Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Jak odpowiedzieć na pytanie, które niektóre z nas usłyszały bądź usłyszą na różnych etapach życia, kiedy akurat będą bez tej przysłowiowej połówki jabłka – dlaczego jesteś sama? Odpowiedź zależeć będzie od temperamentu:
- nie twój interes,
- a co to cię obchodzi,
- bo tak,
- bo nikt mnie nie chce,
- bo mi tak dobrze,
- bo tak wybrałam
- i inne, które cisną się na usta.
Czasy się niby zmieniają, ale oczekiwania rodziny czy bliskich nie zawsze. Czy naprawdę kobiety muszą być traktowane jako część całości, a nie wystarczająca całość? W tej książce niektóre z samotnych kobiet odpowiedzą na zadane powyżej pytanie. Oczywiście podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest czysto przypadkowe, a przedstawione historie są fikcją literacką.
Dziękuję zarówno tym, którzy będąc w moim życiu sprawiali, że czułam się przeraźliwie samotna i tym, którzy wciąż są (i mam nadzieję, że będą) i sprawiają, że z nimi czuję się szczęśliwa.
Anna Wrońska
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 153
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Anna Urzykowska, Żyrardów 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I
Projekt okładki: Tomasz Chojecki | Od Słowa do SłowaRedakcja i korekta: Sylwia Chojecka | Od Słowa do SłowaSkład i łamanie: Tomasz Chojecki | Od Słowa do SłowaGrafiki na okładce i książce: stock.adobe.com
ISBN ePub: 9788397678453ISBN Mobi: 9788397678460
Wszelkie postacie i wydarzenia przedstawione w tej książce są fikcyjne, a wszelka zbieżność z prawdziwymi osobami lub wydarzeniami jest przypadkowa i niezamierzona.
Siedziałyśmy w kawiarni, czekając na nasze zamówienie. Alka pokazywała mi zdjęcia z wyjazdu z Krzysztofem. Szczęśliwa, uśmiechnięta, piękna, zrelaksowana. I on też szczęśliwy. Zrelaksowany. Uśmiechnięty. Z tym uśmiechem można było powiedzieć, że jest ciut ładniejszy od diabła. Dobrze, że Alka uważała go za pięknego. Najważniejsze, że jej się podobał. Lubiłam Krzyśka. Miał duże poczucie humoru. I duży brzuch. Co tam miał jeszcze dużego, to nie wnikałam. Najważniejsze dla mnie było, że Alkę uszczęśliwiał. A jej szczęście mnie cieszyło. Rozkwitała. Zresztą tak powinno być, prawda? Nasi mężczyźni mają nas uszczęśliwiać, a my ich. Nieważne, co mówią przyjaciółki, matki, siostry, bracia, ojcowie, znajomi. To nie ich życie i nie ich szczęście, to nie ich związek, nie ich mężczyzna ani nie ich kobieta. Patrzyłam na Alkę z uśmiechem, kiedy opowiadała z przejęciem o tym ich pierwszym wyjeździe. I naprawdę cieszyłam się jej szczęściem. Promieniała radością i pozytywną energią tak bardzo, że trochę mi się jej udzieliło. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Nie tylko dlatego, że zaraz mieli mi podać brownie z kubkiem gorącej czekolady. Dużo kalorii, ale warto. Alka zamówiła kawę. Bez mleka, bez cukru i bez ciasta. Postanowiła dbać o linię. Twierdziła, że to wcale nie dla Krzysia, tylko dla samej siebie. Akurat. Znałam Alkę dziesięć lat, a Krzysiek to był jej piąty chłopak z kolei w trakcie naszej znajomości. Byli razem raptem cztery miesiące. Alka zawsze się odchudzała dla mężczyzn, nawet gdy już nie miała z czego zrzucać wagi. Zawsze chciała być lepsza, lżejsza, aktywniejsza, ładniejsza, szybsza, atrakcyjniejsza. Chciała lepiej gotować, interesować się pasjami swojego mężczyzny, lepiej się odżywiała, bo zaczynała diety czy poranne biegi – stawała się za każdym razem kimś innym. Zapominała o jednym. Wszyscy jej mężczyźni zainteresowali się nią wcześniej. Gdy była sobą. Odchodzili, gdy próbowała się do nich dopasować, zmieniać dla nich i tracić siebie. Zakochiwali się przecież w innej dziewczynie. Tej naturalnej, radosnej, bezkompromisowej, która robiła, co chciała, jak chciała, kiedy chciała, gdzie i z kim chciała. Czyli jadła z apetytem, którego niejeden mężczyzna jej zazdrościł, potrafiła pić na równi z facetami, miała swoje pasje, ulubione miejsca i własne zdanie. Była bezkompromisowa, twarda, zabawna, mądra… dopóki nie spotkała mężczyzny i z tej cudownej dziewczyny nie zamieniała się w jego dodatek. Nie zmieniała jedynie swojej wersji imienia. Bezwzględnie kazała mówić na siebie Alka. Miała na imię Aleksandra. Nienawidziła jednak innych zdrobnień, a to sobie wymyśliła, bo chciała się wyróżniać i czuć wyjątkowo. Ktoś zna drugą Alkę? Naprawdę ją uwielbiałam. Nie przepadałam tylko za tymi jej wcieleniami zakochanej kobiety, ale lubiłam, gdy była szczęśliwa. A teraz była. Tylko ile jeszcze? Miesiąc? Rok? Dwa? Westchnęłam niezauważenie. Takie chwile szczęścia są nam potrzebne, żebyśmy miały co wspominać, czyż nie? Lubiłam zamykać oczy, brać głęboki oddech i wracać do tych moich momentów spokoju i bezpieczeństwa. Czułam wtedy, że kocham, że pożądam, że jestem kochana, że jestem pożądana. Teraz częściej pogrążałam się we wspomnieniach, niż przeżywałam momenty. Wprawdzie kochałam. I byłam kochana. Jednak nie zawsze można być w danym momencie z kimś, kogo się darzy uczuciem. Zdawałam się na los. I cieszyłam byciem wolną i niezależną. Tak właśnie o sobie myślałam.
