Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przypadkowe spotkanie w lobby luksusowego hotelu w Dubaju sprawia, że mroczna przeszłość Johna Hayesa powraca ze zdwojoną siłą.
Wymarzone wakacje szybko zamieniają się w koszmar. Ktoś z przeszłości Johna nie zamierza zostawić go w spokoju i jest gotów zniszczyć wszystko, co dla niego najważniejsze.
Bez ucieczki to pełen napięcia thriller sensacyjny i czwarta część bestsellerowej serii o Johnie Hayesie autorstwa Marka Davida Abbotta.
Od luksusowych hoteli Dubaju po bezkresne pustynie Omanu — John zostaje wciągnięty w niebezpieczną rozgrywkę, w której stawką jest życie kobiety, którą kocha. Aby ją ocalić, będzie musiał wykorzystać całą swoją siłę, spryt i determinację oraz po raz kolejny stanąć twarzą w twarz ze złem.
Jeśli lubisz dynamiczne thrillery akcji, nieustające napięcie i bohaterów, którzy nie poddają się nawet w obliczu śmiertelnego zagrożenia, ta książka jest dla ciebie.
Co czytelnicy mówią o thrillerach z Johnem Hayesem:
„Mark David Abbott należy do grona znakomitych autorów, którzy potrafią tworzyć wiarygodne postacie wzbudzające sympatię. Nie sposób nie współodczuwać ich cierpienia i nie kibicować im z całego serca”.
„Autor ma niezwykłą wyobraźnię i napisał tę książkę tak dobrze, że można odnieść wrażenie, jakby samemu uczestniczyło się w opisywanych wydarzeniach. Fantastyczna lektura. Zdecydowanie polecam”.
„Kolejna świetna książka z serii o Johnie Hayesie. John Hayes nie jest zwyczajnym człowiekiem. Świat potrzebuje więcej takich ludzi. Najlepsze w tych książkach jest to, że jego działania nigdy nie wydają się przesadzone czy niewiarygodne. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach zachowuje się realistycznie. Serce bije szybciej, a strony przewraca się jedna za drugą, bez względu na porę, bo po prostu TRZEBA wiedzieć, jak to się skończy. W czasach, gdy wszystko wydaje się przesadzone i nierealistyczne, cudownie jest usiąść z książką i zanurzyć się w czymś autentycznym. Jak zawsze świetna robota, panie Abbott! Każda minuta lektury była przyjemnością!”
„Ta książka pochłonie cię bez reszty. Będziesz przewracać strony w zawrotnym tempie, nie mogąc doczekać się kolejnego emocjonującego wydarzenia”.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 206
Rok wydania: 2019
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
THRILLERY JOHNA HAYESA
TOM 4
Rozdzial 1
Rozdzial 2
Rozdzial 3
Rozdzial 4
Rozdzial 5
Rozdzial 6
Rozdzial 7
Rozdzial 8
Rozdzial 9
Rozdzial 10
Rozdzial 11
Rozdzial 12
Rozdzial 13
Rozdzial 14
Rozdzial 15
Rozdzial 16
Rozdzial 17
Rozdzial 18
Rozdzial 19
Rozdzial 20
Rozdzial 21
Rozdzial 22
Rozdzial 23
Rozdzial 24
Rozdzial 25
Rozdzial 26
Rozdzial 27
Rozdzial 28
Rozdzial 29
Rozdzial 30
Rozdzial 31
Rozdzial 32
Rozdzial 33
Rozdzial 34
Rozdzial 35
Rozdzial 36
Rozdzial 37
Rozdzial 38
Rozdzial 39
Rozdzial 40
Rozdzial 41
Rozdzial 42
Rozdzial 43
Rozdzial 44
Rozdzial 45
Rozdzial 46
Rozdzial 47
Rozdzial 48
Rozdzial 49
Rozdzial 50
Rozdzial 51
Rozdzial 52
Rozdzial 53
Rozdzial 54
Rozdzial 55
Rozdzial 56
Rozdzial 57
Rozdzial 58
Rozdzial 59
Rozdzial 60
Rozdzial 61
Rozdzial 62
Rozdzial 63
Rozdzial 64
Rozdzial 65
Rozdzial 66
Rozdzial 67
Rozdzial 68
Rozdzial 69
Rozdzial 70
Rozdzial 71
Rozdzial 72
Rozdzial 73
Rozdzial 74
Inne książki Marka Davida Abbotta
Darmowa książka i informacje o nowych premierach!
