Od dzwonu do dzwonu - Mieczysław Miazga - ebook

Od dzwonu do dzwonu ebook

Mieczysław Miazga

0,0

Opis

Solidarność to nie tylko ruch społeczny, to wartości i dążenia, wyrastające z korzeni głęboko osadzonych w historii

Żyjący na emigracji profesor pozornie ma wszystko – satysfakcjonującą pracę i pozycję społeczną, rodzinę, pieniądze. Jego myśli krążą jednak nieustannie wokół kraju, rodaków i aktualnych wydarzeń politycznych. Gdy po latach postanawia pojawić się w Polsce na pogrzebie dawnego przyjaciela i mentora, zdarzenia z przeszłości ożywają w nim z całą siłą, lecz już w zupełnie nowym świetle…

Szczególne miejsce we wspomnieniach profesora zajmuje Solidarność – wyjątkowy ruch, który na jakiś czas połączył wszystkich Polaków marzeniem o wolności i lepszych, bardziej dostatnich czasach. Ale przez ostatnie kilkadziesiąt lat Polska przeszła gigantyczną metamorfozę, a Solidarność została wystawiona na próby, jakich wcześniej nikt nie był w stanie sobie wyobrazić. Czy dziś wciąż potrafimy trwać przy wartościach, które miały być dla nas drogowskazem na całe życie?

– Nie pogadaliśmy wcale o tobie – ubolewał jeszcze Mareczek. – Wiem tyle, co mi mówił Jacek. Że szybko zrobiłeś doktorat, a potem międzynarodową karierę. Że powiodło ci się materialnie. Że cieszysz się szczęściem rodzinnym. Że ty w ogóle nie byłeś internowany!
– Jakoś mnie wtedy nie ruszyli – skwapliwie potwierdziłem, żegnając się szybko z Mareczkiem.
Zdałem sobie sprawę, że mi akurat to wszystko, co wymienił, faktycznie było dane, a jemu nie… Jego zamknęli.
A przecież mogło być odwrotnie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 719

Rok wydania: 2023

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Duo-millennium

Wiadomość przekazała mi starsza córka. Była sama w domu. Aby odebrać telefon stacjonarny, musiała zbiec na parter. W końcu to zrobiła, bo rozsierdzony aparat niemal podskakiwał na ścianie, rozdzwaniając się swoim nieznośnym dla młodego ucha, świdrującym crescendem.

– Czyj pogrzeb? – dopytywała, wyczuwając, że to pewnie coś istotnego do przekazania. Potakując rytmicznie głową, utrwalała w swojej pamięci wszystko, co miała mi powtórzyć. Wszakże nie dosłyszawszy nazwiska rozmówcy, nie mogła potem dokładnie go przywołać, lecz była pewna imienia: Jacek.

Zastanawiałem się przez chwilę, czy to możliwe, że Jacek zachował numer naszego domowego telefonu, którego nawet ja nie potrafię teraz odtworzyć bez skorzystania ze skojarzeniowej ściągawki, ale po krótkiej chwili radosny uśmiech rozświetlił mi twarz, jakbym nagle natknął się na coś dawno zgubionego, bo z niepamięci wyłoniły się tak liczne, wspólnie przeżyte młodzieńcze rozbłyski nadziei, zaraz potem ich skrzywione odbicia, a w końcu – cienie i mroki, zwłaszcza stanu wojennego.

Zapamiętałem na zawsze ten grudniowy sobotni wieczór. Żona uśpiła wtedy nie tylko dzieci, lecz także i siebie, skutecznie kiwając głową jak w kolebce zawieszonej nad dziecięcymi łóżeczkami. A ja długo jeszcze ślęczałem, aczkolwiek coraz mniej wydajnie, nad dokończeniem roboty, która polegała na usuwaniu licznych usterek i literówek w przygotowywanej do druku pracy mojego wujka. Włączony telewizor absorbował co chwilę moją uwagę relacjami z obrad Kongresu Kultury Polskiej.

Coraz mniej starannie posługiwałem się więc korektorem lub piórkiem, bo z błogością poddawałem się narastającym falom emocji, rozpalonych do czerwoności przez niektóre wystąpienia jakże wybitnych uczestników owego kongresu. Chłonąłem argumenty, postulaty i apele o uspołecznienie mediów oraz możność czerpania wreszcie całymi garściami z normalności. Pławiłem się w niewyobrażalnej dotąd, a wreszcie wyśnionej wolności słowa.

Nawet nie zauważyłem chwili ustania relacji, ale było już bardzo późno, więc pośpiesznie zakończyłem swoją pracę. Potem był już tylko szybki prysznic i głęboki, lecz krótki sen, przerwany natarczywym dzwonkiem u drzwi wejściowych. Zerwałem się natychmiast, by zapobiec pobudzeniu dzieci. W drzwiach ujrzałem coś skulonego, niczym przerażone po niechcącym kopnięciu zwierzątko, które na mój widok znów ożyło i nabrawszy powietrza, westchnęło z demonstrowaną ulgą.

– Jesteś – wyszeptał Jacek, wykonując gest, jakby chciał mnie objąć i unieść do góry.

Zdziwił mnie jego widok, bo wprawdzie tego dnia mieliśmy się obaj stawić w siedzibie regionalnych władz Solidarności, to jest w Regionie, na inauguracyjnym posiedzeniu nowo powołanego zespołu roboczego, ale dopiero o dziesiątej, czyli za sześć godzin, więc czego on chce o czwartej nad ranem? Nie zdążyłem odgadnąć, bo Jacek natychmiast zasypał mnie informacjami. Prawdopodobnie dzięki jego ostrzeżeniu młodziutki Maciek zdążył uciec, Mareczka niestety już zwinęli. Teraz przyszedł do mnie.

– Zbieraj się szybko, bo na pewno jesteśmy na liście! – Otwierał usta przesadnie szeroko, uwypuklając w ten sposób znaczenie słów wypowiadanych szeptem, by nie przestraszyć śpiących dzieci. – Jako członkowie zespołu roboczego – dodał z przekonaniem.

Krew uderzyła mi do głowy i natychmiast zaczęła z niej uciekać. Oparłem się plecami o ścianę, osuwając się bezwiednie po kaloryferze na podłogę.

– Człowieku! Dokąd miałbym uciec?

– Do Avii – przesądził Jacek. – Gdzie będzie strajk okupacyjny… Tam będzie nasza warownia… Zaczęła się wojna, bracie!

Słuchałem zdania po zdaniu z niedowierzaniem. W końcu jednak przyjmowałem do wiadomości to, co już wcześniej zaczynaliśmy sobie przecież wyobrażać, a nawet przewidywać, lecz chyba do końca nie tracąc nadziei, że tego najgorszego uda się uniknąć. Stąd taka obecna bezradność i poczucie oszołomienia.

– Jak ty to sobie wyobrażasz?! – odfuknąłem, nie kryjąc rozdrażnienia. – Że mógłbym zostawić trójkę piskląt i karmiącą matkę? Idiota!

Zapanowało dłuższe milczenie i wtedy odezwała się żona, która niezauważalnie pojawiła się w przedpokoju.

– Może zawiózłbyś nas do babci? – niemal wyszeptała nieśmiało i cichutko, jakby nie dowierzając we własne autorstwo genialnego w swej prostocie rozwiązania.

Spojrzeliśmy na nią z zachwytem, a ja podniosłem się nie tylko z podłogi, lecz wraz z moim ciałem powstawał we mnie jakiś nowy duch. Wszak zostałem wzmocniony nieoczekiwanym wsparciem żony, która w tak trudnej chwili ujawniła naraz kilka opisanych przez Syracha pożądanych przymiotów idealnej małżonki: opanowanie, rozumność, współczucie z mężem, a przy tym jeszcze małomówność.

Wiadomo, że właśnie u babci, czyli w domu mojej mamy, rodzina będzie bezpieczna, z dala od groźnego zamieszania i ewentualnych skutków trudnych do przewidzenia zdarzeń, może aresztowania czy – jak to zaczęto określać – internowania, rewizji, nachodzenia, nieznanych sprawców, czego to się nie słyszało? Z drugiej strony z pewnym onieśmieleniem zacząłem sobie wyobrażać, że ja sam byłbym w tym czasie zwolniony z domowych obowiązków, co od wielu miesięcy nie wchodziło w ogóle w rachubę. Na mojej głowie zwalone były niemal wszystkie sprawy rodzinne i majątkowe, zwłaszcza wspieranie mamy, która nawet nie chciała słuchać o możliwości opuszczenia swojego domu i zamieszkania na stałe z nami. Została sama, bo powymierali jej najpierw mąż, potem matka i siostra.

Trzeba było doposażyć jej domek w niezbędne udogodnienia, przede wszystkim łazienkę ze spłukiwanym ustępem i ciepłą wodą. Zabranie się za tego rodzaju przedsięwzięcie w tamtym czasie było niczym skakanie do pustego basenu – efekt mizerny, żadnej przyjemności, ledwo się to przeżyje, a wszystko ma się poobijane. W sklepach nie było wówczas dosłownie nic, wszędzie puste półki, kolejki ustawiające się na wszelki wypadek z nadzieją rzucenia czegokolwiek na poprawę nastroju. Każdy gwóźdź, każda rurka, każdy pędzel, nie mówiąc o farbach, cemencie czy gipsie – wszystko musiało być załatwiane.

Słowo „załatwiać”, w różnych odmianach, było chyba najczęściej słyszanym wyrazem w codziennych rozmowach, a te były przeważnie o kłopotach we wszystkich sferach życia: zdrowotnej, administracyjnej, edukacyjnej, nawet religijnej, oraz – rzecz jasna – w największym stopniu dotyczyło to podstawowych zakupów i zaopatrywania się w cokolwiek.

Pamiętam pytanie mojego trzyletniego wówczas synka, gdy instalowaliśmy zakupiony w Peweksie za uciułane bony dolarowe kolorowy telewizor:

– Tatusiu, czy to załatwił nam pan Fredzio?

W czasach zamulenia ludzkich umysłów nawałem codziennych trudności, niedostatków, braków, kłopotów i niedoborów, grzebania się bez końca w tej drobnicy detali warunkujących funkcjonowanie domu i wreszcie – marnotrawienia cennego czasu, duszenia talentów, tłumienia ambicji – w takich czasach pan Fredzio był wybawieniem. Zrobić, naprawić, zmajstrować czy nawet zbudować, był w stanie dosłownie wszystko, a – co ważniejsze – z niczego, był cudotwórcą albo wielkim socjalistycznym kreatorem.

– Tylko grać nie potrafię – żartował sobie, doceniając naszą nieukrywaną zazdrość, splecioną z bezgranicznym wprost zachwytem dla jego uzdolnień.

– To ile sąsiad jest gotów wydać na tę łazienkę? – zaczepił mnie już dzień czy dwa po podrzuceniu mu nowego zadania. – Bo inna jest rozmowa, gdy jest do wydania sto patyków czy więcej, a inna, gdy tylko jakieś, powiedzmy, dwadzieścia tysięcy.

Szybko uzgodniliśmy niewygórowaną cenę, którą udało się utrzymać do końca roboty, a także niezbyt odległy termin, warunkowany jednak tym, że poszczęści się w skompletowaniu niezbędnych urządzeń. A było tego sporo: wanna z baterią, WC, podgrzewacz wody, drzwi łazienkowe, materiał na ściankę działową oraz sporo detali hydraulicznych i elektrycznych. Trudno było w to uwierzyć, ale prawie wszystko zmieścił pan Fredzio do swojego trabanta combi, który nazywał autobusem, bo prawie zawsze wysiadała z niego przed blokiem gromadka jego dzieci. Do przewiezienia moim samochodem zostawił tylko dwa pudła i swojego pomocnika. Trzeba było jednak wyruszyć przed czwartą rano w sobotę, żeby – jak to określił – mieć na niedzielę fajrant.

