Opowieść dla smutnych ludzi - Morte Mia - ebook + książka

Opowieść dla smutnych ludzi ebook

Morte Mia

0,0

Opis

Czy można być szczęśliwym, raniąc tych, których się kocha?

Jula, nauczycielka angielskiego, zmaga się z depresją. Wraz z mężem przeprowadza się na wieś, wierząc, że cisza, przestrzeń i ucieczka od miasta pozwolą jej wreszcie złapać oddech. Nowy dom ma być ratunkiem, ale wszystko zmienia się, gdy Jula poznaje Romka, sąsiada, przy którym po raz pierwszy od dawna czuje się naprawdę zauważona. Między dwojgiem obcych ludzi rodzi się porozumienie, które szybko przekracza granice niewinnej bliskości.

Sielankowa wiejska sceneria zaczyna pękać, a cisza okazuje się głośniejsza niż krzyki. Każda decyzja ma swoją cenę, a każde niewypowiedziane słowo wraca z podwójną siłą.

„Opowieść dla smutnych ludzi” to intymna, przejmująca historia o współczesnych związkach, w których miłość splata się z poczuciem winy, a potrzeba bliskości z lękiem przed konsekwencjami. To nie jest lektura na plażę. Lepiej posmakuje nocą, przy dźwiękach jesiennego wiatru, wiosennej burzy albo bluesa płynącego z gramofonu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 337

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tym, któ­rzy choć raz umie­ra­li w mę­czar­niach Mi­ło­ści…

Rozdział 1

Jula

Po­noć re­mont jest jed­ną z naj­częst­szych przy­czyn roz­wo­du – po­my­śla­ła, tasz­cząc szó­sty kar­ton z książ­ka­mi do je­dy­ne­go czy­ste­go po­ko­ju w ca­łym domu. To tam znaj­do­wał się obec­nie ośro­dek ich ży­cia. Sy­pial­nia, sa­lon i ja­dal­nia w jed­nym. Po­zo­sta­łe po­miesz­cze­nia były co praw­da go­to­we, ale na­le­ża­ło je po­sprzą­tać. Pod­ło­gi po­kry­wa­ła war­stwa pyłu, ścia­ny gdzie­nie­gdzie od­dzie­la­ła od sie­bie ta­śma ma­lar­ska, do tego za­ku­rzo­ne szy­by w oknach i reszt­ki ce­men­tu na pa­ra­pe­tach. Wszę­dzie wa­la­ły się pędz­le, wał­ki do ma­lo­wa­nia i po­jem­ni­ki z reszt­ka­mi farb. Chcia­ło jej się pła­kać, ale w ostat­niej chwi­li za­mknę­ła oczy i za­czę­ła w my­ślach re­cy­to­wać swój ulu­bio­ny wiersz. Za­zwy­czaj po­ma­ga­ło.

Nie­gdyś przed wie­lu, wie­lu laty

W kró­le­stwie nad mórz pia­ną

Żyła dzie­wecz­ka, któ­rą zna­łem;

An­na­bel Lee ją zwa­no…

– Kur­wa mać! – Usły­sza­ła jed­no­cze­śnie głos Ka­ro­la i dźwięk tłu­czo­ne­go szkła.

Tyl­ko nie moje kie­lisz­ki z Ma­de­ry… – po­my­śla­ła, pod­cho­dząc do okna. Ka­rol, klę­cząc, zbie­rał reszt­ki tego, co jesz­cze przed chwi­lą było szklan­ka­mi, kub­ka­mi i kie­lisz­ka­mi, tak­że tymi z Ma­de­ry. Wy­szła na ze­wnątrz, żeby mu po­móc. Z ca­łej za­war­to­ści kar­to­nu prze­trwał nie­na­ru­szo­ny tyl­ko je­den ku­bek. Pre­zent uro­dzi­no­wy od Ka­ro­la z na­pi­sem „Sexy te­acher”. Nie był czar­ny. Nie był na­wet zie­lo­ny. Nie zno­si­ła tego kub­ka. Roz­pła­ka­ła się.

– Prze­pra­szam, ko­cha­nie, ku­pię ci ta­kie same kie­lisz­ki, zo­ba­czysz!

– To ja prze­pra­szam, od wczo­raj by­łam bli­ska wy­bu­chu. To wszyst­ko po­nad moje ner­wy.

– Nie martw się, już pra­wie meta, nie­wie­le nam zo­sta­ło. Poza tym ro­zej­rzyj się.

Miał ra­cję. Wła­śnie speł­ni­ło się jej ma­rze­nie. Kil­ka ty­go­dni wcze­śniej ku­pi­li ten pięk­ny, drew­nia­ny dom z ko­min­kiem i we­ran­dą, któ­rej za­wsze pra­gnę­ła. Cu­dow­ny ogród z mnó­stwem kwia­tów, krze­wów i sta­rych drzew osła­niał ich nowe kró­le­stwo przed wzro­kiem, być może cie­kaw­skich, są­sia­dów. Na szczę­ście nie było ich wie­lu. Tyl­ko je­den dom od­da­lo­ny o ja­kieś dwie­ście me­trów. Pew­nie ro­dzi­na z dzieć­mi. Nie wi­dzie­li ich jesz­cze, ale rano usły­sze­li śmiech chłop­ców bie­ga­ją­cych w ogro­dzie.

– Chy­ba po­trze­bu­je­my prze­rwy na kaw­kę. Za­pra­szam do na­szej no­wej, wspa­nia­łej kuch­ni, po­kry­tej ku­rzem, fo­lią i kar­to­na­mi. – Mó­wiąc to, uśmiech­nę­ła się po raz pierw­szy tego dnia.

– Cu­dow­nie, tego wła­śnie mi trze­ba. A wie­czo­rem to ja za­opie­ku­ję się tobą.

– Niby jak?

– Czy­ta­łem ostat­nio po­rad­nik, jak po­cie­szyć smut­ną dziew­czy­nę. Pod­no­sisz ją i ukła­dasz na kocu, za­wi­jasz w na­le­śnik i prze­no­sisz na ka­na­pę. Przy­tu­lasz na­le­śnik i przy­no­sisz mu coś do pi­cia, bo, jak wia­do­mo, łzy od­wad­nia­ją. Do tego or­ga­ni­zu­jesz prze­ką­skę, któ­rą na­le­śnik lubi, i włą­czasz mu jego ulu­bio­ny film.

Roz­ba­wił ją tym i jed­no­cze­śnie roz­czu­lił. Był naj­lep­szą oso­bą, jaką zna­ła. Ko­cha­ny, czu­ły, do­bry, mą­dry, za­baw­ny. To ostat­nie ce­ni­ła chy­ba naj­bar­dziej. Za­wsze uwa­ża­ła, że pod­sta­wą związ­ku jest po­czu­cie hu­mo­ru, a Ka­rol za­zwy­czaj po­tra­fił ją roz­ba­wić. Do tego speł­niał wszyst­kie jej za­chcian­ki. Nie był może sza­le­nie przy­stoj­ny, ale miał swój urok. Nie­ste­ty, ostat­nio tro­chę się za­nie­dbał, nie upra­wiał żad­ne­go spor­tu, co zdra­dzał jego wy­sta­ją­cy, za­okrą­glo­ny brzuch. Co wię­cej, za­czął po­wo­li ły­sieć. Sta­ra­ła się nie zwra­cać na to uwa­gi. Mia­ła świa­do­mość, że ząb cza­su do­ty­ka każ­de­go, a Ka­rol był od niej star­szy o dzie­sięć lat. Taki tro­chę ta­tuś, tyl­ko bez dzie­ci. Czę­sto my­śla­ła, że nie pa­su­ją do sie­bie. On – uro­dzo­ny mąż i oj­ciec, za­wsze ma­rzył o du­żej ro­dzi­nie. Ona – wy­jąt­ko­wo ce­ni­ła so­bie wol­ność i nie­za­leż­ność. Nie mia­ła in­stynk­tu ma­cie­rzyń­skie­go. Nie prze­pa­da­ła za dzieć­mi, choć iro­nia losu pchnę­ła ją do pra­cy w szko­le.

Uczy­ła an­giel­skie­go w li­ceum. Od kil­ku mie­się­cy była na zwol­nie­niu le­kar­skim. Do­tknię­ta de­pre­sją i wy­pa­le­niem za­wo­do­wym sta­wa­ła się co­raz mniej cier­pli­wa. Któ­re­goś razu nie wy­trzy­ma­ła i pu­ści­ła w kla­sie wią­zan­kę, na­zy­wa­jąc uczniów tę­pa­ka­mi i smart­fo­no­wy­mi zom­bie odar­ty­mi z em­pa­tii. Po­de­szła do biur­ka, po­dar­ła na strzę­py kla­sów­ki, któ­re na nim le­ża­ły, wy­ję­ła z to­reb­ki pacz­kę pa­pie­ro­sów. Za­pa­li­ła i za­bra­ła swo­je rze­czy. Sta­nę­ła w pro­gu, od­wró­ci­ła się i ob­rzu­ci­ła po­gar­dli­wym spoj­rze­niem więk­szość ze swo­ich uczniów, koń­cząc przed­sta­wie­nie wy­su­bli­mo­wa­nym „pier­dol­cie się!”. Trza­snę­ła drzwia­mi i po­czu­ła ogrom­ną ulgę, ra­dość i po­czu­cie zwy­cię­stwa. Scho­dząc po scho­dach pro­wa­dzą­cych na par­king, mia­ła ocho­tę wy­ko­nać ta­niec Jo­ke­ra. Lu­bi­ła ten film i chy­ba tro­chę iden­ty­fi­ko­wa­ła się z głów­nym bo­ha­te­rem. Do­pa­li­ła pa­pie­ro­sa i wsia­dła do sa­mo­cho­du. Włą­czy­ła swo­ją ulu­bio­ną play­li­stę na Spo­ti­fy. Nie mo­gła tra­fić le­piej. Uśmiech­nę­ła się, sły­sząc She’s Lost Con­trol Joy Di­vi­sion. Po­my­śla­ła, że tego dnia po raz pierw­szy, od­kąd uczy­ła, zy­ska­ła cał­ko­wi­tą uwa­gę ze­bra­nych i do­strze­gła w ich oczach zdu­mie­nie oraz sza­cu­nek po­mie­sza­ny ze stra­chem.

