One step away from mistake - Sara Rzeczycka, Kinga Stojek - ebook
NOWOŚĆ

One step away from mistake ebook

Sara Rzeczycka, Kinga Stojek

5,0

66 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy jedna (niekoniecznie) zła decyzja przyniesie

Chase’owi prawdziwą miłość?

 

Carly i Chase są tacy sami, ale… o tym nie wiedzą.

Dociera to do nich dopiero, gdy są zmuszeni spędzić

ze sobą trochę więcej czasu.

Problem polega na tym, że on właśnie uciekł sprzed ołtarza…

…jej najbliższej przyjaciółce.

 

Czy niespodziewane wakacje z dala od niedopowiedzeń

przybliżą tę dwójkę do siebie?

A może Chase wreszcie zrozumie, co tak naprawdę czuje?

 

Czy kolejny krok będzie tym właściwym?


...

Kojarzycie te emocje, które nie pozwalają Wam odłożyć książki? Lubicie to uczucie żalu, które zostaje po przeczytaniu ostatniej strony? Jeśli tak, One step away from mistake jest dla Was. To pozornie spokojna opowieść o przyjaciołach…
która z czasem zamienia się w eksplodujący chemią romans.

Jako największa fanka emocjonujących książek – polecam!

Ps. A sam Chase, czyli główny bohater?
To mój crush… ;)

Ewelina Dobosz, autorka i redaktorka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 272

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
jsbinkowska
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

To książka, która wciąga od pierwszych stron. Świetny styl autorek i ciekawa historia sprawiają, że trudno się od niej oderwać. Polecam!
00



Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody autorki.

Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcją. Zbieżność wydarzeń i nazwisk jest przypadkowa.

Redakcja i korekta:

Ewelina Dobosz – Ta od przecinków

Skład i łamanie:

Dorota Bębenek – Literackie Atelier

www.literackieatelier.pl

Okładka:

Sara Rzeczycka

Wydanie I

czerwiec 2026

ISBN: 978-83-977979-4-9

Copyright © by Sara Rzeczycka

Copyright for cover © Sara Rzeczycka

Dla wszystkich, którzy popełniając błąd,

odnaleźli szczęście

OŚWIADCZENIE PRAWNE

Zgodnie z obowiązującymi przepisami autorki „One step away from mistake” NIE PONOSZĄ ODPOWIEDZIALNOŚCI za zauroczenie głównym bohaterem, nagłe przyspieszenia serca, wzrost poziomu romantyzmu ani przypadkowe planowanie przyszłości z jego fikcyjnym charakterem.

PROLOG

Wyciągnęłam z lodówki kolejnego szampana i rozlałam go do kieliszków. Musiałam rozdawać je na raty, ponieważ było nas aż pięć – najpierw Elizabeth – nasza panna młoda, potem Bridget – korpulentna blondynka, Diana – chuda jak szczapa brunetka, Eloise – niepasująca do towarzystwa gotka, i ja.

Po prostu ja.

– Dziękuję ci, kochana – szepnęła Elizabeth i wzięła łyczek, brudząc przy tym brzeg kieliszka jasnozieloną maseczką do twarzy.

Bridget i Diana leżały na kanapie równie sztywno co Elizabeth, dodatkowo z kawałkami ogórków na oczach. Wszystkie miałyśmy na sobie puchate, białe szlafroki, a w telewizorze leciał odcinek Kardashianek.

Eloise stukała w ekran telefonu, nie przejmując się tym, że maska w płachcie zsunęła jej się z połowy twarzy. Moja była nienaruszona, ale czułam nieprzyjemne zimno i już odliczałam minuty, żeby zdjąć to ustrojstwo.

Nagle w komórce Eloise rozbrzmiał budzik i dziewczyna wystrzeliła palcem w sufit.

– Oho, już czas!

Złapałam za brzegi maski i ściągnęłam ją jednym, zdecydowanym ruchem, po czym podeszłam do aneksu kuchennego i wyrzuciłam do kosza. Elizabeth, Bridget i Diana ruszyły do łazienki, aby zmyć preparaty z twarzy.

– Wyglądasz kwitnąco, Carly – zaśmiała się Elizabeth i ugryzła plasterek ogórka zabrany Bridget.

– Dzięki, ty też.

– Co? Przecież jeszcze nie zmyłam maseczki.

– Właśnie o tym mówię.

Drugi plasterek ogórka pacnął mi pod stopami, kiedy Elizabeth rzuciła nim we mnie.

Oparłam się o blat i wyciągnęłam z kieszeni telefon. Kilka powiadomień z Instagrama, parę maili od firm odzieżowych z ofertami nie do odrzucenia (gacie trzydzieści procent taniej w pakiecie ze skarpetami) oraz – co o wiele ważniejsze – potwierdzenie rezerwacji domku nad oceanem w Myrtle Beach. Nie mogłam uwierzyć, że za niecałe dwa dni będę już w drodze z Kolorado do Karoliny Południowej. Wszystko po to, aby udekorować domy kilku bogaczom.

Gdy dziewczyny usiadły na kanapie, powróciły do oglądania kolejnego odcinka Kardashianek, a ja nie mogłam wyjść z podziwu, że tak właśnie wygląda wieczór panieński mojej najlepszej przyjaciółki. Gdyby to była moja impreza, tańczyłybyśmy w klubie, wykonywały szalone zadania wyszukane w internecie na forum dla druhen i pewnie zdzierały sobie gardła na karaoke. Miałyśmy jednak z Elizabeth zupełnie inne temperamenty i musiałam to uszanować. Od początku wiedziałam, że moja przyjaciółka ucieszy się z kameralnej, cichej imprezy w pokoju hotelowym, podczas której będzie mogła pić swojego ulubionego szampana i oglądać seriale, które trudno jej nadrobić na co dzień.

Nie wiedziała jednak, że szykowałam dla niej coś specjalnego.

Spojrzałam ponownie na zegarek i stwierdziwszy, że mam jeszcze dwadzieścia minut, dołączyłam do dziewczyn.

Nie miałam pojęcia, kto jest kim na ekranie, dlatego od razu wyciągnęłam palec i wskazałam na pierwszą lepszą osobę.

– Kto to?

Wyczerpującej odpowiedzi udzieliła mi Bridget, ale wszystkie informacje momentalnie wypadły mi z głowy.

– A to kto?