Dzięki tej łazience poziom komfortu zamieszkiwania w domku babci z niżu ciemnej doliny wzniósł się nagle na wyżyny. Odtąd można już było udawać się tam o każdej porze roku i radzić sobie całkiem nieźle, nawet z małymi dziećmi. A więc i teraz wyjazd do babci był dla nas najlepszym rozwiązaniem.

– Jedziemy! – usłyszałem swój zdecydowany głos, by lekko przyćmić fakt, że postępujemy według pomysłu żony.

Tak więc zostawiłem ją z dziećmi u mojej mamy i po przekąszeniu czegoś naprędce niemal natychmiast ruszyłem z powrotem. Na rogatkach miasta ustawione już były szlabany, przy których marzli młodzi żołnierze. Ubrani w waciaki, z uszatymi czapkami na głowach, przytupywali w miejscu, jakby kończyli właśnie skoczny wojenny taniec. Ciężkie wojłokowe buciory postękiwały w proteście na kamiennym bruku. Zatrzymałem samochód na rogatce i przygotowałem dokumenty, po czym otworzyłem okno i czekałem. Jeden z żołnierzy zbliżył się do mnie bez pośpiechu i warknął mi do ucha, zerkając do wnętrza:

– Dowód osobisty! Dokąd to obywatel podróżuje?

– A wracam sobie do domu – odważyłem się żołnierza trochę rozgrzać wesołym tonem.

– Proszę grzeczniej – upomniał mnie i po chwili jeszcze pouczył: – Odtąd, obywatelu, przy każdym wyjeździe z miasta będzie obowiązywała przepustka!

Ruszyłem niezbyt dynamicznie, nie wiedząc jeszcze, dokąd mam jechać. Rozważałem przez chwilę, czy ma to być nasze, puste przecież, mieszkanie. Wiadomo, że nie. Więc może jakiś kościół z niedzielną mszą? Chyba nie teraz, bo raczej wolę pójść wieczorem na mszę akademicką albo może do katedry. Czy powinienem pojechać do Jacka? No skądże znowu, przecież na pewno nie ma go w domu, bo zamierzał udać się do Avii, obawiając się zatrzymania. On znał tam sporo ludzi, bo brał udział w ich szkoleniu, a ja byłem tam tylko raz, gdy latem osiemdziesiątego pierwszego roku dostałem przepustkę do zakładowego ośrodka obliczeniowego. Wtedy do paczek z formularzami Jacek włożył mi sporo wydawnictw drugiego obiegu. Pamiętam radość, jaką przewodniczącemu tamtejszej komórki Solidarności sprawił Inny świat Herlinga-Grudzińskiego, a także jego zaskoczenie broszurką autorstwa Zofii i Zbigniewa Romaszewskich ze wskazówkami, jak się zachować w przypadku rewizji.

– Po co nam to? Przecież działamy legalnie – dziwił się jeszcze wtedy, lecz już jesienią zapotrzebowanie na ten poradnik gwałtownie w Avii wzrosło.

Zwolniłem nieco, zdejmując nogę z gazu, bo właśnie przyszło mi do głowy, że najlepiej byłoby pojechać do Andrzeja. I tak właśnie wówczas postąpiłem.

Teraz historia się powtarza. Znowu Jacek jest posłańcem złej wiadomości, a ja i tym razem nie mam wyjścia i udaję się do Andrzeja, już ostatni raz. Pogrzeb świętej pamięci Andrzeja odbędzie się już za dwa dni.

A wtedy, pamiętnego trzynastego grudnia, pomyślałem sobie, że bez jego mądrej rady nie potrafię sam dokonać trafnego wyboru. Dopiero po rozmowie, niezależnie od tematu, zawsze czułem się dojrzalszy, mądrzejszy, lepiej poinformowany i z poczuciem życiowego ukierunkowania – przemyślanego, poprawnego, trafnego. Jemu z kolei najlepiej formułowało się myśli w toku dyskusji, a o przymuszeniu go do napisania czegokolwiek nie było nawet mowy. Można powiedzieć, że był takim współczesnym Sokratesem, który zostawiając po sobie tak wiele, nie skalał się żadnym pisaniem, przy czym do cennych przymiotów filozofa Andrzej dołożył jeszcze jeden: swoiste lubowanie się w nieoczekiwanym przyznawaniu racji swemu rozmówcy, któremu z dziwną satysfakcją wyjawiał, że wcześniej się mylił i wskutek dialogu właśnie zmienił zdanie.

Zawdzięczałem mu ogromnie dużo, i to na wszystkich ważnych polach. Zapamiętany na samym początku znajomości obraz pogrążonego w pokornej, żarliwej modlitwie, klęczącego ze spuszczoną głową i oczami zasłoniętymi gęstą kępą włosów wybitnego intelektualisty utwierdził mnie wtedy w mojej wierze, w trwaniu w niej, i dodatkowo rozbudził potrzebę jej pogłębiania, by się skutecznie bronić przed upowszechniającym się indyferentyzmem.

To jego wiedza, przekazywana w sposób ożywiający moje widzenie świata, wyzwolona od skostniałych, zmurszałych schematów, umocniła mnie w wyborze dalszej drogi życiowej, ukierunkowanej na badania naukowe, na dociekanie prawdy. A to znalazło całkiem wymierny, praktyczny wyraz w błyskawicznym zrobieniu doktoratu, co okazało się później szalenie przydatne na życiowych rozdrożach.

W dyskusjach i konsultacjach Andrzej zawsze starał się towarzyszyć moim wywodom bez szorstkich ingerencji, a jedynie poprzez wnikliwe pytania doprecyzowywał lub delikatnie korygował kierunek myślenia i formułowanie ostatecznych konkluzji.

W tamtym konkretnym momencie najważniejsze jednak było to, że właśnie pod jego wpływem dałem się niemal bez reszty ponieść nowemu ruchowi społecznemu, a nawet pragnąłem go z nim współtworzyć, organizować, będąc gotów o niego walczyć jako spadkobierca tego wspaniałego dziedzictwa po przodkach, którzy potrafili odzyskać i obronić odrodzoną Polskę.

Wjechałem na osiedlowy parking, ale nie udało mi się znaleźć wolnego miejsca. Raz i drugi okrążyłem skupisko bloków, aż w końcu doczekałem się sprzyjających warunków, spostrzegłszy młodą parę wypychającą swojego malucha, by go uruchomić mimo rozładowanego akumulatora. Wykorzystałem zwolnione miejsce, wstawiając tam swoje auto, i zdążyłem jeszcze doskoczyć, by pomóc dziewczynie w popychaniu samochodu, który w końcu odpalił.

– Dziękuję bardzo. – Młoda kobieta ucieszyła się, usłyszawszy warkot silnika. Po chwili z zalotnym uśmiechem, słanym na przemian do mnie i do swojego chłopaka za kierownicą, poprawiła się: – Dziękujemy oboje, sama nie dałabym rady.

A rozpromieniony posiadacz ożywionego malucha na pożegnanie pomachał do mnie ręką z palcami ułożonymi w literę V. Obaj wygraliśmy. Jemu udało się szczęśliwie odjechać, dzięki czemu ja mogłem zaparkować.

– Uliczna solidarność. – Roześmiałem się do siebie samego, kierując się nieodśnieżoną ścieżką do bloku, w którym na pierwszym piętrze znajdowało się mieszkanie Andrzeja. Duże, pięciopokojowe, połączone z dwóch mniejszych.

Długo stałem pod drzwiami, ponieważ nikt nie reagował na dzwonek. Cierpliwie czekałem, pukałem, znów dzwoniłem i czekałem, aż w końcu otworzyła mi jego żona. Rozejrzała się wokół, jakby bojaźliwie, nie podnosząc na mnie wzroku i nie zapraszając mnie wcale do środka. Dotąd nigdy się tak nie zachowywała. Przeciwnie – zawsze starała się mnie zatrzymać, czymś poczęstować, o czymś zagadać, wtajemniczając nawet w krępujące niekiedy dla mnie sprawy rodzinne, własnościowe, spadkowe albo wychowawcze. Lubiła też opowiadać o codziennych kłopotach, ale i sukcesach w pracy, których miała całkiem sporo, zwłaszcza gdy zajmowała się zespołami ludowymi, organizując dla nich różne konkursy czy festiwale, na których przecież zawsze ktoś wygrywał lub był wyróżniany.

Tym razem to ja wyjątkowo chętnie przyjąłbym zaproszenie na kawę lub herbatę po podróży, a ponadto z przyjemnością skorzystałbym z toalety. Nie zdążyłem jednak tego nawet zdradzić, łowiąc uchem jej chłodny głos.

– Andrzej miał zawał i jest w szpitalu – usłyszałem w odpowiedzi na mój niski ukłon, a to zgasiło wszystkie moje zachcianki, zwłaszcza że żona Andrzeja dopowiedziała jeszcze, jakby chcąc uprzedzić dalsze jej nagabywanie. – Erka zabrała go do kliniki, pan rozumie, taki czas, takie przeżycia, pan rozumie…

Po namyśle pojechałem do kliniki i nawet zdążyłem tam się znaleźć tuż przed końcem czasu wyznaczonego na niedzielne odwiedziny chorych. Nie wpuszczono mnie jednak na oddział, i to z nieznanego mi powodu. W recepcji wystawał jakiś osobnik w mundurze, który przed wejściem przepytywał o coś każdego odwiedzającego. Mnie też zagadnął od razu, kim jestem dla chorego, a dowiedziawszy się, że łączą nas jakieś relacje służbowe, wszedł do pomieszczenia przy recepcji i z kimś chwilę rozmawiał, po czym oświadczył mi, że moja wizyta jest wykluczona.

W tym momencie w innych drzwiach, wychodzących na korytarz, ujrzałem znajomego kardiologa, więc podbiegłem do niego, by przynajmniej zapytać o stan zdrowia Andrzeja. Dowiedziałem się, że jest on wprawdzie pacjentem oddziału, ale nie przechodził żadnego zawału. Wróciłem więc szybko do mundurowego przy recepcji, by ponowić prośbę o zgodę na odwiedziny, ale ten ofuknął mnie ostro, że nie będzie dwa razy powtarzać; że trzeba rozumieć po polsku. Poza tym czas odwiedzin już się skończył, a pacjent może sobie nie życzyć czyichś wizyt.

Dziś muszę przyznać, że ten ostatni argument, choć dla mnie przykry, już wtedy zabrzmiał chyba najbardziej przekonywająco.

Andrzej nie tylko uniknął internowania, ale przez kilka miesięcy pozostawał niedostępny, będąc na zwolnieniu lekarskim i przemieszczając się ze szpitala uzdrowiskowego do sanatorium, a potem jeszcze odwrotnie, tylko w innym kurorcie. Pamiętam, że wielokrotnie wspominał o tym Jacek, który rzucał nawet na Andrzeja jakieś niedorzeczne w tamtym czasie podejrzenia.

A swoją drogą teraz byłem ciekawy, czy ta śmierć Andrzeja miała podłoże kardiologiczne. Przypomniałem bowiem sobie takie właśnie jego problemy zdrowotne jeszcze z czasów moich studiów. Mało go wtedy znałem, lecz pamiętam takie zdarzenie: jako opiekun drugiego roku przewodził on studenckiej pielgrzymce, po której witano go wraz ze wszystkimi wracającymi z Jasnej Góry przed wejściem na dziedziniec uniwersytecki. Rozentuzjazmowana i rozśpiewana grupa czekała na niego przed kościołem akademickim, bo został nagle poproszony o odbiór jakiejś pilnej przesyłki czy wiadomości w sekretariacie, który znajdował się w sąsiednim budynku na trzecim piętrze. Szedłem wtedy za nim po schodach, początkowo dość szybko, potem wolniej i wolniej, aż do zatrzymania na ostatnim półpiętrze. Przystanąłem przy nim i zapytałem, czy źle się czuje, bo wydawał się na bezdechu. Zerknął na mnie z wdzięcznością i charakterystycznym dla niego półuśmiechem, podziękował bezgłośnie skinieniem ręki i potrząśnięciem głowy, ale ja nie odstępowałem od niego, czekając, aż dojdzie do siebie, a on powolutku, noga za nogą, wdrapał się na trzecie piętro, uspokoił mnie gestem dłoni i dwukrotnym powtórzeniem swoistej palcówki, jakby ćwiczył w powietrzu fortepianowe pasaże.

