Szkarłatny welon - Shelby Mahurin - ebook + książka

Szkarłatny welon ebook

Mahurin Shelby

4,4

19 osób interesuje się tą książką

Opis

Mroczny i porywający romans osadzony w świecie bestsellerowej serii „Gołąb i Wąż”.

Celia Tremblay zawsze stała w cieniu – siostry, przyjaciół, a teraz narzeczonego, który jest kapitanem łowców dbających o bezpieczeństwo Belterry. Nawet gdy to Celia znajduje zwłoki miejscowej czarownicy i rozpoczyna śledztwo, nikt nie traktuje poważnie jej sugestii. Gdy więc wskutek absurdalnej pomyłki dziewczyna zostaje porwana na nieistniejącą na mapach wyspę, przerażenie miesza się z nadzieją, że oto nadszedł czas, by udowodnić swoją wartość.

Tylko że w tym celu panna Tremblay musi nauczyć się lawirować wśród dworskich intryg, rozmawiać z duchami i przechytrzyć samego króla wampirów...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 773

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,4 (100 ocen)
61
23
12
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
MagdaPrz

Z braku laku…

Czytam i płaczę. Płaczę nad głupotą i idiotycznym zachowaniem głównej bohaterki. Granice mojej cierpliwości zostały przekroczone w scenie z kurą. No błagam, większej lebiegi autor nie mógł wymyśleć by było jeszcze bardziej żenująco.
00
Hubbabubba

Dobrze spędzony czas

Błędy w tłumaczeniu oraz/albo redakcji. Niejednokrotnie zdania pozbawione sensu. Dodatkowe słowa lub ich brak. Pozmieniane zaimki osobowe. Jakby nikt tego nie czytał przed wydaniem. Droga redakcjo, do poprawy!!
00
Markizella

Nie oderwiesz się od lektury

Książka bardzo wciąga. Pomimo tego, że nie czytałam wcześniejszych części to nie przeszkadzało mi to za bardzo, choć dało się wyczuć. Polecam.
00
madoka55

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacja
00
Enust1k

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




Ty­tuł ory­gi­nału: The Scar­let Veil
Co­py­ri­ght © 2023 by Shelby Ma­hu­rin Co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Po­znań­skie sp. z o.o., 2024 Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Jo­anna Kry­styna Ra­dosz, 2024
Re­dak­tor pro­wa­dzący: Bo­gu­mił Twar­dow­ski
Mar­ke­ting i pro­mo­cja: Alek­san­dra Ko­tlew­ska
Re­dak­cja: Agnieszka Czap­czyk
Ko­rekta: Ka­ta­rzyna Dra­gan, Da­mian Paw­łow­ski
Skład i ła­ma­nie: Sta­ni­sław Tu­chołka | pan­book.pl
Pro­jekt okładki ory­gi­nal­nej: Jes­sie Gang
Ilu­stra­cje: © 2023 by Sa­sha Vi­no­gra­dova
Ad­ap­ta­cja okładki i stron ty­tu­ło­wych: Woj­ciech Bryda
Ze­zwa­lamy na udo­stęp­nia­nie okładki książki w in­ter­ne­cie.
ISBN 978-83-68217-59-9
Ni­niej­sza praca jest dzie­łem fik­cji. Wszel­kie na­zwy, po­staci, miej­sca i wy­da­rze­nia są wy­two­rem wy­obraźni osoby au­tor­skiej. Wszel­kie po­do­bień­stwo do osób praw­dzi­wych jest cał­ko­wi­cie przy­pad­kowe i nie­za­mie­rzone.
WE NEED YA Grupa Wy­daw­nic­twa Po­znań­skiego sp. z o.o. ul. Fre­dry 8, 61-701 Po­znań tel. 61 853-99-10re­dak­cja@we­ne­edya.plmar­ke­ting@we­ne­edya.plwww.we­ne­edya.pl
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.

Dla Wrena, mo­jej Pta­szyny

CZĘŚĆ PIERW­SZA

Mieux vaut préve­nir que gu­érir.

Le­piej za­po­bie­gać, niż le­czyć.

PRO­LOG

Cie­kawa to rzecz – za­pach wspo­mnie­nia. Tak nie­wiele wy­star­czy, by przy­wró­cić nas do prze­szło­ści: ni­kła woń la­wen­do­wego olejku mo­jej matki, nuta dymu z fajki ojca. Wszystko to na swój oso­bliwy spo­sób przy­po­mina mi dzie­ciń­stwo. Matka wcie­rała ole­jek co­dzien­nie rano, spo­glą­da­jąc na swe od­bi­cie w lu­strze i li­cząc nowe zmarszczki na twa­rzy. Oj­ciec pa­lił fajkę, gdy przyj­mo­wał go­ści. Prze­ra­żali go, jak są­dzę, swymi pu­stymi oczami, szyb­kimi rę­koma. A z pew­no­ścią prze­ra­żali mnie.

Psz­czeli wosk na­to­miast – on za­wsze bę­dzie mi przy­po­mi­nać moją sio­strę.

Fi­lippa ma­chi­nal­nie się­gała po srebrną szczotkę, ile­kroć na­sza niańka, Evan­ge­line, za­pa­lała wie­czo­rem świece. Pło­nące knoty wy­peł­niały po­kój dzie­cinny ła­godną mio­dową wo­nią, a Fi­lippa roz­pla­tała mi war­kocz i roz­cze­sy­wała włosy dzi­czą szcze­ciną. Wów­czas Evan­ge­line mo­ściła się w swym ulu­bio­nym fo­telu obi­tym ró­żo­wym ak­sa­mi­tem i przy­glą­dała nam się cie­pło, a w mgli­stym fio­le­to­wym bla­sku zmierz­chu ujaw­niały się zmarszczki w ką­ci­kach jej oczu.

