Olaboga - Anna Wrońska - ebook

Olaboga ebook

Wrońska Anna

0,0

Opis

Olaboga!

Wykrzyknęła babcia, a jej wnuczka nie wiedziała czy to z radości czy z rozpaczy - typuje drugą opcję, bo jej sytuacja życiowa trochę się skomplikowała…

Dziecko w drodze i to czego Asia jest stuprocentowo pewna, że to ona będzie matką, co do ojca już takiej pewności nie ma. Szanse są pół na pół.

Jak powiedzieć potencjalnym ojcom, że są potencjalnymi ojcami? I co to zmieni w życiu Asi?

Czy od wyniku testu zależy dalszy bieg życia przyszłej mamy czy może jest jeszcze jedna opcja – życie jako samotna matka? Ale czy na pewno samotna?

Ma jeszcze swoje przyjaciółki, rodziców i jedyną w swoim rodzaju babcię wraz z jej świtą.

Olaboga jest kontynuacją powieści Nie dramatyzuj (wydanej w Novae Res) – jesteście ciekawi jak potoczy się dalej życie Asi? Koniecznie zajrzyjcie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 209

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Anna Urzykowska

Wydanie I, Żyrardów 2026

Redakcja: Dominika Kamyszek

Korekta:Angelika Kuszła

Skład: Katarzyna Mróz-Jaskuła

ISBN 978-83-976784-9-1

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Spis treści

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

Rozdział 52

Rozdział 53

Rozdział 54

Rozdział 55

Punkty orientacyjne

Cover

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest wyłącznie przypadkowe.

Rozdział 1

Ze snu wyrwała mnie krzątanina w kuchni na dole. Na pewno nieprzypadkowo była tak głośna, chodziło o to, żeby mnie obudzić. Zerknęłam na zegarek i jęknęłam. Był drugi maja, szósta rano. Na litość boską… O tej porze to ja wstawałam codziennie do pracy. Bo musiałam, a nie bo chciałam. Budzenie mnie w dzień wolny o tak wczesnej porze to barbarzyństwo i okrucieństwo. Ale u mojej babci nie było przebacz. Wstawałaby z kurami, gdyby je miała. Przeciągnęłam się na łóżku i nałożyłam cienki sweter na piżamę. Gdy usłyszałam z dołu: „Wnuniu, śniadanie!”, byłam już w połowie schodów.

Weszłam do babcinej kuchni. Przy stole siedziała jej przyjaciółka Marysia. Wciąż byłam pełna podziwu dla babci, że przyjaźni się z kochanką swojego świętej pamięci męża. Wyższy poziom wybaczenia. Nie byłam na tym etapie. Jeszcze nie. Może kiedyś. Tylko po co? Babcia tkwiła w małżeństwie cały czas, a ja nie po to się rozwiodłam, żeby się zaprzyjaźniać z obiema kochankami męża. No, chyba żebyśmy kiedyś wszystkie trzy planowały zemstę na nim, to wtedy mogłabym to przemyśleć. Usiadłam na swoim miejscu i popatrzyłam na swój talerz. Pomarańczowa, grudkowata papka nie wyglądała apetycznie, ale obie starsze panie się nią zajadały. Nieufnie nabrałam odrobinę na widelec i spróbowałam. Była całkiem smaczna.

– Co to? – zapytałam.

– Jajecznica z pomidorami – powiedziała Marysia.

– Aha – skwitowałam i zaczęłam łapczywie jeść.

Michał robił lepszą, ale nie zamierzałam mówić tego babci, poza tym po pierwszym kęsie poczułam, jak bardzo jestem głodna. Wytarłam talerz resztką bułki i zapytałam, czy jest jeszcze. Babcia zerknęła na Marysię i przytaknęła. Uznałam to za zgodę i zgarnęłam wszystko, co zostało na patelni. Wycierając talerz po następnej porcji, przyjrzałam się im dokładnie. Babci i Marysi, nie talerzom. Dziobały swoją jajecznicę w ciszy. Nawet radio nie grało. Przyjechałam do babci dwa dni temu i od razu jej wszystko powiedziałam. Cisza stała się tak nieznośna, że w końcu nie wytrzymałam i się odezwałam:

– No dobra. O co chodzi?

– Bo ty jesteś jak dziadek – powiedziała babcia z pretensją i się naburmuszyła.

– Słucham? – Byłam naprawdę zdziwiona, bo nie miałam pojęcia, o co chodzi.

– Nie możesz się ograniczyć do jednego? – Ze złością wbiła widelec w jajecznicę.