Z za­my­śle­nia wy­rwał ją dźwięk od­kor­ko­wy­wa­nej bu­tel­ki. Ka­rol na­lał wina do pla­sti­ko­wych kub­ków.

– Przy­naj­mniej tych nie stłu­kłem – po­wie­dział, pusz­cza­jąc do niej oko. – Po­my­śla­łem, że to nam chy­ba bar­dziej po­sma­ku­je niż kawa.

– Ko­cham cię. – Uśmiech­nę­ła się i moc­no przy­tu­li­ła męża.

Po ty­go­dniu cięż­kiej pra­cy ich nowy dom za­czy­nał przy­po­mi­nać miej­sce, w któ­rym mo­gła­by się ze­sta­rzeć. Wy­so­ko roz­wi­nię­ty zmysł es­te­tycz­ny po­łą­czo­ny z nie­okieł­zna­ną wy­obraź­nią prze­mie­nił ją chwi­lo­wo w dyk­ta­to­ra nie­zno­szą­ce­go sprze­ci­wu. Na szczę­ście Ka­rol zo­sta­wił jej cał­ko­wi­tą swo­bo­dę w kwe­stii de­ko­ra­cji no­wych wnętrz. Miał do niej za­ufa­nie i po­do­bał mu się styl żony. W jej ubio­rze do­mi­no­wa­ła czerń, któ­rej była wier­na od co naj­mniej pięt­na­stu lat. Kie­dyś w środ­ku lata za­ło­ży­ła bia­łą su­kien­kę. Ko­le­ga ze stu­diów, wi­dząc to, wy­ba­łu­szył oczy i za­py­tał, czy ma ża­ło­bę. Je­śli cho­dzi o wnę­trza, uwiel­bia­ła z ko­lei ko­lo­ry. Twier­dzi­ła, że ma czar­ne su­kien­ki, ser­ce i my­śli, więc przy­naj­mniej dom może być ko­lo­ro­wy. Z za­mi­ło­wa­niem łą­czy­ła boho, vin­ta­ge i styl ru­sty­kal­ny. Lu­bi­ła na­tu­ral­ne ma­te­ria­ły, jak drew­no czy ka­mień, i wnę­trza peł­ne świa­tła. Nie uzna­wa­ła Ikei. Wszyst­kie me­ble ku­po­wa­ła z dru­giej ręki. Była zda­nia, że przed­mio­ty, któ­ry­mi się ota­cza, mu­szą mieć swo­ją hi­sto­rię i du­szę. Z sza­leń­stwem w oczach wy­kań­cza­ła dom, cza­sa­mi wy­kań­cza­jąc przy tym tak­że Ka­ro­la. Ten z ko­lei był oka­zem cier­pli­wo­ści. Ak­cep­to­wał każ­dy jej wy­mysł. I te koty. Mia­ła ob­se­sję na punk­cie czar­nych ko­tów. Tych nie­czar­nych zresz­tą też. Były wszę­dzie. Dzie­siąt­ki fi­gu­rek róż­nej wiel­ko­ści, ob­ra­zy, me­ta­lo­we i drew­nia­ne ta­blicz­ki z ko­ci­mi po­do­bi­zna­mi i za­baw­ny­mi na­pi­sa­mi, ozdob­ne po­dusz­ki, wie­sza­ki w przed­po­ko­ju i w kuch­ni, kor­ko­cią­gi i ta­le­rze. Na­wet sto­jak na pa­pier to­a­le­to­wy był w kształ­cie kota. Zde­cy­do­wa­nie do­skwie­rał jej brak ży­wych stwo­rzeń, a te na­ma­lo­wa­ne bądź wy­rzeź­bio­ne sta­no­wi­ły chwi­lo­wą kom­pen­sa­tę. Uzgod­ni­li z Ka­ro­lem, że po prze­pro­wadz­ce na wieś i po za­koń­czo­nym re­mon­cie po­ja­dą do schro­ni­ska po dwa da­chow­ce. Wie­rzy­ła, że sa­mot­ny kot to nie­szczę­śli­wy kot. Tak jak czło­wiek.

Usły­sza­ła dźwięk dzwon­ka.

– Kot­ku, otwo­rzysz? Ja wła­śnie wy­sze­dłem spod prysz­ni­ca! – krzyk­nął Ka­rol.

– Ja­sne! – od­krzyk­nę­ła, czu­jąc jed­no­cze­śnie przy­spie­szo­ne bi­cie ser­ca.

Nie lu­bi­ła lu­dzi, zwłasz­cza ob­cych. Przed spo­tka­niem z nową oso­bą za­wsze czu­ła ogrom­ny stres. Była so­bo­ta wie­czór, to nie mógł być li­sto­nosz. Otwo­rzy­ła drzwi i zo­ba­czy­ła ko­bie­tę, któ­ra trzy­ma­ła w ręku tor­tow­ni­cę przy­kry­tą ba­weł­nia­ną ścier­ką.

– Cześć, je­stem Mag­da, są­siad­ka. Miesz­kam ka­wa­łek da­lej z mę­żem i sy­na­mi. Po­my­śla­łam, że ma­cie masę ro­bo­ty z prze­pro­wadz­ką, i chcia­łam wam ja­koś osło­dzić te pierw­sze, gorz­kie chwi­le. Pro­szę, upie­kłam dla was po­wi­tal­ny ser­nik. – Uśmiech­nę­ła się i zdję­ła ścier­kę, z dumą od­sła­nia­jąc za­war­tość tor­tow­ni­cy.

– Yyy, ojej, bar­dzo dzię­ku­je­my. Jula – od­po­wie­dzia­ła nie­śmia­ło, po­da­jąc rękę nowo po­zna­nej ko­bie­cie.

Na szczę­ście w tej wła­śnie chwi­li Ka­rol przy­szedł jej w su­kurs. Po­czu­ła spo­kój. Ona była od de­ko­ra­cji wnętrz, on – od kon­tak­tów to­wa­rzy­skich. Mag­da po­pra­wi­ła wło­sy, wy­pro­sto­wa­ła się i po­da­ła rękę Ka­ro­lo­wi.

– Cześć, Mag­da, miesz­kam obok – przed­sta­wi­ła się.

– Miło cię po­znać. Ka­rol. Może wej­dziesz na chwi­lę?

– Nie, nie­ste­ty, mu­szę ucie­kać. Czas kłaść dzie­cia­ki do łó­żek. Chcia­łam się tyl­ko przy­wi­tać i za­pro­po­no­wać ja­kieś spo­tka­nie w peł­nym gro­nie. Cie­szę się, że w koń­cu mamy są­sia­dów w na­szym wie­ku. Po­przed­ni wła­ści­cie­le byli sta­rusz­ka­mi i nie bar­dzo mie­li­śmy z nimi o czym roz­ma­wiać.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział uśmiech­nię­ty Ka­rol. – Słu­chaj, to może wpad­nie­cie do nas w przy­szłą so­bo­tę? Zro­bi­my przy oka­zji małą są­siedz­ką pa­ra­pe­tó­wę.

– Su­per, miło z wa­szej stro­ny. Co mamy przy­nieść?

– Bu­tel­ka czer­wo­ne­go win­ka i do­bre hu­mo­ry w zu­peł­no­ści wy­star­czą. Osiem­na­sta bę­dzie okej?

– Ja­sne, je­ste­śmy umó­wie­ni, do zo­ba­cze­nia!

– Na ra­zie – po­wie­dzia­ła Jula i z ulgą za­mknę­ła drzwi.

Wie­czo­rem do­szło do zbli­że­nia. Jula po­wo­li sta­wa­ła się spe­cja­list­ką w sztu­ce uda­wa­nia or­ga­zmu. Dla świę­te­go spo­ko­ju. I żeby nie ra­nić Ka­ro­la. Im dłu­żej byli ze sobą, tym bar­dziej go ko­cha­ła i czu­ła się z nim zwią­za­na co­raz moc­niej. Jed­nak sfe­ra łóż­ko­wa dzia­ła­ła tu nie­ste­ty od­wrot­nie pro­por­cjo­nal­nie. Jula od lat bra­ła ta­blet­ki an­ty­kon­cep­cyj­ne i cza­sem za­sta­na­wia­ła się, czy to one, czy staż ich związ­ku za­bi­ja jej li­bi­do. Ka­rol od daw­na jej nie po­cią­gał. Co praw­da bar­dzo się sta­rał, za­le­ża­ło mu na przy­jem­no­ści żony bar­dziej niż na swo­jej, ale efekt naj­czę­ściej był ten sam – uda­wa­ny or­gazm. On z ko­lei wy­da­wał się za­chwy­co­ny ich po­ży­ciem. W trak­cie sek­su czę­sto po­wta­rzał, że jest cu­dow­na. Mó­wił, że ją ko­cha i że jej pra­gnie. Ona je­dy­nie od cza­su do cza­su zdo­by­wa­ła się na mało prze­ko­nu­ją­ce: „Tak, tak, ta­aak”, naj­czę­ściej tuż przed punk­tem kul­mi­na­cyj­nym swo­jej gry ak­tor­skiej. Od ośmiu lat ca­ło­wał ją tam na dole do­kład­nie w ten sam spo­sób. Za­wsze w tej sa­mej po­zy­cji, gdy le­ża­ła na ple­cach. Od ja­kie­goś cza­su nie spra­wia­ło jej to przy­jem­no­ści. Ra­czej ła­sko­ta­ło albo, co gor­sza, zwy­czaj­nie draż­ni­ło. Za­wsze ro­bi­li to w łóż­ku. Lu­bi­ła z nim wy­jeż­dżać i spać w ho­te­lu. Wte­dy przy­naj­mniej łóż­ko było inne. To ona mu­sia­ła pro­po­no­wać zmia­nę po­zy­cji. To ona czę­sto kie­ro­wa­ła jego ręką lub ję­zy­kiem. On był bier­ny. Wszyst­ko mu się po­do­ba­ło. Chcia­ła, żeby od cza­su do cza­su dał jej klap­sa albo po­cią­gnął ją za wło­sy. Ni­g­dy ni­cze­go ta­kie­go nie zro­bił. A jej było ja­koś tak głu­pio o to po­pro­sić. Cza­sem, jak każ­da ko­bie­ta, chcia­ła się po­czuć jak nie­grzecz­na dziew­czyn­ka. Tyl­ko jej mąż był z ko­lei grzecz­ny.