Tym razem Diana opisała mi praktycznie całe drzewo genealogiczne rodziny Kardashianów, a ja tylko potakiwałam, udając, że mnie to interesuje. W zasadzie cały wieczór udawałam, że pasuje mi taka impreza i towarzystwo dziewczyn z pracy Elizabeth, które uważałam za nadąsane lalunie. No, może oprócz Eloise, która zyskała u mnie tym, że sprawiała wrażenie, jakby jej nie było. Jednak stało przed nami ważne zadanie, któremu poświęciłam się bez reszty. Miałyśmy być druhnami na ślubie Elizabeth i to było w tej chwili najważniejsze.

– A kto to jest? – spytałam, po raz kolejny wskazując na ekran telewizora.

– Już pytałaś, Khloé Kardashian, siostra Kim…

– Ach, tak, jasne – potwierdziłam, choć miałam wrażenie, że słyszę te imiona po raz pierwszy w życiu.

Jedna z identycznych sióstr mówiła właśnie coś o nowym tatuażu swojego faceta, który był już wydziarany od stóp do głów, na co Elizabeth wystawiła język, jęcząc.

– Ble, ten Travis wygląda fatalnie.

– Nie lubisz tatuaży? – spytała z zaciekawieniem Eloise, pod której szlafrokiem kryła się niejedna taka ozdoba.

– Nie to, że nie lubię – wyjaśniła pospiesznie. – Nie podobają mi się faceci z dziarami. Chase ma jeden tatuaż na udzie i przez to zawsze każę mu zakładać spodenki nie krótsze niż do kolan.

Chase był narzeczonym Elizabeth, czyli naszym panem młodym. Stanowili zgraną, wręcz wymarzoną parę. Byli zgodni, spokojni, nie kłócili się, świecili przykładem dla innych. Odkąd poznałam Chase’a, nie mogłam wyjść z podziwu, jak dobrze się dobrali.

Trochę im tego zazdrościłam. Ale tak tyci, tyci. W zasadzie byli dla mnie dowodem na istnienie prawdziwej miłości, więc za każdym razem, kiedy wątpiłam, że znajdę fajnego faceta, myślałam o nich i od razu poprawiał mi się humor. Gdzieś tam każdy z nas miał swoją drugą połówkę. Trzeba było tylko dać sobie szansę na jej znalezienie.

– Przypomnij mi, dlaczego pozwoliłaś mu zrobić ten tatuaż? – zapytałam, zakładając wygodnie nogę na nogę. – Skoro tak ich nie lubisz? Nie był to chyba przejaw buntu, co? Chase nie jest typem buntownika.

– On zrobił ten tatuaż, jak miał piętnaście lat – wyjaśniła Elizabeth. – W zasadzie nie pamiętam dlaczego. Gdyby to ode mnie zależało, nigdy bym mu nie pozwoliła! – Przyłożyła dłoń do piersi. – Zresztą, dzisiaj on już na pewno nie wpadłby na tak szalony pomysł.

– Właśnie – przytaknęłam. – To nie w jego stylu.

– On nie ma takich głupich pomysłów.

– Dokładnie tak.

Za to ja miałam ich wiele, a jeden z nich właśnie zaczął pukać do drzwi. Momentalnie zrobiło mi się gorąco ze stresu, a ten puchaty szlafrok wcale nie pomagał.

– Ja otworzę! – rzuciłam i podbiegłam do drzwi z prędkością światła, żeby nie wyprzedziła mnie żadna z dziewczyn. Wzięłam głęboki wdech i pociągnęłam za klamkę.

Po drugiej stronie stał do bólu przystojny policjant. Zrobiło mi się jeszcze bardziej gorąco, szybko założyłam pasma swoich kasztanowych włosów za uszy. Wpuściłam go do środka i zamknęłam drzwi na zamek – na wypadek gdyby Elizabeth chciała uciec albo ktoś niepożądany zaczął się do nas dobijać.

– Dostałem zgłoszenie, że zakłócają panie ciszę nocną – powiedział mężczyzna grubym, niskim głosem i jednym zamaszystym ruchem zdjął z twarzy okulary. – Chciałbym to wyjaśnić.

Dziewczyny patrzyły na niego z rozdziawionymi ustami, a kiedy, najwyraźniej, dotarło do nich, kto obok mnie stoi, poderwały się z kanapy i poprawiły poły szlafroków.

– Ale jak to, zakłócamy? – spytała spanikowana Elizabeth.

– Za takie zachowanie grozi paniom kara.

To było zdanie-hasło, na które włączyłam muzykę w telefonie. Wcześniej połączyłam go przez bluetooth z głośnikami, które stały w rogach salonu. Buchnęła z nich seksowna piosenka z dużą ilością basów i słowami w obcym języku. Policjant zdjął czapkę, rzucił ją na podłogę, po czym zbliżył się do Elizabeth i zaczął swój taniec. Dziewczyna spaliła cegłę i popatrzyła na mnie wzrokiem, który mógłby kruszyć mury.

– Carly, zabiję cię!

W to nie wątpiłam.

Moją twarz rozjaśnił jednak promienny uśmiech, a widok wściekłej Elizabeth jeszcze bardziej go poszerzył. Wiedziałam, że będzie zła, bo akcja ze striptizerem nie mieściła się w jej światopoglądzie, ale cóż, skoro to ja organizowałam ten panieński, musiało być trochę po mojemu.

Striptizer posadził Elizabeth na kanapie i zaczął się o nią ocierać. Bridget i Diana były zachwycone, klaskały w dłonie i wiwatowały, a Eloise śmiała się i robiła zdjęcia. Nie byłam pewna, czy to dobry pomysł, ale machnęłam na to ręką. Ważniejsze było, aby dolać dziewczynom szampana.

Piszczałam, śmiałam się i klaskałam. Chociaż przez chwilę czułam się jak na prawdziwym wieczorze panieńskim. Kiedy Marchello ubrał się z powrotem w strój policjanta i pożegnał nas czułymi uściskami, Elizabeth schowała twarz w dłoniach i westchnęła ciężko.

– Carly, nie daruję ci tego.

Uklęknęłam przy niej i odgarnęłam jej włosy.

– Spokojnie, kochana, taniec striptizera to nie zdrada.

– Nie lubię takich akcji.

– No, już… – Przytuliłam ją i pogłaskałam po plecach. – Przepraszam, poniosło mnie. Na drugi raz już tak nie zrobię.

– Jaki drugi raz? Ja nie mam zamiaru brać drugiego ślubu!

– Ups, tak mi się powiedziało.

Trwałyśmy przez chwilę w uścisku, aż w końcu Elizabeth poklepała mnie po plecach.

– Wybaczam ci, ale tylko dlatego, że za bardzo cię kocham, żeby się na ciebie gniewać. – Spojrzała badawczo na Eloise. – Skasuj, proszę, te zdjęcia, nie chcę, żeby Chase zobaczył nawet jedno z nich.

