Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 780
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Shadow Bride
Copyright © 2025 by Shelby Mahurin Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026 Copyright © for the Polish translation by Joanna Krystyna Radosz, 2026
Redaktorka prowadząca: Aleksandra Kotlewska
Marketing i promocja: Marta Adrian, Gabriela Wójtowicz
Redakcja: Agnieszka Czapczyk
Korekta: Beata Buko, Robert Narloch
Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl
Projekt okładki oryginalnej: Jessie Gang
Ilustracje: © 2023 by Sasha Vinogradova
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68692-54-9
Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej. Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
WE NEED YA Grupa Wydawnictwa Poznańskiego Sp. z o.o. ul. Fredry 8, 61-701 Poznań tel. 61 [email protected]@weneedya.plwww.weneedya.pl
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Dla Pippy, która na kartach tej historiibędzie żyć wiecznie
Chat échaudé craint l’eau froide.
Kto się raz sparzył, na zimne dmucha.
Ciszę wypełnia tylko prosta melodyjka z pozytywki.
Obserwuję grający przedmiot z drugiego końca sypialni: figurki wirują w mechanicznym tańcu, a ich malowane skrzydła mienią się w blasku samotnej świecy, którą Reid zapalił wcześniej tego wieczoru, gdy udawałam, że śpię. O zmierzchu Lou na paluszkach przemknęła po podłodze i rozsunęła kotary w nadziei, że wpuści do pokoju blask księżyca, burzowe chmury zasnuły jednak nocne niebo i przez okno wkradły się tylko cienie. Otulają mnie niczym płaszcz, a wróżki tańczą w aureoli światła.
– Dobrze się czujesz, Celio? – pyta szeptem Mila siedząca na krześle przy łóżku.
Po wydarzeniach w grocie znalazła nieopodal Saint-Cécile rozdarcie w zasłonie i przeszła przez nie, by jakiś czas pozostać ze mną w świecie żywych. Chociaż niewiele się odzywa – i prosi, bym ja mówiła jeszcze mniej – nie umiem stwierdzić, czy mnie to cieszy. Nie umiem stwierdzić, czy w ogóle chcę, żeby tu była.
– Nic mi nie jest – odszeptuję.
A wróżki dalej tańczą.
Lou i Reid przynieśli pozytywkę z mojego pokoju w Wieży Chasseurów, a wraz z nią wszystkie moje doczesne utensylia. Świece z pszczelego wosku i flakony różanych perfum; błyszczące szkła i książki z połamanymi grzbietami; szmaragdowozieloną narzutę spoczywającą na łóżku; stojące lustro w pozłacanej ramie; prześwitującą, niedorzeczną koszulę nocną, którą właśnie mam na sobie.
Chcieli mi pomóc, wypełniając dom moimi przedmiotami.
Chcieli mi przypomnieć, że nadal jestem Celią Tremblay.
Nie mogli przypuszczać, że kiedyś żarliwie zazdrościłam wróżkom z pozytywki, uwielbiając je przy tym. Marzyłam o tym, by skraść ich skrzydła i odlecieć do ich świata, czarować dzikie bestie i rozkochać w sobie bajkowego księcia. Moja niania, Evangeline, dała mi tę pozytywkę na ósme urodziny, a ja przez kolejne dwa tygodnie nie mówiłam prawie o niczym innym, aż poirytowana Filippa ściągnęła cacko z mojej szafki nocnej i roztrzaskała je na kawałki. Naturalnie zaraz tego pożałowała i najlepiej jak umiała, przykleiła wróżki z powrotem na miejsce. Nigdy nie zauważyłam świeżych pęknięć w ich uśmiechach. Może byłam wtedy za mała – i zbyt zajęta marzeniami o wielkich, niesamowitych przygodach i miłości, od której brak tchu – a może zwyczajnie nie zwracałam na to uwagi. Teraz patrzę na te pęknięcia i nienawidzę ich w cichości serca.