Nie­dzie­le były naj­gor­sze. Od­kąd pa­mię­ta­ła. Jako dziec­ko nie zno­si­ła cho­dzić do szko­ły i na samą myśl o po­nie­dział­ku już w nie­dzie­lę bo­lał ją brzuch. Jak­by tego było mało, mat­ka zmu­sza­ła ją do cho­dze­nia do ko­ścio­ła, co było chy­ba jesz­cze gor­sze niż sama szko­ła. Cie­szy­ła się, kie­dy cho­ro­wa­ła lub mia­ła bo­le­sny okres, wte­dy była zwol­nio­na z tego po­nu­re­go obo­wiąz­ku i zo­sta­wa­ła w domu, w swo­im uko­cha­nym po­ko­ju ob­le­pio­nym pla­ka­ta­mi Pe­arl Jam, w cie­płym, wy­god­nym łóż­ku, gdzie mo­gła po­słu­chać mu­zy­ki albo po­czy­tać książ­kę. Li­te­ra­tu­ra i mu­zy­ka były jej naj­więk­szy­mi pa­sja­mi. Nowy dom wy­peł­nia­ły książ­ki i wi­ny­le, któ­re z za­mi­ło­wa­niem ko­lek­cjo­no­wa­ła od lat. Ka­rol nie lu­bił czy­tać. Ni­g­dy tego nie ro­zu­mia­ła. Ona po­chła­nia­ła przy­naj­mniej trzy książ­ki w mie­sią­cu. On raz do roku czy­tał co naj­wy­żej po­rad­nik węd­ka­rza. Ryby były jego hob­by. Sta­ra­ła się to sza­no­wać, choć jako we­ge­ta­rian­ce było jej bar­dzo cięż­ko. Z bie­giem lat na­uczy­ła się, że zwią­zek to part­ner­stwo i przede wszyst­kim kom­pro­mi­sy. Zda­wa­ła so­bie spra­wę, że nie za­wsze wszyst­ko musi być tak, jak chce ona. Trze­ba się otwo­rzyć na po­trze­by i pa­sje part­ne­ra. Ina­czej zwią­zek umie­ra śmier­cią na­tu­ral­ną.

Nie­dzie­la. Jesz­cze jako stu­dent­ka usły­sza­ła hi­sto­rię hym­nu wę­gier­skich sa­mo­bój­ców. Od tej pory w nie­któ­re nie­dzie­le przy­wo­ły­wa­ła w gło­wie Glo­omy Sun­day. Spo­śród wie­lu in­ter­pre­ta­cji naj­bar­dziej lu­bi­ła utwór w wy­ko­na­niu Dia­man­dy Ga­las. Do dziś pa­mię­ta­ła, jak nocą sie­dzia­ła na łóż­ku w aka­de­mi­ku i ra­zem ze swo­im przy­ja­cie­lem słu­cha­li wspo­mnia­nej kom­po­zy­cji. Po­grą­że­ni w roz­mo­wie, prze­ję­ci hi­sto­rią dzie­sią­tek sa­mo­bójstw po­wią­za­nych z nie­dzie­lą, na­gle usły­sze­li ło­mot i sko­czy­li na rów­ne nogi. Po­dej­rze­wa­li, że był to ptak, któ­ry w lo­cie ude­rzył o szy­bę. Wy­szli przed bu­dy­nek i rze­czy­wi­ście zo­ba­czy­li pod oknem mar­twe­go go­łę­bia. Na­pręd­ce wy­ko­pa­li mu grób i po­cho­wa­li zwie­rzę. Jej przy­ja­ciel zmon­to­wał na­wet ama­tor­ski krzyż z ga­łę­zi i zna­le­zio­ne­go ka­wał­ka drew­na, na któ­rym wy­rył śru­bo­krę­tem na­pis: „Ko­lej­na ofia­ra Po­nu­rej Nie­dzie­li”.

Nie­dzie­la. Naj­czę­ściej zo­sta­wa­ła sama w domu, bo Ka­rol jeź­dził z ko­le­ga­mi na ryby. Ro­bi­ła so­bie wte­dy drin­ka, włą­cza­ła mu­zy­kę, pa­li­ła pa­pie­ro­sa i tań­czy­ła. Za­zwy­czaj pła­ka­ła.

Rozdział 2

Romek

Klient nie za­pła­cił mu od trzech ty­go­dni. Tacy są naj­gor­si. Mają kupę pie­nię­dzy i za­zwy­czaj są nie­za­do­wo­le­ni z efek­tu. Uni­ka­ją za­pła­ce­nia fak­tu­ry, za­rzu­ca­jąc mu fu­szer­kę. Ha­ru­je jak wół, nie­raz po dzie­sięć go­dzin dzien­nie, a oni nie za­pro­po­nu­ją na­wet kawy, nie wspo­mi­na­jąc już o ja­kiejś prze­ką­sce. To już pią­ty tego typu ko­leś w tym roku. Nie zno­sił w lu­dziach me­ga­lo­ma­nii, aro­gan­cji i pro­stac­twa. Nie­ste­ty, tacy klien­ci zda­rza­li się co­raz czę­ściej.

Pół roku wcze­śniej otwo­rzył mu drzwi łysy typ bez ko­szul­ki, w czer­wo­nych dre­so­wych spoden­kach przed ko­la­no i w bia­łych fro­to­wych skar­pet­kach, któ­re no­sił z upodo­ba­niem na­wet w środ­ku lata i na­cią­gnął do po­ło­wy go­le­ni.

– Do­bry, pa­nie, rura mi pyn­kła w piew­ni­cy, chodź pan – przy­wi­tał go ten eru­dy­ta.

Od­wró­cił się i ru­szył w głąb domu, a Ro­mek do­pie­ro wte­dy zo­ba­czył, co fa­cet ma na ple­cach.

Ta­tu­aż wy­ko­na­ny praw­do­po­dob­nie ręką rów­nie elo­kwent­ne­go kum­pla. Cre­do klien­ta, któ­re brzmia­ło: „Bóg na­pi­sał krut­ki wstęp – lu­dzi sza­nuj, kur­wy tęp!”, spra­wi­ło, że Ro­mek po­krę­cił gło­wą, nie do­wie­rza­jąc w to, co wi­dzi. Po­my­ślał, że ewo­lu­cja omi­nę­ła typa sze­ro­kim łu­kiem, a Dar­win prze­wra­ca się w gro­bie. Póź­niej było już tyl­ko go­rzej. Ze­szli do piw­ni­cy, fa­cet za­pa­lił świa­tło i Ro­mek zo­ba­czył wy­stra­szo­ne­go psa przy­wią­za­ne­go me­tro­wym sznur­kiem do jed­nej z rur. W tej sa­mej chwi­li do­le­ciał go odór od­cho­dów, któ­ry­mi oto­czo­ny był pies. Jego wła­ści­ciel w naj­mniej­szym na­wet stop­niu nie czuł się skrę­po­wa­ny. Wziął do ręki me­ta­lo­wy pręt i ude­rzył w rurę. Zwie­rzę się sku­li­ło, a fa­cet za­re­cho­tał:

– Mam na­dzie­ję, że to nie przez tego skur­wie­la. Mu­sia­łem go tu za­mknunć, bo cały czas ino wył.

Ro­mek miał trzy­dzie­ści lat i dru­gi raz w ży­ciu po­czuł nie­na­wiść. Ogar­nę­ła go wzbie­ra­ją­ca fala dła­wią­ce­go, bu­dzą­ce­go w nim agre­sję uczu­cia. Ostat­ni raz prze­żył coś po­dob­ne­go jako czter­na­sto­la­tek. Mat­ka dała mu na uro­dzi­ny szcze­nia­ka. Od dziec­ka bar­dzo chciał mieć psa, a w dzień czter­na­stych uro­dzin jego ma­rze­nie się speł­ni­ło. Przez cały dzień ba­wił się z no­wym przy­ja­cie­lem w ogro­dzie. Pod wie­czór, gdy Ro­mek był za­ję­ty przy­go­to­wy­wa­niem le­go­wi­ska dla psia­ka, ten wy­mknął się z domu i pod­biegł do kom­plet­nie pi­ja­ne­go ojca chłop­ca, któ­ry wra­cał chwiej­nym kro­kiem do domu po czte­rech dniach nie­obec­no­ści. Roz­wście­czo­ny do­mo­wy ty­ran i prze­mo­co­wiec chwy­cił zwie­rzę za kark i z ca­łej siły rzu­cił nim w po­bli­skie drze­wo. Sto­ją­cy na pro­gu domu Ro­mek wi­dział, co się sta­ło, i za­czął biec w kie­run­ku psa. Szcze­niak le­żał na zie­mi bez oznak ży­cia. Miał skrę­co­ny kark. Za­la­ny łza­mi chło­piec po­czuł wzbie­ra­ją­ce, nie­zna­ne mu do­tąd uczu­cie. Miał atak dusz­no­ści i krę­ci­ło mu się w gło­wie. Wstał, od­wró­cił się i pod­szedł do ojca. Po raz pierw­szy się nie bał i po raz pierw­szy to on z ca­łej siły ude­rzył ojca pię­ścią w twarz, aż ten upadł na zie­mię. Splu­nął z obrzy­dze­niem na jego pi­jac­ką mor­dę, po czym wście­kle wy­ce­dził przez zęby, że od­tąd każ­de­go dnia bę­dzie pro­sił Boga o śmierć ojca w mę­czar­niach. To wte­dy po raz ostat­ni ode­zwał się do ro­dzi­ca. I po raz ostat­ni pła­kał.

Ro­mek był w amo­ku. Bo­le­sne wspo­mnie­nia od­ży­ły. W cią­gu se­kun­dy zna­lazł się przy zwy­rod­nial­cu i wy­rwał mu pręt. Za­mach­nął się, chcąc go ude­rzyć, ale w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­mał, my­śląc, że nie jest prze­cież taki jak jego oj­ciec.

