Ochronię cię - Monika Czarnowska - ebook + audiobook

Ochronię cię ebook i audiobook

Czarnowska Monika

0,0

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!
Opis

Myślała, że najgorsze ma już za sobą.

Kamila wyrwała się z małżeństwa, które zostawiło po sobie strach i blizny. Teraz chce tylko spokojnego życia dla siebie i córki. Ma własny salon fryzjerski i małe mieszkanie. Układa codzienność od nowa. Jest bezpieczna.

Do czasu.

Jedno przypadkowe spotkanie sprawia, że staje się czyimś celem. Ktoś zaczyna ją obserwować. Wie, gdzie ona mieszka, rozpoznaje jej bliskich, odnotowuje każdy szczegół jej życia. Jest przekonany, że są sobie przeznaczeni.

Kamila jeszcze nie dostrzega zagrożenia.

Ale on jest coraz bliżej. Pragnie z nią być. Uważa, że tylko on jest w stanie ją chronić…

Powieść Moniki Czarnowskiej wciąga od pierwszej strony, pokazując, jak łatwo stać się częścią czyjegoś planu – i jak trudno się z niego wyrwać.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 482

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 17 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Arkadiusz Woźniak

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copyright © by Grupa Wydawnicza Literatura Inspiruje Sp. z o.o., 2026 Copyright © by Monika Czarnowska

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej oraz mechanicznej bez zgody wydawcy.

Redakcja: Ilona Drobna

Korekta: Sylwia Drożdżyk-Reszka

Projekt graficzny okładki: Rafał Brzozowski Digitalfire

Zdjęcie na okładce: Copyright © by Monika Markowska

DTP: Justyna Jakubczyk

ISBN 978-83-68249-90-3

Warszawa 2026

Wydawnictwo [email protected] www.literaturainspiruje.pl

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

TERAZ

Budzę się. Nie wiem, ile czasu spałam. Potwornie boli mnie głowa. Powoli otwieram oczy i od razu dostrzegam, że coś jest nie tak. Nie jestem w swoim łóżku, w swojej miękkiej pościeli z motywem kolorowej łąki. Na ścianie nie ma fototapety z dmuchawcami, na którą patrzę codziennie po przebudzeniu. Jest przerażająco cicho. Leżę na czymś niewygodnym i szybko dociera do mnie, że to niewielka sofa ogrodowa. Przeciągam dłonią po twardej ratanowej plecionce, która przez ostatnie godziny wbijała mi się w plecy. Musiałam bardzo się wiercić, bo obie poduszki zamiast pode mną spoczywają teraz na podłodze. Niepokój narasta, bo pamiętam tę szarą terakotę, znam tę piwnicę! Zrywam się na równe nogi, a to, co widzę, paraliżuje mnie. Wszędzie jest krew. Na meblach, ścianach, na podłodze i na mnie.

Zaczynam płakać. Z początku jest to szloch, który z sekundy na sekundę przechodzi w wycie. Próbuję zetrzeć czerwień z moich rąk, ale krew już zaschła i to nie ma sensu. Rozglądam się gorączkowo i wtedy dostrzegam, że jest tu ze mną ktoś jeszcze. Z miejsca, w którym stoję, nie widzę twarzy, bo postać jest odwrócona plecami. Przez chwilę nie mogę się ruszyć. Coś mi podpowiada, żeby zostać tam, gdzie jestem, ale w końcu muszę jakoś zareagować. Podchodzę bliżej i widzę skrępowane ciało z raną od szyi aż do pasa, rozrzucone bezwładnie na krześle. Serce przyspiesza mi jeszcze bardziej, bo wiem, kto to jest.

Nie mam pojęcia, ile czasu gapię się na ten obraz. Chłonę najmniejszy detal, zafascynowana zawartością ludzkiego ciała. Przez ułamek sekundy wmawiam sobie, że to wszystko nie dzieje się naprawdę, przecież nie może. W mojej głowie panuje chaos, a niedorzeczne skojarzenia mnożą się w nieskończoność.

