Odblaski (nie)codzienności - Zofia Perłowicz - ebook

Odblaski (nie)codzienności ebook

Zofia Perłowicz

0,0

Opis

Powieść pt. „Odblaski (nie)codzienności” to opowieść o kobiecie, jej kłopotach, problemach i życiowych wyborach, niekoniecznie trafnych.
Ida znajduje się w przełomowym momencie swego życia. Dochodzi do wniosku, że musi dokonać w nim radykalnych zmian. Coś zaczyna się wyraźnie psuć w jej związku, chociaż wydawało się jej, że to małżeństwo z rozsądku. Zaistniałe sytuacje i zdarzenia zmuszają ją do przewartościowania życia i podjęcia kluczowych decyzji. Ida jest wrażliwa, przygaszona, niepewna siebie. Na takie cechy i osobowość nakładają się wcześniejsze niepowodzenia. Trudno jej przychodzi przełożenie swoich życiowych planów na konkretne działania. Nie zawsze też może liczyć na wsparcie męża.
Mimo słabości i osamotnienia próbuje znaleźć w sobie siłę do pokonania tych trudności. Ma też na względzie dobro swojej starszej córki. Pomimo przeciwności próbuje podejmować się różnych zadań. Postanawia zadbać o swój dobrostan duchowy. Rozpoczyna między innymi nową pracę. Jej śladami zaczyna ktoś podążać, ktoś, kto wini ją za swe niepowodzenia. Czyni to w sposób dość osobliwy i dziwny. Bohaterka zaczyna ocierać się o skrajne emocje. Tymczasem poczynania tajemniczego prześladowcy stają bardziej natarczywe.
Ida zmienia miejsce zamieszkania. Nowa praca, nowe wyzwania… i nawet nie zauważa, jak wkręca się w tryb kolejnych obowiązków. Zaczyna nawet obawiać się rutyny i monotonii. Ma wyrzuty sumienia względem męża, a także córki, że coś z etapu jej dorastania jej umknęło. Wówczas pojawiają się zawirowania, owa tajemnicza sprawa nie daje jej spokoju. Bohaterka również poznaje kogoś, a ta znajomość niemal totalnie zmienia jej postrzeganie świata. Jest zauroczona tą osobą. Dla niej czuje się niemal gotowa przewartościować swoje życie i poddać się całkowitej zmianie.
W utworze pojawiają się też inne postacie, nietuzinkowe i nieprzewidywalne. Nie brakuje momentów wzruszających, zagadkowych, czasami odrealnionych, a nawet humorystycznych. Część zdarzeń została przywołana w formie retrospekcji. Poruszone zostały współczesne problemy, takie jak hejt, samotność, odpowiedzialność.
Samo zakończenie jest dość osobliwe i niesie ze sobą pewien nośnik niepokoju.

O autorce  - interesuję się literaturą. Jest ona dla mnie bardzo ważna, zarówno z racji zawodu, jak i zainteresowań. Pisałam też różne teksty, lecz ich nie publikowałam, wykorzystywałam je w swojej pracy, bądź gdzieś chomikowałam. Pomagałam innym, szczególnie bardzo młodym ludziom, w nabieraniu pierwszych doświadczeń literackich. Z czasem powstał zamysł napisania własnego tekstu. Praca nad nim była rodzajem wyzwania. Tekst powstawał powoli, formułowanie jednak się pomysłu i ubranie go w słowa dawało mi pewną satysfakcję. Można ten proces nazwać swoistego rodzaju przygodą, inaczej jest bowiem, gdy się dokonuje interpretacji utworu, a zgoła inne doświadczenie temu towarzyszy, gdy samemu się go tworzy i jest się jakby wewnątrz kreowanego przez siebie świata.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 527

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



CZĘŚĆ PIERWSZA

I

Po raz kolejny miała sen, który przedstawiał łąkę pełną kwiatów. Była tam ona i mała dziewczynka. Stały i przyglądały się sobie z pewnej odległości. Ona podchodziła do niej i pochylała się, jakby chciała wziąć ją na ręce, i wtedy wszystko znikało. Budziła się zlana potem, tuliła się, kucała, przywierała do ściany, płakała. Obejmowała nogi bezradnie. Czasami udawało jej się zasnąć, ale częściej już nie spała. Tak było i tym razem. Po chwili podniosła się z łóżka, zarzuciła na siebie szlafrok i chodziła po pokoju. Nie mogła znaleźć sobie miejsca. Próbowała coś czytać, ale to było poza nią. Tekst nie przykuwał jej uwagi. Wszystko nakładało się na ogromny smutek, który nosiła w sobie od półtora roku. Myślała wtedy, aby zniknąć pod powłoką nicości i rozpłynąć się w niebycie, ot tak po prostu zamknąć za sobą drzwi i przeniknąć do krainy bezczasu. Wtedy powracała jedna myśl i ona właśnie nie pozwalała jej na takie rozwiązanie. Musiała wrócić do rzeczywistości, stawić czoła życiu, pokonywać bariery codzienności, to jednak stawało się coraz trudniejsze.

Spojrzała na zegarek – czwarta z minutami. Zastanawiała się, jak dobrnąć do rana, jak przejść przez kolejny dzień, a noc również nie przynosiła ukojenia ani spokoju.

Próbowała sobie ułożyć plan na dzisiaj. Za dwie godziny trzeba będzie się wykąpać, zrobić jakieś śniadanie i wyjść do pracy. Niby proste, ale to było ponad jej siły. Przerastały ją wysiłki codzienności. Jeszcze jedna sprawa spędzała jej sen z powiek. Nurtowała i wbijała się w myśli, ryła nową ranę, chociaż tamta jeszcze była świeża.

Zbliżał się weekend, ludzie będą go sobie planowali na tysiące sposobów. Ona natomiast spędzi go w domu. Dni zapewne przejdą na troskach, zmartwieniach, refleksjach, z których nic nie będzie wynikało oprócz piramidy złowieszczych myśli, obudowanych emocjami i złą atmosferą tego miejsca, gdzie wszystko ją ograniczało i krępowało.

Powracała mimowolnie do pewnych wydarzeń.

Pewnego dnia dostała dziwny filmik na swój portal społecznościowy od anonimowego, acz życzliwego nadawcy. Za pierwszym razem, gdy go oglądała, coś ją jakby zamurowało. Następne przyglądanie się temu przekazowi miało tylko utwierdzić ją w przekonaniu, że się nie myliła i jej przeczucia były słuszne. Wnikliwie go lustrowała któryś raz z kolei i zawsze znajdowała tam coś nowego. Ten film przedstawiał jej męża i nieznaną młodą kobietę siedzących razem przy stoliku w kawiarni. Zapatrzeni, przyglądali się sobie z wielką uwagą i skupieniem. Wyraźnie emanowały od nich uczucia – aż nazbyt widoczne. Nic sobie nie robili z obecności innych. Widziała, jak ujmuje ją za rękę. Czule coś do niej mówi, nie trzeba było zbyt wnikliwego obserwatora, aby to stwierdzić i dojść do podobnych wniosków. Ona zaś opowiadała mu coś z wielką werwą, co raz posyłała mu powłóczyste spojrzenie z jednoznacznym przesłaniem. Zerknęła po raz „enty” na tę tajemniczą postać. Uroda niemal eteryczna, nieskazitelna, zjawiskowa.

Prawdziwy ideał kobiecości, daleko jej było do takiego. Ida miała wrażenie, że tę panią spowija aura smutku i tajemnicy. Każdy ma wyobrażenie o kanonie piękna, ta pani zaś ocierała się niemal o ideał. Włosy blond, upięte w kok, oczy o delikatnym odcieniu błękitu, bardzo regularne i delikatne rysy twarzy, według niej nosiły ślady młodzieńczego zagubienia i bezradności. Takie osoby łatwo poddają się manipulacji – pomyślała sobie. Ubrana była w białą sukienkę, ewentualnie efektowną bluzkę. Tego nie mogła stwierdzić, bo widziała ją do połowy.

Przypomniała sobie rozmowy z nim, starcia słowne, moment, gdy wypomniała mu zdradę. Kiedy w wymianach słownych pojawiała się tamta kobieta, jego reakcja była natychmiastowa i kategoryczna, nic nie dało się na nią powiedzieć, jakby chciał zachować w pamięci jej nieskazitelny obraz, a także ich uczucia. Pewnego razu zaczęła się o niej wyrażać niewybrednie, wówczas omal nie wpadł w furię. Na początku czuła się wewnętrznie rozbita i zdruzgotana tym faktem, bo jej z pozoru stabilny świat rozpadł się w gruzy. Nie mogła tego długo przyjąć do świadomości, nie docierało to do niej. Jednak nagranie było bardzo przekonujące. Trudno podważyć jego wiarygodność.

Poznała Oskara na pewnym wyjeździe integracyjnym. Przyjechała z grupą pracowników do odrestaurowanego dworku. Mała wówczas została u Pauliny. Nie chciała tam jechać właśnie z uwagi na nią, ale koleżanka skutecznie ją namówiła i sama zaproponowała, że zaopiekuje się jej dzieckiem. Iza miała wówczas około jedenastu lat. Pod wieloma względami była bardzo samodzielna, jednak mama nie mogła jej zostawić samej na tak długo. Sam pobyt obfitował w liczne atrakcje. Oprócz standardowych propozycji takiego wyjazdu typu wieczorek połączony z muzyką i tańcami, w program były włączone szkolenia i prezentacje. Właśnie na szkoleniu odnoszącym się do coachingu, gdzie spędzono dwie lub trzy grupy, poznała Oskara. Obok niej pozostało wolne miejsce, zapytał, czy może się przysiąść, odparła, że tak. Wymienili się spojrzeniami, później jakimiś spostrzeżeniami odnośnie wykładu. Na przerwie rozmowa zeszła na inne tematy. Na początku myślała, że to tylko przejaw dobrych manier, o których czytała w XIX-wiecznych romansach, że należy zająć się kobietą w ciągu tych chwil, gdy ona jest jakby pod jego opieką. Oczywiście chodzi o rozmowę, drobną pomoc. Wymienili się telefonami. Na początku nie traktowała tego jako coś zapowiadającego się na dłuższą znajomość. Miała jego numer gdzieś zapisany, nawet nie wprowadziła go do pamięci telefonu.