– Chyba serce, czas rzucić palenie.

Usłyszałem to wtedy od niego po raz pierwszy, a potem, przez cały okres naszej przyjaźni, rzucanie palenia było szczególnym rodzajem jego aktywności i swoistego utrapienia, przedmiotem systematycznie powtarzanych werbalnych deklaracji, zawsze jednak z jakąś szczyptą autoironii i powątpiewania.

Od tego wydarzenia rozpoznawał mnie już zawsze, a kilka miesięcy później, na prowadzonych na moim roku wykładach, nie ukrywał sympatii do mnie, wzbudzając zazdrość kolegów, a zwłaszcza koleżanek, gdy podchodził, by się przywitać, lub gdy z dala pozdrawiał mnie nieco teatralnym gestem.

Nie miało to wtedy jednak nic wspólnego z jakimś faworyzowaniem czy protegowaniem, bo Andrzej był bezinteresownie uczynny dla każdego, kto mu się napatoczył. Nie zdarzyło się chyba nigdy, by odmówił pomocy, rady, konsultacji, zawsze bez jakiegokolwiek wywyższania się, także wtedy, gdy już go honorowano w różny sposób i mógł powszechnie uchodzić za dygnitarza, a zarazem kombatanta. On pozostawał zawsze pełen autentycznej pokory, lecz równocześnie także swoistej autoironii, przez co z obopólną radością dawał z siebie czerpać całymi garściami wszystkim zainteresowanym, a takich nigdy wokół niego nie brakowało.

Oczywiste było to w odniesieniu do sfery intelektualnej, naukowej, ale on miał jeszcze specjalny autorytet moralny, bo sam stanowił dla młodych ludzi żywy wzorzec do naśladowania. Dlatego skutecznie uczył zarówno słowem, jak i przykładem. Był zawsze gotów do bezinteresownej, przyjaznej i życzliwej służby innym ludziom, których starał się wspomagać swoją wiedzą, doświadczeniem oraz czasem, czyli całym sobą.

Po ukończeniu studiów byłem już pod przemożnym jego wpływem. To dzięki Andrzejowi, czy raczej przez niego, już w czasie lubelskiego lipca 1980 roku poczułem się wręcz wewnętrznie zobowiązany do zaangażowania się w budowę i organizowanie nowego, niezależnego, powstałego oddolnie ruchu społecznego, przekształcającego się w związek.

Jasne, że wybór Polaka na papieża, a zwłaszcza pielgrzymka Jana Pawła II do kraju, i to nasze policzenie się wtedy w Warszawie i Krakowie dawało nam wszystkim poczucie zbiorowej, nadludzkiej siły płynącej ze zjednoczenia się wokół najwyższych wartości. Zasiane w nas zostało ziarno patriotyzmu, zespolonego z głęboką wiarą, że komunizm nie będzie trwał przez pokolenia, lecz jest tylko krótkim epizodem w tysiącletnich dziejach narodu naznaczonego chrześcijaństwem. Wymagało to jednak dalszej troski i pielęgnowania, by to, co dobre dla kraju, mogło zacząć tak pięknie rosnąć, rozkwitać, dojrzewać, dając nadzieję na dorodne plony w nieodległej przyszłości.

Pamiętam swoją bieganinę wśród współpracowników z listą, na którą wpisanie się stanowiło ważny wówczas akt opowiedzenia się za nowym ruchem społecznym, wejścia w tworzącą się oddolnie, całkiem nową strukturę, wspaniałą wspólnotę. Już w pierwszych dniach września, po porozumieniach sierpniowych, udało mi się zorganizować w swoim zakładzie walne zebranie załogi, na którym przeprowadzone zostało tajne głosowanie na temat preferowanej przynależności do związków zawodowych: bądź zrzeszonych w CRZZ, bądź – jak to określiliśmy – wolnych i samorządnych. Była jeszcze możliwość wyboru trzeciej odpowiedzi: niepopierania żadnej formy zrzeszenia.

Cieszyłem się jak po przyjęciu oświadczyn przez ukochaną, gdy przytłaczająca większość zadeklarowała poparcie dla wolnych związków, a na pozostałe dwie możliwe do wyboru odpowiedzi padły tylko jakieś pojedyncze głosy. Trzeba jednak pamiętać, że to było głosowanie tajne, natomiast gdy po kilku dniach przyszło do jawnego zadeklarowania przystąpienia do nowych, wolnych związków, wprawdzie jeszcze większość, ale już tylko nieznaczna, zrobiła to natychmiast, często z okazywanym entuzjazmem, a niekiedy z pewnym wahaniem i obawą, że może się nie udać coś aż tak nieprawdopodobnego w panującym od pół wieku ustroju, strzeżonym przez ciągle stacjonujące tu przecież obce wojska.

Niektórzy odkładali decyzję na później.

– Panie magistrze, co z tego będzie? – nie ukrywali wcale swojego zatrwożenia, będącego materiałem trudno zapalnym dla wątłych jeszcze iskier nadziei.

– To zależy tylko od nas samych – odpowiadałem z takim przekonaniem, że zacząłem być postrzegany jako środowiskowy przywódca.

Dlatego w późniejszych wyborach, zarówno w strukturach związkowych, jak i do władz w różnych społecznych ciałach, wynik przeważnie był łatwy do przewidzenia.

Oczywiście tak silnie rozbudzonym nadziejom musiały towarzyszyć najrozmaitsze rozczarowania i zawody. Moje główne miejsce zatrudnienia było instytucją o charakterze ogólnokrajowym z terenowymi oddziałami, w związku z czym sama próba zarejestrowania nowej jednostki organizacyjnej związku napotkała na dodatkową trudność, wynikającą z podwójnej podległości: regionowi, w którym zlokalizowany był oddział, a z drugiej strony – warszawskiej centrali, która przez położenie w stolicy przypisana była do Mazowsza. Dlatego też uchwały, podejmowane w Warszawie na walnych posiedzeniach, na pewno obowiązywały w centrali na Mazowszu, natomiast odnośnie do oddziałów położonych w innych regionach zawsze można było stawiać jakieś znaki zapytania i mnożyć przeszkody.

Pamiętam, jak w piątkowe popołudnie, wraz z kilkuosobową grupą delegatów z terenu, zgodnie przegłosowaliśmy na takim walnym posiedzeniu, że już od następnego dnia uchwala się wprowadzenie wolnych sobót, po czym telefonogramem zawiadomiona została cała załoga wraz z placówkami terenowymi. I co się stało dalej? W poniedziałek rano dowiedziałem się, że tylko ja nie byłem w sobotę obecny w pracy.

Nawet nie chcę sobie przypominać wywodów, argumentów, uzasadnień i usprawiedliwień, z jakimi przychodzili potem moi współpracownicy, czasem pełni wstydu, a czasem z udawaną skruchą. Nie dotyczyło to wszak tych, którzy wraz ze mną byli delegatami, bo ci jednomyślnie stwierdzili, że stawiając się w zakładzie, chcieli naocznie sprawdzić, czy uchwała o wprowadzeniu wolnych sobót jest realizowana. Można się było załamać.

Do powolnego uczenia się solidarności przez małe „s” trzeba było czasu. Wraz z jego upływem, a zwłaszcza z biegiem rozmaitych zdarzeń, coraz bardziej można było się utwierdzić w słuszności oparcia struktury związkowej na regionalnym podziale Polski, bliskim idei decentralizacji, która mogła skuteczniej podkopywać fundamenty komunistycznego państwa. A wydarzenie z wolnymi sobotami można też potraktować jako ilustrację zwiększonych trudności centralnego zarządzania strukturami poziomymi.

Nie jestem całkiem pewien, ale prawdopodobne jest, że przyjęcie podziału regionalnego a nie branżowego, jako podstawy struktur związkowych, było pomysłem świętej pamięci Andrzeja, który z pewnością od początku był gorącym orędownikiem takiej właśnie koncepcji. Myślę, że nigdy nie doceniono jego roli w całym procesie odzyskiwania suwerenności i podmiotowości przez Polaków, a przecież należał do najważniejszych doradców pierwszego komitetu strajkowego. To dzięki niemu zorganizowany został w naszym mieście pierwszy komitet międzyzakładowy, co stanowiło zręby późniejszych struktur całego NSZZ „Solidarność”.

Nie bez trudu uporządkowałem swoje sprawy zawodowe, by móc polecieć na pogrzeb Andrzeja, natomiast gładko i szybko poszło wszystko, co wiązało się z lotem. Niewiele brakowało, a zapomniałbym zawczasu poinformować o wszystkim żonę, która pamiętała dobrze zmarłego, a teraz nagle przyparła mnie pytaniem:

– Lecisz sam?

Zrobiło mi się nieswojo, gdy uprzytomniłem sobie, że postąpiłem wobec niej dość niezręcznie, przeprowadzając samopas całe organizowanie wyjazdu.

– Poleciałabyś? Przecież nie znosisz pogrzebów – brnąłem dalej.

– Owszem, nie lubię, ale to przecież Andrzej. A ty pewnie już masz bilet? – zdecydowała się uciąć temat.

– Lecę już pojutrze przed świtem. – Mogłem jej tylko przytaknąć.

– Odwiozę cię na lotnisko – oświadczyła bez wahania, na co odezwałem się jeszcze wyzywająco:

– Będzie ci się chciało zrywać w środku nocy?

– A czy kiedykolwiek mi się nie chciało? – spytała retorycznie.

Zmitygowany przytuliłem ją, by wyrazić wdzięczność za spontaniczne i bezwarunkowe odpuszczenie mi po raz kolejny mojej nierozmyślnej winy.

Na lotnisku wszystko poszło sprawnie i szybko zająłem swoje miejsce w samolocie. Niewielki podręczny bagaż umieściłem w schowku nad siedzeniami, zaopatrzywszy się uprzednio w lekturę na czas lotu. Nic lekkiego. Komunikaty z najnowszych badań, z którymi już dawno powinienem się zapoznać.

Jednak od początku nie mogłem się skupić. Moją uwagę zwrócił rudowłosy mężczyzna w średnim wieku, ubrany w sportowe dresy i tenisówki, z zarzuconym na ramiona sporym plecakiem. Trącał nim co chwilę któregoś z pasażerów, obracając się to w prawo, to w lewo w poszukiwaniu swojego miejsca. W końcu ktoś z załogi mu pomógł, w efekcie czego usiadł obok mnie od strony okna. Z plecakiem na kolanach.

Po zwróceniu mu uwagi przez stewardessę długo nie mógł sobie poradzić z wciśnięciem go do szafki nad naszymi głowami. W końcu jednak to zrobił, po czym usiadł, zamknął oczy, znieruchomiał i zasnął.

Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Gdy zerknąłem na jego bladożółtą, nieogoloną, piegowatą twarz wydawało mi się, że porusza wargami jak w modlitwie. W tym drżeniu i w takiej pozycji trwał do czasu, aż samolot znalazł się nad chmurami. Wtedy zerwał się nagle, by pilnie przedrzeć się do wyjścia. Potem jeszcze powtarzał to samo wielokrotnie, dosłownie co pół godziny. Podrywał się i z wyciągniętą przed siebie ręką torował sobie drogę prowadzącą do toalety. Po dłuższej chwili wlókł się ospale z powrotem spokorniały i zgnębiony.