O Autorze
© 2019 Mark David Abbott. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część tej książki nie może być powielana w jakiejkolwiek formie ani żadnymi środkami elektronicznymi lub mechanicznymi, w tym za pomocą systemów przechowywania i wyszukiwania informacji, bez pisemnej zgody autora, z wyjątkiem krótkich cytatów zamieszczanych w recenzjach książki.
Wspaniałym ludziom Omanu.
Steve Jones porównał numer pokoju z tym podanym w wiadomości na telefonie, po czym zapukał dwa razy.
Zza drzwi dobiegło stłumione: — Proszę wejść — więc nacisnął klamkę i wszedł do środka. Krótki korytarz prowadził do przestronnego apartamentu, z którego sięgał rozległy widok na Zatokę Perską przez okna ciągnące się od podłogi do sufitu. Starszy Hindus, siedzący w obszernym skórzanym fotelu, obserwował, jak Steve się zbliża. Steve się uśmiechnął.
— Pan Patil?
— Tak — odparł mężczyzna, wskazując mu drugi fotel.
Steve skinął głową i podszedł do fotela, rzucając szybkie spojrzenie po pokoju. Pod jedną ścianą stało wypolerowane drewniane biurko, a po przeciwnej stronie podwójne przesuwne drzwi prowadziły do sypialni. Środek pokoju zajmowały skórzane fotele i sofa ustawione wokół stolika kawowego. Na stoliku stała srebrna taca zastawiona filiżankami i dużym dzbankiem kawy. Steve szybko przeliczył sobie w myślach: taki apartament kosztował co najmniej trzy tysiące dirhamów za noc. Zanotował w pamięci, żeby podnieść stawkę.
— Proszę się poczęstować kawą.
— Dziękuję. — Steve usiadł i postawił torbę na podłodze obok fotela, po czym nalał sobie kawy. Oparł się wygodnie i uśmiechnął do siedzącego naprzeciw mężczyzny. Patil był starszy, niż można było sądzić po jego głosie przez telefon; miał może pięćdziesiąt kilka lat. Na czubku głowy był łysy, a siwe włosy po bokach miał zaczesane gładko do tyłu. Złoty łańcuch na szyi i biała lniana koszula opinająca okazały brzuch tylko potwierdzały wrażenie zamożności, które sprawiał już sam apartament. Patil marszczył brwi niecierpliwie i stukał palcami w podłokietnik, podczas gdy Steve popijał kawę.
— I co?
— Ach, tak. — Steve odstawił filiżankę na stolik, sięgnął do torby i wyjął notes, który zaraz otworzył.
— Mieszka w tym hotelu, w pokoju 1502. Jest tu od czterech dni.
— Nazwisko? — przerwał mu Surya Patil.
Steve zerknął do notatek. — Ach... John Hayes. Podróżuje na brytyjskim paszporcie. — Podniósł wzrok i zobaczył, że jego klient marszczy brwi jeszcze mocniej. Na skroni Patila wyraźnie pulsowała żyła, a dłonie zaciskały się teraz w pięści. Steve znów spuścił wzrok na notatki, zastanawiając się, co łączy jego klienta z hotelowym gościem. Od niemal trzech lat pracował w Dubaju jako prywatny detektyw i większość zleceń polegała na sprawdzaniu, czy mężczyźni i kobiety zdradzają partnerów podczas podróży służbowych. Ale ta sprawa nie wyglądała na kolejną tego rodzaju.
Piękna kobieta towarzysząca panu Hayesowi nie była Hinduską, więc najwyraźniej nie była krewną jego klienta. Nie wyglądała też na kobietę, która związałaby się z nieatrakcyjnym, otyłym mężczyzną w średnim wieku. Choć musiał przyznać, że przez trzy lata pobytu w tym mieście widział już niejeden dziwny związek. Niesamowite, do czego potrafiła skłonić ludzi perspektywa pieniędzy.
— A kobieta?
— Obywatelka Portugalii. Adriana D’Silva — odczytał Steve z notatek, po czym podniósł wzrok. — Na razie tylko tyle udało mi się ustalić.
Surya Patil powoli skinął głową, przeszywając Steve’a wzrokiem, aż ten odwrócił oczy. Steve położył notes na kolanach, podniósł filiżankę i znów upił łyk kawy.
— Chcę, żeby pan ich śledził. Ustalił, dokąd chodzą, co robią i z kim się spotykają. Oczekuję raportu.