Utkwiłam w nią zdziwione spojrzenie. Marysia tymczasem zaczęła się śmiać tak długo, tak głośno i tak zaraźliwie, że w końcu chichotałyśmy wszystkie trzy.

Rozdział 2

Zanim przyjechałam do babci i opowiedziałam jej o wszystkim, zrobiłam kilka rzeczy. Pierwsze to testy. Ciążowe oczywiście. Po dwóch pozytywnych zawinęłam się w kołdrę i starałam przespać mój szok i dospać do momentu, kiedy zadzwonię do przychodni. Rano zerwałam się na równe nogi i od razu zaczęłam dzwonić. W końcu, po chyba pięćdziesiątej próbie, umówiłam się do ginekologa. Poszłam odkupić Adeli testy, zanim mogłaby dopatrzyć się ich braku.

Dwa dni później zostałam zbadana i potwierdzono ciążę. Zlecono mi dla pewności badanie krwi. Też wyszło pozytywnie. Byłam w ciąży. Cholera jasna, byłam w ciąży! Nie powiedziałam o tym nikomu. Chyba ze wstydu przed odpowiedzią na pytanie: „Kto jest ojcem?”. Żebym to ja wiedziała… Gdy zadałam pytanie, kiedy nastąpiło poczęcie, pani doktor, słysząc o dwóch dniach różnicy, uprzejmie mnie powiadomiła, że nie jest w stanie z taką dokładnością podać mi daty. Obie były prawdopodobne. Spojrzała na mnie jakoś tak potępiająco albo mi się wydawało. Poczułam się jak w filmie o Bridget Jones. Ona miała chyba podobny problem. Pomyślałam wtedy, że muszę obejrzeć ten film jeszcze raz, żeby się dowiedzieć, co powinnam robić. A na razie nie puszczałam pary z ust, żebyuniknąć właśnie tego typu spojrzeń. Postanowiłam skupić się na czekającym mnie najważniejszym zadaniu: byciu matką. Zaopatrzyłam się więc w poradniki mające mnie przygotować do tego, do czego powinna być przygotowana matka. Wiedziałam, że nastąpi czas, kiedy będę musiała poinformować najbliższych i oczywiście obu potencjalnych tatusiów. Ale skoro mój brzuch był jeszcze płaski, uznałam, że to jeszcze nie pora.

Wiedziałam, że niestety muszę zrezygnować z moich planów przeprowadzki do Wrocławia i podjęcia nowej pracy. Nie podałam nikomu prawdziwego powodu zmiany mojej decyzji. Wyjątkiem była Marta, która załatwiała mi pracę u siebie. Przeprosiłam i ją, i jej panią dyrektor. Obie były wyrozumiałe. Pozostałym jednak, czyli mojej rodzinie i przyjaciółkom, powiedziałam, że żal mi opuszczać miasto, w którym mam znajomych i rodziców, no i nowego faceta. Moja dyrektorka się ucieszyła, że zostaję. Nawet przyznała, że miała taką nadzieję i nawet jeszcze nie dała ogłoszenia o wakacie. Rozumiała, że po swoich przejściach mogłam mieć chwilowy kryzys i chęć ucieczki z miejsca, które mi się źle kojarzyło. Rodzice też się ucieszyli. Moje przyjaciółki również.

Oczywiście Adela zrobiła u siebie w mieszkaniu imprezę, na której musiałam udawać, że piję wino. Dobrze, że była to domówka, a nie impreza w klubie, bo trudniej by mi było podmieniać napoje. Gęsty sok wiśniowy miał podobny kolor do wina. Następnym razem planowałam chyba jednak użyć soku z buraka, bo mnie mdliło od nadmiaru słodkiego.

Udawało mi się na razie oszukiwać wszystkich. Było mi trochę wstyd, że kryję to przed dziewczynami, ale mimo że je bardzo kochałam, nie miałam ochoty ani na słuchanie ich kazań, wywodów, rad, ani na odpowiadanie na żadne ich pytania. Tym bardziej nie miałam jeszcze ochoty na to samo ze strony rodziców, a szczególnie mamy. Wyobrażałam sobie, jak będzie się za mnie wstydzić, gdy się dowie, że nie wiem, kto jest ojcem. I nie byłam na razie ciekawa, jaką bajeczkę wymyśli dla rodziny i sąsiadów. Pewnie będzie rozpowiadać, że paskudny zięć zostawił jej córkę w ciąży, bo przerosła go myśl o rodzicielstwie. Kiedy tak sobie o tym myślałam, to odechciewało mi się wszystkiego i wszystkich miałam dość, mimo że jeszcze nic nie zrobili. Może to hormony już działały?