Za którymś razem zauważył, że uśmiechnąłem się do niego ze współczuciem, co odczytał jako sygnał do nawiązania łączności słownej. Ucieszył się niczym dziecko w żłobku na widok odbierających je stamtąd rodziców, gdy ustalił, że jestem Polakiem, a nie Amerykaninem, za którego mnie początkowo wziął, nie wiedzieć czemu. Od razu lepiej się poczuł i nawiązał rozmowę, która przeobraziła się w monolog, przerywany z rzadka moim krótkim dopytaniem, podanym posiłkiem albo znowuż jego kolejnymi eskapadami za swoją potrzebą.

– Prześladuje mnie pech – powtarzał to zdanie jeszcze wielokrotnie w różnych odmianach przed rozpoczęciem kolejnych opowieści, które bardziej lub mniej przekonywająco ilustrowały tę jego życiową generalizację o wyjątkowym niefarcie. – Zawsze w samolocie dostaję rozwolnienia – poskarżył mi się, a ja początkowo nie mogłem zrozumieć, o co mu chodzi, ze względu na charakterystyczny sposób wymawiania przez niego fonemu „r”, który brzmiał, tak jakby przedrzeźniał Niemca. – Staram się absolutnie nie latać. Ale skoro przelot sfinansował mi związek, to tym razem z niego skorzystałem. Pan od dawna na Zachodzie?

– Ponad piętnaście lat – mruknąłem.

– Ach tak? Solidarnościowa emigracja. – Rudzielcowi łatwo przyszło zakwalifikowanie mnie do tego właśnie segmentu.

– Można tak powiedzieć – potwierdziłem dla świętego spokoju.

– A ja miałem pecha – zaczął niemal dokładnie tak samo, jak robił to i wcześniej, i później. – Mnie stan wojenny zastał we Francji. Pojechałem tam wtedy drugi raz. Ale ten kierunek już wcześniej był dla mnie pechowy. Wszedłem w interesy ze swoim szwagrem, który robił niezłą kasę na przemycie. Ale wie pan, jak się wychodzi z rodziną… Nieopatrznie zgodziłem się, żeby szwagier posłużył się całym naszym spadkiem po rodzicach, znaczy się moim i siostry, czyli jego żony. Chodziło o to, żeby zwiększyć skalę interesu, skoro tak dobrze mu dotąd szło. I właśnie wtedy wpadł! A ja zostałem absolutnie bez grosza przy duszy. – Tu przerwał na chwilę, bo stewardessa roznosiła napoje.

– Może lepiej by panu zrobiła gorąca herbata – starałem się wesprzeć rudzielca choćby dobrą radą, lecz on trwał uparcie przy coli.

– To nie wiesz pan, że coca-cola jest absolutnie skuteczna na problemy z biegunką? Najlepiej, jeśli jest bez gazu… A wracając do szwagra: dał mi namiary na dobrą robotę przy winobraniu. Wtedy już udało mi się wyjechać i nawet zarobić na peugeota 104. Długo się jednak człowiek nie nacieszył. Cóż, jeśli ma się takiego pecha… Ledwo kupiłem, zaraz mi go dmuchnęli. Prawie sprzed okna, na osiedlowej uliczce. Nie przejechałem nawet tysiąca kilometrów. Miałem zamówioną kolejkę u blacharza i lakiernika, bo miał poobijany lewy bok. Nie zdążyłem też go ubezpieczyć. Zresztą autocasco takie drogie. I znów strata… Ale co tam? Miałem się powiesić? Absolutnie, szybka decyzja i jadę jeszcze raz do Francji. Zamierzałem wrócić na Boże Narodzenie, a tu generał w ciemnych okularach wyprowadził wojsko z koszar przeciw własnemu narodowi. Więc zostałem w Montpellier… Och, teraz znów muszę pana przeprosić. – Podniósł się zamaszyście z wyciągniętą przed siebie ręką, więc zapadłem się głębiej w fotel, by ułatwić mu szybkie przejście.

Pod nieobecność rudzielca poczułem, że ciążą mi powieki, popychając mnie do choćby krótkiej drzemki. Sięgnąłem więc do schowka na podręczne bagaże, by odłożyć do torby przekartkowane już raporty. Wtedy zajmujący miejsce przede mną pasażer w kraciastym garniturze uniósł lekko głowę w moim kierunku i zwrócił się do mnie po polsku ze współczuciem.

– Wytrzymuje pan z nim jeszcze? Najlepiej spróbować zasnąć – podszepnął życzliwie, a ja wprawdzie mu nie odpowiedziałem, lecz skorzystałem z jego rady.

Po pewnym czasie rudzielec wrócił w wyraźnie lepszej formie. Być może miał rację z tą leczniczą skutecznością coca-coli. Od razu kontynuował monolog, wcale nie zważając na przymknięcie przeze mnie zmęczonych oczu.

– Nie wracałem tak długo – tłumaczył się – bo znów miałem pecha. Obie toalety zajęte akurat wtedy, gdy potrzebne. – Rozsiadł się wygodnie i zapatrzył się przez okno na kołyszącą się pod nami srebrnoszarą pierzynę chmur. – Ten stan wojenny mi osobiście całkiem dobrze się przysłużył. Jako coś niewytłumaczalnie nadzwyczajnego. Najprawdziwszy, absolutnie niebywały cud…

Ze zdumienia otworzyły mi się oczy. Same. Mimowolnie, gwałtownie i szeroko. Ciągle jeszcze wykazywałem nadwrażliwość na głoszenie w mojej obecności tego rodzaju osądów fałszujących stan faktyczny. Rudzielec zauważył to i chcąc natychmiast załagodzić moją niespodziewaną dla niego reakcję, wyjaśnił:

– Spokojnie. Nie chodzi o politykę. Poza tym ja osobiście absolutnie w żadne cuda nie wierzę. Tu nie religia potrzebna, a raczej psychologia. Wyobraź pan sobie, że wprawdzie uczyłem się francuskiego w liceum; miałem też wyjazdy, jeden, drugi, trzeci; spędziłem wcześniej we Francji dobrych parę miesięcy, i co? Niewiele rozumiałem, a mówić się bałem. I nagle: ogłoszenie stanu wojennego, a ja wszystko wokół rozumiem. Absolutnie. I zaczynam mówić swobodnie jak po polsku. Czuję nagle ten język… Potem taki jeden psycholog wyjaśnił mi, że otworzyłem się w pełni na nowe miejsce życia, na środowisko, na kulturę. Jednocześnie zamknąłem absolutnie w mojej głowie możliwość powrotu do Polski. Mam gdzieś na piśmie ten jego szwargot: sublimation, régression, adaptation…

– To wyjaśnienie jest sensowne – odezwałem się, wywołany do odpowiedzi pytającym wzrokiem rudzielca, lecz już po chwili ponownie poddałem się działaniu kleju gromadzącego się ze znużenia pod powiekami.

A mój uzdrowiony coca-colą współpasażer ochoczo nadawał dalej.

– A w Polsce wszyscy by powiedzieli, że to był cud nadzwyczajnego daru Ducha Świętego… – Roześmiał się kpiąco.

– A pan nie wierzy w Boga? – zapytałem poważnie.

– No przecież nie tak naiwnie, że Duch Święty może sobie tak tchnąć na każdego. Żeby tak bez kosztów, bez zakuwania słówek, opanować nagle język…

– Może tu chodzi o inny język? – zbiłem go z pantałyku.

– Inny? – powtórzył zdziwiony.

– Dla chrześcijanina najważniejszy jest język miłości – wyjaśniłem rudzielcowi, który skrzywił się i wymamrotał, nie kryjąc rozczarowania:

– Pan to może jakiś jezuita? – spytał z butą i nadęciem, a zarazem z pewną obawą.

– Nie. – Szczerze się roześmiałem, myśląc sobie przekornie, że nie zaszkodzi mu w tym momencie krótka lekcja oduczania się pogardy. – Nie trzeba być jezuitą, by rozumieć chrześcijaństwo. Jego istotą jest przecież miłość. Wyrażając ją, czyli posługując się językiem miłości, jest się rozumianym przez wszystkich ludzi na świecie. Umożliwia więc on porozumienie się bez wkuwania słówek…

– E tam… – Rudy dresiarz lekceważąco pokręcił głową. – Tak to było u pierwszych chrześcijan, może za Nerona. Teraz księża największą miłość to mają do mamony. Ha, ha, ha!

– No może wyszukiwał ich pan tylko pod tym jednym kątem. Bo ja wprawdzie się i na takich natknąłem, lecz spotkałem także księży świętych. Właśnie wypełnionych miłością.

– Może i tak. – Rudzielec ustąpił nadspodziewanie łatwo, zapewne pragnąc jak najszybciej porzucić ten temat i wrócić do swoich zwierzeń. – Skończyłem na cudownym opanowaniu francuskiego? – bardziej oświadczył niż zapytał, by czym prędzej kontynuować swoje wynurzenia. – Mieszkałem wtedy na południu Francji w okolicach Montpellier. Trafiła się praca w porcie lotniczym, przede wszystkim w weekendy, ale dobrze płatna. Na razie mogłem tam zostać. Lepsze było wprawdzie winobranie, ale zaczynało się dopiero w sierpniu. U bliskich znajomych. Miałem wobec nich zobowiązania. Dlatego tam absolutnie trzeba się było stawić…

– To chyba się pan musiał dużo po Francji przemieszczać? – spytałem, nie otwierając oczu po to, by zarejestrował fakt, że wcale nie zasnąłem. – Do Burgundii? Szampanii? – wymieniłem najpopularniejsze winiarskie regiony, w których niegdyś znajdowali wakacyjną pracę moi znajomi z młodości.

– Skądże znowu – zaprzeczył rudzielec. – Przecież winnice w Langwedocji zajmują ponad dwieście tysięcy hektarów. To stamtąd pochodzi co czwarta butelka francuskiego wina. No, może nie tyle butelka, co raczej beczka. Cała Oksytania to region winiarski, absolutnie… – Przerwał i natychmiast ruszył biegiem w kierunku toalety.

Odruchowo sięgnąłem po lekturę, by przekartkować kolejny komunikat z badań. Treść mnie nie wciągnęła, więc zajrzałem do następnego. Ten z kolei wymagał więcej uwagi, a bardziej interesujące partie materiału potrzebowały weryfikacji i porównań. Nie była to lektura dobra na podróż. Spakowałem więc wszystko starannie i definitywnie odłożyłem do podręcznej torby, zanim rudy współpasażer wrócił na swoje miejsce.

– Wie pan? – odezwał się nieco głośniej, jakby wyczuwał, że musi mnie oderwać od pogrążenia we własnych myślach albo, nie daj Boże, od nagłego zaśnięcia. – Zadomowiłem się tam. Znaczy w Montpellier. Podobało mi się wszystko: tolerancja, bezpruderyjność, radość życia, postęp, poziom techniki, samochody, autostrady… Tak naprawdę to dopiero tam znalazłem prawdziwych przyjaciół… I wszyscy absolutnie kibicowali wtedy miejscowej drużynie HSC. Montpellier Hérault Sport Club, to pełna nazwa. Wtedy ledwo weszli do Première Division, no i niestety zaraz spadli. Taki pech! Ale wtedy był płacz…

– Który to był rok? – zdecydowałem się wtrącać od czasu do czasu jakieś pytanie, nie otwierając oczu. Odkryłem, że wówczas rozmowa wcale nie musi być tak bardzo męcząca.

– Osiemdziesiąty drugi. Polska trzecia na mistrzostwach świata w Hiszpanii. A pan może kibic? – Rozpromienił się przeniknięty zaskakującą nadzieją.