— Oczywiście — odparł Steve z uśmiechem. Znów rozejrzał się po apartamencie. — Ach... dojdą jeszcze wydatki. No i zna pan moją stawkę dzienną.
Surya Patil skrzywił się z niesmakiem, pochylił do przodu i podniósł ze stolika kopertę.
— Proszę to uznać za zaliczkę. — Rzucił kopertę nad stolikiem prosto na kolana Steve’a.
Steve odstawił filiżankę, podniósł kopertę i otworzył ją kciukiem. Zajrzał do środka, gdzie leżał gruby plik dirhamów. Uniósł wzrok i się uśmiechnął.
— Doskonale.
Surya Patil odprawił go ruchem ręki. Steve zabrał torbę i wstał. Kiwnął głową na pożegnanie, choć równie dobrze mógł sobie tego oszczędzić. Surya Patil wpatrywał się w okno, nie zwracając na niego uwagi.
Steve odwrócił się i ruszył ku drzwiom, bezpiecznie schowawszy wypchaną gotówką kopertę w torbie. Pieniądze trafiły do niego w samą porę. Ostatnie dwa miesiące były chude, a on zalegał z alimentami dla żony, która została w Australii. Nie rozumiał, czego ten Surya Patil chce od Anglika i jego partnerki, ale dopóki płacił, Steve zrobi wszystko, o co go poprosi.
Sięgnął do klamki i właśnie otwierał drzwi, kiedy za plecami usłyszał szorstki głos Suryi Patila.
— Codzienny raport. Niech pan nie zapomni!
Steve uśmiechnął się pod nosem. — Oczywiście, proszę pana. Zadzwonię jutro z samego rana.
Detektyw inspektor Rajiv Sampath zamknął leżącą na biurku teczkę i dołożył ją do wciąż rosnącego stosu po swojej prawej stronie. Przetarł twarz dłońmi i odchylił się w fotelu. Poranek dłużył mu się niemiłosiernie. Papierkowa robota zdawała się nie mieć końca; przeciwnie, było jej coraz więcej — niezliczone raporty i biurokratyczne formalności. Ilekroć powoływano nowego ministra spraw wewnętrznych, wszystko trzeba było zaczynać od początku. Na prawdziwą pracę w policji niemal nie zostawało czasu. Westchnął. Potrzebował kawy.
— Paramshiva? — zawołał i zaczekał, aż posterunkowy wychyli głowę zza framugi drzwi.
— Tak, panie inspektorze?
— Przyniesie mi pan kawę?
— Tak jest, panie inspektorze.
— Aha, Paramshiva, proszę dać mniej cukru.
— Oczywiście, panie inspektorze — odparł z uśmiechem posterunkowy i zniknął za drzwiami.
Rajiv westchnął i przesunął dłonią po brzuchu. Od tego ciągłego siedzenia za biurkiem przybierał na wadze. Szczycił się tym, że dbał o kondycję i dawał przykład swoim ludziom, a przesłodzona kawa podawana na komisariacie wcale mu w tym nie pomagała.
Sięgnął po kolejną teczkę, otworzył ją, przebiegł wzrokiem zawartość i pokręcił głową. Jeszcze jedna teczka i wyjdzie z biura. Musiał ruszyć w teren, objechać ulice, sprawdzić, jak radzą sobie jego ludzie.
Był w połowie lektury, gdy posterunkowy wrócił ze stalowym kubkiem pełnym parującej, gorącej kawy. Postawił go na biurku przed Rajivem i zaczekał, aż ten podniesie wzrok.
— Co się stało, Paramshiva?
— Ktoś do pana dzwonił, panie inspektorze. — Podał mu kartkę z numerem. — Pan Patil. Prosi, żeby pan oddzwonił.
Rajiv zmarszczył brwi. — Do mnie? Jest pan pewien, że nie chodzi mu o szefa?
— Tak jest, panie inspektorze. Pytał o pana.
— Dobrze — powiedział Rajiv i skinął głową w zamyśleniu. — Dziękuję.
— Tak jest, panie inspektorze. — Posterunkowy odwrócił się i wyszedł.
Rajiv spojrzał na numer. Nie był indyjski; zaczynał się od +971 — Dubaj. Dziwne. Zacisnął usta i zabębnił palcami o blat. Ciekawe, czego ode mnie chce. Zwykle ci politycy rozmawiali wyłącznie z jego szefem, S.P.I Muniappą, i Rajivowi bardzo to odpowiadało. Nie znosił ciągłego wtrącania się przełożonych; wolał zajmować się prawdziwą pracą policyjną.