Nagle cofam się do dzieciństwa. Jestem w kuchni z mamą. Widzę garnek wypełniony krwistoczerwonymi wiśniami, które razem drylowałyśmy, a zaraz zrobimy z nich dżem. Po chwili mam przed oczami rubinowe maliny w dużym słoju, zasypane cukrem kilka godzin wcześniej. Jestem pewna, że czuję teraz ich zapach. Zauważam, że powoli tracą swój kształt, stając się przepyszną breją, idealną do zimowej herbaty. Te wspomnienia dają mi chwilę wytchnienia, powodują, że mój oddech odrobinę zwalnia. Obrazy jednak przeskakują jak oszalałe i znowu jestem z mamą w kuchni. Widzę, jak wlewa karmazynową ciecz do białej miski i miesza składniki na kaszankę, a ciemna krew spływa po jej rękach. Czuję ścisk gardła i jakiś żar zalewa moje ciało. Mam wrażenie, że płonę, i wtedy budzę się z odrętwienia.

Obrzydzenie, to teraz czuję. Znów jestem w piekle.

Padam na kolana, a moim ciałem szarpią torsje. Łzy nie przestają płynąć i nie wiem, czy to z przerażenia czy przez wymioty. Wycieram twarz o koszulkę i odwracam się bokiem, bo nie chcę dłużej na to wszystko patrzeć. Wiem, że muszę zapanować nad sobą. Próbuję uspokoić oddech, ale na próżno, bo po kilku sekundach moje serce znów gwałtownie przyspiesza, a ja nie mogę złapać tchu. Ta myśl już jest w mojej głowie i to ona mnie paraliżuje. Przypominam sobie, jak się tu znalazłam i co robiłam ostatniej nocy. Mój umysł pracuje na najwyższych obrotach. W końcu dostrzegam drzwi, wstaję więc z podłogi, ale zanim zrobię krok, zastygam w bezruchu, porażona kolejną myślą. Słyszę w uszach pisk. Zerkam na swoje zakrwawione ręce i znowu zalewa mnie fala mdłości. Założyłam, że będę następną ofiarą, ale nie brałam pod uwagę, że to ja mam coś wspólnego z jego śmiercią.

Oszołomiona osuwam się na ziemię, nie mam siły krzyczeć.

DWA MIESIĄCE WCZEŚNIEJ

Poniedziałek

Bardzo dokładnie pamiętał chwilę, kiedy zobaczył ją po raz pierwszy. Był pewien, że od tego momentu jego życie zaczęło płynąć na nowo. Stała przed nim w kolejce do kasy. Nie widział jej twarzy, ale przed jego oczami kłębiły się loki w kolorze ciemnej czekolady, które ożywały z każdym ruchem głowy dziewczyny. Dałby wszystko, żeby się w nie wtulić, dotknąć je i poczuć ich zapach. W duchu modlił się, żeby kasjerka za bardzo nie przykładała się do swojej pracy, bo wtedy będzie mógł dłużej tak stać i patrzeć. Był ciekaw, jak wyglądała jej twarz, ale też bał się momentu, gdy ich spojrzenia się spotkają. Z tyłu wydawała się taka naturalna, zwyczajna, w szarych dżinsach, białych trampkach i beżowej bluzie. Co zrobi, gdy kobieta się odwróci i czar pryśnie, bo okaże się kolejną sztuczną wymalowaną lalą?

Monotonny odgłos skanowanych produktów hipnotyzował, ale gdy nagle taśma się przesunęła, nieznajoma zrobiła krok do przodu. Miała w końcu miejsce, by wyłożyć zakupy. Stanęła bokiem i lekko przechyliła głowę, dzięki czemu teraz widział jej profil. Nie zawiódł się. Czuł, jakby powoli otwierał skrzynię ze skarbami i teraz tylko czekał, aż ujrzy jej twarz w pełnej krasie. Serce waliło mu z ekscytacji. Kobieta w tym czasie wyłożyła na taśmę masło, kawę i waniliowy żel pod prysznic, ale to nie był koniec zawartości jej koszyka. Nagle torba z ziemniakami, którą złapała jedną ręką, rozerwała się i część z nich upadła na podłogę, a reszta rozsypała się po taśmie. Kobieta kucnęła zdenerwowana, a on w końcu obudził się z letargu i ruszył z pomocą. Znalazł się przy niej na tyle blisko, że poczuł jej zapach. Wanilia, czekolada, kawa – to na pewno. Jego zmysły biły się o każdą nutę tej woni. Pachniała obezwładniająco, inaczej, a jednocześnie tak znajomo. Jej zapach był obietnicą wszystkiego, czego tak bardzo pragnął, a nigdy nie zaznał: spokoju, normalności, rodziny. Czekał na to tyle lat. I gdy spojrzał w jej oczy, a ona się uśmiechnęła, przepadł.