Oskar zadzwonił pewnego dnia, zaproponował spotkanie. Poszła na nie, ale nic sobie nie obiecywała. Już miała pewne doświadczenia w tym względzie i nie liczyła na wiele – rozmowa, kawa, nic poza tym. Do zawiązania wspólnych relacji doszło w kawiarni. Na początku była spięta i zdenerwowana. Zapomniała, jak to jest spotkać się ot tak, spontanicznie, porozmawiać o czymś innym, nie o pracy. Dawno na takim spotkaniu nie była. Przez lata żyła tylko dla córki i ona pozostawała dla niej najważniejsza. On zdecydował się przejąć wątek i delikatnie przeprowadził rozmowę, a sama znajomość później przybrała bardziej uczuciowy charakter. Imponowało jej jego wyczucie taktu, pewna enigmatyczna powierzchowność. Później natomiast ta znajomość zaczęła się jakby zacieśniać i przybierać bardziej osobisty kształt. Łączyło ich wiele – wspólne zainteresowania, poglądy, niekonwencjonalne sposoby zachowania. To jej na pewno imponowało. Nie skończyło się na jednym spotkaniu, odbyły się następne. Każde bardziej ich do siebie zbliżało. Oskar był w jej mniemaniu wrażliwy i delikatny. Postanowiła zaprosić go do siebie. „Do siebie” to brzmi dumnie, do swojej wynajmowanej kawalerki, gdzie pomieszkiwała z dzieckiem. Poznał jej córkę. Była przekonana, że złapali kontakt i się rozumieją.

Pewnego dnia opowiedziała mu swoją historię. Wydawał się przejęty jej losem. Opanowanie, spokój – to też były cechy, które do niej przemawiały i stawiały go w jak najbardziej korzystnym świetle. Zgadzali się w wielu kwestiach. Czasami kończyła późno, przychodził po nią, odprowadzał. Z dnia na dzień stawali się sobie coraz bliżsi. Poznała jego matkę. Była przekonana, że nie wywarła na niej dobrego wrażenia. Z czasem jednak ich kontakty uległy stopniowej normalizacji. Kobieta zaczęła ją akceptować, wspierać, a często też w relacjach ona – on brała jej stronę. Chętnie włączała się w opiekę nad Izą. Ida odniosła wrażenie, że Matylda traktuje Izę jak wnuczkę. Nie mogła wprost uwierzyć, jak Oskar się zmienił na przestrzeni tych kilku lat, a może to życie wymusiło zmiany? Wzór cnót i ucieleśnienie ideału okazał się wybrakowanym moralnie egzemplarzem.

Zeszła na dół, w tej chwili nikogo tam nie było. Postanowiła przygotować śniadanie. Pokroiła wędlinę i ułożyła ją na półmisku. Wyjęła chleb oraz masło i ustawiła na stole. Sama poszła się wykąpać. Odkręciła kran, patrzyła, jak wanna napełnia się wodą. Dodała do niej paru aromatycznych płynów kąpielowych, ale siły nie powracały, przeciwnie – czuła ciężar zmęczenia. Najchętniej teraz by zasnęła i przespała cały dzień i to akurat po kąpieli sen mógłby okazać się zbawczy. Niestety, trzeba było pójść do pracy. Po kąpieli udała się do kuchni. Oskar siedział przy stole i pił herbatę. Nie odpowiedział na jej powitanie, spojrzał na nią milcząco i widocznie szykował się do wyjścia. Wyraźnie się czymś przejmował, może nawet i nie słyszał tego, co do niego powiedziała. Przejmował się, ale bynajmniej nie ona zajmowała jego myśli, była tego pewna. Wyszedł, zamknął za sobą drzwi. Ona również szykowała się do wyjścia.

Po pracy zrobiła zakupy i wróciła do domu. Jego jeszcze nie było. Zmęczenie wyraźnie dawało się jej we znaki. Nieprzespana noc i nużący dzień. Usiadła w fotelu i rozmasowywała obrzęknięte kostki. Zastanawiała się przez chwilę, co będzie robić. No tak – pomyślała – trzeba zrobić obiad. Przez trzy dni pieczołowicie przygotowywała dania i prawie nikt ich nie jadł. Postanowiła podgrzać pierogi i zrobić sałatkę. Wrócił około piętnastej. Był wyraźnie w złym humorze. Zapytał:

– Czy jest coś do jedzenia?

– Pierogi i sałatka, zaraz nałożę – odpowiedziała. Postawiła na stole dymiący półmisek. Patrzyła z niepokojem, jak grzebie widelcem w tym, co mu podała. Spróbował.

– Odgrzewane – stwierdził z niechęcią. Rozejrzał się po kuchni. – Nie mogłaś przygotować czegoś świeżego?

– A wyobraź sobie, że nie mogłam, niedawno sama wróciłam, jestem zmęczona. Poza tym przez trzy dni gotowałam i nikt tego nawet nie tknął, więc dziś sobie odpuściłam. A jak ci nie smakuje, to możesz zjeść u kochanki.

– Co powiedziałaś?! – Podniósł głos, co mu się ostatnio często zdarzało. Odwaga Idy wyraźnie go poruszyła.

Ona nie spodziewała się tego, że może podać podobne wyjaśnienie:

– Mówisz jak prawdziwa prostaczka pozbawiona manier. Łatwo cię wyprowadzić z równowagi! – stwierdził z wyraźną satysfakcją.

– No tak, ona natomiast jest uosobieniem wdzięku, stylu i gracji! – mówiła dalej z nutą zawziętości w głosie. Jego gniew jej nie przerażał. Dalej ciągnęła: – A co, może mam układać peany na waszą cześć, co mam zastosować, trochej czy amfibrach, a może charakterystyczny dla epopei trzynastozgłoskowiec, co wolisz?

– Nie bądź ironiczna i złośliwa!

– A jaka mam być?! – odpowiedziała. Mówiła dalej, bo wiedziała, że jeżeli mu tego teraz nie powie, nie będzie być może już po temu sposobności. – Spotykałeś się z nią w tajemnicy. Zdradziłeś, a zdrada sięga daleko, oprócz tego, co znaczy, obejmuje też plany, uczucia, myśli tej drugiej osoby. Pewnie się z tego śmialiście. Mieliście niezły ubaw i te porównania, które robiłeś. O innych już aspektach nie będę wspominać. Jak mogłeś coś takiego zrobić?! Nie chciałeś tego dalej ciągnąć, to trzeba było powiedzieć. Usunęłabym się i zwróciłabym ci wolność, jeśli jej tak ci brakowało. A ty co, ona wyeksponowała swoje wdzięki, całkowicie cię to zniewoliło i pozbawiło racjonalnego postrzegania świata.

– Skończyłaś? Szkoda, że ty tego nie zrobiłaś. Popatrz na siebie. – Lekko, ale stanowczo wziął ją za ramię i podprowadził do lustra w przedpokoju.

Patrzyła na swoje podpuchnięte powieki, oczy wyrażały głęboki smutek i to było tym wyznacznikiem, który przykuwał uwagę. Włosy w lekkim nieładzie opadały na ramiona. Nosiła różne odcienie brązu, podtrzymywała je sztuczną koloryzacją. Faktycznie – pomyślała – moje rysy twarzy mają charakter nieco plebejski. Czoło wysokie, linie brwi symetryczne, nos średni i lekko zadarty. Stwierdziła, że rzęsy nieco się przerzedziły. Czasami podkreślała ich ostrość tuszem. Nie miały efektywnego wyglądu, sztucznych nie lubiła i nie chciała ich doklejać. W tym wieku to by było nawet śmieszne. Wokół oczu zaczęły pojawiać się delikatne zmarszczki. Usta średniej wielkości i lekko pełne. Podbródek półokrągły dopełniał całość. Makijaż od rana nieco wypłowiał i faktycznie nie sprawiło to dobrego wrażenia. Odsłaniał jej bladą cerę, która wyraźnie zdradzała zmęczenie. No i ostatnio nieco przytyła, to też dało się zauważyć. Ubranie również nie nosiło znamion aktualnych trendów, ale ostatnie przejścia sprawiły, że nie myślała o tym, coś innego spędzało jej sen z powiek.

Jego słowa wprawiły ją w zakłopotanie i niezręczność. Niby trzymała dietę, chodziła na spacery, ale to było za mało, aby uzyskać oczekiwane efekty. Pomyślała z żalem, że Oskar ma rację.

Udała się do siebie na górę, on dawno już był w swoim pokoju. Wykąpała się i zaczęła coś pisać. Natrafiła na ogłoszenie w miejscowej gazecie, chodziło o redagowanie tekstów. Postanowiła zadzwonić i zdobyć bliższe informacje. Może będzie mogła na coś innego przekierować myśli. Postanowiła również, że następnego dnia odwiedzi Matyldę. Później być może nie będzie na to czasu. Wcześniej tylko zrobi porządki w domu i jakiś obiad.

Rano rozpoczęła sprzątanie. Oskar wyszedł gdzieś wcześnie. Mogła zatem spokojnie zmyć podłogi, odkurzyć, poukładać ubrania w szafach i komodach.