– Dość umiarkowany, zwłaszcza ostatnio… – zgasiłem jego oczekiwanie, szczerze przyznając, że moje kibicowanie wyraźnie słabnie w okresach braku sukcesów reprezentacji.

– Ale wtedy Polacy szli jak burza, absolutnie – roznamiętniły go dawne wspomnienia – a do Barcelony miałem przecież niewiele ponad trzy godziny jazdy samochodem. Pamiętam koniec czerwca, to był poniedziałek, rozwalamy na Camp Nou Belgię trzy do jaja i w grze o półfinał absolutnie wystarcza nam remis. A gramy z kacapami! I znów prześladuje mnie pech, bo mecz jest w niedzielę. Jak nie przyjdę do roboty, to mnie wywalą, więc jechać absolutnie nie mogę. Naszym udało się dowieźć remis, ale znów bez zwycięstwa. Że też nigdy nie możemy z nimi wygrać…

– No co pan? – żachnąłem się może nieco nadmiernie. – A pamiętne zwycięstwo w Chorzowie? To był pięćdziesiąty siódmy rok. Cieślik dwukrotnie pokonał samego Jaszyna. A na olimpiadzie w Monachium? Wtedy już pan chyba był na świecie. Jak załatwił ruskich Szołtysik wprowadzony na boisko przez Górskiego?

– A mówił pan, że się pan piłką za bardzo nie interesuje – wytknął mi zdumiony dresiarz.

– Pewnie, że nie za bardzo. Ale to wie przecież każdy Polak – odpaliłem bez ogródek.

– No ja to raczej miałem na myśli – plątał się niemiłosiernie – brak takich ogólnych zwycięstw nad ruskimi… Znaczy wojennych… Że zawsze byli górą i nas łoili w tyłek…

– A Batory? – Byłem przekonany, że uderzam atutowym asem. Ale tylko mi się tak zdawało.

– Co Batory? – Skrzywił się głupkowato.

– Stefan Batory. Zdobycie Połocka. 1579! – I poprawiam, jak mi się zdawało, niechybnie nokautującym ciosem: – A Kłuszyn?!

– Co to takiego Kłuszyn? – wybąkał rudzielec, przewracając oczami, po czym skulił się, jakby naprawdę oberwał.

– W tysiąc sześćset dziesiątym – wyrecytowałem, bo przecież nie mogłem pozostawić go w stanie aż takiej niewiedzy – Żółkiewski rozbił tam armię rosyjsko-szwedzką. Potem bojarzy powołali na swojego cara syna naszego Zygmunta III, Władysława.

– Nie słyszałem – przyznał pokornie dresiarz.

– Musi pan więc sobie co nieco doczytać – poradziłem surowo. – A jeszcze przecież była bitwa warszawska.

– No, akurat to wiem. – Twarz rozpromieniła mu się radośnie. – To był cud nad Wisłą. Po tym jak napadliśmy na ZSSR, to armia czerwona parła naszych aż pod Warszawę. No i tu był ten cud, bo ich konnym armiom nie udało się połączyć swoich sił…

Jęknąłem załamany, a zarazem wzburzony.

– Widzę, że musi pan jednak doczytać sobie sporo, a nie tylko co nieco…

Rudzielec spłonił się cały, ostudziłem więc swoje emocje, pozwalając mu znów pohasać po znanych mu torach.

– A tego meczu na Camp Nou pan w końcu nie obejrzał?

– Widziałem powtórkę – odparł po chwili z wyraźną wdzięcznością, że skończyłem już lekcję historii, a piegi na jego twarzy przebiły się ponad stopniowo blaknące szkarłatne tło. – Ale najważniejsze wtedy było to, że telewizja przez pierwszą połowę pokazywała na cały świat biało-czerwone flagi. A za bramkami rozpostarto takie wielkie transparenty z napisem „Solidarność”. Wiedziałem, że absolutnie pomogli hiszpańscy i francuscy związkowcy… W przerwie meczu interweniował jednak sowiecki ambasador i hiszpańska policja nakazała absolutnie ściągnąć te flagi. Wtedy Camp Nou, stutysięcznik, chyba największy stadion na świecie, aż zadudnił od okrzyków „Polonia Solidaridad”. Z tysięcy gardeł.

– A pan był w Solidarności? – zadałem pytanie, które ostudziło jego wcześniejszą kibicowską ekscytację. – Członkiem? Może sympatykiem? – naciskając, liczyłem przynajmniej na zmianę tematu.

– Wcześniej nie miałem z Solidarnością zbyt wiele wspólnego. – Rudzielec spoważniał i zaczął staranniej dobierać słowa. – Ani nie było czasu, by zająć się taką działalnością, ani wewnętrznej potrzeby, ani własnego przygotowania… W jesieni przed stanem wojennym wizytę we Francji złożył Wałęsa. Od tamtej pory nastawienie do Polaków zrobiło się bardzo przyjazne. W stanie wojennym to już nie tylko była sympatia, ale zaczęła się prawdziwa pomoc. Braterstwo. Zwłaszcza francuskich związków. Wtedy się w to włączyłem, a pomógł mi ten cud z językiem. Ale zaczęło się od ulotek… Wtedy je absolutnie wszystkie rozprowadziłem!

– Jakich ulotek? – zaciekawiłem się niekłamanie.

– No takich z informacją o sytuacji politycznej w Polsce – wyjaśnił. – Dla kibiców, którzy zjechali na mundial z całego świata. Wydrukowane były chyba przez komitet Solidarności w Paryżu. Dzięki nim właśnie tam trafiłem… – Zakrztusił się i kilkakrotnie próbował odkaszlnąć, po czym wydmuchał starannie nos i mówił dalej, lekko pochrząkując. – Ale powiem panu dalej, co z tą Barceloną. Bo skoro mi się nie udało na ten z ruskimi, to załatwiłem sobie bilet na następny mecz Polaków. Na szczęście ten był we czwartek. Półfinał z Włochami. Zdawało nam się, że makaroniarze dla nas niegroźni, przecież wyprzedziliśmy ich w grupie po bezbramkowym remisie. A tu, aż trudno było uwierzyć, kolejny pech! Okazało się, że w końcu zmuszony byłem do obejrzenia na żywo jedynego przegranego przez Polskę meczu. Jedynego w całym turnieju. Graliśmy bez Bońka wykluczonego za żółte kartki. Akurat w takim meczu taki pech. Za to u nich w ataku Paolo Rossi, absolutnie nie do powstrzymania. Tego właśnie dnia u szczytu formy. Wbił nam dwa gole. A na trybunach tego całego Camp Nou obok Bońka posadzony przez Piechniczka sam Szarmach. Nie wystawić takiego napastnika, to już była absolutnie prawdziwa zbrodnia. Nawet Francuzi się dziwili i pytali dlaczego. Szarmach grał wtedy w Auxerre. Właśnie im był najlepiej znany jako niezawodny strzelec… Muszę przyznać, że w tym całym moim pechu to był jeden absolutnie duży plus. To było zetknięcie się wtedy ze związkowcami. I z komitetem Solidarności… No i jeszcze było trzecie miejsce. Niby dla mnie na osłodę, ale pechowo, że trzeba było ograć akurat Francję…

Lecieliśmy już nad Polską, więc przed dniem zapowiadającym się jako wyjątkowo ciężki cenna była nawet krótka chwila relaksu. Każda minuta milczenia. Gdy jednak po jeszcze jednej, ostatniej już wędrówce mojego rudego współpasażera do toalety wrócił on uśmiechnięty i pełen energii do dalszego bajdurzenia, został zaczepiony przez siedzącego przed nami starszawego Polaka w kraciastym garniturze.

– Pan wybaczy – zwrócił się do niego nieco sztucznie obniżonym głosem – mimowolnie musiałem tutaj być jednym ze słuchaczy pańskich niewyczerpanych zwierzeń. Tych o wyjątkowym pechu. Przypomniał mi się w związku z tym stary żydowski dowcip. Myślę, że powinien pan go poznać, jeśli oczywiście pan pozwoli.

W tym momencie ukazał mi się profil starszego pana, który, choć był widoczny tylko przez moment, wydał mi się znany, być może z ekranu. Nie byłem jednak w stanie do końca zidentyfikować samej osoby.

– Mów pan – odparł rudzielec niezbyt uprzejmie, a wtedy starszy pan przemówił nieco teatralnym tonem.

– Biedny Żyd puka do drzwi bogatego ziomka i prosi go o wsparcie. Na pytanie, dlaczego tak usilnie ubiega się o pomoc, odpowiada po namyśle, że całe życie prześladuje go wyjątkowy, wprost nieprawdopodobny pech. Nie zdołał jednak swoim wyznaniem wzbudzić zaufania rozmówcy, a zapytany o konkrety znów długo się zastanawiał. W końcu przedstawił swoją opowieść. Był muzykiem, który został bez środków do życia. Jego orkiestra została z dnia na dzień rozwiązana. Taki pech. „A na jakim instrumencie pan grałeś?”. Uporczywie dopytywany znowu bardzo długo się namyśla. W końcu decyduje się na odpowiedź. „Na rożku angielskim”, powiada, a wtedy bogacz nieoczekiwanie wyciąga z pawlacza właśnie ten instrument i podaje mu go ze słowami: „No to pan coś zagraj!”. A na to żebrzący Żyd, wcale niespeszony, utwierdza się jeszcze w swojej narracji i powiada mu: „Teraz to już mi pan chyba wierzysz, że ten mój pech jest naprawdę wyjątkowy”.

Nie wiem, jak mój rudy towarzysz podróży odebrał ten dowcip, ale po jego usłyszeniu zaniechał już dalszych opowiadań o swoim pechu, a i lądowanie zniósł dużo lepiej niż start. Żegnając się ze mną, był tylko pełen obaw, czy na pewno odbierze go z lotniska jego szwagier. Od tego uzależniał nawet swój dalszy los. Gdy po wylądowaniu zobaczyłem ich serdeczne powitanie, pomyślałem sobie, że może zaczął go już opuszczać jego życiowy pech.

Na lotnisku udało się złapać taksówkę wspólnie ze starszym panem w kraciastym garniturze. Miał on wysiąść gdzieś niedaleko, po drodze. To aktor, którego twarz zapamiętałem z jakiejś polskiej komedii. Żona z pewnością znałaby jego nazwisko.

– Ale się do pana przykleił ten homo – zagadnął mnie jeszcze w taksówce.

– Słucham? – zdziwiłem się niekłamanie. – Skąd pan wie, że to gej? Ja nic szczególnego nie zauważyłem.

– Co pan? – Roześmiał się, już wysiadając. – Przecież to widać na milę – oświecił mnie z nieukrywanym poczuciem wyższości. Zasygnalizował jeszcze ruchem ręki chęć sięgnięcia po portfel.

– Ja zapłacę – powstrzymałem go, a taksówkarz z wyrzutem zmierzył mnie w lusterku groźnym wzrokiem, spodziewając się zapewne oddzielnego zainkasowania należności od nas obu.

Taksówka z niemałym trudem przebijała się dalej przez miejski korek aż do cmentarza, spod którego po zakupieniu wiązanki z białymi i czerwonymi różami półbiegiem przemieściłem się do pobliskiego kościoła, ledwo zdążając przed rozpoczęciem mszy pogrzebowej. Sporo ludzi stało na zewnątrz, natomiast w środku świątyni było dość tłoczno, więc od początku dyskretnie starałem się przesuwać do przodu, by ułatwić sobie znalezienie wzrokiem Jacka.

W czasie samej liturgii od czasu do czasu rozglądałem się całkowicie bezskutecznie, więc na razie dałem sobie spokój z szukaniem, ale po mszy zaczęły się długie przemówienia, toteż prawą stroną, przy której zlokalizowane były konfesjonały, przemieszczałem się stopniowo w pobliże trumny, niemal pod sam ołtarz, obok którego ułożone były wieńce i kwiaty. Znalazłem pretekst, by składając tam swoją wiązankę, ogarnąć wzrokiem jak najwięcej twarzy, potem znów powolutku wycofywałem się pod chór, obracając oczami we wszystkich możliwych kierunkach aż do wyjścia. Ciągle bez efektu.

