Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
413 osoby interesują się tą książką
Autorka Summer Love powraca z historią o udawanym związku, który szybko wymyka się spod kontroli.
Romy Stone przyjechała do Los Angeles z jednym celem – spełnić marzenie o zostaniu aktorką. Podczas drogi na ważny casting ktoś wjeżdża w jej samochód, a sprawcą okazuje się Tate Sinclair – dziedzic filmowego imperium. Bogaty, przystojny, bezczelnie pewny siebie a przy tym ostatnia osoba, z którą Romy chciałaby mieć do czynienia.
Ich pierwsze spotkanie kończy się awanturą.
Drugie jeszcze gorzej – Tate okazuje się tajemniczym członkiem jury na jej przesłuchaniu.
Każde kolejne spotkanie to mieszanka irytacji, błyskotliwych sprzeczek i niebezpiecznej chemii… aż w końcu przestaje to wyglądać jak przypadek.
Kiedy Sinclair potrzebuje dziewczyny „na niby”, która poleci z nim na wesele siostry w rodzinnym zamku, składa Romy propozycję tak absurdalną, że aż trudno ją odrzucić.
Układ jest prosty, a na stole leżą pieniądze desperacko potrzebne dziewczynie. Lecz w świecie pełnym sekretów, rodzinnych oczekiwań i niewypowiedzianych emocji granica między fikcją a rzeczywistością zaczyna się zacierać.
Kiedy prawdziwe uczucia w fałszywym związku sięgają zenitu, oboje muszą zdecydować, czy odważą się zagrać najtrudniejszą rolę w swoim życiu.
Siebie.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 689
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Ula Buchacz
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Karina Przybylik, Martyna Rolirad, Emilia Ziarnik
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
ISBN 978-83-8470-032-7 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
what is it, asshole day?
Romy
rok wcześniej
You Can’t Always Get What You Want Rolling Stones wybrzmiewa z głośnika, wiatr rozwiewa moje włosy wystające spod czapki, gdy ruszam głową w rytm melodii. Postukuję o kierownicę mojego ukochanego rzęcha, jedynego, niepowtarzalnego Marka.
Toyoty Mark II z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego siódmego roku.
Dla przyjaciół po prostu „Mark”.
Humor mi dziś dopisuje. Choć po sześciogodzinnej zmianie jako niania pięcioletnich bliźniąt z ADHD nie wydaje się to pewnikiem. Jestem w drodze na przesłuchanie do roli w sztuce teatralnej napisanej przez byłą aktorkę Broadwayu, więc to wielka sprawa.
Trafiłam na falę zielonych świateł i puste ulice Los Angeles, miasta, w którym absolutnie wszędzie musisz przemieszczać się samochodem. Co oznacza tylko jedno – dzisiaj naprawdę mam farta.
Może Mick Jagger się jednak myli… Może czasami dostajesz dokładnie to, czego chcesz…
Idealnie w chwili kiedy uśmiech wkrada się mi na twarz, mój samochód zostaje gwałtownie popchnięty do przodu, a ja podskakuję z paniką na fotelu.
– Co do ch…
Mark gaśnie, a ja zerkam na skrzynię biegów, lusterko wsteczne, potem boczne i wtedy dostrzegam unoszący się dym.
Wytrzeszczam oczy, zdławiony pisk ucieka mi z gardła i wyskakuję z auta w popłochu.
Okrążam wóz i dostrzegam, że morderca Marka wychodzi powoli z wielkiego czarnego Range Rovera.
Bez nawet jednej zmarszczki zmartwienia na twarzy, bez pośpiechu, z gracją i pewnością siebie kogoś, kto przechadza się po czerwonym dywanie, a nie po miejscu zbrodni.
Mark…
Moje dziecko… Moje biedactwo…
Otwieram szeroko usta, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Drżącymi dłońmi dotykam jego zmasakrowanego ciała, jakbym miała przejść do reanimacji.
Pokonany zderzak zwisa, a raczej praktycznie leży na ulicy, utrzymując się wyłącznie dzięki ostatniemu ocalałemu mocowaniu.
Światło jest pęknięte, tył samochodu wgnieciony, a rejestracji nie potrafię nawet zlokalizować w tym bałaganie.
Czuję obecność za plecami, więc odwracam się w stronę tajemniczego gościa i wyrzucam ręce w powietrze.
– Co tu się stało? – Naprawdę próbuję się nie rozpłakać.
– Zatrzymałaś się tak nagle i…
– Nagle? – wykrztuszam oburzona. – Nie widziałeś wielkiego znaku stop?! – Tym razem wystawiam dłoń w kierunku znaku drogowego.
Na te słowa chłopak w garniturze i okularach przeciwsłonecznych odchyla lekko głowę i unosi kącik ust, ukazując mi trzy zmarszczki.
O Boże, czy on próbuje być uroczy?
Jakie to żenujące…
– Kto zatrzymuje się na znaku stop na pustej ulicy?
– Wszyscy przestrzegający przepisów ruchu drogowego?
– Więc jesteś turystką?
Robię krok w tył, jakby to miało mi pomóc pojąć absurd tej sytuacji.
– Nie rozumiem, co to ma do… – Zaciskam powieki, wypuszczając długi oddech. Olśniewa mnie, że brnięcie w dyskusję z tym facetem nie ma absolutnie żadnego sensu, i dotykam spodni w poszukiwaniu telefonu. – Nieważne – mamroczę. – To była kolizja. Wjechałeś we mnie. Zadzwońmy po policję.
Nie odnajduję urządzenia, więc idę do drzwi od strony kierowcy, a nieznajomy snuje się za mną, wciąż bez pośpiechu.
Czyli istnieją ludzie mający uregulowany system nerwowy.
To musi być miłe…
– Nie ma takiej potrzeby. – Wyciąga długopis z kieszeni marynarki. – Wierzę, że świetnie poradziłabyś sobie z taśmą klejącą… – Przelotnie zerka na Marka, który już przed wypadkiem nie był w najlepszym stanie.
Zanim zdołałam uzbierać pieniądze na naprawę, musiałam skleić niektóre części srebrną taśmą.
– Mimo to nalegam. – Posyła mi uśmiech przesiąknięty ironią. – Pozwól, że zapłacę za naprawę.
– Najpierw we mnie wjeżdżasz, a potem jeszcze obrażasz?
– Wjechałem w twój samochód – obrzuca mnie spojrzeniem od góry do dołu, a jego szmaragdowe oczy błyszczą w słońcu ponad okularami – ale odbierasz to na tyle personalnie, że zakładam, iż jesteście w podobnym stanie.
Z moich uchylonych ust wydobywa się pełne niedowierzania sapnięcie, a on kręci głową z uśmiechem.
– Wyluzuj. To był żart. – Odchrząkuje i tym razem z kieszeni marynarki wyciąga, jak mniemam, książeczkę czekową.
– Zabawny.
Krzyżuję ręce na piersi, obserwując go bacznie. Jest w nim coś, co mnie stresuje. Jakaś niezgodność.
Od razu szufladkuję go jako irytującego, nadętego, bogatego typa, na którego szkoda tracić nerwów.
Tata nie byłby ze mnie zadowolony.
„Każdy zasługuje na czystą kartę, Romy. Trzeba patrzeć na drugiego człowieka z wyrozumiałością, jak na kogoś, kto pokonuje własną drogę, o której nie mamy pojęcia…”.
– Powinniśmy zadzwonić na policję. – Wyrywam się z zamyślenia.
– Nie ufasz nieznajomym? – Zdejmuje okulary i w pełni ukazuje mi lekko rozbawioną twarz. – Czyli naprawdę nie jesteś stąd.
Arogant.
– W zasadzie to wskaźnik przestępczości w Los Angeles jest blisko o jedną trzecią wyższy niż średnia w całym kraju – oświadczam z przekonaniem, nie zważając na jego zaciekawioną minę. – Nie mogę tak po prostu przyjąć od ciebie pieniędzy. Chociaż oboje wiemy, czyja to wina. Wedle prawa powinna to ocenić policja. – Spoglądam ze smutkiem na swój samochód i jego części rozrzucone po ziemi.