Wstąpił do policji, żeby walczyć z przestępczością i strzec bezpieczeństwa kraju, a nie spełniać zachcianki ministra, który akurat był u władzy. W kontaktach z politykami trzeba było jednak zachować ostrożność. Jeśli nie zadba o ich zadowolenie — oczywiście w rozsądnych granicach — może się to okazać końcem jego kariery.
Westchnął i zerknął na zegarek — w Dubaju było przedpołudnie. Podniósł słuchawkę i wybrał numer. Tylko tak mógł się dowiedzieć, czego ten człowiek chce.
Pięć minut później odłożył słuchawkę i wstał. John Hayes — od dawna nie słyszał tego nazwiska, odkąd doszło do tamtego strasznego zdarzenia z jego żoną. Policja fatalnie poprowadziła śledztwo, w dużej mierze pod naciskiem samego Suryi Patila, a Rajiv nie był dumny z jego wyniku. Pana Hayesa spotkała wielka krzywda, a Rajiv nie po to służył w policji.
Kiedy przed laty żegnał go na lotnisku, sądził, że słyszy o nim po raz ostatni, i cieszył się z tego. Nigdy nie zdołał udowodnić, że John Hayes wziął sprawy w swoje ręce i się zemścił, ale musiał przyznać, że skrycie go za to podziwiał — zwłaszcza że wymiar sprawiedliwości bezczynnie się przyglądał.
Teraz sam Surya Patil prosił o jego akta. Rajiv chodził po pokoju, rozważając, co może się za tym kryć. Był pewien, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Westchnął i podszedł do otwartych drzwi.
— Paramshiva? Proszę mi przynieść akta sprawy Charlotte Hayes. Sprzed trzech lat.
Surya Patil oparł się o balustradę balkonu i zapatrzył w bezkresne morze, lecz nie widział błękitnych wód Zatoki Perskiej. Myślami wracał do wydarzeń sprzed niemal trzech lat. Na wspomnienie syna, Sunila, poczuł pustkę w piersi. Nie układało im się, Sunil często go rozczarowywał, ale był jego jedynym synem i bolało go, że już go nie ma. Surya zacisnął zęby i tak mocno chwycił stalową poręcz, że zbielały mu knykcie.
John Hayes — kiedy Surya zobaczył go przechodzącego przez hotelowy hol, wiedział, że skądś zna tę twarz. Dopiero gdy ustalenia prywatnego detektywa potwierdziły jego podejrzenia, wspomnienia wróciły z całą mocą. To był mroczny okres. Syn zaprzeczał, jakoby miał cokolwiek wspólnego ze śmiercią żony Johna Hayesa, ale Surya wiedział, że to on za nią stał. Był też przekonany, że John Hayes zabił w odwecie Sunila i jego przyjaciół. Policja niczego nie dowiodła, choć Surya wywierał na nią ogromną presję. Kiedy John Hayes wyjechał z kraju, Surya pogodził się z myślą, że nigdy nie doczeka sprawiedliwości — aż do teraz. To musiało być przeznaczenie. Dlaczego inaczej mieliby zatrzymać się w tym samym hotelu? To, co zrobił jego syn, Sunil, było niewybaczalne, ale nikt, nikt nie miał prawa skrzywdzić rodziny Suryi. A on nie cofnie się przed niczym, by się zemścić.
Usłyszał sygnał laptopa w apartamencie. Wrócił do środka, podszedł do biurka i spojrzał na ekran. Przyszedł e-mail: krótka wiadomość z załącznikiem. Odsunął krzesło, usiadł i zaczął uderzać palcami w klawiaturę. Wciąż nie mógł przywyknąć do komputera. Zwykle wszystkim zajmował się ktoś z jego personelu, ale tym razem przyjechał sam. Wolał, by powód podróży pozostał tajemnicą — im mniej osób wiedziało o jego kontach w Dubaju, tym lepiej. Nie chciał, żeby polityczni rywale dowiedzieli się o zagranicznych kontach, na których trzymał brudne pieniądze otrzymywane za zatwierdzanie projektów infrastrukturalnych w Bangalore i całym stanie. Wszyscy tak robili, wszyscy mieli konta za granicą. Była to tajemnica poliszynela, ale udowodnienie czegokolwiek stanowiło już zupełnie inną sprawę.
Dwa dni wystarczyły, by odbył spotkania w bankach. Miał zarezerwowany bilet na wieczorny lot powrotny do Bangalore, lecz gdy zobaczył Johna Hayesa, przełożył wyjazd.