– Ty skur­wy­sy­nu! Albo od­dasz mi psa, albo za­tłu­kę cię na śmierć, by­dla­ku! – krzyk­nął.

– A bierz go pan, na co mi on, mam z nim same pro­ble­my.

– Ty je­steś pro­ble­mem dla tego świa­ta, a twój Bóg na­pi­sał bar­dzo do­bry wstęp. Ta­kie kur­wy jak ty po­win­no się tę­pić!

Od­wią­zał psa, wziął go na ręce i wy­biegł z tego prze­klę­te­go domu. De­li­kat­nie uło­żył sucz­kę na tyl­nym sie­dze­niu. Była zbyt wy­czer­pa­na, żeby jak­kol­wiek za­re­ago­wać. Trzę­sła się. Przy­krył ją ko­cem, któ­ry za­wsze miał w au­cie, i po­gła­skał po gło­wie i dłu­gich, zwi­sa­ją­cych uszach. W oczach zwie­rzę­cia zo­ba­czył przej­mu­ją­cy smu­tek, zmę­cze­nie i wdzięcz­ność. Po raz pierw­szy od szes­na­stu lat roz­pła­kał się jak dziec­ko.

– Nie martw się, Róża, ja­koś to bę­dzie. – Uśmiech­nął się do psa.

Na­zwał go imie­niem szcze­nia­ka, któ­re­go do­stał na swo­je fe­ral­ne uro­dzi­ny. Czy­tał wte­dy Ma­łe­go Księ­cia i pa­mię­tał, że książ­ka zro­bi­ła na nim ogrom­ne wra­że­nie. Stwier­dził, że Róża bę­dzie ide­al­nym imie­niem dla stwo­rze­nia, któ­re od razu po­ko­chał i któ­rym chciał się opie­ko­wać już za­wsze.

Po dro­dze za­trzy­mał się z psem u zna­jo­me­go we­te­ry­na­rza. Miał co praw­da pew­ne wąt­pli­wo­ści, czy to do­bry mo­ment. Pies był prze­cież strau­ma­ty­zo­wa­ny i wy­star­cza­ją­co ze­stre­so­wa­ny. Ale Ro­mek stwier­dził, że Róża już tyle znio­sła, że znie­sie i to. Poza tym chciał mieć przy­kry obo­wią­zek jak naj­szyb­ciej z gło­wy. Stan psa był dra­ma­tycz­ny. Wy­ma­gał na­tych­mia­sto­wej opie­ki spe­cja­li­sty.

– Wal­dek, mam tu na­gły przy­pa­dek. Znaj­dziesz chwi­lę? – za­py­tał, wsu­wa­jąc gło­wę do ga­bi­ne­tu.

– Cześć, Ro­mek, ja­sne, usiądź­cie, pro­szę, w po­cze­kal­ni. Naj­pierw mu­szę skoń­czyć z tym dziel­nym pa­cjen­tem. – Mó­wiąc to, wska­zał ręką na kota, któ­ry wy­ko­rzy­stał chwi­lo­wą nie­uwa­gę le­ka­rza i czmych­nął ze sto­łu, cho­wa­jąc się we wszyst­kich czte­rech ką­tach po ko­lei. Jego wła­ści­ciel­ka pró­bo­wa­ła go w tym cza­sie zła­pać, ofe­ru­jąc sma­ko­ły­ki wyj­mo­wa­ne z tyl­nej kie­sze­ni spodni.

Gdy dziel­ny koci pa­cjent opu­ścił ga­bi­net, Ro­mek z Różą we­szli do środ­ka.

– A co to za nie­śmia­ła pięk­ność? – za­czął Wal­dek. – Ale oczy­ska to ty masz chy­ba po ta­tu­siu. Od razu wi­dać, że ło­buz z cie­bie, mała. No, opo­wia­daj­cie, co tu się po­dzia­ło?

Wal­dek był aku­rat tym do­brym klien­tem Rom­ka. Po­zna­li się dwa lata wcze­śniej, gdy Ro­mek tyn­ko­wał, a na­stęp­nie ma­lo­wał świe­żo ku­pio­ny i od­re­mon­to­wa­ny dom Wald­ka. Od razu zła­pa­li wspól­ny ję­zyk. Ro­mek po­dzi­wiał kum­pla za pa­sję w wy­ko­ny­wa­niu tego pięk­ne­go, ale i trud­ne­go za­wo­du. Do tego lu­bił po­czu­cie hu­mo­ru Wald­ka. Po­tra­fił roz­ba­wić na­wet naj­bar­dziej ze­stre­so­wa­nych wła­ści­cie­li cier­pią­cych zwie­rząt.

Ro­mek opo­wie­dział, co się wy­da­rzy­ło. Wal­dek był wstrzą­śnię­ty.

– To trze­ba jak naj­szyb­ciej zgło­sić na po­li­cję – do­ra­dził we­te­ry­narz. – Ja to zro­bię, ty mu­sisz się te­raz za­jąć tą la­lu­nią. Po­daj mi tyl­ko ad­res tego gno­ja. Zło­żę za­wia­do­mie­nie o po­dej­rze­niu po­peł­nie­nia prze­stęp­stwa. Zro­bię ma­łej parę fo­tek na wszel­ki wy­pa­dek i spi­szę od­po­wied­ni ra­port. Bądź pod te­le­fo­nem. Być może gli­ny będą chcia­ły z tobą roz­ma­wiać.

Róża była wy­chu­dzo­na, osła­bio­na i moc­no za­pchlo­na. Wal­dek za­szcze­pił i od­ro­ba­czył psia­ka, za­ło­żył mu ksią­żecz­kę zdro­wia, dał Rom­ko­wi śro­dek na pchły i spe­cja­li­stycz­ną kar­mę, któ­ra mia­ła po­móc zwie­rzę­ciu po­wo­li wró­cić do zdro­wia.

– Nie wiem, jak ci dzię­ko­wać. Ile się na­le­ży? – za­py­tał Ro­mek.

– Nie wy­głu­piaj się, od bo­ha­te­rów nie bio­rę żad­nych pie­nię­dzy – po­wie­dział Wal­dek. – Jedź­cie do domu i zrób la­lu­ni po­rząd­ne po­sła­nie. Na­sza księż­nicz­ka musi te­raz spo­ro od­po­czy­wać. – Po­gła­skał psa po gło­wie. – A ty, ma­leń­ka, nic się nie martw, w koń­cu je­steś w do­brych rę­kach!

Ro­mek po­je­chał jesz­cze do skle­pu zoo­lo­gicz­ne­go. Ku­pił sto­jak z mi­ska­mi, smycz, ob­ro­żę i naj­bar­dziej mięk­kie le­go­wi­sko, ja­kie tyl­ko zna­lazł. W dro­dze do domu męż­czy­zna ukła­dał plan i tro­chę się de­ner­wo­wał. Mag­da nie lu­bi­ła psów. Ani ko­tów, któ­re też chciał­by mieć. W za­sa­dzie nie to­le­ro­wa­ła żad­nych zwie­rząt. Być może przez tę jej ob­se­sję na punk­cie czy­sto­ści. Sam ko­chał zwie­rzę­ta od za­wsze. Nie­ste­ty, była to mi­łość nie­speł­nio­na. W dzie­ciń­stwie nie miał zwie­rzę­cia dłu­żej niż kil­ka go­dzin. Po trau­mie ze szcze­nia­kiem nie chciał ko­lej­nej ży­wej isto­ty, do­pó­ki miesz­kał pod jed­nym da­chem z oj­cem. Po kil­ku la­tach wy­je­chał na stu­dia. W aka­de­mi­ku nie moż­na było mieć zwie­rząt. A po­tem zwią­zał się z Mag­dą i za­kaz po­sia­da­nia zwie­rząt się prze­dłu­żył.

Jego dzie­ci ni­g­dy na­wet nie na­po­mknę­ły, że chcia­ły­by mieć ja­kie­goś pu­pi­la. Mag­da od po­cząt­ku po­wta­rza­ła im, że zwie­rzę­ta to same pro­ble­my. Z psa­mi trze­ba wy­cho­dzić na spa­cer, na­wet gdy pada, a kotu ku­po­wać dro­gie je­dze­nie. Do tego we­te­ry­na­rze, brud w domu, pchły i cho­ro­by. Ro­mek nie miał wy­star­cza­ją­co siły, żeby z tym wal­czyć. Mag­da zde­cy­do­wa­nie do­mi­no­wa­ła w ich mał­żeń­stwie. A on z roku na rok co­raz bar­dziej usu­wał się w cień. Nie czuł się z tym ja­koś bar­dzo źle. Zwłasz­cza od kie­dy kil­ka lat temu zbu­do­wał sto­do­łę kil­ka­na­ście me­trów od domu. Sta­ła się jego pra­cow­nią, a ostat­nio co­raz czę­ściej tak­że sy­pial­nią. Prze­stał już na­wet li­czyć, kie­dy po raz ostat­ni ko­cha­li się z żoną.