– Jak sobie chcesz, ale z naszej dwójki to ty nie wyjdziesz na tym dobrze. – Chowa książeczkę czekową do kieszeni.
– Słucham? – Gwałtownie stawiam krok w jego stronę, a on odsuwa się równie szybko, unosząc ręce.
Czy naprawdę przypuszcza, że coś mu zrobię?
Moi przyjaciele umarliby ze śmiechu…
Romy Stone, postrach Sto Trzydziestej Siódmej Ulicy…
Może okolica, w której mieszkam, nie wyląduje na okładce „Daily News” jako wizytówka miasta, ale daleko nam do wyobrażanego sobie przez niego mrocznego miejsca.
W jego spojrzeniu jednak widzę ostrożność, jakby również mnie już zaszufladkował.
Touché.
– Tylko stwierdzam fakty.
– Czemu nie chcesz, żebym dzwoniła na policję? Insynuujesz, że to niby moja wina? – prycham. – Chyba widać, co się wydarzyło! – Ponownie wskazuję na swoje rozwalone biedactwo.
– Słuchaj, dobrze wiem, co się stanie, gdy się tu zjawią. Oczekujesz, że dostanę opieprz oraz mandat, a ty przeprosiny i odszkodowanie? – Cmoka, kręcąc głową, a zadowolony, przemądrzały uśmieszek nie schodzi mu z tej irytująco symetrycznej twarzy. – Może jeszcze chcesz, żeby skuli mnie w kajdanki i wywieźli stąd jak oprycha. Bo za niego mnie masz, prawda? – fuka. – Nic z tego. Więc… – Wzrusza ramionami i chowa dłonie do kieszeni spodni.
Jest wyraźnie przekonany o swojej racji.
– Próbuję ci zrobić przysługę…
– Przysługę?! – Prawie dławię się tym słowem.
– Przysługę – potwierdza i opiera się o maskę swojego auta. Jego spojrzenie płonie pewnością siebie. – Mam dziś dobry dzień.
– Trafił mi się łaskawy morderca… Naprawdę mam dziś farta – mamroczę pod nosem i zrezygnowana przykładam rękę do czoła.
– Zapłacę za naprawę. – Odrywa się gwałtownie od karoserii i staje zdecydowanie za blisko mnie. – A jeśli dasz mi swój numer, to nawet i za drugie takie cacko.
Z moich ust wyrywa się pełen oburzenia oddech.
Chłopak uśmiecha się, myśląc, że jest czarujący.
– Czy ten tekst kiedykolwiek zadziałał? – Krzywię się.
– Raz czy dwa… – wyznaje rozbawiony. – Ale ty raczej nie wydajesz się najbardziej pocieszną osobą na świecie…
Właśnie, że tak!
– Dla twojej wiadomości, jestem bardzo urocza! – wyrzucam, rozczarowana, że czuję potrzebę, by coś mu udowodnić.
– Jak niedźwiedź grizzly. Z daleka wydaje się uroczy, ale jeśli chcesz zachować wszystkie kończyny, to lepiej się nie zbliżaj.
Już mam coś odpowiedzieć, ale wybieram głośne westchnienie nad własną niedolą i absurdem tej konwersacji. Schylam się przez otwarte okno do skrzyni biegów, gdzie leży telefon.
Czuję nagły ucisk w klatce piersiowej, a zawartość żołądka niemal podchodzi mi do gardła, gdy się orientuję, która jest godzina.
– Szlag! – warczę.
– Coś się stało? – Podchodzi szybko jak do damy w opałach i po raz pierwszy na jego twarzy widzę malującą się troskę.
– Ja… – waham się, czy mu powiedzieć, po czym się orientuję, jakie to niedorzeczne. Tak bardzo przejęłam się tą sytuacją, że zapomniałam o castingu. – Nieważne! Zaraz się spóźnię!
Zbieram pozostałości Marka z ziemi i wrzucam je na tylne siedzenie, po czym zasiadam na miejscu kierowcy.
Przez ten cały czas chłopak obserwuje mnie z konsternacją.
– A co z twoim samochodem i policją? – Podchodzi do boku wozu i kładzie ręce na otwartym oknie.
– Nie mam na to czasu! – warczę. – Masz to, co chciałeś! Żadnej policji, tak? Zapominamy o sprawie!
– Ale…
– Śpieszę się! – krzyczę i przekręcam kluczyk, wbijając wściekłe spojrzenie w oczy nieznajomego.
Nie pamiętam, kiedy widziałam tak intensywnie zielone tęczówki. Obawiam się, że zaczną mnie nawiedzać w snach.
A raczej koszmarach…
Znów mam ochotę się spoliczkować, że w tak ważnej chwili, wymagającej szybkiej reakcji i skupienia – bujam w obłokach.
– Okej! – Unosi ręce, robiąc krok w tył, a ja dociskam pedał gazu i ruszam, rzuciwszy mu ostatnie w tym życiu spojrzenie. – Jezus! – cedzi, gdy go mijam.
To by było na tyle, mówię w duchu, obserwując w lusterku, jak staje się coraz mniejszy.
Przypadkowy nieznajomy.
Do tego beznadziejny kierowca i snob. Ponadprzeciętnie przystojna i wysoka przeszkoda na mojej drodze.
Właśnie z tego powodu mój puls przyśpieszył.
Wyłącznie dlatego.
Żadne pieniądze nie są warte użerania się z takim przypadkiem, a jeśli dziś dobrze pójdzie, sama bez problemu opłacę naprawę Marka i tym razem może obejdzie się bez taśmy.
*
Przećwiczyłam swój monolog setki razy. Recytowałam go pod prysznicem, w metrze i we śnie. Mogłabym go powiedzieć od tyłu, podczas jazdy na rollercoasterze i uciekając przed armią zombie, gdyby zaszła taka potrzeba… Co pewnie okazałoby się łatwiejsze niż starcie z jury siedzącym z posępnymi minami i wpatrującym się w scenę.
W sali panuje półmrok, w odróżnieniu do backstage’u. Tam jest tak mocne oświetlenie, że czuję się jak na przesłuchaniu na komisariacie lub na sali operacyjnej. Stres, który odczuwam, wydaje się większy, niż gdybym faktycznie znajdowała się w jednym z tych miejsc.
Chłopak przede mną właśnie kończy monolog, gdy kolejny raz wyglądam zza kurtyny.
Wiem, że to zły nawyk, ale nie umiem się powstrzymać.
Lubię planować. Lubię wiedzieć, czego się spodziewać – a przede wszystkim mam w zwyczaju nastawiać się na najgorsze.
Przy długim prostokątnym stole pokrytym bordowym, welurowym obrusem znajdują się cztery krzesła, ale tylko trzy z nich są zajęte.
Reżyserka odchrząkuje, oczyszczając gardło, a ja się wzdrygam i uciekam z powrotem w cień. Przyciskam kręgosłup do ściany, jakbym miała się w nią wtopić.
Zalewa mnie fala stresu i zimne poty. Chociaż moja klatka piersiowa drży, próbuję zrobić długi, głęboki wdech.
– Stone?
Nie reaguję od razu, gdy chłopak ze słuchawkami na uszach i teczką w ręku wyczytuje moje imię.
– Romy! Romy Stone?! – wykrzykuje głośniej.
Podbiegam do niego, ściskając pasek torby.
– To ja. – Przełykam ślinę.
– Są gotowi. Twoja kolej – oznajmia, wskazując na scenę, jakby posyłał mnie na pole bitwy.
Oszołomiona kiwam głową i zanim mój mózg pojmie, co się dzieje, ciało już podąża do celu.
Gdy tylko staję na wyznaczonym przez literę „X” miejscu, światła oślepiają mnie mocą swoich oczekiwań.
Odchrząkuję, prostuję plecy i posyłam im wyćwiczony uśmiech.
– Nazywam się Romy Stone – odzywam się po raz pierwszy przed jury.
Brzmię niepewnie, ale nie na tyle, by ktoś, kto mnie nie zna, to zauważył.