– Bardzo panu dziękuję. Chyba za dużo wpakowałam do torby – tłumaczyła, gdy razem wrzucali ziemniaki do koszyka.

– Drobiazg. – Tylko tyle był w stanie wydusić. Wrażenie, jakie na nim zrobiła, nie słabło. Oddziaływała na każdy jego zmysł, każdą komórkę jego ciała. Wyglądała, brzmiała i pachniała idealnie. Gdyby tylko mógł jej dotknąć. Gdyby mógł zatrzymać czas, bo to wszystko działo się za szybko.

Gdy wykładała na taśmę parówki, chleb tostowy i jogurty dla dzieci, rozdzwonił się jej telefon.

– Co się stało, mamo? Jestem przy kasie. Nie bardzo mogę rozmawiać – odebrała wyraźnie zdenerwowana.

Mógł słuchać jej godzinami. Jej głos działał na niego kojąco.

– Zaraz będę. Po prostu zaczekajcie z tym na mnie. I nie daj się jej, bo ci na głowę wejdzie – kontynuowała. Zauważył, że początkowe zdenerwowanie ustąpiło miejsca rozbawieniu. Próbowała zakończyć rozmowę, ale ktoś po drugiej stronie nie dawał za wygraną.

– Ma pani aplikację? – zapytała kasjerka.

– Poczekaj chwilę, mamo – przerwała i zwróciła się do kasjerki: – Podam numer telefonu. –Wyrecytowała dziewięć cyfr, po czym wróciła do rozmowy.

Jeszcze nie wiedział, co z tym zrobi, ale numer, który właśnie usłyszał, wyrył mu się w pamięci. Nagle uświadomił sobie, że jego zakupy nadal tkwią w koszyku, więc zaczął w pośpiechu je wykładać. Wiedział, że będzie miał mało czasu, jeśli chciał, żeby mu nie uciekła. Na szczęście dziś kupował tylko kilka rzeczy. Znów na nią spojrzał. Twarz kobiety lśniła teraz delikatnie od potu, ale nadawało jej to naturalnego piękna. Chłonął ten widok, zapisywał w pamięci. Był pewien, że będzie do niego wracał.

Zanim ona zapakowała swoje zakupy, on już prawie zapłacił za swoje. Gdy odchodziła od kasy, uśmiechnęła się do niego, a on zerknął tylko, w którą stronę się udała. I już po chwili szedł za nią. Miał ogromną ochotę pomóc jej dźwigać torby, ale nie chciał rzucać się kobiecie w oczy. Wiedział też, że tu na pewno jest monitoring. Dlatego nie mógł ryzykować, że ktoś coś zauważy. Podążał więc w bezpiecznej odległości za cudownym zapachem wanilii, wierząc, że ich spotkanie to początek nowego, wspólnego życia.

Gdy wyszli ze sklepu, nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Cudownie się złożyło, bo zaparkował na tyle blisko jej samochodu, że widział, jak pakuje zakupy. Ale może to nie przypadek ich połączył, ale przeznaczenie? Bardzo chciał w to wierzyć.

Po chwili siedziała już w swojej srebrnej Toyocie Yaris, zapięła pasy, ale nie odjeżdżała. Po prostu trwała nieruchomo i patrzyła przed siebie. Przez ułamek sekundy miał dziwne wrażenie, że go zauważyła, przejrzała i patrzyła teraz wprost na niego. Spłoszył się i postanowił odjechać, ale gdy już chciał włożyć kluczyk do stacyjki, zdał sobie sprawę, że ona wpatruje się gdzieś daleko poza nim. Po prostu zastygła, zapadła się w swoich myślach. Jednego był pewien – myślała o czymś mało przyjemnym. Może właśnie podejmowała trudną decyzję? A może po prostu z jakiegoś powodu odwlekała powrót do domu? Tak bardzo chciał się dowiedzieć, co ją dręczy, i zdjąć ten ciężar z jej pleców. Nagle nieznajoma jakby się obudziła; odpaliła silnik i odjechała.