Wiatr, roz­hu­lany owego paź­dzier­ni­ko­wego wie­czoru, bu­szo­wał pod oka­pami, przy­sta­jąc jed­nak, jak za­wie­szony głos zwia­stu­jący opo­wieść.

– Mes choux – wy­mam­ro­tała Evan­ge­line i po­chy­liła się, by z ko­szyka przy fo­telu wy­jąć druty. Nasz ogar Bir­die zwi­nął się w wielki kłąb przy ko­minku. – Czy opo­wia­da­łam wam już o les éter­nels?

Jak zwy­kle Pip ode­zwała się pierw­sza, prze­chy­liw­szy się przez moje ra­mię, by rzu­cić na niańkę spoj­rze­nie jed­na­kowo po­dejrz­liwe i za­in­try­go­wane:

– Les éter­nels? Wieczni?

– Tak, moja miła.

Wy­cze­ki­wa­nie za­trze­po­tało mi w brzu­chu, gdy spoj­rza­łam na Pip. Na­sze twa­rze roz­dzie­lało rap­tem kilka cali. Na jej po­licz­kach wciąż lśniły zło­ci­ste dro­binki po­zo­stałe po lek­cji ma­lar­stwa por­tre­to­wego z po­po­łu­dnia. Wy­glą­dały jak piegi.

– Opo­wia­dała? – W moim gło­sie bra­kło me­lo­dyj­nej li­rycz­no­ści Evan­ge­line i twar­dej sta­now­czo­ści Fi­lippy. – Chyba nie.

– Sta­now­czo nie – po­twier­dziła śmier­tel­nie po­waż­nie Pip, po czym od­wró­ciła się na po­wrót do niańki. – Chęt­nie usły­szymy tę opo­wieść.

Evan­ge­line wy­gięła brew w łuk, sły­sząc ten wład­czy ton.

– Do­prawdy?

– Pro­simy, Evan­ge­line, opo­wiedz nam! – Za­po­mniaw­szy się cał­kiem, ze­rwa­łam się na równe, obute w kap­cie nogi, po czym kla­snę­łam w dło­nie. Pip, dwu­na­sto­let­nia już wo­bec mo­ich mar­nych sze­ściu lat, zła­pała mnie po­spiesz­nie za ko­szulę nocną i po­cią­gnęła z po­wro­tem na sie­dzi­sko w gar­de­ro­bie. Jej drobne dło­nie przy­trzy­mały mi ra­miona.

– Da­mom nie wy­pada krzy­czeć, Ce­lio. Cóż po­wie­działby pére?

Po­czu­łam, jak żar wstę­puje mi na po­liczki. Skru­szona, za­raz zło­ży­łam dło­nie na ko­la­nach.

– Dzieci i ryby głosu nie mają.

– Tak wła­śnie. – Po tych sło­wach po­now­nie sku­piła się na Evan­ge­line. Ta wy­krzy­wiła usta, tłu­miąc wstę­pu­jący na wargi uśmiech. – Pro­simy, Evan­ge­line, opo­wiedz nam tę hi­sto­rię. Obie­cu­jemy, że nie bę­dziemy prze­ry­wać.

– Bar­dzo do­brze. – Z wy­ćwi­czoną lek­ko­ścią Evan­ge­line ma­new­ro­wała gib­kimi pal­cami, wy­pla­ta­jąc z wełny piękny szal barwy przy­dy­mio­nego różu. Mój ulu­biony ko­lor. Szal dla Pip, olśnie­wa­jąco biały ni­czym świeży śnieg, spo­czy­wał już w ko­szu. – Ale, moja droga, wciąż masz na twa­rzy farbę. Bądź tak do­bra i zmyj ją, do­brze? – Za­cze­kała, aż Pippa skoń­czy szo­ro­wać po­liczki, po czym cią­gnęła: – A za­tem. Les éter­nels. Ro­dzi ich zie­mia, zim­nych ni­czym ko­ści i rów­nie twar­dych. Ro­dzą się bez serca, du­szy czy umy­słu, je­dy­nie z po­pę­dami. Je­dy­nie z żą­dzą. – Ostat­nie słowo sma­ko­wała w nie­sły­chany spo­sób. – Pierw­sza z nich przy­była do na­szego kró­le­stwa z od­le­głych ziem i ży­jąc w cie­niu, za­ra­żała swą cho­robą nasz lud. In­fe­ko­wała go swą ma­gią.

Pip wró­ciła do szczot­ko­wa­nia mi wło­sów.

– Cóż to za ma­gia?

Zmarsz­czy­łam nos i prze­krzy­wi­łam głowę.

– Co to ta­kiego „żą­dza”?

Evan­ge­line udała, że nie sły­szy mo­jego py­ta­nia.

– To naj­gor­szy ro­dzaj ma­gii, moje miłe. Ab­so­lut­nie naj­gor­szy.

Wiatr bił o szyby, do­ma­ga­jąc się dal­szego ciągu, Evan­ge­line zaś zro­biła te­atralną pauzę i tylko Bir­die ni to z war­ko­tem, ni to z wy­ciem prze­to­czyła się na drugi bok do­kład­nie w tej sa­mej chwili, nisz­cząc cały efekt. Evan­ge­line spoj­rzała z iry­ta­cją na ogara.

– To ten ro­dzaj ma­gii, który wy­maga krwi. Który wy­maga śmierci.

Pippa i ja wy­mie­ni­ły­śmy ukrad­kowe spoj­rze­nia.

