Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Poruszająca opowieść o kobietach z jednej rodziny, których życie od początku wyznaczali mężczyźni i niezmienne reguły świata. Z czasem przestały się godzić na zastany porządek i zaczęły pisać własną historię.
Ulianna i Aniela dawno temu przybyły do lasu nad bagienkiem, żeby walczyć o przetrwanie. Anna, Gosia i Marysia, mimo tragicznych wydarzeń w ich życiu, nigdy tak naprawdę nie opuściły tego miejsca. Las obserwował ich zmagania, ukrywał rodzinne tajemnice i dawał ukojenie. Teraz najmłodsza z rodu, Ula, wraca do domu, by szukać spokoju i poczucia własnej wartości.
Losy pięciu pokoleń kobiet splatają się w opowieść o miłości, stracie i o tym, jak przeszłość kształtuje kolejne pokolenia.
To powieściowy manifest o niezgodzie na krzywdę i role narzucone kobietom przez tradycję.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 268
Data ważności licencji: 7/4/2030
Copyright © Izabela Bucka
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
MAQ PROJECTS
Korekta
Anna Zientek
Projekt okładki
Iza Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68923-04-9
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60-175 Poznań
www.replika.eu
Moim Wspaniałym Przodkiniom
Możesz nie mieć odwagi.
Ale miej w sobie niezgodę.
Niech cały świat skurczy się tak, by zmieścił się w garści. Albo w małej myśli. Niech ucichnie, kiedy serce drży. Nie przeszkadza. Niech pozwoli zdusić to, co upadło, co tapla się w bagnie, gnoju i znoju. By w końcu jęknęło i zdechło. Pierdyknęło. I tyle. Skuńcyłosie.
Wtedy wszystko zacznie się od nowa. Nie tylko dla Ciebie.
1. Anna
Świat skurczył się do rozmiarów małego okienka.
Dziewczynka musiała wspiąć się na pieniek i zadrzeć głowę, by przez nie zajrzeć. Na dłoniach poczuła pył ze starych cegieł. Okienko było brudne i zaśniedziałe. Broniło wnętrze przed dostępem światła i wzrokiem dziewczynki.
Przytknęła nos do zakurzonej szyby. Pajęczyna z rogu okna wplątała się w jej włosy. „Chodź do mnie, mróweczko” – szeptał do niej pająk.
Mróweczka stanęła znowu na stopach. Zgarnęła przyklejoną pajęczynę z twarzy i zajrzała przez lekko uchylone drzwi. Jeszcze ich nie otwierała. Wciąż się bała. Przez szparę nie było widać więcej niż przez okienko. Ciemna przestrzeń. I tyle.
Kiedy pociągnęła za skobel, drzwi lekko zaskrzypiały, ale nie stawiały większego oporu. Chodź, mróweczko. Przestrzeń wewnątrz rozjaśniła się po chwili, a intensywny zapach gnojówki szczypał w oczy. Dookoła wpatrywały się w nią wypukłe ciemne źrenice. Znieruchomiałe w zadziwieniu twarze. Wstrzymujące oddech brzuchy. Tylko muchy upierdliwie latały koło gówien przyklejonych do zadków, dlatego trzeba było odganiać się ogonami.
Od prawej strony stały dwie owce przykute łańcuchem do murowanej ściany. Strzygły uszami nad drewnianym korytkiem u ich stóp. Dalej tępym wzrokiem wpatrywał się w nią cielak. Za nim matka krowa, czujna, czy nie trzeba stawać w obronie dziecka. Nie, nie trzeba. Po lewej stronie wielki grzbiet konia ciężko wznosił się i opadał. Chrapy pracowały, łapiąc powietrze. Łeb zwrócony był w stronę żłobu.
Pośrodku leżał on. Ramiona wyciągnięte nad głowę. Nogi bezradnie rozrzucone, jakby odczepiły się już od tułowia. Ciało dziwnie skręcone. Oczy jeszcze niezamknięte. I tyle.