Miałam tyle durnych marzeń.
Odwracam się i wzdycham ciężko, po czym ponownie wciągam powietrze – to instynktowna reakcja, napełnienie organizmu tlenem, którego ten już nie potrzebuje. Mój błąd. Nagły napływ zapachu sprawia, że żołądek mi się kurczy, a do ust napływa ślina. Głowa mi pulsuje. Dziąsła swędzą. Chociaż zamykam oczy, by powstrzymać mdłości, ciemność wnętrza powiek wiruje kalejdoskopem kolorów, od którego chce się wymiotować, obraca się w tym samym rytmie, co serca bijące w salonie. Dwa serca. Zaciskam pięści, choć zęby się wydłużają, a ślina wciąż zalewa mi usta. Gardło zaciska się bezwolnie i na jedną sekundę umykam wzrokiem w stronę drzwi sypialni. Wszystko nieruchomieje.
Lou i Reid są tuż za nimi. Poruszają się.
Słyszę, że są w kuchni i robią kolację. Dochodzi mnie cichy szczęk naczyń, wyczuwam okazjonalne dotknięcia ich ramion, gdy się wymijają. Serce Lou przyspiesza nieznacznie, gdy Reid muska ustami jej skroń. On śmieje się, gdy ona w odpowiedzi żartobliwie klepie go w tyłek. Są w pełni pochłonięci sobą. W ogóle nie zwracają na mnie uwagi.
Nawet się nie spostrzegą, szepcze z tyłu mojej głowy znajomy głosik. Zauważą cię, kiedy będzie za późno.
To prawda. Chociaż zamykam oczy, niemal widzę, jak serce pompuje krew tłoczącą się przez ich ciała. Wyobrażam sobie jej smak – gęsty, bogaty, gorący płyn na języku, dekadencki niczym uczta królów. Mila mnie nie powstrzyma. Ostatnie chwile mojego życia spędziłyśmy razem; wprawdzie nie powiedziała tego głośno, ale wiem, że czuje się częściowo odpowiedzialna za mój los. Może gdyby jakoś zmusiła mnie do przejścia przez to nikczemne złote światło, nic z tego by się nie wydarzyło – ale ona kazała mi wybierać.
Powiedziała, że jeśli nie dokonam wyboru, stracę go na wieki.
Cóż za ironia.
Z trudem przełykam ślinę. Nie, Mila by mnie nie powstrzymała, nawet nie dałaby rady... ale Odessa? Przechylam głowę i słucham szelestu kartek książki, które przewraca, z rozmysłem ignorując nieznośnie uroczych ludzi.
„Zęby mnie od nich bolą”, stwierdziła wczoraj, po czym przeszyła mnie swoim firmowym przenikliwym spojrzeniem. „Kiedy wracamy do domu?”
Do domu.
Dla niej te słowa oznaczają Żałobne Miasto. Michaił wysłał ją tu, by mnie obserwowała, by mnie poprowadziła, ale ona nie zamierzała zostawać w Cesarine. W głębi duszy wiem, że Michaił też tego nie chciał. W snach wciąż nawiedzają mnie jego ostatnie słowa. Albo raczej: nawiedzałyby, gdybym w ogóle sypiała.
Zostań, proszę.
Nie wie, że go wtedy usłyszałam. Nie powinnam była, nie w momencie, gdy stanęło mi serce. Ale usłyszałam. I już nie odsłyszę. Błagał, bym została, a sam gdzie teraz jest? Dlaczego nie nalegał, bym została z nim na Żałobnej Wyspie? A skoro nie tam, dlaczego nie dobił do mnie tutaj, w tym żałosnym pokoiku, dlaczego nie pomaga mi przejść przemiany zamiast Odessy? Od tych pytań aż mnie mdli, tak bardzo są niedorzeczne i bezsensowne, bo to najmniejszy z moich problemów... ale nie umiem o nim zapomnieć. Właśnie o nim. Ponieważ w tej szkarłatnej mgle niewiele rzeczy może oderwać moją uwagę, Michaił rozprzestrzenił się po mojej skórze niczym trucizna. Choćbym się starała, nie mogę go zdrapać.