Nie wiem, czemu zaufałam babci w tym zakresie. Może uznałam, że jako doświadczona kobieta, która wiele przeszła, da mi jakąś radę, a na pewno nie skrytykuje. Była dla mnie osobą zrównoważoną, opanowaną i pełną życiowej mądrości, więc kiedy dwa dni temu, tuż przed majówką, stanęłam w jej progu, a pół godziny później powiedziałam, jak się sprawy mają, nie spodziewałam się usłyszeć:

– Olaboga, olaboga! – zapiszczała. – I co ty, wnuniu, teraz zrobisz? Olaboga…

Złapała się za głowę i łyknęła nalewki prosto z butelki, po czym zadzwoniła po Marysię. Moja kochana babcia. Zrównoważona. Opanowana. Pełna życiowej mądrości. W tamtym momencie sama bym się tej nalewki napiła. Niestety nie mogłam.

Zanim Marysia przyszła, babcia kazała mi iść do pokoju i nie wychodzić do rana. Tłumaczyła to tym, że musi z Marysią poważną sprawę obgadać na osobności, a ja na pewno jestem bardzo zmęczona. Kolację przyniosła mi pod drzwi. Słyszałam, jak szeptały coś między sobą. Byłam pewna, że w przerwach od szeptania raczą się nalewką. Babcia miała rację. Byłam zmęczona, szczególnie po tak obfitej kolacji, którą mi zaserwowała, bo przecież teraz miałam jeść za dwoje.

Następnego dnia rano miałam dość przymusowego aresztu i zeszłam na dół. Na stole w kuchni leżała karteczka napisana pochyłym pismem babci: „Będę wieczorem, może wcześniej. Zrób sobie obiad, a rano śniadanie”. Jedzenie było dla babci zawsze najważniejsze. Było paliwem napędowym do życia i szczęścia. Zresztą widać było po jej gabarytach, jaka jest szczęśliwa. Dla mnie na pewno było konieczne, żeby nakarmić rosnącą fasolkę w brzuchu. Sama bym się obyła bez jedzenia, ale ona musiała jeść, żeby rosnąć. Otworzyłam lodówkę i zapachniała mi kiełbasa. Najpierw odkroiłam kawałek, ale była tak smaczna, że przełamałam ją na pół, zgarnęłam chleb i usiadłam przy stole, gryząc raz kawałek kiełbasy, a raz kawałek chleba. Przypomniało mi się, że tak jadał mój dziadek.

Zrobiłam sobie herbatę i wyszłam do ogrodu babci. W zrujnowanej altanie stały pieńki. Największy robił za stół, a mniejsze za siedziska. Jak ostatnio byłam w zimie, to nawet ich nie zauważyłam. Usiadłam sobie z kubkiem i piłam powoli. Było bardzo ciepło. Zamknęłam oczy i wystawiłam twarz ku słońcu. Wsłuchiwałam się w odgłosy babcinej wsi, no, może nie całej wsi, ale ogrodu na pewno. Ptaki śpiewały tak głośno, jakby brały udział w konkursie na najgłośniejsze trele. Można było się przyzwyczaić. Pszczoły latały nad kwiatami, których u babci było całe mnóstwo. Nie rozpoznawałam wszystkich, ale tulipany, narcyzy, szafirki, hiacynty i niecierpki znałam. Byłam pewna, że kwitną później. Reszta kwiatów rosnących kępami wśród zieleni była mi kompletnie nieznana. Podobał mi się babciny ogród. Podobały mi się spokój i poczucie błogości, jakie mnie tu ogarniały. Najchętniej rozłożyłabym leżak, zamknęła oczy i, wsłuchując się w otaczające mnie dźwięki, po prostu zasnęła. Nie miałam jednak pojęcia, czy babcia w ogóle ma jakikolwiek leżak.

Odstawiłam herbatę, bo jednak była za gorąca na taki upał. Wystarczyło, że rozgrzewało mnie słońce. Zdjęłam baletki, wstałam i przeszłam się po trawniku, czując, jak trawa rozkosznie pieści moje stopy. Wzięłam głęboki oddech i zaczęłam obracać się wokół własnej osi. Było mi bardzo przyjemnie. Do czasu. Nagle poczułam mdłości i musiałam truchcikiem pognać do toalety. Albo dziecku nie zasmakowała wiejska kiełbasa, albo nie lubiło kręcenia. Wychodziłam z łazienki, kiedy usłyszałam, że na górze dzwoni mój telefon. Zanim zdążyłam do niego dotrzeć, ucichł. Nie znałam tego numeru. Zastanawiałam się, czy oddzwonić, kiedy telefon odezwał się jeszcze raz. Ten sam numer.