– Jaką scenę dla nas przygotowałaś, Romy? – pyta starszy mężczyzna siedzący na samym brzegu.
Nie mogę powiedzieć, że dodał mi otuchy ciepłą energią, ale nie wydaje się na tyle znudzony, żeby jego ton podciął mi skrzydła na samym starcie.
Po swoich poprzednich przeżyciach uznaję to za sukces.
To jedno z ważniejszych przesłuchań, w których biorę udział, bo sztukę Szmaragdowe Miasto napisała Andrea Guiltaar.
Otwieram usta, by odpowiedzieć, i w tym samym momencie drzwi ewakuacyjne otwierają się z hukiem.
Do pomieszczenia z uniesioną głową i kawą w ręku wkracza chłopak.
W sali panuje absolutna cisza, reflektor oślepia mnie mocniej, słychać tylko stukot jego eleganckich butów i oszalałe bicie mojego serca.
Nieznajomy zbliża się do stolika jurorów, a po drodze odpina guzik marynarki, by wygodnie usiąść na pustym krześle.
Dreszcz niepewności przebiega mi po karku.
– To… – zaczynam, ale wzrokiem wędruję z powrotem na tajemniczą postać.
Rozsiada się, bierze łyk napoju i uśmiecha do pozostałych.
Gdy w końcu przyzwyczajam się do światła, odzyskuję widoczność i napotykam znajome zielone oczy, coś ściska mnie w klatce.
Nie, nie, nie, nie…
i’ll have what she’s having.
Romy
rok wcześniej
– Scena piąta… – wyrzucam z siebie drżącym, niepewnym głosem.
To on.
Sprawca kolizji.
Dupek z Range Rovera.
Pan Taśma Klejąca.
Pan Mam Dziś Dobry Dzień i Zrobię Ci Przysługę.
Tajemniczy chłopak, mój nowy nemezis, przygląda mi się z wyrazem sceptycyzmu i rozbawienia w oczach.
– Lecimy klasykiem… – mamrocze, ale nie na tyle cicho, bym go nie usłyszała.
– Słucham? – Słowo materializuje się na moim języku, nim zdążę się zorientować.
– Nic takiego… Tylko tyle, że ta scena jest absolutnie oklepana. Nie zawiera żadnych trudnych emocji i wybrało ją już jakieś dziesięć osób przed tobą. – Wzdycha ze znudzeniem.
Niby co jest złego w przewidywalności?
– Skąd ta pewność? Dopiero co przyszedłeś – wytykam, wciąż nie mogąc uwierzyć słowom, które bez mojego pozwolenia wylewają się z ust.
CO TY WYPRAWIASZ?, krzyczę w myślach.
Ten chłopak wyprowadza mnie z równowagi.
– Mam taki dar… – Nachyla się i opiera łokcie o stół przed sobą.
– To prawda – przerywa nam kobieta siedząca obok Andrei, przywołując mnie do porządku i sprawiając, że przekierowuję wzrok na nią.
Mimo to mogę przysiąc, że kątem oka widzę rozbawienie tego typa.
– Większość osób wybiera scenę piątą. Nie ma w tym nic złego – posyła facetowi ostrzegawcze spojrzenie, a on unosi ręce – ale jeśli zdecydowałabyś się jednak na coś innego, miło nas to zaskoczy. – Jej twarz promienieje spokojem, gdy opada plecami na oparcie krzesła.
– Ja… – jąkam się, spoglądając na ich miny.
Nie przygotowałam innego fragmentu. Owszem, czytałam całą sztukę tysiące razy, ale perfekcyjnie przygotowałam tylko scenę piątą. Nie przyjmowałam żadnej innej opcji. Nie jestem fanką spontanicznych decyzji. Szczególnie tych mogących zadecydować o mojej przyszłości.
Miałam plan.
Dobry.
Bezpieczny.
– Może powinniśmy mimo wszystko jej odpuścić. Coś mi podpowiada, że przeszła wystarczająco dużo jak na jeden dzień. – Chłopak posyła mi wymowne spojrzenie. – Zacznijmy znaną, sprawdzoną sceną piątą…
Czy tak właśnie wygląda życie uprzywilejowanego, przystojnego faceta? Rzuca coś ofensywnego, prowokującego, ale z czarującym brytyjskim akcentem, więc to, co mówi, nie ma znaczenia? Liczy się to, w jaki sposób się wyraża, a wszyscy i tak są nim zachwyceni.
Jeszcze zobaczysz…
– Scena jedenasta – oświadczam po raz kolejny bez zastanowienia, bez przeanalizowania każdego możliwego scenariusza.
Obce, przerażające uczucie…
Tajemniczy nieznajomy unosi w prześmiewczym uznaniu brew.
Kim ty, do cholery, jesteś, Romy?, pytam się w myślach.
– Świetny wybór! – Po raz pierwszy odzywa się Andrea, autorka scenariusza. – Niewiele tam z monologu, ale proszę, zaczynaj.
Kiwam głową i biorę głęboki wdech.
Faktycznie wybrałam złą scenę.
Czemu? Bo tego nie przemyślałam!
Chaotyczne wybory pozostawały moją piętą achillesową.
Lecz jedyne, co jakimś cudem przyszło mi do głowy, gdy znów spojrzałam w jego szmaragdowe, jak na ironię, oczy, to ta scena.
Zapada cisza i nagle, w przypływie tej nowo odkrytej spontaniczności, dzieje się coś dziwnego.
Pozwalam zebranym w sali odczuć moją obecność w pełni.
Jestem zaledwie przy trzecim wersie, a w moich uszach rozbrzmiewa stłumiony śmiech, nieudolnie zamaskowany kaszlem. Mimo to nie przerywam. Nie daję poznać po sobie, jakie to rozpraszające.
Ryzykuję. Daję z siebie wszystko, czym jestem i czego się boję, a on najzwyczajniej w świecie z tego kpi.
Krąży po mnie spojrzeniem niezwiastującym niczego dobrego.
Choć nie wiem o nim więcej poza tym, że jest słabym kierowcą, a moja widownia w postaci Andrei, jej asystentki i dyrektora teatru jest zdecydowanie bardziej surowa, intuicja i doświadczenia tego dnia podpowiadają mi, że to właśnie jego obecność okaże się problemem…
Kontynuuję, a on rozpiera się na krześle, na co mebel głośno skrzypi. Potem upada mu długopis, a chłopak podsumowuje to siorbnięciem kawy.
Skąd oni go wytrzasnęli? A co ważniejsze, czemu zawsze mam takiego pecha?
Zero szacunku do czegokolwiek. Do sztuki, człowieka, samochodu, pracy, aktora, jurorów…
Zerkam na niego ukradkiem, przechadzając się po scenie i recytując kwestie Louisy. Na stole przed sobą nie ma nic oprócz tej głupiej kawy. Liczę, że zaraz wyleje ją sobie na wyprasowane w kant spodnie.
To taki typ, którego ego najpierw wchodzi do pomieszczenia, potem dopiero on, a gdy już znajdziesz się w jego zasięgu, to próbuje rozbroić cię albo rozebrać wzrokiem tylko dlatego, że mu się nudzi i szuka sobie rozrywki.
Ja zdejmuję z siebie warstwy czegoś znacznie cenniejszego niż ubrania. Walczę o własne marzenia i pragnę czegoś, co myślałam, że znajduje się poza moim zasięgiem, a on ma z tego zwyczajny ubaw.
Reżyserka w końcu zwraca mu uwagę.
– Tate, proszę… – Tajemnicza postać nareszcie zyskuje imię i nagle wszystko zdaje się mieć jakieś większe znaczenie, łącznie z moją awersją do niego.
Tate, powtarzam w myślach.
Faktycznie brzmi to jak personalia kogoś, kto może zrujnować ci życie, samochód i przesłuchanie.
– Przepraszam. – Chłopak kładzie teatralnie rękę na sercu. – To emocjonalna reakcja, słowo – poprawia się w taki sposób, żeby wyjść z twarzą przed jury, ale żebym ja wiedziała, iż robi to celowo. – To naprawdę było coś…
Andrea przesuwa językiem po zębach i przygląda mu się z namysłem w oczach.