Dziewczynka patrzyła na tę twarz. Na krew wypływającą spod ciemnych włosów i powoli zastygającą, jak zalakowana dziura. Albo wiśniowa konfitura, którą robią z matką latem. Sok pryskał, kiedy drylowały pestki. Zalał niezamknięte oko. Czy ono widziało jeszcze, w tym mroku? Czy dostrzegło ją? Oby nie. Dziewczynka zadrżała ze strachu.
Oko mrugnęło. Powieka opadła. I tyle. Skuńcyłosie. Czego tu się bać.
Milczące twarze wokoło nie patrzyły na postać na słomie. Dreptały teraz przy swoich żłóbkach i zerkały na osobę przy wrotach. I co teraz?
Dziewczynka wybiegła ze stajni. Nie zamknęła nawet skrzypiących wrót, tylko ruszyła w stronę domu, który stał po drugiej stronie podwórka otoczony wianuszkiem drzew i krzewów.
– Mamo! – krzyczała jeszcze przed drzwiami.
Wpadła do sieni i tu się zatrzymała na chwilę. Nasłuchiwała.
– Mamo! – zawołała raz jeszcze.
– Idź sobie stąd! – usłyszała głos matki. – Wont! Słyszysz?! Już!
Kobieta zatrzasnęła drzwi przed jej nosem. Dziewczynka zdążyła jedynie dostrzec plamę krwi, jak ten sok z wiśni.
– Mamo… – Łzy napłynęły jej do ust, sięgając już drżącej brody. – Mamo, będzie dobrze, zobaczysz. Będzie dobrze.
Trudno powiedzieć, czy dziewczynka sama w to wierzyła. Nie mogła dostrzec też tej wiary na twarzy matki. Drzwi do pokoju były zamknięte.
2. Ula
Z koron drzew wysoko nad jej głową wyleciał ptak. Jego wrzask przeciął leśną ciszę. Strzała przeszyła niebo nad lasem.
„Ptaki srają ci na głowę!” – powiedziałaby babka.
Ula schyliła się odruchowo. Jakby to miało jej pomóc. Kiedy się podniosła, na niebie został jedynie ślad strzały w drgającym powietrzu. I tyle.
Parę metrów od niej ciotka Gosia szła zgięta wpół jak scyzoryk. Węszyła z nosem przy ziemi. Przeszukiwała wzrokiem poszycie lasu, jak bocian. Zaraz padnie dziobem między mchy.
Ula szła za nią krok w krok. Nie bała się zgubić w lesie. Bała się zgubić ciotkę.
– Znasz się? – zapytała Ula.
– Znam – odpowiedziała ciotka, wciąż w pozycji wykrywacza metali. – Tak trochę.
– Tak trochę czy znasz się? – Uli nie pasowała odpowiedź Gosi.
Kobieta w końcu wyprostowała się i odwróciła w stronę dziewczyny.
– Znam się – zapewniła. – O tutaj.
Ula nachyliła się nad miejscem, które wskazał kijek ciotki. Lekkie wybrzuszenie ściółki. Ktoś próbuje wydostać się na zewnątrz. Ktoś albo coś.
– Kurka.
– Może.
– Na pewno. Nie wierzysz? – Ciotka spojrzała jej w oczy. – Nie wierzysz mi?
Ula wzruszyła ramionami. Bolały ją plecy. Bolała głowa od wytężania wzroku. Zrobiło się zimno. I cicho. Za cicho jak dla niej.
– Jak nie chcesz, to nie zbieraj. – Ciotka znowu pochyliła się przed siebie.
– Wiem. Przyszłam tu z tobą. Dla towarzystwa.
– Cieszę się. – Kobieta mruknęła już zza drzewa.
Utonęła w gęstych krzakach, między paprociami.