Kiedy wreszcie udało mu się otworzyć załącznik, przejrzał jego zawartość, aż natrafił na zdjęcia. Skrzywił się na widok okaleczonego i posiniaczonego ciała Charlotte Hayes. Szybko przeklikał kolejne fotografie, dopóki nie znalazł zdjęcia Johna. Powiększył je tak, że wypełniło cały ekran, odchylił się na krześle i przyjrzał mu się uważnie. To bez wątpienia był mężczyzna, którego widział w holu, choć teraz wyglądał na szczęśliwszego, miał nieco krótsze włosy niż na zdjęciu i był mocno opalony... Nie sposób było go pomylić z kimś innym.
Surya potarł twarz dłońmi, po czym ścisnął nasadę nosa kciukiem i palcem wskazującym. Czuł ucisk w skroniach, a serce waliło mu jak oszalałe. Uderzył nasadą dłoni w biurko. John Hayes. Morderca jego syna. W jego hotelu. Drań! Musiał działać, nie mógł przepuścić takiej okazji. Odsunął krzesło, wstał i zaczął przemierzać pokój. Gdyby był w Indiach, sprawa byłaby prosta. Ale tutaj, w Dubaju? Nie miał tu znajomości ani kontaktów. Nie miał pod ręką zbirów, którzy za garść rupii zamieniliby komuś życie w piekło. Wrócił do biurka i zamknął laptop, a potem podszedł do barku i nalał sobie solidną porcję whisky.
Musiał coś zrobić... tylko co?
— Masz ochotę na kawę?
Adriana przyciągnęła go do siebie i pocałowała w szyję.
— Tak, chodźmy tam.
John uśmiechnął się, poprowadził Adrianę do kawiarni i rozejrzał się za wolnym stolikiem. Wybrał ten przy oknie, odsunął dla niej krzesło i usiadł naprzeciwko dopiero wtedy, gdy zajęła miejsce.
— Ach, jak dobrze usiąść.
Adriana odwzajemniła uśmiech. — To centrum handlowe jest absurdalne. Jakie ono wielkie.
Do stolika podeszła młoda filipińska kelnerka i przywitała ich. — Dzień dobry pani, dzień dobry panu.
— Cześć, jak się masz?
— Dobrze, proszę pana — odparła, przeciągając „r” w słowie „sir”. — Miło państwo spędzają dzień?
— Tak, dziękujemy, ale chętnie napiłbym się kawy. Jedno americano i... — John spojrzał na Adrianę. — Mocca?
— Tak, poproszę. Bardzo gorącą.
— Dziękuję. Czy życzą sobie państwo czegoś do jedzenia?
— Na razie nie, dziękujemy.
Kelnerka uśmiechnęła się i wróciła za ladę.
John odprowadził ją wzrokiem, po czym spojrzał przez okno. Przewijały się tamtędy tłumy: zachodni turyści w plażowych i codziennych strojach, z torbami pełnymi zakupów w rękach albo wpatrzeni w telefony. Tu i ówdzie można było dostrzec mieszkańców Emiratów: mężczyzn w śnieżnobiałych diszdaszach, z nienagannie przystrzyżonymi brodami, oraz kobiety o perfekcyjnym makijażu, otulone czarnymi abajami, spod których podczas chodzenia migały tylko drogie buty.
John znów spojrzał na Adrianę. Przyglądała mu się z rozbawioną miną.
— Nie przepadasz za zakupami, prawda, panie Hayes?
John uśmiechnął się krzywo. — Nie. Aż tak widać?
— Tak — roześmiała się Adriana, a jej piwne oczy rozbłysły rozbawieniem. Uniosła rękę i założyła niesforny kosmyk za ucho. — Ale nic nie szkodzi, ja też za nimi nie przepadam. Po kawie wynośmy się stąd i zróbmy coś innego.
John patrzył na nią. Nigdy nie nudził go ten widok: jej piękna, gładka, oliwkowa skóra, kości policzkowe i oczy, w których w świetle połyskiwało złoto.
Przyniesiono kawę. Zaczekał, aż kelnerka odejdzie, i dopiero wtedy upił łyk. Była dobra, trochę za mocna, ale dobra. Odstawił filiżankę i odchrząknął.
— Tak sobie myślałem: może pojedziemy gdzieś indziej? Na jakiś czas mam chyba dość wielkich miast, a tutaj poza zakupami i jedzeniem nie ma zbyt wiele do roboty.