– Halo? – zapytałam niepewnie.

– A to będzie, wnuniu, chłopiec czy dziewczynka? – Głos babci dziwnie brzmiał przez telefon.

– Babciu… – zaczęłam zaskoczona jej pytaniem. – Nie wiem jeszcze.

– A, to nie szkodzi. Przecież to i tak wszystko jedno. Nada się – powiedziała i się rozłączyła.

Spojrzałam na wyświetlacz ze zdziwioną miną i zastanawiałam się, czy oddzwonić, czy nie. Dałam sobie jednak spokój, aczkolwiek ostatnie słowa babci wciąż mnie zastanawiały. W sumie miała rację. Wszystko jedno, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka. Ważne, że będzie moje – i oby było zdrowe. To przypomniało mi o witaminach, których już chyba drugi dzień nie wzięłam, a które zaleciła mi pani doktor. Pogrzebałam w torbie i wyciągnęłam kosmetyczkę. Miałam w niej, oprócz zestawu kosmetyków, kwas foliowy i zestaw witaminowy dla kobiet w ciąży. Wzięłam tabletki i zeszłam do kuchni. Nie mogłam znaleźć w tych wszystkich butelkach babci żadnego soku, więc popiłam wodą z kranu. Podobno tutaj leciała źródlana. Jeszcze raz zerknęłam na butelki. Chyba powinnam się zacząć o babcię martwić. Wszędzie był alkohol. Czyżby miała z nim problem? Samotna staruszka w pustym domu, która od czasu do czasu spotyka się z równie wiekowymi znajomymi, a podczas tych spotkań również spożywa alkohol. Rozpiła się. Jak nic. I jeszcze ma w tym wsparcie. A jak ma depresję? Tak doskwiera jej samotność? Może to trwa od śmierci dziadka, a my tego nie zauważyliśmy, bo każdy zajął się swoim życiem, a o niej zapomnieliśmy?

Pomyślałam, że muszę porozmawiać z tatą. W końcu to jego matka. Może by z mamą zabrali ją do siebie i pilnowali. To znaczy opiekowali się nią. I ja bym miała do niej bliżej. Poczułam wstyd, że tak mało poświęcałam uwagi i czasu mojej kochanej i w sumie jedynej babci. Tak naprawdę gdyby nie moje rozstanie z Adamem, to pewnie bym ją w tym roku nie odwiedziła. Zośka czasem powtarzała, że wszystko jest po coś. Czy więc moje rozstanie nastąpiło po to, żebym zbliżyła się do babci? Serio nie było innego sposobu? Czy kosmos, czy co tam czasem nam ingeruje w życie, w taki właśnie sposób daje znać? Kopiąc ostro w tyłek?

Usłyszałam bicie dzwonów. Tutaj biły zwykle pół godziny przed mszą. I nagle przyszło mi do głowy, żeby zrobić coś, czego dawno nie robiłam. Postanowiłam udać się do kościoła na nabożeństwo majowe.

Rozdział 3

Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Kościół wydał mi się taki niewielki. Skurczył się czy co? Nie tak go zapamiętałam. Nie powinnam się jednak dziwić, skoro ostatni raz weszłam w jego progi, jak byłam bardzo mała, więc wtedy mógł mi się z tej dziecięcej perspektywy wydawać większy. Wówczas wielki jak niejedna katedra, a teraz po prostu mały wiejski kościółek. Oczywiście był już prawie zapełniony, więc usiadłam tuż przy wejściu na wolnym skrawku ławki. Nie chciałam przechodzić przez cały kościół i czuć na sobie wzroku tutejszej ludności. Już słyszałam później te komentarze typu: „A co to za młoda?”, „Czyja to?”, „A do którego kawalera przyjechała?”, „To pewnie córka Kowalskiej, co jej wieś obrzydła i do miasta poszła po lepsze życie” i inne w podobnym stylu. Ludzie na wsi lubili plotkować. W mieście może i też się plotkowało, ale tam człowiek był w większości anonimowy i często nie znał nawet swoich sąsiadów. Na wsi znali się wszyscy, a jak ktoś nowy się pojawiał, to od razu był zauważany. W sumie niezła terapia dla kogoś, kto czuje się niewidzialny. Tak jak ja dzisiaj.

