Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Czy można być szczęśliwym, raniąc tych, których się kocha?
Jula, nauczycielka angielskiego, zmaga się z depresją. Wraz z mężem przeprowadza się na wieś, wierząc, że cisza, przestrzeń i ucieczka od miasta pozwolą jej wreszcie złapać oddech. Nowy dom ma być ratunkiem, ale wszystko zmienia się, gdy Jula poznaje Romka, sąsiada, przy którym po raz pierwszy od dawna czuje się naprawdę zauważona. Między dwojgiem obcych ludzi rodzi się porozumienie, które szybko przekracza granice niewinnej bliskości.
Sielankowa wiejska sceneria zaczyna pękać, a cisza okazuje się głośniejsza niż krzyki. Każda decyzja ma swoją cenę, a każde niewypowiedziane słowo wraca z podwójną siłą.
„Opowieść dla smutnych ludzi” to intymna, przejmująca historia o współczesnych związkach, w których miłość splata się z poczuciem winy, a potrzeba bliskości z lękiem przed konsekwencjami. To nie jest lektura na plażę. Lepiej posmakuje nocą, przy dźwiękach jesiennego wiatru, wiosennej burzy albo bluesa płynącego z gramofonu.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 337
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tym, którzy choć raz umierali w męczarniach Miłości…
Ponoć remont jest jedną z najczęstszych przyczyn rozwodu – pomyślała, taszcząc szósty karton z książkami do jedynego czystego pokoju w całym domu. To tam znajdował się obecnie ośrodek ich życia. Sypialnia, salon i jadalnia w jednym. Pozostałe pomieszczenia były co prawda gotowe, ale należało je posprzątać. Podłogi pokrywała warstwa pyłu, ściany gdzieniegdzie oddzielała od siebie taśma malarska, do tego zakurzone szyby w oknach i resztki cementu na parapetach. Wszędzie walały się pędzle, wałki do malowania i pojemniki z resztkami farb. Chciało jej się płakać, ale w ostatniej chwili zamknęła oczy i zaczęła w myślach recytować swój ulubiony wiersz. Zazwyczaj pomagało.
Niegdyś przed wielu, wielu laty
W królestwie nad mórz pianą
Żyła dzieweczka, którą znałem;
Annabel Lee ją zwano…
– Kurwa mać! – Usłyszała jednocześnie głos Karola i dźwięk tłuczonego szkła.
Tylko nie moje kieliszki z Madery… – pomyślała, podchodząc do okna. Karol, klęcząc, zbierał resztki tego, co jeszcze przed chwilą było szklankami, kubkami i kieliszkami, także tymi z Madery. Wyszła na zewnątrz, żeby mu pomóc. Z całej zawartości kartonu przetrwał nienaruszony tylko jeden kubek. Prezent urodzinowy od Karola z napisem „Sexy teacher”. Nie był czarny. Nie był nawet zielony. Nie znosiła tego kubka. Rozpłakała się.
– Przepraszam, kochanie, kupię ci takie same kieliszki, zobaczysz!
– To ja przepraszam, od wczoraj byłam bliska wybuchu. To wszystko ponad moje nerwy.
– Nie martw się, już prawie meta, niewiele nam zostało. Poza tym rozejrzyj się.
Miał rację. Właśnie spełniło się jej marzenie. Kilka tygodni wcześniej kupili ten piękny, drewniany dom z kominkiem i werandą, której zawsze pragnęła. Cudowny ogród z mnóstwem kwiatów, krzewów i starych drzew osłaniał ich nowe królestwo przed wzrokiem, być może ciekawskich, sąsiadów. Na szczęście nie było ich wielu. Tylko jeden dom oddalony o jakieś dwieście metrów. Pewnie rodzina z dziećmi. Nie widzieli ich jeszcze, ale rano usłyszeli śmiech chłopców biegających w ogrodzie.
– Chyba potrzebujemy przerwy na kawkę. Zapraszam do naszej nowej, wspaniałej kuchni, pokrytej kurzem, folią i kartonami. – Mówiąc to, uśmiechnęła się po raz pierwszy tego dnia.
– Cudownie, tego właśnie mi trzeba. A wieczorem to ja zaopiekuję się tobą.
– Niby jak?
– Czytałem ostatnio poradnik, jak pocieszyć smutną dziewczynę. Podnosisz ją i układasz na kocu, zawijasz w naleśnik i przenosisz na kanapę. Przytulasz naleśnik i przynosisz mu coś do picia, bo, jak wiadomo, łzy odwadniają. Do tego organizujesz przekąskę, którą naleśnik lubi, i włączasz mu jego ulubiony film.
Rozbawił ją tym i jednocześnie rozczulił. Był najlepszą osobą, jaką znała. Kochany, czuły, dobry, mądry, zabawny. To ostatnie ceniła chyba najbardziej. Zawsze uważała, że podstawą związku jest poczucie humoru, a Karol zazwyczaj potrafił ją rozbawić. Do tego spełniał wszystkie jej zachcianki. Nie był może szalenie przystojny, ale miał swój urok. Niestety, ostatnio trochę się zaniedbał, nie uprawiał żadnego sportu, co zdradzał jego wystający, zaokrąglony brzuch. Co więcej, zaczął powoli łysieć. Starała się nie zwracać na to uwagi. Miała świadomość, że ząb czasu dotyka każdego, a Karol był od niej starszy o dziesięć lat. Taki trochę tatuś, tylko bez dzieci. Często myślała, że nie pasują do siebie. On – urodzony mąż i ojciec, zawsze marzył o dużej rodzinie. Ona – wyjątkowo ceniła sobie wolność i niezależność. Nie miała instynktu macierzyńskiego. Nie przepadała za dziećmi, choć ironia losu pchnęła ją do pracy w szkole.
Uczyła angielskiego w liceum. Od kilku miesięcy była na zwolnieniu lekarskim. Dotknięta depresją i wypaleniem zawodowym stawała się coraz mniej cierpliwa. Któregoś razu nie wytrzymała i puściła w klasie wiązankę, nazywając uczniów tępakami i smartfonowymi zombie odartymi z empatii. Podeszła do biurka, podarła na strzępy klasówki, które na nim leżały, wyjęła z torebki paczkę papierosów. Zapaliła i zabrała swoje rzeczy. Stanęła w progu, odwróciła się i obrzuciła pogardliwym spojrzeniem większość ze swoich uczniów, kończąc przedstawienie wysublimowanym „pierdolcie się!”. Trzasnęła drzwiami i poczuła ogromną ulgę, radość i poczucie zwycięstwa. Schodząc po schodach prowadzących na parking, miała ochotę wykonać taniec Jokera. Lubiła ten film i chyba trochę identyfikowała się z głównym bohaterem. Dopaliła papierosa i wsiadła do samochodu. Włączyła swoją ulubioną playlistę na Spotify. Nie mogła trafić lepiej. Uśmiechnęła się, słysząc She’s Lost Control Joy Division. Pomyślała, że tego dnia po raz pierwszy, odkąd uczyła, zyskała całkowitą uwagę zebranych i dostrzegła w ich oczach zdumienie oraz szacunek pomieszany ze strachem.
Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk odkorkowywanej butelki. Karol nalał wina do plastikowych kubków.
– Przynajmniej tych nie stłukłem – powiedział, puszczając do niej oko. – Pomyślałem, że to nam chyba bardziej posmakuje niż kawa.
– Kocham cię. – Uśmiechnęła się i mocno przytuliła męża.
Po tygodniu ciężkiej pracy ich nowy dom zaczynał przypominać miejsce, w którym mogłaby się zestarzeć. Wysoko rozwinięty zmysł estetyczny połączony z nieokiełznaną wyobraźnią przemienił ją chwilowo w dyktatora nieznoszącego sprzeciwu. Na szczęście Karol zostawił jej całkowitą swobodę w kwestii dekoracji nowych wnętrz. Miał do niej zaufanie i podobał mu się styl żony. W jej ubiorze dominowała czerń, której była wierna od co najmniej piętnastu lat. Kiedyś w środku lata założyła białą sukienkę. Kolega ze studiów, widząc to, wybałuszył oczy i zapytał, czy ma żałobę. Jeśli chodzi o wnętrza, uwielbiała z kolei kolory. Twierdziła, że ma czarne sukienki, serce i myśli, więc przynajmniej dom może być kolorowy. Z zamiłowaniem łączyła boho, vintage i styl rustykalny. Lubiła naturalne materiały, jak drewno czy kamień, i wnętrza pełne światła. Nie uznawała Ikei. Wszystkie meble kupowała z drugiej ręki. Była zdania, że przedmioty, którymi się otacza, muszą mieć swoją historię i duszę. Z szaleństwem w oczach wykańczała dom, czasami wykańczając przy tym także Karola. Ten z kolei był okazem cierpliwości. Akceptował każdy jej wymysł. I te koty. Miała obsesję na punkcie czarnych kotów. Tych nieczarnych zresztą też. Były wszędzie. Dziesiątki figurek różnej wielkości, obrazy, metalowe i drewniane tabliczki z kocimi podobiznami i zabawnymi napisami, ozdobne poduszki, wieszaki w przedpokoju i w kuchni, korkociągi i talerze. Nawet stojak na papier toaletowy był w kształcie kota. Zdecydowanie doskwierał jej brak żywych stworzeń, a te namalowane bądź wyrzeźbione stanowiły chwilową kompensatę. Uzgodnili z Karolem, że po przeprowadzce na wieś i po zakończonym remoncie pojadą do schroniska po dwa dachowce. Wierzyła, że samotny kot to nieszczęśliwy kot. Tak jak człowiek.
Usłyszała dźwięk dzwonka.
– Kotku, otworzysz? Ja właśnie wyszedłem spod prysznica! – krzyknął Karol.
– Jasne! – odkrzyknęła, czując jednocześnie przyspieszone bicie serca.
Nie lubiła ludzi, zwłaszcza obcych. Przed spotkaniem z nową osobą zawsze czuła ogromny stres. Była sobota wieczór, to nie mógł być listonosz. Otworzyła drzwi i zobaczyła kobietę, która trzymała w ręku tortownicę przykrytą bawełnianą ścierką.
– Cześć, jestem Magda, sąsiadka. Mieszkam kawałek dalej z mężem i synami. Pomyślałam, że macie masę roboty z przeprowadzką, i chciałam wam jakoś osłodzić te pierwsze, gorzkie chwile. Proszę, upiekłam dla was powitalny sernik. – Uśmiechnęła się i zdjęła ścierkę, z dumą odsłaniając zawartość tortownicy.
– Yyy, ojej, bardzo dziękujemy. Jula – odpowiedziała nieśmiało, podając rękę nowo poznanej kobiecie.
Na szczęście w tej właśnie chwili Karol przyszedł jej w sukurs. Poczuła spokój. Ona była od dekoracji wnętrz, on – od kontaktów towarzyskich. Magda poprawiła włosy, wyprostowała się i podała rękę Karolowi.
– Cześć, Magda, mieszkam obok – przedstawiła się.
– Miło cię poznać. Karol. Może wejdziesz na chwilę?
– Nie, niestety, muszę uciekać. Czas kłaść dzieciaki do łóżek. Chciałam się tylko przywitać i zaproponować jakieś spotkanie w pełnym gronie. Cieszę się, że w końcu mamy sąsiadów w naszym wieku. Poprzedni właściciele byli staruszkami i nie bardzo mieliśmy z nimi o czym rozmawiać.
– Rozumiem – powiedział uśmiechnięty Karol. – Słuchaj, to może wpadniecie do nas w przyszłą sobotę? Zrobimy przy okazji małą sąsiedzką parapetówę.
– Super, miło z waszej strony. Co mamy przynieść?
– Butelka czerwonego winka i dobre humory w zupełności wystarczą. Osiemnasta będzie okej?
– Jasne, jesteśmy umówieni, do zobaczenia!
– Na razie – powiedziała Jula i z ulgą zamknęła drzwi.
Wieczorem doszło do zbliżenia. Jula powoli stawała się specjalistką w sztuce udawania orgazmu. Dla świętego spokoju. I żeby nie ranić Karola. Im dłużej byli ze sobą, tym bardziej go kochała i czuła się z nim związana coraz mocniej. Jednak sfera łóżkowa działała tu niestety odwrotnie proporcjonalnie. Jula od lat brała tabletki antykoncepcyjne i czasem zastanawiała się, czy to one, czy staż ich związku zabija jej libido. Karol od dawna jej nie pociągał. Co prawda bardzo się starał, zależało mu na przyjemności żony bardziej niż na swojej, ale efekt najczęściej był ten sam – udawany orgazm. On z kolei wydawał się zachwycony ich pożyciem. W trakcie seksu często powtarzał, że jest cudowna. Mówił, że ją kocha i że jej pragnie. Ona jedynie od czasu do czasu zdobywała się na mało przekonujące: „Tak, tak, taaak”, najczęściej tuż przed punktem kulminacyjnym swojej gry aktorskiej. Od ośmiu lat całował ją tam na dole dokładnie w ten sam sposób. Zawsze w tej samej pozycji, gdy leżała na plecach. Od jakiegoś czasu nie sprawiało jej to przyjemności. Raczej łaskotało albo, co gorsza, zwyczajnie drażniło. Zawsze robili to w łóżku. Lubiła z nim wyjeżdżać i spać w hotelu. Wtedy przynajmniej łóżko było inne. To ona musiała proponować zmianę pozycji. To ona często kierowała jego ręką lub językiem. On był bierny. Wszystko mu się podobało. Chciała, żeby od czasu do czasu dał jej klapsa albo pociągnął ją za włosy. Nigdy niczego takiego nie zrobił. A jej było jakoś tak głupio o to poprosić. Czasem, jak każda kobieta, chciała się poczuć jak niegrzeczna dziewczynka. Tylko jej mąż był z kolei grzeczny.