Ula znała ten las i nie znała. Bywała tutaj, jak to się bywa w lesie. Wdycha się powietrze. Słucha się ptaków i szumu drzew. Wlokła się zazwyczaj za babką albo za ciotką, jak teraz. Żadnego grzyba nigdy nie znalazła, nawet jak babka stanęła obok niej, marszczyła nos i mówiła ni to do siebie, ni to do Ulki: „Pachnie grzybem”. Ula żadnego nie widziała, nawet gdyby w niego wdepnęła. Widocznie węch też miała kiepski. „Niemiła Bogu ofiara, chodź, cielę, do obory” – jęczała jej przez ramię babka i jednym zdecydowanym ruchem zaostrzonego kija odcinała grzyb. Dziewczyna nigdy by go nie znalazła, bo nie chciała.
Wolała nasłuchiwać. Słuchała lasu. Tak jak teraz.
Tym razem krzyk był dłuższy. Wysoki i przeciągły jak wołanie o pomoc. Ktoś wołał.
Ula pospieszyła w tamtą stronę. Ciotka i tak zanurkowała w paprocie i zniknęła jej z oczu.
Niedaleko wśród rozrośniętych jabłonek i wiśni dostrzegła jakieś zabudowania. Za małym sadem krył się dom. Drewniane ściany gryzły się z doklejonymi pustakami, spomiędzy których wypłynąć chciało spoiwo jak majonez z kanapki. Dachówka z jednej strony dachu odpadła. Zasłona w drzwiach. Ławka pomalowana na zielono. Pranie na sznurze. Przewrócony stary rower. I wysoka grządka, niezasiana, niekwitnąca. Dookoła jabłonie i wiśnie.
I dwóch chłopców, młodszy i starszy. Teraz ich zauważyła. Stali bez ruchu w gęstych krzakach i spoglądali w dal. Jeden z nich miał niebieskie, lśniące w słońcu włosy. Odbijały się na tle zieleni drzew. W ręku trzymał aparat.
– Piotrek! – Z domu dobiegł kobiecy głos.
Zawtórowało mu szczekanie psa. Chłopcy wyskoczyli z krzaków i pobiegli do domu.
Ula nie mogła sobie przypomnieć, co to za dom i kim są ci ludzie. Czy aż tak bardzo zmieniło się wszystko przez ten czas, kiedy jej nie było?
Z domu dobiegł kobiecy śmiech. Wplątał się w lekki wietrzyk, który wciąż poruszał liśćmi jabłoni, i w groźny pomruk dochodzący gdzieś zza horyzontu zakończonego wysokimi chaszczami traw.
Zamiast wrócić do ciotki i jej grzybów, na dobrą ścieżkę, poszła w tamtą stronę, wmieszała się w wysokie łąki. Dotarła na skraj ogromnej czarnej dziury w ziemi. Dziura w sercu, nie do zaszycia.
Stała nad kopalnianym wkopem, wydrążonym w ziemi. Wielka kopalnia węgla brunatnego. Wymarłe morze. Morze martwe. Resztki i szczątki na jego brzegach skarłowaciały i sczerniały. Niechlujne tarasy schodziły w dół, do środka już dawno wygasłego krateru. W czarnej ziemi, jak w gawrze, krył się zwierz i mruczał groźnie.
Na drugim końcu krateru pracowała zwałowarka. To ją słychać było w całej okolicy. Gwiezdny statek z odległej galaktyki męczył się i wypluwał strumień ziemi, wiedząc, że do końca świata nie zasypie powstałej dziury. Zostanie na zawsze – czarna dziura w ziemi. Dziura w sercu, nie do zaszycia.
W oddali wymarłą kopalnię otaczał płot wiatraków. Wywijały monotonnie rozczapierzonymi palcami w kierunku kosmicznej maszyny ze stali. Walka wiatru i ziemi. Kto ją wygra?
Ula nie zastanawiała się nad tym. Jej uwagę przykuło coś innego. Nad brzegiem wkopu stała postać. Ula nie mogła rozpoznać ciemnej sylwetki kryjącej się w wysokich trawach. Nawet tego, czy to kobieta, czy mężczyzna. Stała przez chwilę, po czym odwróciła się i rozpłynęła w trawie i w powietrzu.