Adriana przyglądała mu się znad filiżanki. Skinęła głową w zamyśleniu i odstawiła kawę na stół. John podał jej serwetkę.
— Masz trochę mleka na ustach.
Adriana otarła usta, obejrzała serwetkę i powiedziała: — John, mam wyrzuty sumienia.
John uniósł brew. — Dlaczego? Z jakiego powodu?
— Cóż... — Adriana wzięła łyżeczkę i zaczęła bawić się pianką na kawie, po czym podniosła wzrok. — Nie zrozum mnie źle, wspaniale spędzam czas, ale...
— Ale co? — John pochylił się ku niej, marszcząc czoło.
— Wydajesz na mnie tyle pieniędzy, a nie pozwalasz mi za nic zapłacić...
— Adriana, proszę, nie martw się. — John rozluźnił się i odchylił na krześle. Na jego twarzy pojawił się powolny uśmiech. — Mówiłem ci, że pieniądze nie mają znaczenia. Ważne, że jesteśmy razem i cieszymy się życiem. — Wyciągnął rękę i ujął jej dłoń. — Widziałaś, przez co przeszli ludzie w obozie dla uchodźców. Mamy szczęście, że nie jesteśmy w ich sytuacji. Korzystajmy z tego.
Adriana przechyliła głowę na bok i przez chwilę milczała.
— Rozumiem, ale czy nie powinniśmy czegoś robić, zamiast tylko się bawić? Czy nie powinniśmy próbować uczynić świata lepszym miejscem?
John cofnął rękę i wzruszył ramionami. — Może. — Podniósł filiżankę, upił kolejny łyk, znów ją odstawił i wyjrzał przez okno.
— Adriana, zanim cię poznałem, byłem w bardzo mrocznym miejscu. Jeszcze ci o tym nie opowiadałem... Może kiedyś opowiem. — Znów na nią spojrzał. — Ale teraz, kiedy cię poznałem, chcę się cieszyć każdą chwilą. Dzięki tobie w moim życiu znów jest jasno... — Urwał, szukając właściwych słów. — Mam szczęście, że nie muszę już pracować na życie. Pod tym względem los był dla mnie łaskawy. Więc proszę, nie martw się o pieniądze... A kto wie, może gdy nadejdzie odpowiedni moment, los wskaże nam jakąś drogę. Na razie cieszmy się teraźniejszością i nie martwmy się na zapas o przyszłość.
Adriana przez chwilę patrzyła na niego, po czym sięgnęła przez stół po jego dłoń. — Kocham cię, John Hayes. — Ścisnęła jego rękę i uśmiechnęła się tak, że w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki. — To dokąd teraz pojedziemy?
Detektyw Rajiv Sampath, inspektor policji, oparł się pośladkami o maskę policyjnego Bolero, podniósł do ust papierowy kubek z gorącą, słodką ćają i upił łyk. Miał za sobą kolejny długi dzień i potrzebował herbaty, żeby nie zasnąć. Podał kierowcy dziesięć rupii. Ten podszedł do sprzedawcy ćai i zapłacił. Choć dochodziła północ, sprzedawca miał pełne ręce roboty: nalewał gorącą herbatę ze stalowej urny przymocowanej do bagażnika roweru. Wokół niego tłoczyli się rikszarze i taksówkarze z nocnej zmiany. Palili papierosy i rozmawiali, a pod nogami walały im się zużyte kubki i niedopałki. Po obrzeżach zbiegowiska krążyły dwa wyleniałe psy w nadziei, że dostaną choćby parę ciastek.
Rajiv pozwolił myślom odpłynąć i wrócił pamięcią do telefonu, który odebrał wcześniej tego dnia od Suryi Patila. Rozmowa przywołała niepokojące wspomnienia sprawy Charlotte Hayes sprzed tylu lat. Z prawnego punktu widzenia jej finał pozostawiał wiele do życzenia: napastników Charlotte nigdy nie postawiono przed sądem, a ich późniejsza śmierć pozostała niewyjaśniona. Rajiv był jednak przekonany, że ostatecznie sprawiedliwości stało się zadość, choć kłóciło się to ze wszystkim, w co wierzył jako policjant. Lubił Johna. To był dobry człowiek i nie zasłużył na tyle cierpienia. Dlatego niepokoiło go, że Surya Patil znów grzebie w aktach. Co zamierzał? Nic dobrego nie mogło z tego wyniknąć.