Niedziele były najgorsze. Odkąd pamiętała. Jako dziecko nie znosiła chodzić do szkoły i na samą myśl o poniedziałku już w niedzielę bolał ją brzuch. Jakby tego było mało, matka zmuszała ją do chodzenia do kościoła, co było chyba jeszcze gorsze niż sama szkoła. Cieszyła się, kiedy chorowała lub miała bolesny okres, wtedy była zwolniona z tego ponurego obowiązku i zostawała w domu, w swoim ukochanym pokoju oblepionym plakatami Pearl Jam, w ciepłym, wygodnym łóżku, gdzie mogła posłuchać muzyki albo poczytać książkę. Literatura i muzyka były jej największymi pasjami. Nowy dom wypełniały książki i winyle, które z zamiłowaniem kolekcjonowała od lat. Karol nie lubił czytać. Nigdy tego nie rozumiała. Ona pochłaniała przynajmniej trzy książki w miesiącu. On raz do roku czytał co najwyżej poradnik wędkarza. Ryby były jego hobby. Starała się to szanować, choć jako wegetariance było jej bardzo ciężko. Z biegiem lat nauczyła się, że związek to partnerstwo i przede wszystkim kompromisy. Zdawała sobie sprawę, że nie zawsze wszystko musi być tak, jak chce ona. Trzeba się otworzyć na potrzeby i pasje partnera. Inaczej związek umiera śmiercią naturalną.
Niedziela. Jeszcze jako studentka usłyszała historię hymnu węgierskich samobójców. Od tej pory w niektóre niedziele przywoływała w głowie Gloomy Sunday. Spośród wielu interpretacji najbardziej lubiła utwór w wykonaniu Diamandy Galas. Do dziś pamiętała, jak nocą siedziała na łóżku w akademiku i razem ze swoim przyjacielem słuchali wspomnianej kompozycji. Pogrążeni w rozmowie, przejęci historią dziesiątek samobójstw powiązanych z niedzielą, nagle usłyszeli łomot i skoczyli na równe nogi. Podejrzewali, że był to ptak, który w locie uderzył o szybę. Wyszli przed budynek i rzeczywiście zobaczyli pod oknem martwego gołębia. Naprędce wykopali mu grób i pochowali zwierzę. Jej przyjaciel zmontował nawet amatorski krzyż z gałęzi i znalezionego kawałka drewna, na którym wyrył śrubokrętem napis: „Kolejna ofiara Ponurej Niedzieli”.
Niedziela. Najczęściej zostawała sama w domu, bo Karol jeździł z kolegami na ryby. Robiła sobie wtedy drinka, włączała muzykę, paliła papierosa i tańczyła. Zazwyczaj płakała.
Klient nie zapłacił mu od trzech tygodni. Tacy są najgorsi. Mają kupę pieniędzy i zazwyczaj są niezadowoleni z efektu. Unikają zapłacenia faktury, zarzucając mu fuszerkę. Haruje jak wół, nieraz po dziesięć godzin dziennie, a oni nie zaproponują nawet kawy, nie wspominając już o jakiejś przekąsce. To już piąty tego typu koleś w tym roku. Nie znosił w ludziach megalomanii, arogancji i prostactwa. Niestety, tacy klienci zdarzali się coraz częściej.
Pół roku wcześniej otworzył mu drzwi łysy typ bez koszulki, w czerwonych dresowych spodenkach przed kolano i w białych frotowych skarpetkach, które nosił z upodobaniem nawet w środku lata i naciągnął do połowy goleni.
– Dobry, panie, rura mi pynkła w piewnicy, chodź pan – przywitał go ten erudyta.
Odwrócił się i ruszył w głąb domu, a Romek dopiero wtedy zobaczył, co facet ma na plecach.
Tatuaż wykonany prawdopodobnie ręką równie elokwentnego kumpla. Credo klienta, które brzmiało: „Bóg napisał krutki wstęp – ludzi szanuj, kurwy tęp!”, sprawiło, że Romek pokręcił głową, nie dowierzając w to, co widzi. Pomyślał, że ewolucja ominęła typa szerokim łukiem, a Darwin przewraca się w grobie. Później było już tylko gorzej. Zeszli do piwnicy, facet zapalił światło i Romek zobaczył wystraszonego psa przywiązanego metrowym sznurkiem do jednej z rur. W tej samej chwili doleciał go odór odchodów, którymi otoczony był pies. Jego właściciel w najmniejszym nawet stopniu nie czuł się skrępowany. Wziął do ręki metalowy pręt i uderzył w rurę. Zwierzę się skuliło, a facet zarechotał:
– Mam nadzieję, że to nie przez tego skurwiela. Musiałem go tu zamknunć, bo cały czas ino wył.
Romek miał trzydzieści lat i drugi raz w życiu poczuł nienawiść. Ogarnęła go wzbierająca fala dławiącego, budzącego w nim agresję uczucia. Ostatni raz przeżył coś podobnego jako czternastolatek. Matka dała mu na urodziny szczeniaka. Od dziecka bardzo chciał mieć psa, a w dzień czternastych urodzin jego marzenie się spełniło. Przez cały dzień bawił się z nowym przyjacielem w ogrodzie. Pod wieczór, gdy Romek był zajęty przygotowywaniem legowiska dla psiaka, ten wymknął się z domu i podbiegł do kompletnie pijanego ojca chłopca, który wracał chwiejnym krokiem do domu po czterech dniach nieobecności. Rozwścieczony domowy tyran i przemocowiec chwycił zwierzę za kark i z całej siły rzucił nim w pobliskie drzewo. Stojący na progu domu Romek widział, co się stało, i zaczął biec w kierunku psa. Szczeniak leżał na ziemi bez oznak życia. Miał skręcony kark. Zalany łzami chłopiec poczuł wzbierające, nieznane mu dotąd uczucie. Miał atak duszności i kręciło mu się w głowie. Wstał, odwrócił się i podszedł do ojca. Po raz pierwszy się nie bał i po raz pierwszy to on z całej siły uderzył ojca pięścią w twarz, aż ten upadł na ziemię. Splunął z obrzydzeniem na jego pijacką mordę, po czym wściekle wycedził przez zęby, że odtąd każdego dnia będzie prosił Boga o śmierć ojca w męczarniach. To wtedy po raz ostatni odezwał się do rodzica. I po raz ostatni płakał.
Romek był w amoku. Bolesne wspomnienia odżyły. W ciągu sekundy znalazł się przy zwyrodnialcu i wyrwał mu pręt. Zamachnął się, chcąc go uderzyć, ale w ostatniej chwili się powstrzymał, myśląc, że nie jest przecież taki jak jego ojciec.