Nagle zwraca się do mnie, a jej twarz zdobi podejrzany uśmiech.
Przepraszam, Mick Jagger.
Przepraszam za moją czelność.
Przepraszam, że pomyślałam, że to dobry dzień, a ja pierwszy raz w życiu dostanę to, czego chcę.
– Tate – odzywa się głośno, wciąż patrząc na mnie, a on ochoczo odwraca ciało w jej kierunku. – Skoro wywołało to w tobie takie emocje, może zechciałbyś się z nami podzielić swoją opinią?
– Z przyjemnością. – Odchyla się mocniej na krześle i nie marnuje ani chwili, by chociaż udawać, że się zastanawia. – Wypadłaś dość sztywno.
– Sztywno? – powtarzam z prychnięciem.
– Sztucznie – precyzuje i zaciska usta w uśmiechu mówiącym: „Robię ci kolejną przysługę”. – Gdy cię słucham, czuję, że chcesz idealnie przeprowadzić scenę do końca, zamiast w niej po prostu… być. Powinnaś przekonać mnie i widza, że nie masz pojęcia, co zaraz się wydarzy. Że nie wiesz, iż ten facet zaraz padnie przed tobą na kolana i się oświadczy. Że nie wiesz, kto jest mordercą. – Bawi się długopisem, opierając rękę o stół i bezkarnie zawstydzając mnie spojrzeniem. – Nie chcę bohaterki prowadzącej mnie za rękę, tylko takiej, która przekona mnie, że jest Louisą. Nie kimś, kto bardzo się stara.
Jego słowa uderzają we mnie z siłą tysiąca cegieł spadających z nieba.
Niestety nie ma tu przestrzeni na moje załamania nerwowe, bo Andrea nagle wpada na kolejny genialny pomysł.
– Zazwyczaj nie robimy tego przed drugim etapem, ale to wyjątkowa sytuacja, więc mam pewien pomysł. Jako że scena jedenasta to głównie dialog, nie chciałabym, żeby twój występ okazał się krótszy niż innych kandydatów… Tate, może w takim razie zechciałbyś dołączyć do naszej Louisy i odegrać z nią pozostały fragment?
Nie wiem, ile kolejnych zwrotów akcji moja psychika i ciało wytrzymają tego dnia.
– Jak mi się zdaje, jesteś dość… obeznany w Szmaragdowym Mieście. – Jej ton coś sugeruje.
Odnoszę wrażenie, że łączy ich wspólna historia.
Cokolwiek to miało znaczyć, moje płuca robią się zbyt ciężkie, bym mogła oddychać normalnie.
– Z wielką chęcią. – Chłopak odsuwa z impetem krzesło i zapina guzik marynarki, po czym rusza w kierunku sceny.
Przeskakuje po dwa schodki i szybko znajduje się tuż obok mnie.
Staje zbyt blisko, pachnie zbyt dobrze…
Obnosi się jak ktoś, kto nigdy nie znajdował się po drugiej stronie takiego przesłuchania.
„Nigdy nie bądź tak zarozumiała, by myśleć, że znasz historię każdego człowieka napotkanego na swojej drodze”.
Kolejne złote myśli taty rozbrzmiewają w mojej głowie i wpędzają w głębsze poczucie winy, które i tak mi dokucza.
Nieustannie.
Tate staje przodem do mnie, a ja zmuszam spięte ciało, by zwróciło się ku niemu. Chłopak zdecydowanie daje mi odczuć ciężar swojej obecności.
Przeszywa mnie wzrokiem i wtedy scena przestaje dodawać mi otuchy. Robi mi się duszno i niedobrze. Odnoszę wrażenie, że zaraz zwymiotuję na jego skórzane, wypolerowane buty, siebie i wszystko wokół.
Z pewnością nie są to emocje, które ten chłopak chciałby wzbudzać w kobietach, a jednak zadowolony uśmiech nie schodzi mu z twarzy.
Gdyby tylko wiedział, co naprawdę siedzi mi w głowie…
Jak na dobrą aktorkę przystało – nie daję po sobie poznać prawdziwych uczuć i przemawiam do niego jako Louisa.
– To koniec, Elijah – oznajmiam z przygnębieniem, wchodząc w rolę.
– Tak po prostu? – prycha oburzony. – Po tym wszystkim?
– Co chciałbyś ode mnie usłyszeć? – Kręcę głową i robię parę kroków w tył. – Nigdy nie chodziło o nas. Wiesz o tym.
Tate przygląda mi się z konsternacją wymieszaną z czymś przypominającym zafascynowanie.
Zielone oczy błyszczą mu, jakby sądził, że powstały w jego głowie plan okaże się łatwiejszy w realizacji niż zabranie dziecku cukierka.
Robi krok bliżej.
– To miasto cię pochłonęło, Louiso… Zależy ci tylko na samych niewłaściwych rzeczach…
Czuję, jak puls mi przyspiesza.
– A na czym powinno mi zależeć? Na tobie? Na byciu żoną, matką? Bo to niewłaściwe, gdy kobieta pragnie sięgnąć po swoje marzenia?! – wybucham krzykiem, przypominającym raczej zdławiony jęk. – To moje przeznaczenie, Eli. Po to znalazłam się w mieście. Sam mi je pokazałeś. – Przyglądam mu się z żalem.
Tate wpatruje się w moje oczy.
Za długo. Za intensywnie.
Próbuje coś w nich odnaleźć, ale bez skutku. Prawdziwa Romy schowana jest głęboko i on nie zobaczy dziś nic więcej oprócz Louisy.
Dyrektor teatru wydaje z siebie ciche „ha” z zadowolenia, co dodaje mi odwagi.
– Pokazałem ci tutejsze piękno, bo mieliśmy tu zostać razem. – Wypuszcza powietrze i zerka w bok na nieistniejący peron. – Ty jednak wolisz uciec. – Znów wbija we mnie ostre spojrzenie. – Zanim pozwolisz, by coś się wydarzyło.
Jestem tak skołowana i ogarnięta emocjami, że sama nie pamiętam, czy to ostatnie znajdowało się w scenariuszu, a Tate uśmiecha się zadziornie, jakby on sam napisał tę scenę.
– Twoje miejsce jest przy mnie, Louiso. – Jego głos jest miękki, niski, prowokujący…
Każde zdanie, które wychodzi z tych pełnych ust, z irytująco seksownym brytyjskim akcentem, brzmi jak: „Kiedy pękniesz, Romy?”.
Nigdy!
Brunet robi krok w przód.
Albo za chwilę…
– Miejsce kobiety jest tam, gdzie ona tego pragnie!
– To powiedz mi, że mnie nie pragniesz. – Oczy mu łagodnieją i wyciąga dłoń po moją.
Ledwie ją muska, a prąd już przeszywa mi ciało, powodując, że szarpię ręką w tył i maskuję to obrotem.
– Wyjeżdżam, Elijah. – Kręcę głową ze smutkiem – Mój pociąg wkrótce przyjedzie.
Tate robi kolejny krok. Obchodzi mnie i stajemy znów twarzą w twarz.
Już jest naprawdę blisko.
Chwyta moją dłoń, tak jak chciał. Nie mogę mu udzielić zgody, bo o nią nie poprosił, i kiedy śledzę wzrokiem, jak muska kciukiem wierzch mojej ręki, czuję gęsią skórkę na karku i supeł w żołądku.
On nie chce widzieć Louisy. On chce wyprowadzić z równowagi Romy i z każdą kolejną kwestią coraz bardziej mu się to udaje.
– Zawsze są samochody… – mruczy ze zwycięskim uśmiechem.
Tego na pewno nie było w scenariuszu. Czekam, aż Andrea się wtrąci, ale najwidoczniej tego nie słyszała albo z jakiegoś powodu jej się spodobało, lecz on szybko przechodzi dalej.
