Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Kiedy Natalia zamawia Mikołaja z ogłoszenia na święta, nie spodziewa się,
że Błażej zostanie w życiu jej i jej syna na dłużej.
Ale czy on będzie w stanie zapomnieć o miłości swojego życia?
A może jeszcze jest szansa?
Motywy: #świątecznyRomans #złamaneSerce #drugaSzansa #zimowyczas #samotnemacierzyństwo #relacjaZDzieckiem #manipulacja #Mikołajzogłoszenia #nieodwzajemnioneuczucie #przyjaźń
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 235
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody autorki.
Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcją. Zbieżność wydarzeń i nazwisk jest przypadkowa.
Redakcja:
Karolina Rudak
@szaarotka
Korekta:
Alicja Jasińska
Skład i łamanie:
Dorota Bębenek
www.literackieatelier.pl
Okładka:
Sara Rzeczycka
Wydanie I
listopad 2025
ISBN: 978-83-977979-0-1
Copyright © by Sara Rzeczycka
Copyright for cover © Sara Rzeczycka
Natalia
Omal nie parsknęła śmiechem, gdy podczas scrollowania mediów społecznościowych trafiła na nietypowe ogłoszenie. Ktoś oferował swoje usługi na Wigilię jako „Mikołaj do wynajęcia”. W pierwszym odruchu ominęła je, kręcąc głową z niedowierzaniem, ale chwilę później wróciła w to miejsce, by dokładniej zapoznać się z ofertą.
Dla koleżanki, oczywiście.
Mimowolnie nasunęła jej się myśl, że Maciek bardzo ucieszyłby się z takiej sposobności. Jak dotąd jej synek widywał Mikołaja tylko podczas zakupów w galerii i na przedszkolnych jasełkach. Ile radości miałby, gdyby przyszedł tylko do niego…
Inne dzieci miały to szczęście, że przebierał się ich tata, wujek, starszy brat czy dalszy kuzyn. Bo i całe święta spędzały w licznym rodzinnym gronie. Natalia nie miała bliskich, którzy mogliby ich odwiedzić. Boże Narodzenie, jak i pozostałe święta, spędzali tylko we dwoje – ona i jej pięcioletni syn, Maciek. Narzeczony zostawił ją dla młodszej, zanim dowiedziała się o ciąży, i zniknął z jej życia – nie poznał nawet własnego potomka. Matka Natalii zmarła przed narodzinami własnego wnuka, a ojciec zamknął się w swoim świecie, całkowicie ucinając kontakt z córką.
Kliknęła w szczegóły i zagłębiła się w ofertę. Strona wyglądała całkiem przyzwoicie – jasno wypunktowano zakres usługi, jak i dodatkowo płatne atrakcje. Musiała przyznać, że i cena podstawowego pakietu była całkiem przystępna. Jedynym, co spotkało się z jej dezaprobatą, był brak zdjęcia mężczyzny bez przebrania. No bez jaj – pomyślała Natalia – muszę przecież wiedzieć, kogo zapraszam do domu.
Pokręciła głową, zła na siebie za to, że w ogóle przeszło jej przez myśl zatrudnienie kogoś takiego. Może i miała wystarczające fundusze, bo przed świętami brała dodatkowe godziny za pracowników, którzy chcieli mieć czas na przygotowania wigilijne. Natalia nie potrzebowała go wiele – ich trzydziestoośmiometrowe mieszkanko nie wymagało zbyt wiele pracy, tym bardziej że przez większość dnia stało puste. Potrzebowała za to pieniędzy, bo utrzymanie dwóch osób z jednej wypłaty było walką o przetrwanie.
– Mamo! – krzyknął Maciek, po czym przydreptał do jej sypialni, będącej jednocześnie ich salonem.
Rozpędził się i skoczył na nią, ale zdążyła go w porę złapać, inaczej straciłaby zęby albo skończyła ze złamanym nosem.
– Co tam, maluchu? – zapytała, czule pocierając jego zadarty nosek.
– No bo obiecałaś, że się ze mną pobawisz! – rzucił oskarżycielskim tonem, po czym wlepił w nią jedno z tych spojrzeń, któremu nie sposób odmówić.
– No dobrze – uległa. – Ale proszę, nie znowu w wyścigówki.
– Ale, mamo! Nie byłaś jeszcze tą czerwoną! To po co mi ją kupiłaś, jak teraz nie chcesz się bawić?! – oburzył się nie na żarty.
– Synku… – westchnęła.
Natalia kochała go nad życie, ale była po prostu zmęczona. Miała za sobą dwunastogodzinną nocną zmianę, a zobowiązała się jeszcze do wieczornej opieki nad córką sąsiadki. Nie miała pojęcia, jak poradzi sobie z dwójką dzieci, ale liczyła na to, że pochłonie je zabawa, co pozwoli jej odetchnąć choć przez chwilę. Jedyną przeszkodę stanowiła aktualna niechęć Maciusia do płci pięknej. Mowa oczywiście o dziewczynkach w podobnym do niego wieku.
– Przyjdzie dziś do nas Amelka. Może ona będzie miała ochotę się z tobą pobawić? – rzuciła entuzjastycznie, ale syn nie odwzajemnił jej zapału.
– A nie może przyjść Antek? – wspomniał kolegę z przedszkola, za którym z kolei nie przepadała Natalia.
– Ten, który ostatnio wrzucił ci do kaptura kawałek kurczaka? – Uniosła brew. – To już się lubicie?