W pewnym momencie wyjęła z jednej z szuflad komody małą sukieneczkę dla swojej córki. Nagle oczy jej się zaszkliły. Wzięła ją w obie dłonie, przytuliła do twarzy i zaczęła bezradnie płakać. Chociaż nikt tego nie widział. Myślała, ile by miała teraz miesięcy, gdyby żyła. Dla tego przedziału wiekowego kupiła to ubranko. Leżało na dnie komody, teraz przy okazji porządków i segregacji na nie trafiła. Bolesne wspomnienia wróciły jak bumerang. Siedziała w fotelu i ocierała sobie łzy tą sukieneczką. Trwała w takim stanie dobre pół godziny, a może i dłużej. Odłożyła ubranko w to samo miejsce, gdzie było poprzednio, i zabrała się do przygotowywania obiadu. Ograniczyła się do ugotowania zupy szczawiowej. Kotlety mielone postanowiła odmrozić, nie przejmowała się tym, czy będzie mu smakować, czy nie.

Po południu postanowiła odwiedzić teściową. Matylda wyglądała jak postać z pogranicza światów. Wysoka, szczupła kobieta, której twarz naznaczona była siateczką drobnych zmarszczek, lekko przygarbiona, przyzwyczajona do tradycji i schematycznego zachowania, starała się zawsze pamiętać o makijażu. Wąskie usta, regularne, kształtne, malowała na jaskrawoczerwony kolor, podobnie paznokcie. Włosy miała krótko ścięte, w kolorze naturalnej siwizny, co niewątpliwie jej pasowało i doskonale komponowało się z jej stylem i sylwetką. W swoim czasie bardzo Idzie pomagała, mogła na nią liczyć w trudnych chwilach. Wspierała ją duchowo i trochę materialnie, gdy została sama z Izą. Ona właśnie się nią zajęła, gdy przeżywała śmierć swojej małej córeczki.

Ida znalazła się na dobrze jej znanym blokowisku. Wielorodzinne domy mieszkalne pamiętały może wczesne lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Systematycznie coś tu odnawiano, przystawiano, malowano klatki schodowe, ale były to drobne zabiegi kosmetyczne, budynki dopraszały się o gruntowny remont.

Wybrała odpowiedni przycisk na domofonie. Usłyszała znajomy głos. Drzwi od klatki otworzyły się i mogła wejść do środka. Udała się schodami na drugie piętro. Farba tu i ówdzie odchodziła od ścian, odsłaniając tynk, sprawiało to przygnębiające wrażenie.

Stała przed drzwiami mieszkania Matyldy. Zapukała, a z wnętrza dobiegło ją:

– Proszę.

Ośmielona weszła do środka.

Mieszkanie składało się z przedpokoju, kuchni i dwóch pokoi oraz łazienki. W jednym znajdowała się charakterystyczna dla ubiegłego wieku meblościanka. Stół stał na środku, obok krzesła. Przy drugiej ścianie znajdowały się fotele i sofa. Na podłodze leżał dywan. Na szczęście Matylda w swoim czasie zdecydowała się na mniejszy, bardziej uniwersalny i łatwy w utrzymaniu czystości. W drugim mniejszym pokoju stały szafa i mniejsza komoda oraz ława, a także fotele i łóżko, na którym spała. Kuchnia była mała, ale funkcjonalna. Meble pod wymiar wypełniały ścianę, kuchenka pod zabudowę też się doskonale zespalała z całością, ponadto lodówka w kolorze stalowym. Przy oknie stał mały stoliczek. W całym mieszkaniu panował niemal nieskazitelny porządek. Zamiłowanie do czystości i harmonii Oskar zapewne odziedziczył po matce, szkoda, że nie do harmonii małżeńskiej. Często ją napominał, jeżeli w domu coś odstawało od normy i odbiegało od powszechnie przyjętych standardów. Ida do tych spraw podchodziła nieco inaczej, szczególnie po śmierci Alicji. Kubek czy talerz mogły stać w zlewie i trzy dni. Ona pogrążała się w rozpaczy, a zajęcia tego typu, według niej codzienna rutyna, były tylko maskowaniem własnego stanu emocjonalnego. Pochylała się nad nimi z wielką niechęcią.

Podeszła do teściowej i delikatnie pocałowała ją w policzek. Ta uścisnęła jej rękę.

– Czego się napijesz? – zapytała.

Ida usiadła przy małym stoliku w kuchni.

– Herbatę poproszę.

Matylda nastawiła wodę. Przez chwilę zapanowała cisza. Nagle Matylda sama zaczęła rozmowę.

– Wiem, co przeżywasz, mogę się domyślać. Nie całkiem uporałaś się z poprzednimi traumatycznymi przeżyciami, a tu takie nowości. Rozumiem, że to boli. Wiesz, byłam przeciwna waszemu związkowi. Oskar chciał poślubić kobietę starszą od siebie.

Woda się zagotowała, zatem wstała od stołu i napełniła szklanki wrzątkiem. Postawiła je na stoliku.

– Cztery lata różnicy to nie jest wielka przepaść wiekowa – weszła jej w słowo Ida. – Ja go do niczego nie zmuszałam. To nie dziecko, wiedział, co robi i do czego zobowiązuje przysięga.

– Wiem, że ta rozmowa może cię wprowadzić w lekkie zakłopotanie, ale posłuchaj – zaczęła swój wywód w górnolotnym stylu, zapewne przygotowywała się do niego dość długo i nie chciała bazować na przypadkowości argumentów. – Miał zamiar poślubić kobietę po przejściach, z dzieckiem. Próbowałam go od tego odwieść. Teraz wiem, że trafił na osobę wrażliwą i empatyczną. Musisz poznać jego punkt widzenia, on również cierpiał po śmierci małej. Ty go w tamtym okresie odsunęłaś od siebie. Poczuł się odrzucony, samotny. Musisz wykazać się cierpliwością, postawić się w jego sytuacji, na chwilę spojrzeć na świat z jego perspektywy. Oczywiście nie usprawiedliwiam zdrady. Spróbujcie szczerze porozmawiać, to może postawić wasz związek w nowym świetle.

– A więc to moja wina! Trudno, żebym była pełna euforii i beztroski po utracie dziecka. A on co, szukał pocieszenia u innej kobiety, taki to był ból. Nie będę się też licytować, czyj żal był większy! – wypowiedziała to, co od dawna leżało jej na sercu.

– Nie mów tak. Mężczyźni to przeżywają inaczej. Pamiętaj, że to on pierwszy ją przywitał na tym świecie, ty byłaś wtedy pod wpływem środków przeciwbólowych i nasennych. Pojawiły się komplikacje nie tylko z nią, twoje życie również było zagrożone.

Obie zamilkły. Akurat to wspomnienie pozostawało dla Idy szczególnie bolesne. Po tym wyznaniu zapanowała cisza. Obydwie się w nią wtopiły. Po chwili Ida odrzekła:

– Czasami już nie mam siły i nie wiem, czy on tego chce. On nawet mnie nie przeprosił za to, co zrobił. Mam się przed nim ukorzyć?

– To ciężkie dla was momenty. Bardzo się cieszyłam, że będę babcią. Podobało mi się imię małej, jakie dla niej wybrałaś. Niestety, stało się inaczej. Nie wiń za to nikogo. Macie siebie, przywiązanie i stabilność, to bardzo ważne, to przychodzi z czasem. Iza niedługo pójdzie własną drogą. Zostaniecie sami. Będziecie dla siebie oparciem, to się naprawdę ceni z wiekiem.

– Tak bardzo mi jej brakuje, może gdyby żyła, wszystko potoczyłoby się inaczej. – Ida zaczęła płakać. Zasłoniła twarz dłońmi. Po chwili powiedziała: – Nawet Izę wtedy odsunęłam od siebie. To był straszny okres.

Matylda wstała od stołu i podeszła do synowej. Lekko przytuliła jej głowę do siebie i zaczęła delikatnie głaskać.

– Tak, wiem, ja się nią wtedy zajęłam.

– Jestem ci za to wdzięczna.

– Co u niej? – zapytała Matylda.

– Wyjechała na praktyki.

– No mogłaby się do mnie odezwać, przedzwonić.

– Proszę, wierz mi, do mnie też rzadko się odzywa.

Ida delikatnie odsunęła się od teściowej i dla ukrycia niezręczności upiła łyk już przestudzonej herbaty.

Matylda zaczęła krzątać się po kuchni.

– Widzisz, zapomniałam. Mam szarlotkę, może chcesz?

– Nie, dziękuję, i chyba będę się już zbierać.

– Zaczekaj chwilę.

Nagle przy drzwiach rozległ się dzwonek.

– Spodziewasz się kogoś? Tym bardziej powinnam już pójść. – Poderwała się z miejsca.

– Nie, zaczekaj, to pewnie Oskar.

– Co?! – odpowiedziała Ida. – Tym bardziej powinnam. Mogłaś mnie uprzedzić. – Zerwała się do wyjścia, ale uświadomiła sobie, że to nie ma sensu.

– Przecież ja niczego nie planowałam – odrzekła Matylda.

Oskar wszedł do środka. Pojawił się w kuchni. Torbę z zakupami postawił na jednej z szafek kuchennych. Nieco się zdziwił, gdy zobaczył Idę.

– I ty tutaj?

– Jak widzisz – odpowiedziała.

Lekarstwa oddał matce do rąk własnych. Starsza pani stała, przyglądała się tym pudełeczkom i obejmowała je jak jakieś talizmany.

– Dziękuję ci – odpowiedziała. – Zaraz się rozliczymy.

– Nie trzeba, część jest refundowana – skwitował.

– Zostaniecie jeszcze trochę?

– Chyba już nie, robi się późno. A ty wracasz ze mną, bo widzę, że też szykujesz się do wyjścia.

– A może coś zjecie? – zaproponowała Matylda.

– Gotowałaś coś? – zapytał Idę. – Jeśli nie, to zajedziemy coś kupić na wynos.

– Tak, mam obiad, zupa szczawiowa i mielone, kotlety co prawda odmrożone, ale jeśli chcesz, to ugotuję ziemniaki.

– Nie, wystarczy – odparł stanowczo.