– Da­mes ro­uges – usły­sza­łam w uchu jej szept, nie­mal nie­sły­szalny. – Czer­wone damy.

Nasz oj­ciec wspo­mi­nał o nich kie­dyś jako o naj­oso­bliw­szej, naj­bar­dziej nie­sły­cha­nej spo­śród sekt na­wie­dza­ją­cych Bel­terrę. Są­dził, że nie sły­sza­ły­śmy jego roz­mowy z tym dziw­nym męż­czy­zną w jego ga­bi­ne­cie, ale był w błę­dzie.

– Co tam szep­cze­cie? – za­py­tała ostro Evan­ge­line, ce­lu­jąc w nas dru­tami. – Wie­cie, że to nie­uprzejme mieć ta­jem­nice.

Pip unio­sła pod­bró­dek, za­po­mi­na­jąc, że damy nie ro­bią też gry­ma­sów.

– Nic ta­kiego, Evan­ge­line.

– Tak – po­wtó­rzy­łam na­tych­miast. – Nic ta­kiego, Evan­ge­line.

Niańka zmru­żyła oczy.

– Zuch dziew­czynki z was, czyż nie? Mu­szę wam za­tem po­wie­dzieć, że les éter­nels uwiel­biają ta­kie dzielne dziew­czynki. Ich zda­niem są naj­słod­sze.

Sły­sząc te słowa, po­czu­łam w piersi eks­cy­ta­cję. A gdy mu­snęła mnie szczotka sio­stry, na karku po­czu­łam gę­sią skórkę. Za­czę­łam się wier­cić na skraju sie­dze­nia i ro­bić wiel­kie oczy.

– Na­prawdę?

– Oczy­wi­ście, że nie. – Pip opu­ściła szczotkę na to­a­letkę moc­niej, niż po­winna. Z naj­po­waż­niej­szym spoj­rze­niem unio­sła mój po­bró­dek i spoj­rzała mi w oczy. – Nie słu­chaj jej, Ce­lio. Ona kła­mie.

– Zde­cy­do­wa­nie nie – od­parła z na­ci­skiem Evan­ge­line. – Opo­wiem wam to, co mnie opo­wie­działa moja matka. Les éter­nels prze­mie­rzają ulice w bla­sku księ­życa, po­lu­jąc na sła­bych i ku­sząc nie­mo­ral­nych. Wła­śnie dla­tego za­wsze chodź­cie spać o zmierz­chu, miłe, i nie za­po­mi­naj­cie o od­mó­wie­niu wie­czor­nych mo­dlitw. – Mó­wiła, mo­du­lu­jąc dźwięczny głos w spo­sób tak znany nam jak ry­mo­wanki, które mam­ro­tała co wie­czór. Jej druty kli­kały w ci­szy po­miesz­cze­nia, klik, klik, klik, i na­wet wiatr ucichł, by jej po­słu­chać. – No­ście srebrne krzy­żyki, chodź­cie tylko pa­rami. Z wodą świę­coną na szyi i po­świę­coną zie­mią pod sto­pami. Gdy zwąt­pi­cie, za­pal­cie za­pałkę, spal­cie ich jej ża­rem.

Wy­pro­sto­wa­łam się nieco. Dło­nie mi drżały.

– Za­wsze od­ma­wiam mo­dli­twy, Evan­ge­line, ale wy­pi­łam całe mleko Fi­lippy pod­czas ko­la­cji, kiedy nie pa­trzyła. My­ślisz, że przez to je­stem słod­sza od niej? Źli lu­dzie ze­chcą mnie po­żreć?

– Cóż za nie­do­rzecz­ność. – Pippa prych­nęła i wplo­tła palce w moje włosy, pró­bu­jąc je uło­żyć. Była wy­raź­nie zi­ry­to­wana, lecz jej do­tyk po­zo­stał ła­godny. Moje kru­czo­czarne ko­smyki zwią­zała piękną ró­żową wstążką i za­rzu­ciła mi na ra­mię. – Ni­gdy nie po­zwolę, by coś ci się stało, Ce­lio.

Sły­sząc te słowa, po­czu­łam roz­le­wa­jące się w piersi cie­pło, roz­iskrzoną pew­ność. Fi­lippa bo­wiem ni­gdy nie kła­mała. Ni­gdy nie wy­kra­dała sło­dy­czy, nie ro­biła ka­wa­łów, nie mó­wiła cze­goś, czego nie my­ślała. Ni­gdy nie kra­dła mi mleka.

Ni­gdy nie da­łaby mnie skrzyw­dzić.

Wiatr wi­siał za oknem jesz­cze przez chwilę i skro­bał o szyby, nie­cier­pli­wie wy­cze­ku­jąc dal­szego ciągu hi­sto­rii, a po­tem po­le­ciał da­lej, nie­usa­tys­fak­cjo­no­wany. Słońce w ca­ło­ści scho­wało się za ho­ry­zon­tem, a nad nami wy­rósł je­sienny księ­życ, ką­piąc po­kój dzie­cinny w bla­dym, sre­brzy­stym świe­tle. Świece z psz­cze­lego wo­sku za­chwiały się, jakby w od­po­wie­dzi, wy­dłu­ża­jąc cie­nie mię­dzy nami. Prze­jęta na­głą po­nu­ro­ścią, zła­pa­łam sio­strę za rękę.

– Prze­pra­szam, że ukra­dłam ci mleko – wy­szep­ta­łam.

Ści­snęła moje palce.

– I tak go nie lu­bię.

Evan­ge­line przy­glą­dała nam się dłuż­szy czas z nie­prze­nik­nio­nym wy­ra­zem twa­rzy, na­stęp­nie wstała i odło­żyła do ko­szyka druty oraz wełnę. Po­kle­pała Bir­die po łebku, po czym zga­siła wą­skie świece na ko­minku.