– Jeśli usłyszę od ciebie te słowa, to dam ci spokój. – Pożera mnie wzrokiem i choć wiem, że to wszystko tylko intryga, tania prowokacja, by zagrać mi na emocjach, moje głupie, naiwne ciało się temu poddaje.
Nikt nigdy tak na mnie nie patrzył i to absolutnie przerażające, ale opamiętuję się po sekundzie. Bo nie pozwolę sobie na utratę kontroli.
– Muszę wyjechać, Elijah… – mamroczę.
– Powiedz to, Lou – żąda z satysfakcją błyszczącą mu w oczach jak neon.
Po prostu nie mogę pozwolić mu się więcej dotknąć. Wtedy dam radę przetrwać do końca sceny.
Zaciskam powieki, przez co nie zauważam, kiedy znów pojawia się przy moim boku. Zdradzają go tylko perfumy i przeszywający mnie dreszcz, gdy nagle zakłada mi kosmyk włosów za ucho.
Elektrowstrząs przechodzi falą przez moje ciało.
Zupełnie poza moimi możliwościami zapanowania nad sytuacją.
Publicznie.
W sali castingowej.
I teraz naprawdę mam ochotę zwymiotować.
– Boisz się mnie? – szepcze Tate, jeszcze bardziej zaogniając sytuację.
Nie ma nawet pojęcia, przez co przechodzę… A może właśnie ma?
– Nie boję się ciebie. – Otwieram oczy. – Boję się siebie przy tobie. – Spoglądam na niego z odwagą Louisy.
Na jego twarzy maluje się zadziorność.
– Nie ma lepszego powodu, by zostać – oznajmia.
Nie pamiętam, kiedy przestałam oddychać.
– I… Koniec! – Andrea klaszcze w dłonie.
Zostaję teleportowana z powrotem do ciała Romy i do rzeczywistości.
– To było… Coś. – Autorka przechyla głowę – Poszło trochę w nieoczekiwanym kierunku, ale skłamałabym, mówiąc, że mi się nie podobało. Tate! Dziękuję, byłeś świetny. – Uśmiecha się, a ja odnoszę wrażenie, że zaraz uniesie rąbek spódnicy i dygnie przed nim jak przed księciem, za którego wszyscy z jakiegoś powodu go mają. – Moja droga, tobie też bardzo dziękuję. Będziemy w kontakcie. – Posyła mi wymuszony uśmiech.
Dostał „Byłeś świetny, Tate” na moim castingu…
Skasował auto mojego ojca…
Przejął, a raczej zrujnował moje przesłuchanie
Czy ten gość ponosi również odpowiedzialność za moje ubrania skradzione z pralni?
Czy przez niego nie zadzwonił mi budzik przed pierwszym dniem stażu trzy lata temu?
Otwieram usta, by coś powiedzieć, zatrzymać ich, przekonać do siebie, ale oni już ze mną skończyli.
Pogrążają się w rozmowie, zerkając co jakiś czas na notatki. Łzy zbierają mi się pod powiekami, ale powstrzymuję je i odwracam się z powrotem w stronę chłopaka, by spiorunować go morderczym wzrokiem.
Pragnę rzucić się na niego, a on nagle układa usta w uprzejmym, zalotnym uśmiechu i mówi wyluzowanym tonem:
– Tyle ze sobą przeżyliśmy, a ja nawet nie znam twojego imienia.
– To dlatego, że się spóźniłeś! – warczę, podnosząc torbę z ziemi.
Biorę głęboki wdech i nie wiedzieć czemu, daję mu tę satysfakcję.
Z jakiego obłąkanego powodu w ogóle chcę, by je poznał?
– Romy. – Słowo materializuje się na moim języku i smakuje jak przekleństwo.
– Romy – powtarza cicho, zapatrzony zapewne w swoje odbicie w moich źrenicach.
Sposób, w jaki wypowiada moje imię, wzbudza we mnie przerażająco dziwne ukłucie.
Przez chwilę odnoszę wrażenie, że brzmi, jakby znał je od zawsze.
Marszczę brwi i próbuję pozbyć się tego chłodu. Lecz im dłużej on mi się przygląda, tym silniejszy się wydaje, serce bije mi mocniej, a ja jeszcze bardziej pragnę nigdy więcej nie doświadczyć tego uczucia.
– Zdaje mi się, że źle zaczęliśmy… Rozumiem, że odebrałaś moją krytykę jako nieuzasadnioną…
– Nie takiego określenia bym użyła – wtrącam pomiędzy jego słowami.
– Po prostu chciałem ci pomóc.
– Pomóc? – prycham.
– Wyjść ze strefy komfortu.
– Przez cały dzień mi tylko pomagasz! Przysługa za przysługą… Mogę prosić o kolejną? – Trzepoczę sztucznie rzęsami, a on nadstawia ucho z zadowoleniem. – Przestań mi robić przysługi!
Chłopak się uśmiecha. Nigdy nie widziałam nikogo tak ucieszonego z faktu, że ktoś go nie lubi.
Co prawda istnieje mało osób, których nie lubię, ale on zachowuje się nieco szokująco.
Albo jest zakompleksiony, albo ma jakiś masochistyczny fetysz, nie widzę innej opcji.
Nie wiem, czemu wciąż tu stoję, ale niestety to zachęca go do kontynuowania udzielania mi cennych rad:
– Wierz mi lub nie, ale mam doświadczenie z początkującymi aktorami i wiem, że odrobina ukrytej motywacji potrafi zdziałać cuda.
– Ukrytej pod płaszczykiem prowokacji i upokorzenia?
– Ukrytej w próbie pociągnięcia za sznurki tak, by sprawić, że coś poczujesz. Nawet jeśli to ma być złość…
– Więc mówisz, że jestem na tyle kiepską aktorką, iż potrzebuję twojej pomocy, by wyciągnąć emocje na wierzch? – Unoszę brew.
– Mówię – przygląda mi się, a na jego twarz wkrada się błysk radości – że jestem ci winien naprawę auta i kolację.
Kręcę głową z niedowierzaniem i bezradnym uśmiechem.
– Niewiarygodne… – mamroczę, odchodząc.
– Do zobaczenia, Romy! – woła rozbawiony, gdy zostawiam go samego na scenie.
Przemierzam drogę przez backstage, podążając do drzwi wyjściowych budynku.
Do zobaczenia nigdy!
Popycham je z impetem, wciągam świeże powietrze i grzebię w torbie w poszukiwaniu telefonu.
– Sukinsyn… – warczę do siebie, nie mogąc pozbyć się jego głosu z głowy i tych wszystkich władających mną emocji z ciała.
Wysyłam do przyjaciółki SMS-a zawierającego nazwę naszego baru, słowo „SOS”, cyfrę „5”, a potem dosyłam drugą wiadomość o treści: „Potrzebuję papierosa”.
Wiem, że zrozumie, i wiem, że się pojawi.
Ona nigdy nie była częścią mojego planu, ale jest najlepszym, co mnie do tej pory spotkało.
PS Ja nie palę.
are you not entertained?
Romy
rok wcześniej
– Ty naprawdę nie wiesz, kim on jest? – Brooke wytrzeszcza oczy, gdy kończę swój wywód.
Siorbię Long Island Iced Tea przez słomkę i przyglądam się przyjaciółce zmrużonymi oczami.
– Och, Romy… Romy, Romy… – wzdycha. – Moja malutka Romy. – Teatralnie rozmasowuje skronie. – Moja naiwna, słodka, zagubiona owieczka…
– Wystarczy – ostrzegam, a ona kręci głową z niedowierzaniem.
– Sinclair! – krzyczy, a ręce opadają jej na blat stołu, przy którym siedzimy. – Richard Sinclair to jego ojciec!
– Ten producent filmowy? – pytam, odsuwając od siebie szklankę.
– Nie, nasz sąsiad geriatra. – Pstryka mnie w czoło. – Ten producent! – prycha. – Ten właściciel wytwórni filmowej! A jego matka to Giselle Torres!
Zaciskam usta w wąską kreskę, dając dziewczynie do zrozumienia, że to nazwisko również brzmi obco i na dobrą sprawę kobieta mogłaby być postacią z kreskówki lub czytanych przez nią książek.