– No, ale on lubi auta!
– Chodź tu. – Natalia przyciągnęła syna do siebie i pocałowała w krótko przystrzyżone włoski. – To którym tym autkiem mam być? – zapytała, wstając z kanapy i wciąż obejmując syna, który zapiszczał z radości i wlepił się w nią, wykrzykując, jak mocno ją kocha.
Gdy udało jej się już poskromić dwójkę pięcioletnich terrorystów, wyszła po cichu na balkon i opadła na stojące tam krzesło. Drzwi zostawiła uchylone, na wypadek, gdyby któreś z dzieci się obudziło i też, gdyby ktoś wpadł na pomysł uwięzienia jej na zewnątrz, jak to już się zdarzało.
Któregoś razu, gdy rozwieszała pranie, Maciek postanowił zrobić mamie psikusa i przekręcił klamkę, choć wcześniej mu się to nie udawało. Sęk w tym, że nie potrafił jej ustawić z powrotem. Na szczęście okno obok było otwarte i po kilku próbach Natalia wreszcie wróciła do domu. Od tamtej pory zachowywała większą czujność i zwykle wkładała coś między framugę a drzwi, gdy wychodziła.
Skierowała wzrok na rozgwieżdżone niebo. Wieczór był zimny – kończył się już listopad, ale jak na tę porę roku pogoda rozpieszczała. Wystarczył ciepły koc , kubek gorącej herbaty i można było przewietrzyć myśli przed snem.
Wreszcie znalazła chwilę dla siebie. Natalia myślała o nadchodzących świętach, kolejnych bez towarzystwa rodziny, ale z najważniejszym mężczyzną u boku. Żałowała, że los postawił ich w takiej sytuacji, ale cieszyła się, że miała przy sobie syna.
Układała właśnie w głowie listę zakupów na kolejne dni, gdy jej uwagę przykuł dźwięk powiadomienia. Szybko odpisała koleżance z pracy, która zapytała, czy weźmie za nią zmianę w przyszłym tygodniu, po czym opuściła okienko aplikacji.
Błażej
Był już spóźniony.
Biegł truchtem po oblodzonym chodniku, czując, jak zimny wiatr smagał jego policzki, a po plecach spływał pot. Starał się nie machać rękami, aby nie uszkodzić trzymanych kwiatów. Kupił bukiet czerwonych róż – specjalnie dla niej. Miał nadzieję, że jej się spodoba, w końcu te były jej ulubione.
Przy mocniejszym podmuchu szalik odwinął mu się z szyi i wylądował na twarzy przypadkowego staruszka, który akurat przechodził obok.
– Najmocniej przepraszam! – zawołał Błażej, szybko oswobadzając mężczyznę ze zdradzieckiego szalika. – Już zabieram to ustrojstwo. – Narzucił go na siebie i zawiązał ciaśniej na szyi. Dyszał przy tym, jakby przebiegł już maraton, i tak się czuł. Że też akurat teraz jego auto musiało się zepsuć! Dobrze, że ona mieszkała tylko dwa kilometry dalej.
– Nie martw się – pocieszył go mężczyzna. – Z twoim szalikiem na oczach czy bez, ja i tak ledwo widzę – zarechotał i wskazał na bukiet. – Wybierasz się do swojej ukochanej? To dla niej te róże?
– Och, tak. – Błażej przysunął je do siebie w dziwnym odruchu, jakby się bał, że staruszek mu je zabierze, albo że będzie musiał się przyznać, kim naprawdę była adresatka tego bukietu. – To dla mojej… przyjaciółki.
Starszy pan obdarzył go szczerbatym uśmiechem.
– No to teraz na pewno stanie się kimś więcej!
Błażej dopiero wtedy zauważył, że jego rozmówca miał rozpiętą kurtkę z zepsutym suwakiem, dziurawe spodnie, niedbale nasuniętą na głowę pobrudzoną czapkę i że brakowało mu szalika. Zdecydowanym ruchem rozwiązał swój, ściągnął z szyi i wręczył go mężczyźnie.
– Panu się bardziej przyda. Do widzenia! – rzucił i pomachał do niego.
Ruszył w dalszą drogę, słysząc tylko za sobą:
– No tak, ciebie to miłość grzeje!
Cóż, nie mógł temu zaprzeczyć, bo wciąż miał nadzieję. Mimo że niewiele wskazywało na to, żeby sytuacja mogła ulec zmianie.
Wbiegł po schodach na czwarte piętro i, zziajany, zadzwonił do drzwi. Otworzyła mu ona i już na dzień dobry posłała swój najpiękniejszy uśmiech. Założyła za ucho kosmyk blond włosów, jakby na jego widok się zawstydziła. W tym momencie na jej palcu błysnęła złota obrączka, boleśnie przypominająca Błażejowi, że przyjaciółka była… mężatką.
– Cześć! – Zrobiła mu miejsce w progu. – Fajnie, że już jesteś.
Błażej trzymał kwiaty za plecami, a wolną ręką objął Patrycję i pocałował ją w policzek. Poczuł zapach jej perfum, który był tak słodki, jak ona cała. Miała na sobie niesamowicie puchaty biały sweter, w którym wyglądała jak najpyszniejsza beza.
– To dla… – Błażej wyciągnął kwiaty zza pleców i uśmiechnął się niepewnie – …was. Dla was.
– O! Dziękujemy. Marcin! – zawołała w stronę kuchni. – Błażej przyniósł nam przepiękne róże!