– Je­ste­ście do­brymi sio­strami. Obie. Je­ste­ście do­bre i lo­jalne. – Prze­szła przez po­kój, po­ca­ło­wała każdą z nas w czoło, a po­tem za­pro­wa­dziła do łó­żek i unio­sła ostat­nią świecę na wy­so­kość na­szych oczu. W jej spoj­rze­niu błysz­czało coś, czego nie poj­mo­wa­łam. – Obie­caj­cie mi, że bę­dzie­cie się sie­bie trzy­mać.

Ski­nę­ły­śmy gło­wami, a wtedy ona zdmuch­nęła świecę i ru­szyła do wyj­ścia.

Sio­stra ob­jęła mnie ręką i przy­cią­gnęła do sie­bie. Wtu­li­łam się w jej po­duszkę. Pach­niała Fi­lippą, pach­niała let­nim mio­dem. Pach­niała ka­za­niami, de­li­kat­nymi dłońmi, zmarsz­czo­nymi brwiami i bia­łymi jak śnieg sza­li­kami.

– Ni­gdy nie dam cza­row­ni­com cię do­paść – wy­szep­tała z mocą pro­sto w moje włosy. – Ni­gdy.

– A ja ni­gdy nie dam im do­paść cie­bie.

Evan­ge­line przy­sta­nęła w drzwiach i spoj­rzała na nas, marsz­cząc czoło. Z za­cie­ka­wie­niem prze­chy­liła głowę, a księ­życ scho­wał się za chmurą, po­grą­ża­jąc nas w cał­ko­wi­tej ciem­no­ści. Spię­łam się, gdy ga­łę­zie po­częły pu­kać w okno. Fi­lippa jed­nak sta­now­czym ge­stem ob­jęła mnie i drugą ręką.

Wtedy jesz­cze nie wie­działa.

Ani ja.

– Głu­pie dzie­wu­chy – wy­szep­tała Evan­ge­line. – Kto tu mówi o cza­row­ni­cach?

A po­tem znik­nęła.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Pu­ste klatki

Zła­pię tę od­ra­ża­jącą kre­aturę, choćby miało mnie to kosz­to­wać ży­cie.

Zdmu­chuję z czoła zle­piony ko­smyk i znowu przy­ku­cam, by po­pra­wić me­cha­nizm pu­łapki. Wczo­raj oba­le­nie wierzby za­jęło mi całe go­dziny, po­dob­nie jak roz­ło­że­nie ga­łęzi, po­ma­lo­wa­nie drewna i zło­że­nie kla­tek. Zdo­by­cie wina. Ko­lejne go­dziny za­jęło mi prze­czy­ta­nie wszyst­kich zna­le­zio­nych w Wieży Chas­seu­rów wo­lu­mi­nów o lu­ti­nach. Go­bliny wolą ży­wicę wierzby od in­nych – cho­dzi o jej słodką woń – a po­mimo pa­skud­nej apa­ry­cji do­ce­niają to, co piękne.

Stąd ma­lo­wane klatki i bu­tle wina.

Kiedy przy­cze­pia­łam rano wóz do ko­nia i do pełna ła­do­wa­łam go jed­nym i dru­gim, Jean Luc pa­trzył na mnie tak, jak­bym po­stra­dała zmy­sły.

Może tak było w isto­cie.

Zde­cy­do­wa­nie wy­obra­ża­łam so­bie ży­cie łowcy – łow­czyni – jako coś cie­kaw­szego niż ku­ca­nie w błot­ni­stej brei, po­ce­nie się w nie­do­pa­so­wa­nym mun­du­rze i od­cią­ga­nie ka­pry­śnego go­blina od pola przy po­mocy al­ko­holu.

Nie­stety, nie do­sza­co­wa­łam pew­nych rze­czy i bu­tle wina nie mie­ściły się w ma­lo­wa­nych klat­kach, w efek­cie czego na far­mie mu­sia­łam roz­ło­żyć każdą po ko­lei. Wciąż dźwię­czy mi w uszach śmiech chas­seu­rów. Mieli gdzieś, jak pie­czo­ło­wi­cie uczy­łam się do tego pro­jektu ob­sługi młotka i że po dro­dze oka­le­czy­łam so­bie kciuk. Mieli też gdzieś, że złotą farbę ku­pi­łam za swoje pie­nią­dze. Nie, wi­dzieli tylko mój błąd. Moja zna­ko­mita praca zre­du­ko­wana do pod­pałki u stóp. Choć Jean Luc z za­an­ga­żo­wa­niem pró­bo­wał mi po­móc zło­żyć na nowo klatki, krzy­wiąc się na każdy cięty ko­men­tarz współ­braci, po­iry­to­wany far­mer Marc przy­był wkrótce póź­niej. A Jean Luc mu­siał go uspo­ka­jać jako ka­pi­tan chas­seu­rów.

Ja zaś mu­sia­łam po­ra­dzić so­bie w po­je­dynkę z łow­cami.

– Tra­ge­dia. – Fre­de­ric wy­rósł nade mną, prze­wró­cił by­strymi oczami, po czym uśmiech­nął się zło­śli­wie. W bla­sku po­ran­nego słońca w jego kasz­ta­no­wych wło­sach od­zna­czały się zło­ci­ste re­fleksy. – Ale są na­prawdę śliczne, ma­de­mo­iselle Trem­blay. Jak domki dla la­lek.