Kobieta zaczęła otwierać pudełeczka z lekami. Wypadły z nich blistry z medykamentami. Oboje schylili się, aby je pozbierać. Ich ręce się zetknęły, a następnie oczy. Ida opuściła wzrok, pozbierane farmaceutyki położyła na stole. Pomogli jeszcze je posegregować. Oboje w milczeniu szykowali się do wyjścia. Matylda wręczyła jej pojemnik z szarlotką. Ida opierała się, nie chciała. Teściowa zakończyła to argumentem, że pewnie nie ma czasu na pieczenie ciast, więc będą mieli do herbaty. Na miejsce dotarli około dziewiętnastej. Nie dowierzała, że czas tak szybko ucieka. Zabrała się za przygotowywanie kolacji. Odgrzała zupę i kotlety. Podała kompot. Jedli w skupieniu i w ciszy. Zapytała, czy chce ciasta, ale odmówił.

– Może ci pomóc? – wyrwało mu się, gdy zabrała się za sprzątanie po skończonym posiłku.

– A przestań, ile tego sprzątania.

Umyła naczynia, wytarła i ustawiła na półce. Pomyślała, że pewnie matka przeprowadziła z nim rozmowę wychowawczą, ciekawe, na jak długo te matczyne zalecenia wystarczą.

– Co zamierzasz robić? – zapytał.

– A co ja mogę? – odparła z przekorą. – Obejrzę jakiś program informacyjny, bo nawet nie wiem, co się w kraju dzieje.

– O, to chyba za późno. – Spojrzał na zegarek. – Jest dobrze po dwudziestej.

– Są przecież programy całodobowe, ale nie martw się, nie będę narażać cię na straty finansowe, nie będę całą noc oglądać telewizji. – Nagle zorientowała się, że jej odpowiedź jest za bardzo zaczepna.

– A może razem coś obejrzymy? – zaproponował.

– Nie gniewaj się, sobota sobotą, ale ja jestem za bardzo zmęczona. Miniony tydzień był strasznie stresujący.

Poszła do siebie. Jeśliby dłużej tam została, to pewnie zrobiłaby to, czego od niej oczekiwał. Gdzieś głęboko pielęgnowała jakieś skrawki uczuć. Silnie się przed tym wzbraniała. Znał ją i prawdopodobnie o tym wiedział. Umyła się i zaczęła oglądać jakiś film. Zmęczenie faktycznie dawało o sobie znać. Wyłączyła telewizor i zasnęła. Obudziła się około drugiej w nocy. Zeszła na dół. Tak jak myślała, zastała Oskara na kanapie w salonie. Podeszła bliżej. Zaczęła mu się przyglądać.

Blond włosy otaczały kształtną i regularną twarz o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych, oczy niebieskie, w tym momencie zamknięte. Usta wąskie, które prawdopodobnie odziedziczył po matce. Nos regularny. Uderzyła ją bladość jego cery. W ogóle ostatnio bardzo wyszczuplał i zmizerniał. Najwyraźniej romans mu nie służył. Przyglądała mu się przez chwilę.

Postanowiła posłać mu łóżko w pokoju. W trakcie tej czynności nawiedziła ją pewna refleksja i wprawiła w nastrój bynajmniej nie komfortowy. Czy oni tutaj…? Zaczęła się zastanawiać. Wróciła do salonu i postanowiła go obudzić. Wzdrygała się przed tym, ale dotknęła jego ręki, teraz zauważyła delikatność jego dłoni. Nabrzmiałe żyły i skóra, poruszyła nieco mocniej.

– Musisz wstać.

Otworzył oczy i spojrzał na nią zdziwiony, wyrwany ze snu sprawiał wrażenie zagubionego i zdezorientowanego. Usiadł na kanapie i przecierał oczy. Ida powtórzyła:

– Musisz wstać, może nie powinnam, ale radziłabym ci się przebrać i położyć, pościeliłam ci łóżko, połóż się w swoim pokoju. Takie koczowanie przynosi większe zmęczenie, niż by się wcale nie spało.

– Nie musiałaś.

– Czego nie musiałam? – zapytała. – Zrobiłam to, co zrobiłam. A ty się połóż. Ja idę na górę.

– Dziękuję ci. – Usłyszała za plecami, gdy szła po schodach do swego pokoju.

Miała trudności z powtórnym zaśnięciem, przekręcała się z boku na bok. Znów zaczęły pojawiać się natrętne myśli. Przypomniała sobie o tabletkach nasennych. Nic się nie stanie, jeśli wstanie nieco później, już zaczęła się niedziela. Dzień wolny od pracy. Wzięła dwie i czekała na sen. Starała się ich nie nadużywać, aby się nie uzależnić. Gdy upłynie mniej więcej pół godziny, będzie spać. Zamknęła oczy i czekała, by odpłynąć w stan nieświadomości i błogiej ciszy. Sen zabierał troski dnia i unosił je na fali zapomnienia, ginęły pod ciężarem powiek, ale nie zawsze. Często powracały w formie zdeformowanych obrazów, koszmarów, przeczuć. Po przebudzeniu wyłapywała te mgliste wizje z sennej pamięci i próbowała odczytać ich znaczenie. Zasnęła.

Obudziła się około dziewiątej, aż się przeraziła, że tak długo spała. Na co dzień nie zażywała tabletek, aby nie zaspać do pracy, bo nie miał jej kto obudzić. Co prawda mogła nastawić sygnał alarmowy w komórce, ale pod wpływem silnego snu obawiała się, że go przegapi. Tabletki też zresztą powoli się kończyły, lekarz rodzinny już nie chciał ponawiać recept, sugerował wizytę u specjalisty. Ubrała się i zeszła na dół. Oskar był w łazience. Przerabiała w myślach koncepcję śniadania. Kiedy wszedł, stwierdził:

– Zaglądałem do ciebie, spałaś, nie chciałem cię budzić. Wiem, że masz problemy z zaśnięciem.

Usiadła przy stole, była wyraźnie rozleniwiona po tak długim śnie. Trudno jej było włączyć się w realny tryb dnia, chociaż to niedziela. Dzień ten również przyzywał pewne obowiązki, zadania. Poczuła się niezręcznie.

– Powinnam wstać wcześniej i przygotować śniadanie. Jakoś ciężko mi się pozbierać.

– Przestań, zjemy to, co mamy.

– Skoro tak mówisz – odparła.

Wstawił wodę, przygotował kubki i zapytał:

– Chcesz kawę czy herbatę?

– Raczej kawę, muszę wrócić do realu.

– A nie za dużo tej kawy? Proponuję herbatę i w dodatku ziołową.

– Skoro proponujesz. Tylko co na śniadanie, ja go mogę nie jeść, ale ty?

– Standardowo płatki i mleko, ewentualnie kanapki. Przestań zawracać sobie głowę, zjem cokolwiek.

Skierowała się w stronę lodówki. Wyjęła wędlinę, masło, pomidory. Zaczęła je kroić. Podał jej talerzyki. Nie mogła uwierzyć w tę przemianę jego osobowości. Kiedyś był taki wrażliwy, spontaniczny i… skory do pomocy. Teraz to mu się rzadko zdarzało. Bardziej mogła liczyć na sarkazm, obojętność, oschłość. Ciekawiło ją, jak długo to będzie trwało. Pewnie rozmowa z matką tak na niego podziałała. Jedno wiedziała – nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca.

Postawił na stole kubki z herbatą. Zebrała ze stołu to, co zbędne, i zasiedli do śniadania.

– Zaraz czeka mnie przygotowanie obiadu, też nie będzie wyszukany. Zamierzam upiec udka, zrobić sałatkę i ugotować ziemniaki.

– Bardzo dobry pomysł, mi odpowiada – powiedział i upił z kubka łyk herbaty. – Na deser jest szarlotka od mamy.

– Właśnie – odrzekła. – Wieczorem chyba pójdę do kościoła, przecież jest niedziela. Może wybierzesz się ze mną?

– Zobaczę, mam trochę pracy.

Czas samotności i rozterek, nie pomijając wątpliwości, które nieustannie ją nurtowały, strach przed jutrem, ślady po przebytej depresji, ta monotonia i bezradność. To wracało, nie zawsze mogła nad tym zapanować. Ostatnie wydarzenie również zrobiło swoje. Jego dzisiejsza postawa niewątpliwie działała na nią kojąco. Oskar się zmienił, widziała rezultaty tej przemiany i była zaskoczona. Domyślała się, kto za tym stoi. Czuła się w obowiązku podziękować teściowej przy najbliższej okazji.

Siedzieli w aneksie kuchennym. Pili herbatę, rozmawiali. Ida przypomniała sobie niezbyt odległe czasy, kiedy tak razem toczyli rozmowy na różne tematy, te ważne i te błahe, niby prozaiczne, ale jej tego brakowało, niby zwykła jednostajna codzienności, a teraz uświadomiła sobie, jak bardzo za tym tęskniła. Nawet gdy byli zajęci, starali się znaleźć chociaż chwilę, by porozmawiać i celebrować zwykłą prozę życia. Poczuła na nowo klimat tamtych dni. Czy nie jest za późno, by je reaktywować? Nie chciała tego przerywać, pragnęła, by trwały, chociaż gdzieś wiedziała, że to jest tylko namiastka szczęścia i łatwo pryśnie jak bańka mydlana. Nagle zwróciła się do niego:

– Chyba muszę się zabrać za przygotowanie obiadu, bo inaczej zejdzie się z kolacją.

– Pójdę do swojego pokoju, nie będę ci przeszkadzać.

– Nie będziesz mi przeszkadzać, tylko może być odwrotnie.