Groźny pomruk wciąż na nią warczał. Kiedy wróciła, las nie odzywał się do niej, zamknął usta. Po ciotce nie było śladu.
– Ciociu! – zawołała niepewnie.
Wiatr jedynie zarechotał.
Krzyknęła raz jeszcze, tym razem głośniej. I odpowiedział jej niemrawy głos ciotki albo echa. Zaczęła biec. Poślizgnęła się na paru szyszkach, które las rzucił jej pod nogi. Parę gałęzi zamierzało ją zatrzymać. Zostawiły jedynie małe szramy.
Zastała ciotkę na niewielkiej polanie otoczonej gęstymi zasiekami krzewów. Światło pasami przeciskało się przez pnie. Gosia kucała koło złamanego drzewa. Torba z grzybami leżała rzucona w kąt. Zresztą nie było tam ich wiele.
Ciotka przeczesała trawę koło pnia i szybko wstała.
– Gdzie byłaś? – Gośka odwróciła się do niej.
– Zagubiłam się trochę. – Ula poczuła, że musi się wytłumaczyć.
– We własnym lesie? Znasz go od dziecka.
– Widocznie zapomniałam. Albo to las się zmienił. Może to już nie jest mój las.
– Gadanie – burknęła ciotka i poszukała wzrokiem torebki z grzybami. – Las się nie zmienia. I nie zapomina, tak jak my.
– Może i tak. – Ula nie miała ochoty z nią dyskutować.
Znalazła jej kijek leżący w krzakach i podała ciotce. Jego koniec był ścięty ostro jak kosa. Kosa do grzybów. Dostała ją od babki.
– A co to za miejsce? – zapytała, kiedy ciotka skierowała się między drzewa.
– A tam, takie… – Ciotka przyspieszyła kroku. – Miejsce jak miejsce. Chodź. Tu grzybów nie znajdziemy. Nie teraz. Może w październiku.
Ula podeszła do ściętego pnia drzewa, gdzie kucała ciotka. Kępy trawy nie zakryły wszystkiego. Suche, powiązane jakoś za sobą patyki wetknięte krzywo w ziemię. Małe niezdarne krzyżyki. Między nimi stary plastikowy kwiatek, wyblakły czerwony. Obok zaschnięte dawno konwalie. Mały grobek. Cała tajemnica. I tyle.
– Idziesz?! – Ciotka znikała już między drzewami.
Ula dogoniła ją.
– Co to?
– Mówiłam, las. Drzewa, krzaki, gałęzie. Miejsce jak miejsce. Chodź, bo się znowu zgubisz. Babka powie, że już jesteś pierdołą z miasta. Z miastaście, gapaście.
Ciotka się nie zatrzymała. Swoją drewnianą kosą torowała sobie przejście między krzakami.
– Nie widziałam nigdy tego miejsca. – Ula nie odpuszczała.
W oddali znowu wrzask jakiś pognał nad drzewami. Odwróciły się obie w tamtą stronę.
– Jakby dziecko krzyknęło. – Ula nasłuchiwała.
– To ptak.
Zbliżały się do granic lasu. Wokoło zrobiło się jaśniej. Zaczęły bzyczeć bąki w wysokich trawach, na wieczór, na noc. Sygnał do odwrotu.
– Nie mów nic babce o polance. – Ciotka odwróciła się przez ramię. – Powie, że byłaś ślepa.
Widocznie była ślepa. Ślepa pierdoła z miasta. Jak powie babka.
3. Babka
Weszły po cichu do sieni. Podłoga ziębiła ich bose stopy, a na posadzce pozostały grudy ziemi spod butów. Dużo ich było. Ula pospiesznie je zebrała i wyrzuciła przed dom.
Nad drzwiami wisiała zardzewiała podkowa. Na szczęście albo na nieszczęście, bo wszystkie kłóciły się, w którą stronę powinna być zwrócona – w dół czy w górę – dlatego powiesiły ją w bok. Na przekór.