Jak siadałam, to cała ławka spojrzała na mnie, a nawet z rzędów przed nami kilka osób się odwróciło i bez silenia się na dyskrecję obrzuciło mnie wzrokiem od stóp po czubek głowy. Uśmiechnęłam się i skupiłam na wnętrzu kościoła. Budynek był drewniany, na zewnątrz ciemny, ale wnętrze było jasne. Sosnowy ołtarz wydawał się skromny, za to na bokach i na kolumnach wisiało mnóstwo wizerunków świętych. Każdy malowany w innym stylu. Niewielkie obrazki przedstawiały chyba wszystkich świętych, jacy istnieli. Malowidła miały na dolnej części ramek podpisy wykonane jakby dziecięcą ręką. Miałam ochotę wstać i się przejść jak po muzeum, kontemplując każdy po kolei. Najchętniej zrobiłabym zdjęcia. Ciekawe, czy w dni powszednie można tu po prostu pozwiedzać. Muszę zapytać babcię. Aczkolwiek ona może uznać to za świętokradztwo. Może po prostu zapytam księdza, jak przyjadę następnym razem?

Zabrzmiały dzwoneczki. Wszyscy wstali i msza się rozpoczęła. Po piętnastu minutach miałam ochotę wyjść, ale nie wypadało. Dopiero by mieli ludzie używanie na mojej babci,gdyby jej wnuczka wyszła w trakcie nabożeństwa. Bo byłam pewna, że w końcu pocztą pantoflową moja tożsamość zostanie odkryta. Może jakbym zemdlała, to by mi odpuścili, ale znów byłoby gadanie. Uroki wiejskiej mentalności. Ledwo dosiedziałam do końca. Męczyło mnie wstawanie, siadanie, klękanie w różnej kolejności. Pod koniec wyszłam pierwsza, zanim ksiądz dokończył formułkę „idźcie w pokoju”. Lewe ucho bolało mnie od zawodzenia siedzącej obok mnie kobiety.

Wyszedłszy z kościoła, nie poszłam od razu do domu babci, tylko skręciłam w przeciwnym kierunku. Postanowiłam iść naokoło. Jeśli dobrze pamiętałam, powinny znajdować się tam stawy. Miałam ochotę przejść się obok, podziwiając piękno natury i delektując się ciszą i spokojem. Nie dane było mi doświadczyć drugiego. Na poboczu przy pierwszym stawie stały auta. Zerknęłam na rejestrację. Z Warszawy? Serio? Że im się chciało tu przyjeżdżać tylko po to, żeby nad wodą posiedzieć. Trochę dalej na trawie stał już rozłożony grill, a na kocach rozłożyli się amatorzy grillowania. Jakaś młoda dziewczyna w krótkiej, białej sukience rozkładała jedzenie na chyboczącym się stoliku.

Z pobliskiego domu wybiegła nagle jakaś postać. Koszulka na grubych ramiączkach ledwo zakrywała brzuch. Na nogach kalosze, w prawej ręce widły. A zatem to gospodarz. Szybkim krokiem szedł w stronę towarzystwa, coś wykrzykując i wygrażając wolną ręką. Z jednego z koców wstał mężczyzna w białych spodenkach i białej koszulce. Świetny dobór garderoby na grilla. Podszedł do zdenerwowanego gospodarza, ten coś krzyczał przez chwilę, a mężczyzna w bieli próbował coś wyjaśnić, aż w końcu wyjął z tylnej kieszeni portfel i podał gospodarzowi parę banknotów. Ten, wyraźnie już uspokojony, nawet się skłonił w stronę towarzystwa, które mu pomachało. Kiedy turysta wrócił do swoich, coś im powiedział i wszyscy się roześmieli. Uśmiechnęłam się. Każdy ma swoją cenę. Tak to w życiu bywa.

Ruszyłam dalej w stronę domu babci. Mijałam kolejne gospodarstwa. Na wsi u babci wielbiciele grillowania nie rozstawiali grillów. Tutaj budowali wysokie piece, mające równocześnie wędzić i grillować. Wykładali kamieniem lub betonowymi bloczkami okrągłe dziury w ziemi, nad którymi wieszali na łańcuchu ogromne kratki do grillowania. Przybierało to tu formę sztuki. Nasze miejskie grille to była zabawa i amatorszczyzna. Siłą rzeczy nie mieliśmy możliwości robić inaczej. Gdybym chciała nad wodą zrobić sobie ognisko, to straż miejska pojawiłaby się w momencie, kiedy zaczęłabym kopać dziurę w ziemi. Życie na wsi miało swoje plusy, których dostrzegałam coraz więcej. Świeże powietrze, bliskość natury, własny dom, przestrzeń, możliwość założenia ogrodu i warzywniaka. Tylko rozpalanie pieca zimą, brak pracy lub konieczność dojazdu do niej parę kilometrów wciąż były istotnymi minusami.