– Elizabeth, daj spokój, przecież on by się z tego śmiał – pocieszyłam ją. – Nie wziąłby tego na poważnie, za bardzo cię kocha.

A przynajmniej tak się nam wszystkim wydawało.

Rozdział 1

– Gotowa? – zapytałam Elizabeth już z lekką irytacją. Nie byłam w stanie zliczyć, ile razy prosiła o skontrolowanie wszystkich wsuwek w starannie upiętych włosach, przypudrowanie nosa, bo pocił jej się ze stresu i dolanie wody do wazonu z bukietem, która jej zdaniem wyparowywała przez gorącą atmosferę.

Siedziałyśmy tu od rana, a ja miałam dosyć już po piętnastu minutach. W duchu przeklinałam się za to, że nie pozwoliłam pozostałym druhnom na walkę o stanowisko tej najważniejszej, bo to ja byłam jej najlepszą przyjaciółką, mimo że byłyśmy jak ogień i woda. W przypadku Elizabeth – dosłownie, bo potrafiła zgasić mój zapał. Niestety ja nie potrafiłam rozpalić jej temperamentu. Ale od tego przecież miała Chase’a. Choć on zdawał się jej wiernym odzwierciedleniem.

– Co jeszcze może pójść nie tak? – zapytała, ale miałam świadomość, że to pytanie nie jest skierowane do mnie. Wzrok miała nieobecny. Mogłabym się założyć, że w głowie wertowała właśnie listę, którą skrupulatnie przygotowywała przez ostatnich kilka miesięcy.

– Nie każ mu na siebie czekać – szepnęłam i posłałam jej łagodny uśmiech.

– To już? – zlękła się.

Spojrzałam na zegarek.

– Mamy jeszcze chwilę – uspokoiłam ją. – Sprawdzę, co u chłopaków – zaproponowałam.

– Zwariowałaś? – oburzyła się. – Pan młody nie może zobaczyć panny młodej przed ślubem! – Miałam ochotę parsknąć śmiechem, obserwując jej gestykulację.

– On już cię widział – rzuciłam kpiąco i uniosłam brew. – A poza tym, to mnie zobaczy, nie ciebie.

– Potrzebuję wody – westchnęła i opadła na fotel.

– Zaraz wracam – zapewniłam ją i czym prędzej wymknęłam się z pokoju. Odetchnęłam z ulgą, gdy znalazłam się za drzwiami. Policzyłam do dziesięciu, by wyciszyć myśli i ruszyłam w kierunku wschodniego skrzydła, w którym drużba pomagał w przygotowaniach panu młodemu.

Idąc, chłonęłam piękno pałacu, w którym się znajdowaliśmy. I choć podobał mi się jego klimat oraz przestronne wnętrza, za nic nie chciałabym takiego przyjęcia. Owszem, ołtarz na zewnątrz z kwiatowym heksagonem w centralnym punkcie robił wrażenie, ale cała reszta zionęła pokazówą. Zdawałam sobie jednak sprawę, że dla mojej przyjaciółki ważne jest, by wszystko było idealne. Postanowiłam więc wytrwać w postanowieniu i nie wygłaszać swoich uwag. Przynajmniej nie dziś.

– Puk, puk – rzuciłam przez drzwi, zamiast po prostu w nie zastukać.

Aż odskoczyłam, gdy zaraz potem otwarły się na oścież.

– No, no – zacmokał Randall, drużba. – Mówiłem ci, chłopie, że ja nie muszę szukać. One same do mnie lgną jak muchy – zarechotał.

Skrzywiłam się, ale zaraz rozchmurzyłam, bo Chase posłał mi pełne otuchy spojrzenie.

– Jeszcze niegotowy? – zwróciłam się do niego.

Szara marynarka prezentowała się pięknie, ale wciąż jeszcze na wieszaku, krawat zwisał z dwóch stron jego szyi, a rękawy koszuli wołały o spinki. Zwróciłam uwagę, że pomieszczenie było o wiele mniejsze niż to, w którym przygotowywałyśmy się z Elizabeth. Do tego całe zagracone przeróżnymi gadżetami – od obrazów, po wazony i porcelanowe figurki. Na pierwszy rzut oka pokój wyglądał jak graciarnia, lecz po chwili zrozumiałam, że taki był jego styl.

– Już się zbieram – rzucił, wypuszczając powietrze.

Kilka chwil później był już gotowy na spotkanie z przyszłą żoną, a ja dumna ze swego dzieła i przekonana, że gdyby nie ja, chłopcom poszłoby to o wiele wolniej.

– Zróbmy to! – krzyknął Chase. – Ożeńmy mnie! – Uśmiechnął się blado.

Lekko drżącą dłonią poklepał kumpla po plecach, a mnie obdarzył życzliwym spojrzeniem. Skinęłam głową i już miałam opuścić pokój, gdy kątem oka dostrzegłam rozgrywającą się scenę, jakby w zwolnionym tempie.

Randall zamknął szafę i wtedy stało się coś strasznego. Jeden z wielu wazonów na niej stojących zachwiał się i spadł prosto na głowę biednego Chase’a. Wszyscy na chwilę wstrzymaliśmy oddech, a ja już oczami wyobraźni widziałam strużkę krwi płynącą po szarym garniturze pana młodego. Złapałam się za twarz, widząc, jak przyjaciel osuwa się na podłogę i pada jak długi, z rękami i nogami rozpostartymi na boki.

– Matko Boska! – wrzasnęłam i padłam na kolana tuż przy Chasie. Kiedy dostrzegłam, że ma otwarte oczy, a z głowy nie leci mu krew, kamień spadł mi z serca. – Ty żyjesz! To cudownie!

– Nie mogę.

– Możesz! Możesz żyć!

– Nie mogę tam iść.

– Co takiego?

Randall pomógł koledze ostrożnie zmienić pozycję na siedzącą. Chase oparł się plecami o szafę, a ja tylko zerknęłam z przestrachem w górę na pozostałe wazony.

– Może pomożemy mu usiąść na kanapie? – zwróciłam się do kolegi, łypiąc na szklanych i porcelanowych wrogów.

– Świetny pomysł.

Wzięliśmy Chase’a pod ręce i wspólnymi siłami przenieśliśmy go na sofę. Mój przyjaciel wyglądał jak siedem nieszczęść. Jego twarz była kredowobiała, oczy miał wielkie jak spodki od filiżanek, a usta rozwarte w wyrazie zszokowania. Nagle jednak wziął głęboki wdech i złapał mnie mocno za rękę. Wbił we mnie przerażony wzrok i zaczął powtarzać:

– Nie mogę tam iść. Nie dam rady.

