Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Poruszająca opowieść o miłości wystawionej na próbę, o synach wciągniętych w wir wojny, o matkach, czekających na wiadomość, która nie nadchodzi. O ziemi, która przekazywana jest z rąk do rąk, ale wciąż pamięta imiona tych, którzy ją kochali.
Lwów, rok 1919. Młode państwo polskie rodzi się pośród popiołów wojny, a wraz z nim dojrzewa opowieść rodu Orłowskich i Wojnarskich — dwóch rodzin związanych ziemią, rzemiosłem i miłością, które jeszcze nie są świadome jak wysoką cenę każe im zapłacić historia.
Jan Orłowski, czeladnik, rzeźnik z dziada pradziada, o szlacheckich korzeniach, zakochuje się w Helenie Wojnarskiej. Ich małżeństwo staje się początkiem nowej gałęzi rodu, zakorzenionej głęboko w tradycji i pracy oraz wierze w lepsze jutro. Ale świat, który wydaje się jeszcze otwarty i życzliwy, szybko pęka pod ciężarem wydarzeń historycznych. Pierwsze lata wolności, odbudowa Lwowa, rodzinne święta i narodziny synów — Ignacego, Augusta i Jarogniewa — wszystko to toczy się pod czuwającym spojrzeniem starego orzecha rosnącego na dziedzińcu masarni Orłowskich.
Drzewo pamięta śluby, pierwsze kroki dzieci i dni radosnej obfitości, ale będzie również świadkiem huku bomb, poborów wojskowych, utraty domu i ucieczki, która stanie się początkiem ich trudnej wędrówki przez historię.
Kiedy nadejdzie wrzesień 1939 roku, a Lwów zostanie rozszarpany przez dwóch najeźdźców, Orłowscy i Wojnarscy poznają nową prawdę: nie każdy, kto postanawia wyruszyć w drogę, jest podróżnikiem. Czasem odchodzi się dlatego, że nie ma już dokąd wrócić.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 350
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jurek Bitschan – Lwowskie orlątko – najmłodszy Obrońca Lwowa.
Na jego biurku pozostała książka pt. Śpiewy historyczne autorstwa Juliana Ursyna Niemcewicza otwarta na stronie z fragmentem:
Słuchajcie, rycerze młodzi
Żałosnej lutni jęczenia
Niech w was chęć do sławy rodzi
Dawnego męstwa wspomnienia
Słuchajcie, jak sławny wieniec
Walcząc w ojczyźnie obronie
Zyskał odważny młodzieniec
I w szlachetnym poległ zgonie.
Książkę tę dedykuję Jurkowi Bitschanowi,
obrońcy Lwowa z roku 1919,
mojemu dziadkowi stryjecznemu
bohaterskiemu obrońcy
Lwowa z roku 1939
oraz mojej najukochańszej mamie.
Helena, siedząc na małym, odrapanym zydlu, pamiętającym jeszcze pewnie czasy świetności rodziny Orłowskich, opierała się o nagrzany południowym słońcem mur maleńkiej chatki, w której przyszło jej mieszkać na stare lata.
Została sama na tym padole łez. Ukochany Jan odszedł już z tego świata, na którym sensu życia upatrywała teraz jedynie w Jarogniewie, ostatnim żyjącym synu, nazywanym i tak przez wszystkich Janem – po ojcu. Z trzech potomków pozostał już tylko on, ten, który przeżył okrucieństwa II wojny światowej, dramat repatriacji, utratę całego majątku, a potem i dalszego dobytku, jaki udało się ponownie zgromadzić tym, którzy przeżyli długie lata najokrutniejszego barbarzyństwa i ludobójstwa. Ileż to razy musieli odbudowywać wszystko z niczego? Tworzyć na nowo atmosferę i namiastkę sielanki rodzinnej tak dobrze jej znanej z ukochanej Kamionki Strumiłowej, Żółtańców, a potem ze Lwowa? Tam, gdzie dzika przyroda żyła swoim rytmem niezakłóconym rozwojem cywilizacji, gdzie pozornie panował spokój, chociaż słowo „pozornie” odgrywało dominującą rolę wtedy, bo wbrew wszystkiemu w umysłach przeważały uczucia podjęcia walki o niezależność i wolność.
Zakończenie I wojny światowej przyniosło Polakom od dawna wyczekiwaną szansę na odzyskanie niepodległości, ale nie tylko oni postanowili wykorzystać sprzyjającą koniunkturę polityczną. Inne narody w tej części Europy również rozpoczęły własną grę o niezależność. Pośród nich byli i Ukraińcy, których aspiracje niepodległościowe stały na przeszkodzie Polakom planującym odbudować państwo w granicach sprzed rozbiorów. A to gwarantowało konflikty. Jeszcze u schyłku I wojny światowej rozpoczęła się polsko-ukraińska walka, a antagonizmy nasilały się z każdym dniem, rozszerzając obszar sporu do niebywałych rozmiarów.
Niczym delikatny welon przed Heleną wibrowały w powietrzu wspomnienia tamtych czasów. Dni, miesięcy, lat, kiedy była młodą i piękną panną z bogatej, ziemiańskiej rodziny. Urodziła się, wychowała i dorastała pośród bujnej zielonej przyrody, lasów, sadów i pól w pięknym dworku obrośniętym sarmackimi ideami, przydającym jego mieszkańcom splendoru, utwierdzającym warstwę ziemiańską i szlachecką w wyjątkowości ich pochodzenia. To wszystko w połączeniu z odwiecznym zamiłowaniem jej ojca do książek i druku, z pewnością wywarło ogromny wpływ na ukształtowanie charakteru młodej kobiety oraz rozwój i wybór zamiłowań.
Jej ojciec był właścicielem ziemskim, zarządzał rozległymi hektarami pól wiejskiej posiadłości, będącej w rękach rodu Orłowskich z dziada pradziada, odkąd tylko rodzina sięgała pamięcią. Okoliczni chłopi szanowali każdego z członków rodu, a od wieków krążyły legendy o nadaniu przez Bolesława Chrobrego herbu szlacheckiego jednemu z przodków, Rupertowi Wojnarskiemu, za niezwykłą odwagę i poświęcenie w walce z nieprzyjacielem. W krytycznym momencie bitwy w niebezpieczeństwie znalazł się sam król, a dzielny rycerz, nie zważając na niebezpieczeństwo, rzucił się monarsze na ratunek, a walczył tak zaciekle, że aż pękł mu miecz – i to przy samej rękojeści. Na szczęście znalazł się szybko drugi, należący do samego króla, i dzielny kawaler mógł od razu ponownie rzucić się w wir walki. Rycerz ten podobno odznaczał się taką siłą uderzenia, że i drugi miecz, pożyczony od, króla pękł, ale na szczęście niebezpieczeństwo było już zażegnane, więc mógł zwrócić królewski oręż, a w zasadzie to, co z niego zostało. Bolesław Chrobry sowicie wynagrodził swojego wybawcę.