– Jedna z popularniejszych modelek lat osiemdziesiątych? – Brooke wypuszcza powietrze z ust, rozczarowana moją niewiedzą. – Wow… Jak na kogoś, kto widzi swoją przyszłość w branży filmowej, ty naprawdę niewiele wiesz…
– Wiem tyle, że przekreślił właśnie moje szanse. Nie obchodzi mnie, kto go spłodził. – Wbijam plecy w oparcie kanapy.
– Żeby było ironicznie, jego ojciec zadeklarował się w wywiadzie, że wyprodukuje filmową adaptację Szmaragdowego Miasta, gdyby taka miała wyjść – oznajmia, posyłając mi wyczekujące spojrzenie. – Ta cała Andrea musi się z nimi znać.
Krzyżuję ręce na piersiach.
– Skąd ty to wszystko wiesz?!
– Bo się o ciebie troszczę. A do tego jestem uzależniona od gazet plotkarskich – przyznaje.
– To wiele wyjaśnia.
– Moje zbyt długie wizyty w łazience?
– Jego zachowanie! – parskam.
– Jest jedynym jak na razie dziedzicem fortuny Sinclairów. Właścicielem Heaven, tego klubu w DTLA. Dorastał w Mayfair. Ostatnio miał sesję okładkową…
– Okej, nie potrzebuję znać numeru jego buta! – Macham rękoma, by ją zastopować, po czym przykładam palce do czoła.
– Czterdzieści pięć… – mamrocze, ale ją ignoruję.
– Zatem okazuje się, że to nie zwykły nadęty dupek zniszczył moje przesłuchanie, tylko nepo baby branży filmowej? – podsumowuję swój los.
– To nie przypadek, Romy. To przeznaczenie! Przestań być taką pesymistką! Wiesz, że działa mi to na nerwy – jęczy, po czym uśmiecha się do mnie. – Może właśnie powinno cię obchodzić, kim on jest i kto go spłodził! Szczególnie jeśli mu się spodobałaś, to okazałoby się dob…
Przerywam jej gromkim parsknięciem. Takim, że nieliczni ludzie wokół zerkają w naszą stronę.
– Ha! Oszalałaś? – sarkam. – Najpierw zmasakrował mojego syna…
– Twój samochód…
– Moje dziecko! A potem prowokował przez całe przesłuchanie. Co w takim razie robił w jury? Oprócz dręczenia mnie. Ile on ma w ogóle lat?! – oburzam się.
– Jest dwa lata starszy od nas. Typowy byk… – oznajmia, a ja ponownie unoszę lewą brew.
Chyba powinnam zacząć się o nią martwić.
– Zgaduję, że zjawił się tam jako gość specjalny. – Wzrusza ramionami. – Może, zważając na to, z jakiej rodziny pochodzi, ma coś do powiedzenia w temacie talentu…
Znów czuję dziwne ukłucie w żołądku, ale mam dużo większe zmartwienia niż jej potencjalna obsesja na punkcie Tate’a Sinclaira.
Brooke ma dużo obsesji. Do tej pory myślałam, że miałyśmy pod kontrolą wszystkie oprócz okazjonalnego obciążania karty kredytowej, by kupić nowe ubrania.
– Jeśli to on ma decydować o mojej karierze, to nie powinnam pić teraz drinka, tylko spakować walizki i kupić bilet powrotny do domu! – Opieram czoło o stół, ale zaraz gwałtownie się podnoszę, by dodać: – Poza tym przecież wiesz, że nie wierzę w przeznaczenie!
– I tu właśnie tkwi twój problem! – Wskazuje na mnie palcem. – Nie pomyślałaś, że może źle to interpretujesz i tak naprawdę porwałaś ich swoim… – zaczyna, ale przerywam jej ostrzegawczym spojrzeniem.
Zamyka usta i za chwilę znów je rozchyla.
– Czemu jesteś przekonana, że cię znienawidził i pragnie twojego upadku?
– Czy w ogóle słuchałaś, gdy ci opowiadałam, co się wydarzyło na castingu?
– No nie wiem, Romy…
– Nieistotne! Najważniejsze jest to, czy dostanę tę rolę, czy nie, już nigdy więcej nie będę musiała go oglądać!
– Nigdy więcej… – powtarza, uciekając gdzieś wzrokiem, i pozwala mi na użalanie się nad sobą. – Ostrzegam jednak, że jeśli za parę dni telefon zadzwoni, a oni ci powiedzą, że się dostałaś, uderzę cię takim soczystym: „A nie mówiłam!”, że będzie ci się odbijać echem do przyszłego Święta Dziękczynienia! – prycha zdenerwowana i bierze kartę do ręki. – Przez to wszystko spadł mi cukier. Zjemy szarlotkę na pół?
– To pytanie? – odpowiadam prychnięciem i przywołuję do nas kelnerkę.
Tate
Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś naprawdę mną poruszyło. Zaskoczenie to co innego. Ludzie są przewidywalni w pragnieniu szokowania i czasami im się to udaje. Dziwi mnie ich głupota, naiwność, chciwość, wybory… Nie zdarza się jednak, żeby ktoś mnie dotknął… w środku. Tam gdzie nie wpuszczam nikogo.
Przynajmniej nie zdarzyło się to do tej pory.
Uczucie jakby ktoś włożył mi dłoń do wnętrza klatki piersiowej i ścisnął za serce tylko po to, żeby sprawdzić, czy jeszcze bije.
Według osób, które z chęcią zamieniłyby się ze mną miejscami, jestem szczęściarzem.
Przyszedłem na świat ze złotym biletem w dłoni.
Tylko że to bilet w jedną stronę. Jadę z nim w konkretnym kierunku, a po drodze nikt nie pyta, czy miałbym ochotę na przesiadkę, czy zmianę kursu.
Paznokcie wbijające się w moje plecy, pocałunki w windach, błyski fleszy, premiery filmów, głośne imprezy – kiedyś to była moja dopamina.
Wiedziałem, że Los Angeles okaże się dla mnie dobrym wyborem. Przeprowadzenie się do miasta, w którym wszyscy są lub chcą zostać sławni, oznaczało, że komuś, kto wcale tego nie pragnie, łatwiej jest przemknąć niezauważonym.
Choć dla innych ludzi pozostawanie w cieniu może wydawać się utrapieniem, dla mnie było przyjemnym wytchnieniem. Obserwowano mnie od urodzenia. Prawdopodobnie mój pierwszy oddech został uwieczniony na nagraniu.
Urodziłem się już wyrzeźbiony. Nazwisko stanowiło formę, a ja tylko miałem się do niej dopasować.
Błękitna krew, ponoć płynąca w moich żyłach, powinna być motywacją do działania, zamiast tego czasami nie pozwala mi się nawet podnieść z łóżka.
Siedzę w pustym teatrze, światła zostały pogaszone, scenę oświetla tylko pojedynczy reflektor. Zostałem tu po castingu, chociaż mogłem wrócić do penthouse’u albo udać się na kolację z przyjacielem ojca, który chce ze mną omówić propozycję scenariusza.
Tylko po to, bym zdał sprawozdanie ojcu. W końcu nie obchodzi go moje zdanie, liczy się tylko to, co Richard Sinclair ma do powiedzenia, i pieniądze, które chciałby zainwestować. Ja jestem tylko łącznikiem.
Jebanym gołębiem pocztowym.
Przesłuchuję demo nowego „nieoszlifowanego diamentu” odkrytego ostatnio przez Charliego – mojego przyjaciela, łowcę talentów, producenta muzycznego.
Piosenki są okej. Mają dobry beat, melodię, która sprawia, że lekko postukuję palcami o blat. Dobrze wyprodukowane dzięki Charliemu, ale nudne.
Nie wzbudzają we mnie absolutnie nic…
Nagle, bez mojej zgody, jej imię ponownie we mnie wybrzmiewa. Nie wiem, jakim cudem ani co to, do cholery, oznacza.
Romy.