Zdawało mi się, że wiele wiem o Andrzeju, bo kiedyś byliśmy przecież dość blisko, ale dotarło teraz do mnie, jak ważne jest, by ujrzeć człowieka w całości, a więc z pewnego dystansu, z jakiejś szerszej perspektywy, a może raczej z obserwacji pod różnymi kątami i z przeciwstawnych sobie stron. Upewniałem się w tym, słuchając wystąpień poszczególnych mówców, jakim to Andrzej był wybitnym intelektualistą z niespotykaną pasją dochodzenia do prawdy; jakim był bohaterem już od lat najmłodszych, cudem uratowanym z pożogi wojennej, a później odpornym na prześladowania przez komunistyczny reżim patriotą i jeszcze wzorem chrześcijanina z silnie ugruntowaną, żarliwą, głęboką, autentyczną wiarą; jakim był społecznikiem, wychowawcą młodzieży, animatorem różnych ruchów i działaczem, a nade wszystko człowiekiem oddającym się służbie innym, z całego swojego serca i umysłu, bez reszty i bezinteresownie.

Poszukiwanie twarzy podobnej do Jacka było swoistą obroną przed poddaniem się a to nadmiernemu patosowi, a to zbyt silnemu wzruszeniu, które zabarwiało wiele obserwowanych twarzy, ze lśniącymi i zbolałymi oczami błyskającymi zza zamglonych szkieł okularów. Niektóre panie zasłaniały twarze chusteczkami, tłumiąc cichutkie pochlipywanie. Wzbraniałem się przed poddaniem się tej psychozie, a także zbytniemu wtopieniu się w tę wspólnotę związaną zapewne podobnym do mojego uzależnieniem od Andrzeja. Namacalnie doświadczałem, że w relacji z nim wcale nie byłem kimś wyjątkowo rzadkim, przeciwnie – każdy stykający się z Andrzejem zdawał się trwale przesiąkać jego wpływem, znajdując się odtąd jak po zażyciu leku z opóźnionym, długotrwałym działaniem.

Przy piątym lub szóstym przemówieniu zdecydowałem się wyjść z kościoła, by zająć dobry punkt obserwacyjny do śledzenia wszystkich wychodzących żałobników. Ale i te zabiegi okazały się daremne – Jacka nigdzie nie było. Żaden z uczestników ceremonii nawet z grubsza nie przypominał jego charakterystycznej postaci, choć oczywiście miałem świadomość, że jego obecny wygląd znacznie się musi różnić od zapamiętanego obrazu sprzed lat. Działanie czasu bezlitośnie potwierdzał wygląd niegdyś znajomych, a dziś ledwo rozpoznawalnych wizerunków tych osób, które reagowały na moje spojrzenia jakimś gestem w rodzaju ukłonu, wyrazu sympatii czy bolesnego uśmiechu. Było tego znacznie więcej, niż mógłbym się spodziewać, co utwierdzało mnie w przekonaniu, że niczego nie przeoczyłem i na Jacka się tu jednak nie natknąłem.

Skoro nie było go na pogrzebie, to może po prostu jest w swoim mieszkaniu – pomyślałem. Byłem tam niegdyś co najmniej kilka razy i, wprawdzie nie bez trudu, przywołałem sobie przed oczy obraz osiedla, bloku, drugiego piętra, ostatnich drzwi po prawej stronie korytarza. Zatem szybka decyzja – skoro wiem dokąd, to biorę taksówkę i jadę.

Drzwi odrapane i poplamione otworzył jakiś starszy jegomość. Wysoki, lecz przygarbiony z chorobliwego wychudzenia, z zapadającymi się policzkami i zwisającą pod nimi poszarzałą skórą. Ujawniłem cel swojej wizyty, a on w milczeniu tylko przyglądał mi się z zaciekawieniem. Nagle odwrócił się ode mnie plecami, rzucając gdzieś w powietrze:

– Marta, tu ktoś od Jacka! – I poczłapał sobie w głąb mieszkania.

Pokazała mi się puszysta i przysadzista kobieta, z dziewczęcą jeszcze twarzą, choć lekko porysowaną zmarszczkami, które nagle wygładził promienny uśmiech.

– To ty? – pisnęła radośnie, zachęcając mnie gestem do wejścia.

– Jak to tu nie mieszka? Kiedy się rozwiedliście? W ogóle nie byliście małżeństwem? A co z waszym dzieckiem? – nie nadążałem z zadawaniem pytań, by cokolwiek zrozumieć z tego, co mi powiedziała. Okazało się, że Jacek i Marta nigdy formalnie się nie pobrali. Mieszkanie należy tylko do niej i zajmuje je nieprzerwanie, po odziedziczeniu go po babci, natomiast z Jackiem mieszkała tu tylko cztery lata, żyjąc z nim bez ślubu. Dla niego liczył się tylko kościelny, a ona nie była nawet ochrzczona.

– Zdecydowałam się to zrobić już po wyborze Wojtyły na papieża, zwłaszcza po jego pierwszej pielgrzymce do Polski – wyjaśniła. – To był taki szczególny czas i wtedy właśnie rozpoczęłam swój katechumenat. To były długotrwałe i żmudne przygotowania. Zaczynałam od zera, więc nie wystarczały cotygodniowe, dwugodzinne spotkania. A trzeba było poznać i nauczyć się tych wszystkich prawd wiary, rozmaitych modlitw, udziału w liturgii. Parę razy wyjeżdżałam dodatkowo na specjalne rekolekcje weekendowe. Robiłam to wszystko tylko dla niego. Aby spełnić warunki konieczne do ślubu w kościele, musiałam najpierw być ochrzczona, a potem jeszcze pierwsza komunia i bierzmowanie. Sam akt chrztu miał miejsce tuż po zarejestrowaniu Solidarności. Nawet sobie żartowałam, że na chrzcie wybiorę sobie jako nowe imię właśnie Solidarność. Ale Jacek wcale mi w tym nie pomagał. Gdy już się to stało, o ślubie nie mogło być mowy, bo to właśnie ta pani Solidarność bezlitośnie odbijała mi Jacka. Każdego dnia. Dzięki temu mogłam jednak go w końcu ujrzeć takim, jakim jest naprawdę.

– A ja w tamtym czasie wasze małżeństwo odbierałem jako wręcz wzorcowe – wyznałem zupełnie szczerze. – Wyjątkowa zdawała się wasza miłość, nie tylko namiętna, lecz z takim pełnym wzajemnym zrozumieniem, podobnymi zainteresowaniami, wspólnymi pasjami… Trudno mi uwierzyć w to, co mówisz…

– Wiesz, co ja najbardziej z tamtego czasu zapamiętałam? – przerwała mi nerwowo Marta. – Że zabrakło Jackowi kasy, by choćby symbolicznie wyprawić podwójne chrzciny, moje i Kasi. Wszystkie pieniądze wydał wcześniej. Na co? Na urządzenie w domu uczty po formalnym zarejestrowaniu NSZZ „Solidarność” jako związku zawodowego. Myślisz, że to nie była zdrada? Wcześniej źle znosił wszystkie prowokacje komuny, opóźnianie rejestracji, jakby to on sam dostawał kosza od ukochanej. A na imprezie nieźle sobie golnął, bo kilka razy opowiadał ten sam dowcip, że jest jeszcze jeden związek niezarejestrowany przez władze. I śmiejąc się głośno, dopowiadał szybko, że chodzi o Związek Radziecki. Żył tylko tym. Już wtedy bielmo spadło mi z oczu. Obie z Kasią zeszłyśmy na drugi plan. Potem to i uczucia zaczęły się wypalać. Oddalaliśmy się od siebie w sensie dosłownym, fizycznym, bo Jacek tak bardzo oswajał nas ze swoim znikaniem, że w końcu całkiem przestał się w domu pojawiać. A co z oczu, to i z serca – zakończyła wyraźnie podenerwowana moim wlepianiem w nią wybałuszonych z niedowierzania oczu.

Zdobyłem się w końcu na głośne podanie w wątpliwość dokonanej przez nią surowej oceny Jacka.

– Opisujesz wasze relacje w kategoriach jakiejś zerojedynkowej gry, która ostatecznie zmierza do zniszczenia przeciwnika, a przecież tworzyliście piękną wspólnotę. Nie byliście też bezdzietni. Pamiętam, że Jacek troszczył się i specjalnie zabiegał o zaopatrzenie dla waszej córeczki z darów płynących z Zachodu…

– Na pewno tak dobrze zapamiętałeś te ogromne puszki z belgijskim mlekiem w proszku. – Uśmiechnęła się, bo nagle odżyły w niej dawno niedotykane pozostałości po czasie, którego nie nadgryzł jeszcze nawet mleczny ząb. – Miałyśmy zaopatrzenie chyba na cały rok. Nie trzeba było tego gotować, lecz wystarczyło wsypać do gorącej wody i zamieszać. Wtedy to była nowość. Prawie tak samo długo służył mi olej słonecznikowy. Pamiętasz? Był w takich wielkich, pękatych, szklanych butlach, przepięknych, jak gąsiorki na wino. I jeszcze ryż. Pakowany w lnianych workach z ozdobnym nadrukiem. Do dziś mi jeszcze te worki dobrze służą. Mam je gdzieś w piwnicy… Było też trochę słodyczy. – Podniosła głowę, otrząsając się ze wspomnień. – Wcale nie przeczę, że bardzo mi to pomogło. Nie tylko zresztą mnie. Mieszkanie nad nami wynajmowało wtedy małżeństwo młodych aktorów. Wylali ich z teatru, bo uczestniczyli w bojkocie telewizji, a za namową Jacka wystąpili w kościele. Oczywiście za darmo. Nie tylko nic nie zarobili, ale jeszcze stracili kasę, bo ukarano ich grzywną za rozpowszechnianie treści nieocenzurowanych. Gdyby nie te dary, przymieraliby pewnie głodem. Podzieliłam się z nimi wszystkim, co dostałam od Jacka. Zdawało mi się wtedy, że się zdobywam na jakieś wielkie wyrzeczenie, poświęcenie, heroiczny czyn, a już parę tygodni później można było to samo po prostu dostać za darmo w kościele… Wystarczyło być zarejestrowanym w parafii i cierpliwie spędzić te pół dnia w kolejce. Bez nadstawiania swojego karku za innych, bez narażania siebie i rodziny… Po dwóch czy trzech miesiącach aktorzy zaszli tu i przytachali mi z powrotem sprezentowaną im butlę z olejem słonecznikowym. Zużyli tylko połowę i nie chcieli, by choćby ta reszta dostała się w ręce jędzy, która ich wyrzuciła na bruk… Przyszli się pożegnać…

– I co się stało z tymi aktorami? – odezwałem się po chwili milczenia, nie tyle z powodu zainteresowania opowieścią o sąsiadach, ile z obawy, że Marta może się za chwilę całkiem rozkleić. – Wprawdzie jak przez mgłę, ale chyba ich sobie przypominam, zwłaszcza tę dziewczynę. Czy nie występowała ona u księdza Adama?