Podano nasze zamówienie i Alka spojrzała z żalem na mój kawałek brownie, a ja spojrzałam na nią. Chyba już miała się złamać i zamówić, ale właśnie w tym momencie do stolika podeszła nasza wspólna koleżanka – Monika. Ani ja, ani Alka za nią nie przepadałyśmy.
– Uuuu – pogroziła mi palcem. – W biodra ci pójdzie.
Teraz już chyba jasne było, dlaczego nie darzyłyśmy jej zbytnią sympatią. Nie uważałam się za grubaskę, ale do chudych faktycznie też nie należałam, uznałam jednak, że parę kalorii nie zaszkodzi. Szczególnie że były to bardzo rozkoszne kalorie wywołujące endorfiny. Zresztą ćwiczyłam. Sama dla siebie, a nie dla żadnego faceta, więc kalorie, a czasem nawet ich nadmiar, spalałam systematycznie. Mniej więcej co dwa tygodnie. Może mój obecny ukochany nie był ze mną na stałe, ale bywał. Intensywnie wtedy ćwiczyliśmy. I taka ilość jego obecności w moim życiu i spalanych z nim kalorii mi wystarczała. Nie byłam gotowa ani na życie z kimś – z nim w szczególności – ani na zmianę dla kogokolwiek, a zwłaszcza dla niego. Kochałam go na swój sposób, ale codzienność z nim odsuwałam na nieokreślone kiedyś, kiedy będę już gotowa. Z tego też względu mało kto o moim ukochanym wiedział. I ja czasem zapominałam, że on jest. Naprawdę nie byłam gotowa na stabilny, trwały, poważny związek. Jeszcze nie teraz. Teraz chciałam zjeść to brownie.
Uśmiechnęłam się do Moniki i wbiłam widelczyk w ciasto, a później wolno wsunęłam kawałek przepysznego smakołyku do ust, mrucząc z zadowolenia. Monika przewróciła oczami i usiadła, a Alka wstała i powiedziała, że idzie zamówić szarlotkę. Uśmiechnęłam się mimowolnie. Alka oddaliła się zdecydowanym krokiem, zanim Monika otworzyła usta. Miałam zapytać Monikę, co ona zamawia, ale wtedy do naszego stolika podszedł całkiem przystojny mężczyzna, którego skądś kojarzyłam. Próbowałam sobie przypomnieć, skąd mogę go znać.
– Mój mąż – powiedziała z dumą Monika, patrząc na mnie spod zmrużonych powiek. – Odbierał nas parę razy z tych naszych zakrapianych alkoholem imprez – przypomniała, jakby czytała mi w myślach.
Roześmiałam się krótko i nerwowo. Dlatego go kojarzyłam. Liczyłam na to, że się przy nim wtedy za bardzo nie wygłupiłam, ale pewnie i tak miałam taką konkurencję, że nie zwróciłby uwagi. Swoją drogą, jak to się dzieje, że takie wredne sucze jak Monika mają takich przystojnych, spokojnych i cudownych mężów? To, że był atrakcyjny, stwierdziłam od razu, gdy go zobaczyłam po raz pierwszy, a jego spokój doceniłam podczas rozmowy, która – jak już Alka wróciła zadowolona do stolika – rozkręciła się na dobre. Tematów było bez liku, ku niezadowoleniu Moniki, która w końcu musiała powiedzieć coś takiego, co według niej, powinno nam, a przynajmniej mnie, pójść w pięty. Oczywiście musiała to zrobić spektakularnie. Wyprostowała się, odgarnęła włosy, przytuliła swojego „misiaczka” i tak, żeby słyszeli ją wszyscy goście, łącznie z obsługą, zapytała patrząc na mnie:
– Dlaczego jesteś sama, dziewczyno?
Rozejrzałam się dookoła. Spodziewałam się spojrzeń pełnych politowania albo współczucia. Jednak nie. Nikt tak na mnie nie patrzył. Przyglądały mi się pewne siebie, odważne, silne kobiety – przynajmniej tak mi się zdawało, że takie są. Dwie z nich siedziały w towarzystwie mężczyzn. Nie byłam jedyna, która w tej kawiarni siedziała bez faceta, bo przecież o to Monice chodziło, prawda? O brak kogoś przy mnie. A skoro go nie ma teraz przy mnie, to nie ma go w moim życiu. Jakbym nie mogła po prostu spotkać się z koleżanką sam na sam. Jakbym musiała się afiszować. Czy to faktycznie oznacza, że jestem sama albo samotna? Bo wcale się tak nie czuję. Niemniej jednak naszła mnie ochota zadać to pytanie tym wszystkim kobietom, nie tylko w tej kawiarni. Dziewczyno. Kobieto. Matko. Singielko. Kochanko. Nieistotne, ile masz lat. Dlaczego jesteś sama?