Helenie przypomniały się kołysanki śpiewane synkom wieczorami, wysławiające wielkiego przodka, bo to właśnie na nich wychowali się ich trzej potomkowie: Ignacy Jan, August Jan i Jarogniew Jan.
Najpierw były kołysanki, a w miarę upływu czasu, kiedy chłopcy zaczynali dorastać, pojawiły się opowieści, legendy o polskich królach i rycerzach, o bitwach i potyczkach w obronie ojczyzny, w obronie Polski.
Dwór, w którym mieszkała ich rodzina, opowiadał swoim wystrojem dzieje rodu Wojnarskich i narodu polskiego, a kolejne pokolenia zapisywały nowe karty tej historii. Przez lata gromadzono różnego rodzaju pamiątki, portrety przodków, obrazy utrwalające bliskie im miejsca, a nierzadko i łupy wojenne, trofea, tkaniny nawiązujące stylem do orientu i bibeloty oraz książki. Widziano w tych przedmiotach zapis dziejów rodziny, poszczególnych jej członków, losy kraju i wreszcie historię każdej z poszczególnych rzeczy. Tożsamość, jakże ważna dla każdego narodu. Bez niej człowiek tak naprawdę nie wie, kim jest i skąd pochodzi. Problematyka owa była częstym punktem zapalnym we Lwowie i jego okolicy. Bowiem przynależność narodową można było sobie tutaj w pewnym stopniu wybierać, a tożsamość pozostawała kwestią płynną i zmienną. Sam Lwów był różnorodny, wzorzysty, olśniewający niczym wschodni kobierzec. Mieszali się tutaj z lokalną ludnością, czyli Polakami, Ukraińcami i Żydami również Grecy, Ormianie, Włosi, Saraceni i Niemcy. Wyznawano odmienne wiary i poglądy i chociaż często skłócone nacje robiły ze sobą interesy, to zazwyczaj schodzono sobie z drogi. Taki stan mógłby pewnie trwać długo, gdyby nie I wojna światowa, która pokazała prawdziwe oblicze zwaśnionych narodów, a konflikt pomiędzy nimi nabrał zupełnie innego wymiaru. Chodziło przecież o wszystko, a zwłaszcza tożsamość i przynależność narodową.
Zakład drukarski ojca Heleny we Lwowie pogłębiał zamiłowanie dziewczyny do historii, książek i pielęgnowania rodzinnej tradycji. Odkąd sięgała pamięcią, dysput na te tematy nie brakowało ani w sielskim dworze rodzinnym na wsi, ani w rodzinnej drukarni w mieście. Jeszcze w czasach jej dziadków trwały zajadłe spory pomiędzy Ukraińcami a Polakami, a w miarę upływu czasu Galicja stała się prawdziwą wylęgarnią świadomości narodowej obydwu grup etnicznych. Ukraińcy coraz mocniej przeciwstawiali się dominacji Polaków. Na prowincji dochodziło do masowych protestów ukraińskich chłopów przeciwko polskiej szlachcie.
Europa znajdowała się w epoce kulturowego rozkwitu, którego echa docierały również do Lwowa. Jednak pomimo że dla Heleny był to okres dzieciństwa i dorastania, wraz z każdym upływającym rokiem rozumiała coraz więcej z rozmów dorosłych opowiadających o złym traktowaniu cywilów przez wycofującą się armię austro-węgierską, palonych wsiach czy sądach doraźnych. Działania wojenne trwały kilka lat, w trakcie których szala zwycięstwa niejednokrotnie przechylała się w przeciwnych kierunkach. Nowa rzeczywistość ujawniła panujące przez wiele lat totalitarne tyranie, mordy i niesprawiedliwość.
Pierwszą wojnę światową nazwano „prakatastrofą XX wieku”, a analiza wydarzeń z tego okresu rzuca światło na to, co miało się dziać przez kolejne dziesięciolecia. Nie dało się ukryć, że z pomocą złożonej arytmetyki Habsburgowie i podlegający im urzędnicy utrzymywali wielonarodową i jakże zróżnicowaną kulturowo monarchię w równowadze, jednak funkcjonowała ona tak długo, dopóki panował pokój. Wojna zaś to stan wyjątkowy, tworzący swoje prawa decydujące o losach ludzkości, a brutalna przemoc działań militarnych nie sprowadza się tylko do zabijania żołnierzy i cywilów, bowiem uwalnia ona niszczycielską dynamikę, która podczas panowania pokoju byłaby nie do pomyślenia.
Helena poczuła, jak przyjemne ciepło przechodzi z muru, o który opierała plecy, i ogrzewa jej stare kości, tak bardzo spragnione opieki i spokoju, jakimi emanowało powietrze o tej porze dnia.
Cóż jej pozostało z tamtych zbiorów pamiątek rodzinnych? Tylko wspomnienia, a i te z racji wieku, w jakim teraz była, zaczynały powoli blaknąć. Starej kobiecie brakowało już i łez w kącikach jej kiedyś niebieskich oczu. Przez lata wylała ich tyle, że kolor tęczówek dawno się zmienił i teraz bardziej można je było określić jako szare, a może i nawet pozbawione konkretnej barwy. Bez koloru i wyrazu. Ale czy to możliwe? Przecież oczy muszą mieć jakiś kolor. Nie ma oczu bez koloru. Bez wyrazu, to już prędzej. Bo jaki wyraz mogły teraz mieć jej oczy?
Tyleż wspomnień, tyleż ukochanych osób, które musiała pochować, a ona nadal tu jest. Sama. Ale nie do końca. Jeszcze jeden syn żyje i to pewnie tylko dla niego Pan Bóg trzyma ją jeszcze na tym łez padole, podczas kiedy zabrał jej już wszystko, co tylko można zabrać człowiekowi.
Zabrał jej ukochanych synów, umiłowanego męża, dwór rodzinny i drukarnię ojca, po prostu wszystko, co przez wieki gromadziła jej rodzina, a teraz zabrał jej nawet łzy.
Ale nadal siedziała i patrzyła na olbrzymie drzewo orzechowe posadzone przez męża, jej ukochanego Jana. Siedziała na zydelku, na którym niegdyś siedział on, i nadal słońce ogrzewało ściany ich małej chatki tu, w Krakowie, tak jak kiedyś ściany dworku w rodzinnej Kamionce Strumiłowej. Czuła teraz, jak to samo słońce wnika w jej członki, zmęczone już życiem i ciągłym opłakiwaniem strat, jakie musiała ponieść.