Odszedł, a ona miała tę przestrzeń tylko dla siebie i wolne pole, aby popisać się kulinarnymi umiejętnościami. Czuła pewien dyskomfort, gdy jej ktoś patrzył na ręce, kiedy gotowała, pisała czy sprzątała, jedynym wyjątkiem było czytanie. Przy czytaniu często widziała ją Iza, trochę późno, ale też się wciągnęła. Trudniej było z lekturami, ale wszelkie nowości pochłaniała z niebywałą ciekawością. Tak więc zabrała się za gotowanie. Może za tydzień zaproszą Matyldę na obiad? Wspólnie spędzą czas, ale jak mówi przysłowie, „między ustami a brzegiem pucharu wiele może się zdarzyć”. Małe naczynie żaroodporne wystarczy, by przygotować porcję dla ich dwojga. Wzięła się do robienia sałatki, ta była jej popisowym daniem. Potrzebowała konserwową kukurydzę, groszek, ananasa w puszce i szynkę. Odsączyła je z zalewy, a szynkę drobno pokroiła, wszystko razem zmieszała i dodała majonez, sól i pieprz oraz uniwersalną mieszankę warzywną. Mięso z indyka natarła różnymi przyprawami i wstawiła do piekarnika. Zabrała się za obieranie ziemniaków.

Gdy obiad był gotowy, poszła zawołać męża. Wkrótce oboje siedzieli przy stole. Jadł, jednak zauważyła, że często zerka na komórkę. Nie odzywała się, sama skupiła uwagę na jedzeniu. Pominęła ten fakt, ale w pewnym momencie to okazało się irytujące. Miała przekonanie, że traktuje ją lekceważąco. Wiedziała, że ten stan nie może wiecznie trwać, że czai się gdzieś coś złowieszczego, co go zniweluje. To było jak cisza przed burzą. A zatem często zerkał na komórkę, nie zważając na to, że ona jest w pobliżu. W pewnym momencie postanowiła zareagować i powiedziała:

– Czy mógłbyś przy niedzielnym obiedzie odłożyć telefon i zająć się czymś innym? Co tak może absorbować twoją uwagę w taki dzień? – To było raczej stwierdzenie niż pytanie.

– Mój pracodawca do mnie wydzwania, ma zastrzeżenia odnośnie do ostatniego tłumaczenia.

Podniosła wzrok znad talerza i spojrzała na niego z wyrazem twarzy, na której można było wyczytać różne uczucia. Dodała ze zdecydowaną przewagą tych negatywnych:

– Ty mnie najwyraźniej masz za intelektualnie niepozbieraną, który pracodawca by tak wydzwaniał i zajmował czas swemu pracownikowi, i to jeszcze w niedzielę! – wypowiedziała to podniesionym głosem.

– Są pewne sytuacje… – zaczął niepewnie się tłumaczyć, ale nie dokończył, bo mu przerwała.

– Owszem, są, ale może raz czy dwa daje wyznaczniki do dalszych działań, a nie bez przerwy wygłasza swoje racje.

– Co ty możesz wiedzieć, pracujesz na etacie.

– Na etacie, nie na etacie, ale tak bywało, raz czy dwa dzwonił i mówił, co należy zrobić, ewentualne jakieś wytyczne, a nie takie instruowanie bez ograniczeń. – Czuła, jak apetyt odchodzi, a na jego miejsce pojawia się fala frustracji.

– Wiesz, będę musiał wyjść, to bardzo ważne.

– Ja chyba pierwsza wyjdę i w ten sposób położę kres tej bezsensownej rozmowie. Jeżeli będę dalej ją toczyć, to stracę szacunek nie do ciebie, ale do samej siebie, a ty rób, co chcesz.

Zerwała się z miejsca i wyszła, udała się do swego pokoju. Tak jak myślała, to było zbyt piękne, aby okazało się prawdziwe. Zostawiła wszystko na stole, tak jak stało. Gdyby wcześniej powiedział, jaki ma plan, to w ogóle nie zabierałaby się za obiad. Pewnie pani jego myśli i uczuć sobie o nim teraz przypomniała, zapewne nudzi się jej w niedzielne popołudnie i stąd całe to zamieszanie, w dodatku te infantylne wymówki pracą. Może je sobie darować. Czuła, że buduje wokół siebie jakiś mur pozorów trudny do przeniknięcia. Nie miała najmniejszej ochoty wczuwać się w jego sytuację i położenie, w którym się znalazł. Niech sam sobie szuka drogi wyjścia z tego bałaganu uczuciowego, skoro sam go sobie zafundował, dlaczego ma to spadać na jej barki?

Ostatnimi czasami wszystko się psuło i dewaluowało. Zamknęła się w swoim pokoju, chciała zadzwonić do redakcji, ale przecież była niedziela. Zrobi to jutro. Musi uporządkować swoje sprawy zawodowe, osobiste oraz zmienić miejsce zamieszkania, musi opuścić ten dom. Łatwo powiedzieć, ale wykonać trudniej. Najlepiej zostawić wszystko biegowi wydarzeń. Nagle Oskar zaczął pukać do jej pokoju. Podeszła do drzwi i otworzyła je. Wszedł do środka, ona natomiast przesunęła się w głąb pomieszczenia. Patrzyła na niego z pewnej odległości, nie odzywając się.

– Posprzątałem ze stołu, resztki jedzenia wstawiłem do lodówki. Muszę wyjść na chwilę. Zrozum, mnie z nią już nic nie łączy. Chodzi o wyjaśnienie pewnej sprawy. Zaraz wrócę. Nie wiem, czy cię uspokoiłem. To ważne.

Nic nie odpowiedziała i nie reagowała na jego słowa. Słyszała, jak wychodzi. Została sama. Postanowiła, że nie zmieni decyzji. Chciało jej się płakać, ale musiała znaleźć tyle siły w sobie, by przez to przejść z godnością. Nie mogła po sobie pokazywać oznak słabości. Nie mogła już nigdzie wychodzić, nie dlatego, że się jej nie chciało, ale dlatego, że mógłby ją ogarnąć nagły przypływ smutku i rozżalenia. Mogłaby wtedy się rozkleić. Chyba naprawdę trzeba będzie udać się na terapię, inaczej tego nie udźwignie, a przecież musi jakoś funkcjonować dla siebie, dla Izy przede wszystkim. Ogarnęła sprawy zawodowe, a następnie wcześniej się położyła.

O dziwo, spała spokojnie, przebudziła się około piątej rano. Trochę wcześnie, ale postanowiła przemyśleć szczegóły rozmowy, którą zamierzała odbyć przez telefon. Musi odpowiadać jasno i zdecydowanie bez ozdobników. Musi też poszukać dobrego terapeuty, na fundusz na pewno kolejka jest długa, prywatnie, no cóż, jeśli trzeba. Zaczęła przygotowywać się do pracy. Wyjdzie wcześniej, najwyżej na miejscu coś zrobi. Tym razem nie przygotowywała śniadania. Nawet nie zaglądała do niego, czy wrócił, czy nie. Zrobiła sobie w pośpiechu kanapki i poszła. Wróciła po południu nieco podenerwowana. Może zmiana miejsca dobrze na nią wpłynie też w kwestii zawodowej? Zebrała się w sobie i zadzwoniła. Za pierwszym razem nikt nie odebrał, odczekała chwilę, za drugim usłyszała w słuchawce miły głos zapewne młodej kobiety.

– Dzień dobry, nazywam się Idalia Sulimska. Dzwonię w sprawie ogłoszenia.

– A tak, na naszej stronie się pojawiło. Zbliża się sezon urlopowy, część naszych pracowników się rozjechała. Redaktor naczelny również.

– Chciałam zapytać, czy mogłabym coś napisać w związku z tym, i najlepiej, jeśli pani określi, co to ma być.

– Może pani spróbować, a skoro nadchodzi lato, to może pani napisze coś o wakacjach i w tym tonie.

– Może o agroturystyce, co pani na to?

– Uważam, że to zainteresuje czytelników. Czy pani pisała wcześniej?

– Do czasopism i gazet nie, ale formy, które tam się stosuje i je przypominające, tak.

– Myślę, że sobie pani poradzi, i więcej pewności. My, kobiety, musimy sobie pomagać.

Starała się mówić pewnie i zdecydowanie, ale widocznie dziennikarka wyczuła nutę niepewności w jej głosie.

– Ile mam czasu na napisanie artykułu? – zapytała Ida.

– Dwa tygodnie, wystarczy pani?

– Sądzę, że tak.

– Chciałam jeszcze zapytać, z kim rozmawiam, jeśli mogę.

– A tak, nie przedstawiłam się. Nadia Kaczmarska.

– Bardzo ładne imię.

– Pani też. Artykuł proszę przesłać na maila.

– Dobrze, do widzenia.

– Do widzenia.

Musi zatem gdzieś znaleźć jakąś kwaterę agroturystyczną, i to niedrogą. Izy nie ma, dobrze by było, żeby to przypadło na wolne dni. Na weekend miała zaprosić Matyldę, spędzić go w miłej i rodzinnej atmosferze. Niestety stało się inaczej. Spędzi go sama i w błogim otoczeniu natury. Sezon się zaczął, należy zatem pospieszyć z rezerwacją. Przejrzała kilka propozycji w intrenecie, spisała numery i zaczęła dzwonić. Sporo miejsc już było zajętych. Ceny też zdarzały się różne. Obwarowane były oczywiście atrakcjami i warunkami naturalnymi otoczenia.

Wybrała pewne miejsce, położone około siedemdziesięciu kilometrów od miasta. Duży wpływ na to miała oczywiście cena. Zatem załatwione. Około szesnastej wrócił Oskar. Naturalnie był zawiedziony brakiem obiadu. Powstrzymał się jednak od komentarzy. Wziął coś z lodówki. Nie nawiązywał rozmowy. Wcześniej by się tym przejmowała, tym razem to nawet jej było na rękę. Nie obchodziło jej, czym będzie się zajmował i jak spędzał czas. Próbowała zamknąć się na pewne sytuacje, które dotąd były normą. Starała się, by dom wyglądał na w miarę zadbany i rodzinny, może nie zawsze, chyba że miała więcej pracy zawodowej, wtedy zwykle z czymś nie nadążała. Starała się jednak, by był obiad. Doczekała się zapłaty i wdzięczności, która doprowadziła ją niemal do stanów depresyjnych. Zeszła na dół, chciała sobie wziąć coś do picia, nie zastała jednak męża ani w aneksie kuchennym, ani w salonie. Przez przeszkolone drzwi zauważyła palące się światło, więc był w pokoju, ale nie weszła tam, nie zapytała, jak minął mu dzień ani jak się czuje, tak zazwyczaj robiła, gdy nie mieli zbytnio czasu dla siebie. Chociaż się zobaczyć, zapytać o samopoczucie. Tym razem tak się nie stało. Nie żeby chciała go w ten sposób ukarać, ale miała dość ciągłego nadskakiwania, umizgiwania się. Skoro dokonał wyboru, to był tego świadomy, łącznie z konsekwencjami.