– To świetnie! – Marcin wychylił się zza ściany i pomachał do kolegi. – Siema, stary. Przepraszam, że cię tak witam, ale… – Wyszedł na korytarz i dopiero wtedy Błażej zobaczył, że ten miał na sobie fartuszek w kwiatowy wzór. – Zostałem uziemiony.
– Ty i gotowanie? – zdziwił się Błażej, odwieszając kurtkę. – Chyba pomyliłem domy.
– No, bardzo śmieszne! – żachnął się teatralnie Marcin, ale po chwili jego brodatą twarz rozjaśnił uśmiech. – Usiądźcie w salonie, wszystko jest już gotowe.
Błażej i Patrycja zajęli miejsca przy stole, po czym od razu przeszli do rozmowy o tym, co działo się u nich w ciągu ostatnich dwóch tygodni.
– Przysięgam, ci rodzice doprowadzą mnie kiedyś do szału – powiedziała, mając na myśli rodziców dzieci, którymi opiekowała się w przedszkolu. – Kocham te maluchy, są naprawdę cudowne, ale ich starzy to samo zło. Robią problemy o byle co.
– Kurczę, to przerąbane – skwitował Błażej. – Nie myślałaś o zmianie pracy?
– Oj, nie – zaśmiała się i wzięła łyk wody. – Mówię ci, kocham dzieciaki. Nie widzę siebie w innej robocie, to moje powołanie.
– Poważnie? – zdziwił się, bo sam nie przepadał za małymi ludźmi. Może dlatego, że do tej pory spotykał na swojej drodze tylko same rozwydrzone, wrzeszczące bachory.
– W stu procentach poważnie. Wiesz, żeby zostać chociażby księdzem, trzeba czuć powołanie, a nikt nie mówi o tym, że zajmowanie się dziećmi też wymaga tego czegoś. Inaczej to nie jest zawód dla ciebie. – Pati uśmiechnęła się do niego tak uroczo, że aż zmiękły mu kolana. – No, a jak u ciebie? Jak w pracy?
– Jeśli interesuje cię, co słychać w branży obuwniczej, to niewiele – zaśmiał się, krzyżując ręce na piersi. Tak naprawdę nie miał ochoty rozmawiać o swojej codzienności, czyli pracy w sklepie. Nie był dumny z tego, co robił, chociaż Patrycja była prawdziwym aniołem i wysłuchałaby każdej jego rozterki.
– Coś cię trapi – zauważyła, a on westchnął trochę zażenowany, a trochę urzeczony jej troską.
– Wydaje mi się, że szef nie szykuje jednak dla mnie awansu.
Pati przyłożyła dłoń do ust.
– Nie mów.
– Naprawdę. Wszystko wskazuje na to, że to koleżanka zostanie zastępcą kierownika.
– Pewnie mu weszła do łóżka.
Błażej zaśmiał się krótko i głośno.
– Za awans w obuwniczym? Takie poświęcenie?
Dziewczyna wywróciła oczami.
– Oj tam, po prostu wiem z pewnych źródeł, że niektóre kobiety są w stanie poświęcić naprawdę wiele, nawet szacunek do samej siebie.
– A co to za źródło? Jeśli mogę spytać. – Błażej przekrzywił głowę i wpatrzył się w coraz bardziej różowiejącą twarz Patrycji.
– Mam takie koleżanki.
– No to współczuję.
Do salonu wszedł Marcin z półmiskiem pełnym pieczonych udek z kurczaka.
– Do tego będzie jeszcze kasza gryczana i sos pieczarkowy – poinformował ich zadowolony. – Zaraz wracam!
Błażej wskazał kciukiem na jego oddalającą się sylwetkę.
– Od kiedy on taki uczynny? Myślałem, że jest zwolennikiem jedzenia na mieście.
Marcin i Błażej znali się od dzieciństwa. Byli nierozłączni, zwłaszcza że ich mamy się przyjaźniły.
Podczas gdy Błażej był oazą spokoju, Marcin prowadził hulaszczy tryb życia. Zawsze był od niego bardziej odważny, bardziej przedsiębiorczy i… ogólnie wszystko bardziej. Był też, według Błażeja, bardziej przystojny, co pozwoliło mu zdobyć serce Patrycji.
Choć to Błażej zakochał się w niej pierwszy.
– Ostatnio jest bardzo… rodzinny – odparła Patrycja. – To znaczy gotuje, sprząta, robi zakupy…
– Skąd w nim taka zmiana? – Wziął łyk wody i wbił wzrok w przyjaciółkę, która obdarzyła go szerokim uśmiechem.
– Powiedzmy, że jest pewien szczegół…
– Podano do stołu! – powiedział Marcin, wchodząc do salonu z miską kaszy w jednej ręce i dzbanuszkiem z sosem w drugiej.
– Marcin. – Patrycja złapała go za przedramię, gdy już odstawił wszystko na stół. Błażej patrzył na te smakołyki i czuł, jak zaczyna burczeć mu w brzuchu. – Może już mu powiemy? Nie mogę się doczekać.
„Ale co powiemy?“ – zastanowił się Błażej. Zaczął zerkać to na Marcina, to na Patrycję, próbując wyczytać coś z ich twarzy. Uśmiechali się, więc musiała to być jakaś dobra wiadomość.
Jednocześnie poczuł, że jego żołądek się zaciska, a apetyt gwałtownie przechodzi. Jeśli mieli dla niego wiadomość, którą postrzegali jako dobrą, dla niego mogła być najgorsza.