Za­wsze miał wy­so­kie li­bi­do. Pod tym wzglę­dem to­tal­nie się nie do­bra­li z Mag­dą. Ją in­te­re­so­wa­ły wy­łącz­nie dzie­ci. Kie­dy się uro­dzi­ły, sek­su było już tyl­ko jak na le­kar­stwo. Sły­sząc po raz ko­lej­ny, że jest zmę­czo­na lub boli ją gło­wa, z cza­sem dał so­bie spo­kój. Mag­da ni­g­dy nie wy­cho­dzi­ła z ini­cja­ty­wą. W łóż­ku i tak pa­no­wał chłód. Jak­by ni­g­dy jej nie za­le­ża­ło na jego przy­jem­no­ści. Seks trak­to­wa­ła jak smut­ny obo­wią­zek. Miał wra­że­nie, że nie po­tra­fi­ła się wy­lu­zo­wać. Na­wet pod­czas dłu­gich gier wstęp­nych po­prze­dzo­nych ma­sa­żem re­lak­sa­cyj­nym z cie­płym olej­kiem. Cza­sem otwie­ra­ła się na zbli­że­nie, gdy była na de­li­kat­nym rau­szu. Nie­raz zda­rzy­ło mu się przy­go­to­wać ro­man­tycz­ną ko­la­cję, a wcze­śniej przy­no­sił do domu jej ulu­bio­ne kwia­ty. Wie­czo­rem oglą­da­li film i pili wino. Po­tem jed­ną ręką od­gar­niał jej wło­sy i de­li­kat­nie ca­ło­wał szy­ję, a dru­gą rękę pro­wa­dził od ko­la­na, przez udo, do li­nii maj­tek. Sły­szał przy­śpie­szo­ny od­dech Mag­dy, a jego pe­nis ro­bił się sztyw­ny. Wte­dy naj­czę­ściej Ko­stek bu­dził się z pła­czem albo Ed­gar krzy­czał przez sen. Mag­da bie­gła do nich jak po­pa­rzo­na, a cały ro­man­tyzm szlag tra­fiał. Ro­mek już wie­dział, że jego żona po­zwo­li dzie­ciom spać w ich łóż­ku. Szedł wów­czas do swo­jej sto­do­ły, od­pa­lał pierw­szy lep­szy film por­no i z ulgą koń­czył. Naj­czę­ściej zo­sta­wał tam na noc i spał na jed­nej z ka­nap lub w swo­im ulu­bio­nym, ko­lo­ro­wym ha­ma­ku. Rano przy­cho­dził do domu na śnia­da­nie i obo­je z Mag­dą, jak co dzień, uda­wa­li, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

Rozdział 3

Magda

– No, jak się mają moje uko­cha­ne wnu­czę­ta? – spy­ta­ła jej mat­ka, sta­jąc w pro­gu drzwi.

– Ba­aab­cia­aa! – krzyk­nął Ko­stek, wy­bie­ga­jąc z auta.

– Dzię­ki, mamo. Po­win­nam się wy­ro­bić w dwie go­dzin­ki. Gdy­by mia­ło się prze­dłu­żyć, za­dzwo­nię – po­wie­dzia­ła Mag­da.

W jej ro­dzin­nej miej­sco­wo­ści otwar­to ostat­nio esca­pe room i na ostat­nim spo­tka­niu re­dak­cyj­nym szef wy­słał ją tam, żeby opi­sa­ła nową atrak­cję i po­roz­ma­wia­ła o wra­że­niach z pierw­szy­mi od­wie­dza­ją­cy­mi. Był week­end, ale stwier­dzi­ła, że pod­rzu­ci dzie­ci mat­ce, a sama w tym cza­sie nad­go­ni obo­wiąz­ki służ­bo­we. Cza­sem mia­ła dość swo­jej pra­cy. Z dru­giej stro­ny wie­dzia­ła, że jest do­bra w tym, co robi. Od dziec­ka mia­ła lek­kie pió­ro. Za­czy­na­ła od hi­sto­rii o smo­kach i księż­nicz­kach, przez przy­go­dy lal­ki Esme­ral­dy, koń­cząc na pi­sa­niu wier­szy wo­jen­no-pa­trio­tycz­nych w li­ceum, a na­wet krót­kiej po­wie­ści scien­ce-fic­tion pod­czas stu­diów. Dzien­ni­kar­stwo było w jej przy­pad­ku wy­bo­rem oczy­wi­stym. Bez pro­ble­mu do­sta­ła się na Uni­wer­sy­tet War­szaw­ski. Ukoń­czy­ła li­ceum ze śred­nią pięć i pół. Na­le­ża­ła do ostat­nie­go rocz­ni­ka zda­ją­ce­go sta­rą ma­tu­rę. Do eg­za­mi­nów ust­nych na­wet nie pod­cho­dzi­ła. Była z nich zwol­nio­na po otrzy­ma­niu ocen ce­lu­ją­cych z eg­za­mi­nów pi­sem­nych.

Jako dzien­ni­kar­ka lo­kal­nej ga­ze­ty mu­sia­ła być do­stęp­na wie­czo­ra­mi i w week­en­dy. Za­wsze pod te­le­fo­nem, za­wsze w stre­sie, że czas spę­dza­ny z ro­dzi­ną zo­sta­nie prze­rwa­ny po­łą­cze­niem od sze­fa wy­ma­ga­ją­ce­go od niej na­tych­mia­sto­we­go po­rzu­ce­nia tego, co w da­nej chwi­li ro­bi­ła, od­pa­le­nia lap­to­pa i pi­sa­nia na dany te­mat. Cza­sem mu­sia­ła pi­sać o czymś, co kom­plet­nie jej nie in­te­re­so­wa­ło. Albo cze­go nie lu­bi­ła lub z czym się nie zga­dza­ła. Jak te­raz. Nie zno­si­ła tego typu atrak­cji. Przed kil­ko­ma la­ta­mi do­szło do tra­ge­dii w po­dob­nym biz­ne­sie, gdzie na sku­tek po­ża­ru pięć dziew­cząt w wie­ku gim­na­zjal­nym stra­ci­ło ży­cie. Prze­szedł ją dreszcz na samo wspo­mnie­nie. W ży­ciu nie po­zwo­li­ła­by sy­nom na ta­kie roz­ryw­ki. Już te­raz każ­de­go dnia drża­ła o ich zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo. Bała się śmier­ci. W od­róż­nie­niu od Rom­ka, któ­ry z za­mi­ło­wa­niem oglą­dał hor­ro­ry i lu­bo­wał się w mrocz­nej li­te­ra­tu­rze. I te jego ob­ra­zy. Cza­sem wręcz nie mo­gła na nie pa­trzeć. Były od­ra­ża­ją­ce i na­pa­wa­ły ja prze­ra­że­niem. Wo­la­ła go o to nie py­tać. Nie­kie­dy za­sta­na­wia­ła się, skąd u nie­go ta fa­scy­na­cja mro­kiem i te­ma­ty­ką śmier­ci. Jej mąż był dość skry­ty. Im mniej mó­wił, tym bar­dziej prze­ma­wiał po­przez sztu­kę, któ­rą two­rzył w swo­jej sto­do­le. Rzad­ko tam wcho­dzi­ła. To zu­peł­nie nie był jej kli­mat.

Gdy prze­cho­dzi­ła obok lo­dziar­ni, przy­po­mnia­ła so­bie, jak bę­dąc małą dziew­czyn­ką, po­szła z mat­ką na lody po nie­dziel­nej mszy. Za­wsze były dwa sma­ki do wy­bo­ru. To była ich mała tra­dy­cja i jako dziew­czyn­ka przez cały ty­dzień cze­ka­ła na nie­dzie­lę. Cie­szy­ła się na smak lo­dów, na nie­spo­dzian­kę, w koń­cu co ty­dzień były inne sma­ki i nie wie­dzia­ła, cze­go się spo­dzie­wać, a tak­że na spo­tka­nie z lo­dzia­rzem, któ­ry był bar­dzo mi­łym star­szym pa­nem i za­wsze chwa­lił jej su­kien­ki albo ucze­sa­nie, a ona dzię­ko­wa­ła z uśmie­chem i wi­docz­nym ru­mień­cem. Była złak­nio­na uwa­gi i po­chwał, któ­rych ni­g­dy nie do­sta­wa­ła w domu. Mat­ka była zim­na i su­ro­wa, wy­ma­ga­ją­ca i wiecz­nie nie­za­do­wo­lo­na. Naj­czę­ściej pa­da­ją­cym w domu wy­ra­że­niem było: „Co lu­dzie po­wie­dzą?”. Mag­da nie mo­gła się ubrać czy ucze­sać tak, jak chcia­ła, wy­cho­dzić wie­czo­ra­mi czy spo­ty­kać się z Da­wi­dem, bo „co lu­dzie po­wie­dzą?”. Ni­g­dy nie usły­sza­ła od mat­ki, że ta ją ko­cha. Nikt w domu jej nie słu­chał i nie przy­tu­lał. Mu­sia­ła mieć naj­lep­sze oce­ny w kla­sie, bo prze­cież „co lu­dzie po­wie­dzą?”. Nie mia­ła żad­nych ko­le­ża­nek, nie wspo­mi­na­jąc o przy­ja­ciół­ce od ser­ca. Nikt nie chciał się z nią za­da­wać, bo była grzecz­ną, nud­ną ku­jon­ką.

Tego dnia do wy­bo­ru był smak cze­ko­la­do­wy i wa­ni­lio­wy. Mag­da mia­ła sześć lat i po­nad wszyst­ko ko­cha­ła lody w obu tych sma­kach. Nie mo­gła się zde­cy­do­wać, ale wi­dząc znie­cier­pli­wie­nie mat­ki i jej sro­gie spoj­rze­nie, wy­bra­ła smak wa­ni­lio­wy. Wy­cho­dząc z lo­dziar­ni, przy­po­mnia­ła so­bie, jak kil­ka ty­go­dni wcze­śniej mia­ła za­tru­cie i wy­mio­to­wa­ła w dniu, w któ­rym ja­dła lody wa­ni­lio­we. Po­czu­ła gulę w gar­dle.

– Mamo, nie chcę jed­nak tego loda. Czy mo­gła­byś się ze mną za­mie­nić?

– Nie – od­po­wie­dzia­ła mat­ka, li­żąc ze sma­kiem swo­je­go cze­ko­la­do­we­go loda.

– Pro­szę, kup mi cze­ko­la­do­we­go, a tego prze­cież mo­żesz zjeść, jest pysz­ny.

– Sko­ro jest pysz­ny, sama go zjedz.

Od­da­la­ły się od lo­dziar­ni, ale Mag­da wciąż wi­dzia­ła szan­sę na po­wrót i zmia­nę de­cy­zji.

– Mamo, pro­szę, ostat­nio źle się czu­łam, gdy ja­dłam te lody.

– Tak wy­bra­łaś i tego się trzy­maj. Zjedz już tego pie­przo­ne­go loda i nie za­wra­caj mi gło­wy.

Mag­da po­czu­ła łzy na­pły­wa­ją­ce jej do oczu.

– Pro­szę – po­wie­dzia­ła po raz ostat­ni.

Ko­bie­ta przy­sta­nę­ła, szarp­nę­ła cór­kę za rękę i moc­no ści­snę­ła jej nad­gar­stek. Z wście­kło­ścią w oczach po­wie­dzia­ła sta­now­czo, ale ci­cho na tyle, żeby inni jej nie sły­sze­li:

– Dziec­ko, mam cię na­praw­dę dość. Sama do­ko­na­łaś ta­kie­go wy­bo­ru i masz się tego trzy­mać. Mu­sisz my­śleć o kon­se­kwen­cjach swo­ich de­cy­zji. Je­śli nie zjesz tego loda, nie zjesz dziś żad­ne­go in­ne­go.

Wy­rwa­ła dziec­ku loda i wy­rzu­ci­ła go do ko­sza sto­ją­ce­go obok. Mag­da się roz­pła­ka­ła.

– Ucisz się, do cho­le­ry, i prze­stań się ma­zga­ić. Co lu­dzie po­wie­dzą?! – za­py­ta­ła, znów moc­no ści­ska­jąc jej nad­gar­stek i z da­le­ka uro­czo uśmie­cha­jąc się do są­sia­dów, któ­rzy wła­śnie wcho­dzi­li do lo­dziar­ni.

Mat­ka, sie­dzą­ca na ka­na­pie mię­dzy dwo­ma wnu­ka­mi, od­wró­ci­ła się i szep­nę­ła do Mag­dy sto­ją­cej w przed­po­ko­ju:

– Daj im jesz­cze pięć mi­nut, niech do­koń­czą baj­kę. – Uśmiech­nę­ła się ła­god­nie.

W te­le­wi­zji le­cia­ły ich uko­cha­ne Smer­fy. Dzie­cia­ki na­wet nie zwró­ci­ły uwa­gi, że przy­szła je ode­brać.

– Na­pi­jesz się kawy?

– Nie, dzię­ku­ję, tro­chę się spie­szę, mam jesz­cze parę rze­czy do zro­bie­nia. Po­cze­kam w au­cie, pa!

Mag­da za­sta­na­wia­ła się, jak to moż­li­we, że jej mat­ka jest tak do­brą, czu­łą bab­cią. Chłop­cy ją uwiel­bia­ją. Chy­ba ni­g­dy nie uwie­rzy­li­by w jej opo­wie­ści z cza­sów dzie­ciń­stwa.

Mie­li przed sobą wie­czór tyl­ko we dwo­je. Mag­da od­sta­wi­ła dzie­ci do ko­le­żan­ki z re­dak­cji, któ­ra też mia­ła dwóch sy­nów w po­dob­nym wie­ku. Od­po­czy­nek od chłop­ców do­brze jej zro­bi. Ostat­nio za bar­dzo się wszyst­kim przej­mo­wa­ła. Po­trze­bo­wa­ła odro­bi­ny re­lak­su. Ma­rzy­ła o ką­pie­li i kie­lisz­ku wina. Była sama w domu. Za­pa­li­ła kil­ka za­pa­cho­wych świec w ła­zien­ce i włą­czy­ła mu­zy­kę. Od­krę­ci­ła ku­rek z go­rą­cą wodą i za­czę­ła się roz­bie­rać. Spoj­rza­ła na swo­je od­bi­cie w lu­strze. Mimo dwóch po­ro­dów cał­kiem nie­źle się trzy­ma­ła. Lek­ko za­okrą­glo­ne bio­dra, mała fał­da na brzu­chu i wciąż jędr­ne pier­si z twar­dy­mi, ciem­ny­mi sut­ka­mi. We­szła do wan­ny z wodą peł­ną pia­ny. Za­czę­ła się po­wo­li do­ty­kać.

Wino przy­jem­nie ude­rzy­ło do gło­wy. Od­dy­cha­ła co­raz szyb­ciej i po chwi­li po­czu­ła wzbie­ra­ją­cą falę. Ode­rwa­ła rękę od pier­si, za­kry­ła czę­ścio­wo usta i, przy­gry­za­jąc pa­lec wska­zu­ją­cy, krzyk­nę­ła.

Cała się za­nu­rzy­ła, za­mknę­ła oczy i wstrzy­ma­ła od­dech. Uj­rza­ła nad sobą twarz Da­wi­da. Jej pierw­szy raz. Mia­ła sie­dem­na­ście lat, Da­wid dzie­więt­na­ście. Mat­ka Mag­dy wy­je­cha­ła na piel­grzym­kę do Czę­sto­cho­wy, więc dziew­czy­na za­pro­si­ła Da­wi­da na week­end. Spo­dzie­wa­ła się tego, co mia­ło się wy­da­rzyć. Ukła­da­ła w gło­wie plan, krok po kro­ku, pró­bo­wa­ła prze­wi­dzieć każ­dy po­ca­łu­nek, każ­dy do­tyk. Da­wid jej im­po­no­wał. Głów­nie swo­ją in­no­ścią. No­sił iro­ke­za, kol­czyk w no­sie, skó­rza­ną kurt­kę i gla­ny. Był nie­sa­mo­wi­cie in­te­li­gent­ny, bły­sko­tli­wy i oczy­ta­ny. To jed­nak nie in­te­re­so­wa­ło mat­ki Mag­dy, któ­ra sku­pia­ła się wy­łącz­nie na wy­glą­dzie chło­pa­ka. Jego non­sza­lan­cja bu­dzi­ła w niej nie­chęć, wręcz obrzy­dze­nie. Zwra­cał na sie­bie uwa­gę, a są­siad­ka tyl­ko ją na­krę­ca­ła ne­ga­tyw­ny­mi ko­men­ta­rza­mi na jego te­mat. Nie chcąc na­wet po­znać wy­bran­ka cór­ki, za­bro­ni­ła jej się z nim spo­ty­kać. Mag­da z ko­lei, bę­dąc u pro­gu do­ro­sło­ści, ale wciąż miesz­ka­jąc z mat­ką, mu­sia­ła do­sto­so­wać się do jej wy­ma­gań, choć wca­le nie za­mie­rza­ła koń­czyć tego związ­ku. Zwy­czaj­nie ukry­wa­ła go przed mat­ką.

Da­wid przy­niósł bu­kie­cik jej ulu­bio­nych kon­wa­lii. Już w pro­gu za­czę­li się ca­ło­wać. Mag­da po­cią­gnę­ła go za rękę na górę, po scho­dach do swo­je­go po­ko­ju. Chło­pak wy­jął zza pa­zu­chy bu­tel­kę czer­wo­ne­go wina, któ­re na­po­czął już w dro­dze do dziew­czy­ny. Te­raz zła­pał ko­rek zę­ba­mi, po­cią­gnął i otwo­rzył wino, ło­bu­zer­sko się przy tym uśmie­cha­jąc. Po­dał Mag­dzie bu­tel­kę. Pili na prze­mian, śmie­jąc się i ca­łu­jąc. Po chwi­li bu­tel­ka była pu­sta, a oni, nie wie­dzieć na­wet kie­dy, zna­leź­li się w łóż­ku. Da­wid wy­ko­rzy­stał zdo­by­te wcze­śniej do­świad­cze­nie i swo­imi łóż­ko­wy­mi umie­jęt­no­ścia­mi spra­wił, że Mag­da, le­żąc na ple­cach, sze­ro­ko roz­chy­li­ła nogi, pra­gnąc, by chło­pak jak naj­szyb­ciej w nią wszedł. Przy­cią­gnę­ła go ku so­bie, li­żąc jego szy­ję i przy­gry­za­jąc ucho, co do­pro­wa­dza­ło go do sza­leń­stwa. Od­gło­sy na­mięt­no­ści ko­chan­ków za­głu­szy­ły kro­ki na scho­dach. Da­wid zde­cy­do­wa­nym, moc­nym pchnię­ciem prze­rwał bło­nę dziew­czy­ny i w tej sa­mej chwi­li usły­szał jej prze­raź­li­wy krzyk. W drzwiach po­ko­ju sta­ła mat­ka Mag­dy, któ­ra szarp­nę­ła chło­pa­ka z ca­łej siły za ra­mię, ce­dząc przez zęby:

– Ty śmie­ciu, wy­noś się z mo­je­go domu i ni­g­dy tu nie wra­caj! Jak śmiesz plu­ga­wić czy­stość mo­jej cór­ki, won!

Da­wid w po­śpie­chu za­brał swo­je rze­czy i ubie­ra­jąc się po dro­dze, wy­biegł z domu Mag­dy.

Dziew­czy­na pła­ka­ła, okry­wa­jąc się koł­drą. Cała się trzę­sła. Mat­ka usia­dła na brze­gu łóż­ka i za­ci­snę­ła dłoń na nad­garst­ku dziew­czy­ny, mó­wiąc:

– Jak mo­żesz mi to ro­bić! Mia­łam na­dzie­ję, że ni­g­dy do tego nie do­pu­ścisz. Cia­ło to na­sze brze­mię, któ­re je­ste­śmy zmu­sze­ni no­sić. Trze­ba o nim za­po­mnieć. Ko­pu­la­cja jest dla sła­bych, po­dat­nych na grzech. Jest zła i nie­czy­sta, a je­śli do niej do­cho­dzi, trze­ba za­mknąć oczy i zwró­cić się do Boga.

– Pro­szę cię, prze­stań – łka­ła Mag­da.

– Wró­ci­łam do domu po swój ró­ża­niec z Fa­ti­my, bez któ­re­go piel­grzym­ka nie mia­ła­by sen­su. Te­raz wi­dzę, że to był znak od Boga. Mu­szę zo­stać z tobą, dziec­ko, mu­szę cię pil­no­wać, to się nie może po­wtó­rzyć, po­módl się ze mną.

Mat­ka Mag­dy uklę­kła, opie­ra­jąc łok­cie o łóż­ko. Za­mknę­ła oczy i trzy­ma­jąc w dło­ni ró­ża­niec, szep­ta­ła sło­wa mo­dli­twy.

Dziew­czy­na le­ża­ła bez ru­chu, pła­ka­ła i pa­trzy­ła w su­fit. Pod­ję­ła wła­śnie de­cy­zję, że w cią­gu naj­bliż­sze­go roku musi się wy­pro­wa­dzić z domu.