Postanowiła przejrzeć informacje na temat agroturystyki w internecie i skonfrontować je ze swymi pomysłami. Zrobiła wstępny zarys, następnie uzupełni go relacjami z faktycznych odwiedzin w takiej kwaterze. To zapewne odda realistyczny obraz takiej formy rekreacji i wypoczynku. To wszystko nieco podniosło ją na duchu i dodało chęci do działania.

Następne dni przebiegały w podobnym tonie. Zauważyła jednak, że Oskar ostatnio nie ma dobrej passy. Siedział często zamyślony, błądził gdzieś wzrokiem. Z jego twarzy dało się odczytać rezygnację i coś w rodzaju determinacji. Niekiedy wymieniali się przymusowymi formami uprzejmości i na tym się kończyło.

Była środa, południe minęło, wyszła z pracy i postanowiła zrobić zakupy. Zdecydowała się ugotować obiad, może szargana poczuciem obowiązku, a może jakimś przywiązaniem, które nagle się wyłoniło spod płaszczyka jej obojętności. Gdy wróciła do domu, zabrała się do przygotowywania posiłku. Zrobiła kotlety schabowe, do tego konserwowa papryka i ziemniaki. Powinna też Oskarowi powiedzieć o wyjeździe, tak jej nakazywały pewne normy, których konsekwentnie się trzymała. Gdy wrócił, zapewne poczuł woń aromatów kuchennych. Zastał ją w kuchni kończącą przygotowania do obiadu. Spojrzał na nią podejrzliwie i powiedział:

– Dawno cię tu nie było, a przynajmniej nie w takiej funkcji, w jakiej cię widzę dzisiaj.

– Usiądź, jedz i nie komentuj – podsumowała krótko. Zaczęła ustawiać naczynia na stole i wykładać na nie po kolei: kotlety i ziemniaki, paprykę zaś przełożyła do małej salaterki.

– Co to się stało, nawet zaczęłaś mnie zauważać i nie traktujesz mnie jak powietrze.

– Już nie będę się wypowiadać, jak ja zostałam potraktowana.

Gdy to usłyszał, chciał udać się do swego pokoju. Ona jednak stanowczym głosem dodała:

– Usiądź i zjedz, skoro jest przygotowane. Nie że mi się nie chciało gotować, ale miałam ostatnio trochę zajęć i niezupełnie wywiązywałam się ze swoich obowiązków. – Częściowo skłamała.

– Nie sil się na tłumaczenia, bo brzmi to mgliście przekonująco.

– Tłumaczyć to nie ja się powinnam.

Skierował w jej stronę spojrzenie zawierające w sobie nieco pokory.

– Zaraz, tylko umyję ręce – dodał po chwili konsternacji.

Wrócił i zajął miejsce za stołem. Podsunęła mu półmisek z kotletami. Nałożył sobie porcję, ona również i zaczęli jeść. Po dłuższej chwili przemogła się i powiedziała:

– Na weekend wyjeżdżam, zatem nie wiem, jak zorganizujesz sobie posiłki, kiedy mnie nie będzie.

Podniósł na nią zdumione oczy i zapytał:

– Dokąd wyjeżdżasz, jeśli mogę wiedzieć?

– Do pewnej miejscowości, mam jedną sprawę do załatwienia, muszę także pobyć sama i przemyśleć pewne kwestie. Chcę też popracować w spokoju i w skupieniu.

– Przecież nikt ci pracować nie broni i nie przeszkadza. Przestrzeni tu dosyć i dla mnie, i dla ciebie, nie przesadzaj. Zapewne inne zagadnienia tu wchodzą w rachubę i nie jesteś ze mną szczera.

Zauważyła, że przestał jeść. Należało mu o tym powiedzieć nieco później, gdy zje obiad – pomyślała, ale niestety było już za późno.

– Dlaczego nie jesz? – zapytała. – Zrobiłam ten obiad głównie z myślą o tobie. Poza tym mówię prawdę. Aby się oswoić z pewnymi wydarzeniami, muszę pobyć sama.

– To bardzo miło, że się tak poświęcasz, a ja jestem wiarołomny i złośliwy. – Wyraźnie nie krył się ze swą złośliwością.

Podniosła oczy znad talerza i zerknęła na niego.

– Ty to powiedziałeś, może w żarcie, może w ironii, ja mówię prawdę. Nieco dalej od tego miejsca nabiorę dystansu do tego wszystkiego, spróbuję też to sobie pokładać.

– Skoro postanowiłaś, siłą cię nie zatrzymam. – Wyraźnie się w sobie skulił, pobladł, siedział nieruchomo, nie jadł.

Patrzyła na niego i mogła z tego czerpać satysfakcję, ale nie potrafiła. Przejęła ją pewna tkliwość i troska połączone z odpowiedzialnością za drugą osobę. Siedział w milczeniu, miął w dłoni serwetkę i zwiniętą w kulkę rzucił na stół, po czym wyszedł do swego pokoju. Została sama. Napawać się mogła namiastką zemsty, ale to nie było to. Nie marzyła o wyrównywaniu rachunków, wręcz przeciwnie, nawet mu w pewnym sensie współczuła. Nie potrafiła jednak przemóc pewnych barier, które się przed nią pojawiły.

Następnego dnia standard życia – praca. Godziny ciągnęły się jej niemiłosiernie długo. Z ulgą odetchnęła, gdy skończyła zawodowe zmagania. Udała się do domu. Była sama. No tak, Oskar wróci później. Nie wiadomo, czy będzie jadł, ale ugotowała zupę. Zaczęła też przygotowania do wyjazdu. Zrobiła małe pranie. Spakowała różne drobiazgi, a więc weekend spędzi w innym otoczeniu i klimacie. W pewnym sensie nie mogła się doczekać wyjazdu.

Oskar wrócił późno, nie pytała dlaczego. Miała wrażenie, że patrzą na siebie jak para obcych sobie ludzi. Zauważyła, że był zirytowany. Usiadł przy stole, w pewnym momencie zdecydowała się podjąć rozmowę.

– Pewnie jesteś głodny, jest zupa.

– A ciebie to jeszcze obchodzi?

– Obchodzi, skoro pytam. Nie wyglądasz dobrze, powinieneś bardziej o siebie zadbać.

– Co masz na myśli?

– Schudłeś. – Postanowiła nie zdradzać innych mankamentów jego niedoskonałego wyglądu, które niedawno się ujawniły. – Kolacji nie robiłam, mam bułeczki maślane, dżem.

– Pójdę do swego pokoju, szef odrzucił moje tłumaczenie – powiedział i wyszedł.

Usłyszała trzask zamykanych drzwi. Siedziała sama, w zamyśle formułowała, co mu powie, gdy zaniesie mu kolację do pokoju. Nie chciała mu się narzucać ani aby pomyślał, że go kontroluje. Zrobiła herbatę, ułożyła bułeczki na talerzu.

Siedział przy stoliku, na którym stał otwarty laptop. Wpatrywał się w niego, a ona miała wrażenie, że jego myśli błądzą gdzieś dalej i bynajmniej nie jest skupiony na pracy.

– Przyniosłam ci kolację. – Postawiła przed nim to, co trzymała w rękach.

– Doprawdy nie widzę potrzeby, abyś tak się trudziła – powiedział, a w jego głosie można było wyczuć lekką kpinę.

– Ciepła herbata i bułki to żadne poświęcenie, bez przesady.

Spojrzał na nią z wyraźnym niezadowoleniem. Będąc przy drzwiach, odwróciła się do niego i powiedziała:

– Przypominam ci, że wyjeżdżam w piątek po popołudniu.

– Dobrze, jedź, a teraz mi nie przeszkadzaj. – Próbował sprawiać wrażenie zajętego pracą, widziała to. Maskował się, wydawało się jej, że jego myśli błądzą gdzieś daleko.

– Usiłuję pracować, nie widzisz?

– Widzę, już wychodzę. Nie siedź długo, wiesz, że powinieneś się oszczędzać.

– Możesz już iść! – powiedział nieco głośniej i stanowczo.

– Idę.

Wyszła z pokoju. Pamiętała te momenty, gdy się złościł, kiedy coś mu nie wychodziło. Był wtedy porywczy i drażliwy, krzyczał, czepiał się wszystkiego. Stało się coś, co go w ten nastrój wprowadziło.

Następny dzień – piątek, dzień jej wyjazdu. Chciała to sobie zorganizować w sposób jak najbardziej dogodny. Praca – szczęście, że akurat tego dnia miała mniej zajęć. Była już częściowo spakowana. Wróci z pracy, zabierze bagaż i kierunek dworzec.

Wszystko przebiegało według planu. Po pracy wróciła do domu, pozbierała potrzebne rzeczy i szykowała się do wyjścia. Nagle pojawił się Oskar. Nie spodziewała się go o tej porze. Była silnie zdziwiona, gdy zaoferował pomoc.

– Może cię odwiozę?

– Nie, dziękuję, mam dogodne połączenie, poradzę sobie. – Jednocześnie wodziła wzrokiem po zgromadzonych przedmiotach, czy ma zabrać to wszystko, czy raczej tylko to, co może okazać się niezbędne.

– Może jednak odwiozę cię na dworzec.

Zastanawiała się przez chwilę, po pewnym namyśle zdecydowała się przyjąć jego pomoc.