– Spokojnie, Chase. – Pogładziłam go po ramieniu. – Wszystko jest dobrze. Szok zaraz minie, a my pomożemy ci podejść do ołtarza. – Spojrzałam porozumiewawczo na Randalla. – Prawda?

– Tak, oczywiście – zapewnił drużba. – Nie masz się o co martwić.

– Randall, idź, proszę, do Elizabeth – poprosiłam – i… czymś ją zajmij. Poopowiadaj jej jakieś głupie historie na rozluźnienie. Nie ma mnie pięć minut, a ona już na pewno odchodzi od zmysłów.

Nie protestował. Posłusznie poprawił marynarkę i wyszedł z pokoju, a ja zostałam sama z wciąż zszokowanym Chase’em.

– Carly… – szepnął, choć przecież właśnie teraz mógł mówić śmiało. – Ja nie mogę tam iść. Nie mogę wziąć tego ślubu. To wszystko nie tak…

Odsunęłam się od niego i uważnie mu się przyjrzałam.

– Jeśli to żart, to naprawdę bardzo głupi.

Wzrok Chase’a był chłodny i poważny.

– To nie jest żart.

– Uderzyłeś się w głowę i ci odwala – stwierdziłam, bo nie znajdowałam lepszego wyjaśnienia.

– Może i uderzyłem… – Przesunął dłonią po głowie. – Ale właśnie w tej chwili coś zrozumiałem.

– Jezu, Chase, przerażasz mnie.

– Wynikły… pewne… okoliczności…

Zza drzwi dobiegł nas głos Randalla, na co Chase przełknął głośno ślinę.

– Carly, musisz mnie ratować. – Ścisnął moją rękę tak mocno, że aż poczułam ból. – Błagam cię, teraz. Nie zostawiaj mnie z tym samego.

Nie potrafiłam nic odpowiedzieć. W głębi duszy poczułam jednak, że nie jestem w stanie pozostawić Chase’a na pastwę losu. Nie rozumiałam jego toku myślenia ani decyzji, której konsekwencje zbliżały się wielkimi krokami, lecz czułam, że jeśli teraz wyjdę, już nigdy ani ja, ani Elizabeth nie dowiemy się, co tak naprawdę się tu wydarzyło.

Zdążyłam tylko kiwnąć głową, a Chase wstał i pociągnął mnie w stronę bocznego wyjścia. Dokładnie w momencie, kiedy nasze drzwi się zatrzasnęły, Randall wszedł do pokoju pana młodego i drużby.

Szybko zorientowaliśmy się, że znajdujemy się sam na sam w salce, w której stoi tylko fortepian.

– Co teraz? – spytałam Chase’a, a on rozejrzał się po pomieszczeniu.

– Tam. – Wskazał kolejne drzwi i dzięki nim, jakimś cudem, wyszliśmy na zewnątrz.

Rozdział 2

– Chase! – pisnęłam spanikowana. Byłam przerażona całą tą sytuacją i tym, że uczynił mnie swoim wspólnikiem zbrodni. – Co my robimy?!

Przyjaciel tylko pokręcił głową.

– Odjedźmy stąd, co? – poprosił.

Poczułam narastający gniew. A co, jeśli to jakiś test? Co, jeśli właśnie go oblałam, nie zachowując się fair wobec przyjaciółki?

– Elizabeth tam na ciebie czeka – szepnęłam błagalnie. – Nie możesz jej zawieść.

– Carly – zaczął, ale nie dokończył myśli, bo dostrzegł zaparkowaną przy bramie taksówkę. – Chodź. – Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Zdążyłam tylko przewrócić oczami i unieść suknię na tyle, by nie potknąć się o własne nogi.

Rejestrowałam wydarzenia, jakby działy się obok mnie. Gdy zajęliśmy miejsca na tylnej kanapie, Chase polecił kierowcy, by odpalił silnik i ruszył. Przed siebie.

– Dokąd jedziemy? – zapytałam, odzyskując świadomość.

– Nie wiem – rzucił zrezygnowany – Nie wiem, Carly…

Byłam na niego wściekła. Nie powinnam pozwolić mu się wycofać, ale było już za późno. Miałam już pewność, że nawet gdyby teraz zawrócił, stan Elizabeth nie pozwoliłby na przeprowadzenie ceremonii. Zostawił ją. Ja też ją zostawiłam. Dopiero teraz zaczęło to do mnie docierać.

– Uciekająca panna młoda? – zakpił kierowca, spoglądając na mnie w lusterku.

Mnie nie było do śmiechu.

– Widział pan kiedyś pannę młodą w niebieskiej sukni? – odpowiedziałam niemiło.

Mężczyzna zrozumiał aluzję i przez resztę kursu już się nie odzywał. Tymczasem Chase próbował nie pogubić się w swoich myślach, tak to przynajmniej wyglądało. Zaczęłam mu nawet współczuć. Nie sądziłam, by z błahego powodu podjął tak trudną decyzję. Nie było wątpliwości, że zależy mu na Elizabeth, ale coś jednak nie pozwoliło mu pójść o krok dalej. Tylko co?

– Tu wysiądziemy – usłyszałam, pogrążona we własnych rozmyślaniach.

– Co?! – próbowałam zaprotestować, ale bez skutku. – Nie ma mowy! – wrzasnęłam, gdy zrozumiałam, jaki miał plan. Znajdowaliśmy się właśnie niedaleko kamienicy, w której mieszkałam.

– Ja nie idę – wyjaśnił, chcąc mnie uspokoić. – Muszę coś wymyślić. Gdzieś zniknąć. Przepraszam, że cię w to wciągnąłem.

– Chyba mnie tak nie zostawisz?! – wypaliłam. – Ty sobie pryśniesz, a ja mam świecić oczami?! „Przepraszam, że cię w to wciągnąłem”, serio?! Tylko tyle masz mi do powiedzenia?!

Utkwił we mnie wzrok tak pogubiony, że nie mogłam po prostu go zostawić.

Nie wierzyłam, że to mówię:

– Mam zlecenie w Karolinie Południowej. Wylatuję jutro. Jeśli chcesz… – przyjrzałam mu się badawczo – to możesz polecieć ze mną – wyrzuciłam z siebie. – O ile oczywiście znajdą się jeszcze bilety – dodałam.

– Zabierzesz mnie ze sobą?

– A mam wyjście? – westchnęłam.

Pokiwał głową.

– Spakuj się, spotkamy się na lotnisku. Okej?

– Jutro – upewniłam się.

– Dziś. Polecimy najbliższym lotem.

Wybałuszyłam oczy.

– Chase… – jęknęłam.