Kiedy tam, w jej ukochanych Żółtańcach, siedzieli z Janem pod drzewem orzecha, ponad sześćdziesiąt lat temu – tak, od tamtego dnia minęło pół wieku – i kiedy on wyciągnął sakiewkę, a z niej wysypał na poły surduta garść brązowych orzechów w mocnych i twardych łupkach, czy mogła pomyśleć, że po sześćdziesięciu latach będzie siedzieć pod takim samym orzechem, tym, który wyrósł z tych zdrewniałych, brązowych, jakże pięknie pachnących owoców, i wspominać minione lata świetności, rodzinę, której już nie ma, i szczęście, które uleciało. A może właśnie zostało w tamtych miejscach, które jej kojarzyły się zawsze ze szlachecką wolnością i solidarnością, tradycją, porządkiem moralnym, mieszczańskim poczuciem bezpieczeństwa, chłopską pracowitością i religijnością, wiernością zasadom.
Tak, tamten orzech był i w Kamionce Strumiłowej, i w Żółtańcach, ale przecież i podobny rósł na dziedzińcu masarni znajdującej się w kamienicy we Lwowie, miejscu, z którym zarówno Jan i cała jego rodzina byli związani od pokoleń. Tu, w Krakowie, przed oknem ich maleńkiej chatki jej mąż posadził również drzewo orzechowe i teraz, patrząc na nie, myślała:
„Lwowski tyś orzech czy z Kamionki Strumiłowej pochodzisz?” – ale jakie to miało znaczenie. Ważne, że ich ci on był, ten orzech, a jej przypominał tamte czasy i tamto ich szczęśliwe życie.
Byli tacy młodzi i tacy piękni, a przed sobą mieli całe życie. Jednak ich szczęście nie trwało długo.
Bo tak to już w życiu jest, chwile szczęścia przeplatane są chwilami trosk i kłopotów, jednakże nikt z nas nie wie, których w naszym życiu przyjdzie nam znosić więcej.
Kraków, 24.02.2022 roku.
Lwów, lato 1919
Dla Jana rok 1919 zapowiadał się wyjątkowo dobrze. Po kilku latach nauki i przysposobienia do zawodu u wyjątkowego majstra rzeźnickiego, niejakiego Pana Stanisława Walista we Lwowie, uzyskał dyplom czeladnika i w ten piękny, słoneczny poranek, niosąc dumnie wielki jasno beżowy dokument pod pachą, wracał do zakładu masarskiego należącego do jego ojca, a mieszczącego się już od wielu lat przy ulicy Kopernika. Nareszcie będzie mógł spełnić nie tylko marzenie ojca, ale swoje również, i kontynuować rodzinną tradycję.
Wszystkie te lata włożone w naukę i cały trud, by znaleźć się w tym momencie. Ojciec postarał się dla niego o zatrudnienie u zaprzyjaźnionego mistrza, gdzie Jan przez wiele lat doskonalił swoje umiejętności praktyczne i teoretyczne w zawodzie rzemieślniczym. Nauki wieńczył zdany egzamin czeladniczy i zdobycie dowodu kwalifikacji zawodowych. W wyznaczonym wcześniej terminie mistrz i uczeń stawali przed starszyzną cechową, w tym przypadku przed „Przełożeństwem Stowarzyszenia Przemysłowego Rzeźników i Masarzy we Lwowie”, gdzie uczeń prezentował swoją pracę egzaminacyjną, a mistrz świadczył o jego umiejętnościach.
Z wiadomych względów ojciec Jana nie chciał, aby syn swoje praktyki odbywał w rodzinnym zakładzie masarskim. Pragnął dla niego rzetelnego i dobrego przygotowania do zawodu, bez jakiejkolwiek taryfy ulgowej.
Rzemieślnik musiał jeszcze tylko wnieść za syna stosowną opłatę cechową. Wtedy już nic miało nie stać na drodze do wymarzonego zawodu młodego mężczyzny i podjęcia pracy w roli praktykanta, już za wynagrodzeniem, w zakładzie ojca. Praktyka obejmowała zarówno przygotowanie do wykonywania upragnionego zawodu, ale i również naukę języka polskiego oraz niemieckiego, podstawy handlu, matematyki, dziejów ojczystych, muzyki i religii. Zatem wykształcenie Jan odebrał solidne i godne syna rodziny, która od wielu pokoleń dbała o wewnętrzny porządek, zasady i zwyczaje. Rozpierała go duma. Już widział szczęśliwych rodziców, zabezpieczony byt rodu na kolejne lata, zwłaszcza że wychował się w burzliwym okresie i jego szczęśliwe dzieciństwo oraz błogie dorastanie pełne było opowieści ojca o panującej wokoło wojnie.
***
Lwów, choć odległy od głównych frontów zachodnich, znalazł się w samym oku politycznego i militarnego cyklonu. Już we wrześniu 1914 roku został zajęty przez Rosjan i pozostawał pod okupacją aż do czerwca 1915 roku. Dla mieszkańców miasta było to doświadczenie zdecydowanie bolesne, jednak nie zawsze zupełnie czarno-białe. Rosjanie zamknęli wiele instytucji kulturalnych i naukowych, wprowadzili cenzurę i represje wobec osób podejrzewanych o lojalność wobec Habsburgów. Ale też – w sposób niezamierzony – pogłębili poczucie tożsamości narodowej wśród Polaków i Ukraińców.
Dla Lwowian wojna oznaczała strach, głód, ewakuacje, gwałtowne zmiany administracyjne i brutalne represje. Polacy, lojalni wobec Austrii, początkowo wierzyli, że wojna może przynieść szansę na odbudowę niepodległości. Ukraińcy, zwłaszcza ci związani z ruchem narodowym, widzieli w wojnie możliwość stworzenia własnego państwa na gruzach imperiów.
Lwów był w tych latach również miastem kontrastów. Z jednej strony bombardowania, rekwizycje, braki w dostawach żywności, epidemie, dziesiątki tysięcy rannych żołnierzy w prowizorycznych szpitalach, a z drugiej wciąż działające teatry, koncerty, działalność towarzystw dobroczynnych, patriotyczne wieczornice i… cicha nadzieja, że po wojnie świat wróci do równowagi.
Dla polskiej inteligencji we Lwowie lata wojny były okresem samoorganizacji, działania podziemnego i przygotowań do momentu, gdy Polska znów stanie się wolna.
Ale wszystko to miało swój punkt kulminacyjny 1 listopada 1918 roku, kiedy to Ukraińcy, korzystając z próżni, jaką pozostawił po sobie upadek Austro-Węgier, ogłosili utworzenie Zachodnio ukraińskiej Republiki Ludowej. Wywieszono niebiesko-żółte flagi, przejęto lwowski ratusz i siedziby władz. Polacy przyjęli to jako zdradę i nowe zagrożenie.