– Jeśli chcesz i jeżeli to nie koliduje z twoimi planami, to chętnie skorzystam.

– A kiedy wrócisz? – zapytał.

– W niedzielę po południu. Masz zatem dom do swojej dyspozycji bez żadnego skrępowania. – Zauważyła kątem oka jego poirytowanie.

Szukał kluczyków i wierzchniego okrycia. Sama zrozumiała, że popełniła pewien nietakt tym stwierdzeniem.

– Chciałam tylko powiedzieć, że będziesz mógł spokojnie pracować i nikt ci nie będzie zaglądał przez ramię.

– Daruj sobie te złośliwe uwagi, wiesz, że niektóre są nie na miejscu. Jesteś już gotowa? – Zaczął ją ponaglać.

– Tak, mam wszystko, tak przynajmniej mi się wydaje.

Spojrzał na jej bagaż, później na nią.

– Wyjeżdżasz na dwa dni czy na dwa tygodnie? I walizka, i torba podręczna. Co tam zamierzasz robić?

– Wolę być przygotowana na wszelką ewentualność.

Chciała podnieść walizkę, ale on ją ubiegł.

– Idź do samochodu, ja to wezmę.

Spojrzała na niego z niedowierzaniem i aż żal się jej zrobiło, że zostawia go samego.

Przybyli na dworzec, gdzie w piątkowe popołudnie było dużo osób w różnym wieku. Zauważyła sporo ludzi młodych, studentów, uczniów planujących powrót do swoich miejsc zamieszkania.

– Kupiłaś bilet przez internet? – zapytał. – Możesz mieć problemy z dostaniem się na miejsce. Zobacz, ile tu ludzi.

– Zaraz to załatwię. – Stanęła do kasy w kolejce. Była akurat całkiem spora.

– Chcesz tu tak stać? – zapytał.

– A jaki mam wybór?

– To może cię zawiozę – zaproponował.

– Nie, może się uda. Jeżeli się śpieszysz, to jedź.

Kolejka na szczęście szybko się przesuwała. Udało jej się zakupić upragniony bilet. Odeszła od okienka i czuła się w obowiązku podziękować mu za pomoc.

– Wiesz, jestem ci wdzięczna za to, co dzisiaj dla mnie zrobiłeś i w ogóle. Zaraz muszę iść na stanowisko odjazdu. – Obejrzała się za siebie. Zarówno w środku budynku, jak i na zewnątrz było widać przemieszczających się podróżnych.

– Jedzenie masz w lodówce, możesz sobie odgrzać kotlety. Dzwoniłam do twojej matki i w razie czego zajmie się tobą – dodała.

– Sam jakoś to ogarnę, nie martw się.

– Muszę już iść – zwróciła się do niego.

– A zatem miłego wypoczynku.

II

Rozstali się, a ona udała się na stanowisko. Autobus podjechał o wyznaczonej porze. Zajęła miejsce, z wielką ulgą opuszczała miasto. Trochę czasu to trwało, na wyjeździe tworzyły się ogromne korki. Obserwowała przez okno krajobrazy, które zmieniały się jak w kalejdoskopie. Zabudowa miejska, później domki jednorodzinne na obrzeżach, pola, lasy, łąki. Musi uważać, aby nie przeoczyć docelowego miejsca podróży. Krajobrazy za oknem doskonale współgrały z porami roku. Teraz był początek czerwca. Sianokosy, ale inne niż te, które pamiętała z dzieciństwa. Mgliste wspomnienia przybrały formę katalogowych obrazów. Nie widziała w nich sielskości, tylko męczące zmagania z trudną wiejską rzeczywistością. Sama jako dziecko wielokrotnie pomagała przy tego typu pracach. Teraz musiała przestawić swój tok myślenia i ukazać te wiejskie klimaty jako coś atrakcyjnego i zniewalającego.

Na miejsce przybyła około siedemnastej. Jej oczom ukazała się miła zagroda wiejska, na którą składały się okazały dom i budynki gospodarcze. Do domu prowadziła dróżka z drogi głównej, po obu stronach porośnięta drzewkami. Sam dom otoczony był ozdobną bramą, w podobnym stylu były przęsła, budynki zaś ogradzała drewniana palisada, co oddawało nastrojowość i naturalność miejsca, doskonale też komponowało się z całością. Na podwórku panował wzorowy porządek. To nie podlegało dyskusji. Obok domu i wokół niego piętrzyły się różne klomby obsadzone kwiatami i ozdobnymi krzewami. Natomiast przy domu rozpościerał się mały ogród kwiatowy odgrodzony od reszty drewnianym płotkiem. Stała przed bramą i postanowiła zadzwonić. Nie chciała sama wkraczać na podwórko. Poszukała w torebce telefonu i wybrała numer. Zaraz z domu wyszła kobieta i otworzyła jej bramę.

– Dzień dobry, do nas można dostać się przez furtkę obok ogródka.

– Dzień dobry – odpowiedziała Ida. – Może bym się i dostała, ale to by wyglądało trochę niezręcznie.

– Nie, dlaczego, proszę wejść, czekam na panią.

Weszły do domu. Na dole kuchnia, jakieś zakamarki. Na górę prowadziły schody. Tam zapewne są pokoje dla gości – pomyślała Ida. Dom był obszerny. Klatka i część górna to pewnie nadbudowa. Rozejrzała się, gdy pani zawołała ją do jednego z pokoi na dole. Tak dosłownie zawołała, nie zaprosiła.

– Niech pani tu przyjdzie.

To Idę wyrwało z pewnego zamyślenia i skierowała się do miejsca, gdzie przebywała gospodyni.

– Pani może mi przypomnieć swoje imię i nazwisko.

– Idalia Sulimska – odpowiedziała i dyskretnie wodziła wzrokiem po pomieszczeniu.

– Wie pani, ja gdzieś zapisałam w notesie, ale nie mogę tego znaleźć.

Stała przy stoliku i szukała w leżących tam rzeczach.

– Zapewne go przeniosłam – powiedziała po chwili.

Ida zaczęła się przyglądać pomieszczeniu, które było średniej wielkości. Małe okno wychodziło na podwórko, stały tam fotele, po lewej stronie regał z książkami. Chciała do niego podejść i przyjrzeć się tytułom. Obawiała się jednak, że może to być odebrane jako nadmierna ciekawość i nie wywrzeć na gospodyni korzystnego wrażenia. Po przeciwnej stronie znajdowała się dość duża komoda. Na środku dywan, no i stolik, który miał zapewne pełnić rolę biurka. Po pewnym czasie zaproponowała gospodyni jej, żeby usiadła. Ida odmówiła. Stwierdziła, że najchętniej to udałaby się do wskazanego pokoju.

– Pewnie pani jest zmęczona – odrzekła gospodyni.

– Nie będę ukrywać, że tak.

– Proszę, pierwszy pokój po lewej.

– A z łazienki można skorzystać?

– Tak, jest obok.

Dotarła na górę. Pokój był niewielki. Zwróciła uwagę na małe łóżko i stojącą obok szafkę nocną. Większa szafa przy ścianie podzielona była na połowę – w jednej wieszaki na ubrania, w drugiej półki. Niewielki stolik i krzesła dopełniały wyposażenia pokoju. Ida usiadła na łóżku, zastanawiała się, co dalej. Postanowiła rozpakować swoje rzeczy. Faktycznie, zmęczenie dawało się we znaki. Zamierzała się położyć, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

– Proszę – powiedziała.

Do pokoju weszła gospodyni. Rozejrzała się i stwierdziła:

– Widzę, że pani powoli się zadomawia, a ja chciałam zaprosić na kolację. Na dole, zjemy w kuchni, mało jest gości, jutro przyjedzie pewna para, wtedy skorzystamy z jadalni. Chyba pani nie ma nic przeciwko temu?

– Oczywiście, że nie. Tylko kolacja o tej porze… ja zazwyczaj już nie jem.

– Proszę, posiedzimy, porozmawiamy, a produkty niemal naturalne, zapraszam.

– Dziękuję, za chwilę przyjdę.

Szybko wzięła prysznic, zmieniła ubranie i zeszła na dół. Tylko gdzie jest ta kuchnia? – myślała sobie. Otworzyła jedne drzwi i zajrzała do środka. Z pewnością to nie tutaj. W środku zobaczyła wiązki ziół zawieszone przy górnych półkach regałów, jakieś buteleczki, menzurki, olejki, chyba aromatyczne, poustawiane na komodach i stolikach. Zapewne wyrabiają tu kosmetyki naturalne, mydełka. To nie tutaj. Przeszło jej przez myśl, iż najpewniej kuchnia będzie się mieścić gdzie indziej. Tutaj był ten pokój, gdzie pani z nią rozmawiała, więc tu pewnie jest jadalnia, zatem to w tym miejscu. Nieśmiało weszła do środka. Czekała tam na nią gospodyni, na stole stały talerzyki z serami, dżemem, rogaliki, w koszyku chleb, zauważyła też szklane naczynie z kompotem, pewnie śliwkowym.

– Proszę, niech pani usiądzie. – Wskazała jej miejsce przy stole.

Ida je zajęła.

– Ja się jeszcze pani nie przedstawiłam, nazywam się Helena Krępska.

– Pani się przedstawiała, ale ja nie dosłyszałam przez telefon.

– Może tak.

Nałożyła sobie na podsunięty talerzyk ser i dżem. Otoczyła wzrokiem pomieszczenie. Teraz też miała okazję bardziej przyjrzeć się właścicielce gospodarstwa. Mogła mieć po sześćdziesiątce. Włosy farbowane o odcieniu brązowym nosiła spięte w kok. Twarz pełna, ogorzała od słońca, oczy bystre, przenikliwe o odcieniu zieleni, ich blask nieco przybladł. Była przekonana, że ją nimi nicuje na wylot i to bardziej niż aparatura medyczna.

– Proszę jeść.

Ida powoli przymierzała się do sera i dżemu, które miała na talerzyku.