Rajiv dopił herbatę i rozejrzał się za koszem na śmieci. Nie znalazł żadnego, więc wzruszył ramionami i rzucił kubek na rosnący stos zużytych kubków obok roweru.
— Posterunkowy — zawołał i otworzył drzwi terenówki. Wsiadł i poczekał, aż kierowca wróci i uruchomi silnik.
Nie miał numeru telefonu do Johna. Właściwie nie wiedział nawet, gdzie ten teraz mieszka, ale być może gdzieś miał jego adres e-mail. Sprawdzi to, gdy tylko wróci do biura.
Kierowca spojrzał na Rajiva pytająco.
— Na komisariat.
— Halo.
— Panie Patil? Mówi Steve Jones. Prosił mnie pan o codzienne raporty.
— Tak.
— Dzień dobry.
— Dzień dobry.
Steve postanowił nie tracić więcej czasu na uprzejmości. Surya Patil mówił oschle i rzeczowo.
— Panie Patil, para spędziła przedpołudnie w Dubai Mall, głównie oglądając wystawy sklepowe. Nie wyglądało na to, żeby dużo kupili. Pod koniec przedpołudnia zatrzymali się na kawę w kawiarni, po czym wrócili Uberem do hotelu. Zamówili lunch do pokoju i nie wychodzili stamtąd aż do wieczora. O dziewiętnastej wypili po drinku w hotelowym barze, a potem odjechali Uberem. Pojechałem za nimi do Burdż Chalifa, gdzie zjedli kolację we włoskiej restauracji w hotelu Armani. Spędzili tam dwie i pół godziny, po czym o dwudziestej trzeciej wrócili do pana hotelu.
— Spotkali się z kimś?
— Nie, przez cały czas byli tylko we dwoje.
W słuchawce rozległo się mruknięcie potwierdzenia.
— Panie Patil, czy nadal mam ich śledzić?
— Oczywiście. Ma ich pan śledzić, dopóki nie każę przestać. Rozumie pan?
— Rozumiem. — Steve się uśmiechnął. Chętnie robiłby to dalej, dopóki Patil mu płacił. Zerknął w stronę wind, których drzwi właśnie otworzyły się na hol, i spiął się na widok wychodzących z nich Johna i Adriany. Za nimi szedł boy hotelowy z ich bagażami.
— Panie Patil, muszę kończyć. Wygląda na to, że się wymeldowują. — Steve usłyszał coś, co zabrzmiało jak przekleństwo w obcym języku.
— Niech pan za nimi jedzie. Proszę ich nie zgubić! Chcę wiedzieć, dokąd jadą!
— Już się tym zajmuję. — Steve zakończył rozmowę i zapadł się głębiej w kanapę, starając się nie rzucać w oczy, gdy John i Adriana podeszli do recepcji. Cholera! Dokąd się wybierali?
Steve poczekał, aż John i Adriana się wymeldują, po czym patrzył, jak idą w stronę wyjścia z hotelu. Przed wejście podjechał czarny mercedes klasy S z logo hotelu na drzwiach. Klapa bagażnika uniosła się. Steve wstał, przewiesił torbę przez ramię i spokojnym krokiem ruszył ku wyjściu. Boy hotelowy włożył walizki do bagażnika. Steve zobaczył, jak John daje mu napiwek, a potem wsiada do samochodu, w którym czekała już Adriana. Mercedes odjechał spod hotelowego podjazdu i Steve pobiegł do drzwi. Najpewniej jechali na lotnisko, ale nie mógł ryzykować, że ich zgubi. Drzwi holu rozsunęły się, gdy do nich dobiegł. Wypadł na zewnątrz z uniesioną ręką, przywołując taksówkę. Jedna ze stojących na hotelowym podjeździe taksówek mrugnęła światłami i ruszyła w jego stronę. Steve odwrócił się i nie spuszczał wzroku z mercedesa, który wyjechał na główną drogę i włączył się do ruchu.
— No dalej, dalej — mruknął, a gdy tylko taksówka do niego podjechała, szarpnął za drzwi i wskoczył do środka. — Proszę jechać za tym mercedesem. — Wskazał samochód oddalający się drogą. — Yalla,Yalla. Szybciej!
Kierowca zerknął w lusterko wsteczne, chrząknął i ruszył.