– Fre­de­ricu, bła­gam – wy­krztu­si­łam przez za­ci­śnięte zęby, pró­bu­jąc ze­brać moją suk­nię. – Ile razy mam cię pro­sić, że­byś na­zy­wał mnie Ce­lią? Tu wszy­scy je­ste­śmy so­bie równi.

– Oba­wiam się, że co naj­mniej jesz­cze raz. – Jego uśmiech stał się dra­pieżny. – Je­steś wszak damą, pani.

Prze­szłam przez pole i ze­szłam ze wzgó­rza, zni­ka­jąc mu z pola wi­dze­nia – zni­ka­jąc z pola wi­dze­nia im wszyst­kim – bez słowa dys­ku­sji. Wie­dzia­łam, że kłót­nia z kimś ta­kim jak Fre­de­ric nie ma naj­mniej­szego sensu.

Je­steś wszak damą.

Prze­drzeź­nia­jąc jego ośli głos, koń­czę za­mek na ostat­niej klatce, wstaję i po­dzi­wiam moje dzieło. Na bu­tach mam pełno błota. Jego plamy wid­nieją też na sze­ściu ca­lach rąbka spód­nicy, ale i tak czuję w piersi triumf. Te­raz pój­dzie szybko. Lu­tiny bu­szu­jące w jęcz­mie­niu far­mera Marca wkrótce wy­czują ży­wicę wierzby i ru­szą za za­pa­chem. Kiedy spo­strzegą wino, za­re­agują in­stynk­tow­nie – w książ­kach pi­szą, że lu­tiny chęt­nie pod­dają się in­stynk­tom – i wejdą do kla­tek. Klatki się za­mkną, a my prze­trans­por­tu­jemy te pa­skudne kre­atury z po­wro­tem do La Fôret des Yeux, gdzie ich miej­sce.

To ła­twi­zna. Jak za­bra­nie dziecku cu­kierka. Oczy­wi­ście nie że­bym kie­dyś na­prawdę ukra­dła cu­kierka ja­kie­muś dziecku.

Wy­pusz­czam drżący od­dech i ukła­dam dło­nie na bio­drach, ki­wa­jąc głową nieco bar­dziej en­tu­zja­stycz­nie, niż by­łoby to na­tu­ral­nie. Tak. Warto było wy­ko­ny­wać w bło­cie mrów­czą pracę. Plamy w końcu da się zmyć, a ja zła­pię i prze­niosę całą gro­madę lu­ti­nów, nie czy­niąc im krzywdy. Oj­ciec Achille, świeżo upie­czony ar­cy­bi­skup, bę­dzie dumny. Jean Luc może też. Tak, to do­bra rzecz. Na­dzieja puch­nie we mnie, gdy prze­my­kam się za trawy, na skraj pola, ob­ser­wu­jąc i wy­cze­ku­jąc. Wyj­dzie ide­al­nie.

Musi wyjść ide­al­nie.

Mija kilka chwil i nic się nie dzieje.

– No, da­lej – mó­wię ci­cho, przy­glą­da­jąc się polu jęcz­mie­nia i pró­bu­jąc nie ba­wić się ba­li­sardą przy­tro­czoną do pa­ska. Cho­ciaż od­kąd zło­ży­łam świę­ce­nia, mi­nęły całe mie­siące, sza­fi­rowa klinga wciąż zdaje się obca, ciężka w mo­ich dło­niach. Nie na miej­scu.

Nie­cier­pli­wie wy­stu­kuję stopą rytm w bło­cie. Tem­pe­ra­tury są nie­po­mier­nie wy­so­kie jak na paź­dzier­nik, po karku spływa mi strużka potu.

– No da­lej, chodź­cie. Gdzie je­ste­ście?

Chwila roz­ciąga się w cza­sie. Po­tem na­stępna. Albo i trzy. Dzie­sięć chwil? Na wzgó­rzu współ­bra­cia ta­rzają się ze śmie­chu nad ja­kimś żar­tem, któ­rego nie usły­sza­łam. Nie wiem, jak za­mie­rzają zła­pać lu­tiny – ża­den nie po­fa­ty­go­wał się opo­wie­dzieć o swo­ich pla­nach mnie, pierw­szej i je­dy­nej ko­bie­cie w sze­re­gach łow­ców – ale nie ob­cho­dzi mnie to. Z pew­no­ścią nie po­trze­buję ich po­mocy ani pu­blicz­no­ści, je­śli ope­ra­cja klatki za­koń­czy się fia­skiem.

W gło­wie mam pełną po­gardy minę Fre­de­rica.

I za­kło­po­taną – Je­ana Luca.

Nie. Krzy­wię się, wy­py­cha­jąc obu z umy­słu, a przy oka­zji wy­grze­buję się z krza­ków i idę spraw­dzić ko­lejny raz pu­łapki. Nie po­win­nam była się­gać po wino. Co za głupi po­mysł.

Myśl rwie się gwał­tow­nie, gdy z jęcz­mie­nia wy­nu­rza się nie­wielka, po­marsz­czona stopa. Moje stopy jakby wra­stają w zie­mię. Jak za­cza­ro­wana pró­buję nie od­dy­chać, a brą­zo­wo­szara istota, się­ga­jąca mi le­d­wie do ko­lan, w tym cza­sie wbija ciemne, zbyt wiel­kie oczy w bu­telkę wina. Za­iste, wszystko w tej kre­atu­rze jest tro­chę... za bar­dzo. Za duża głowa. Za ostre rysy. Za dłu­gie palce.

Szcze­rze mó­wiąc, wy­gląda jak ziem­niak.