– Ty skurwysynu! Albo oddasz mi psa, albo zatłukę cię na śmierć, bydlaku! – krzyknął.
– A bierz go pan, na co mi on, mam z nim same problemy.
– Ty jesteś problemem dla tego świata, a twój Bóg napisał bardzo dobry wstęp. Takie kurwy jak ty powinno się tępić!
Odwiązał psa, wziął go na ręce i wybiegł z tego przeklętego domu. Delikatnie ułożył suczkę na tylnym siedzeniu. Była zbyt wyczerpana, żeby jakkolwiek zareagować. Trzęsła się. Przykrył ją kocem, który zawsze miał w aucie, i pogłaskał po głowie i długich, zwisających uszach. W oczach zwierzęcia zobaczył przejmujący smutek, zmęczenie i wdzięczność. Po raz pierwszy od szesnastu lat rozpłakał się jak dziecko.
– Nie martw się, Róża, jakoś to będzie. – Uśmiechnął się do psa.
Nazwał go imieniem szczeniaka, którego dostał na swoje feralne urodziny. Czytał wtedy Małego Księcia i pamiętał, że książka zrobiła na nim ogromne wrażenie. Stwierdził, że Róża będzie idealnym imieniem dla stworzenia, które od razu pokochał i którym chciał się opiekować już zawsze.
Po drodze zatrzymał się z psem u znajomego weterynarza. Miał co prawda pewne wątpliwości, czy to dobry moment. Pies był przecież straumatyzowany i wystarczająco zestresowany. Ale Romek stwierdził, że Róża już tyle zniosła, że zniesie i to. Poza tym chciał mieć przykry obowiązek jak najszybciej z głowy. Stan psa był dramatyczny. Wymagał natychmiastowej opieki specjalisty.
– Waldek, mam tu nagły przypadek. Znajdziesz chwilę? – zapytał, wsuwając głowę do gabinetu.
– Cześć, Romek, jasne, usiądźcie, proszę, w poczekalni. Najpierw muszę skończyć z tym dzielnym pacjentem. – Mówiąc to, wskazał ręką na kota, który wykorzystał chwilową nieuwagę lekarza i czmychnął ze stołu, chowając się we wszystkich czterech kątach po kolei. Jego właścicielka próbowała go w tym czasie złapać, oferując smakołyki wyjmowane z tylnej kieszeni spodni.
Gdy dzielny koci pacjent opuścił gabinet, Romek z Różą weszli do środka.
– A co to za nieśmiała piękność? – zaczął Waldek. – Ale oczyska to ty masz chyba po tatusiu. Od razu widać, że łobuz z ciebie, mała. No, opowiadajcie, co tu się podziało?
Waldek był akurat tym dobrym klientem Romka. Poznali się dwa lata wcześniej, gdy Romek tynkował, a następnie malował świeżo kupiony i odremontowany dom Waldka. Od razu złapali wspólny język. Romek podziwiał kumpla za pasję w wykonywaniu tego pięknego, ale i trudnego zawodu. Do tego lubił poczucie humoru Waldka. Potrafił rozbawić nawet najbardziej zestresowanych właścicieli cierpiących zwierząt.
Romek opowiedział, co się wydarzyło. Waldek był wstrząśnięty.
– To trzeba jak najszybciej zgłosić na policję – doradził weterynarz. – Ja to zrobię, ty musisz się teraz zająć tą lalunią. Podaj mi tylko adres tego gnoja. Złożę zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Zrobię małej parę fotek na wszelki wypadek i spiszę odpowiedni raport. Bądź pod telefonem. Być może gliny będą chciały z tobą rozmawiać.
Róża była wychudzona, osłabiona i mocno zapchlona. Waldek zaszczepił i odrobaczył psiaka, założył mu książeczkę zdrowia, dał Romkowi środek na pchły i specjalistyczną karmę, która miała pomóc zwierzęciu powoli wrócić do zdrowia.
– Nie wiem, jak ci dziękować. Ile się należy? – zapytał Romek.
– Nie wygłupiaj się, od bohaterów nie biorę żadnych pieniędzy – powiedział Waldek. – Jedźcie do domu i zrób laluni porządne posłanie. Nasza księżniczka musi teraz sporo odpoczywać. – Pogłaskał psa po głowie. – A ty, maleńka, nic się nie martw, w końcu jesteś w dobrych rękach!
Romek pojechał jeszcze do sklepu zoologicznego. Kupił stojak z miskami, smycz, obrożę i najbardziej miękkie legowisko, jakie tylko znalazł. W drodze do domu mężczyzna układał plan i trochę się denerwował. Magda nie lubiła psów. Ani kotów, które też chciałby mieć. W zasadzie nie tolerowała żadnych zwierząt. Być może przez tę jej obsesję na punkcie czystości. Sam kochał zwierzęta od zawsze. Niestety, była to miłość niespełniona. W dzieciństwie nie miał zwierzęcia dłużej niż kilka godzin. Po traumie ze szczeniakiem nie chciał kolejnej żywej istoty, dopóki mieszkał pod jednym dachem z ojcem. Po kilku latach wyjechał na studia. W akademiku nie można było mieć zwierząt. A potem związał się z Magdą i zakaz posiadania zwierząt się przedłużył.
Jego dzieci nigdy nawet nie napomknęły, że chciałyby mieć jakiegoś pupila. Magda od początku powtarzała im, że zwierzęta to same problemy. Z psami trzeba wychodzić na spacer, nawet gdy pada, a kotu kupować drogie jedzenie. Do tego weterynarze, brud w domu, pchły i choroby. Romek nie miał wystarczająco siły, żeby z tym walczyć. Magda zdecydowanie dominowała w ich małżeństwie. A on z roku na rok coraz bardziej usuwał się w cień. Nie czuł się z tym jakoś bardzo źle. Zwłaszcza od kiedy kilka lat temu zbudował stodołę kilkanaście metrów od domu. Stała się jego pracownią, a ostatnio coraz częściej także sypialnią. Przestał już nawet liczyć, kiedy po raz ostatni kochali się z żoną.