Usłyszałem miliony imion, uścisnąłem tysiące rąk, a jednak przy tym jednym coś się wydarzyło. Coś, co przewróciło moje wnętrzności na drugą stronę i zbiło mnie z tropu.
Te czekoladowe oczy otoczone grubymi ciemnymi rzęsami mnie hipnotyzowały. Jej długie blond włosy, w których chciałem zatopić palce, pełne usta wręcz błagające, by się w nie wpić. A jej prostego, pokrytego piegami nosa chciałem dotknąć swoim…
Miała w sobie coś nietypowego, czego żadna z wielu znanych mi zniewalająco pięknych kobiet nie mogłaby podrobić, nawet gdyby próbowała ze wszystkich sił. Żadnym makijażem, żadną operacją plastyczną…
Jej reakcje pozostawały nieprzewidywalne, a tak się składa, że nie wiem, jak to jest nie sprawować ciągłej kontroli.
Kompletnie nie miałem pojęcia, czego mogę się po niej spodziewać, a przecież uważałem się za eksperta w czytaniu drugiego człowieka. Kiedy wchodzę do pomieszczenia, skanuję atmosferę, gesty, mimikę, spojrzenia i reakcje ludzi – zawsze postępują zgodnie z moimi oczekiwaniami.
Tylko nie ona.
Chciałbym znów zobaczyć szok na twarzy Andrei, kiedy po przesłuchaniach zapytałem, czy jest szansa, że mógłbym asystować przy jej sztuce…
„Tate Sinclair pro bono?” wydała z siebie szczery, rozbawiony chichot. „A to nowość!”
Nie dziwię się jej. Jeśli nie musiałem w nim tkwić, to uciekałem od świata filmowego najdalej, jak mogłem.
Znalazłem się na tym castingu przypadkiem. Kobieta w ostatniej chwili poprosiła o moją obecność w jury. To dawna znajoma rodziny. Patrzyła, jak dorastam, co czyniło jej pożądliwe spojrzenia jeszcze bardziej niepokojącymi, lecz była zbyt piękna i zgrabna, bym kiedykolwiek zdołał jej odmówić.
Miałem być tylko ładną, znaną dla młodego pokolenia buzią. „Powiewem świeżości” wzbudzającym w niedoszłych gwiazdach podekscytowanie. Kimś, kto pokaże im, że mimo młodego wieku można odnieść sukces.
„Zostaniesz ich wzorem do naśladowania. Wszyscy chcieliby być tobą, Tate”.
Ha!
Przyjechałem tu na totalnym kacu, tego ranka ledwo się obudziłem i zostawiłem przywiązaną krawatem do łóżka Ellie, albo Eloise, samą.
Ciekawe, jak się wyswobodzi…
Żartuję. Odwiązałem ją, zanim poszliśmy spać.
Zanim ona poszła spać. Ponieważ ja nie mam w zwyczaju nocować u dziewczyn poznanych w barze, na premierze, na jachcie, we własnym klubie czy na krańcu świata.
Moje życie pozostaje wystarczająco skomplikowane i popaprane, by zaprzątać sobie głowę kolejnymi zobowiązaniami.
Nad ranem wróciłem do apartamentu, wziąłem zimny prysznic, połknąłem kilka witamin, jak gdyby miały wyprzeć alkohol z mojego organizmu, i popędziłem tutaj, po drodze powodując kolizję.
Kiedy dziewczyna wysiadła z samochodu, a ja zobaczyłem jej zgrabny tyłek opięty jeansami, pomyślałem, że mi się poszczęściło. Lecz gdy otworzyła usta, szybko zrozumiałem, że tkwiłem w błędzie.
Okazała się ekscentryczna i odrobinę neurotyczna. Stan jej wozu mnie przeraził… Nie wyglądał, jakby nadawał się do uczestniczenia w ruchu drogowym, a ja jeszcze bardziej się do tego przyczyniłem.
To był wypadek, przysięgam.
Tego dnia nie mogłem się skupić.
Kolejna kawa nie pomogła, ale szybko wyszło na jaw, że wcale jej nie potrzebowałem.
Bo obudziło mnie coś innego…
Ona.
Nie umiem przestać myśleć o jej dłoniach poruszających się w trakcie tego monologu.
Zazwyczaj to ostatnia część ciała kobiety, na którą zwracam uwagę…
Jej smukłe, kruche ręce drżały, gdy delikatnie gestykulowała, ale głos brzmiał pewnie. Zastanawiam się, kim trzeba być, żeby jednocześnie mieć tyle odwagi i tak bardzo się trząść.
Cholerna Romy.
Jej opalona twarz znów pojawia mi się w głowie jak torturująca mnie zjawa – schodzi ze sceny i obrzuca mnie tym spojrzeniem, jakby chciała mnie rozszarpać, a jednocześnie wtopić się we mnie aż do kości.
Jakby wyobrażała sobie, jak dokonuje brutalnego mordu, a jednocześnie składa mi przysięgę małżeńską.
Dualizm kobiety to niesamowite zjawisko…
Nie wiem, co mną kierowało, kiedy odegrałem z nią scenę w ten sposób.
Może pragnienie zemsty za to, że bezczelnie mnie olała, kiedy zmasakrowałem jej auto. Nie chciała mojego numeru ani pieniędzy. Co więcej, nie miała pojęcia, kim jestem.
Może jestem takim dupkiem, że chciałem jej dać nauczkę.
Może to chęć zabawy. Może pragnienie dominacji. Może coś zupełnie innego. To coś, czego boję się nazwać.
Może po prostu jestem pieprzonym specjalistą od masek i pragnąłem zdjąć ją z Romy. Bo wiedziałem, że coś ukrywa, i chciałem za wszelką cenę odkryć jej tajemnicę.
Lecz gdy mój umysł zatruła żałosna, naiwna myśl – jeśli odkryję jej tożsamość i czemu wzbudziła we mnie takie uczucie, odkryję, kim sam jestem – natychmiast się opamiętałem.
Gdy jako dziecko dostajesz oklaski, zanim nauczysz się mówić, w pewnym momencie przestajesz rozumieć, z jakiego powodu ci klaszczą. Wiesz jedynie, że tego potrzebujesz, a inni oczekują od ciebie zachowania godnego aplauzu.
Kiedy dorastasz, zaczynasz się bać, że jak przestaniesz być tym, kogo pragną widzieć, to przestaną bić brawa. A bez aplauzu zostanie tylko cisza.
A ty cholernie boisz się ciszy.
Nie umiesz już żyć, nie otrzymując stałego feedbacku, reakcji, aprobaty.
„Tyle jesteś wart, ile o tobie mówią”. „Masz wchodzić do pomieszczenia tak, jakby wszyscy na ciebie tam czekali!”.
Słowa ojca to moje mantry, czy tego chciałem, czy nie.
– Tate, to ty? – Głos Andrei dochodzi z backstage’u.
Wiecie, jak wygląda najlepszy sposób, żeby pozbyć się z głowy imienia jednej dziewczyny?
– Mhm… – mruczę z leniwym półuśmiechem, gdy burza rudych loków miga mi przed oczami.
Sprawić, że inna zacznie jęczeć twoje na tyle głośno, że je zagłuszy.
Andrea podchodzi do mnie i uśmiecha się podejrzanie. Dobrze wiem, co chodzi jej po tej ślicznej głowie.
– Mam w domu otwarte wino… – oznajmia, subtelnie zakręcając lok na palcu. – Zepsuje się, jeśli go dziś nie wypiję…
Nawet nie lubię wina.
– To byłaby ogromna szkoda – odpowiadam, wzdychając, i podnoszę się z krzesła.
Z drugiej strony, czy to nie Oscar Wilde powiedział, że jedynym sposobem na pozbycie się pokusy jest jej ulec?
Zgniatam kartę castingową dziewczyny w kulkę, rzucam ją na stół i ruszam za kobietą.
Romy, Romy, Romy.
Działasz mi na nerwy.
well here’s another nice mess you’ve gotten me into.