Dlaczego mnie ugryzł, a zaraz potem porzucił? Dlaczego zostawił mnie pod opieką moich przyjaciół, skoro jestem gotowa ich skrzywdzić?
Dopiero gdy dłoń zaczyna mnie piec, zauważam, że ściskam nią gałkę drzwi.
Puszczam ją z sykiem i odskakuję, łypiąc złym okiem na srebrny łańcuszek otaczający gałkę. Lou twierdziła, że nie ma potrzeby tak się zabezpieczać. Kłóciła się ze mną, gdy nalegałam, ale ostatecznie spełniła moje życzenie i wygrzebała jedyną srebrną biżuterię, jaką miała: brzydki, sfatygowany naszyjnik, który niegdyś należał do jej praprababki. Teraz Lou jest w kuchni i udaje odruch wymiotny, gdy Reid proponuje jej marchewkę. Zaciskam ranną dłoń w pięść.
– Wstrzymaj oddech – szepcze Mila.
Nawet się nie spostrzegą, powtarza ten straszny głos.
Gdy tylko go słyszę, przestaję oddychać i po kilkunastu sekundach ciężkiej walki o opanowanie zmuszam się do odejścia od drzwi. Rozczarowanie powraca echem z nieznanego mi miejsca – nieznanej mi osoby – do którego należy głos. Umrzesz z głodu.
Brzmi jak głos mojej siostry.
– Wcale nie.
Gwałtownie kręcę głową na cień w lustrze, a Mila przygląda mi się wielkimi oczami. Nic dziwnego. W końcu rozmawiam z kimś, kogo tu nie ma, odpowiadam na słowa, które nie są – ani jedno z nich – prawdziwe. Filippa nie może być tu ze mną. Nawet jeśli rytuał Frederica jakimś cudem zadziałał, nawet jeśli wróciła jako duch albo... albo jako coś innego, widziałabym ją. Mila też by ją słyszała.
To tylko wzmacnia moje postanowienie. Milczenie Mili ponad wszelką wątpliwość dowodzi, że Filippa wciąż nie żyje, że to tylko omamy. Nie po raz pierwszy słyszę głosy, prawda? Obdarzam lustro złym spojrzeniem. Dyskretne pęknięcia na jego srebrzystej powierzchni odbijają światło pod osobliwymi kątami, lecz poza tym szklana tafla pozostaje cicha i nieruchoma. Żadnych rozdarć zasłony, żadnego echa śmiechu. Blasku szmaragdowego oka.
Mimo to wygłodniałym wzrokiem wpatruję się w lustro.
Jestem za mądra, by znowu to robić. Za mądra, by mieć nadzieję.
I tak ruszam naprzód, aż staję przed tym przewrotnym przedmiotem i patrzę w miejsce, gdzie powinno widnieć moje odbicie. Modlę się po raz setny, a może tysięczny, bym w tej chwili obudziła się ze snu. By natychmiast zbudził mnie pocałunek księcia z bajki, byśmy żyli razem długo i szczęśliwie.
Proszę.
Chociaż stoję tam przez kolejne sekundy i czekam, nic się nie dzieje. Znowu zamykam oczy. Otwieram je. Przeszywa mnie gorycz, gdy lustro wciąż jest puste. Odwracam się bez zastanowienia, chwytam pozytywkę i roztrzaskuję ją o podłogę. Kołysanka urywa się z gwałtownym, rozkosznym hukiem, lecz mój gniew nie gaśnie. Przeciwnie, podchodzi do gardła niczym kwas. Klnę, gdy porcelanowe fragmenty nieruchomieją. Nijaki uśmiech księżniczki pozostał cały, nietknięty. Wydaję z siebie obce prychnięcie i z pełną mocą depczę pozytywkę. Depczę ją całą, każdy jeden odłamek, aż pozostaje tylko mieniący się proch, aż moje bose stopy powinny boleć i krwawić. Chcę, żeby bolały i krwawiły.