Rozpoczęły się walki o Lwów, polsko-ukraińska wojna miejska, która przeszła do historii dzięki bohaterskiej postawie Orląt Lwowskich – uczniów, harcerzy, studentów, którzy chwycili za broń, by bronić miasta przed oderwaniem od przyszłej Polski.
***
Osobowość Jana kształtował dom Orłowskich oraz wielokulturowość Lwowa. Miasto rodzinne tętniło życiem. Żydzi o długich brodach i wysokich cylindrach stali na rogu ulicy i rozmawiali o wielkich interesach, na deskach opery wystawiano polską sztukę na zmianę z ukraińską, a habsburski mit o życiu pod czarno-żółtą flagą opromieniony był blaskiem starych dobrych czasów. Lwowską aurę tworzył eklektyczny tygiel narodów – ponad połowę ludności stanowili Polacy, jedną trzecią Żydzi, a pozostałą część Ukraińcy. Kolorów wszystkiemu dodawały jeszcze mniejszość niemiecka oraz ormiańska. Jan miał okazję dorastać nie tylko wśród różnych narodowości, ponieważ Lwów był wielowyznaniowy, co pozwoliło mu zrozumieć wyjątkowość tego miejsca. Każda narodowość zamieszkująca miasto wyznawała własną religię. Ojciec Jana kilka razy wspominał, iż artyści, których we Lwowie osiadła olbrzymia grupa, przywykli nazywać je „miastem zatartych granic”. W całej Europie Lwów uchodził w tych czasach za ośrodek modernizmu, bo to tutaj rozkwitały sztuka i nauka. Był miastem kosmopolitycznym, pełnym codziennej radości życia, jak i pobożności. Nazywano go „europejską Jerozolimą” , ponieważ, to właśnie w tym mieście rezydowało jednocześnie trzech arcybiskupów reprezentujących polskich katolików, ukraińskich grekokatolików oraz ormiańskich chrześcijan, a panoramę miasta zdobiła olbrzymia ilość budowli sakralnych. Katedry i kościoły, mieszały się ze świątyniami luterańskimi, prawosławnymi oraz żydowskimi, nadając całości fascynującego charakteru.
Kamienica, w której, odkąd Jan sięgał pamięcią, mieszkała rodzina Orłowskich, była jak wyhaftowany gobelin przeszłości, każdy jej detal, każda płytka posadzki opowiadała historię tych, którzy tu żyli, pracowali i umierali.
Wzniesiona w roku 1870, w czasach, gdy Lwów był architektoniczną perłą monarchii habsburskiej, prezentowała styl, który łączył secesyjną finezję z galicyjskim pragmatyzmem mieszczaństwa. Usytuowana przy jednej z bocznych ulic odchodzących od ulicy Kopernika, była jakby miniaturowym pałacem, nieco kapryśnym, nieco rozmarzonym.
Jej fasada przyciągała spojrzenia przechodniów, zwłaszcza latem, gdy balkony tonęły w bluszczu, pelargoniach i zwisających koszach z begoniami. Kamienica liczyła cztery kondygnacje, a jej zwieńczeniem była strzelista, ośmioboczna wieżyczka z miedzianym hełmem, który z czasem spatynował się na kolor zieleni. Pod wieżyczką umieszczono oculus – małe okrągłe okno, które było niczym trzecie oko czuwające nad historią domu.
Wysokie okna parteru zdobiły kute żelazem ornamenty roślinne, przechodzące płynnie w secesyjne motywy fasady: stylizowane maki, osty, kłosy zbóż i powoje, wyrzeźbione w piaskowcu przez lokalnego mistrza kamieniarskiego, ponoć wzorującego się na projektach wiedeńskiej szkoły Otto Wagnera.
Parter, zajęty w całości przez zakład masarski, powstał z połączenia kilku pierwotnych lokali użytkowych i dawnego sklepu kolonialnego. Olbrzymi, brukowany dziedziniec wewnętrzny, zamknięty arkadowym podcieniem, był nie tylko przestrzenią roboczą i miejscem dostaw, ale również tętniącym sercem domu: to tu biegały dzieci, pod rozłożystym orzechem odpoczywały konie, rozchodził się zapach wędlin, czosnku i dymu z wędzarni.
Nad wejściem głównym widniał secesyjny tympanon z mozaiką przedstawiającą św. Jana Chrzciciela, patrona rodziny i zakładu, ułożony z weneckich szkiełek i okruchów złota. Drzwi do kamienicy – ciężkie, dębowe, nabijane mosiężnymi ćwiekami – nosiły ślady pracy rąk kilku pokoleń. Po ich uchyleniu wchodziło się do przestronnego westybulu wyłożonego kaflami z Ćmielowa, z lustrami oprawionymi w gięte mosiężne ramy i dwiema figurami kobiet w stylu art nouveau, które zdawały się kłaniać każdemu, kto przekroczył próg.
Mieszkanie rodziny Orłowskich zajmowało pierwsze piętro – „piano nobile”, czyli najważniejszą kondygnację domu mieszczańskiego. Przestronne pokoje, dwuskrzydłowe drzwi z matowym szkłem, sztukateria sufitowa z motywami akantu i winorośli, a przede wszystkim salon z trzema wysokimi oknami balkonowymi wychodzącymi na ulicę i cichą loggią, w której Helena Wojnarska po ślubie lubiła siadać z tamborkiem do haftowania w dłoniach.
Od frontu widać było jeszcze secesyjne balkony o kutych balustradach, każdy z innym detalem: z motywem pawich piór, z lirami, liśćmi kasztanowca lub sylwetkami kobiet splecionych w tanecznej pozie.
Cały dom był jedną wielką opowieścią o tym, czym kiedyś był Lwów: miastem rzemiosła, ambicji, sztuki i pamięci. Jan Orłowski, trzecie pokolenie przejmujące właśnie stery rodzinnego fachu, czuł się nie tyle sukcesorem majątku, co opiekunem dziedzictwa. Bo w tych murach kryło się coś więcej niż zapach wędlin i dym z pieców. Tu mieszkali ludzie z historią. I przyszłością.
Olbrzymi szyld nad wystawą i kunsztowne litery układające się w napis: „Masarnia rodziny Orłowskich – Najlepsze wędliny od 1870 roku” od lat ściągały w swoje podwoje mieszkańców Lwowa. Miejsce to nie tylko kojarzyło się z tradycyjnymi wyrobami lwowskimi, to właśnie tutaj spotykali się zazwyczaj mieszkańcy z bliskiej i dalszej okolicy, gawędząc ze sobą przez cały dzień. Wieść o dobrych swojskich produktach wędliniarskich, dobrej lwowskiej kiełbasie i pasztetowej niosła się po całym mieście od lat, a i mięso było tu zawsze świeże i wyborne. W ubojni mieszczącej się na tyłach sklepu i zajmującej ponad dwieście metrów, produkowano mięsa zarówno dla chrześcijan, jak i koszerne – dla Żydów. Największym marzeniem ojca było, aby jego masarnia trafiła do „Skorowidzu Przemysłowo-Handlowego Królestwa Galicji”, o co od lat zabiegał. Nie było to takie proste, jak Jan zdążył się już w swoim młodym wieku dowiedzieć, a i uwarunkowań w tej sprawie było mnóstwo, zarówno politycznych, jak i kulturowych.