Romy
teraz
Wbiegłam do środka knajpy w ostatniej chwili, zanim rozpętała się ulewa. Wygładzam włosy, wyglądając za okno. Zdejmuję płaszcz i kątem oka już dostrzegam moich przyjaciół, siedzących w innym miejscu niż zwykle.
Podchodzę do znajomych i posyłam im zaskoczone spojrzenie.
– Jakieś dziunie siedzą przy naszym stoliku – wyjaśnia z niesmakiem moja przyjaciółka, zanim nawet zdążę o cokolwiek zapytać albo chociaż się przywitać.
Mój wzrok pada na grupę zakonnic okupujących nasze stałe miejsce.
– Fiona! – cedzi Caleb, szturchając ją w żebra.
Siadam na wolnym krześle i podsuwam je bliżej stołu. Moim przyjaciołom daleko do najbardziej typowych ludzi, jakich da się spotkać w życiu. Zdecydowanie są jednak najbardziej wyjątkowi.
Przewracam oczami ze śmiechem.
Mieli dobre serca, ale nie byli poprawni politycznie…
Delikatnie mówiąc.
Caleb sam siebie nazywał „gejem do trzeciej potęgi”.
Zrozumiał to, kiedy z okazji siódmych urodzin ciocia zabrała go na premierę Wicked na Broadwayu, a on zakochał się w Fiyero.
Wersji człowieczej, rzecz jasna.
Jakiś czas później nastąpiła jego fascynacja baletem, a w wieku jedenastu lat zrobił oficjalny coming out przed całą rodziną podsumowany własnym wykonem Kylie Minogue.
– Pewnie już modlą się o twoje nawrócenie… – mamrocze Fiona i siorbie ze szklanki, w której został już tylko lód.
Z nich wszystkich to właśnie ona miała niewyparzony język, a brak filtra był jej cechą rozpoznawczą.
– Tak w ogóle, to – teatralnie macham rękoma, próbując się wtrącić – witajcie, drodzy przyjaciele!
– A-a! – Caleb kiwa palcem przed jej twarzą, zupełnie mnie ignorując. – Moja religia nie dyskryminuje!
– Dlatego, że jej przywódcą jest RuPaul! – wtrąca Brooke.
– Właśnie. – Przyjaciel unosi kieliszek w toaście. – Amen!
Idziemy w jego ślady, a kiedy wszyscy stukamy się szkłem i każdy wykonuje swój rytuał następujący po toaście – Brooke dotyka dnem szklanki stołu i robi nią dwa okrążenia, Caleb głośno cmoka z teatralnym wydechem, Vincent uderza pierścionkiem w szklankę, Fiona potrząsa zabawnie ramionami, a ja puszczam oczko – w końcu uwaga pada na mnie.
– Romy! – woła Vinnie, przeciągając moje imię. – Ty zawsze robisz dramatyczne wejście! W deszczu, z trzaśnięciem drzwiami i z uniesieniem brwi w minie: „Nie uwierzycie, co mnie dziś spotkało! PS Zachowujecie się jak idioci!”.
Uśmiecham się, bo trafił w sedno.
– Co ci się dziś przytrafiło?
– Oprócz tego, że weszłam w sam środek szykanowania grupy zakonnic? – wzdycham. – Pomyślmy… Na przesłuchaniu grałam matkę faceta starszego ode mnie, to na pewno nie uderzyło w moje ego. A żeby dodać temu spektakularności, reżyser, który swoją drogą na pewno zażył coś przed tym castingiem, zasugerował, że w pewnym momencie mój syn powinien naprawdę na mnie zwymiotować.
– Zrobił to?!
Wytrzeszczyli oczy.
– Nie. – Kręcę głową. – Nie zgodziłam się, więc stwierdził, że nie mam wystarczająco temperamentu i nie poświęcam się jak na aktorkę przystało. I „przykro mu patrzeć, jak taki potencjał się marnuje”.
– Ech. Co miał na sobie, kiedy to mówił? – pyta Brooke, jakby to była najistotniejsza informacja.
– Sweter z golfem i marynarkę w kratę? – odpowiadam pytająco.
– Och, klasyk… – Caleb zaciska powieki, jakby wizja tej stylizacji przyprawiła go o mdłości. – Rozczarowany ojciec wersja Dwayne The Rock Johnson.
Chłopak milknie, gdy te słowa padają, ale nim zdąży coś dodać, zmieniam temat:
– Więc toast! – Unoszę szklankę, wypuszczając długi oddech. – Za porażki pchające nas do celu i… do baru?
Dobre i to.
– Amen – powtarza Caleb, składając ręce w modlitewnym geście.
Ponownie stuknęliśmy się szkłem.
– Jeszcze nikt nie umarł przez brak stabilizacji finansowej!
Z pewnością wiele osób, ale postanawiamy zignorować ten wniosek i trzymać się przyświecającemu nam celowi.
Vinnie dramatycznie przykłada rękę do serca i ocierając nieistniejące łzy wzruszenia, mówi:
– Może i nie mamy planu emerytalnego, ubezpieczenia ani darmowej opieki zdrowotnej… ale mamy siebie i zniżkę na wino!
Znowu wybuchamy śmiechem.
– Vincent – zaczęła Brooke, zerkając na niego z podejrzanym błyskiem w oku – co ty w ogóle teraz robisz? Nadal opiekujesz się tym psem?
– Psem? – Unosi brew z oburzeniem. – Opiekuję się mopsicą o imieniu Lady Clementine. Wyrażaj się! – sapie z udawaną frustracją. – Ma własny pokój i bardziej poukładane życie uczuciowe niż ktokolwiek z nas.
Moje nie istniało, więc faktycznie pies miał szansę, by wygrać ze mną w tej kategorii.
– Czy to ta co ma zeza? – rzuca Fiona.
– Właścicielka czy Lady Clementine? – pytam, żeby podkręcić sytuację.
Brooke się śmieje.
– To ty nie wiesz? – Caleb się oburza. – Właścicielka Lady Clementine to niezła laska! Nasz młody mężczyzna długo nie zrezygnuje z tej ciepłej posadki… – Ściska pieszczotliwie chłopaka za policzek, a on uderza jego rękę i ociera twarz.
– Czy ona nie jest… stara? – Ściągam brwi w dezorientacji.
– Ma tylko trzydzieści osiem lat! – protestuje Vincent.
– Oho. Nasz Vinnie za bardzo się podekscytował… – Fiona próbuje powstrzymać śmiech.
Wszyscy wiemy, do czego zmierza.
– Oby nie wyrzucili cię z kolejnej pracy za niestosowne zachowanie…
– O! MÓJ! BOŻE! – Przyjaciel uderza ręką w stół, a my wybuchamy śmiechem. – Ile razy mam powtarzać?! Nie dostałem wzwodu na zajęciach z aktu!!!
– „To była erekcja ze stresu!” – dokańczamy za niego synchronicznie pomiędzy wybuchami śmiechu, a on opada na oparcie kanapy i zsuwa się po niej, aż ledwo wystaje zza stołu, co tylko doprowadza nas do kolejnego napadu histerycznego rechotu.
Przyglądam się im – wciąż chichoczącym, gadającym jedno przez drugiego, przekomarzającym się, zbierającym oburzone spojrzenia zakonnic i innych gości baru.
Każdy z nich miał w sobie coś… znajomego.
Różne części mnie samej.
Fiona – bunt wobec świata i niesprawiedliwości.
Brooke – pragnienie, by żyć fantazjami i gonić za marzeniami.
Caleb – potrzebę pozostania częścią czegoś większego, znalezienia wspólnoty, celu.
Vincent – niepoprawny romantyzm. Tej części siebie bałam się najbardziej.
Właśnie dlatego sobie na to nie pozwalałam… Nie żebym miała specjalnie wiele okazji…
– Romy, opowiedz im, co na ostatnim przesłuchaniu powiedziała ci reżyserka! – Brooke wyrywa mnie z zamyślenia i zachęca z dumą.
Jaka byłam ja?
Dalej do końca nie wiedziałam… ale oni mnie akceptowali i kochali. To na razie wystarczało.