A on ruszył za nią. Nie mógł pozwolić, żeby mu się wymknęła.

Wyjechali z parkingu. Na jego szczęście ruch był niewielki. Bez pośpiechu przemierzali ulice Białegostoku. Serce biło mu z ekscytacji, bo już dawno nie czuł się tak dobrze. W głowie miał tyle pytań, tak bardzo chciał wiedzieć o niej wszystko. Już, teraz, natychmiast! Ale był pewien, że odkrywanie wszystkiego kawałek po kawałku da mu znacznie więcej satysfakcji. To jak z układaniem puzzli, element po elemencie i w końcu możesz cieszyć się obrazkiem. Dostajesz nagrodę. Dziś pewnie tylko się dowie, gdzie ona mieszka, ale dzięki temu będzie mógł wrócić i odkrywać ją dalej, dzień po dniu. A gdy zapragnie usłyszeć jej głos, po prostu do niej zadzwoni.

Pogrążony w myślach, zdołał zauważyć, że znaleźli się na osiedlu Bema. Zaparkowała na niedużym parkingu, a on nieco dalej, w bezpiecznej odległości. Wyszedł z samochodu z telefonem przy uchu, udając, że do kogoś dzwoni. Obserwował, jak nieznajoma wyciągała torby z bagażnika, gdy usłyszał szczekanie. Nagle przy jej samochodzie pojawiła się dziewczynka z niedużym psem na smyczy, a po chwili dogoniła ich starsza kobieta. Patrzył na ten piękny obrazek, przypominający mu kadr z kina familijnego. Pies ciągle szczekał i merdał ogonem, a jego towarzyszka opowiadała coś z przejęciem. Nieznajoma przykucnęła przy dziewczynce i słuchała tego, co ma do powiedzenia, od czasu do czasu poprawiając jej ciemne loki, które wymknęły się spod gumki i spinek. Był pewien, że to jej córka, bo podobieństwo było uderzające. Tak bardzo chciał usłyszeć, o czym rozmawiają, ale stał za daleko, a one ruszyły właśnie w stronę czteropiętrowego bloku z wielkiej płyty.

Postanowił działać. Liczył, że zdąży wejść do klatki i dowie się, pod którym numerem mieszka kobieta. Niestety drzwi zatrzasnęły się z hukiem, gdy był w połowie drogi. Zawrócił więc i postanowił z bliska obejrzeć jej samochód. Gdy się zbliżył, od razu zwrócił uwagę na tabliczkę przyklejoną do tylnej szyby: „Marianna w aucie”. Klik – kolejny element wskoczył we właściwe miejsce w układance. Zadowolony usiadł na ławce obok piaskownicy, skąd miał idealny widok na blok, do którego weszła nieznajoma. Patrzył na budynek z nadzieją, że dziś pozna jeszcze jakiś szczegół z nią związany. „Cudownie byłoby zobaczyć ją w którymś oknie” – marzył. Rzeczywistość była jednak nieubłagana i nic takiego się nie działo. „Temu, kto umie czekać, czas otworzy każde drzwi” – pocieszył się przysłowiem. Po chwili z bloku wyszła tamta starsza kobieta z psem w towarzystwie mężczyzny w podobnym wieku. Para wsiadła do zaparkowanego niedaleko granatowego Volkswagena i odjechała.

Pozostało jeszcze tak wiele elementów do odkrycia, ale na tym polegała cała zabawa.

Kilka minut później

– Kochanie, rozmawiałyśmy już o tym. Masz pieska u dziadków, a na swojego na razie nie możemy sobie pozwolić. – Kamila rozpakowywała zakupy i po raz kolejny próbowała przekonać córkę do swojego punktu widzenia.

– Ale mamo, to nie to samo. Nawet nie pozwalasz, żeby Migotka u nas nocowała – nie dawała za wygraną Marianka.

Średnio raz w tygodniu odbywały tę rozmowę. Córka prosiła o psa, a ona powtarzała jej te same argumenty: jesteś jeszcze za młoda, będzie siedział sam całymi dniami, mamy za małe mieszkanie. Wiedziała, że powody są słabe, i była pewna, że Marianka też zdawała sobie z tego sprawę. Córka już udowodniła, że umie zajmować się zwierzakiem. I wcale nie jest za mała na psa, bo przecież ona pierwszego miała, gdy poszła do zerówki, a Mania była już w pierwszej klasie. Ale Kamila czuła, że to nie jest dobry moment. Ciągle za dużo miała na głowie i choć bardzo się starała, chyba nadal nie doszła do siebie po rozwodzie. Minęło dopiero pół roku, ale...

– Mamo, nie słuchasz mnie. – Mania pociągnęła ją za rękę, zmuszając tym samym, by na nią spojrzała.

– Słucham – zapewniła Kamila. Odłożyła parówki na blat i kucnęła przy córce. – Kochanie, obiecuję, że kiedyś będziemy miały pieska, ale jeszcze nie teraz.

– To kiedy? Ciągle tak mówisz, a pieska jak nie było, tak nie ma. A czas leci.

Upór i powaga córki ją rozbawiły. Mania starała się być taka poważna i dorosła, żeby przekonać matkę do wzięcia zwierzaka – i chyba nawet jej to wychodziło, bo Kamila uznała, że może jednak powinny zrobić krok do przodu.

– No dobrze. Ustalmy więc jakiś termin – zaproponowała.

– Wspaniale – ucieszyła się Mania i wgramoliła na swoje ulubione miejsce przy wyspie kuchennej. – Słucham, jaką masz propozycję? – powiedziała poważnie, jakby negocjowała co najmniej zakup domu, a nie adopcję psa ze schroniska.

– Mamy marzec. Za trzy miesiące lato i wakacje – zaczęła Kamila.

– No właśnie, długi dzień, dużo czasu na spacery – przekonywała dziewczynka.

Kamila uśmiechnęła się. Była dumna, że córka z taką determinacją walczyła o coś, co jest dla niej ważne. Była pewna, że upór odziedziczyła po niej. Chociaż jej ojciec też miał tę cechę – myśli Kamili znowu uciekały w inną stronę.

– Mamooo, no nie mów, że dopiero w przyszłym roku?

– Nie, na pewno nie. Maniu, widzę, jak ci na tym zależy, i w takim razie ustalmy, że w wakacje wrócimy do tematu.

– Nie wrócimy do tematu, tylko pójdziemy do schroniska – upierała się dziewczynka.

Kamila westchnęła, wiedząc, że stoi na przegranej pozycji.

– Dobrze, umowa stoi. Na początku wakacji pojedziemy do schroniska po psa. Będę miała wtedy urlop, to będzie więc dobry czas, żeby się u nas zadomowił...

Nie zdążyła dokończyć, bo córka zerwała się z krzesła i przybiegła przytulić.

– Jesteś najlepsza! – wykrzyczała do jej ucha. – Dasz mi telefon? Zadzwonię powiedzieć babci i Natalce.

– Jest w mojej torebce.

Dziewczynka popędziła do swojego pokoju i już po kilku sekundach z przejęciem relacjonowała rozmowę z mamą.

Kamila skończyła wkładać zakupy do lodówki, a żel pod prysznic zaniosła do łazienki. Wstawiła pranie i w drodze z łazienki do kuchni nagle zaczęła mieć wątpliwości. Usłyszała w głowie to jedno pytanie: czy nie zgodziłam się za szybko? Nie była pewna, czy właśnie nie zafundowała sobie kolejnego problemu. Wesołe szczebiotanie dobiegające z pokoju córki sprawiało jednak, że wątpliwości zaczynały słabnąć. Może już czas zacząć wierzyć, że wszystko pomału zacznie się układać. I skoro wyrzuciła z ich życia wszystkie śmieci, to zrobiło się miejsce dla kogoś nowego. Dla Marianki ostatnie miesiące też były bardzo trudne i Kamila wiedziała, że nic nie jest w stanie jej tego wynagrodzić. Ale może wymarzony pies będzie namiastką tej nagrody, początkiem normalności?

Córka kończyła właśnie rozmawiać z przyjaciółką. Szykuje się spokojny wieczór. Odrobią lekcje, zjedzą kolację – Mania pewnie znowu będzie chciała naleśniki z dżemem wiśniowym. Może obejrzą jakiś film.