Wszystkie te rozważania sprawiły, że nawet nie wiedział kiedy, ale doszedł do drzwi wejściowych sklepu i olbrzymiej wystawy. Zaglądnął do wnętrza, gdzie było jak zawsze kilku klientów oraz personel zajęty obsługą. Postanowił nie wchodzić przez sklep, nie chciał wzbudzać ogólnego zainteresowania pracowników i niepotrzebnych pytań, euforii, a także radości, jaka z pewnością wybuchnie kiedy zacznie pokazywać dyplom. Najpierw poszuka ojca na tyłach zakładu. Cofnął się kilka kroków, wszedł przez wysoką, dwuskrzydłową bramę i stanął na dziedzińcu. Ogarnął wzrokiem zakład rodzinny, wielką dumę ojca, i aż ze wzruszenia łza zakręciła mu się w oku. Od dzisiaj codziennie i on dokładać się będzie ciężką pracą oraz całym swoim sercem do kontynuowania tradycji rodzinnych. Nigdy nie miał problemów z nauką i wszyscy go zapewniali, że na pewno zda egzamin na czeladnika, ale musiał przyznać, że od dwóch tygodni, w miarę jak coraz bliżej było do najważniejszego dnia w jego jak na razie krótkim życiu, zżerały go nerwy. Czuł we wnętrzu taki niepokój, że ostatniej nocy prawie nie zmrużył oka. Ale na szczęście wszystko miał już za sobą, teraz mógł się cieszyć i świętować z całą rodziną przyjęcie go w szeregi pełnoprawnych członków załogi „tatka”. Tak synowie Orłowskiego najchętniej zwracali się do ojca. Mama starała się ich tego powoli oduczać, ale tak im to weszło w krew, że ani rusz nie dali sobie wytłumaczyć, że powinni inaczej zwracać się do swojego ukochanego „tatka”.
Tymczasem słynny „tatko” już otwierał drzwi i wychodząc Janowi naprzeciw, wyciągał ręce, a uśmiech na jego dumnej ojcowskiej twarzy rozciągał się od ucha do ucha. Starszy Orłowski był szczęśliwy jak nigdy dotąd. No chyba, że wspominał dzień ślubu z ukochaną Marynią. Ale to już zupełnie inna historia. Jak na razie Jan wpadł prosto w olbrzymie ramiona „tatka” ściskającego go z taką siłą, z jaką ten naciskał na tasak, kiedy w rzeźni rozpoławiał woła lub wieprza.
A kiedy wyściskali się na dobre, ojciec powiedział:
– Pokazuj synku, bo czekam na ten moment już od kilku godzin – i puszczając uścisk zakręcił sumiastego wąsa, który zdecydowanie dodawał mu szlacheckiego uroku, powagi i męskości.
– Mam nadzieję, że przez te nasze uściski nie pozaginał się. Szkoda by było – i Jan wyciągnął spod pachy trzymany tam niczym relikwię dyplom. – Proszę tatku, to dla ciebie.
Po czym, niemalże jakby odprawiał swego rodzaju nabożeństwo, wręczył go ojcu, który rozwinął cacko z namaszczeniem godnym powagi chwili i z ogromnej płachty papieru, którą trzymał przed sobą zaczął na głos czytać:
– Dyplom na czeladnika. Przełożeństwo Stowarzyszenia Rzeźników i Masarzy we Lwowie, stwierdziwszy na podstawie przedłożonych dokumentów, że Orłowski Jan, Józef urodzony w roku 1894 we Lwowie, religii rzymskokatolickiej, pozostawał w nauce u pana Walista Stanisława, majstra rzeźnickiego we Lwowie, od 01 lipca 1910 roku do 01 lipca 1919 i nauczył się należycie rzemiosła rzeźnika. – W tym miejscu ojciec przerwał czytanie, spojrzał na syna i ze łzami w oczach powiedział – Wiem, że nie był to dla ciebie łatwy czas, wręcz przeciwnie, był to okres wielu zmian i wyzwań, bo i w niełatwym czasie przyszło ci się uczyć i żyć, jak i nam tu wszystkim we Lwowie. Oblężenie miasta od listopada 1918 do kwietnia 1919, dyskusje dotyczące zmiany języków wykładowych na uczelniach wyższych, a te mogły przecież równie dobrze objąć gimnazja oraz szkoły przystosowujące do nauki zawodu, jak w twoim przypadku. Język, którego się uczyłeś, nie raz ci już zmieniali, przenosili dwukrotnie twoją szkołę, a i program nauczania nie pozostał ten sam. Uwierz mi, że jednego ci nigdy zmienić nie będą mogli: naszych tradycji rodzinnych i twojego zawodu, którego się wyuczyłeś. Bo tego zmienić się nie da, obojętne, czy nauczać cię go będzie Polak, Ukrainiec czy też Austriak. Rzeźnik to rzeźnik i tasak i mięso u każdego takie samo, a i receptury nie oszukasz. Ale wiesz co, chodźmy teraz do mamy, bo i ona z pewnością doczekać już się ciebie nie może. Idź pierwszy, a ja zajrzę tylko szybko do sklepu i potem do was przyjdę, twój brat jeszcze nie wrócił z uczelni.
Popatrzył czule na syna, poklepał go z ojcowską dumą po plecach, po czym odwrócił się i zniknął w drzwiach prowadzących na zaplecze, a Jan uśmiechnięty od ucha do ucha pobiegł schodami wprost do mamci na pierwsze piętro, gdzie mieściła się olbrzymia kuchnia. Od samego rana rozświetlona promieniami słońca, a zapach smakołyków unosił się do samego wieczora, wywołując u wszystkich domowników niemalże zawrót głowy już na samą myśl i niesamowitą ochotę do spróbowania tych łakoci wychodzących każdego dnia spod maminej ręki.
***
W domu Orłowskich od rana pachniało czymś więcej niż tylko mięsem. To był aromat dumy, zapach święta, woń spełnienia rodzinnych marzeń, jakby każda cegła tej secesyjnej kamienicy przy ulicy Kopernika oddychała razem z nimi.