Zaraz, zaraz. Czy ja naprawdę rozważam zamieszkanie na wsi z małym dzieckiem? Bez łatwego dostępu do lekarza, szpitala, szkoły i hipermarketów? Otrząsnęłam się z tych nierealnych marzeń. Może podobało mi się życie na wsi przez kilka dni w tygodniu, ale musiałam myśleć praktycznie. Co innego marzenia, co innego realność życia.

Tak sobie myśląc, dotarłam do domu babci i stanęłam jak wryta. Przed furtką stały dwa wozy zaprzęgnięte w konie. Pamiętałam je z czasów dzieciństwa, ale nie przypuszczałam, że dotrwały do dziś. Zarówno konie, jak i wozy. Byłam pewna, że gospodarze dawno się ich pozbyli i zaczęli korzystać z nowocześniejszych rozwiązań, a konie nie służą już do pracy, tylko do rekreacyjnej jazdy po lesie lub po łąkach. O ja naiwna. Przyspieszyłam kroku. Może nie powinnam wychodzić z domu. Babcia nie przypuszczała, że wyjdę. Może ktoś miał po coś przyjechać albo po prostu dom był obserwowany i ktoś zaplanował go okraść? Jak babcia może tu sama mieszkać w tak niebezpiecznym miejscu? Naprawdę muszę ją stąd zabrać. Minęłam furtkę. Podwórko przed domem było całe zawalone rzeczami, wśród których rozpoznałam kołyskę, dwa wózki, dziecięce łóżeczko. Babcia wyszła z domu.

– Olaboga! Jesteś, wnuniu! – krzyknęła uszczęśliwiona. – A już się bałam, że coś ci się stało albo obraziłaś się na mnie i wyjechałaś. Ale widziałam, że rzeczy zostawiłaś.

– Poszłam do kościoła.

– No tak, tak. Jak trwoga, to do Boga – skwitowała, podeszła do mnie, przytuliła i pociągnęła za rękę. – Pokażę ci coś.

Podeszłyśmy do kołyski.

– To pan Stasio zrobił kilka lat temu dla wnuczki, ale wyrosła. Jej mama mówiła, że bardzo pomagało ją to uspokoić, a ona mogła dzięki temu zrobić cokolwiek, a nie godzinami nosić na rękach. Podobno jak się raz poruszyło, to bujała się z dobre dwie minuty, zanim znów trzeba było bujnąć. No cudo, prawda? Zobacz, jakie to dobre drewno. A te zdobienia! Cudo, cudeńko! – zachwycała się babcia, obchodząc lekko odrapaną kołyskę z lakierem odchodzącym płatami i z brakującymi szczebelkami. Poza tym faktycznie cudeńko. – A tu wózki od pani Krysi. Jej córka wyprowadziła się do miasta i je zostawiła, bo stwierdziła, że wiejskie takie, a ona w mieście musi mieć takie, żeby ich się nie wstydzić. Mam nadzieję, że ty taka wielkopańska nie jesteś. – Babcia wzięła się pod boki. – Co to się z ludźmi dzieje… Ze wsi pochodzą, a później się wstydzą, jakby wieś jakaś gorsza była, a tu sami dobrzy i pracowici ludzie mieszkają. Wstyd, po prostu wstyd. A tu masz łóżeczko. Na początek się nada. I z materacem. Tylko odświeżyć trzeba. Wszystko trzeba odświeżyć. A tu, proszę… – Otworzyła jedno z pudeł. – Ubranka. – Powąchała je. – Też do odświeżenia.

Biegała jeszcze od pudła do pudła, od rzeczy do rzeczy, a ja sobie uświadomiłam dwa fakty. Po pierwsze, musiałam się wyprowadzić od Adeli, bo nie pomieściłabym się z tymi wszystkimi rzeczami w moim obecnym pokoju. No i w ogóle musiałam się od niej wyprowadzić, a to oznaczało przeprowadzkę do rodziców albo wynajem mieszkania. Wiedziałam, że na to drugie nie będzie mnie stać, więc wyprowadzka do rodziców była w sumie jedyną opcją. Po drugie, kiedyś musiał nastąpić moment poinformowania o mojej ciąży moich bliskich. Poczułam, jak mnie mdli, i nie tłumacząc się babci, pobiegłam do łazienki. Wychodząc po chwili, natknęłam się na nią. Miała zmartwioną minę.