– Pani wie, że ja nawet chleb piekę sama, sery, dżemy, kompoty i nalewki to też moja robota. Dużo jest tej pracy, żeby utrzymać tego typu działalność. Do tego trzeba posprzątać pokoje, poprać pościel, zajęciom nie ma końca.

– Wyobrażam sobie. – Ida czuła się w obowiązku przytaknąć Helenie.

– Wyobrażać sobie, a to zrobić, to zupełnie co innego.

– Zapewne – odpowiedziała Ida. Jadła i słuchała. Aż padło pytanie:

– A pani czym się zajmuje, jeśli można zapytać?

– Jestem urzędnikiem państwowym – skłamała, ale w pewnym sensie to była prawda.

– A, to lekka praca – stwierdziła gospodyni.

– No niezupełnie, trzeba podejmować ważne decyzje i liczyć się z odpowiedzialnością. To bardzo obciążające. Czasami wolałabym iść na pole i wykonać konkretną pracę, niż borykać się z myślami, czy to, co się zrobiło lub o czym się zadecydowało, jest słuszne.

– Każda praca niesie ze sobą odpowiedzialność.

– Tak, to prawda. – Ida zgodziła się z gospodynią.

– A pani sama tak podróżuje, bez męża czy partnera?

– Mąż został w mieście. Zobowiązania zawodowe go zatrzymały, a nie jest to wielka podróż, zaledwie wypad za miasto w poszukiwaniu ciszy i spokoju od stresującego życia.

– A gdzie pracuje szanowny małżonek?

W Idalii fala zdenerwowania podniosła się o kolejny poziom.

– W zagranicznej firmie, jest tłumaczem.

– To też stresująca praca, wypoczynek i jemu by się przydał. – Helena ciągnęła dalej, wyraźnie nie zrozumiała aluzji.

Ta rozmowa zaczęła męczyć Idę. Przemknęło jej przez myśl, że pewnie w podobnym tonie przebiegają przesłuchania. Na żadnym nie była, więc nie może się wypowiadać, coś w jej życiorysie się przewinęło, ale nie można by tego nazwać przesłuchaniem, może à la przesłuchaniem i policjantka była bardzo miła, rzeczowa, konkretna, ale na pewno nie taka przenikliwa. Gospodyni się widocznie minęła z powołaniem. Helena kontynuowała:

– Wie pani, gdyby mąż panią naprawdę darzył uczuciem, toby pani w taką wyprawę samej nie puścił.

– Właściwie to nie chciał, sama wyjechałam. Oczywiście uzyskałam jego zgodę.

– A co miał chłopina robić, jak pani nalegała.

– Nie, ze spokojem przyjął moje wyjaśnienia.

– To pani powinna się martwić, aby do domu nie sprowadził sobie młodszego modelu.

W Idalii ponownie niemal zawrzało, ledwo powstrzymała wybuch potoku słów, który jej się cisnął na usta. Zdławiła go jednak z wielkim wysiłkiem.

– Wie pani, jak to jest, chłop zostawiony sam sobie szuka okazji. – Gospodyni dalej obracała się we wdzięcznym dla siebie temacie.

Ida czuła, że to sprawia jej przyjemność i trafiła ze swymi wywodami na podatny grunt.

– Pani mąż tak zrobił? – I aż się ugryzła w język, gdy sama siebie usłyszała.

– Mój mąż nie żyje, ale jak był, to też różnie bywało.

– Przykro mi. A ten dom i gospodarstwo prowadzi pani sama czy ktoś pani pomaga? – Chciała odbiec od tematu.

– Mam córkę i syna. Córka uparła się, że skończy studia. Tłumaczyłam jej, mówiłam, po co ci to, ale się uparła i koniec. Wyjechała do miasta i tam została, znalazła sobie pracę, ma około trzydziestki i nadal jest sama. Tutaj taka partia jej przeszła koło nosa. Chłopak zamożny, bogaty, gospodarz całą gębą, a ona nie, tylko studia i miasto. Do niej należą te książki, które pani widziała w pokoju. Czasami przyjeżdżają goście, to pożyczam im do czytania. Przynajmniej taki z nich pożytek. Syn natomiast nie miał polotu do nauki, ożenił się i prowadzi ze mną to gospodarstwo. Szkoda, żeby przepadło. Muszę przyznać, że bardzo się angażują. Wyjechali nad jeziora na Mazury. Wracają jutro, mnie powierzyli zajmowanie się tym gospodarstwem i tak się nim zajmuję. Niedługo się zacznie sezon i nie będzie mowy o wyjazdach. A teraz gości jest trochę mniej.

– Wie pani, to, co powiem, to pewnie już pani zna i słyszała, my nie przeżyjemy życia za nasze dzieci, pozwólmy im być szczęśliwymi tak, jak chcą, możemy je wspierać, pomagać. Przecież pani córka się realizuje zawodowo, jest szczęśliwa. Niech pani pomyśli, gdyby została na gospodarstwie i poślubiła mężczyznę, którego nie kochała, czy to byłoby dla pani satysfakcjonujące?

– Prawdziwa miłość przychodzi z czasem, a na ziemi chleb pewny.

– Oj, chyba nie zawsze. Różnie to bywa.

– A pani ma dzieci?

– Tak, córkę w szkole średniej, wyjechała na szkolny projekt edukacyjny.

Zjadała, chciała odstawić naczynia do zlewu, ale pani Helena przejęła od niej talerzyk.

– Bardzo dziękuję, ale chyba już pójdę i się położę.

– Tak, zrobiło się późno. – Spojrzała na zegarek. – Jutro o dziewiątej zapraszam na śniadanie. Przyjedzie syn z żoną i ma do nas dojechać pewne małżeństwo, to będzie raźniej.

– Zapewne – odparła Ida. – Jeśli pani pozwoli, to wezmę sobie kompotu do pokoju.

Nalała z dzbanka do kubka i szykowała się do wyjścia.

– Dobranoc.

– Dobranoc – zawtórowała jej Helena.

Chociaż był czerwiec i dni długie, to już za oknem zaczynało szarzeć, Ida chciała się położyć i odpocząć. Może zadzwoni do Oskara i powie, że wszystko w porządku? Właściwie to powinna to zrobić wcześniej. Postawiła kubek z piciem na szafce nocnej. Zerknęła na komórkę, faktycznie, dwa nieodebrane połączenia. Oddzwoniła. Nikt nie odbierał. Spróbowała i po chwili usłyszała po przeciwnej stronie jego głos.

– Dzwoniłem, nie odbierałaś. Trochę się niepokoiłem.

– U mnie wszystko w porządku, przed chwilą wróciłam z kolacji. Myślałam, że to mi mniej czasu zajmie, ale zagadałam się z gospodynią. A co u ciebie?

– Wszystko dobrze.

– Jadłeś coś?

– Tak, zrobiłem sobie kanapki.

– Jutro zjedz obiad, zupa jest w lodówce, są jeszcze pierogi i kotlety, tylko trzeba podgrzać, myślę, że sobie poradzisz.

– Poradzę, nie martw się, wypoczywaj i się relaksuj.

– Dobrze, żebyś i ty znalazł czas na relaks oraz odpoczynek. Nie siedź zbyt długo po nocach.

Uchyliła okno, do wnętrza dostał się miły powiew świeżego powietrza połączony z wonią kwiatów. Słychać było brzęczenie owadów, koncerty świerszczy i żab dopełniały atmosferę tej nocy. Na całe szczęście w oknach były siateczki, gdyby nie to, zapewne pomieszczenie zapełniłyby się owadami. Wyjęła kartkę i zaczęła spisywać swoje spostrzeżenia. Nie siedziała jednak długo, zmęczenie wzięło nad nią górę. Położyła się. Dziwne, ale sen przyszedł szybko i niespodziewanie. Nowe miejsce, ale spało jej się nadzwyczaj dobrze.

Obudziła się około siódmej. Codzienny rytuał, któremu musiała poddać się i tutaj, czyli kąpiel. Zaczęła przeglądać rzeczy, wybrała sukienkę. Pogoda była słoneczna, Ida miała też zamiar wybrać się na mały spacer po okolicy. Nosiła się z takim zamiarem, ale dopiero po śniadaniu. Miała czas jeszcze do posiłku, zaczęła pisać.

Gdy zbliżała się dziewiąta, zeszła na dół do kuchni. Zastała panią Helenę zręcznie obracającą się w swoim królestwie.

– Dzień dobry – zwróciła się do gospodyni.

– Witam – odpowiedziała Helena. – Przygotowałam pani śniadanie, ale muszę zająć się jeszcze obiadem. Dzisiaj przyjeżdża pewna młoda para, ale też i moje dzieci. Jeżeli pani się nie pogniewa, to ja będę robić swoje. Obiad zjemy już w jadalni. Dzwonił do mnie syn, już jadą.

– Proszę sobie nie przeszkadzać. Wezmę na talerz kanapki, trochę sera i pójdę na górę, i jeśli mogę, chciałabym zaparzyć sobie kawę.

– A proszę bardzo, czajnik jest na blacie kuchennym – powiedziała Helena i nie odwracała się, skupiona była raczej na swoich zajęciach.

– Mogę elektrycznym, widzę, że kuchenka jest zajęta.

– Tak.

Widziała, jak Helena uwija się wokół kuchni, coś miesza, nastawia, dodaje przypraw. Nawet nie pytała, co będzie na obiad, wszystko jej jedno. Nastawiła wodę, zerknęła w stronę gospodyni.

– Może pani się czegoś napije? Skoro robię, mogę również dla pani.

– A nie, dziękuję, ja już piłam, muszę tylko uporać się z tym obiadem. Jak się pani spało na nowym miejscu? – zwróciła się do Idy i chyba była to bardziej standardowa formuła niż faktyczne zainteresowanie się losem gościa.

– A dziękuję, bardzo dobrze, to powietrze ma zbawienny wpływ na organizm.