– No przecież – żachnęła się. – Już ci mówiłam, że to wszystko było przez Jacka. To on ich oboje do tego waszego teatru wciągnął. Musieli nawet w końcu sami zapłacić grzywnę. I za co? Bo przeczytali z kartki te wasze bohomazy? Życie sobie przez to zmarnowali. Nie mieli się gdzie podziać i w końcu wylądowali u jej rodziców na wsi. Ona wcześniej przyszła tu do mnie z płaczem, bo chciała usunąć ciążę. Ja jej odradziłam… Potem już było za późno na zabieg. Więc początkowo miała nawet o to do mnie pretensję, bo ten jej pajac i tak ją zostawił. Z dzieckiem na wsi… – Marta z trudem opanowała emocje wywołane zbyt silnym wczuciem się w kobiecą niedolę, kompensując to sobie zjadliwym atakiem na sprawcę. – On przecież stworzony do wyższych rzeczy. Coś mu zaczęło mówić, że musi do podziemia. Więc oczywiście niedługo potem go posadzili. Jak na życzenie. Podobno za ulotki, ale jakoś szybko sobie poradził. Skorzystał z możliwości, by wyjechać za granicę, tak jak ty… – Nie zdążyła ugryźć się w język i zabrakło jej pomysłu zatuszowania uzmysłowionej sobie natychmiast niezręczności, więc bezradnie mnie w końcu skarciła. – Nie patrz tak na mnie! Pytasz, to odpowiadam… Udało mu się w końcu dostać do wymarzonej Australii. Nie wiem, co tam robi i z kim się tam solidaryzuje… – zrekapitulowała z kąśliwym zadowoleniem. – A dziecko wyrosło tu bez ojca. Na chłopaka ze sporymi zdolnościami. Pewnie skumulowanymi, i po mamusi, i po tatusiu. Wystąpił nawet niedawno w telewizji, w takim programie „Szansa na sukces”…

Znowu zamilkła i nagle zmarkotniała, co w mgnieniu oka odcisnęło się na jej fizjonomii jak nieforemnie odbita pieczęć. Uzewnętrzniana radość i promienny uśmiech były w stanie odmłodzić jej twarz o pół pokolenia. Uleciały mi nagle z głowy wszystkie słowa, którymi mógłbym przerwać dzwoniącą w uszach ciszę. Domyślałem się, że Marta w tym momencie trapi się czymś ważnym. Mimowolne przewracanie oczami raz w lewo, raz w prawo, wskazywało na rozważanie przez nią różnych racji. Aż w końcu jej wzrok znieruchomiał utkwiony w punkcie, który wypatrzyła sobie gdzieś za oknem. Podążyłem machinalnie za jej spojrzeniem, a ona dostrzegłszy to, znów nabrała pewności siebie. Czując nad swoim rozmówcą przewagę wtajemniczenia, którym może dowolnie dawkować, nabrała ochoty na bardziej odważne zwierzenia.

– Skoro pytałeś o dziecko, to muszę ci oświadczyć, że Kasia nie jest córką Jacka – zabrzmiało to jak oficjalne zeznanie. – Choć urodziła się już w czasie, gdy byliśmy razem. Ale wtedy – zmieniła nagle ton na konfidencjonalny, a zarazem ciepły, niemal intymny – on chciał jeszcze kochać nas obie, przynajmniej wielokrotnie to deklarował. Przecież chyba pamiętasz, jak było. I jak się zmieniało. Potem dla Jacka wszystko było ważne, tylko nie dom. Imprezy, podziemie, koledzy, walka, adrenalina, same wielkie rzeczy, a w domu co? Pospolitość skrzeczy, a dziecko beczy! Nigdy nie miał grosza przy duszy, a jeśli coś zarobił, wydawał natychmiast na to, co było dla niego ważniejsze niż dom. Jeśliby odliczyć godziny snu, to więcej czasu niż z nami spędził w drukarniach, kryjówkach albo na przesłuchaniach. W różnych komendach, prokuraturach, aresztach… Bohater, cholera! A na Jerzego mogłam liczyć zawsze, zwłaszcza gdy mu powiedziałam, że Kasia jest jego dzieckiem – oświadczyła niespodziewanie, zwalniając tempo wysypywania z siebie sterty słów. – Wtedy całkowicie poświęcił się naszej rodzinie. O wilku mowa. – Kiwnęła głową na mężczyznę, który pojawił się z tacą, roztaczając przed sobą zapach świeżej kawy.

Jerzy w milczeniu zastawił stół i szybko się wycofał, jak dyskretny kelner, natomiast Marta ściągnęła mnie wzrokiem, chcąc wyczytać z moich oczu kolejne pytania. Zmieniła nagle ton, a jej głos zabrzmiał inaczej, jakby po przestawieniu w instrumencie wszystkich rejestrów naraz.

– Wiem, że to, co ci tu mówię, może być dla Jacka krzywdzące. Wynika z jednostronnego spojrzenia. Jest skażone moim subiektywnym przeświadczeniem skrzywdzonej kobiety. Ale bierze się to z naprawdę ciężkich doznań. Z wielokrotnego doświadczania przykrości, upokorzeń. Z naruszania mojej osobistej godności, ale też moich interesów czy należnych mi praw. Tak, praw! Wiem, że przecież dla wielu ludzi jest on bohaterem, bojownikiem, a teraz to już nawet wielkim kombatantem.

Zauważyłem, że śledzi moje reakcje na swoje słowa, jakby sprawdzała zakres mojej aprobaty, dawkując dostęp do jej prawdy, regulowanej własnym krytycznym, często uszczypliwym osądem.

– Ale powiem ci jedno – kontynuowała zapamiętale – przegrał wszystko: miłość, rodzinę, zdrowie, karierę zawodową, osobiste szczęście… Wszystko to rzucił na stos. Po co? Dlaczego? By wywalczyć ojczyźnie wolność? A teraz jeszcze pewnie chce zostać świętym męczennikiem na tym grzesznym łez padole? Nad brudnymi skarpetami unosi mu się, cholera, zapach fiołków…

Wstała zdenerwowana, poprawiając zmiętą spódnicę, by przynieść paczkę z papierosami. Rozejrzałem się po pokoju, nieodnawianym od lat. Meble chyba jeszcze z czasów Gierka, krzywo zawieszony żyrandol, przystrojony lśniącymi niteczkami pajęczyny. Za szklanymi drzwiami widoczne jakieś plakaty lub arkusze, naskładane w nieładzie na stertę. Na ścianach małe akwarele, malowane przez kumpla Jacka z czasów studiów w akademii. Dzisiaj to całkiem znany plakacista. Jacek miał szczęście do kolegów, którzy zyskali później spory rozgłos. Pewnie dlatego że podejmował studia na czterech czy pięciu kierunkach i zawsze po dwóch lub trzech semestrach miał dość, jakby chciał uciekać od marności tego świata, których kolejno posmakował i doświadczył.

– Ty pewnie już nie palisz? – spytała z przekąsem, mocno się zaciągając dziwnie cuchnącym dymem.

– Od prawie dwudziestu lat. Ale kawy piję jeszcze więcej niż kiedyś – odparłem, więc ona szybko i zgrabnie napełniła ponownie obie filiżanki.

– Naprawdę nic o nim do ciebie nie dotarło? – Popatrzyła na mnie podejrzliwie, jakby chciała się upewnić, że ma mówić dalej, po czym kontynuowała opowieść o dawnych wydarzeniach, jakby prezentowała stare palto, które po odwróceniu na drugą stronę ukazuje swoje wyborne, futrzane podszycie.

– W stanie wojennym… – Marta niemal zawsze wypowiadała te słowa odmienionym, jakby sztucznie obniżonym, grobowym głosem, zaraz potem jednak dało się w nim usłyszeć do dziś żywą jeszcze gorzką złość, której upust mogła dawać ciętość języka, do której niemal zawsze się uciekała. Tak było i tym razem, gdy mówiła. – Jacek się ukrywał. Pewnie niepotrzebnie, bo chyba tylko raz czy dwa esbecy wpadli do naszego mieszkania. Początkowo zachodził tu na chwilę, by coś przynieść albo zabrać, ale tylko kilka razy… Potem nie pojawił się już tutaj nigdy więcej. Co on wtedy robił i czym dokładnie się zajmował, mogę się tylko domyślać. Nawet nie wiem, gdzie wtedy pomieszkiwał. Kiedyś myślałam nawet, że u ciebie, ale później na uczelni dowiedziałam się, żeście się gdzieś wyprowadzili… O wyczynach Jacka w tym pierwszym okresie stanu wojennego to raczej ty mógłbyś powiedzieć więcej, bo przecież razem coś tam konspirowaliście, prawda? Pamiętam, że w pierwszą wigilię stanu wojennego nagle zaczepił mnie w przejściu za garażami. Tutaj, za sąsiednim blokiem. Stęskniona wtuliłam się w niego mocno i całowaliśmy się namiętnie. Potem patrzyliśmy chwilę na siebie bez słów i znów się długo całowaliśmy. A tu nagle Jacek wyciąga z kieszeni pomięte dwie kartki maszynopisu i wciskając mi je do ręki, prosi o przepisanie w tylu egzemplarzach, w ilu tylko mogę. I wiesz, co na tych kartkach było? Nie uwierzyłbyś może, ale ja te wymięte kartki znalazłam niedawno w swoich szpargałach, przetrzymywanych na pamiątkę. Po Jacku, no i po tobie…

Wstała i otworzyła szufladę komody z epoki gierkowskiej, skąd pewnym, jakby wyćwiczonym wcześniej ruchem wyciągnęła dwie pożółkłe kartki, z ledwo widocznym wydrukiem. Rozłożyła je i zaczęła czytać, zniżając mocno głos, ale z czasem coraz bardziej ulegała wzruszeniu i recytowała z nieudawanym, lekko przerysowanym przejęciem:

Pan był dla ludu swojego pomocą,

teraz odtrąca, na hańbę wystawia;

każe go trwogą i bezsenną nocą,

milczy na jego prośby i błagania.

Lud ten wydany na wolę nieprawych

staje się teraz narzędziem bezwolnym;

Pan go pozbawił i siły, i sławy,

wydał na wzgardę ludom dookolnym.

Jakże są mocni i jakże są liczni

ci, co przeciwko ludowi stanęli!

Pan ku złoczyńcom zwrócił swe oblicze

i część swej mocy dzisiaj im przydzielił.

A ci zboczyli na drogę fałszywą,

upodobanie w kłamstwie pokładając,

w sercach swych sławią podłość, niegodziwość;

zło wielkie czyniąc, wciąż się umacniają…

I triumfuje nieprawość i podstęp,

więc słowom Pana odpór dają stale.

Kiedyż Pan zamknie usta pytających:

Gdzie ten, któremu ślepo zaufali?

Pan dał nam wszystko, lecz skąpi ratunku;

z karą umysłów zdradliwych tak zwleka,

cięciwy swego nie napina łuku,

tarczą nie chroni i stoi z daleka…

W ziemię łzy ludu twojego wdeptane,

choć lud się korzy, wielbić nie przestaje

swojego Boga w bezgranicznej wierze.

Przecież z nim właśnie wszedł niegdyś w przymierze!

Czyż łaska Pana nie trwa nieustannie?

Czyż ucho Pana nie słyszy błagania?

Wszak ojcom naszym nie sprawiał zawodu:

wywiódł z niewoli, uchronił od głodu,

gdy doń wołali – stawał w ich obronie,

los sprawiedliwych ujmując w swe dłonie.

Teraz – strwożeni, żałośni, zhańbieni,

lecz ciągle ufni i pełni nadziei,

iż dasz się swemu ludowi przekonać,

żeś w nim na wieki sobie upodobał.

I rozraduje miłosierdzie Twoje

dusze, a ciała utuli spokojem;

wszak od ich prochów nie otrzymasz chwały,

całopaleniem jeśli by się stały!

Wierząc, że miłość Twoja ból ukoi,

lud kroki stawia wciąż po ścieżkach Twoich.

Ty z rozszalałej wywiedziesz nas burzy,

przywrócisz pokój, dni nasze przedłużysz!

Cóż więc nam człowiek zrobić będzie w stanie,

kiedy w obronie naszej Ty powstaniesz?