Stół i szafki w kuchni były wysprzątane, ale kąty pozostawały zawsze ciemne, jakby zagnieździł się w nich pan brud albo pan grzyb. Ale prędzej kurz z podłogi zamieciony na boki. Ula nie zaglądała tam, by czegoś nie dostrzec, czegoś bezkształtnego i bezimiennego. Z błyszczącymi oczami.
Ciotka położyła torbę z grzybami na stole.
– Usmażymy je z cebulką i jajkiem na kolację.
Uli przypomniało się danie z dzieciństwa. Aromat grzybów, bardziej gęsty niż smak. Wybierała zawsze grube ogonki, które chrupały między zębami.
Zaskrzypiały drzwi w głębi kuchni, prowadzące do małego pokoiku na tyłach domu.
– Dużo tego macie?! – usłyszały głos, ale nikt nie pojawił się w drzwiach.
Zobaczyły jedynie końcówkę kija, który popchnął drzwi, by szerzej się otworzyły.
– Galancie! – krzyknęła ciocia i popatrzyła znacząco na Ulę. – Zapasy na całą zimę. Ledwo utargałyśmy.
Z pokoiku dobiegło stęknięcie:
– Sama będziesz je obirać. Ja dłubać po próżnicy w gównie nie mam zamiaru.
Ula uśmiechnęła się do ciotki. Babka była w dobrym humorze. Ostatnio rzadko to się zdarzało. Tak samo nieczęsto wychodziła ze swojego pokoiku za kuchnią, który teraz stanowił jej sypialnię, graciarnię, sezam, jaskinię, bazę wypadową i centrum dowodzenia domem. Pomieszczenie było wielkości łazienki i zostało zrobione ze starej spiżarni, kiedy babka powiedziała, że nie będzie już spała w pokoju ze starym dziadem, czyli ze swoim mężem, dziadkiem Tadeuszem. A w ogóle to w nim straszy. Stary dziad w nim straszy.
Dziadek nawet na nią nie spojrzał, być może tego nie usłyszał. Dalej memłał w buzi kawałek chleba. Cała sypialnia małżeńska została dla niego, więc co miał protestować. Do tego miał tam taki podnóżek, gdzie mógł klęczeć przed obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej i wywijać bezgłośnie wargami. Kiedy z głośnym stęknięciem wstawał z kolan, babka syczała pod nosem: „Stara dewota”.
A głośno:
– Módl się i pracuj, a garb ci sam wyrośnie.
Dziadek odpowiadał jej wtedy:
– Za ciebie też zdrowaśkę odmówiłem.
– A Bóg ci zapłać – odpowiadała – kijem po plecach.
Ciotka wysypała grzyby do miski. Znajomy zapach rozszedł się po całym pomieszczeniu. Grzybni i pleśni. Ula dawno nie czuła go tak intensywnie. Tak swojsko. Nie, to złe słowo. Raczej przyjaźnie i blisko.
– Gośka, przekrawaj, czy robaków ni ma – znowu odezwał się głos z pokoiku.
– Wiem, mama. Wiem.
– Bo ja z mięsną wkładką grzybów nie lubię.
– A białko potrzebne. Siła w uszach od tego.
– Nie mądruj się, bo cię pająki pod obraz wciągną!
Ciotka już powstrzymała się od kolejnej riposty.
W małym pokoiku coś zgrzytnęło, zaskrzypiało i z ciężkim stęknięciem starsza kobieta wstała z łóżka.
– A gdzie ta cholera się podziała? – usłyszały mruknięcie.
– Jaka cholera?
– No, moja laska.
– Spaliłam ją w piecu.
– Co?!
Ula drgnęła, ale ciotka pozostała niewzruszona nad miską z grzybami.
– Jest przy drzwiach – odpowiedziała i uśmiechnęła się pod nosem.
– Aaa…
Szuranie kapci zbliżało się powoli w ich kierunku. Po chwili starsza kobieta powinna pojawić się w drzwiach kuchni.