Zawsze miał wysokie libido. Pod tym względem totalnie się nie dobrali z Magdą. Ją interesowały wyłącznie dzieci. Kiedy się urodziły, seksu było już tylko jak na lekarstwo. Słysząc po raz kolejny, że jest zmęczona lub boli ją głowa, z czasem dał sobie spokój. Magda nigdy nie wychodziła z inicjatywą. W łóżku i tak panował chłód. Jakby nigdy jej nie zależało na jego przyjemności. Seks traktowała jak smutny obowiązek. Miał wrażenie, że nie potrafiła się wyluzować. Nawet podczas długich gier wstępnych poprzedzonych masażem relaksacyjnym z ciepłym olejkiem. Czasem otwierała się na zbliżenie, gdy była na delikatnym rauszu. Nieraz zdarzyło mu się przygotować romantyczną kolację, a wcześniej przynosił do domu jej ulubione kwiaty. Wieczorem oglądali film i pili wino. Potem jedną ręką odgarniał jej włosy i delikatnie całował szyję, a drugą rękę prowadził od kolana, przez udo, do linii majtek. Słyszał przyśpieszony oddech Magdy, a jego penis robił się sztywny. Wtedy najczęściej Kostek budził się z płaczem albo Edgar krzyczał przez sen. Magda biegła do nich jak poparzona, a cały romantyzm szlag trafiał. Romek już wiedział, że jego żona pozwoli dzieciom spać w ich łóżku. Szedł wówczas do swojej stodoły, odpalał pierwszy lepszy film porno i z ulgą kończył. Najczęściej zostawał tam na noc i spał na jednej z kanap lub w swoim ulubionym, kolorowym hamaku. Rano przychodził do domu na śniadanie i oboje z Magdą, jak co dzień, udawali, że wszystko jest w porządku.
– No, jak się mają moje ukochane wnuczęta? – spytała jej matka, stając w progu drzwi.
– Baaabciaaa! – krzyknął Kostek, wybiegając z auta.
– Dzięki, mamo. Powinnam się wyrobić w dwie godzinki. Gdyby miało się przedłużyć, zadzwonię – powiedziała Magda.
W jej rodzinnej miejscowości otwarto ostatnio escape room i na ostatnim spotkaniu redakcyjnym szef wysłał ją tam, żeby opisała nową atrakcję i porozmawiała o wrażeniach z pierwszymi odwiedzającymi. Był weekend, ale stwierdziła, że podrzuci dzieci matce, a sama w tym czasie nadgoni obowiązki służbowe. Czasem miała dość swojej pracy. Z drugiej strony wiedziała, że jest dobra w tym, co robi. Od dziecka miała lekkie pióro. Zaczynała od historii o smokach i księżniczkach, przez przygody lalki Esmeraldy, kończąc na pisaniu wierszy wojenno-patriotycznych w liceum, a nawet krótkiej powieści science-fiction podczas studiów. Dziennikarstwo było w jej przypadku wyborem oczywistym. Bez problemu dostała się na Uniwersytet Warszawski. Ukończyła liceum ze średnią pięć i pół. Należała do ostatniego rocznika zdającego starą maturę. Do egzaminów ustnych nawet nie podchodziła. Była z nich zwolniona po otrzymaniu ocen celujących z egzaminów pisemnych.
Jako dziennikarka lokalnej gazety musiała być dostępna wieczorami i w weekendy. Zawsze pod telefonem, zawsze w stresie, że czas spędzany z rodziną zostanie przerwany połączeniem od szefa wymagającego od niej natychmiastowego porzucenia tego, co w danej chwili robiła, odpalenia laptopa i pisania na dany temat. Czasem musiała pisać o czymś, co kompletnie jej nie interesowało. Albo czego nie lubiła lub z czym się nie zgadzała. Jak teraz. Nie znosiła tego typu atrakcji. Przed kilkoma latami doszło do tragedii w podobnym biznesie, gdzie na skutek pożaru pięć dziewcząt w wieku gimnazjalnym straciło życie. Przeszedł ją dreszcz na samo wspomnienie. W życiu nie pozwoliłaby synom na takie rozrywki. Już teraz każdego dnia drżała o ich zdrowie i bezpieczeństwo. Bała się śmierci. W odróżnieniu od Romka, który z zamiłowaniem oglądał horrory i lubował się w mrocznej literaturze. I te jego obrazy. Czasem wręcz nie mogła na nie patrzeć. Były odrażające i napawały ja przerażeniem. Wolała go o to nie pytać. Niekiedy zastanawiała się, skąd u niego ta fascynacja mrokiem i tematyką śmierci. Jej mąż był dość skryty. Im mniej mówił, tym bardziej przemawiał poprzez sztukę, którą tworzył w swojej stodole. Rzadko tam wchodziła. To zupełnie nie był jej klimat.
Gdy przechodziła obok lodziarni, przypomniała sobie, jak będąc małą dziewczynką, poszła z matką na lody po niedzielnej mszy. Zawsze były dwa smaki do wyboru. To była ich mała tradycja i jako dziewczynka przez cały tydzień czekała na niedzielę. Cieszyła się na smak lodów, na niespodziankę, w końcu co tydzień były inne smaki i nie wiedziała, czego się spodziewać, a także na spotkanie z lodziarzem, który był bardzo miłym starszym panem i zawsze chwalił jej sukienki albo uczesanie, a ona dziękowała z uśmiechem i widocznym rumieńcem. Była złakniona uwagi i pochwał, których nigdy nie dostawała w domu. Matka była zimna i surowa, wymagająca i wiecznie niezadowolona. Najczęściej padającym w domu wyrażeniem było: „Co ludzie powiedzą?”. Magda nie mogła się ubrać czy uczesać tak, jak chciała, wychodzić wieczorami czy spotykać się z Dawidem, bo „co ludzie powiedzą?”. Nigdy nie usłyszała od matki, że ta ją kocha. Nikt w domu jej nie słuchał i nie przytulał. Musiała mieć najlepsze oceny w klasie, bo przecież „co ludzie powiedzą?”. Nie miała żadnych koleżanek, nie wspominając o przyjaciółce od serca. Nikt nie chciał się z nią zadawać, bo była grzeczną, nudną kujonką.
Tego dnia do wyboru był smak czekoladowy i waniliowy. Magda miała sześć lat i ponad wszystko kochała lody w obu tych smakach. Nie mogła się zdecydować, ale widząc zniecierpliwienie matki i jej srogie spojrzenie, wybrała smak waniliowy. Wychodząc z lodziarni, przypomniała sobie, jak kilka tygodni wcześniej miała zatrucie i wymiotowała w dniu, w którym jadła lody waniliowe. Poczuła gulę w gardle.
– Mamo, nie chcę jednak tego loda. Czy mogłabyś się ze mną zamienić?
– Nie – odpowiedziała matka, liżąc ze smakiem swojego czekoladowego loda.
– Proszę, kup mi czekoladowego, a tego przecież możesz zjeść, jest pyszny.
– Skoro jest pyszny, sama go zjedz.
Oddalały się od lodziarni, ale Magda wciąż widziała szansę na powrót i zmianę decyzji.
– Mamo, proszę, ostatnio źle się czułam, gdy jadłam te lody.
– Tak wybrałaś i tego się trzymaj. Zjedz już tego pieprzonego loda i nie zawracaj mi głowy.
Magda poczuła łzy napływające jej do oczu.
– Proszę – powiedziała po raz ostatni.