Toteż czynimy tylko Twoją wolę,

stąpamy ścieżką, którą Ty wytknąłeś.

W Twojej prawicy los wszystkich spoczywa.

Ona potężna. Ona sprawiedliwa.

Nikt jej nie umknie, kto ma ponieść karę,

jak nie uchroni się przed słońca żarem.

Niech sprawiedliwość odniesie zwycięstwo!

Więc lud przygarnij – na przekór ciemiężcom!

Wedle ich czynów odpłacisz im, Panie,

miecze wyszczerbisz, łuki ich połamiesz.

Czyż nie należy rozdeptywać błota,

a złych rozproszyć, powalić, zdruzgotać?!

Niechże więc pokój lud Twój z tobą dzieli

i niech przeminie czas ciemiężycieli!

W trakcie czytania przez Martę tekstu, który powstał w pierwszym tygodniu stanu wojennego, przetoczyły się przed moimi oczami obrazy tamtych dni. Najpierw poniedziałkowy poranek w pracy i zarządzone triumfalnie przez kierownictwo zebranie porządkowe i dyscyplinujące. Dowiedzieliśmy się, że być może będziemy zakładem zmilitaryzowanym o specjalnych rygorach, w tym zwłaszcza o sztywnym czasie pracy, z jej rejestrowaniem, bez możności opuszczania swojego stanowiska, i z innymi jeszcze tego typu obostrzeniami.

Od razu postanowiłem, pewnie – jak podpowiadała mi wtedy żona – bezpośrednio z natchnienia Ducha Świętego, że jeśli już będę musiał przez tyle godzin dziennie przebywać w swoim pomieszczeniu, to wykorzystam cały ten czas na pisanie i jeszcze raz pisanie. Dzięki temu, jak się okazało później, w niespełna dwa miesiące dokończyłem rozgrzebany doktorat. A jeśli nie pisanie – myślałem sobie dalej – to tylko czytanie, i na potwierdzenie tego postanowienia, jeszcze w trakcie zebrania, sięgnąłem do torby po kieszonkowe wydanie Biblii, dzięki której łatwiej mogłem dać ujście zgromadzonym w sobie emocjom. A zawsze była ona niewyczerpanym źródłem inspiracji do pisania wierszy, zwłaszcza gdy potrzebny był taki wysoki język jak w stanie wojennym.

W drodze do domu, już na klatce schodowej, zaczepił mnie sąsiad, który bardzo konfidencjonalnie, a jednocześnie z silnym wzburzeniem, opowiedział, co słyszał o aresztowaniach, wtargnięciach do mieszkań, trzymaniu na mrozie, wywózce na najbardziej odległe krańce Polski, aż musiałem mu przerwać i zaprosić do mnie na coś mocniejszego. Odmówił jednak, bo jeszcze musiał pojechać samochodem po żonę, ale innym razem bardzo chętnie.

Skończyło się więc na kawie w pojedynkę, ale za to zaczął powstawać tekst przeczytany właśnie przez Martę. Miał on być uzupełniającym fragmentem większej całości, która już istniała, lecz w różnych fazach powstawania i w niejednakowych wersjach przepisywana była na maszynie i rozprowadzana w naszym środowisku czytających bibułę, a kilka razy nawet udało się skorzystać z uczelnianego powielacza. Oczywiście tak się poszczęścić mogło tylko Jackowi, który ciągle inspirował, drukował, rozprowadzał i upowszechniał wszelkie teksty, które sam kwalifikował jako antykomunistyczne albo niepodległościowe.

Ten konkretny wiersz sam przepisałem z rękopisu na mojej maszynie na czterech przebitkach, bo piąta byłaby już nieczytelna, a przecież szkoda było każdej kartki. Następnego dnia trzy egzemplarze wziąłem ze sobą do pracy, ponieważ jedna z naszych stażystek zajmowała się rozprowadzaniem bibuły w duszpasterstwie akademickim i wiedziała, co dalej z takim tekstem robić.

Została mi tylko jedna kopia, a tu następnego dnia późnym wieczorem słyszę pukanie do drzwi, delikatne, ale wyraźne. Otworzyłem i zobaczyłem w drzwiach Jacka. Przegadaliśmy całą noc, nad ranem przysnęliśmy na chwilę, bo budzik zadzwonił jeszcze w czasie mojego zasypiania. Podkarmiłem go trochę, popędzając, gdyż do pracy trzeba się było stawić przed siódmą.

– A może masz coś nowego? – zapytał mnie, już wychodząc, jednak szybko zawrócił, widząc i dobrze rozszyfrowując moją minę.

– Mam, ale tylko jedną słabą kopię. Może następnym razem?

– Dawaj – rozkazał i zaczął nabożnie składać przebitki maszynopisu, po czym opatulił się jakimś damskim szerokim i długim szalem, a na głowę nasunął ogromny kaptur, jakby wycięty z szarego habitu zakonnego. Pomachał dwukrotnie dłonią, jak to robi odprowadzane do przedszkola dziecko żegnające mamusię. Na koniec ułożył palce w literę „V”, po czym szybko się oddalił.

– Oddasz mi te kartki? – zwróciłem się teraz do Marty, próbując trochę niezgrabnie przerwać przedłużającą się ciszę.

– Ani myślę! – odparła, chwytając pudełko z papierosami i wykonując ruchy, jakby chciała sprawdzić, ile jeszcze w paczce zostało, by zdecydować, czy znów zapalić.

Ta dłuższa chwila milczenia, niczym rozbieg przed skokiem, okazała się pożyteczna, bo dopiero teraz, może dzięki tej przerwie, mogłem usłyszeć to, co było najważniejsze.

– Jacek udzielał się w podziemiu całkiem bezkarnie przez cały rok. Czuł się wtedy bardzo ważny i taki nieodzowny, stworzony do wyższych rzeczy. Nie pojawiał się wprawdzie w domu, ale wielokrotnie czatował na mnie, gdy wychodziłam z dzieckiem na spacery, przynosząc różne deficytowe wówczas produkty, przeważnie żywnościowe. Jak już mówiłam, bez tej pomocy w zaopatrzeniu w tamtych czasach pewnie bym sobie nie poradziła. W każdym razie byłoby dużo trudniej. Po takich spotkaniach taszczyłam w dziecinnym wózeczku przeróżne artykuły, które pochodziły z napływających z Zachodu darów, zwłaszcza odżywki dla dziecka, ale nie tylko. Przecież wtedy brakowało wszystkiego: oliwy, mąki, cukru, artykułów do higieny, o mięsie nawet nie wspominam. Do tego jeszcze koszmarne kartki na żywność i kolejki wijące się jak dżdżownice. Krążyły wówczas dowcipy o zomowcach, z których jeden podpytywał drugiego, jak długa jest kolejka po rzucony nagle towar, a ten odpowiadał: „Mniej więcej na jeden magazynek”…

– Tak, tak – wtrąciłem. – Niektóre dowcipy stanu wojennego zapamiętałem chyba na zawsze. Były ich całe serie, na przykład takie z krótkimi pytaniami. Jak jest w liczbie mnogiej „człowiek”? Odpowiedź: kolejka. Albo: co by było, gdyby partii nie było? A odpowiedź brzmiała: wszystko by było!

Wracała nam pamięć o ówczesnych niedoborach w zaopatrzeniu, dotkliwych brakach podstawowych produktów, upokarzających kolejkach przed sklepami i stacjami paliw, ale też o przedziwnej zaradności i samoorganizacji rodaków oraz o zaskakujących przejawach autentycznej solidarności.

Gdy w dniu wprowadzenia stanu wojennego wywiozłem żonę z dziećmi do mojej mamy, dopiero po paru dniach uzmysłowiłem sobie, że przecież zostawiłem na pastwę losu dwie bezradne kobiety z małymi dziećmi, a tu nieubłaganie nadchodzi Boże Narodzenie, kiedy zaopatrzenie w niezbędne produkty jest szczególnie ważne na i tak już smutne święta. Boleśnie wypomniał mi moją beztroskę jeden z młodych kolegów z pracy, który ni z tego, ni z owego po prostu mnie zapytał, jak sobie poradzę ze świąteczną aprowizacją.

Miał rodzinę na wsi położonej stosunkowo niedaleko miasteczka mojej mamy, więc pomyślał sobie, że mógłby mi pomóc. Trudno było uwierzyć, że tak z własnej inicjatywy zechciał się podzielić swymi rzadkimi, jak na owe czasy, możliwościami, oferując mi zaopatrzenie w najprawdziwsze domowe wędliny, a nawet – jak to określił – ćwiartkę świniaka, jeślibym oczywiście na nią reflektował.

Przyjąłem propozycję z nieukrywanym zaskoczeniem i tym większą wdzięcznością, lecz po chwili zacząłem się zastanawiać, jak to wszystko można praktycznie wykonać. Po pierwsze, należało uzyskać zgodę na urlop kilka dni przed świętami, co wcale nie musiało się udać, gdyż w planie urlopów miałem do wykorzystania tylko dni pomiędzy Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Po drugie, trzeba było zdobyć przepustkę, i to taką, która umożliwiałaby przemieszczenie się nie tylko na jednej wyznaczonej trasie. Po trzecie, zapobiec jakiejś – nie daj Boże – konfiskacie tych cennych produktów w wyniku kontroli na drodze, o których krążyły różne nieprzyjemne opowieści.

Zacząłem prędko działać, a mając już zgodę na urlop i przepustkę, na której zaznaczony jako cel został „przewóz dzieci”, postanowiłem najpierw pojechać do swojej rodziny, zabrać stamtąd ze sobą trzyletniego synka, którego zadaniem było „mocno spać” na tylnym siedzeniu, „jak stary niedźwiedź”, zawinięty w koce, zwłaszcza w przypadku spodziewanej kontroli na drodze. Natomiast w opróżnionym bagażniku, za radą kolegi, umieściłem dla zmyłki skrzynkę z jabłkami.

Do takiej eskapady niezbędny był jeszcze jeden deficytowy towar: paliwo. Do jego zdobycia trzeba było cierpliwie wystać w długich, wielogodzinnych kolejkach. Innym rozwiązaniem było oportunistyczne skorzystanie z pewnej przypadkowo zawartej znajomości, niezbyt dla mnie chlubnej. W sąsiednim bloku mieszkał kierowca jednego z partyjnych dygnitarzy. On zawsze był w stanie wygospodarować kanisterek etyliny, którą spuszczał plastikową rurką ze służbowej łady. Oczywiście za odpowiedni wyraz wdzięczności. Kiedyś sam mnie namawiał do barterowych wymian za alkohol z Pewexu, zanim jeszcze kupiłem zastavę.

Poznałem go przez Henia, dawnego kolegę ze szkolnej ławy, który stoczył się szybko na samo dno i za odrobinę alkoholu sprzedałby duszę diabłu. Zanim ta paskudna alkoholowa choroba ścięła go z nóg, jego zaradność mogła budzić tylko podziw. On nigdy nie sterczał w wielogodzinnych kolejkach po żaden bilet, na przykład na pociąg. Zawsze potrafił dogadać się z konduktorem i za pół ceny jechać nawet pierwszą klasą. Nie przepychał się w tłumie, by dostać się na mecz, lecz jak panisko podjeżdżał sobie swoim maluchem pod bramę i parkował przy samiutkim stadionie. A przed Wigilią, gdy niektórzy prawie nocowali pod sklepem rybnym, jemu sprzedawca wyniósł przez zaplecze całe wiadro żywych karpi. Skakały po podłodze malucha, jakby chciały się bawić z nim w łapanego. Pamiętam, że wziąłem wtedy od niego dwa. Szybko ożyły w wannie, lecz potem żona miała kłopot. Na szczęście niezawodny pan Fredzio nie miał żadnych problemów z ich uśmierceniem.

– Niech sobie weźmie tego większego – przykazałem żonie.