– Pójdę już do pokoju. – Ula miała zamiar się wycofać.
Coś jej podpowiadało, że wraz z wejściem babki do kuchni zabraknie dla niej miejsca. Przestrzeń zostanie zawładnięta przez gęstą energię, aż przebywające w niej osoby opadną bez sił na podłogę jak puste baloniki.
– Zostań, będziemy smażyć grzyby. – Z ciotki już powoli wylatywało powietrze.
Dziewczyna jednak cofnęła się o krok w stronę wyjścia.
– Zaraz przyjdę. Umyję się tylko.
– I sprawdź, czy nie masz kleszczy.
– Sprawdzę.
Zdążyła wyjść z kuchni, kiedy z drugiej strony pojawiła się niska, zgarbiona postać.
– Uciekła? – Babka oparła się całą siłą o powykrzywiany kij.
– Wystraszyła się ciebie.
– A co ja? Baba jaga jestem?
– A nie?
– Czarownica?
– A nie?
Babka nie odpowiedziała, tylko pokuśtykała w kierunku miski z grzybkami.
– Kto to chodzi na grzyby w sierpniu – gderała.
– Sama kazałaś.
– Jezu, a mniejszych to nie znalazłaś? – Zajrzała do środka. – To się tylko na korale nadaje. Piórko w dupkę i na podryw.
Ciotka przemilczała tę uwagę. Usiadła z miską między kolanami i zaczęła małym kozikiem skrobać grzyby z ziemi i igliwia. Starsza kobieta usiadła po przeciwnej stronie kuchennego stołu. Pomarszczonym palcem prostowała zagniecenie na ceracie w kwiaty. Ale zagniecenia nie dało się wyprostować.
– Kolana mnie bolą – stęknęła. – Muszę sobie kapustą owinąć.
– Bolą cię? – Goska zdziwiła się. – Przecież cały dzień w domu siedziałaś.
– A bolą. Może jeszcze sprytem posmaruję.
– Spirytus miał być na nalewkę.
Gośka spojrzała ukradkiem na twarz kobiety. Powieki opadły, skóra pomarszczyła się jeszcze bardziej niż zwykle, głowa zawisła nad stołem.
– A Ulka…? – Babcia coraz wytrwalej dłubała paznokciem w ceracie.
– Co Ulka? Poszła się umyć. Po grzybach.
– Przyjechała.
– No tak, przyjechała.
– Dlaczego?
– Jak to dlaczego? Tutaj jest jej dom.
Ciotka poczuła teraz na sobie wzrok matki. Wiercił jej dziurę w mózgu, w myślach i sumieniu, jak paznokciem w starej ceracie.
– Dlaczego przyjechała? – powtórzyła pytanie babka. – Nie przyjeżdżała całymi miesiącami. A jeśli już, to na parę dni. I znowu w nogi. Jak najdalij, jak naszybcij. Przecież jej tu nie było z siedem lat.
Ciotka syknęła. Ostrze noża przejechało jej po palcu.
– Dziewięć z hakiem – rzuciła nad miską.
– No właśnie.
Babka przestała dziurawić obrus palcem. Podparła dłonią policzek. Jej ciało się jeszcze bardziej zgarbiło, a głowa zawisła nad biustem. Z przymkniętymi powiekami wyglądała jak drzemiąca skała. Głowa opadała coraz niżej i niżej, z każdym oddechem.
– Może w końcu zatęskniła i stwierdziła, że wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Gośka rzuciła w kąt przełamany na pół grzyb. Robaczywy. Dobry dla duszków.
– Może. – Babka nie otworzyła oczu, tylko zamieniła rękę podtrzymującą głowę. – Może coś się wydarzyło?
– W życiu młodego człowieka ciągle się coś dzieje.
– Tym razem coś poważniejszego. – Staruszka kiwała się w medytacji.
– Wiesz? – Kpiący uśmiech wykrzywił usta Gośki.