– Mamo, przeczytaj to. – Głos córki wyrwał ją z zamyślenia.

Dziewczynka trzymała w rękach kartkę wyrwaną z bloku rysunkowego, zapisaną brokatowym długopisem. Jej treść przedstawiała się następująco:

„Ja, Kamila (mama), zgadzam się na pƨa ze schroniska. Obiecuję, że w lipcu pojadę z Marianną (curka) do schroniska po pieska i pieƨ u nas zamieszka na zawsze”.

Na dole kartki było miejsce na podpis, a obok podpisu Marianna zdążyła narysować psa wyglądającego jak Migotka, pies jej dziadków.

– Przygotowałaś to w ciągu tych kilku minut rozmowy przez telefon?

Dziewczynka z dumą pokiwała głową.

– Pięknie – pochwaliła Kamila, po czym pocałowała córkę w czubek głowy, powstrzymując śmiech. Nie zwracała uwagi na błędy, nie chciała psuć tej chwili. – A skąd ty w ogóle wiesz, jak się pisze takie poważne dokumenty, co? – Marianka chichotała wyraźnie dumna z siebie, a Kamila kontynuowała: – Ale myślę, że trzeba tu dodać coś jeszcze. Leć po długopis.

Marianna wróciła po chwili z zielonym brokatowym długopisem w dłoni.

– Mamo, co dopiszemy?

– Skoro podpisujemy umowę, powinnyśmy też w niej zawrzeć moje i twoje obowiązki. Ja obiecuję, że pojedziemy po pieska, ale ty obiecasz, że będziesz się nim opiekować, wyprowadzać, karmić i tak dalej.

Marianna pokiwała głową i bez chwili zastanowienia zabrała się za pisanie. Po kilku minutach dokument był gotowy. Kamila przeczytała na głos drugą część, próbując zachować powagę:

„Gdy pieƨek z nami zamieszka, ja, Marianna (curka), będę się nim opiekować, codziennie wyprowadzać karmić głaskać bawić się z nim i chodzić do weterynarza, gdy zachoróje”.

– Czy teraz już jest wszystko? – dopytywała Mania.

– Teraz już tak. Super to zrobiłaś. To co, podpisujemy?

Marianka z powagą wręczyła matce długopis, a gdy ta złożyła podpis, ona starannie napisała swoje imię obok.

– Powieszę na lodówce, żebyś nie zapomniała – zarządziła dziewczynka.

Kamila przyglądała się, jak córka robi miejsce na ich umowę. Zaczęła od przesunięcia rysunku kotów, który wisiał tam od kilku miesięcy.

– Ale mnie przycisnęłaś, nie miałam innego wyjścia, jak tylko się zgodzić. Wydaje mi się, że ktoś tu będzie prawnikiem.

Mania spojrzała na nią zdziwiona i odrzekła z godną pozazdroszczenia pewnością siebie:

– Na pewno nie. To takie nudne. Będę behawiorystką i będę pracować z pieskami.

– Racja, kochanie, zapomniałam – skomentowała z powagą, po czym zmieniła temat: – Jaki mamy plan na wieczór?

Dziewczynka zastanawiała się chwilę. Mogłoby się wydawać, że właśnie rozważa, którą bajkę na Netfliksie obejrzą, ale nagle wyraźnie posmutniała. Po chwili powiedziała coś, czego Kamila zupełnie się nie spodziewała:

– A myślisz, że tata nie będzie miał nic przeciwko, żebyśmy adoptowały psa? Może się nie zgodzi. Migotki przecież nie lubi.

Kamilę zmroziło. Dlaczego on zawsze musi wszystko psuć, nawet gdy nie ma go obok?

– Tata nie ma tu nic do gadania. Nie bój się, to jest umowa między nami, a on nic nie może z tym zrobić. Nie mieszka już z nami.

– Ale przychodzi tu, ja chodzę do niego i pewnie z psem nie będę mogła. – Marianka była coraz bardziej smutna.

Kamila wzięła córkę za rękę, poprowadziła na kanapę i posadziła na kolanach.