Gdy Mag­da wy­szła z wan­ny, była na­pa­lo­na. Pra­gnę­ła Rom­ka po raz pierw­szy od daw­na. Wy­obra­ża­ła so­bie, jak za­sko­czy go dzi­siaj pro­po­zy­cją sek­su. W koń­cu nie­zbyt czę­sto to ona wy­cho­dzi­ła z ini­cja­ty­wą. Po­sta­no­wi­ła, że za­ło­ży na­wet ja­kąś sek­sow­ną, ko­ron­ko­wą hal­kę. Ro­mek lu­bił ko­ron­ki. Może dziś to ona zro­bi mu ma­saż re­lak­sa­cyj­ny.

Nie wi­dzia­ła męża przez cały dzień. Wy­bra­ła jego nu­mer. Nie od­bie­rał. Spró­bo­wa­ła ko­lej­ny raz. Nic. Za­czę­ła wpa­dać w pa­ni­kę, wy­obra­ża­jąc so­bie wy­pa­dek sa­mo­cho­do­wy, w któ­rym Ro­mek gi­nie, ude­rza­jąc o przy­droż­ne drze­wo. Nie prze­ży­ła­by tego, był dla niej wszyst­kim. We­szła do sy­pial­ni i przez okno zo­ba­czy­ła, że w sto­do­le świe­ci się świa­tło. Ubra­ła się, wzię­ła la­tar­kę i wy­szła.

Otwo­rzy­ła wiel­kie drew­nia­ne drzwi i sta­nę­ła jak wry­ta. Naj­pierw zo­ba­czy­ła psa, a po­tem Rom­ka.

– Za­raz ci wszyst­ko wy­tłu­ma­czę – po­wie­dział.

Rozdział 4

Karol

Pa­trzył na Julę, któ­ra wy­pa­ko­wy­wa­ła swo­je książ­ki z pu­deł i z na­masz­cze­niem ukła­da­ła je na pół­kach dwóch drew­nia­nych re­ga­łów sto­ją­cych obok sie­bie. Była cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ta tą czyn­no­ścią. Cza­sem, trzy­ma­jąc daną książ­kę, uśmie­cha­ła się do sie­bie, jak­by przy­wo­ły­wa­ła wspo­mnie­nia. Ka­rol nie prze­pa­dał za czy­ta­niem, ale po­do­ba­ła mu się ta li­te­rac­ka pa­sja żony. Był prag­ma­tycz­ny. Czy­ta­nie za­bie­ra­ło dużo cza­su. Za­miast tego wo­lał maj­ster­ko­wać, prze­ko­pać ogró­dek albo je­chać na ryby. To ostat­nie wy­wo­ły­wa­ło u nie­go uśmiech ni­czym książ­ki u Juli. Da­rzył kar­pie wiel­kim uczu­ciem, kon­ku­ru­ją­cym z mi­ło­ścią do żony. W te­le­fo­nie miał ko­lek­cję dzie­sią­tek zdjęć z naj­pięk­niej­szy­mi oka­za­mi. Cza­sem wrzu­cał ja­kąś fot­kę na Fa­ce­bo­oka, gdy próż­ność prze­sad­nie da­wa­ła o so­bie znać. Jula tro­chę wy­śmie­wa­ła te jego im­pul­sy. Nie uzna­wa­ła por­ta­li spo­łecz­no­ścio­wych i nie lu­bi­ła, gdy ło­wił ryby. Co praw­da ni­g­dy żad­nej nie za­brał do domu, cie­szył się tyl­ko zło­wio­ną pięk­no­ścią przez kil­ka mi­nut, ro­bił fot­kę i wrzu­cał rybę z po­wro­tem do wody. Jula twier­dzi­ła, że Ka­rol nie­po­trzeb­nie stre­su­je zwie­rzę­ta i spra­wia im ból, kie­dy ła­pie je na ha­czyk. Poza tym po­zba­wio­ne wody za­czy­na­ły się du­sić i na pew­no mia­ły wte­dy swo­je ry­bie ata­ki pa­ni­ki. Ach, ta Jula. Im bar­dziej nie lu­bi­ła lu­dzi, tym bar­dziej ko­cha­ła zwie­rzę­ta.

Pa­mię­tał, jak opo­wia­da­ła mu o Cmen­ta­rzy­sku Kru­ków. W ogro­dzie swo­je­go ro­dzin­ne­go domu zna­la­zła ide­al­ne miej­sce na cho­wa­nie pta­sich trup­ków. Kie­dy prze­pro­wa­dza­ła się do aka­de­mi­ka i była na Cmen­ta­rzy­sku po raz ostat­ni, do­li­czy­ła się osiem­na­stu gro­bów. Każ­dy ozna­czo­ny drew­nia­nym krzy­ży­kiem z wy­ry­tym pta­sim imie­niem. Jej sza­cu­nek do zwie­rząt nie po­zwa­lał na bez­i­mien­ny po­chó­wek. Cza­sem przy­no­si­ła na pta­sie gro­by po­je­dyn­cze po­lne kwia­ty, któ­re wcze­śniej ze­bra­ła na łące za do­mem. Po­ło­wa z tych pta­ków była już mar­twa, kie­dy Jula je zna­la­zła. Resz­ta, zra­nio­na lub cho­ra, była trans­por­to­wa­na do domu w pu­deł­ku i kar­mio­na orze­cha­mi albo cia­stem z płat­ków owsia­nych. Jula wkła­da­ła im też do pu­deł­ka spode­czek z wodą, ka­wa­łek ga­łę­zi, a na­wet ma­skot­kę, żeby pta­ki mo­gły się do niej przy­tu­lić. Przy­kry­wa­ła po­dziu­ra­wio­ne pu­deł­ko ręcz­ni­kiem, a na­stęp­ne­go dnia rano znaj­do­wa­ła w nim za­zwy­czaj już mar­twe zwie­rzę.

Gdy Jula była w li­ceum, jej przy­ja­ciół­ka, któ­ra miesz­ka­ła na wsi, opo­wie­dzia­ła jej o są­sie­dzie moc­no za­nie­dbu­ją­cym swo­je zwie­rzę­ta. Dziew­czy­ny za­czę­ły ob­ser­wo­wać z ukry­cia jego go­spo­dar­stwo, a po kil­ku dniach zor­ga­ni­zo­wa­ły w szko­le zbiór­kę, żeby wy­ku­pić cier­pią­ce stwo­rze­nia. Sta­ry, za­pi­ja­czo­ny rol­nik z chę­cią zgo­dził się od­dać zwie­rzę­ta za uzbie­ra­ne osiem­set zło­tych, byle tyl­ko spra­wą nie za­ję­ła się po­li­cja. Wy­chu­dzo­na kro­wa tra­fi­ła do przy­ja­ciół­ki Juli, któ­ra ubła­ga­ła ro­dzi­ców, żeby mo­gła trzy­mać zwie­rzę w sta­rej staj­ni, i obie­ca­ła kar­mić je i wy­pro­wa­dzać na pa­stwi­sko za ich do­mem. Osła­bio­ne­mu psu przy­wią­za­ne­mu łań­cu­chem do budy dziew­czy­ny zna­la­zły do­bry dom u ko­le­gi z kla­sy. Jula za­bra­ła do sie­bie dwa błą­ka­ją­ce się po po­dwór­ku koty. Zo­sta­ły w jej domu ro­dzin­nym, gdy wy­je­cha­ła na stu­dia. Tam z ko­lei była wo­lon­ta­riusz­ką w schro­ni­sku i wy­pro­wa­dza­ła psia­ki na spa­ce­ry.

Jula zde­cy­do­wa­nie mu im­po­no­wa­ła. Mia­ła ogrom­ne ser­ce do zwie­rząt, te zaś za­wsze to wy­czu­wa­ły i lgnę­ły do niej, szu­ka­jąc piesz­czot i po­czu­cia bez­pie­czeń­stwa. Nie lu­bi­ła z ko­lei dzie­ci, co w jego oczach było chy­ba je­dy­ną ska­zą na ich ide­al­nym związ­ku. Za to dzie­ci lu­bi­ły Julę. Może po­cią­gał je ten brak za­in­te­re­so­wa­nia nimi? Kie­dy już za­skar­bi­ły so­bie jej uwa­gę, ni­g­dy nie roz­ma­wia­ła z nimi jak z dzieć­mi. Trak­to­wa­ła je jak do­ro­słych, rów­nych part­ne­rów w roz­mo­wie. Ni­g­dy nie uży­wa­ła zdrob­nień. Nie zmie­nia­ła in­to­na­cji, zwra­ca­jąc się do nich. In­try­go­wa­ły ją dzie­ci spo­koj­ne, mą­dre, nie­śmia­łe. Nie zno­si­ła tych roz­ka­pry­szo­nych i roz­piesz­czo­nych przez za­pa­trzo­nych w nie ro­dzi­ców.

Ka­rol cza­sem wy­obra­żał so­bie, że mają tro­je dzie­ci. Nic nie uszczę­śli­wi­ło­by go bar­dziej. Nie­ste­ty Jula na­tych­miast koń­czy­ła wszel­kie pró­by po­dej­mo­wa­nia przez nie­go tego te­ma­tu. Ja­sno dała mu do zro­zu­mie­nia już na sa­mym po­cząt­ku związ­ku, że dzie­ci mieć nie chce i nie bę­dzie. Wie­dział, co brał. Sam się na to zgo­dził. My­ślał po pro­stu, że zdu­si w so­bie to pra­gnie­nie. Było jed­nak od­wrot­nie. Im dłu­żej żyli ra­zem i im bar­dziej Ka­rol sta­wał się star­szy, tym bar­dziej chciał usły­szeć tu­pot ma­łych stó­pek bie­ga­ją­cych po domu. Tę­sk­nił za tym, choć za­sta­na­wiał się, czy moż­na tę­sk­nić za czymś, cze­go ni­g­dy się nie mia­ło.

My­ślał o tym zwłasz­cza te­raz, kie­dy ich ma­rze­nie o domu się speł­ni­ło. Co praw­da było to bar­dziej ma­rze­nie Juli niż jego, ale dość szyb­ko za­ra­zi­ła go swo­im za­pa­łem. Tak, zro­bił­by dla niej wszyst­ko…

– Co my­ślisz? – za­py­ta­ła z dumą Jula, wska­zu­jąc re­ga­ły.