Idzie na pa­lusz­kach w stronę wina i wy­gląda na to, że mnie nie za­uwa­żył, że – po­wiedzmy so­bie – nie za­uważa ni­czego. Wzrok ma twardo wbity w za­ku­rzoną bu­telkę. Mlasz­cze z prze­ję­ciem, wy­cią­ga­jąc do niej pa­ję­cze palce. W tej sa­mej chwili, gdy wcho­dzi do klatki, jej drzwiczki za­my­kają się ze sta­now­czym trza­skiem. Lu­tin jed­nak tylko przy­ci­ska wino do piersi z sze­ro­kim uśmie­chem. W słońcu lśnią dwa rzędy ostrych ni­czym szpi­leczki zę­bów.

Przez chwilę wpa­truję się w niego z upiorną fa­scy­na­cją. A po­tem już nie umiem się po­wstrzy­mać. Też się uśmie­cham i prze­chy­lam głowę, pod­cho­dząc bli­żej. Jest zu­peł­nie inny, niż my­śla­łam – wcale nie od­ra­ża­jący, nie z tymi sę­ka­tymi ko­la­nami i py­za­tymi po­licz­kami. Kiedy ubie­głego ranka skon­tak­to­wał się z nami far­mer Marc, ry­czał coś o „ro­gach” i „pa­zu­rach”.

W końcu spoj­rze­nie lu­tina krzy­żuje się z moim. Jego uśmiech ga­śnie.

– Wi­taj. – Klę­kam przed nim po­woli i kładę dło­nie pła­sko na ko­la­nach, żeby je wi­dział. – Strasz­nie mi przy­kro z po­wodu tego... – pod­bród­kiem wska­zuję zdo­bioną klatkę – ...ale męż­czy­zna upra­wia­jący tę zie­mię za­żą­dał prze­nie­sie­nia cie­bie i two­jej ro­dziny. Masz ja­kieś imię?

Pa­trzy na mnie, nie mru­ga­jąc, a ja czuję, jak po­liczki za­czy­nają mi pło­nąć. Zer­kam przez ra­mię, szu­ka­jąc wzro­kiem kom­pa­nii. Za­pewne ro­bię z sie­bie kom­pletną idiotkę – ukrzy­żo­wano by mnie za roz­ma­wia­nie z lu­ti­nem – ale wy­daje mi się nie­sto­sow­nym uwię­zić tak to biedne stwo­rze­nie bez żad­nych wy­ja­śnień.

– Mam na imię Ce­lia – do­daję. Z każdą chwilą jest mi co­raz bar­dziej głu­pio. W księ­gach nie wspo­mi­nano wpraw­dzie o ję­zyku, ale prze­cież lu­tiny mu­szą się ja­koś ko­mu­ni­ko­wać. Wska­zuję na sie­bie i po­wta­rzam: – Ce­lia. Cel-ja.

On na­dal nie od­po­wiada. O ile to w ogóle jest on.

No tak. Pro­stuję się i ła­pię uchwyt klatki. Je­stem idiotką. Po­win­nam spraw­dzić też inne. Ale za­nim to zro­bię...

– Je­śli prze­krę­cisz ko­rek na gó­rze – mam­ro­czę nie­chęt­nie – bu­telka się otwo­rzy. Mam na­dzieję, że lu­bisz czarny bez.

– Roz­ma­wiasz z lu­ti­nem?

Od­wra­cam się na dźwięk głosu Je­ana Luca. Pusz­czam klatkę, a na po­liczki wstę­pują mi ru­mieńce.

– Jean Luc! – Jego imię za­mie­nia się w mo­ich ustach w pisk. – Nie... nie sły­sza­łam cię.

– Oczy­wi­ście. – Staje wśród traw, tam, gdzie sama się nie­dawno cho­wa­łam. Wi­dząc moją skru­szoną minę, wzdy­cha i krzy­żuje ręce na piersi. – Co ro­bisz, Ce­lio?

– Nic.

– Dla­czego ci nie wie­rzę?

– Zna­ko­mite py­ta­nie. Dla­czego mi nie... – Ale za­nim zdo­łam do­koń­czyć, lu­tin wy­ciąga łapę przez pręty i wali mnie po ręce. Z wrza­skiem pod­ska­kuję i lecę w tył. Nie ze względu na jego pa­zury, ale ze względu na jego głos. W tej sa­mej chwili, w któ­rej mnie do­tyka, w mo­jej gło­wie po­ja­wia się prze­dziwna wo­ka­li­za­cja: Lar­mes Comme Éto­iles.

Jean Luc in­stynk­tow­nie ru­sza na­przód, w pół kroku wy­cią­ga­jąc z po­chwy ba­li­sardę.

– Nie, cze­kaj! – Staję mię­dzy nim a uwię­zio­nym lu­ti­nem. – CZE­KAJ! Nic mi nie zro­bił! Nie chciał mi nic zro­bić!

– Ce­lio – od­zywa się ostrze­gaw­czo Jean Luc ni­skim, zi­ry­to­wa­nym gło­sem – może mieć wście­kli­znę...

– Fre­de­ric ją ma. Jemu po­ma­chaj no­żem przed oczami. – Po czym zwra­cam się do lu­tina z uprzej­mym uśmie­chem: – Pro­szę pana o wy­ba­cze­nie. Co pan po­wie­dział?

– On nic nie mó­wił...

Uci­szam Je­ana Luca, a lu­tin prosi, bym się zbli­żyła, wy­ciąga rękę przez kraty. Po­trze­buję kilku se­kund, by zro­zu­mieć, że chce mnie po­now­nie do­tknąć.

– Eee... – Prze­ły­kam gło­śno ślinę, nie­zbyt prze­ko­nana do tego po­my­słu. – Chce pan... no tak...