– Porozmawiam z tatą. Ale pamiętaj, że piesek i tak nie będzie mógł chodzić z tobą wszędzie, więc może jakoś dacie radę. Z tatą widujesz się przeważnie w weekendy, więc wtedy pies posiedzi w domu i będzie mógł za tobą zatęsknić. Dobrze?

Dziewczynka pokiwała głową. Kamila zaczęła bawić się jej lokami, które znowu uciekły z uścisku gumki i spinek. Włosy córka odziedziczyła po niej – niesforne ciemnobrązowe loki, które były prawdziwym wyzwaniem przy układaniu. Ale patrzyła na nią niebieskimi oczami swojego ojca. Tymi, w których kiedyś Kamila zakochała się bez pamięci i które wpatrywały się w nią z uwielbieniem, a których później nie mogła znieść i unikała, gdy tylko mogła.

– Mamo, a czy ja muszę do niego chodzić?

Kamila bardzo starała się, żeby się nie rozpłakać. Przytuliła córkę i drżącym głosem wyszeptała:

– Tata cię kocha, tęskni za tobą i chce się z tobą widywać. Ty pewnie też za nim tęsknisz, prawda?

Marianna pokiwała głową i stwierdziła:

– Zawsze się ze mną bawi, robi śmieszne rzeczy, ale... – urwała. Kamila dała jej chwilę na dokończenie myśli, choć w środku wszystko ją paliło z nerwów. Bała się tego, co zaraz usłyszy od córki. – Ale dla ciebie nie jest dobry. Ciągle się kłócicie – wyznała cicho Mania.

– Nie był dobry, ale... – ważyła słowa – ...teraz już z nami nie mieszka i wszystko jest okej. Nie musisz się martwić, kochanie, dobrze?

Marianka oderwała się od mamy i pokiwała głową, po czym z uśmiechem zapytała:

– Obejrzymy Vaianę?

– No pewnie. Leć wyłączyć światło w swoim pokoju, a ja zasłonię rolety.

Kamila włączyła lampę, która stała tuż przy kanapie, i podeszła do okna. Przez chwilę patrzyła na to, co działo się na zewnątrz. Parking był już prawie pełny. O tej porze było to normalne. Pani Zosia wyprowadzała jamniczkę Balbinę, a Franek stał tuż przy placu zabaw i uczył swojego yorka aportować. Dzięki Mani znała wszystkie psy z okolicy, bo córka miała zwyczaj zaczepiać ich właścicieli.

Ktoś siedział na ławce przy piaskownicy, ale zaczynało się ściemniać i nie mogła dostrzec, czy to tata Franka, czy może ktoś inny wyprowadza swojego psa albo na kogoś czeka.

Zanim zabrała się za opuszczanie rolet, zauważyła jeszcze, że mężczyzna wstał i odszedł w stronę parkingu. Nagle rozdzwonił się jej telefon. Na wyświetlaczu zobaczyła komunikat: „brak ID dzwoniącego”. Przez chwilę się wahała, ale ostatecznie postanowiła odebrać. Nikt się nie odzywał, więc wcisnęła ikonkę „rozłącz”. Usiadła na kanapie przy córce, która zdążyła już włączyć bajkę, i mocno ją przytuliła.

– Zjemy tosty na kolację? – usłyszała po chwili.

– No pewnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Powieści obyczajowe, kryminały, thrilleryWciągające i niebanalneZaczytaj się!

www.prozami.pl

Księgarnia wysyłkowawww.literaturainspiruje.pl

.

Vera Buck

Domek na drzewie

Szukali Idylli. Odnaleźli piekło.

Henrik i Nora wybierają się z pięcioletnim synkiem Fynnem do malowniczego Västernorrlandu w Szwecji, licząc na beztroski odpoczynek. Sielanka szybko zamienia się jednak w koszmar. Gdy w lesie zostaje odkryty szkielet dziecka, a wkrótce potem znika Fynn, rozpoczyna się rozpaczliwa walka o prawdę.

Śledcza Rosa Lundqvist obdarzona niezwykłym darem wyczuwania śmierci, staje przed zagadką, w której teraźniejszość splata się z mroczną przeszłością.

Czy zniknięcie chłopca ma związek z tragiczną historią sprzed lat?

I jakie sekrety kryje domek schowany w koronie starego jesionu?

Czy ktoś wciąż w nim na coś czeka?