– Nie mogę tu zostać. Nie po tym, jak schrzaniłem.

– Wrrr, no dobra! Ale nie myśl sobie, że tak to zostawię. – Pogroziłam mu palcem. To wszystko działo się tak szybko…

– To widzimy się – rzucił i zniknął w taksówce.

Gdy odjechał, nie bacząc na strój, przysiadłam na krawężniku i zawyłam z bezradności. Spojrzałam w górę, podziwiając bezchmurne, błękitne niebo. To miał być idealny dzień.

Powłócząc nogami, dotarłam do budynku i wstukałam kod do klatki. Kierując się do windy, wyjęłam ze stanika telefon i spojrzałam na liczbę nieodebranych połączeń. Przeszył mnie dreszcz i zrobiło mi się słabo. Starałam się nie myśleć o tym, co właśnie przeżywa Elizabeth i wtedy mnie olśniło: nigdy nie zastanawiałam się nad tym, co czuje Chase. Jeśli coś pchnęło go do zmiany zdania, musiało to mieć swoje podłoże w ich relacji.

Nie musiałam się pakować, bo walizka stała już przy drzwiach, gotowa do podróży bardziej niż ja. Miałam wyjechać nazajutrz, zaraz po powrocie z wesela.

Mój telefon zaczął wibrować, a mnie oblał zimny pot. Na szczęście to był tylko Chase.

– Twoja taksówka już czeka, spotkamy się na miejscu.

Rozłączył się, nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć. Może i lepiej. Przebrałam się i opuściłam mieszkanie. Nie miałam roślin ani zwierząt, więc nie potrzebowałam nikogo, kto by ich doglądał. Wyjeżdżałam często, ale na krótko, łapiąc zlecenia jako freelancerka. Zajmowałam się dekorowaniem wnętrz i choć byłam samoukiem, zachwycałam klientów, którzy polecali mnie swoim znajomym. Tak udało mi się zbudować dość solidną markę. Mogłam przebierać w ofertach. Niestety nie miałam firmy, a więc płaciłam więcej za wszystkie materiały. Może i nie opływałam w luksusy, ale miałam ten komfort planowania sobie czasu. Przy okazji też zwiedzałam najpiękniejsze zakątki świata, w których często zatrzymywałam się na dłużej.

Tym razem miałam do wykonania trzy projekty dla jednego zleceniodawcy. Przeznaczyłam więc na ten wyjazd dwa tygodnie, licząc na to, że w czasie między pracą uda mi się solidnie wypocząć.

Starałam się umieścić w tym planie Chase’a, ale finalnie się poddałam. Uznałam, że jest dużym chłopcem i sam sobie poradzi.

Zwątpiłam, gdy zobaczyłam go na lotnisku – zrezygnowanego, zagubionego chłopaka, który totalnie nie miał pojęcia, co dalej.

Gdy się do niego zbliżyłam, przybrał na twarz wymuszony uśmiech i pokazał mi na smartfonie nasze bilety.

– Zaraz mamy odprawę – dodał.

– Nie wolisz wrócić i z nią porozmawiać? – upewniłam się.

Przez chwilę patrzył mi w oczy, jakby się zastanawiał.

– Nie – powiedział w końcu. – To nic nie da. W emocjach tylko pogorszyłbym sprawę. – Wciągnął powietrze. – Nie chciałem jej zranić. – Spuścił głowę, a w jego oczach błysnęły łzy. – Nie chciałem, żeby tak to się potoczyło, ale to był ostatni moment…

Rozdział 3

Mimo że lot miał trwać nieco ponad trzy godziny, nie zmrużyłam oka. Tak naprawdę nie mogłam nawet skupić myśli, bo dzisiejsze wydarzenia kotłowały mi się w głowie. Telefon milczał, bo włączyłam tryb samolotowy, ale cisza wcale nie była zbawienna. Miałam wrażenie, że zaraz przez nią oszaleję. Chciałam już zacząć rozglądać się za jakimś małym dzieckiem, które mogłabym doprowadzić do płaczu, byleby wokół było słychać jakieś dźwięki.

Tak oto utknęłam w blaszanym monstrum razem ze swoimi myślami.

Co powiem Elizabeth, kiedy w końcu się spotkamy? Czy kiedykolwiek mi wybaczy? Może tak, jeśli dowiem się od Chase’a, dlaczego zrobił to, co zrobił. To była moja jedyna szansa na powrót do jej łask.

Nerwowo podrygiwałam nogą i przygryzałam policzek od środka, podczas gdy Chase drzemał sobie w najlepsze. Nie mogłam uwierzyć, że był aż tak spokojny, aby w ogóle móc zasnąć! Ja byłam dosłownie kłębkiem nerwów.

Kiedy podeszła do mnie stewardessa, poprosiłam o wódkę z colą. Wypiłam połowę na raz.

Czując przyjemne mrowienie w żołądku, w końcu lekko się rozluźniłam. W głowie usłyszałam głos mojej świętej pamięci babki: „Carly, tylko nie pij na smutno, bo zostaniesz starą, bezdzietną alkoholiczką”.

– Twoje zdrowie, babciu – szepnęłam, unosząc szklankę.

– Co? – odezwał się nagle Chase, łypiąc na mnie jednym okiem. – Jaka babciu?

– O, proszę, Śpiąca Królewna wreszcie się obudziła. Choć może powinnam cię nazwać Kopciuszkiem – mruknęłam z przekąsem. – To może w końcu porozmawiamy o tym, co zaszło? – Nie mogłam powstrzymać swojego niemiłego tonu.

– Wolałbym… pogadać o tym później.

– A ja wolałabym być na ślubie moich najlepszych przyjaciół, ale postanowiłeś zmienić te plany. – Pokręciłam głową. – To nie jest koncert życzeń, Chase. Żądam wyjaśnień.

– Wszystko w swoim czasie, Carly. – Zmusił mnie, abym popatrzyła mu w oczy. – Okej?

Westchnęłam ciężko. Dlaczego nie umiałam być wobec niego bardziej asertywna?

Kiedy odwrócił głowę i zapatrzył się w widok za oknem, pogrążyłam się we wspomnieniach.

Elizabeth była moją przyjaciółką z dzieciństwa. Razem się bawiłyśmy, chodziłyśmy do szkoły, przeżywałyśmy pierwsze miłości. Jedną z nich był dla niej Chase. Poznali się pięć lat temu w pracy i od razu między nimi zaiskrzyło. Kiedy Elizabeth pokazała mi jego zdjęcie, nie mogłam uwierzyć, że jest takim ciachem, a jeszcze nikogo nie ma.

