paskudnie. Co z niej za przyjaciółka? Rimon dziewczyn nie miewał, a kiedy jakąś w końcu sobie przygruchał, to… To ona nie słuchała. Kim była ta dziewczyna? Ukochaną przecież by przedstawił… Tak? Myśli chaotycznie gnały jej po głowie. Jedno było pewne: Rimon leżał w jej salonie nieprzytomny, a ona nie wiedziała, co ostatnio robił, gdzie bywał i przez kogo został prawie rozszarpany na strzępy. Zrobiło jej się gorąco. O kim chciał jej powiedzieć? Bo ewidentnie o kimś wspominał.
– Może ta dziewczyna nie miała z tym nic wspólnego… – Próbowała ukoić dławiące poczucie winy. Zerknęła na przyjaciela, jego twarz leniwie odzyskiwała upragniony blask.
– Może miała, może nie, ale ja nie wierzę w zbiegi okoliczności.
Kaim złapał za telefon, wybrał numer i kiedy w komórce odezwał się ciepły męski głos, rzucił bez ogródek:
– Potrzebuję twojej pomocy.
Narida obserwowała, jak nerwowo krąży po salonie. Nawet kilkudniowy zarost nie przyćmił jego zdenerwowania. Na jego białej koszulce dostrzegła ciemne smugi z rany Rimona. O dziwo, nie wiły się tak jak wcześniej na jej bluzce. Miała wrażenie, że szrama na brwi Kaima pulsuje od natłoku emocji. Przygryzła nerwowo wargę i wsłuchiwała się w rozmowę.
– Nie wiem, co się stało – demon potarł kark – ale nie mamy zbyt wiele czasu. Rany się zasklepiły, tylko jedna wciąż się jątrzy i to właśnie ona martwi mnie najbardziej. Wygląda dziwnie. Zabierz ze sobą sprzęt.
Rozmawiał jeszcze przez chwilę, aż w końcu się rozłączył.
– Kogo wezwałeś? – zapytała anielica.
– Starego przyjaciela. Jest lekarzem w pobliskim szpitalu.
Wilk wiercił się w jej ciele, nosem uderzał o łopatki, domagając się materializacji. Narida wygięła plecy, znajome igły sunęły po jej skórze niczym pierzaste chmury po bezkresnym niebie. Oczy błysnęły jej błękitem i po chwili parokrotnie poruszyła barkami. Mleczna mgła rozlała się po parkiecie, po czym wzbiła się wysoko i w końcu z gęstych oparów wyłoniła się wielka łapa, za którą podążyła druga. Za nimi wysunęła się srebrzysta głowa z wysoko postawionymi uszami. Oczy bestii jarzyły się krwistą czerwienią, ogon leżał płasko na zadzie. Narida kucnęła przed pupilem i docisnęła twarz do jego pyska, a mistyczna aura otuliła ich ciała.
W oczach Kaima błysnęła czerń. Nie widział ich mocy, ale ją czuł, i to w każdej komórce swojego ciała. Czworonóg zerknął na demona i kiedy pochwycił jego spojrzenie, skinął łbem.
– Ciebie też miło widzieć. – Kaim odwzajemnił gest, mimo że od jakiegoś czasu zwierzę nie pałało do niego sympatią. Musiał jednak przyznać, że niechęć minimalnie topniała.
Głośne dudnienie zatrzęsło drzwiami i w progu pojawił się szpakowaty mężczyzna ze spiczastą brodą sięgającą brzucha. Ubrany w biały kitel, z lekarską torbą w ręku wmaszerował do salonu niczym żołnierz na pole walki. Narida podeszła do nieznajomego i już chciała wyciągnąć dłoń, kiedy wyczuła bicie… dwóch serc. Spojrzała na klatkę piersiową gościa, potem na jego twarz i znów na tors. Słowa zamarzły jej w krtani. Mężczyzna miał dwa serca, z tym się jeszcze nie spotkała. Wilk otarł się o jej nogę i szczeknął swobodnie.
– Dziękuję, że tak szybko przybyłeś. – Kaim wyłonił się zza pleców Naridy i uścisnął dłoń przyjacielowi.
Dziewczyna dalej przyglądała się mężczyźnie. Choć wyglądał na sędziwego, to wyczuła w nim młodą duszę. Spojrzała w jego głęboko osadzone oczy. Tęczówki pozornie jarzyły się zwyczajnym brązem, ale pod tą ludzką barwą tliła się skwiercząca, intensywna zieleń nasycona niebotyczną mocą. Taką, na którą ludzie z pewnością nie byli gotowi.
– Luko, to jest Narida i jej wilk. – Kaim wskazał na anielicę i jej towarzysza. – A to jest przyjaciel rodziny. – Poklepał mężczyznę po ramieniu. – Luko nie tylko leczy ludzi, ale i bada organizmy roślin i zwierząt.
– Zwłaszcza zwierząt – doprecyzował Luko, wyszczerzając przy tym zbyt równe i białe zęby. – Bardzo mi miło. – Uścisnął dłoń anielicy i z wielką czcią pokłonił się czworonogowi. – To dla mnie zaszczyt. Nie wspominałeś, że przyjaźnisz się z iskrami światła – zwrócił się do Kaima, ale to dziewczynę obdarzył uśmiechem. Potarmosił wilka po czuprynie jak zwykłego psiaka i podszedł do kanapy.