– Oj, to pewnie przez te zapachy – stwierdziła. – Nie martw się, odświeżymy. Chodź, poznasz pana Stasia i jego sąsiada, pana Władzia. Za fatygę zaprosiłam ich na nalewkę. A jutro wypada zrobić grilla dla wszystkich, co się podzielili swoimi dobrami.

– Dobrze, babciu – powiedziałam słabo, bo jakoś przerażało mnie poznawanie nowych ludzi, którzy wcześniej niż moja rodzina dowiedzieli się, że spodziewam się dziecka.

Babcia pociągnęła mnie do kuchni, przedstawiła panu Stasiowi i panu Władziowi, po czym kazała iść na świeże powietrze.

– Żeby się dziecina nie zatruła oparami – powiedziała, wypychając mnie za próg kuchni.

Weszłam na schody.

– A dokąd ty idziesz? – Babcia wzięła się pod boki. – W domu się kisić chcesz?

– Po koc?

– A co ty się opalać chcesz w swoim stanie? Pospaceruj sobie. Ale może kapelusz jakiś weź faktycznie – zgodziła się i wróciła do gości.

Wzięłam więc słomkowy kapelusz, który spakowałam w Warszawie w ostatniej chwili w przebłysku geniuszu, książkę o tym, jak o siebie dbać w ciąży, i butelkę wody, która została mi z podróży, oraz koc, który zwinęłam tak, żeby babcia go nie wypatrzyła. W ogrodzie znalazłam dobre miejsce do rozłożenia. Położyłam się na brzuchu, bo to moja ulubiona pozycja, ale za chwilę westchnęłam, zmieniłam pozycję i położyłam się na boku. Wciąż nie było mi wygodnie, więc spróbowałam na plecach, ale po chwili ręce mnie rozbolały od trzymania książki w górze.

– Cholera jasna! – wykrzyknęłam i wstałam.

Faktycznie powinnam się przejść i zaczerpnąć świeżego powietrza. Zostawiłam koc z książką, wzięłam tylko butelkę wody. Poszłam daleko za ogródek w stronę lasu. Zdążyłam przeczytać, że kontakt z naturą jest dobry zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Szłam ścieżką przy lesie. Po lewej las, po prawej umajona łąka. Szłam sobie, ciesząc się taką beztroską i tym, co było tu i teraz. Wszystkie zmartwienia i niepewności odeszły. Skupiłam się na obecnej chwili i miałam w głębokim poważaniu cały świat i wszystkich ludzi, którzy na nim żyją. Nawet tych, których bardzo kochałam.

Tak się zatopiłam w tej radości, że kompletnie straciłam poczucie czasu. Bardzo wolnym spacerem doszłam na skraj lasu i postanowiłam zawrócić. Przeszłam już taki kawał drogi, że domek babci wyglądał jak miniaturka na obrazie. Poczułam, jak burczy mi w brzuchu, i przyspieszyłam kroku. Wiedziałam, że babcia zrobi obiad. Przecież nie pozwoli gościom wyjść z jej domu z pustymi brzuchami. Może i dla mnie coś zostanie. Szłam sobie spokojnie, kiedy nagle usłyszałam wołanie.

– Asiaaa! – krzyczał nieznany mi, ale wyraźnie męski głos.

– Wnuuuniuuu! – wtórowała mu babcia.

– Aaasiaaa! – Tego głosu też nie rozpoznałam.

Jeszcze bardziej przyspieszyłam kroku i w końcu ich zobaczyłam. Babcia biegała na ścieżce między łąką a lasem. Marysia biegała po ogrodzie, a pan Stasio z panem Władziem wychodzili z lasu. Babcia zobaczyła mnie pierwsza.

– Olaboga, olaboga! – Przytrzymała się jedną ręką za brzuch, a drugą za klatkę piersiową. – Czy ty wiesz, co ja tu przeżyłam? Wołałam cię na obiad, a ty milczałaś. Poszłam dalej, patrzę, koc jest, książka jest, a ciebie nie ma. Pewnikiem ktoś taką dziewczynę porwał. Mało tu po lesie łazi obszarpańców, kłusowników, łobuzów? Aleś mnie wystraszyła! Gdzieś ty była?

– Na spacerze – odpowiedziałam słabo, przejęta przerażeniem babci.

– Och, wnuniu… – Babcia przytuliła mnie do siebie. – Ty w mieście mieszkasz i myślisz, że jak tam ci się nic nie stało, to na wsi tym bardziej, bo bezpieczniej. Oj, nic bardziej mylnego. Chodź, bo obiad stygnie. Ziemniaczki pewnie już zimne. Dobrze, że jajka na bieżąco smażę.