A potem zobaczyłam ich razem i kompletnie przepadłam. Pokochałam tę parę i to, jak do siebie pasowali. Miałam wrażenie, że Bóg stworzył ich po to, aby kiedyś na siebie wpadli i stworzyli idealną rodzinę. Moim marzeniem było być ciocią dla ich maluchów.

Pamiętam wakacje, podczas których spontanicznie udaliśmy się pod namiot. Byliśmy w środku lasu, gryzły nas komary, wilgoć wsiąkała we wszystkie ubrania, a ja byłam przeszczęśliwa. Polowe warunki nie były dla mnie straszne, za to Elizabeth od początku marudziła.

„Nie cierpię komarów. Wiecie, że potrafią przenosić choroby?”, „Chase, kochanie, nie mogę spać na tym materacu, jest potwornie niewygodny”, „Chase, kochanie, pożyczysz mi swoją poduszkę? Moją obeszły mrówki”.

Chase robił wszystko, żeby jego księżniczce było wygodnie. Bez zająknięcia, jakby to było zupełnie naturalne, oddał jej swój materac i wymienił się z nią poduszkami.

A na koniec kempingu powiedział do mnie:

– To najokropniejsze wakacje, na jakich w życiu byłem. Nigdy więcej nie zmuszaj mnie do spania w namiocie.

Wybuchłam wtedy śmiechem, który rozładował napięcie.

Na to wspomnienie uśmiechnęłam się kącikiem ust, mając nadzieję, że Chase tego nie widzi. Nie miałam zamiaru pokazywać, że jestem choć trochę weselsza. Należała mu się grobowa cisza albo ostra awantura. Skoro nie chciał gadać, musiał liczyć się z napiętą atmosferą.

Po wyjściu z samolotu od razu wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy do zabukowanego przeze mnie domku. Na szczęście krótka rozmowa z właścicielką rozwiązała problem zbyt wczesnego pojawienia się w Myrtle Beach, i to jeszcze we dwójkę.

Okolica była przepiękna. Ta część Karoliny Południowej, z dostępem do oceanu, robiła wrażenie mniejszego, skromniejszego, ale równie słonecznego San Diego w Kalifornii. Nasz jednopiętrowy domek z białej cegły był jak wyrwany żywcem z greckiego filmu. W środku znajdował się skromny salon z kanapą, stolikiem, telewizorem i regałem z książkami oraz aneksem kuchennym. Za przesuwnymi drzwiami był pokój z dużym, dwuosobowym łóżkiem, a naprzeciwko niego niewielka łazienka.

– Zdajesz sobie sprawę z tego, że… – zaczęłam na widok sypialni, a Chase od razu pokiwał głową.

– Spokojnie, będę spał na kanapie, nie musisz się o nic martwić.

W milczeniu rozpakowałam swoje rzeczy i padłam na łóżko, wpatrując się w sufit. Dopiero teraz, czując pod głową poduszkę, nabrałam ochoty na drzemkę.

– Może pójdziemy coś zjeść? – Usłyszałam nagle i poderwałam się do pozycji siedzącej. Chase stał w progu pokoju i uśmiechał się niepewnie.

– Po pierwsze, puka się, a po drugie, naprawdę nie wiem, co ci tak wesoło.

Chłopak od razu spuścił wzrok, a mnie uderzyły wyrzuty sumienia. Cały czas walczyłam ze złością na niego. Miałam przebłyski „dobrej, kochanej ciotki”, ale skutecznie je powstrzymywałam. Przecież gdzieś tam, w naszym Denver, leżała na łóżku zapłakana Elizabeth, niemająca pojęcia, co tak naprawdę było powodem ucieczki Chase’a.

A ja byłam o krok od poznania prawdy. Musiałam tylko odpowiednio podejść swojego przyjaciela.

– Dobra, chodźmy coś przekąsić – rzuciłam beznamiętnie i wycelowałam w niego palcem. – Ale ty stawiasz.

Dwadzieścia minut później siedzieliśmy w centrum handlowym Broadway at the Beach, w Extreme Pizza i zajadaliśmy się Endless Summer z pieczarkami i karczochami.

– A pamiętasz – zaczął nagle Chase z pełnymi ustami – jak kiedyś Elizabeth wylała na siebie niechcący cały sos czosnkowy?

– Pamiętam. A wiesz, że jeśli nie powiesz mi, co się stało i nie przeprosisz Elizabeth, to ona już nigdy nie obleje się przy tobie sosem czosnkowym?

Byłam okrutna, ale potrzebowałam wbić nóż tak głęboko, żeby Chase ostatkiem sił przyznał się do tego, jaki proces myślowy zaszedł w jego głowie, kiedy spadł na niego ten przeklęty porcelanowy wazon.

– Auć – powiedział tylko i bez zbędnych komentarzy sięgnął po kolejny kawałek pizzy. Zrobiłam więc to samo.

– Wiesz, myślę, że… – zaczęłam, ale Chase wszedł mi w zdanie.

– Wyobraź sobie, że żyjesz przez pięć lat jako Carly Winters, a potem nagle zdajesz sobie sprawę, że wcale nie jesteś Carly Winters. Że nigdy nią nie byłaś.

Co takiego?

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Dokładnie to, co powiedziałem.

Chase zamoczył końcówkę pizzy w sosie i wpakował ją do ust, nie odrywając ode mnie wzroku.

– Zachciało ci się filozofować.

– Carly, czy pamiętasz, co się stało, jak rozstałaś się ze Steve’em?

Moja wielka miłość poznana przez Tindera. Chodziliśmy ze sobą przez trzy miesiące, a on zdradził mnie z seksowną barmanką. Miałam kiepskie doświadczenia w związkach.

– Tak, pamiętam… – odparłam cicho, wiedząc, co nadchodzi.

– To ja poszedłem do tego baru i to ja obiłem mu mordę. Pamiętasz?

– Tak…

– Wiesz, że nie musiałem tego robić?

– Wiem.

– Ale zrobiłem, bo jesteś moją przyjaciółką, a tamten fagas cię wykorzystał. – Chase wziął głęboki wdech i kiwnął głową. – Także teraz masz szansę odwdzięczyć mi się za akcję rodem z hollywoodzkiego filmu.

Zaskoczył mnie, ale rozumiałam, że musiał wytoczyć ciężkie działa, aby wreszcie doprowadzić atmosferę do ładu. Pokiwałam głową w spokoju i odparłam:

– Mimo że te dwie sprawy są zgoła inne i nic nie zmieni mojej złości na ciebie, od tej chwili obiecuję być trochę milsza.

– I nie pytać o mój powód ucieczki sprzed ołtarza.