Mama, pani Maria, z charakterystycznym dla siebie pośpiechem krzątała się po olbrzymiej kuchni, zachowując przy tym całą swoją grację. Chociaż pot lał się z jej czoła, a zapiekane jabłka w cieście rwały się do przypalenia, nie traciła rezonu. Na wielkim, rzeźbionym stole nakrytym haftowaną serwetą stała już pieczeń wieprzowa otoczona świeżo tartymi buraczkami, a obok chłodził się w glinianym dzbanie kompot z agrestu i rabarbaru. Do tego babka z rodzynkami, kruche ciasto z powidłami i miseczki z ćwikłą. Jan, jako bohater dnia, miał otrzymać także specjalny kieliszek domowej nalewki wiśniowej – ojciec nie pozwalał pić jej nikomu, kto nie przekroczył osiemnastego roku życia, ale dziś miał uczynić wyjątek.
Jan siedział już w dużym pokoju przy oknie i przyglądał się, jak światło słoneczne bawi się w koronach kasztanowców rosnących przed kamienicą. W rękach trzymał swój dyplom, teraz starannie rozłożony na stole i wygładzony. Raz po raz zerkał na niego jak na cud: jasnobeżowy papier, elegancka kaligrafia, znak cechowy z orłem wytłoczonym złotem. I choć był chłopakiem dość powściągliwym, teraz serce miał rozdygotane jak wskaźnik równowagi na wadze w rzeźniczej masarni w dzień dostawy.
– Zasłużyłeś, syneczku – powiedziała mama, podchodząc i kładąc dłoń na jego ramieniu. – A tatko, choć o tym nie mówi, to od rana chodzi z podniesioną głową, jak cesarz. Jeszcze chwila, a zacznie ludzi witać po wojskowemu, z tej swojej dumy.
Jan się uśmiechnął.
– Czy możemy go oprawić, mamo? Żeby się nie zniszczył? Żeby wisiał nad ladą?
– Oczywiście. Tylko oprawiać nie można u byle kogo. Tatko mówił, że porządny introligator pracuje przy Łyczakowskiej, gdzieś tak na wysokości Góry Lwa, w oficynie drukarskiej u Wojnarskich. Ich córka Helena też tam czasem podobno pomaga. Dobra rodzina. Ziemiańska, bardzo pracowita. Prawdziwi Polacy.
Jan skinął głową, nie dopuszczając jeszcze do siebie tej myśli. W tym momencie nie wiedział, że imię „Helena” za chwilę wplącze się w jego życie jak najdelikatniejsza nić jedwabiu w grubą tkaninę codzienności.
Tymczasem ojciec wszedł do salonu z kieliszkiem nalewki i uniósł go wysoko.
– Za mojego syna, Jana Orłowskiego, czeladnika z prawdziwego zdarzenia! Niech go Bóg prowadzi ręką pewną jak tasak i sercem czystym jak biała kiełbasa bez pieprzu!
Śmiech rozniósł się po pokoju, a potem była jeszcze pieśń, wspomnienie o dziadku, który rzezał trzody w Radomiu, i o pradziadzie, który tasakiem podobno ratował króla, choć nikt już nie wiedział którego. I była rozmowa o planach, że może za kilka lat Jan przejmie zakład, że może uda się go wprowadzić do cechu jako mistrza.
Na podwórzu, między masarnią a wozownią, rósł stary orzech. Wysoki, rozłożysty, z konarami grubymi jak ramię dorosłego mężczyzny. Jan wspinał się na niego od dziecka, siedział na nim z książką, marzył o świecie za murami kamienicy. Teraz spojrzał przez okno i dostrzegł liście, drgały na wietrze jakby przypominały mu: jesteś z tego miejsca, z tej ziemi, z tej krwi. Bo korzeni nie zapuszcza się od nowa – niesie się je w sobie, z miejsc, które kochało się od samego początku.
– Tatku – odezwał się nagle – a jeśli zaniesiemy dyplom do tej drukarni przy Łyczakowskiej? Może go tam dobrze oprawią?
Ojciec skinął z aprobatą.
– Dobrze myślisz. Wojnarscy to porządni ludzie. A może i po drodze jakiś znajomy ci się trafi. Może jaka ładna dziewczyna? – zaśmiał się donośnie.
Jan tylko się uśmiechnął. Może słowa ojca okażą się prorocze?
Lwów, lato 1919
Nazajutrz Jan szedł ulicą Akademicką, którą od razu poznawało się po zapachu świeżo zmielonej kawy, mieszającym się z wyziewami gorącego asfaltu i kurzem wznoszonym przez tramwaje. Pod pachą niósł swoją chlubę, zawinięty w brązowy papier czeladniczy dyplom, który miał być teraz oprawiony niczym relikwia.
Nie czuł się jednak jak chłopak, który idzie tylko po rzemieślniczą usługę. Czuł się co najmniej dziwnie. Jakby coś miało dzisiaj zaistnieć. Jakiś zwrot wydarzeń, który nie zależy od niego, lecz od siły większej niż tasak, mięso i fachowe ręce. Od przypadku? A może od losu?
Oficyna Wojnarskich mieściła się w kamienicy z mansardowym dachem. Znajdowała się dokładnie w tym miejscu, z którego widać było Lwią Górę, często zwaną Piaskową. Na szyldzie, wyblakłym od słońca, wciąż można było odczytać złocone litery:
„Drukarnia i oficyna Bolesława Wojnarskiego – od 1861 r.”
Otworzył drzwi z lekkim wahaniem, niepewny, czy powinien zapukać, czy po prostu wejść. Dzwonek zawieszony na framudze zadźwięczał suchym metalicznym tonem i niemal natychmiast zza witrażowych drzwi wychyliła się ona.
Zatrzymała się w pół kroku, jakby zaskoczona, że widzi młodego mężczyznę, zamaszystego, o dłoniach nieprzyzwyczajonych do książek. Miała atrament na palcach i kosmyk włosów, który opadał jej na czoło, niesfornie wymykając się spod siateczki.
– W czym mogę pomóc? – zapytała, poprawiając fartuch, nieco zaintrygowana, bo nie codziennie odwiedzał ich ktoś w roboczej kamizelce i z takimi oczami, które równie dobrze mogłyby należeć do poety, gdyby tylko nie zapach wędzonki na płaszczu.
– Dzień dobry. Orłowski. Z masarni przy Kopernika. Przyniosłem dyplom do oprawy. Ojciec mówił, że… że państwo się tym zajmują.
Delikatny uśmiech pojawił się na jej ustach, zachowała jednak przyzwoity dystans. Zmarszczyła brwi, patrząc na rulon.
– Oprawy to dział pana Michałczyka, ale dziś go nie ma. Jeśli pan nie ma nic przeciwko – zajmę się tym osobiście.
– Nie mam. To dla mnie ważne.
– Czeladniczy?
Skinął głową i podał paczkę.
Ostrożnie rozwinęła brązowy papier, jakby miała przed sobą starodruk. Przesunęła palcem po złoceniu.
– Rzemieślnik tradycji masarskiej.
Znowu kiwnął głową, trochę zawstydzony.