Kobieta przystanęła, szarpnęła córkę za rękę i mocno ścisnęła jej nadgarstek. Z wściekłością w oczach powiedziała stanowczo, ale cicho na tyle, żeby inni jej nie słyszeli:
– Dziecko, mam cię naprawdę dość. Sama dokonałaś takiego wyboru i masz się tego trzymać. Musisz myśleć o konsekwencjach swoich decyzji. Jeśli nie zjesz tego loda, nie zjesz dziś żadnego innego.
Wyrwała dziecku loda i wyrzuciła go do kosza stojącego obok. Magda się rozpłakała.
– Ucisz się, do cholery, i przestań się mazgaić. Co ludzie powiedzą?! – zapytała, znów mocno ściskając jej nadgarstek i z daleka uroczo uśmiechając się do sąsiadów, którzy właśnie wchodzili do lodziarni.
Matka, siedząca na kanapie między dwoma wnukami, odwróciła się i szepnęła do Magdy stojącej w przedpokoju:
– Daj im jeszcze pięć minut, niech dokończą bajkę. – Uśmiechnęła się łagodnie.
W telewizji leciały ich ukochane Smerfy. Dzieciaki nawet nie zwróciły uwagi, że przyszła je odebrać.
– Napijesz się kawy?
– Nie, dziękuję, trochę się spieszę, mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia. Poczekam w aucie, pa!
Magda zastanawiała się, jak to możliwe, że jej matka jest tak dobrą, czułą babcią. Chłopcy ją uwielbiają. Chyba nigdy nie uwierzyliby w jej opowieści z czasów dzieciństwa.
Mieli przed sobą wieczór tylko we dwoje. Magda odstawiła dzieci do koleżanki z redakcji, która też miała dwóch synów w podobnym wieku. Odpoczynek od chłopców dobrze jej zrobi. Ostatnio za bardzo się wszystkim przejmowała. Potrzebowała odrobiny relaksu. Marzyła o kąpieli i kieliszku wina. Była sama w domu. Zapaliła kilka zapachowych świec w łazience i włączyła muzykę. Odkręciła kurek z gorącą wodą i zaczęła się rozbierać. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Mimo dwóch porodów całkiem nieźle się trzymała. Lekko zaokrąglone biodra, mała fałda na brzuchu i wciąż jędrne piersi z twardymi, ciemnymi sutkami. Weszła do wanny z wodą pełną piany. Zaczęła się powoli dotykać.
Wino przyjemnie uderzyło do głowy. Oddychała coraz szybciej i po chwili poczuła wzbierającą falę. Oderwała rękę od piersi, zakryła częściowo usta i, przygryzając palec wskazujący, krzyknęła.
Cała się zanurzyła, zamknęła oczy i wstrzymała oddech. Ujrzała nad sobą twarz Dawida. Jej pierwszy raz. Miała siedemnaście lat, Dawid dziewiętnaście. Matka Magdy wyjechała na pielgrzymkę do Częstochowy, więc dziewczyna zaprosiła Dawida na weekend. Spodziewała się tego, co miało się wydarzyć. Układała w głowie plan, krok po kroku, próbowała przewidzieć każdy pocałunek, każdy dotyk. Dawid jej imponował. Głównie swoją innością. Nosił irokeza, kolczyk w nosie, skórzaną kurtkę i glany. Był niesamowicie inteligentny, błyskotliwy i oczytany. To jednak nie interesowało matki Magdy, która skupiała się wyłącznie na wyglądzie chłopaka. Jego nonszalancja budziła w niej niechęć, wręcz obrzydzenie. Zwracał na siebie uwagę, a sąsiadka tylko ją nakręcała negatywnymi komentarzami na jego temat. Nie chcąc nawet poznać wybranka córki, zabroniła jej się z nim spotykać. Magda z kolei, będąc u progu dorosłości, ale wciąż mieszkając z matką, musiała dostosować się do jej wymagań, choć wcale nie zamierzała kończyć tego związku. Zwyczajnie ukrywała go przed matką.
Dawid przyniósł bukiecik jej ulubionych konwalii. Już w progu zaczęli się całować. Magda pociągnęła go za rękę na górę, po schodach do swojego pokoju. Chłopak wyjął zza pazuchy butelkę czerwonego wina, które napoczął już w drodze do dziewczyny. Teraz złapał korek zębami, pociągnął i otworzył wino, łobuzersko się przy tym uśmiechając. Podał Magdzie butelkę. Pili na przemian, śmiejąc się i całując. Po chwili butelka była pusta, a oni, nie wiedzieć nawet kiedy, znaleźli się w łóżku. Dawid wykorzystał zdobyte wcześniej doświadczenie i swoimi łóżkowymi umiejętnościami sprawił, że Magda, leżąc na plecach, szeroko rozchyliła nogi, pragnąc, by chłopak jak najszybciej w nią wszedł. Przyciągnęła go ku sobie, liżąc jego szyję i przygryzając ucho, co doprowadzało go do szaleństwa. Odgłosy namiętności kochanków zagłuszyły kroki na schodach. Dawid zdecydowanym, mocnym pchnięciem przerwał błonę dziewczyny i w tej samej chwili usłyszał jej przeraźliwy krzyk. W drzwiach pokoju stała matka Magdy, która szarpnęła chłopaka z całej siły za ramię, cedząc przez zęby:
– Ty śmieciu, wynoś się z mojego domu i nigdy tu nie wracaj! Jak śmiesz plugawić czystość mojej córki, won!
Dawid w pośpiechu zabrał swoje rzeczy i ubierając się po drodze, wybiegł z domu Magdy.
Dziewczyna płakała, okrywając się kołdrą. Cała się trzęsła. Matka usiadła na brzegu łóżka i zacisnęła dłoń na nadgarstku dziewczyny, mówiąc:
– Jak możesz mi to robić! Miałam nadzieję, że nigdy do tego nie dopuścisz. Ciało to nasze brzemię, które jesteśmy zmuszeni nosić. Trzeba o nim zapomnieć. Kopulacja jest dla słabych, podatnych na grzech. Jest zła i nieczysta, a jeśli do niej dochodzi, trzeba zamknąć oczy i zwrócić się do Boga.
– Proszę cię, przestań – łkała Magda.
– Wróciłam do domu po swój różaniec z Fatimy, bez którego pielgrzymka nie miałaby sensu. Teraz widzę, że to był znak od Boga. Muszę zostać z tobą, dziecko, muszę cię pilnować, to się nie może powtórzyć, pomódl się ze mną.
Matka Magdy uklękła, opierając łokcie o łóżko. Zamknęła oczy i trzymając w dłoni różaniec, szeptała słowa modlitwy.
Dziewczyna leżała bez ruchu, płakała i patrzyła w sufit. Podjęła właśnie decyzję, że w ciągu najbliższego roku musi się wyprowadzić z domu.