Skrzyżowałam palce pod stolikiem i uśmiechnęłam się sztucznie.

– Okej.

Chase popatrzył na mnie z odchyloną głową, jakby przyglądał się dziwnemu okazowi nowego gatunku jaszczurki.

Nie uwierzył mi. Ani trochę.

Zmierzchało już, gdy opuszczaliśmy galerię. Ziewnęłam przeciągle, marząc już tylko o ciepłym łóżku i długiej regeneracji. Zwiedzanie miasta i wizytę na plaży przełożyłam na kolejny dzień. Tak jak rozmowę.

– Mamy coś na śniadanie? – zagadnął Chase, gdy wsiedliśmy do auta.

Jęknęłam, chowając głowę za rękawami za dużej bluzy, którą mi pożyczył. Wieczór był chłodniejszy niż się zapowiadał, a i zmęczenie dawało o sobie znać.

– Spokojnie, ogarniemy to – powiedział i wklepał coś w nawigacji. Widziałam, jak w pizzerii studiował mapkę miasteczka, musiał już więc kojarzyć newralgiczne punkty.

– Zrobisz te swoje popisowe pankejki? – zapytałam, trzepocząc powiekami.

– Te z sekretnym składnikiem? – upewnił się.

– Kiedyś mi go zdradzisz! – powiedziałam, mrużąc oczy.

– Nie ma opcji. – Pokręcił głową.

Kiedy wyjechaliśmy na drogę, oparłam głowę o szybę i wsłuchałam się w słowa piosenki lecącej w radiu. Przyjemne ciepło utuliło mnie do snu. Ocknęłam się dopiero, gdy zaparkowaliśmy na podjeździe.

– Śpij – szepnął czule Chase i łagodnie się uśmiechnął.

Spojrzałam na tylną kanapę, która obładowana była zakupami.

– I to wszystko dla nas? – zapytałam.

– Wiem, jakie masz możliwości, Winters – wypalił, za co oberwał po głowie.

Rozdział 4

Obudziły mnie promienie słońca wpadające przez niezasłonięte rolety. Przeciągnęłam się i zaraz potem przed oczami zaczęły przelatywać mi wspomnienia wczorajszego dnia. Kilka razy zamrugałam oczami, by się ich pozbyć. Drżącą dłonią sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Elizabeth. Musiałam się do niej odezwać, musiałam przeprosić ją za swoje zachowanie. Ale tym razem to ona nie odebrała. Na pewno się obraziła. Do oczu napłynęły mi łzy, byłam o krok od wybuchnięcia płaczem, ale przełknęłam gorycz i wciągnęłam głęboko powietrze. Nie mogłam być zła na Elizabeth. Za to ona miała prawo być wściekła na mnie.

Przemknęłam na palcach przez niewielki salon, by nie zbudzić wciąż jeszcze śpiącego współlokatora. Zdziwiłam się, że nie wstał skoro świt, jak to miał w zwyczaju. Zatrzymałam się na chwilę, by popatrzeć na jego zbolały wyraz twarzy. Najpewniej coś mu się śniło, mogłam się nawet domyślić co.

Poruszył się, więc czmychnęłam do łazienki. Tam doprowadziłam się do porządku, myjąc zęby, biorąc prysznic i nakładając delikatny makijaż.

Już miałam nacisnąć klamkę, gdy moją uwagę przykuł jego przytłumiony głos.

– Beth, posłuchaj… ale… nie… nie wiem… proszę…

Potem nastąpiła długa pauza i byłam pewna, że połączenie zostało zerwane, ale zaraz usłyszałam jeszcze:

– Nie wracam. Przykro mi.

Gdybym była już po śniadaniu, właśnie przewróciłoby mi się w żołądku. Postanowiłam jeszcze chwilę zaczekać, by nie domyślił się, że podsłuchiwałam. Odkręciłam wodę i w akompaniamencie jej szumu nałożyłam na rzęsy odrobinę więcej tuszu.

Zza drzwi dobiegło mnie ciche stukanie.

– Tak? – rzuciłam.

– Nie chcę przeszkadzać, ale muszę siku. Da radę? – zapytał, a ja powstrzymałam śmiech i otworzyłam drzwi.

– To zależy. – Stanęłam na środku, uniemożliwiając mu wejście.

– Błagam, zła kobieto! – Lekko już podskakiwał, więc sytuacja była krytyczna.

– Wpuszczę cię – powiedziałam niespiesznie. – Ale gdy już załatwisz to, co musisz, wyjdziesz i grzecznie opowiesz mi, co tam się stało – zarządziłam.

– W łazience? – droczył się. – Jeśli chcesz, możesz zostać i sama zobaczysz. – Wyszczerzył się, a ja zmrużyłam oczy. – Jak się nie zlitujesz, to nasikam ci do łóżka – rzucił zawadiacko.

– Jak dzieciak! – zauważyłam, śmiejąc się i uchyliłam szerzej drzwi, po czym opuściłam pomieszczenie.

Usiadłam na kanapie, zaintrygowana jego zachowaniem. Był… inny. Żartował, rzucał zabawne teksty i rozśmieszał mnie. Nie, żeby przedtem był nudziarzem, ale zawsze się pilnował. Zaczęłam się zastanawiać, czy chłopak siedzący właśnie na kibelku za drzwiami to ten sam Chase Summers, którego znałam przez ostatnich pięć lat…

– Głodna? – wyrwał mnie z zamyślenia. Zamiast odpowiedzieć, wlepiłam wzrok w jego twarz. – Cooo? – zaśmiał się.

Westchnęłam. Miałam zagadkę do rozwiązania. Ale najpierw musiałam napełnić żołądek.

– Głodna – przytaknęłam. – Pomóc ci? – zaproponowałam z grzeczności, choć zupełnie nie miałam zamiaru. Moja obecność w kuchni nie była wskazana, jeśli się chciało ujść z życiem.

– Pomożesz mi, jak nie będziesz się zbliżać – powiedział dokładnie to, o czym pomyślałam i od razu uchylił się od uderzenia. Wcale jednak nie miałam zamiaru go tłuc.

– W takim razie – powiedziałam usatysfakcjonowana – popatrzę.

Przysiadłam na stołku za blatem i obserwowałam, jak rozbija jajka, dodaje do nich starannie odmierzone mleko i olej oraz szczyptę cukru z wanilią. Potem odwrócił się, bym nie widziała, co jeszcze. Zachichotałam.

– Nie śmiej się – rzucił, wciąż stojąc do mnie tyłem. – Jakbyś się dowiedziała, musiałbym cię zabić. A byłoby szkoda.

–Byłoby łatwiej – westchnęłam.

– Nie gadaj głupot – polecił i umazał mi nos olejem.