– Pięk­nie to wy­glą­da, ryb­ko. Wiesz, że sam nie je­stem fa­nem li­te­ra­tu­ry, ale my­ślę, że dom bez ksią­żek to dom bez du­szy – po­wie­dział.

– Zga­dza się. A dom bez kota to głu­po­ta. Kie­dy po­je­dzie­my do schro­ni­ska? Re­mont skoń­czo­ny, wszyst­ko prak­tycz­nie go­to­we. Czas naj­wyż­szy, żeby ta prze­strzeń zo­sta­ła do­peł­nio­na ja­ki­miś słod­ki­mi stwo­rze­nia­mi.

– Za­wsze mo­że­my so­bie zro­bić dziec­ko dla do­peł­nie­nia prze­strze­ni – od­parł fi­lu­ter­nie Ka­rol.

– Pro­szę cię, nie za­czy­naj­my zno­wu tego te­ma­tu. Nie czu­ję tego, ro­zu­miesz? Po­wie­dzia­łam ci, że je­śli co­kol­wiek w tej kwe­stii się zmie­ni, po­in­for­mu­ję cię o tym, nie martw się. Na ra­zie nie chcę mieć dziec­ka. Nie je­stem jak moja mat­ka. Ja w prze­ci­wień­stwie do niej mam świa­do­mość tego, jak brak mi­ło­ści może skrzyw­dzić małą, po­trze­bu­ją­cą, bez­rad­ną isto­tę.

– Wiem, ki­cia, prze­pra­szam. Masz ra­cję, nic na siłę. Za­cznie­my od ko­tów i zo­ba­czy­my, jak się spra­wy po­to­czą. – Ka­rol się uśmiech­nął.

– Cie­szę się, że mnie ro­zu­miesz. Zro­bię ci drin­ka, może być z ru­mem?

– Ja­sne.

Za­mknął oczy i prze­niósł się na Ma­de­rę. To tam zo­ba­czył Julę po raz pierw­szy.

Był świe­żo po roz­wo­dzie. Stres scho­dził z nie­go ca­ły­mi ty­go­dnia­mi. Nie mógł się sku­pić na pra­cy. Był ner­wo­wy i smut­ny. Dla­cze­go, do cho­le­ry, nie mo­gło się udać? Po trzech la­tach mał­żeń­stwa usły­szał od żony, że ta jed­nak woli ko­bie­ty. A on przez cały ten czas ab­so­lut­nie ni­cze­go nie po­dej­rze­wał. Kil­ka rze­czy mu się w niej nie po­do­ba­ło. Jak choć­by to, że nie zno­si­ła wy­cho­dzić ze swo­jej stre­fy kom­for­tu. Kłó­ci­ła się z nim o każ­dy dro­biazg i za­wsze chcia­ła po­sta­wić na swo­im. Do tego za­wsze mu­sia­ła wy­glą­dać ide­al­nie. Pe­łen make-up na­kła­da­ny przez wie­le go­dzin każ­de­go ran­ka, gdy on jesz­cze spał. Dro­gie ko­sme­ty­ki i mar­ko­we ciu­chy, na któ­re wy­da­wa­ła co naj­mniej po­ło­wę pen­sji. Dwa razy w mie­sią­cu od­wie­dza­ła ko­sme­tycz­kę i fry­zjer­kę, żeby te po­pra­wia­ły coś, co i tak było już prze­cież ide­al­ne. Wa­ka­cje spę­dza­ne wy­łącz­nie w naj­droż­szych ku­ror­tach. Nie­raz my­ślał, że zwy­czaj­nie do sie­bie nie pa­su­ją. Jego za­do­wa­la­ło spa­nie w na­mio­cie pod­czas wy­praw na ryby, ona nie sy­pia­ła w miej­scu ma­ją­cym mniej niż czte­ry gwiazd­ki. Ale ko­chał ją. I my­ślał, że bę­dzie mat­ką jego dzie­ci. Jej co­ming out i roz­wód, któ­ry był tego na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cją, spo­wo­do­wa­ły, że Ka­rol stał się przy­gnę­bio­ny. Szok, roz­cza­ro­wa­nie, smu­tek, gniew. Chwi­lo­wo zo­stał za­de­kla­ro­wa­nym mi­zo­gi­nem. Miał dość ko­biet i mu­siał od­po­cząć. Chciał wy­je­chać w ja­kieś nie­zbyt po­pu­lar­ne i nie­dro­gie miej­sce, o któ­rym jego żona na­wet nie sły­sza­ła i w któ­rym ni­g­dy w ży­ciu nie po­sta­wi­ła­by swo­jej wy­pie­lę­gno­wa­nej do gra­nic moż­li­wo­ści stóp­ki. Zro­bił mały re­se­arch i tak tra­fił na Ma­de­rę. Spa­ko­wał się skrom­nie w mały ple­cak, cie­sząc się przy tym, że nie bę­dzie mu­siał zno­wu tasz­czyć ele­ganc­kiej wa­liz­ki swo­jej żony, i wy­je­chał na trzy ty­go­dnie, za to­wa­rzysz­kę ma­jąc je­dy­nie myśl, że przez naj­bliż­sze lata zde­cy­do­wa­nie chce być sam.

Drzwi do ho­ste­lu były otwar­te. Wszedł do środ­ka, re­cep­cja była pu­sta. Za nią znaj­do­wa­ło się ko­lej­ne po­miesz­cze­nie. Zaj­rzał przez uchy­lo­ne drzwi i zo­ba­czył ko­bie­cą nogę wy­cią­gnię­tą w stro­nę okna. Jej sto­pa była opar­ta o pa­ra­pet. Zaj­rzał głę­biej. Ru­do­wło­sa ko­bie­ta z upię­tą w nie­dba­ły kok bu­rzą lo­ków, od­wró­co­na do nie­go ple­ca­mi, sie­dzia­ła na fo­te­lu i czy­ta­ła książ­kę.

– Excu­se me, the door was open, so I… – za­czął nie­pew­nie.

Ko­bie­ta drgnę­ła i upu­ści­ła książ­kę. Od­wró­ci­ła się w jego kie­run­ku.

– Prze­stra­szył mnie pan, pa­nie Ka­ro­lu. Już do pana pod­cho­dzę. Wi­dzia­łam re­zer­wa­cję na pol­skie na­zwi­sko i za­sta­na­wia­łam się, jak pan tu tra­fił – po­wie­dzia­ła, uśmie­cha­jąc się nie­śmia­ło.

Gdy po­de­szła bli­żej, zo­ba­czył jej nie­na­tu­ral­nie zie­lo­ne oczy, któ­re w po­łą­cze­niu z ru­dy­mi wło­sa­mi sta­no­wi­ły dla nie­go wy­so­ce atrak­cyj­ną kom­bi­na­cję. Mia­ła na so­bie krót­ką czar­ną su­kien­kę i nie no­si­ła ma­ki­ja­żu, co po­do­ba­ło mu się naj­bar­dziej. Krót­kie pa­znok­cie po­ma­lo­wa­ne na prze­mian czar­nym i czer­wo­nym la­kie­rem oraz ta­tu­aż z czar­nym ko­tem na przed­ra­mie­niu sy­gna­li­zo­wa­ły sub­tel­ną eks­tra­wa­gan­cję. Była dużo młod­sza od nie­go. Może stu­dent­ka?

– Sam nie wiem, pani Ju­lio – po­wie­dział, pa­trząc na małą pla­kiet­kę z jej imie­niem przy­twier­dzo­ną nad lewą pier­sią. – Szu­ka­łem al­ter­na­tyw­nych miejsc z dala od gło­śnych tu­ry­stów i tak ja­koś tra­fi­łem na Jar­dim do Mar. Nie są­dzi­łem, że na miej­scu spo­tka mnie taka pięk­na nie­spo­dzian­ka.

Ko­bie­ta lek­ko się za­ru­mie­ni­ła i spu­ści­ła wzrok.

– Pro­szę mi mó­wić Jula, nie prze­pa­dam za peł­ną wer­sją swo­je­go imie­nia. Po­kój nu­mer sześć. – Po­da­ła mu klu­cze. – Dru­gie pię­tro, wi­dok na oce­an. Ma pan szczę­ście. O tej po­rze roku nie ma tu zbyt wie­lu tu­ry­stów.

– Dzię­ku­ję. Co we­dług pani mu­szę obo­wiąz­ko­wo zo­ba­czyć na wy­spie?

– Zde­cy­do­wa­nie las Fa­nal wcze­snym ran­kiem. Wte­dy jest za­mglo­ny i na­praw­dę ma­gicz­ny. Do tego na­tu­ral­ne ba­se­ny w Por­to Mo­niz i czar­na pla­ża w Se­ixal. Zresz­tą Ma­de­ra jest tro­chę jak Is­lan­dia. Wszę­dzie, gdzie pan pój­dzie, bę­dzie pięk­nie. A każ­de zdję­cie wy­cho­dzi jak pocz­tów­ka. Czy wy­po­ży­czył pan auto?

– Nie­ste­ty nie, mu­szę przy­znać, że nie je­stem mi­strzem or­ga­ni­za­cji i pla­no­wa­nia.

– Ro­zu­miem. Je­śli nie ma pan pla­nów na dzi­siej­szy wie­czór, mogę pana za­brać na klif w Pon­ta do Par­go. Je­śli za­chód słoń­ca na wy­spie, to tyl­ko tam. Koń­czę pra­cę o dwu­dzie­stej.

Spoj­rzał na ze­ga­rek. Była osiem­na­sta. Ide­al­nie, aku­rat zdą­ży chwi­lę od­po­cząć i wziąć prysz­nic.

– Brzmi fan­ta­stycz­nie, dzię­ku­ję. Mam na­dzie­ję, że da się pani za­pro­sić na ko­la­cję w ra­mach wdzięcz­no­ści? – za­py­tał.

– Deal. – Jula uśmiech­nę­ła się i po­da­ła mu rękę.

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Opo­wieść dla smut­nych lu­dzi

isbn: 978-83-8423-562-1

© Mia Mor­te i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Bia­łek

ko­rek­ta: Kon­rad Wit­kow­ski

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.