Lecz nim zdołam złapać srebrny łańcuszek, od wejścia dobiegają przyciszone głosy. Drzwi otwierają się z cichym świstem, któremu towarzyszy szelest wełnianych nogawek i jedwabnej sukni. Miarowy rytm kolejnych dwóch serc. Dwóch, nie trzech. W kolejnej sekundzie lekkie kroki przekraczają próg i drzwi na powrót się zamykają.
– Jak się czuje? – szepcze Coco.
– Coś nas ominęło? – pyta Beau.
Teraz powinien rozbrzmieć też głos Jeana Luca, ale nie rozbrzmiewa. Nie przyszedł.
Kto by ich spamiętał, prawda?, trajkocze tamten głos. Jean Luc, Michaił, Michaił, Jean Luc...
Próbuję go zignorować. Ciche, mlaszczące dźwięki noża Reida milkną, gdy mamrocze:
– Bez zmian.
On cię nigdy nie pokocha.
Wzdrygam się i opuszczam wzrok na resztki pozytywki.
– Nie chcieliśmy jej budzić przed kolacją. – Lou potyka się, gdy Melisandre przemyka jej między nogami. Donośne mruczenie podkreśla kolejne słowa. – Wydaje się... wyczerpana.
Mila podpływa bliżej i unosi rękę, jakby chciała mnie objąć. Pocieszyć. Lecz kiedy sztywnieję w obawie przed kontaktem, zatrzymuje się, po czym ręka opada.
– Dziś będzie lepiej, Celio – szepcze, gdy Coco i Beau rozwiązują buty. – Nie trać nadziei.
Tłumię pragnienie prychnięcia w odpowiedzi na ten optymizm.
– Na czym opierasz to przypuszczenie? Na tym, co było wczoraj? Na przedwczorajszym wieczorze? A może na ubiegłym tygodniu?
Mila nie odpowiada. Nie jest w stanie, przynajmniej o ile nie chce kłamać. Zamiast tego więc obie słuchamy, jak Beau pyta:
– Zjadła coś jeszcze?
Czasem zapominają, że ich słyszę. Czasem udają, że nic się nie zmieniło.
Reid dalej wprawną ręką ćwiartuje mięso i szatkuje warzywa. Specyfyczny zapach – woń dziczyzny i czegoś ziemistego, sugerująca mięso podane z groszkiem i marchwią – sączy się pod drzwiami sypialni i osiada w żołądku.
– Od wczorajszej kolacji nic.
– A co mamy na dziś?
Reid odpowiada od razu.
– Jelenia. Liczymy, że większe zwierzę pomoże.
Większe zwierzę. Zakrywam usta dłonią, powstrzymując odruch wymiotny.
– Już wam mówiłam – Lou przynajmniej ścisza głos, ale i tak słyszę każde słowo – że jej organizm nie chce jelenia. Powinniśmy byli... sama nie wiem, znaleźć jakiegoś niedźwiedzia albo...
– Czy w Belterrze są niedźwiedzie? – pyta znienacka Beau.
Coco wzdycha z irytacją i odwiesza płaszcz, a zapach jej krwi... znowu kręci mi się w głowie. Chwytam się zagłówka, gdy słyszę jej słowa:
– Jak możesz nie wiedzieć takich rzeczy? Jesteś przecież królem...
– Nie jestem królem niedźwiedzi, Cosette.
Siedząca w kącie Odessa prycha.
– Nie, Beauregardzie – oznajmia Coco głosem cierpiętnicy. – Nie ma w Belterrze niedźwiedzi, ale musimy sobie szczerze powiedzieć, że jej organizm nie chce żadnego zwierzęcia. Trzeba ją nakarmić, i to tym razem tak naprawdę. Mówiłam, że możemy jej pomóc z polowaniem, ale odmówiła.