Gdy Magda wyszła z wanny, była napalona. Pragnęła Romka po raz pierwszy od dawna. Wyobrażała sobie, jak zaskoczy go dzisiaj propozycją seksu. W końcu niezbyt często to ona wychodziła z inicjatywą. Postanowiła, że założy nawet jakąś seksowną, koronkową halkę. Romek lubił koronki. Może dziś to ona zrobi mu masaż relaksacyjny.
Nie widziała męża przez cały dzień. Wybrała jego numer. Nie odbierał. Spróbowała kolejny raz. Nic. Zaczęła wpadać w panikę, wyobrażając sobie wypadek samochodowy, w którym Romek ginie, uderzając o przydrożne drzewo. Nie przeżyłaby tego, był dla niej wszystkim. Weszła do sypialni i przez okno zobaczyła, że w stodole świeci się światło. Ubrała się, wzięła latarkę i wyszła.
Otworzyła wielkie drewniane drzwi i stanęła jak wryta. Najpierw zobaczyła psa, a potem Romka.
– Zaraz ci wszystko wytłumaczę – powiedział.
Patrzył na Julę, która wypakowywała swoje książki z pudeł i z namaszczeniem układała je na półkach dwóch drewnianych regałów stojących obok siebie. Była całkowicie pochłonięta tą czynnością. Czasem, trzymając daną książkę, uśmiechała się do siebie, jakby przywoływała wspomnienia. Karol nie przepadał za czytaniem, ale podobała mu się ta literacka pasja żony. Był pragmatyczny. Czytanie zabierało dużo czasu. Zamiast tego wolał majsterkować, przekopać ogródek albo jechać na ryby. To ostatnie wywoływało u niego uśmiech niczym książki u Juli. Darzył karpie wielkim uczuciem, konkurującym z miłością do żony. W telefonie miał kolekcję dziesiątek zdjęć z najpiękniejszymi okazami. Czasem wrzucał jakąś fotkę na Facebooka, gdy próżność przesadnie dawała o sobie znać. Jula trochę wyśmiewała te jego impulsy. Nie uznawała portali społecznościowych i nie lubiła, gdy łowił ryby. Co prawda nigdy żadnej nie zabrał do domu, cieszył się tylko złowioną pięknością przez kilka minut, robił fotkę i wrzucał rybę z powrotem do wody. Jula twierdziła, że Karol niepotrzebnie stresuje zwierzęta i sprawia im ból, kiedy łapie je na haczyk. Poza tym pozbawione wody zaczynały się dusić i na pewno miały wtedy swoje rybie ataki paniki. Ach, ta Jula. Im bardziej nie lubiła ludzi, tym bardziej kochała zwierzęta.
Pamiętał, jak opowiadała mu o Cmentarzysku Kruków. W ogrodzie swojego rodzinnego domu znalazła idealne miejsce na chowanie ptasich trupków. Kiedy przeprowadzała się do akademika i była na Cmentarzysku po raz ostatni, doliczyła się osiemnastu grobów. Każdy oznaczony drewnianym krzyżykiem z wyrytym ptasim imieniem. Jej szacunek do zwierząt nie pozwalał na bezimienny pochówek. Czasem przynosiła na ptasie groby pojedyncze polne kwiaty, które wcześniej zebrała na łące za domem. Połowa z tych ptaków była już martwa, kiedy Jula je znalazła. Reszta, zraniona lub chora, była transportowana do domu w pudełku i karmiona orzechami albo ciastem z płatków owsianych. Jula wkładała im też do pudełka spodeczek z wodą, kawałek gałęzi, a nawet maskotkę, żeby ptaki mogły się do niej przytulić. Przykrywała podziurawione pudełko ręcznikiem, a następnego dnia rano znajdowała w nim zazwyczaj już martwe zwierzę.
Gdy Jula była w liceum, jej przyjaciółka, która mieszkała na wsi, opowiedziała jej o sąsiedzie mocno zaniedbującym swoje zwierzęta. Dziewczyny zaczęły obserwować z ukrycia jego gospodarstwo, a po kilku dniach zorganizowały w szkole zbiórkę, żeby wykupić cierpiące stworzenia. Stary, zapijaczony rolnik z chęcią zgodził się oddać zwierzęta za uzbierane osiemset złotych, byle tylko sprawą nie zajęła się policja. Wychudzona krowa trafiła do przyjaciółki Juli, która ubłagała rodziców, żeby mogła trzymać zwierzę w starej stajni, i obiecała karmić je i wyprowadzać na pastwisko za ich domem. Osłabionemu psu przywiązanemu łańcuchem do budy dziewczyny znalazły dobry dom u kolegi z klasy. Jula zabrała do siebie dwa błąkające się po podwórku koty. Zostały w jej domu rodzinnym, gdy wyjechała na studia. Tam z kolei była wolontariuszką w schronisku i wyprowadzała psiaki na spacery.
Jula zdecydowanie mu imponowała. Miała ogromne serce do zwierząt, te zaś zawsze to wyczuwały i lgnęły do niej, szukając pieszczot i poczucia bezpieczeństwa. Nie lubiła z kolei dzieci, co w jego oczach było chyba jedyną skazą na ich idealnym związku. Za to dzieci lubiły Julę. Może pociągał je ten brak zainteresowania nimi? Kiedy już zaskarbiły sobie jej uwagę, nigdy nie rozmawiała z nimi jak z dziećmi. Traktowała je jak dorosłych, równych partnerów w rozmowie. Nigdy nie używała zdrobnień. Nie zmieniała intonacji, zwracając się do nich. Intrygowały ją dzieci spokojne, mądre, nieśmiałe. Nie znosiła tych rozkapryszonych i rozpieszczonych przez zapatrzonych w nie rodziców.
Karol czasem wyobrażał sobie, że mają troje dzieci. Nic nie uszczęśliwiłoby go bardziej. Niestety Jula natychmiast kończyła wszelkie próby podejmowania przez niego tego tematu. Jasno dała mu do zrozumienia już na samym początku związku, że dzieci mieć nie chce i nie będzie. Wiedział, co brał. Sam się na to zgodził. Myślał po prostu, że zdusi w sobie to pragnienie. Było jednak odwrotnie. Im dłużej żyli razem i im bardziej Karol stawał się starszy, tym bardziej chciał usłyszeć tupot małych stópek biegających po domu. Tęsknił za tym, choć zastanawiał się, czy można tęsknić za czymś, czego nigdy się nie miało.
Myślał o tym zwłaszcza teraz, kiedy ich marzenie o domu się spełniło. Co prawda było to bardziej marzenie Juli niż jego, ale dość szybko zaraziła go swoim zapałem. Tak, zrobiłby dla niej wszystko…
– Co myślisz? – zapytała z dumą Jula, wskazując regały.
– Pięknie to wygląda, rybko. Wiesz, że sam nie jestem fanem literatury, ale myślę, że dom bez książek to dom bez duszy – powiedział.
