3,99 zł
Pół-elf przemierza dotkniętą zarazą przestrzeń. Posądzany przez napotkanych ludzi o złe zamiary, wytrwale zmierza naprzód. Ma zamiar wypełnić misję, którą powierzył mu monarcha. Miasto pogrążone jest w anarchii, triumfują przestępcy, śmierć i zniszczenie. Mimo grożącego mu śmiertelnego niebezpieczeństwa, Orian wie jednak, że się nie podda.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 25
Katarzyna Szewioła-Nagel
Saga
Orian
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2021 Katarzyna Szewioła-Nagel i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788728028117
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Powietrze nasycone czarnym dymem falowało nad głowami uciekinierów. Odór zgnilizny osiadał na ludziach i bladymi wargami strachu bezdźwięcznie szeptał do uszu, że palce śmierci dosięgną każdego. Zaraza wygnała ich z domostw. Pozostał jedynie spakowany naprędce dobytek. Nieliczni dysponowali wierzchowcami, wozami lub elfimi sługami, którzy gięli kark pod jarzmem niewoli, a teraz tobołów i batów. Uciekali, gnani chęcią przetrwania. Skupieni w jedną myśl: byle jak najdalej stąd. Nieważne dokąd, byle jak najdalej…
Na gościńcu od kilku dni panował wzmożony ruch. Wrogiem był tu każdy. Potencjalnym nosicielem czegoś, co dziesiątkowało dystrykty. Nieufność wibrowała w przestrzeni, zaciskała pęta na rzężących z wysiłku gardzielach. Sprzeczki psuły jednostajność szurań stóp. Złodzieje świętowali. Wszystko jawiło się okazją: odwrócony wzrok, atak kaszlu, zbyt luźny węzeł przy mieszku. Odnosili wrażenie, że się poduszą, umrą od smrodu spoconych ciał, końskich odchodów i trupich dymów. Lecz im dalej od przeklętego siedliska, tym większa ulga osiadała na piersiach, a pobocza przyjmowały mniej nieszczęśników. Złudne postanowienie poprawy, zerwane kajdany strachu. Pozorne, bo choroba nie miała zamiaru odpuścić. Muszą odpokutować grzechy… Wszyscy!
Pośród zgiełku lawirował on. Pół-elf, pół-człowiek. O włosach białych jak pierwsze śniegi i oczach szarych niczym pył gościńca. Odziany odmiennie od tego, co przylgnęło do ciał uchodźców. Na przedramionach nosił karwasze ze skóry bydlęcej z wytłoczonym herbem królewskim, zaś na sprzączce pasa widniała głowa wilka wyjącego do księżyca. Tandetny wzór nadużywany przez drobnych wytwórców. Szczególnie sztukmistrzów metali, którzy parali się wyborem elementów do bram czy przedmiotów użytkowych. Z rękami w kieszeniach lnianych, szerokich portek ze skórzanym workiem przerzuconym przez grzbiet, nieśpiesznie przesuwał się w przeciwnym kierunku. Taksowano go podejrzliwie. Upatrywano podstępu i przejawów złowrogiej magii. Wszak któż o zdrowych zmysłach pchałby się w miejsce ziejące jedynie zgrozą i cuchnącym mięsem? Jemu zaś przyświecał cel – misja powierzona przez monarchę. Otwarte bramy zapewniał dekret. Wiedział, co go czeka. Zgliszcza największego siedliska imperium, teraz pożeranego przez płomienie i mór wywołany przez przeklęte, elfie bóstwa. Omijał więc uchodźców o sino-bladych twarzach i brnął. Nie zważał na doświadczenia, które gotował los. Cechowała go odporność na klątwy. Dziecko magii – uczeń czarnoksiężników. Skała obleczona bladą skórą. Istota, dla której namiętność nie istniała. Liczył się zamiar ukryty za meandrami uliczek oraz ciemnych zaułków. Przeznaczenie, które być może wie, jak ocalić królestwo.
Pustkę myśli ocuciło pociągnięcie za koszulę:
– Dokąd idziesz, głupcze?! Tam nic nie ma. Zawróć, póki ci życie miłe!
Orian się szarpnął.
Mieszczanin wlepił weń podrażnione pyłem oczy. Zaczerwienione białka uzbrojone w bladoniebieskie tęczówki, wyrażały jedynie rezygnację i zmęczenie. Pół-elf wyminął go i bez słowa kontynuował marsz.
– Zdechniesz jak połowa tego parszywego miasta! – syknął tamten.