– Bleee – wrzasnęłam, dotykając tłustej mazi.

– Tylko się nie popłacz – Zmarszczył nos i wytknął język w moją stronę.

– Ale z ciebie dupek! – rzuciłam, śmiejąc się. – Zupełnie jak nie ty – zauważyłam, a on w moment spochmurniał.

– A może to właśnie ja? – W jego oczach dostrzegłam błysk. Szybko jednak zmienił temat. – Wolisz syrop klonowy czy polewę pistacjową? – zapytał, unosząc dwie buteleczki.

– Polewę pistacjową – odpowiedziałam od razu, wyszczerzając zęby. Ślinka ciekła mi na samą myśl o tych pysznościach.

– To kupiłem niepotrzebnie – skomentował i odłożył butelkę z syropem.

– Elizabeth by się skusiła – zauważyłam. Ten jednak tylko wzruszył ramionami. – Rozmawialiście – rzuciłam. Spiął się od razu, ale nie odpowiedział. – Wybacz. – Poczułam się głupio. – Po prostu słyszałam…

– Nie nazwałbym tego rozmową – bąknął. – Ale faktycznie, zadzwoniłem do niej.

– W jakim jest stanie? – zapytałam ostrożnie. Spojrzał na mnie, a jego wzrok przepełniony był ogromnym bólem. Dotarło do mnie, że jemu też nie jest łatwo. – Chase… – Nabrałam powietrza. – Nie masz nikogo na boku, prawda? – zapytałam.

– Oczywiście, że nie. – Pokręcił głową i głośno westchnął. – Zdaję sobie sprawę z tego, że nie unikniemy tej rozmowy – wyszeptał w końcu, opierając się rękami o blat. – Ale proszę, daj mi chwilę na poukładanie sobie tego w głowie. – Spojrzał na mnie. – Nie wrócę do Elizabeth – dodał jeszcze.

Skinęłam głową.

– Masz jakieś plany na dziś? – zapytałam ze ściśniętym gardłem, chcąc oczyścić atmosferę.

– Nie chcę ci się narzucać. – Spuścił głowę. – Już i tak narobiłem ci kłopotu.

– Coś ty! – rzuciłam. – Kto by mi robił pankejki, gdybym była tu sama.

Uśmiechnął się kącikiem ust i wrócił do smażenia.

Rozdział 5

Włożyłam plan domu pod pachę i jeszcze raz uścisnęłam dłoń pana Smitha. Wychodziliśmy właśnie z jego pachnącej nowością posiadłości. Słońce przypiekało skórę i raziło w oczy, musiałam więc wolną dłonią zrobić sobie prowizoryczny daszek – przytknęłam ją do czoła i spojrzałam na mężczyznę z lekko uniesioną głową.

– Obiecuję, że będzie pan zadowolony – odparłam z uśmiechem, na co on zaczął się śmiać tak mocno, że jego drugi podbródek aż zafalował.

– Nie mam co do tego żadnych wątpliwości! Karen mówiła, że cudownie jej się mieszka w nowym apartamencie, a to wszystko pani zasługa.

Karen była jedną z moich ostatnich klientek i, jak widać, zrobiłam dobrą robotę. Pozytywne wieści szybko rozeszły się po ludziach.

Pożegnałam pana Smitha i wsiadłam do auta. Wynajęty Ford pachniał rozgrzanym plastikiem i miętą, co przypomniało mi, że zostawiłam paczkę gum do żucia w schowku. Pewnie przez ten upał były już niezdatne do użytku.

Dokładnie w momencie, w którym włożyłam kluczyk do stacyjki, mój telefon zawibrował.

Dzwoniła Elizabeth.

Poczułam ścisk w gardle, jakbym zobaczyła najstraszniejszą scenę z horroru. W sumie zaraz mogła się taka rozegrać. Wszystko zależało od tego, w jakim stanie jest moja przyjaciółka.

– Cześć – powiedziałam, i jedynym, co usłyszałam w odpowiedzi, była cisza. Wytrzymałam ją, choć narastała we mnie obawa, że dziewczyna zaraz się rozłączy. Po chwili odezwała się jednak, a ja odetchnęłam z ulgą.

– Cześć, Carly.

– Elizabeth, tak strasznie cię przepraszam, że…

– Możesz mi wytłumaczyć, co się właściwie wydarzyło? Jeszcze wczoraj zrobiłabym ci awanturę, ale chyba wreszcie mam siłę na wysłuchanie twojej wersji.

Wzięłam głęboki wdech, ale na tyle cichy, żeby Elizabeth go nie usłyszała. Musiałam mówić pewnie, zdecydowanie, jakbym nie  miała nic na sumieniu.

Taki był mój skromny plan.

– Rzeczywiście byłam przy tym, jak Chase zwiewał. Potem zaciągnął mnie do taksówki. Ale to tyle. Odwiózł mnie do domu, a sam pojechał w siną dal. Było mi tak głupio, nie wiedziałam, co ci powiedzieć, dlatego nie odbierałam telefonów. Poza tym sama wiesz, że miałam zaplanowany wyjazd, więc musiałam się pakować i…

– Wiesz, co ja przeżywałam? Stojąc przed wszystkimi w białej sukni, bez pana młodego i bez najlepszej przyjaciółki? Wiesz, jak okropne to było?

Elizabeth się rozpłakała, a ja siedziałam w rozgrzanym aucie i słuchałam jej łkania. Chociaż tyle mogłam dla niej zrobić.

– Kochana…

– Czyli nie wiesz, gdzie jest Chase? – spytała po chwili, a ja przymknęłam powieki.

Będę się smażyć w piekle.

– Nie mam zielonego pojęcia.

– Carly… Wracaj szybko, bo bez ciebie nie dam sobie rady…

Jej rozpacz była dla mnie jak sól na otwartą ranę.

– Oczywiście, Elizabeth, jak tylko wrócę, od razu przyjadę do ciebie.

Rozłączyłyśmy się, a ja odrzuciłam telefon na siedzenie pasażera i zaczęłam walić głową w kierownicę. Jakiś przechodzień zajrzał przez szybę, najwyraźniej zaniepokojony moim zachowaniem. Spojrzałam na niego i uśmiechnęłam się sztucznie, żeby przypadkiem nie wezwał do mnie pogotowia. Albo policji.

Byłam w rozsypce.

A kilka kilometrów dalej, w uroczym domku nad oceanem, znajdował się powód mojej rozsypki.

Kiedy wróciłam, Chase siedział na kanapie i oglądał telewizję, jednak jak tylko mnie zobaczył, podbiegł do mnie z telefonem w ręku.