– To nie powód do wstydu – dodała. – W naszym domu ceni się rzemiosło. Także to, które nie pachnie farbą drukarską. – Po czym speszona dodała pośpiesznie: – Tak naprawdę to nie jesteśmy nawet stąd. Ale co ja tam pana zanudzać będę.
Nie wiedział, czy właśnie usłyszał komplement. Ale był zaskoczony. Córka właścicieli drukarni, ziemianka, jak mówiła matka, nie wyglądała na taką, co rozmawia z rzeźnikami. A jednak… uprzejma dziewczyna. I coś w jej głosie było takiego bardzo wyjątkowego, choć starała się zachowywać powściągliwie.
– Chciałbym, żeby wisiał w sklepie – powiedział, wskazując na dyplom. – Żeby mój syn też go kiedyś zobaczył.
Dopiero potem się zreflektował i dodał z nieśmiałym uśmiechem:
– Jak już go będę miał, oczywiście.
Teraz to ona się uśmiechnęła, ale od razu powróciła do sprawy, z którą tu przyszedł.
– Złocenia? Skóra tłoczona? Czy klasyczny pergamin?
– Skóra. I złocenia. Chce żeby było widać, że to wielka duma.
– Będzie zawsze o tym przypominać… – powiedziała cicho i chyba sama się zdziwiła, słysząc te słowa.
Przez chwilę panowała cisza, w której rozlegał się jedynie stukot maszyny drukarskiej z sąsiedniego pomieszczenia. Potem zaprosiła go do pokoju obok. Na stole leżały gotowe próbki arkuszy, między nimi jeden szczególny. Z cytatem:
„A imię jego czterdzieści i cztery…”
– Mickiewicz – powiedziała, widząc jego spojrzenie. – Składam teraz „Dziady”. Lubię, gdy litery układają się w zdania, za którymi kryje się coś więcej – myśl tak cichą, że trzeba ją poczuć, nie wystarczy przeczytać.
Jan przytaknął.
– My składamy mięso. Ale bez porządnego cięcia wszystko traci sens. Może i z literami tak samo?
Spojrzała na niego zaskoczona. Ale nie zaprzeczyła.
Tego dnia Jan wracał na ulicę Kopernika nieco wolniejszym krokiem. Nie dlatego, że słońce grzało mocniej. Nie był też jakość szczególnie zmęczony. Po prostu, coś nie pozwalało mu iść żwawiej, nie chciał oddalać się z tamtego miejsca. Chciał zostać. Nie na długo, ale na tyle by móc zapamiętać. Tylko co? Nie chciał jak na razie przyznać się przed samym sobą. Nie wiedział też, że już niedługo będzie chciał wracać do drukarni Wojnarskiego częściej.
I że duma, jaka przepełniała go jeszcze tego ranka, oraz złocenia na jego dyplomie będą niczym wobec tego, jak w jego życiu rozbłyśnie jedno, proste imię: Helena.
***
Minął tydzień od chwili, gdy Jan po raz pierwszy przekroczył próg drukarni Wojnarskich. W tym czasie mistrz Michałczyk zdążył oprawić jego dyplom. Twarda skóra cielęca z godłem cechowym wytłoczonym złotem i datą:
Lwów, Anno Domini 1919.
Ale to nie dyplom sprowadził go ponownie na ulicę Akademicką.
Jakaś nieznana siła kazała mu ponownie tu przyjść.
Helena, choć niczego nie sugerowała wprost, napomknęła, gdy odbierał gotowe zlecenie:
– W niedziele odwiedzamy z matką Cmentarz Łyczakowski. To taka nasza tradycja. Pochowani są tam ludzie, których głosy wybrzmiewają po dziś dzień… Jeśli ma pan ochotę… to wyjątkowe miejsce jest otwarte dla każdego.
Spojrzała na niego z powagą, ale i z pewnego rodzaju czułością, która rodziła się między nimi, ale której jeszcze nie nazwali.
I tak właśnie w słoneczne, chłodne przedpołudnie, stanęli obok siebie przy bramie nekropolii, on w marynarce nieco przyciasnej na ramionach, z bukiecikiem suchych lawendowych kwiatów; ona w granatowym płaszczyku i słomkowym kapeluszu, spod którego wymykały się kasztanowe pasma włosów.
– Lubi pani to miejsce? – zapytał, kiedy przekraczali kamienne przęsła bramy.
– Ta ziemia nosi więcej wspomnień, niż niejeden z nas. I niczego nie udaje – odpowiedziała. – Groby nie pozostawiają złudzeń. To przecież nie przypadek, że zlokalizowany jest w tak malowniczym zakątku, a falista rzeźba terenu, o wielu tarasowo spadających zboczach, zwieńczonych kurhanowym wzgórzem, wywoływała wrażenie jak gdyby sama przyroda ułożyła się tu na kształt mogilnika. Wie pan, że to jedna z najstarszych w Europie nekropolii istniejąca do dzisiaj? Wszyscy nazywają to miejsce Cmentarzem Krajobrazowo – Parkowym. To tutaj żywi i umarli mogą obcować ze sobą. Z jednej strony miejsce to przepełnia powaga, ale czuć również coś kojącego, harmonijne zestrojenie kultury i natury.
Szli powoli między zabytkowymi grobowcami, jakby wtulonymi w porośnięte bluszczem wzgórze. Kamienne płyty, niektóre pochylone, inne niemal zatopione w ziemi, szeptały do nich głosami przeszłości. Ziemia Łyczakowska oddychała historią, raz cicho i sennie, raz z samej głębi jak przed burzą.
Przeszli główną aleją, mijając mauzolea, kamienne anioły i pordzewiałe krzyże. Zatrzymali się przy mogile Marii Konopnickiej usytuowanej w Panteonie Wielkich Lwowian. Grób ten był inny niż pozostałe. Cichy, a jednak emanujący majestatem.
Jan spojrzał na tablicę, potem na stojącą obok niego dziewczynę, zamyśloną, o delikatnych i niezwykle pięknych rysach twarzy i powiedział:
– Matka uczyła mnie czytania na jej wierszu – „Rota” – powiedział cicho. – Ale wtedy nie wiedziałem, że kobieta może pisać takie słowa. Myślałem, że to jakiś stary żołnierz…
Helena uśmiechnęła się.
– Konopnicka miała więcej odwagi niż niejeden szeregowiec. Pióro może być ostrzejsze niż bagnet.
Jan zdjął kapelusz i pochylił głowę. Z nagrobka spoglądała na nich kamienna twarz poetki, surowa, skupiona, z cieniem zmęczenia, jakie przynosi walka nie tylko piórem, ale i sercem.
– Moja mama często recytowała jej wiersze – powiedziała Helena, przesuwając palcami po inskrypcji. – Mówiła, że to Konopnicka pisała sercem Polski.