– Wiem.
– Skąd?
– Ja, dziecko, wszystko wiem – stęknęła babka i wstała od stołu. – Nie to, co ty.
Zaszurała po podłodze stopami w starych grubych pończochach, bez kapci, które zostały pod stołem.
– Mam pięćdziesiąt lat. – Ciotka wyprostowała się nad miską.
Paznokcie umazane miała w czarnej grzybni i mchu.
– I co z tego? – Babka odwróciła się od niej. – Powiedz, co z tego masz? Jesteś starą panną. Nawet dziecka nie umiałaś sobie załatwić. Sama jak palec.
„To przywaliło, babsko jedno” – pomyślała Gośka. Ciągle to samo słyszy od starej baby jagi.
– Bo żaden mi nie odpowiadał. A ty mówiłaś: „Gdybyś mieć miała męża…”.
– Wiem, „…tłuka, niech ugorem leży dupa” – dokończyła babka.
– Zresztą… – powiedziała Gośka. – Mam Ulę.
– Ulę masz…
Babka podeszła do szafki. Wyjęła z niej butelkę z przezroczystym płynem, usiadła na krześle, podciągnęła fartuch i zaczęła smarować sobie kolana octem. Pończocha zrolowała się po kostki. Skóra, pomarszczona powłoka, z której wypuszczono powietrze, drgała pod każdym dotknięciem, pod każdym dmuchnięciem wiatru. Zgrzybiałe palce masowały ciało, jakby wbrew swojej woli, kierowane przez jakąś wyższą siłę. Mechanizm z góry.
– Ulę masz. – Babka masowała teraz kolano. – To ją sobie przywiąż, jak potrafisz.
– Przestań, mamo! – Gośka nie chciała już jej słuchać.
Ale ona nie przestawała.
– Nic na kolację niezrobione – warknęła. – Dziadek nieprzebrany. A ty łazisz po lesie cały dzień i zbierasz jakieś gówna, z których nie wiada, co zrobić. Zgarnij choć resztki w gorszkę.
Gośka znieruchomiała nad miską. Wrzuciła do niej nożyk i z hukiem położyła na stole. Bez słowa wybiegła z kuchni. Trzasnęła jedynie drzwiami, aż zawieszona nad nimi w sieni podkowa zadrżała. Ale nie spadła. Gośka zatrzymała się dopiero na środku podwórka.
– Pani Gosiu? Co pani jest?... – usłyszała głos zza płotu.
Babka udawała, że nie zauważyła zniknięcia córki. Odsunęła miskę z grzybami ze stołu i zgarnęła w garść resztki ziemi, igliwia i zeskrobanych grzybów. Podeszła do szafki, wyjęła z niej kawałek chleba i oderwała okruszek. Zmieszała w dłoni z resztkami po grzybach. Pokuśtykała do kąta, tego, który skrył się w ciemności, kurzu i cieniu stojącej szczotki do zamiatania, i wysypała tam to, co miała w garści.
Kaśka, Maryśka, rum tum tum.
Strugała pyry na piuntą.
Przyszedł dziad, pyry zjadł.
Kaśka Maryśka rum tum tum…
Kiwała się na swoich chorych i skurczonych nogach i tuptała od kąta do kąta. W każdym kącie wysypała trochę grzybni z chlebem. Dlatego one, te kunty, nigdy nie będą widoczne, nie wyjdą z cienia. Nikt nie wie, co tam się dzieje. Babka też nie wiedziała. Wolała, by kunty pozostały kuntami. Jak piwnice, czy strychy. I tyle.
– Kaśka, Maryśka, rum tum tum…
4. Anna
Dom z czerwonej cegły. Nie pierwszy raz do niego weszła. Ale zawsze wchodziła tu ostrożnie, z obawą, czy coś nie wyskoczy z ciemnego kąta. Coś, co tam było, a było na pewno. Mimo że kąty były szorowane przez jej matkę, tak jak kazano.