– Słuchaj… – zaczął Marcin, ale Pati postukała go w ramię.
– Pokaż mu…! – szepnęła, na co jej mąż wstał i po chwili wrócił z jakimś czarno-białym świstkiem. Kiedy wziął do ręki błyszczące zdjęcie…
Jego świat na chwilę się zatrzymał.
– To nasza córka! – krzyknęła radośnie Patrycja. – Będziemy mieli dziecko!
Błażej przywołał na usta wymuszony uśmiech i lekko drżącą ręką oddał Pati wydruk z USG.
– Przepraszam, ale… – Przełknął głośno ślinę i zaczął wstawać z krzesła. – Przepraszam – zaśmiał się dla niepoznaki. – To wspaniała wiadomość. Oczywiście, to najlepsza wiadomość, jaką ostatnio usłyszałem.
– Naprawdę? – W oczach Patrycji pojawiły się łzy. – Jesteś kochany.
Poczuł, jak jego serce zostaje rozerwane na kawałki. Był kochany. Tylko nie w sposób, jakiego pragnął.
Pogratulował parze. Wymienili uściski i pocałunki, po czym westchnął i zajrzał do telefonu. Nie miał żadnej nowej wiadomości, nikt do niego nie dzwonił. Akurat w momencie, w którym potrzebował wybawienia, nikt nic od niego nie chciał.
– Przepraszam, ale koleżanka z pracy do mnie napisała… – Udał, że czyta wyimaginowanego SMS-a. – Muszę zmykać… Pilna sprawa.
– Co się stało? – Patrycja wyglądała na zatroskaną.
– Rozchorowała się, muszę wziąć za nią zmianę. Przepraszam, to wszystko jest na pewno pyszne – wskazał zastawiony stół – ale muszę iść.
– Och, to wielka szkoda…
– Stary, nie możesz się z kimś zamienić? – oburzył się Marcin. – My tu mamy okazję do świętowania.
– Odbijemy to sobie, obiecuję. – Błażej był już w progu salonu, Patrycja i Marcin wstali i poszli za nim.
Kiedy zakładał kurtkę i buty, patrzyli na niego zmartwionym wzrokiem.
– Podzielcie się moją porcją obiadu – zażartował, łapiąc za klamkę.
– Lepiej oddam wszystko Patce – zaśmiał się tubalnie Marcin i położył żonie dłoń poniżej piersi. Dopiero wtedy Błażej zauważył, że jej luźny sweter miał maskować lekko wystający już brzuszek. – Ona teraz je za dwoje!
Uśmiechnął się blado i wyszedł.
Na zewnątrz panował mróz, który gryzł w policzki i wszystkie inne odsłonięte części ciała. Błażej oparł się o elewację i wziął kilka głębokich oddechów. Chciało mu się płakać, ale stwierdził, że nie będzie ryczał jak baba.
Nagle obok niego pojawił się staruszek, którego spotkał wcześniej. Przyjrzał mu się, lekko przechylając głowę na bok, po czym ściągnął szalik i powiesił mu na szyi.
– Tobie jednak przyda się bardziej.
I zniknął, choć Błażej nie wiedział nawet kiedy i gdzie.
Natalia
– A co ty byś zrobiła na moim miejscu? – zirytowała się Natalia, gdy przyjaciółka wytknęła jej, że za dużo na siebie bierze.
– Ja, kochana, znalazłabym sobie faceta.
– Wera – westchnęła Natalia. – Ja nie mam na to czasu.
– No właśnie! Nie masz czasu na nic. Pamiętasz, kiedy ostatnio miałaś chwilę dla siebie? I nie mów, że nie masz z kim zostawić małego, bo dobrze wiesz, że zawsze chętnie się nim zajmę.
To prawda. Weronika często powtarzała, że jest w stanie zaopiekować się Maćkiem, by Natalia wreszcie odetchnęła od pracy, problemów i macierzyństwa, które – przez zmęczenie – nie przynosiło tyle radości, ile by sobie życzyła.
– A gdybyś znalazła sobie faceta, odciążyłby cię.
Natalia spojrzała na nią z litością.
– Proszę cię. Który facet zająłby się obcym dzieckiem? Oni sami są jak dzieci we mgle, a na dodatek teraz wszyscy uciekają od odpowiedzialności.
– Są jeszcze tacy – zamyśliła się Weronika – tylko trzeba dobrze poszukać.
– Albo nie szukać – rzuciła Natalia.
– W sensie, żeby zaczekać?
– W sensie, żeby radzić sobie samemu.
– Nie mogę z tobą – westchnęła Wera.
Dzień później Natalia miała pierwszy od dawna wolny wieczór. Weronika wiedziała o tym i zaplanowała dla niej coś specjalnego, wierząc, że przyjaciółka będzie jej za to wdzięczna. Nie zdradziła Natalii nic – chciała ją podejść. Miała świadomość, że nie przekona jej inaczej. Postanowiła zatem skorzystać ze swoich zdolności aktorskich.
– Natka? – rzuciła rozpaczliwie, gdy po którymś sygnale ta wreszcie odebrała telefon.
– Co się stało? – zmartwiła się jej rozmówczyni.
– Zatrzasnęłam się w mieszkaniu!
– Jak to?
– No chciałam wyjść, a okazało się, że zamek się obluzował i jak nie otworzę się od zewnątrz, to nie wyjdę!