– „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród…” – wyszeptał Jan i spojrzał na dziewczynę z jeszcze większym szacunkiem. – Ten wiersz… jeszcze długo będzie śpiewany.
– I oby nie dlatego, że wciąż będziemy potrzebowali go słyszeć – odparła, a jej spojrzenie zatrzymało się na młodych drzewach za ogrodzeniem. – Tamtych dni i pogrzebu Konopnickiej nikt z nas nie zapomni. Była to jedna z największych uroczystości żałobnych na Łyczakowie, odkąd Lwów sięga pamięcią.Wzięło w niej udział 50 tysięcy ludzi. O rozmiarach tego wydarzenia zadecydowała nie tylko popularność autorki „Roty” w społeczeństwie polskim, ale też i czas, w jakim zmarła. Chwila była osobliwa, a w powietrzu wisiał konflikt zbrojny pomiędzy zaborcami, o który przecież Polacy modlili się słowami litanii Słowackiego: „O wojnę powszechną za wolność ludów prosimy Cię, Panie” – przerwała na chwilę, po czym kontynuowała swoją opowieść cichym głosem, pełnym wzruszenia. – W starciu zaborców widziano szansę na odzyskanie niepodległości. Poszczególne ugrupowania polityczne, tak liczne w ówczesnej Galicji, różnymi sposobami podżegały nastroje patriotyczne. Na tle licznych wydarzeń tamtego okresu pogrzeb Marii Konopnickiej stał się wyjątkowo widowiskową manifestacją jedności narodowej, która integrowała społeczeństwo, tym razem w atmosferze ogólnego żalu po stracie wybitnej pisarki i poetki. W dzień pogrzebu prawie całe miasto pokryte było czarnymi flagami oraz setkami klepsydr, a wszystkie czasopisma wydano w czarnych obwódkach. Mój tato osobiście sprawdzał każdy pakiet gazet przekazywany sprzedawcom – zamilkła na chwilę, słuchając odległego dźwięku dzwonów dochodzącego z miasta.
Lwów oddychał tu ciszą, wieczną, nieugiętą, z polszczyzną wyrytą w marmurze.
– Chodźmy – powiedziała w końcu. – Chcę panu pokazać jeszcze jeden pomnik. Młodego chłopaka, który zginął w powstaniu. Miał osiemnaście lat. Przepraszam, strasznie się rozgadałam, ale jakże nie wspominać takich wydarzeń? Pamiętam, jak z mamą za rękę weszłyśmy do kościoła Bernardynów, gdzie na katafalku w powodzi świateł i kwiatów spoczywało ciało zmarłej Marii Konopnickiej. Stawiałyśmy kroki powolutku onieśmielone powagą emanującą od niezliczonych tłumów. W dzień pogrzebu ustała praca we wszystkich polskich warsztatach, w szkołach odwołano lekcje, a ludzie wylegli na ulice i place.
– Też to pamiętam, bo w ten dzień cały zakład tatka był zamknięty, zamiast pracować, jak zwykliśmy codziennie w dni robocze, odświętnie ubrani pomaszerowaliśmy na cmentarz na pogrzeb wielkiej poetki.
Jan podał jej ramię. Szli w górę, pod światło promieni słonecznych, wśród śladów tych, którzy kochali swój kraj aż do samego końca.
Idąc dalej, zatrzymali się przy grobie Gabrieli Zapolskiej, przy którym to Helena opowiedziała mu, jak jej matka w tajemnicy kupowała dramaty „dla dorosłych”. Odniósł wrażenie, że mówiąc o tym głos jej lekko zadrżał. Szybko zmieniła temat i rozpoczęła opowieść o pomniku Bartosza Głowackiego.
– Mój ojciec mawia, że każdy rzeźnik musi być jak kosynier: szybki, zdecydowany i bez litości, ale tylko w pracy – wtrącił Jan.
Potem długo szli w ciszy. Wokół nich rozpościerała się zieleń gęsta, bujna, pachnąca późnym latem. Cmentarz wznosił się łagodnie, ukazując kolejne tarasy grobów, obrośnięte bluszczem, osłonięte cisami. Jakby śmierć była tylko formą dalszego trwania, zamienionego w kamień i liść.
– Czasem myślę – odezwała się po chwili – że Lwów to jedno wielkie cmentarzysko idei. Polska, Austria, Ukraina… każdy tu czegoś szukał, każdy coś stracił.
– A my? – zapytał Jan.
– My może szukamy tego samego. Ale z różnych stron.
Zatrzymali się przy grobie Artura Grottgera. Dziewczyna przyklękła i poprawiła opadły kwiat.
– Mój ojciec mówił, że gdyby nie malował, to by zginął na barykadzie. A tak żyje nadal. W kolorach i kresce.
– A ja… ja tasakiem rysuję na mięsie. Ale nie zostanie po mnie żaden ślad.
Spojrzała na niego uważnie.
– To nieprawda. Widziałam, jak pan patrzy na ludzi. Jak pan słucha. Pan nie jest tylko rzeźnikiem. Pan patrzy i widzi. A to już połowa duszy poety.
Jan poczuł, jak coś w nim drga. Jakby wewnątrz, pod żebrami, odezwał się cichy głos, który milczał odkąd był dzieckiem.
Nie powiedział nic. W tej chwili słowa nie miałyby i tak jakiegokolwiek znaczenia.
W oddali słychać było dźwięk dzwonów z kościoła św. Antoniego. Wiatr poruszał liśćmi, a słońce powoli przepychało swoje promienie przez gęste konary drzew. Świat zdawał się zatrzymany między dniem a snem.
Przy wyjściu z cmentarza, kiedy już się żegnali, Helena na odchodnym powiedziała spokojnie:
– Proszę tu wrócić. Ale samemu. I posłuchać.
– Czego?
– Tego, co mówi milczenie. Tu milczenie zawsze ma sens.
I odeszła, spokojnie, tym lekkim, dumnym krokiem, który jeszcze długo potem Jan próbował odtworzyć w pamięci, nie wiedząc, że właśnie w tym spacerze, między Konopnicką a Grottgerem, zasiane zostało coś, co miało zakiełkować dużo głębiej niż jakiekolwiek inne uczucie.
To był początek ich wspólnej drogi.
Redakcja
Daria Lebida
Korektka
Dorota Honek-Sac
Skład i łamanie wersji do druku
Agnieszka Kielak
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
Zdjęcie wykorzystane na okładce
© AdobeStock
© Copyright by Skarpa Warszawska, Warszawa 2026
© Copyright by Mariola Sternahl, Warszawa 2026
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384301838
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Prolog
Rozdział 1. Początek dziedzictwa
Rozdział 2. Drukarnia, dziewczyna z atramentem na palcach i rozważania o wieczności
Strona redakcyjna
Spis treści