Sprzątała nawet wtedy, kiedy nie była tu jeszcze gospodynią. Matka mówiła jej wtedy: „Wymieć z tych kątków, takie ciemne i brudne”. I ona małą szczotką wymiatała te kątki. Ale one wciąż były ciemne i brudne. Takimi chciały pozostać. Zostawiała tam zawsze odrobinę brudu. Wiedziała, że kąty szepczą do niej bezgłośnym, telepatycznym szeptem: „Daj nam trochę cienia. Musimy zostać w ukryciu. W cieniu jest nam dobrze. Nie rozprasza nas światło. Tu jesteśmy bezpieczni”.
Nieraz dostała po policzku albo po głowie otwartą dłonią matki, która brała szeroki rozmach. Znienacka, zanim świst powietrza dotarł do jej uszu i ją ostrzegł. A masz. Za ciemność kątów, za knowania z nimi. Ale ona nigdy ich nie zdradziła. Kąty pozostały w ukryciu, tkwiły tam bezpiecznie. Mrugały do niej niewidocznymi oczami.
Kiedy weszła do domu z czerwonej cegły po latach, po długich latach, miała obawę, że mury nie będą jej pamiętać. I nie pamiętały. Zastała obce, puste ściany. Bez mebli, bez sprzętów. Rażące pustką plamy po zdjętym krzyżu i ślubnym portrecie. Przyglądały się jej nieufnie.
Jedynie ciemne kąty ją poznały. W ich wnętrzach zrobiło się gęsto od przyspieszonego oddechu. Poczuła ten ciepły podmuch. Poczuła, że tutaj może być jej dobrze.
Musiała za sobą zostawić las. I dom pod lasem, w którym jej matka i babcia znalazły schronienie po długiej tułaczce z nieznanych stron. W nim się urodziła. Były wykopki i ojciec nie miał czasu, by zawieźć matkę do szpitala ani przywieźć jakąś położną. Nie miał na to ani czasu, ani pieniędzy. Ziemniaki przecież same z ziemi nie wyjdą. Nie załadują się na wóz i nie zapakują do piwnicy. A dziecko urodzi się samo, po prostu wyskoczy z brzucha. Nie ma innego wyjścia. I tyle.
Teraz też nie miała innego wyjścia.
Stała na środku pustego domu z czerwonej cegły, który na nią czekał, aż zestarzał się od tego czekania. Czekał, aż ona go wybierze. Bo nikt inny nie chciał wybrać domu, w którym straszy. Puste okna, puste ściany. Jedynie kąty, kryjące się w ciemności i kurzu, jakby tam wciąż coś zamieszkiwało i nie dawało się wypędzić. Nie spodziewała się, że będą na nią czekać. Nie spodziewały się, że wprowadzi się do nich ich dawna dobrodziejka, która zamiatała im kurz i dosypywała okruszków chleba.
Powoli chodziła po jego pokojach, stąpała jak najciszej, by nie skrzypiały podłogi, by nie zbudzić duchów, nie zdenerwować ich od samego początku. Tylko wtedy będzie mogła z nimi żyć, mieszkać pod jednym dachem. Nie przeszkadzać sobie nawzajem, nie zawadzać. Kto wie, może z czasem będą sobie pomagać.
Rozejrzała się, czy nie ma w pobliżu nikogo. Tadeusz poszedł zająć się zwierzętami w oborze. Wyjęła z kieszeni fartucha garść okruszyn i sypała je w każdym prawie zakątku domu, za piecem, za drzwiami, pod schodami na strych, przy drzwiach wejściowych. Jeśli ona zajmie się duchami domu, one z czasem oswoją się z nową osobą. Nie będzie tu intruzem.
– Na – szeptała. – Na.
– Na, kochanie – usłyszała.
Na drugi dzień okruszków nie było. Być może zjadł je kot, który wałęsał się wokoło, wychudzony, bo z opuszczonego domu uciekły nawet myszy. Upłynie trochę czasu, zanim wrócą. A wrócą na pewno.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