I jak gdyby nigdy nic pociągnęła mnie do domu. Usiedliśmy przy stole i zjedliśmy obiad złożony z duszonych ziemniaków z koperkiem, sadzonego jajka i zsiadłego mleka. O dziwo mnie nie zemdliło. Miło mi się słuchało staruszków i ich opowiadań o doświadczeniach z dziećmi i wnukami. Marysia tylko siedziała lekko smutna i żal mi się jej zrobiło, że musi słuchać o dzieciach po tym, jak wiele lat temu straciła córkę.

Panowie zostali do późnego wieczora. Nie miałam pojęcia, o której odjechali, bo babcia znów odesłała mnie do pokoju, nakazując się wyspać, bo przecież następnego dnia miałyśmy przygotować grilla dla „wszystkich, co dary dla dziecka dali”. Wspomniała też coś o uprzątnięciu i segregacji zgromadzonych przed domem dóbr. Czekał mnie pracowity ranek. Babcia uważała, że ciąża to nie choroba i, owszem, oszczędzać się trzeba, ale bez przesady. Stąd też zaplanowana pobudka o barbarzyńskiej porze. Poszłam spać zmęczona i pełna nadziei na następny dzień. I następne tygodnie. Oraz miesiące. Kompletnie nieświadoma tego, że moja babcia ma jakikolwiek do mnie żal, który to właśnie przy śniadaniu następnego poranka wypowiedziała, a który to śmiechem rozbroiła Marysia.

Rozdział 4

Śmiałyśmy się i śmiałyśmy, i już myślałam, że nie nastąpi koniec tego śmiania. Marysia w pewnym momencie otarła oczy, z których poleciały łzy, i powiedziała:

– Czas się brać do pracy, kochane. Grill się sam nie zrobi. – Wstała i zaczęła zbierać talerze.

Rzuciłam się do pomocy, ale kazała mi iść z babcią posegregować rzeczy dla dziecka. Grzecznie wypełniłyśmy jej polecenie. Trochę mnie przerażała liczba tych sprzętów. Trochę też do końca nie wiedziałam, co mi będzie potrzebne, a co zbędne, gdzie ja się z tym wszystkim podzieję i jak przewiozę do Warszawy. Przecież nawet nie przyjechałam autem, obawiając się, że jak się źle poczuję za kierownicą, to spowoduję wypadek, i wybrałam opcję PKP. Już widziałam, jak się z tym wszystkim pakuję do przedziału… Chwyciłam za poręcz łóżeczka, chcąc je podnieść, ale barierka wraz z kilkoma szczebelkami została mi w ręku, a reszta łóżeczka stała sobie tak, jak stała.

– Oj, babciu… – powiedziałam. – To chyba się nie nadaje.

– Ech, młodzi – żachnęła się babcia. – Wy zamiast naprawiać, to wszystko od razu byście nowe brali. Dlatego wam małżeństwa nie wychodzą. – Zamilkła i spojrzała na mnie z zakłopotaniem. – Nie to, wnuniu, miałam na myśli. Przecież to twój mąż taki, a nie ty. – Uśmiechnęła się pojednawczo i sięgnęła po najbliższy karton. – Ty byś tak szybko nie zamieniła męża na innego. – Wyprostowała się gwałtownie i znów spojrzała na mnie, a dokładniej na mój brzuch. – To znaczy, wnuniu… – Westchnęła ciężko i machnęła ręką. – Nie zagaduj mnie – powiedziała ze złością i wróciła do pracy.

Nie miałam babci za złe jej słów. Ani tych teraz, ani przy śniadaniu. Mówiła, co myśli. Ja też najwyraźniej nie byłam taka niewinna, jak bym chciała. Zamiast płakać w poduszkę po rozwodzie i przeżywać go przez rok jak wdowa żałobę, to sobie od razu wskoczyłam komuś do łóżka. I to jeszcze tak szybko, że miałam wątpliwości, kto jest ojcem. Z westchnieniem podjęłam się trudu wbicia szczebelków na miejsce i zastanawiałam się, jak to łóżko przenieść, kiedy zapikał mi telefon. Normalnie bym wyjęła i odczytała, ale przy babci się obawiałam. Zwykle suszyła mi o to głowę albo kazała czytać na głos, co i kto ode mnie chciał. Bywało to krępujące. Minutę później usłyszałam:

– Odbierz, czy co tam się dzieje z tym twoim telefonem.

Posłusznie więc wyjęłam telefon i odczytałam wiadomość:

Michał: Ucieklas w tak piekny weekend i sam musze spacerowac nad Wisła, nie majac sie z kim podzielic jedzeniem. Jak ci na dobrowolnym wygnaniu?