Odessa zamyka książkę i figlarnie rzuca:
– Doprawdy? A macie doświadczenie w polowaniu na ludzi?
Chwila ciszy, gdy wszyscy niechętnie zwracają się w jej stronę. Chociaż robią, co mogą, by unikać jej obecności, nie czynią tego wprost. Podejrzewam, że to ze względu na mnie. Wczoraj zganiła Lou za dawanie Melisandre sera – „Masz pojęcie, co nabiał robi z układem trawiennym kota?” – i aż Reid musiał interweniować, więc przez niemal godzinę wypluwała z siebie historię rudowłosych i mity ich dotyczące.
Teraz Coco robi głęboki wdech.
– Naturalnie nie mamy doświadczenia w polowaniu na ludzi, ale...
– A ja akurat mam. – W przeciwieństwie do Coco Reid nie krępuje się z okazywaniem zdegustowania obecnością wampira w swojej kuchni. Stracił ogładę gdzieś między sugestią, jakoby Melisandre śmierdziała, a stwierdzeniem, że z perspektywy historycznej za kolor włosów powinno się go złożyć w ofierze tuż po narodzinach. – Razem zdołamy pomóc Celii i nikogo przy tym nie skrzywdzi.
– Och, faktycznie. – Wyobrażam sobie, jak Odessa z uprzejmym brakiem zainteresowania wpatruje się we własne paznokcie. – Pan łowca. Powiedz mi, mój miły, jak przy swoim niewysłowionym doświadczeniu wyobrażasz sobie przebieg takiej scenki? Czy cała wasza czwórka, w tym troje rządzących niepodzielnie Belterrą, będzie po zmroku czaić się w zaułkach w poszukiwaniu posiłku dla Celii?
– Wcale nie będziemy się czaić...
– A jak już go znajdziecie, co wtedy? – ciągnie Odessa zwodniczo lekkim głosem, nie zwracając uwagi na jego protest. – Być może będzie to urodziwy młodzieniec spieszący do domu po długiej zmianie... Czy dopadniecie go w tymże zaułku i uprzejmie poprosicie, by podstawił żyłę? Czy czarami wymusicie na nim zgodę, gdy ośmieli się odmówić? Hmmm... nie. – W zadumie postukuje palcem o podbródek. – W końcu jesteś łowcą. Zatem zapewne go obezwładnisz, a Celia siłą doprowadzi go do wykrwawienia. Tak czy inaczej ktoś zostanie skrzywdzony. Zapewne na śmierć.
Wpatruję się w moje stopy, ale wcale ich nie widzę. Słucham, jak mąci się powietrze, gdy Reid kręci głową.
– Celia w życiu nikogo by nie skrzywdziła.
– Widziałeś kiedyś, jak żeruje nowo narodzony wampir? – Głos Odessy staje się nieoczekiwanie ponury. Nikt nie odpowiada. Ona akurat nie może udawać, że ignoruje moje wyostrzone zmysły. Chce, żebym usłyszała każde słowo. – Może kiedyś ją znaliście, ale Celia już nie jest człowiekiem. Nie zdoła opanować impulsów i dlatego jest niebezpieczna. Zwłaszcza dla was. Oczywiście, jest do was przywiązana, można wręcz powiedzieć, że was kocha, ale u nowo narodzonego wampira wszystkie silnie odczuwane emocje zmieniają się w głód. Celia powinna się znaleźć wśród swoich na Żałobnej Wyspie. Nie pojmuję, dlaczego Michaił pozwolił wam ją tu sprowadzić, ale...
– Celia nie chciała tam zamieszkać – przerywa jej poirytowana Lou, a mój wzrok znowu wędruje w górę. – Powiedziała nam to tuż przed śmiercią.
– A zamordować swoich przyjaciół? – pyta Odessa. – Czy tego właśnie chciałaby Celia?
– Nie dojdzie do tego.