Jean Luc ła­pie mnie za ło­kieć.

– Bła­gam, tylko nie mów, że chcesz tego do­ty­kać. Nie masz po­ję­cia, gdzie było.

Ge­sty lu­tina stają się znie­cier­pli­wione i za­nim zmie­nię zda­nie, wy­cią­gam do niego wolną rękę. Mu­skam opuszki jego pal­ców. Jego skóra jest w do­tyku szorstka. Brudna. Jak ko­rzeń świeżo wy­cią­gnięty z ziemi. Mam na imię, roz­brzmiewa mi w gło­wie nie­ziem­ski trel, Lar­mes Comme Éto­iles.

Otwie­ram nie­mą­drze usta.

– Łzy Jak Gwiazdy?

Przy­ta­kuje po­spiesz­nie i cofa rękę, by po­now­nie zła­pać wino. Wzro­kiem pio­ru­nuje Je­ana Luca, który krzywi się i od­ciąga mnie do tyłu. Od­wra­cam się w jego ra­mio­nach, a w gło­wie wi­ruje mi z prze­ję­cia.

– Sły­sza­łeś go? – py­tam bez tchu. – Mó­wił, że ma na imię...

– One nie mają imion. – Za­ci­ska ręce na mo­ich rę­kach i po­chyla się, spo­glą­da­jąc mi w oczy. – Lu­tiny nie mó­wią, Ce­lio.

Mrużę oczy.

– Są­dzisz za­tem, że kła­mię?

Znowu wzdy­cha – on wiecz­nie wzdy­cha – i cmoka mnie w czoło, a ja mięknę nieco. Pach­nie kroch­ma­lem i skórą, i ole­jem lnia­nym, któ­rym po­le­ruje swą ba­li­sardę. To zna­jome za­pa­chy. Ko­jące.

– Są­dzę, że masz wraż­liwe serce – mówi, a ja wiem, że to miał być kom­ple­ment. To po­wi­nien być kom­ple­ment. – Są­dzę, że zro­bi­łaś wspa­niałe klatki. Są­dzę też, że lu­tiny ko­chają czarny bez. – Cofa się z uśmie­chem. – Są­dzę wresz­cie, że po­win­ni­śmy już iść. Robi się późno.

– Iść? – Mru­gam z za­sko­cze­niem, pró­bu­jąc zaj­rzeć mu przez ra­mię, spoj­rzeć na wzgó­rze. Jego bi­cepsy na­pi­nają się pod mo­imi dłońmi. – A co z resztą? W księ­gach pi­sano, że stado może li­czyć na­wet dwa­dzie­ścia lu­ti­nów. Far­mer Marc z pew­no­ścią chce, że­by­śmy zgar­nęli wszyst­kie. – Marsz­czę czoło jesz­cze bar­dziej, uświa­da­mia­jąc so­bie, że głosy współ­braci już dawno uci­chły. Rze­czy­wi­ście, za wzgó­rzem cała farma po­grą­żyła się w ci­szy i bez­ru­chu, nie li­cząc pia­nia sa­mot­nego ko­guta. W brzu­chu czuję coś go­rą­cego, pa­lą­cego ni­czym wstyd. – Gdzie... gdzie się po­dziali wszy­scy?

Jean Luc nie pa­trzy na mnie.

– Wy­sła­łem ich na­przód.

– Do­kąd na­przód?

– Do La Fôret des Yeux. – Od­chrzą­kuje i robi krok w tył, chowa ba­li­sardę do po­chwy, po czym znowu się uśmie­cha i schyla, by pod­nieść moją klatkę. Mija ko­lejna se­kunda i po­daje mi wolną dłoń. – Go­towa?

Pa­trzę na niego wiel­kimi oczami i coś do mnie bo­le­śnie do­ciera. Wy­słałby ich na­przód tylko w jed­nym przy­padku.

– Bo już... już uwię­zili inne lu­tiny, prawda? – Kiedy nie re­aguje, pa­trzę na jego twarz. Od­po­wiada nie­pew­nym, ostroż­nym spoj­rze­niem, jak­bym była po­pę­kaną szybą: do­tkniesz i roz­pad­nie się na mi­lion ka­wał­ków. Może tak jest. Dawno prze­sta­łam li­czyć pęk­nię­cia na mo­jej po­wierzchni, nie mam już po­ję­cia, która rysa mnie zła­mie. Może wła­śnie ta.

– Jean Luc? – po­wta­rzam z na­ci­skiem.

Znowu cięż­kie wes­tchnie­nie.

– Tak – przy­znaje w końcu. – Już je poj­mali.

– Jak?

Kręci głową i bar­dziej sta­now­czo unosi rękę.

– To bez zna­cze­nia. Twoje klatki były świet­nym po­my­słem, a do­świad­cze­nie przyj­dzie z cza­sem...

– To nie jest od­po­wiedź. – Cała się te­raz trzęsę i nie mogę tego po­wstrzy­mać. Pole wi­dze­nia za­węża mi się do czy­stego brązu skóry na jego dłoni, do lśnią­cych, kró­ciutko ścię­tych, ciem­nych wło­sów na jego gło­wie. Wy­gląda na ide­al­nie opa­no­wa­nego, choć nieco za­kło­po­ta­nego, a mnie strąki wło­sów przy­kle­iły się bez­ład­nie do szyi, pot ścieka mi po ple­cach. Ru­mie­nię się z wy­siłku, ale nie wi­dać tego pod war­stwą błota. Z wy­siłku i z upo­ko­rze­nia. – Ja­kim cu­dem udało im się poj­mać całe stado lu­ti­nów w...? – Do­pada mnie ko­lejna po­tworna myśl. – Mo­ment, ile czasu im to za­jęło? – Mój głos unosi się oskar­ży­ciel­sko, wska­zuję pal­cem jego nos. – Jak długo na mnie cze­ka­łeś?