– Zgadza się. A dom bez kota to głupota. Kiedy pojedziemy do schroniska? Remont skończony, wszystko praktycznie gotowe. Czas najwyższy, żeby ta przestrzeń została dopełniona jakimiś słodkimi stworzeniami.
– Zawsze możemy sobie zrobić dziecko dla dopełnienia przestrzeni – odparł filuternie Karol.
– Proszę cię, nie zaczynajmy znowu tego tematu. Nie czuję tego, rozumiesz? Powiedziałam ci, że jeśli cokolwiek w tej kwestii się zmieni, poinformuję cię o tym, nie martw się. Na razie nie chcę mieć dziecka. Nie jestem jak moja matka. Ja w przeciwieństwie do niej mam świadomość tego, jak brak miłości może skrzywdzić małą, potrzebującą, bezradną istotę.
– Wiem, kicia, przepraszam. Masz rację, nic na siłę. Zaczniemy od kotów i zobaczymy, jak się sprawy potoczą. – Karol się uśmiechnął.
– Cieszę się, że mnie rozumiesz. Zrobię ci drinka, może być z rumem?
– Jasne.
Zamknął oczy i przeniósł się na Maderę. To tam zobaczył Julę po raz pierwszy.
Był świeżo po rozwodzie. Stres schodził z niego całymi tygodniami. Nie mógł się skupić na pracy. Był nerwowy i smutny. Dlaczego, do cholery, nie mogło się udać? Po trzech latach małżeństwa usłyszał od żony, że ta jednak woli kobiety. A on przez cały ten czas absolutnie niczego nie podejrzewał. Kilka rzeczy mu się w niej nie podobało. Jak choćby to, że nie znosiła wychodzić ze swojej strefy komfortu. Kłóciła się z nim o każdy drobiazg i zawsze chciała postawić na swoim. Do tego zawsze musiała wyglądać idealnie. Pełen make-up nakładany przez wiele godzin każdego ranka, gdy on jeszcze spał. Drogie kosmetyki i markowe ciuchy, na które wydawała co najmniej połowę pensji. Dwa razy w miesiącu odwiedzała kosmetyczkę i fryzjerkę, żeby te poprawiały coś, co i tak było już przecież idealne. Wakacje spędzane wyłącznie w najdroższych kurortach. Nieraz myślał, że zwyczajnie do siebie nie pasują. Jego zadowalało spanie w namiocie podczas wypraw na ryby, ona nie sypiała w miejscu mającym mniej niż cztery gwiazdki. Ale kochał ją. I myślał, że będzie matką jego dzieci. Jej coming out i rozwód, który był tego naturalną konsekwencją, spowodowały, że Karol stał się przygnębiony. Szok, rozczarowanie, smutek, gniew. Chwilowo został zadeklarowanym mizoginem. Miał dość kobiet i musiał odpocząć. Chciał wyjechać w jakieś niezbyt popularne i niedrogie miejsce, o którym jego żona nawet nie słyszała i w którym nigdy w życiu nie postawiłaby swojej wypielęgnowanej do granic możliwości stópki. Zrobił mały research i tak trafił na Maderę. Spakował się skromnie w mały plecak, ciesząc się przy tym, że nie będzie musiał znowu taszczyć eleganckiej walizki swojej żony, i wyjechał na trzy tygodnie, za towarzyszkę mając jedynie myśl, że przez najbliższe lata zdecydowanie chce być sam.
Drzwi do hostelu były otwarte. Wszedł do środka, recepcja była pusta. Za nią znajdowało się kolejne pomieszczenie. Zajrzał przez uchylone drzwi i zobaczył kobiecą nogę wyciągniętą w stronę okna. Jej stopa była oparta o parapet. Zajrzał głębiej. Rudowłosa kobieta z upiętą w niedbały kok burzą loków, odwrócona do niego plecami, siedziała na fotelu i czytała książkę.
– Excuse me, the door was open, so I… – zaczął niepewnie.
Kobieta drgnęła i upuściła książkę. Odwróciła się w jego kierunku.
– Przestraszył mnie pan, panie Karolu. Już do pana podchodzę. Widziałam rezerwację na polskie nazwisko i zastanawiałam się, jak pan tu trafił – powiedziała, uśmiechając się nieśmiało.
Gdy podeszła bliżej, zobaczył jej nienaturalnie zielone oczy, które w połączeniu z rudymi włosami stanowiły dla niego wysoce atrakcyjną kombinację. Miała na sobie krótką czarną sukienkę i nie nosiła makijażu, co podobało mu się najbardziej. Krótkie paznokcie pomalowane na przemian czarnym i czerwonym lakierem oraz tatuaż z czarnym kotem na przedramieniu sygnalizowały subtelną ekstrawagancję. Była dużo młodsza od niego. Może studentka?
– Sam nie wiem, pani Julio – powiedział, patrząc na małą plakietkę z jej imieniem przytwierdzoną nad lewą piersią. – Szukałem alternatywnych miejsc z dala od głośnych turystów i tak jakoś trafiłem na Jardim do Mar. Nie sądziłem, że na miejscu spotka mnie taka piękna niespodzianka.
Kobieta lekko się zarumieniła i spuściła wzrok.
– Proszę mi mówić Jula, nie przepadam za pełną wersją swojego imienia. Pokój numer sześć. – Podała mu klucze. – Drugie piętro, widok na ocean. Ma pan szczęście. O tej porze roku nie ma tu zbyt wielu turystów.
– Dziękuję. Co według pani muszę obowiązkowo zobaczyć na wyspie?
– Zdecydowanie las Fanal wczesnym rankiem. Wtedy jest zamglony i naprawdę magiczny. Do tego naturalne baseny w Porto Moniz i czarna plaża w Seixal. Zresztą Madera jest trochę jak Islandia. Wszędzie, gdzie pan pójdzie, będzie pięknie. A każde zdjęcie wychodzi jak pocztówka. Czy wypożyczył pan auto?
– Niestety nie, muszę przyznać, że nie jestem mistrzem organizacji i planowania.
– Rozumiem. Jeśli nie ma pan planów na dzisiejszy wieczór, mogę pana zabrać na klif w Ponta do Pargo. Jeśli zachód słońca na wyspie, to tylko tam. Kończę pracę o dwudziestej.
Spojrzał na zegarek. Była osiemnasta. Idealnie, akurat zdąży chwilę odpocząć i wziąć prysznic.
– Brzmi fantastycznie, dziękuję. Mam nadzieję, że da się pani zaprosić na kolację w ramach wdzięczności? – zapytał.
– Deal. – Jula uśmiechnęła się i podała mu rękę.
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Opowieść dla smutnych ludzi
isbn: 978-83-8423-562-1
© Mia Morte i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Magdalena Białek
korekta: Konrad Witkowski
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