– Jeśli podczas żerowania wyczuje twoją krew, Louise le Blanc, to i owszem.
Lou rusza korytarzem w stronę moich drzwi, mówiąc:
– Zatem pozostaje nam liczyć, że Celia poczuje silne emocje wobec jelenia.
Chwilę później puka, a gdy uchyla drzwi, nogi jakby wrastają mi w podłogę. Wsuwa do środka głowę, odzywając się łagodnie:
– Celio, nie śpisz? Chyba słyszałam... – Jej wzrok pada na rozbitą pozytywkę, oczy nieznacznie się rozszerzają. Z trudem przełykam ślinę. – Czy wszystko... w porządku?
– Pozytywka mi się rozpadła. – Wyrzucam to z siebie gorączkowo, pospiesznie, ale zagłówek i tak zaczyna mi się rozwarstwiać pod palcami, ponieważ nie jestem w stanie jednocześnie mówić i wstrzymywać oddechu. Nic nie poradzę na to, że zapach jej magii dosłownie zmienia się w smak na moim języku i... I dławię się kolejnymi słowami. – Ale chyba... chyba mogę to naprawić. Chyba mogę...
Lou gwiżdże cicho i przykuca, po czym wykonuje ruch palcem przez połyskliwy pył. Wykrzywia usta.
– Do diaska. Chyba nawet ja nie zdołam naprawić takich efektów napadu szału. Nieźle ci poszło, Celio, ale... szkoda. Miałam plany co do tej upiornej pozytywki.
Mrugam, spoglądając na nią w zaskoczeniu.
– Jakie?
– Och, zamierzałam ją ukryć obok poduszki Reida, kiedy dziś uśnie. – Macha lekceważąco ręką i w jednej chwili zaklęcie opada na mnie, łagodząc poszarpany głód. W odpowiedzi brzuch Lou burczy donośnie, a ona klepie się po nim z zadowoleniem. – Parę dni temu próbował mnie wystraszyć, schował się pod łóżkiem i takie tam, biedaczysko. Myślał, że będzie okropnie sprytny, jak złapie mnie za kostkę, kiedy będę przechodzić. – Uśmiecha się łobuzersko. – Nie miał pojęcia, jak się to dla niego skończy.
– Dlaczego... dlaczego to zrobił?
– Istnieje możliwość, że w zeszłym tygodniu przefarbowałam mu brwi na niebiesko. – Z diabelskim błyskiem w oku wstaje, wycierając dłonie w spodnie, po czym wyciąga do mnie rękę. – Chodź na kolację, Celio. Nie powinnaś się tu kisić w samotności.
– Nie jestem sama – odpowiadam odruchowo.
Echo śmiechu Filippy ponownie rozbrzmiewa wokół mnie, aż włoski na karku stają mi dęba. Uciekam wzrokiem do Mili, a ta marszczy brwi.
– No tak, oczywiście. Mila też jest zaproszona.
Waham się wprawdzie, spoglądając niepewnie na jej wyciągniętą dłoń, ale Lou uśmiecha się i porusza palcami.
– No dalej. Mamy prosić o twoje towarzystwo?
Tym razem nie czeka na odpowiedź; zwyczajnie łapie mnie za rękę i wyciąga na rozświetlony blaskiem świec korytarz w stronę pozostałych.
– Nie ociągaj się, dobra? To tylko kolacja z przyjaciółmi. Nie ma czego się bać. – Kiedy nie reaguję, odwraca wzrok i w jej oczach odbija się srebrzyste oblicze Mili. – Prawda, Mila?
– Można to tak ująć. – Mila dzielnie próbuje dodać mi otuchy. Nie słyszy jednak słabego chichotu dobiegającego od strony lustra za nami. Tłumię chęć odwrócenia się, dostrzeżenia w tafli mojej siostry, jak mnie szpieguje. Tak, Celio, zdaje się gruchać. Nie ma czego się bać.
To tylko kolacja.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