Steve pochylił się na siedzeniu do przodu, wytężając wzrok, by nie stracić z oczu mercedesa. Kiedy opuszczali Palm Jumeirah, ruch był płynny, a mercedes wciąż jechał daleko przed nimi. Dogonili go dopiero wtedy, gdy przed wjazdem na Sheikh Zayed Road samochody zwolniły i zaczęły się tłoczyć. Steve polecił kierowcy trzymać się mniej więcej trzy auta za mercedesem. Podążali za nim drogą szybkiego ruchu w stronę miasta. Po dwudziestu minutach przejechali przez Dubai Creek. Mercedes włączył kierunkowskaz i zjechał z trasy na Casablanca Street. Steve zaczął gorączkowo myśleć. Odetchnął z ulgą, że zawsze nosił paszport w torbie. Coraz bardziej wyglądało na to, że jadą na lotnisko. Gdyby musiał polecieć za nimi, mógł to zrobić.
Na skrzyżowaniu Casablanca Street z Airport Road mercedes zasygnalizował skręt w prawo, a po paru minutach zatrzymał się przed terminalem lotniska. Steve wcisnął kierowcy garść dirhamów i wysiadł, ledwie taksówka stanęła. Wbiegł do terminalu i zajął miejsce przy kiosku z czasopismami, skąd mógł ich obserwować przez szybę, samemu pozostając niezauważonym.
Poczekał, aż wejdą do terminalu, po czym ruszył za nimi w stronę stanowiska odprawy Oman Air. Odetchnął z ulgą. Jako mieszkaniec Dubaju nie potrzebował wizy. Wyjął telefon i wybrał numer Suryi Patila.
— Tak? — usłyszał spodziewany szorstki głos.
— Panie Patil, mówi Steve Jones...
— Wiem, kto mówi. Dokąd jadą?
Steve wziął głęboki oddech. — Panie Patil, odprawiają się na lot do Maskatu o 12:25. Co mam robić?
— Idź za nimi.
Steve zawahał się. Patrzył, jak John i Adriana odbierają karty pokładowe i odchodzą od stanowiska odprawy.
— Jest pan pewien? Bilety kupowane w ostatniej chwili będą drogie.
— Mówiłem ci, żebyś leciał za nimi. Zadzwoń do mnie z Maskatu.
Steve miał właśnie potwierdzić, kiedy zorientował się, że w słuchawce słychać już sygnał rozłączenia. Wzruszył ramionami. Skoro Surya Patil płacił, kim był, żeby go kwestionować? Cokolwiek ten John Hayes zrobił, zyskał sobie w Suryi Patilu potężnego wroga.
Trasa lotu z Dubaju do Maskatu była krótka: podróż trwała niewiele ponad godzinę. Steve wykorzystał ten czas na szybką drzemkę. Przez ostatnie trzy lata pracy jako prywatny detektyw nauczył się spać, kiedy tylko nadarzała się okazja.
Gdy samolot dotarł do terminalu, rozległ się sygnał oznaczający, że można odpiąć pasy. Mniej niż połowa pasażerów wstała, by wysiąść. Pozostali — Filipińczycy, Hindusi i młode kobiety z Europy Wschodniej — zostali na pokładzie, by od razu wrócić do Dubaju. Steve leciał już kiedyś takim samolotem i wiedział, że większość pasażerów odbywa podróż wizową: opuszcza Dubaj, by dostać stempel wyjazdowy, po czym wraca i odnawia wizę. Maskat był dla nich najbliższym i najtańszym celem. Steve siedział, dopóki John i Adriana nie wyjęli bagażu podręcznego ze schowka nad głowami w przedniej części kabiny. Wtedy również wstał i dołączył do wysiadających.
Kontrola paszportowa była czystą formalnością. Uśmiechnięty urzędnik powitał go w Omanie. Steve minął taśmy bagażowe i przeszedł prosto do hali przylotów, gdzie czekał, aż John i Adriana odbiorą walizki. Przejrzał wzrokiem tłum oczekujących, wypatrując tabliczki z nazwiskiem Johna Hayesa, ale żadnej nie dostrzegł. Uznał więc, że wynajmą samochód. Podszedł do stanowisk wypożyczalni i usiadł na krześle, udając, że przegląda telefon. Rzeczywiście, dziesięć minut później John i Adriana zjawili się po samochód.
Po kolejnych piętnastu minutach Steve siedział w taksówce, która jechała za ich białą Toyotą Land Cruiser z lotniska na Sultan Qaboos Street, na wschód, w stronę Maskatu. Ruch był duży, ale Steve bez trudu utrzymywał Land Cruiser w polu widzenia. Czerwone tablice rejestracyjne wynajętego auta odróżniały je od wszystkich pozostałych białych Land Cruiserów na drodze.