– Aha. A wybierasz się gdzieś?
– Dziś nie, ale przecież rano muszę wyjść do pracy.
– Rozumiem… – Natalia myślała, co zrobić. – No dobra, to ja ubiorę Maciusia i podjedziemy za – zerknęła na zegarek – pół godziny?
– Dzięki ci wielkie! – rzuciła z ulgą Weronika. – Wynagrodzę was szarlotką.
– Nie trzeba – odpowiedziała życzliwie Natalia. – Będziemy wracać od razu, mamy z samego rana szczepienie.
– W takim razie zapakuję na wynos. Czekam na was i jeszcze raz dziękuję!
Gdy Natalia dotarła pod blok przyjaciółki, Maciek był już bardzo śpiący. Ciężkie powieki co rusz opadały na jego śliczne oczka, a on sam zrobił się strasznie marudny. Płakał, że nie chce wychodzić z auta, bo na zewnątrz jest zimno.
– Och, skarbie, wejdziemy tylko na chwilę i zaraz wracamy do domu. Przecież nie zostawię cię tutaj samego. – Kobieta była zła na całą tę sytuację, ale nie na Werkę, przecież to nie była jej wina. Zresztą zawsze mogła liczyć na jej pomoc, chciała więc się jakoś odwdzięczyć.
– No chodź – rzuciła i wypięła chłopca z fotelika, a potem wzięła go na ramię.
Ledwie łapała oddech, gdy szła z nim po schodach na trzecie piętro. Zapukała cicho, by go nie zbudzić. – Natalia? – odezwał się głos zza drzwi.
– Jestem.
– Jezu, dzięki!
– Co mam robić? – zapytała Natalia, chcąc mieć to jak najszybciej za sobą.
– Włóż palec do dziurki od klucza… – zaczęła instruować ją tamta, na co Natalia parsknęła śmiechem.
Maciuś poruszył się, więc wolną ręką zakryła sobie usta, dalej chichocząc.
– Nie śmiej się, tylko mi pomóż! – prosiła zdesperowana Weronika.
– No już, już. Mam tu pogrzebać?
– No, spróbuj znaleźć taki ruchomy element. Powinien być gdzieś na górze. Musisz go popchnąć, żeby zwolnić blokadę.
– Serio tak mocne masz zabezpieczenie antywłamaniowe?
– Oj, cicho! Żeby jeszcze ktoś chciał się do mnie włamać… może by mnie chociaż przeleciał – żachnęła się Werka.
Natalia tylko pokręciła głową.
– O! – pisnęła – Pykło!
– No – przytaknęła Weronika, otwierając drzwi. – Pykło.
– To ja lecę – rzuciła Natalia, wskazując na syna.
– Co mu się stało?
– Zmęczenie materiału – zachichotała.
– Czekaj, wejdź – zatrzymała ją Wera. – Położysz go u mnie, a my sobie poplotkujemy.
– Niee, no coś ty.
– Natka…– No dobra.
Nim się spostrzegły, minęła dwudziesta druga. Maciek spał w najlepsze, a one raczyły się szarlotką i bezalkoholowym winem.
– Dobra. – Natalia wstała z kanapy i rozejrzała się za telefonem. – Ja lecę do łazienki, a potem go zgarniam i wracamy.
– Okej – odpowiedziała przyjaciółka, która tylko czekała na chwilę nieuwagi Natalii.
Gdy ta opuściła pomieszczenie, Weronika szybko odnalazła jej komórkę i pobrała odpowiednią aplikację.
– Co robisz? – zapytała Natalia, która pojawiła się z powrotem szybciej, niż to zakładała Weronika.
– Tworzę ci konto na portalu randkowym – rzuciła obojętnym tonem.
– Co?! – pisnęła kobieta, doskakując do niej. – Czyś ty oszalała?
– Ja? – Przyjaciółka złapała się za pierś, urażona. – To ty niedługo sfiksujesz z braku faceta. Ja ci tylko pomagam. I nie drzyj się tak, bo mi dziecko obudzisz – zażartowała.
Natalia przewróciła oczami.
– Nie ma za co – dodała Weronika.
– Weź chociaż wrzuć jakieś ogarnięte zdjęcie.
– I takie podejście mi się podoba – zachichotała Werka.
Błażej
Rzucił na biurko wypowiedzenie, a szef spojrzał na niego jak na kosmitę.
– Co ty mi tu dajesz?
– Rozwiązanie umowy za porozumieniem stron, bez okresu wypowiedzenia.
– Chyba żartujesz – prychnął i uderzył otwartą dłonią w biurko. – Chcesz nas zostawić w najgorętszym miesiącu roku?
– Najgorętszym? Nikt nie kupuje butów pod choinkę.
– Nie zgadzam się! – Uderzył dłonią ponownie, a Błażej tylko przymknął powieki.
– Panie kierowniku, przez pięć lat byłem pana najlepszym pracownikiem – tłumaczył spokojnie. – Żadnego zwolnienia, dyspozycyjność w każdej okazji. Czy kiedykolwiek pana zawiodłem?
Mężczyzna poruszył wąsem i łypnął na Błażeja.
– No, nie.
– Dlatego proszę nie robić mi pod górkę.
– I czym się teraz będziesz zajmował? – dopytał szef, przejawiając cień troski. – Mam nadzieję, że znalazłeś po prostu lepszą fuchę i dlatego z nas rezygnujesz.