Łzy Jak Gwiazdy otwiera w końcu bu­telkę i jed­nym hau­stem opróż­nia po­łowę. Po­tyka się, gdy Jean Luc ostroż­nie od­sta­wia klatkę na miej­sce.

– Ce­lio – od­zywa się ła­god­nym to­nem. – Nie rób so­bie tego. Twoja klatka za­dzia­łała, a ten tu­taj... na­wet zdra­dził ci swoje imię. To się ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło.

– Po­dobno lu­tiny nie mają imion – od­war­kuję. – I nie trak­tuj mnie tak po­błaż­li­wie. Jak Fre­de­ric i reszta poj­mali resztę lu­ti­nów? Są za szyb­kie, żeby je zła­pać, no i... no i... – Wi­dząc jego zre­zy­gno­waną minę, za­pa­dam się w so­bie. – Czyli po pro­stu je zła­pali. Boże. – Szczy­pię się w na­sadę nosa, każdy od­dech jest szyb­szy, ostrzej­szy. Na­pię­cie w piersi staje się bo­le­sne. – Po­win­nam... po­win­nam była im po­móc, ale te pu­łapki... – Złota farba razi mnie w oczy, taka tan­detna, nie na miej­scu. – Zmar­no­wa­łam wszyst­kim czas.

Je­steś wszak damą, pani.

– Nie. – Jean Luc kręci ener­gicz­nie głową i ła­pie mnie za brudne ręce. – Spró­bo­wa­łaś cze­goś no­wego i za­dzia­łało.

Sły­sząc to kłam­stwo, czuję, jak coś pie­cze mnie w oczy. Przez ostat­nich sześć mie­sięcy nic, tylko pró­bo­wa­łam: wciąż i wciąż, i wciąż. Uno­szę pod­bró­dek i ża­ło­śnie po­cią­gam no­sem, sta­ra­jąc się uśmiech­nąć.

– Oczy­wi­ście masz ra­cję, ale nie mo­żemy jesz­cze iść. W oko­licy może być ich jesz­cze kilka. Może Fre­de­ric prze­ga­pił...

– Ten był ostatni.

– Skąd mo­żesz wie­dzieć, że ten był...? – Za­my­kam oczy, gdy w końcu do mnie do­ciera. Kiedy się od­zy­wam, mój głos jest ci­chy. Zre­zy­gno­wany. – Wy­sła­łeś go do mnie? – Nie od­po­wiada, a to mil­cze­nie kła­dzie się cie­niem na nas obojgu. Otwie­ram sze­roko oczy, ła­pię go za gra­na­towy płaszcz i szar­pię. Po­trzą­sam nim. – Zła­pa­łeś go tylko po to, żeby... pod­rzu­cić go tu i wy­pu­ścić?

– Nie bądź śmieszna...

– ZRO­BI­ŁEŚ TO?

Od­wraca wzrok, wy­ry­wa­jąc mi się sta­now­czo.

– Nie mam na to czasu, Ce­lio. Mam pilne spo­tka­nie rady przed wie­czorną mszą, a oj­ciec Achille ro­ze­słał już wici... By­łem mu po­trzebny w wieży go­dzinę temu.

– Jak to? – Bez­sku­tecz­nie pró­buję po­wstrzy­mać drże­nie w gło­sie. – I co... co to za pilne spo­tka­nie rady? Coś się stało?

To stare py­ta­nie. Okle­pane. Od ty­go­dni Jean Luc wy­myka się w dziw­nych mo­men­tach, szep­cze o czymś go­rącz­kowo z oj­cem Achille, my­śląc, że ja tego nie wi­dzę. Nie chce mi po­wie­dzieć, o czym tam mam­ro­czą przy­ci­szo­nymi gło­sami i czemu z dnia na dzień stają się co­raz bar­dziej po­nu­rzy. Mają wspólną ta­jem­nicę – i to po­ważną – ale ile­kroć o to py­tam, Jean Luc od­po­wiada jed­na­kowo: „To cię nie do­ty­czy, Ce­lio. Nie martw się, pro­szę”.

Te­raz me­cha­nicz­nie po­wta­rza te słowa i wska­zuje głową na­sze ko­nie.

– Chodź. Wóz już za­ła­do­wany.

Po­dą­żam za jego wzro­kiem do wspo­mnia­nego wozu, gdzie w rów­nych rzę­dach po­usta­wiał moje klatki, kiedy ja roz­ma­wia­łam ze Łzami Jak Gwiazdy. Dzie­więt­na­ście. Dwu­dzie­stą nie­sie, ma­sze­ru­jąc przez pole bez słowa. Łzy Jak Gwiazdy – za­lany już w trupa – obija się o kraty, po­chra­pu­jąc ci­cho w bla­sku póź­no­po­po­łu­dnio­wego słońca. Każdy inny mógłby uznać tę scenkę za uro­czą. Siel­ską. Lu­dzie pew­nie ki­wa­liby z apro­batą gło­wami, wi­dząc srebrny me­dal na moim gor­se­cie i pier­ścio­nek z dia­men­tem na palcu.

Nie mu­sisz wła­dać mie­czem, by chro­nić nie­win­nych, Ce­lio, wra­cają do mnie dawne słowa Je­ana Luca, nie­sione je­sien­nym wia­trem. Do­wio­dłaś tego bar­dziej niż kto­kol­wiek.

Ale czas wszyst­kim nam udo­wod­nił, że to było kłam­stwo.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki