Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Zemsta najlepiej smakuje na zimno
Aaron Walker, były agent FBI, od sześciu lat prowadzi spokojne życie. Sparaliżowany po starciu z seryjnym mordercą znanym jako Cutthroat Killer, porzucił służbę i otworzył niewielką księgarnię. Gdy okazuje się, że człowiek odpowiedzialny za jego upadek uciekł z więzienia, przeszłość wraca ze zdwojoną siłą.
W Waszyngtonie zaczynają ginąć ludzie. Każdy z nich nosi nazwisko członków dawnej grupy Aarona. Mordercza lista istnieje… i ktoś metodycznie odhacza kolejne nazwiska. Wszystko wskazuje na Cutthroat Killera, który wraca, by dokończyć to, co zaczął.
Walker zgadza się pomóc FBI jako konsultant, ale stawia jeden warunek: chce współpracować z detektyw Beatrice Simmons, jedyną osobą, która nie boi się podważać decyzji Biura.
Gdy Cutthroat Killer zostaje odnaleziony martwy, zamordowany w sposób identyczny jak jego ofiary, staje się jasne, że ktoś przejął zaczął grać według jego zasad. A Walker musi zmierzyć się nie tylko z mordercą, ale też z przeszłością i koszmarną perspektywą, że rzeczywisty wróg od początku był bliżej, niż przypuszczał.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 435
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Katarzyna Sienkiewicz
Ostatni na liście
Mojej przyjaciółce Agnieszce,
bez której nigdy nie skończyłabym tej książki
Od dawna zadaję sobie pytanie: jakie byłoby moje życie, gdybym nie miał żadnego powodu, by żyć?
Długo borykałem się z tym pytaniem i co najlepsze, gdy zacząłem podawać w wątpliwość sens mojego istnienia, predestynacja nadeszła sama. Zrodzona w cierpieniu i mękach – zupełnie jak wszystko, począwszy od narodzin człowieka. Może właśnie dlatego była taka piękna. Taka wartościowa. A plan, który przez ostatnie lata we mnie dojrzewał, był tak piękny, tak olśniewający swoją brutalnością, że gdyby Chopin żył, skomponowałby mroczną symfonię na moją cześć.
Ktoś mógłby powiedzieć, że jestem mścicielem, kreatorem własnej sprawiedliwości. Może i jest w tym ziarno prawdy, ale nigdy nie lubiłem tego określenia, tym bardziej że nie chodziło o zemstę, a o wyzwolenie od cierpienia. I o próbę przekazania, że nie ma ucieczki od konsekwencji swoich czynów. Dług zawsze musi zostać spłacony.
Wkrótce zapłaci za to, co zrobił.
Jesień już od pierwszego dnia swojego panowania pokazywała światu, kto tu rządzi. Było coś niesamowitego w zmianie, jaka zaszła w tym mieście Dystryktu Kolumbii w czasie niespełna doby. Jeszcze wczoraj, w ostatni dzień lata, wszystko było jak trzeba. Słońce świeciło pogodnie, ogrzewało wyciągnięte ku niemu twarze ludzi, którzy niemal zapominali o pracy, domu, rodzinie, chcąc się nacieszyć ostatnimi godzinami lata.
Teraz jesienna depresja zdawała się udzielać każdemu. Elena Close w milczeniu obserwowała ludzi przebiegających w pośpiechu ulicą. Kącik jej ust drgnął lekko, gdy przejeżdżająca taksówka wznieciła z kałuży fontannę wody, która zakończyła swój krótki lot na płaszczu przechodzącego mężczyzny. „Witamy w Waszyngtonie” – pomyślała.
Oszukiwałaby samą siebie, gdyby stwierdziła, że nie jest podenerwowana. Miała niemal większość powodów, jakie mogą pozbawić spokoju młodą kobietę. Przeżyła dwadzieścia dwa lata, była świeżo upieczoną absolwentką szkoły pielęgniarskiej i w ramach przygotowania do pełnienia zawodu znajdowała się niemal zupełnie sama w tym małym, jak na standardy stolicy, szpitalu. A w każdym razie tak się czuła. Placówce tej groziło zamknięcie z powodu zbyt małej liczby pacjentów, więc w udziale przypadła jej opieka nad aż dwoma oddziałami, na których przebywało ni mniej, ni więcej jak pięciu pacjentów. Dwójka dzieci z katarem i gorączką na pediatrii oraz trójka imprezowiczów, jeszcze do niedawna pijanych w sztok, teraz leżących na urazówce z przynajmniej jedną kończyną w gipsie. Żadnych ciekawych przypadków, ale Elena wiedziała doskonale, że powinna cieszyć się, że w ogóle dostała pracę. Nawet jeśli w grę wchodził etat w podupadającej placówce.
Drgnęła lekko, gdy drzwi do dyżurki nieznacznie się uchyliły. Wraz z powietrzem noszącym charakterystyczną szpitalną woń medykamentów i choroby poczuła wyraźny zapach wody kolońskiej. Głęboko zaciągnęła się wonią drzewa sandałowego i piżma. Już sam ten zapach sprawiał, że jej serce zaczynało bić szybciej.
– Witam, panno Close – powiedział Zack Tucker.
Nie starał się nawet mówić cicho, a przynajmniej ciszej. W jego miękkim głosie doskonale słyszalna była ta charakterystyczna podekscytowana nuta. Odwróciła się w jego kierunku, a uśmiech jaśniejący na jego twarzy zdawał się mówić: „nareszcie spokój”. Cicho zamknął za sobą drzwi. W pokoju ponownie zapanował półmrok.
Elena, po raz kolejny odkąd zaczęła tu pracę, zmierzyła go uważnym spojrzeniem. Zack był młodym lekarzem, na pewno nie skończył jeszcze trzydziestki, ale wokół jego oczu zaczęły już się pojawiać sieci drobnych zmarszczek, jakich dorobił się, spędzając długie wieczory i noce nad książkami z anatomią. Albo w barach. Jasne włosy były modnie przycięte, a błękitne, niemal chłopięce oczy uśmiechały się zawadiacko, zdradzając uśmiech, który – miała nadzieję – był zarezerwowany tylko dla niej.
– Podziwiasz widoki? – spytał.
– Nie ma tu niczego do podziwiania.
Oboje stanęli pod oknem i wbili spojrzenia w popychaną wiatrem, toczącą się ze smętnym odgłosem pustą puszkę po piwie.
– Podglądasz kogoś?
– Wiesz, że nie ma tu nikogo, kogo chciałabym podglądać.
Tucker uśmiechnął się szeroko. Jego nienaturalnie białe zęby błysnęły w świetle ulicznej latarni.
Wiedziała, o czym myśli. O tym samym co ona. Jak daleko może się posunąć, żeby nie przestraszyć drugiej strony? Co oprócz ich samych może im przeszkodzić? Czy mogą? Czy to wypada?
Poczuła, jak na jej policzkach wykwita palący rumieniec, tak wyraźny, iż była pewna, że on również go widzi.
Wokół zapanowała cisza. A mimo to nasłuchiwała. Nie wiedziała, czego się spodziewa. Albo miała nadzieję, że cokolwiek to jest, to się nie stanie.
– Co słychać? – spytała, wbijając spojrzenie w samochód parkujący po drugiej stronie ulicy.
– Spokojnie. Mając taką liczbę pacjentów, zdecydowanie zapowiada się mało aktywna noc – odparł z szelmowskim uśmiechem. – Chyba że miałaś na myśli coś innego.
– Co mogłabym mieć na myśli?
– Na przykład to, z kim ostatnio zacząłem się spotykać.
– Spotykasz się z kimś? – spytała z drżeniem w głosie, pewna, że przeliczyła się co do niego. Zawsze tak było.
– Cóż, chciałbym. Jest świetna, wiesz?
– Dlaczego mi to mówisz?
– Bo znasz ją lepiej niż ktokolwiek inny – szepnął, zanurzając nos w jej włosach. Elena poczuła przebiegający po plecach dreszcz.
– Co masz na myśli? – odszepnęła.
– Nie wiesz?
– Nie mam pojęcia.
– To ty, głuptasie. – Zaśmiał się ponownie.
Ze śmiechem odsunęła go od siebie.
– Mogę mieć pewność, że to prawda?
– Nigdy nie można mieć pewności – odparł poważnie, lecz w jego oczach błyskały ogniki rozbawienia. – Och, zapomniałbym.
– O czym?
Usłyszała, jak Zack pstryka zapalniczką. Odwróciła się dopiero wtedy, gdy poczuła obok siebie ciepło płonącej świecy.
– Wszystkiego najlepszego – zaśpiewał cicho, trzymając w dłoniach muffinkę z wbitą urodzinową świeczką.
Spojrzała na nią szeroko otwartymi oczami.
– Skąd wiedziałeś?
Wzruszył ramionami.
– Pomyśl życzenie.
Posłusznie zacisnęła powieki i zdmuchnęła świeczkę. Z radością przyjęła ciastko.
– Skąd je masz? – spytała po paru chwilach, kiedy jedli jej miniaturowy tort we dwójkę.
– Upiekłem.
– Nie umiesz nawet usmażyć jajecznicy.
– No dobra, masz mnie. Kupiłem.
– Ale jakim cudem? Kiedy tu wchodziłeś, nie miałeś nic w rękach.
Uśmiechnął się zakłopotany.
– Lekarskie fartuchy mają duże kieszenie.
– Hmm. To tłumaczy te paprochy.
– Przecież to nowy fartuch!
– Ale chyba nie muszę ci mówić, że jesteś bałaganiarzem.
Uciszył ją kolejnym pocałunkiem.
– Aleś ty wredna – wymruczał.
Uniosła brwi.
– Powiedz mi lepiej, co pomyślałaś, kiedy zdmuchiwałaś świeczkę.
– Nie mogę.
– Dlaczego?
– Wtedy życzenie się nie spełni.
– Naprawdę?
– Mhm.
– A co, jeśli zademonstruję ci to, co myślę, że pomyślałaś?
– Jeśli myślisz o tym, co myślę, to myślę, że jestem za – odparła.
Sama nie wiedziała, kiedy ściągnął jej górę od szpitalnego scrubsa. I chciała tego. Było to wciąż tak nowe, zakazane i podniecające – czuć jego dłonie na swoim ciele.
– Nie, nie. Przestań – wysapała, gdy sięgnął zapięcia jej stanika.
Posłusznie odsunął się na kilka centymetrów.
– Za szybko?
Pokręciła głową.
– Więc co się stało? – spytał łagodnie, wodząc nosem po jej obojczyku. Aromat jego perfum stał się jeszcze bardziej wyczuwalny. Mieszający jej w głowie.
– Zaraz ktoś wejdzie.
– Nie wejdzie. Jesteśmy sami. I tylko sami – szepnął jej do ucha. – Liczymy się tylko my.
Uwierzyła w to, co mówi, chyba tylko dlatego, że chciała posmakować jego ciała w równym stopniu co on jej. Wskoczyła na jego ramiona i pozwoliła się posadzić na blacie konsoli pielęgniarskiej. Zanurzyła dłonie w jego włosach, ze śmiechem przyciągając go bliżej.
Ich pocałunki były coraz namiętniejsze, a oddechy szybsze, kiedy oboje usłyszeli huk zatrzaskiwanych drzwi. Zack znieruchomiał.
– Ktoś wszedł na izbę.
– Niech zaczeka – jęknęła.
On jednak odsunął się od niej, nasłuchując. Dźwięk nie powtórzył się, ale atmosfera prysnęła. Elena pospiesznie naciągnęła na siebie scrubs i przejrzała się w czarnym ekranie telefonu.
– Po dyżurze idziemy do mnie – wysapał Zack, przygładzając jej rozczochrane włosy.
Podziwiała sposób, w jaki tak szybko zdołał się opanować. Kiedy poprawił fartuch i wyprostował się, wyglądał na zwykłego lekarza pełniącego nocny dyżur.
– Sprawdźmy, kogo nam przywiało – powiedział i złożywszy na jej ustach kolejny szybki pocałunek, dodał: – Mam nadzieję, że całe to zamieszanie to tylko przeciąg i będziemy mogli odpocząć.
– Odpocząć? Niby od czego? – Zaśmiała się.
Oboje wyszli na jasno oświetlony korytarz, zmuszający ich do mrużenia oczu w jaskrawym świetle. Elena szła pewnie, kołysząc biodrami, mając nadzieję, że na nią patrzy.
Pierwsza zobaczyła gościa, który zawitał na korytarzu urazówki.
A raczej to, co z niego wypływało.
Poczuła, że zamiera, patrząc na ciało rannego mężczyzny leżącego przed drzwiami. Przez moment nie mogła zrobić zupełnie nic poza wpatrywaniem się w kałużę krwi spływającą z jego rannego gardła i mimo że ukończyła szkołę pielęgniarską z wyróżnieniem, w głowie miała zupełną pustkę.
Dopiero gdy Tucker padł na kolana obok rannego, zdała sobie sprawę, że stoi jak kołek na środku korytarza.
– Cholera, Eleno! Rusz się! – krzyknął, usiłując sprawdzić tętno na jego szyi, w miejscu, gdzie ziejąca rana nie uszkodziła arterii.
Nie zareagowała. Nie mogła. Obserwowała Zacka, który sprawnymi palcami usiłował znaleźć źródło krwotoku i go zatamować.
– Eleno!
Poruszyła się.
– Eleno, do cholery! On umiera!
Padła na kolana po przeciwnej stronie nieznajomego.
Próba ratowania mężczyzny była skazana na niepowodzenie już w chwili, gdy została mu zadana ta rana. Oboje nie mogli zrobić nic więcej.
– Zack – szepnęła.
– Co?!
– Przestań.
Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Dłonie miał we krwi.
– Co? – powtórzył ciszej.
– Przestań. Już po nim. To tętnica, prawda? Krew powinna tryskać pod ciśnieniem. Powinna tryskać ci na twarz, a nie…
Spojrzał z zaskoczeniem na swoje dłonie, jakby nie dowierzał temu, co widzi, lecz mimo to nie opuścił ich. Nie był w stanie drgnąć i dopiero głos Eleny sprawił, że mógł poruszyć głową.
– Zack… On nie ma powiek – szepnęła, wpatrując się w wysuszone spojówki mężczyzny oraz zaskakująco przytomne oczy spod usuniętych fałd skóry, patrzące wprost na nią spojrzeniem pełnym wyrzutu.
Przeniosła wzrok na Tuckera. Oboje dyszeli ciężko, jakby przed chwilą zdołali przeprowadzić wyczerpującą dwuosobową reanimację, a nie byli jedynie świadkami nadciągającej śmierci.
– Chyba po pracy nie pójdziemy do ciebie.
Światła stojących w okolicy radiowozów przebijały się przez nieustannie padający deszcz, już z daleka obwieszczając każdemu, kto przemierzał ulicę, że stało się tu coś godnego uwagi. Coś, co ma się okazję zobaczyć jedynie w wieczornych wiadomościach. Albo w filmach. Ale mimo to na chodniku nie widniał ani jeden człowiek, który nosiłby coś innego niż policyjny mundur.
„Nie dziwię im się” – stwierdził w myślach Michael Cross, wychodząc z ciepłego, bezpiecznego wnętrza auta wprost na deszcz, który w ciągu paru godzin zdążył się przekształcić z wieczornej mżawki w nocną ulewę. Zimny wiatr przeniknął go do szpiku kości i mimo iż podniósł kołnierz swojego płaszcza, krople wody jakimś sposobem zdołały znaleźć drogę ku jego skórze.
Na oddziale kręciło się mnóstwo ludzi i gdyby nie wiedział, że ów szpital jest na skraju zamknięcia, nawet nie zwróciłby na ten fakt najmniejszej uwagi. Ta bojowa atmosfera była znajoma. W każdym szpitalu panowała podobna.
Do środka wszedł głównym wejściem i choć nie znał tego budynku, gdy tylko przekroczył jego próg, raźnym krokiem ruszył przed siebie. Pustka. Nawet światło było przygaszone. Z jakiegoś powodu takie miejsca tylko przyciągały zabójców. Rzucił okiem na ściany przed sobą, szczególnie koncentrując się na kątach. Nie było kamer. To już go nie dziwiło.
– Mogę w czymś pomóc? – usłyszał.
Odwrócił się w kierunku źródła głosu i dostrzegł policjanta o zmęczonej, poszarzałej twarzy, stojącego w prostopadłym korytarzu. Kojarzył go z kilku innych miejsc zbrodni, lecz najbardziej z tych, które nastąpiły w ciągu ostatnich kilku tygodni. Wiedział, że to, co teraz zrobi, nie spodoba się waszyngtońskiej policji w najmniejszym stopniu, lecz pewnym siebie ruchem wyciągnął odznakę.
– Michael Cross. FBI – rzucił.
– Znam cię doskonale, Cross.
– Agencie Cross.
Policjant wykrzywił się w grymasie niezadowolenia i wbił ręce w kieszenie.
– Mniejsza o to. W czym mogę pomóc, panie FBI?
Pytanie to w uszach Michaela brzmiało: „Co ty tu robisz, do cholery?”.
– Może mógłbyś zacząć od doprowadzenia mnie na miejsce, w którym znaleziono ciało.
– Na miejsce zbrodni.
– Skąd to założenie, że właśnie tu jest miejsce zbrodni?
Policjant roześmiał się sucho.
– Stąd, że facet tu skonał.
– Umarł tu, ale to nie znaczy, że to właśnie w tym miejscu została mu zadana śmiertelna rana.
– Mniejsza o to – powtórzył, niechętnie idąc w kierunku Crossa.
Wyminął go i ruszył prosto, w kierunku, gdzie wcześniej zmierzał Mike. Z każdym krokiem odgłosy wydawane przez ekipę policyjną zdawały się coraz głośniejsze, a Mike poczuł zarówno strach, jak i ekscytację, rozkładające się w równych proporcjach. Strach przed tym, co nieuchronnie miało się stać, jeśli w porę nie odkryją sprawcy, a podniecenie wobec tego, co tu zastanie. Jego kariera jako agenta FBI przechodziła różne etapy – od strachu, przez zwątpienie i narastającą nostalgię za tymi, którzy odeszli, aż w końcu po ekscytację. Jakby tropienie zabójców zbudziło w nim łowcę. Albo potwora polującego na inne potwory.
Kiedy wyłoniło się przed nimi miejsce zdarzenia, Michael odruchowo zanotował w myślach liczbę pracujących wokoło ludzi: dwóch prowadzących sprawę detektywów pochylających się obok lekarza sądowego nad ciałem oraz pięciu kręcących się wokół mundurowych. Reszta prawdopodobnie rozeszła się po budynku w poszukiwaniu jakichkolwiek nagrań z nieistniejących kamer, łudząc się zapewne, że być może znajdą gdzieś choć jeden działający aparat oraz świadków.
Standardowe miejsce, w którym nagle znaleziono umierającego człowieka, któremu nie udało się pomóc. Jakby jakiekolwiek takie miejsce mogło być normalne.
Kilkoro policjantów podniosło głowy. Pozdrowił ich milczącym skinieniem i podszedł w kierunku denata. Stanął w takiej odległości, aby detektywi nie mieli zbyt szybko wrażenia, iż narusza ich teren, ale wystarczającej, aby móc bez przeszkód obserwować ciało.
– Dobry wieczór – odezwał się.
Dwójka detektywów uniosła głowy i wymieniła ze sobą znaczące spojrzenie.
– To chyba niezbyt odpowiednie powitanie – powiedziała policjantka, wstając. – Szczególnie przy nim.
Michael szybko zmierzył ją spojrzeniem. Miała nie więcej niż sto sześćdziesiąt centymetrów wzrostu, ale coś w jej sposobie bycia – może pewność siebie, którą emanowała – sprawiało, że wydawała się zdecydowanie wyższa. Miała na sobie workowaty kombinezon ochronny, ale miejsca, w których stykał się z jej ciałem, zdradzały jej wysportowanie. Zdjęła rękawiczkę i wetknąwszy na miejsce niesforny kosmyk czarnych włosów, który wymknął się z ciasnego koka, który często nosiły policjantki, podała mu rękę, nie spuszczając z niego swoich błyszczących brązowych oczu.
– Proszę wybaczyć. Oczywiście ma pani rację. Pani…
– Detektyw Beatrice Simmons.
– Agent specjalny Michael Cross.
– FBI?
Przytaknął. Udał, że nie zauważył grymasu, który przemknął po jej twarzy.
– Wiadomo już coś? – spytał.
– Oprócz tego, że facet się tu wykrwawił? Niewiele.
– Sprawca musiał chyba coś zostawić?
– Nie zostawił nic. Żadnych odcisków, włókien. Nic z wyjątkiem jego – powiedziała, brodą wskazując mężczyznę leżącego na podłodze.
– Czy mogę podejść bliżej? – spytał Mike uprzejmie, doskonale wiedząc, jaka odpowiedź nadciąga.
– Jeśli nie będziesz stał w jego krwi, nie widzę żadnego problemu, żeby FBI mogło przyjrzeć się sprawie.
Mike uniósł brew, ale nic nie powiedział. Zapewne dlatego, że gdyby był na jej miejscu, prawdopodobnie zachowywałby się tak samo opryskliwie. Albo bardziej. Bądź co bądź obecność FBI w miejscu znalezienia zwłok z reguły zwiastowała, że to właśnie Biuro przejmie sprawę, wyrywając ją policji. Być może byłby nawet skłonny ustąpić, gdyby nie fakt, że właśnie znaleziono ostatnie ciało. A przynajmniej ostatnie, jakiego się spodziewali.
Łagodnie podszedł bliżej i skinął głową drugiemu detektywowi, który najwyraźniej nie uznał za stosowne, aby się przedstawić. Widział go po raz pierwszy, a przynajmniej tak mu się wydawało. Stanął u jego boku, rzucając na niego spojrzenie z góry.
– To detektyw Philip Stanley – przedstawiła kolegę Beatrice.
Philip Stanley nie zareagował.
Odpowiedział natomiast lekarz medycyny sądowej. Jeden z niewielu sprawujących pieczę nad Waszyngtonem. Biorąc pod uwagę, że miasto było nazywane Stolicą Morderstw, miał on pełne ręce roboty. Ale jak zwykle, mimo późnej pory i dość specyficznej śmierci badanego mężczyzny, ciągle był nastawiony otwarcie do współpracowników, niezależnie, czy byli oni z policji, czy znienawidzonego przez nią Federalnego Biura Śledczego.
Doktor Sean Cruger uśmiechnął się, ściągając zakrwawioną lateksową rękawiczkę, i podał dłoń Crossowi. Uścisnął ją tak, jak staremu znajomemu. W zasadzie tak było – większość raportów sporządzonych przez patologa dotyczyła spraw, które prowadził Mike, a nic tak nie zbliża do siebie obcych ludzi jak wszechobecna śmierć.
– Pracowita nocka, co? – zagadnął go Mike.
– A żebyś wiedział. I jeszcze ta cholerna pogoda. Mam wrażenie, że już niedługo zacznie się sezon na przeziębienia.
– To już się nie zaczął?
– Kto jak kto, ale ty powinieneś uważać, agencie Cross. Kolejna jesień, a lat nie ubywa.
– I kto to mówi.
Patolog zaśmiał się lekko, ponownie nachylając nad ciałem. Wskazał ranę na szyi denata.
– Przypomina ci to coś, Mike? – spytał.
– Aż za dobrze. Kto wezwał policję? – zwrócił się do detektyw Simmons.
Wzruszyła ramionami.
– Pielęgniarka – wyciągnęła z kieszeni notes i odczytała – Elena Close. Dzisiaj pracowała na nocną zmianę razem z lekarzem Zackiem Tuckerem. Oboje pracowali na izbie przyjęć. I razem przebywali w dyżurce, kiedy usłyszeli, jak to określili, trzaśnięcie drzwiami.
– Trzaśnięcie drzwiami? Żadnego krzyku?
– Nie. Przez moment myśleli nawet, że to przez ten wiatr, ale kiedy wyszli na korytarz, znaleźli jego.
– Widzieli coś?
– Nic. Dlatego oboje przeżyli lekki szok, kiedy zobaczyli konającego mężczyznę na korytarzu tego ospałego szpitala.
– Szok? Przecież to medycy. Powinni być przyzwyczajeni do takich widoków.
– Powinni – prychnęła z pogardą.
Mike uśmiechnął się lekko. Policjantka w przeciwieństwie do niektórych chyba faktycznie nadawała się do swojej pracy. Była ostra i najwyraźniej miała mocny żołądek, czego nie mógł powiedzieć o jej partnerze, którego nazwisko już wypadło mu z głowy.
– Gdzie mogę ich znaleźć?
– Kazaliśmy im wejść do dyżurki i tam zostać. Jest z nimi policjant. Ale wątpię, czy zdołają powiedzieć coś więcej. Zapytaliśmy ich już praktycznie o wszystko. – Mięsień na jej twarzy drgnął. – Ale jeśli dojdziesz do wniosku, że musisz pomówić z nimi osobiście, nie będę tego panu bronić, agencie Cross.
Mike kiwnął głową.
– Dobra robota. Dziękuję – powiedział.
Beatrice spojrzała na niego nieufnie.
– Przecież FBI nie ma powodu, aby dziękować policji.
Postanowił nie odpowiadać. To nie miało zgoła żadnego sensu.
Ponownie spojrzał na martwego mężczyznę. Podobnie jak w przypadku pozostałej piątki leżał na wznak w kałuży własnej krwi. Jedyną różnicą, jaką Mike zauważył od razu, był fakt, że jako jedyny miał oczy. Zmętniałe już oczy, których nie chroniły powieki. Jedna cholera wie, jakie jeszcze niespodzianki zostawił sprawca. Bo było pewne, że to był on. Ten sam człowiek, który zabił pozostałe pięć osób. Głębokie nacięcie na szyi denata stanowiło niemal jego podpis.
– Wprowadzisz mnie, doktorze?
– Skąd założenie, że wiem już cokolwiek o tym mężczyźnie?
– Bo cię znam.
– To zabrzmiało dziwnie jak na agenta Biura. – Cruger zacmokał z dezaprobatą. Spoważniał nieco, kiedy zobaczył niezadowoloną minę policjantki, i posłał Mike’owi porozumiewawcze spojrzenie. – Przyczyną śmierci zdecydowanie jest wykrwawienie. Rana, tak jak w pozostałych pięciu przypadkach, ciągnie się od lewego ucha, przecina lewą tętnicę szyjną, krtań, a kończy się, zanim narzędzie przecięło drugą tętnicę. Cięcie jest głębokie, prawie trzycentymetrowe. Dość charakterystyczne. Serce wciąż biło, gdy ostrze przecięło ciało.
– Tak zabijają komandosi – powiedział milczący dotąd detektyw Stanley.
– Nie ma rozbryzgu krwi.
– Owszem. To nie tu zadano mu ranę.
– Gdzie mógł to zrobić? – spytał Michael.
– Z całą pewnością gdzieś niedaleko. Może za drzwiami oddziału, na podjeździe karetek. To zgadzałoby się z ilością krwi, jaką stracił tutaj. Gdyby poderżnął mu gardło gdzieś dalej, nie osiągnąłby pożądanego efektu, że tak to ujmę. Po prostu porzuciłby ciało, a nie rannego, bo mężczyzna zdążyłby się wykrwawić po drodze.
– Cholera. Pada deszcz.
– Nie ukrywam, że to przeszkadza w prowadzeniu śledztwa.
– Przeszkadza? Chryste. Sprawca właśnie ukończył cykl zabójstw. A przynajmniej tych, co do których jeszcze mogliśmy się domyślać, że w ogóle nastąpią. Teraz zostaliśmy z niczym. Po raz kolejny.
Beatrice Simmons odchrząknęła lekko.
– Jeśli gdzieś został jakiś ślad, choćby pozostałość rozbryzgu krwi tętniczej, zabezpieczą go technicy.
– Po takim czasie na deszczu nie zostanie zbyt wiele śladów.
– Może…
– Z rana zlecę test z użyciem luminolu. Być może wtedy pogoda zdoła się choć trochę opanować.
Nie odpowiedziała.
– Wiesz, co na pewno wprowadzi trochę emocji do twojego nudnego życia, Michael? – spytał lekarz.
– Na pewno zaraz mnie oświecisz.
– Zanim przyjechałeś, zdążyłem odkryć to – odparł Cruger i uniósł koszulę denata. Jego brzuch był nienaturalnie opięty, nawet dla oka laika, lecz co ciekawsze, był owinięty folią przesiąkniętą krwią. Część folii była rozwinięta, prawdopodobnie za sprawą samego patologa. – Jak uważasz, czemu to mogło służyć? – spytał Crossa ku niezadowoleniu detektyw Simmons. Zdecydowanie nie lubiła być ignorowana. Szczególnie na miejscu zbrodni. Powoli zaczynała kipieć z wściekłości.
Michael zastanowił się chwilę.
– Wygląda jak prowizoryczne opatrywanie ran.
– Bardzo głębokich ran – uściślił. – Nasza szóstka została postrzelona w brzuch, a owinięcie go folią miało zmniejszyć utratę krwi.
Michael przykucnął obok i założywszy lateksową rękawiczkę, dotknął folii. Krzepnąca krew nie była już ciepła.
– Mógł zrobić to sam?
– Nie sądzę. Nawet jeśli miałby pod ręką zwój folii, z powodu wstrząsu hipowolemicznego nie byłby w stanie sam się opatrzyć.
Cross potarł policzek.
– Jeśli zrobił to zabójca, to z pewnością użyłby jakiegoś środka do tamowania krwotoków. Żeby utrzymać go przytomnego.
– Tego dowiemy się po autopsji. I będę musiał to sprawdzić, ale jestem niemal pewien, że naszemu denatowi przestrzelono kręgosłup.
Agent Cross spodziewał się tego, lecz kiedy usłyszał potwierdzenie swoich domysłów z ust specjalisty, mimowolnie poczuł, że to trochę za dużo. Zabójca prowadził sobie z FBI zbyt wyrafinowaną gierkę. I miał zbyt dużą przewagę.
– Skąd to przeczucie? – spytał Stanley.
– To bardziej pewność aniżeli przeczucie. Widzicie to? – spytał Cruger, odciągając folię na bok i odsłaniając pępek.
– Co konkretnie?
– Skóra – powiedział Michael. – Jest osmalona.
– Dokładnie. To był strzał z bliska. Żeby mieć pewność, że kula wejdzie w zamierzoną trajektorię. Pępek leży niemal idealnie pośrodku ciała człowieka, dzieląc je na dwie połowy. Kilka centymetrów pod nim leży kręgosłup. Jeden strzał wystarczy. Kula uszkadza nerwy w kręgosłupie i człowiek zostaje sparaliżowany.
– Cholera! Ten szaleniec robi nas w wała. Znowu.
– Obawiam się, że najlepsze zostawiłem na koniec, Michaelu.
Cross pokiwał głową.
– Wiem o tym – powiedział.
– Co macie na myśli? – spytała detektyw Beatrice.
– Czy mogę najpierw spytać, czy znacie już jego tożsamość?
Wzruszyła ramionami.
– Znaleźliśmy jego portfel.
– Gdzie?
– W jednej z kieszeni. Wygląda na nienaruszony. W środku wciąż były pieniądze.
– A dowód tożsamości?
– Prawo jazdy.
Michael Cross odetchnął głęboko.
– Wystawione na nazwisko Aarona Walkera?
Detektyw Simmons zmarszczyła niepewnie brwi. Po chwili zaskoczenie na jej twarzy zaczęło przeradzać się w podejrzliwość.
– Skąd…
– Detektyw Simmons, od tej chwili to FBI przejmuje sprawę śmierci Aarona Walkera. Przyślę własną grupę dochodzeniową.
To zdecydowanie nie przypadło jej do gustu.
– Niby na jakiej podstawie? – warknęła.
– Na takiej, że Walker stał się ofiarą działania seryjnego mordercy.
– Jest za szybko na takie stwierdzenie.
– Nie w tym przypadku.
– Czy mógłbyś to wyjaśnić, agencie Cross? – spytała twardo, stając niemal kilkanaście centymetrów od niego, odważnie patrząc mu w oczy.
– Nasz zabójca w ciągu ostatnich tygodni zabił sześć osób, wliczając w to jego. – Wskazał na leżącego mężczyznę. – Zrobił to w identyczny sposób. Na pewno słyszałaś o tej sprawie. Najciekawsze jest to, że ten zmarły nazywa się tak samo jak były agent FBI, przed kilkoma laty dowodzący grupą dochodzeniową. Pozostała piątka, którą zamordował sprawca, nosiła nazwiska reszty członków tamtej ekipy. W tym moje. – Michael oddał Beatrice znaczące spojrzenie. – Ta sprawa należała do FBI, jeszcze zanim go zamordowano.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Ostatni na liście
ISBN: 978-83-8423-637-6
© Katarzyna Sienkiewicz i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Dominika Synowiec
KOREKTA: Kinga Dolczewska
OKŁADKA: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