– Wyprowadzam się do Warszawy – wyznał, a kierownik popatrzył na niego wielkimi oczami.
– Do stolicy? Poważnie? A czym ci zawinił nasz kochany Kraków?
Nieodwzajemnioną miłością – pomyślał Błażej, ale zamiast tego powiedział:
– Jadę szukać szczęścia gdzie indziej.
Szef chwilę pogłówkował, drapiąc się po spoconym czole. W końcu wziął wypowiedzenie i podpisał się na obu egzemplarzach. Jeden z nich wręczył Błażejowi.
– No to niech ci się tam wiedzie w tej Warszawie. Nie daj się zjeść.
Błażej parsknął śmiechem i pokiwał głową.
– Obiecuję.
Nie spodziewał się po kierowniku tak miłego pożegnania. Chyba jednak… Może nawet… Nie, nie było możliwe, żeby Zygfryd Radziwiłł w najmniejszym stopniu lubił Błażeja. Facet miał po prostu lepszy dzień.
Błażej ostatnio czuł się tak, jakby nikt tak naprawdę go nie lubił – jakby każda napotykana na jego drodze osoba przyjmowała jakąś sztuczną pozę. Uśmiechała się do niego, a w gruncie rzeczy nim gardziła. Wszyscy wydawali mu się zakłamani. Dlatego też postanowił wynieść się z Krakowa. Chociaż, kogo on oszukiwał.
Wszystko przez przyjaciół.
Kiedy Patka wybrała Marcina i wyszła za niego za mąż, Błażej miał jeszcze nadzieję, że ta pewnego dnia przejrzy na oczy, zrozumie, że nie kocha męża i wpadnie w jego ramiona. Był dla niej zawsze, w każdej chwili, jak apteczka w pogotowiu. I tak od ośmiu lat.
Teraz… teraz zrozumiał, że stracił osiem lat życia czekając na swoją wielką, nieodwzajemnioną miłość, bo dziecko przekreślało szanse Błażeja grubą kreską. Teraz już Patrycja i Marcin będą połączeni na zawsze, a on na zawsze pozostanie tylko przyjacielem.
I to nie tak, że źle im życzył. To nie tak, że nie lubił tego nienarodzonego dziecka. W głębi duszy chciał, żeby Patrycja była szczęśliwa jako matka, ale nie mógł znieść myśli, że to Marcin będzie ojcem tego malucha. Wszystko powinno wyglądać inaczej.
Błażej wiedział, że popada w obsesję, dlatego postanowił od razu to wszystko zakończyć. To miało być jak zerwanie plastra – wyprowadzka bez pożegnania z dnia na dzień. Musiał to zrobić, inaczej rozgoryczenie zepsułoby go od środka.
Pociąg z Krakowa do Warszawy mknął po szynach, a Błażej siedział i patrzył przez okno na rozmazane od prószącego śniegu niebo. Był zaledwie jeden stopień na plusie, dlatego wydawało się logiczne, że opady zaraz zamienią się w pluchę, wszystko będzie szarobure i niepodobne do pięknej zimy. Błażej miał nadzieję, że chociaż w święta spadnie porządny śnieg.
Choć czy to na pewno miało dla niego jakiekolwiek znaczenie? Rodzice obchodzili Boże Narodzenie bardzo hucznie, ale jemu ten entuzjazm nigdy się nie udzielił. Ciągle myślał o tym, że wolałby spędzać święta z Patrycją…
Pociągiem bujnęło, aż Błażej przymknął powieki, bo, ku jego zaskoczeniu, zaczęła mu dokuczać choroba lokomocyjna.
– Może miętówkę? – spytała niespodziewanie kobieta siedząca naprzeciwko. Mogła być niewiele starsza od Błażeja, miała na sobie sportowy strój i wyglądała, jakby właśnie wracała z treningu koszykówki. – Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zwrócić na mnie obiad.
Błażej poczęstował się landrynką, którą rozmówczyni podała mu na wyciągniętej dłoni. Od razu rozwinął ją z papierka i włożył do ust.
– A mówili mi, żebym nie brał cukierków od nieznajomych.
– Mam też małe kotki w piwnicy – zaśmiała się. – Jak dojedziemy do Warszawy, to mogę ci pokazać.
Pokiwał głową, nie kryjąc uśmiechu. Miętówka zaczęła powoli rozpuszczać mu się na języku i rzeczywiście – przyniosła oczekiwany efekt.
– Jaki jest cel twojej podróży? – spytała po chwili milczenia. – Ja jadę do siostry.
Nie mógł się powstrzymać, więc zapytał:
– Trenujesz coś? Twój strój…
– Nie – zaprzeczyła z uśmiechem. – Po prostu lubię mylić ludzi swoim wyglądem.
– Okej – potaknął z uznaniem Błażej. – W takim razie, co sądzisz o mnie po moim ubraniu? Po co jadę do Warszawy?
– Wydaje mi się… – Przyjrzała mu się uważnie, po czym przeniosła wzrok na leżącą na górze walizkę. – Mam wrażenie, że rzuciłeś wszystko i postanowiłeś poszukać szczęścia w Warszawie.
Błażej osłupiał. Założył nerwowo nogę na nogę i skrzyżował ręce na piersi.
– Po czym poznałaś?
– Mam niezwykłą intuicję. – Błysnęła uśmiechem, po czym wyciągnęła do niego rękę. – Daj mi swoją dłoń. Powróżę ci.
– Słucham?
– Potrafię przewidzieć przyszłość. No dawaj. – Zachęciła go machnięciem. – Nie wstydź się.
To tylko zabawa – pomyślał i podał kobiecie dłoń. Ta wlepiła wzrok w jej wewnętrzną część i się zamyśliła.
– No tak, wszystko jasne.
– Co takiego?
– W Warszawie znajdziesz miłość.
Błażej zabrał rękę ze śmiechem i pokręcił głową.
– Masz wybujałą wyobraźnię.
– Nie raz już to słyszałam – przyznała śpiewnym tonem. – Ale do tej pory wszystkie moje przepowiednie się sprawdziły.
– Niby skąd to wiesz?
Kobieta spojrzała mu głęboko w oczy, aż przeszły mu po plecach ciarki.
– Ja wiem więcej niż ci się wydaje.
Błażej czuł, że… trochę się jej boi. Ale tylko troszkę. W każdym razie wzbudziła jego respekt, choć nadal nie mógł uwierzyć w ani jedno jej słowo. Ciągle powtarzał sobie w myślach, że trafił na sympatyczną wariatkę.
– Przepraszam, zaraz wracam – rzuciła z uśmiechem i wyszła z przedziału.
Po kilkunastu minutach Błażej zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie utknęła w toalecie. Gdy minęły trzy kwadranse, poważnie się zaniepokoił, a po godzinie był już pewien, że coś jest nie tak.
Rozejrzał się za bagażem kobiety, ale… nigdzie go nie znalazł. I był też pewien, że nie zabrała ze sobą ani żadnej torebki, ani plecaka. Miał zamiar już podejść do konduktora i wypytać go, czy przypadkiem gdzieś jej nie widział, ale zbliżała się jego docelowa stacja – Warszawa Centralna. Wziął więc swoją walizkę i mając nadzieję, że tajemniczej towarzyszce podróży nic się nie stało, wysiadł z pociągu.
„W Warszawie znajdziesz miłość” – odbijało mu się echem w głowie, ale jedyne, co mógł zrobić, to znów zaśmiać się na tę przepowiednię.
Natalia
Do świąt Bożego Narodzenia zostało siedemnaście dni. Natalia miała nadzieję, że w tym roku nic ich nie zaskoczy. Rok temu Maciuś nagle, tuż przed kolacją wigilijną, dostał wysokiej gorączki, dwa lata wcześniej nawaliła kuchenka i nie było jak podgrzać czegokolwiek, a gdy mały miał trzy lata, ewakuowano całą kamienicę, bo w jednym z mieszkań ulatniał się gaz.
Tym razem chciała przeżyć święta w spokoju – bez niespodzianek, wirusów i innych problemów. Miała ich pod dostatkiem w ciągu pozostałych jedenastu miesięcy w roku.
Było jej jednak trochę przykro, że znów spędzą ten czas tylko we dwoje. I o ile Natalia nie narzekała na samotność, o tyle Maciuś, który nasłuchał się w przedszkolu o tym, jak powinny wyglądać rodzinne święta, od czasu do czasu pobąkiwał coś o tacie, dziadkach i dalszych członkach rodziny.
Był już na tyle duży, że rozumiał, gdy Natalia mówiła mu, że jego tata znajdował się gdzieś daleko, że wybrał życie bez rodziny. Było jej żal chłopca, ale po wizycie u psychologa wiedziała, że powinna mówić prawdę, ujmując ją w możliwie najdelikatniejszy sposób.
Nieobecność dziadka tłumaczyła chorobą, co poniekąd również było prawdą. Podejrzewała, że jej ojciec cierpi na depresję po stracie najbliższej osoby, ale przecież nie mogła pomóc mu na siłę.
Reszta rodziny wypięła się na nią, gdy dowiedziała się o nieplanowanej ciąży. Ich podejście również zniechęciło Natalię, która nie zamierzała zabiegać o ich uwagę.
Pozostawała jedynie przyjaciółka, która zawsze proponowała im swoje towarzystwo, ale Natalia wiedziała, jak Wera kocha swoich rodziców, i nie chciała odbierać jej możliwości spędzenia z nimi tych kilku dni w roku.
– Mamo! – krzyknął malec z ogromnym podekscytowaniem i pociągnął Natalię w stronę wystawy sklepowej.
Byli akurat w galerii handlowej, bo Wera obiecała zabrać Maćka do kina, żeby jego mama mogła w spokoju poszukać dla niego prezentu.
Natalia szybko jednak zrozumiała, że popełniła błąd, zabierając go w to miejsce – już od samego wejścia podbiegał do każdej witryny i podziwiał wszystkie dekoracje. Nie umiała zliczyć, o ile rzeczy już ją prosił. Ściskało ją w żołądku, gdy za każdym razem musiała odmawiać, bo przecież nie stać jej było na kupienie większej ciężarówki czy dresu z Psim Patrolem, który znów był na topie. Od lata odkładała pieniądze, by sprezentować mu na gwiazdkę coś ekstra, ale niespodziewane wydatki wciąż uszczuplały jej budżet.
– A kupisz mi na urodziny? – nie ustawał w swoich prośbach Maciek.
Natalia wypatrywała Werki, która spóźniała się już kwadrans, co było do niej niepodobne.
– Kochanie, urodziny masz dopiero za jakiś czas. – Spojrzała na syna pobłażliwie. – Spójrz, może takie autko chciałbyś dostać od Mikołaja? – Wskazała na samochód z niższej półki.
– Takiego nie – rzucił od niechcenia i z założonymi na piersi rękami klapnął na podłogę. – Nic nie mogę mieć! – fuknął jeszcze, na co Natalia westchnęła głośno i przymknęła oczy.
– Jestem! Przepraszam! – Usłyszała głos przyjaciółki. – Jakiś baran zastawił mi auto na parkingu! – żachnęła się, przytulając Natalię.
Potem wyczochrała włosy małemu, który wciąż siedział oparty o ścianę.
– Przyjechałaś samochodem? – zdziwiła się Natalia.
– No coś ty, nie pchałabym się nim do centrum – wyjaśniła Weronika.
Widząc zdezorientowany wzrok przyjaciółki, dodała:
– Najpierw musiałam dostać się jakoś do swojego mieszkania. Wczorajsza randka trochę się przedłużyła i…
– Nie kończ! – krzyknęła Natalia i parsknęła śmiechem. – Nie chcę wiedzieć, a on tym bardziej. – Wskazała na syna.
– No cóż… – skwitowała Werka i wzruszyła ramionami z niewinną miną.
Natalia pokręciła głową ze śmiechem. Czasem zazdrościła Werce tej beztroski. Jej przyjaciółka nie musiała nikomu się tłumaczyć, nikogo i niczego brać pod uwagę, ani też zbytnio przejmować się konsekwencjami.
– Mówię ci, ty też powinnaś spróbować. Wrażenia są bezcenne – wyszeptała Weronika i znacząco poruszyła brwiami.
– Idźcie już do tego kina. – Natalia pogoniła ją i ucałowała syna w czoło. – Bawcie się dobrze. A ty bądź grzeczny i nie naciągaj cioci – pouczyła go.
– Dobra, dobra – rzuciła Wera. – Już my sobie poradzimy.
– No, mamo, idź już – mruknął Maciek, łapiąc ciocię za rękę.
Natalia machnęła im na pożegnanie i pognała na zakupy.
Gdy krążyła między alejkami drogerii w poszukiwaniu prezentu dla Wery, zauważyła zainteresowanie ze strony mężczyzny w zbliżonym wieku. Co rusz zerkał na nią znad trzymanych kosmetyków i, jak się domyślała, nieprzypadkowo wybierał i oglądał te, które znajdowały się najbliżej niej. Schlebiało jej takie zachowanie, ale jedyne, na co mogła sobie pozwolić, to wyobrażenia. Zarumieniła się, odchrząknęła i odwróciła na pięcie, przechodząc do następnej alejki. Nie zorientowała się, że mężczyzna poszedł jej śladem.
– Nie gryzę – oznajmił, gdy stanęła do niego tyłem, sięgając po zestaw kul do kąpieli.
Wzdrygnęła się i odwróciła.
– Też lubię długie kąpiele – powiedział, wskazując na kosmetyki.
– To nie dla mnie – rzuciła zmieszana i odłożyła pudełko.
Nie uszło jej uwadze przelotne spojrzenie, jakim mężczyzna obdarzył jej dłoń. Jak się domyśliła – szukał obrączki.
– A szkoda – skomentował. – Ale ja mam dość dużą wannę, mógłbym się nią podzielić – zagaił, zbliżając się ku niej i oblizując wargi.
– Tak? – rzuciła nagle odważnie. – A masz też pomieszczenie na dziecięcy pokój? Bo tak się składa, że mam syna.
Entuzjazm mężczyzny od razu wyparował.
– Od razu tak poważnie?! – prychnął.
Natalia pokręciła głową i opuściła sklep, nie decydując się na żaden zakup.
Błażej
Błażej skłamałby, gdyby powiedział, że szybko znalazł w Warszawie mieszkanie do wynajęcia. Przez kilka dni mieszkał w hostelu w dzielnicy mocno oddalonej od centrum miasta i przeszukiwał ogłoszenia w internecie. Dwa okazały się oszustwem, bo mieszkania w rzeczywistości wyglądały gorzej niż psie budy. Trzecie sprawiało wrażenie fajnego, ale po chwili rozmowy z jednym z mieszkańców okazało się, że mieli oni problem z lokatorem, który chorował na zbieractwo. Przez nagromadzone niepotrzebne rzeczy w bloku szalała plaga karaluchów.
Po obejrzeniu siedmiu mieszkań Błażej powoli tracił nadzieję. W końcu jednak los się do niego uśmiechnął, a los ten miał dwadzieścia trzy lata, krótkie rude włosy, szkiełka okularów grube jak denka od słoików i krzywy uśmiech.
I na imię Karol.
– Czuj się jak u siebie – powiedział Karol, wskazując kanapę.
Błażej usiadł na niej i rozejrzał się po salonie. Albo Karol wysprzątał wszystko na błysk przed jego przyjściem, albo był rzadkim okazem młodego faceta, który lubił przesadną czystość.
– Czyli szukasz współlokatora… – podjął temat Błażej, z przyjemnością opadając na oparcie miękkiej sofy.
– Tak. – Mężczyzna poprawił okulary. – Wcześniej mieszkał ze mną mój kumpel, ale miesiąc temu się ożenił. No i naturalnie postanowił zamieszkać z żoną – zaśmiał się. – Dobrze nam się mieszkało, dogadywaliśmy się, dzieliliśmy wydatkami. I właśnie o te wydatki, nie ukrywam, chodzi.
Błażej pokiwał głową.
– Ciężko jest mieszkać samemu?