– Z kim? – Narida wodziła oczami po jego plecach.
– Raczej z czym – poprawił ją Luko i kucnął przy Rimonie. – Masz olbrzymi dar, pewnie nieraz o tym słyszałaś. Ty i twój pupil jesteście połączeni nie tylko magią. Ja widzę was po swojemu.
– Czyli jak?
Lekarz nachylił się nad Rimonem i wąchał go jak pies tropiący. Otworzył torbę lekarską i przez moment rozważał, co wyciągnąć, po czym kontynuował:
– Dla mnie jesteście dwiema migoczącymi iskrami światła, które nieustannie się łączą. – Wbił wzrok w nóż myśliwski, a potem przeskoczył spojrzeniem na stetoskop.
– Hmm? – Narida skrzywiła usta.
– Wasza energia płynie nie tylko po tym świecie, ale wdziera się też do innych wymiarów. – Nie zwracał uwagi na jej pojękiwania. – Gdy się dotkniecie, wasze energie splatają się ze sobą, by po chwili się rozdzielić i dalej płynąć obok siebie. Świat nie składa się wyłącznie z materii…
Narida zaniemówiła. Iskry światła? Serio?
– Jestem anielicą – wystękała.
– Jedno nie wyklucza drugiego. Twój dar czyni cię także czymś więcej. Ciebie i twojego wilka.
Zerknęła na pupila – on również stał z otwartym pyskiem i wbijał ślepia w mężczyznę.
– Hej. Nie czas na pogaduchy. – Kaim wymownie spojrzał na staruszka. Mieli ważniejszą sprawę do załatwienia.
– Tak, tak. Wybacz. – Luko ponownie skupił się na pacjencie. – Bierzmy się do roboty.
Anielica przeniosła wzrok na Kaima, a gdy ich spojrzenia się spotkały, niemo zapytała: „Kim on jest?”. Demon zignorował jej dociekania i skoncentrował się na bracie. Staruszek tymczasem uniósł koc i lustrował gładkie ciało Rimona. Narida zrelacjonowała wcześniejszy stan przyjaciela: opisała rany, ugryzienia, określiła ilość krwi, którą był umazany, nie pominęła też unoszącego się smrodu stęchlizny zmieszanej z dymem. Luko opuścił koc, wyciągnął z torby metalową szpatułkę i zaczął nią grzebać w szyi demona. Lepka, ciemna substancja wciąż ciągnęła się po skórze niczym żywica, a odór stęchlizny ponownie wypełnił pokój.
– Co to za maź? – Narida pochyliła się nad Lukiem i dyszała mu nad głową. – Wszystkie rany się zabliźniły, tylko ta jedna się jątrzy, mimo że jest już mniejsza.
Staruszek zmarszczył nos. Po chwili wystawił język i pomachał nim na wszystkie strony. Narida ściągnęła usta, starała się nie parsknąć – taki widok nawet trupa by rozśmieszył.
– Wyczułeś coś? – Kaim splótł ręce na klatce piersiowej. Miał nadzieję, że Luko nie potwierdzi jego przypuszczeń.
Anielica skrzywiła usta. Smród stęchlizny nieprzyjemnie zagnieździł się w jej nosie.
– Wyłapuję zwierzynę. – Mężczyzna przysunął szpatułkę do ust i czubkiem języka posmakował gęstej mazi. – Dużą. Włochatą. Zrodzoną z magii. Tylko jeszcze nie wiem z jakiej. – Lekko się skrzywił.
– Wiemy chociaż, co to za zwierzę? – Anielica potarła brodę.
– Włochatych zwierząt jest wiele. Są takie, które należą do ludzkiego świata, i takie, które kryją się w mroku, poza wzrokiem ludzi. Skoro magia jest wyczuwalna, można przypuszczać, że zwierzę należy do tych drugich. A jest ich ogrom. Wyczuwam też pióra.
– Pióra? – Kaim zmarszczył czoło.
– Był podziobany? – Luko zadarł głowę i zerknął na dziewczynę.
– Bardziej pogryziony, chociaż trudno stwierdzić. Jego zakrwawione ciało przypominało miazgę.
– Pobiorę krew, może znajdę coś, co należy do napastnika. – Luko wstał i przejechał dłonią po długiej brodzie. – Lub napastników. – Zapach piór nie dawał mu spokoju.
– Ile czasu ci to zajmie? – Kaim obserwował przyjaciela, który zaczął pobierać krew z szyi Rimona, i nagle zamarł. Krew nie była czerwona.
Redakcja: Justyna Yiğitler
Korekta: Gabriela Niemiec, Anna Kurek
Projekt okładki i stron tytułowych: Justyna Sieprawska
Grafika wykorzystana w treści książki: Anna Wojnarowska
Skład i łamanie: Plus 2 Witold Kuśmierczyk
Konwersja do EPUB/MOBI: InkPad.pl
Wydawnictwo Mięta Sp. z o.o.
03-475 Warszawa, ul. Borowskiego 2 lok. 210
www.wydawnictwomieta.pl
tel. +48 505 636 224
ISBN 978-83-68608-72-4
