Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
27 lat – tyle potrzebował Pennywise, żeby wrócić do Derry. My wracamy z antologią konkursową pisma „Nowa Fantastyka” równie mocnym uderzeniem.
W kolejnych konkursach „Fantastyki” i „Nowej Fantastyki” znaleźli się m.in. Andrzej Sapkowski, Feliks W. Kres, Marek S. Huberath i Marcin Podlewski.
Na ogłoszony w połowie 2024 roku konkurs literacki „Nowej Fantastyki” nadesłano 1267 tekstów. Rozstrzygnięcie go zajęło jury prawie półtora roku. W tej antologii znajdziecie czternaście opowiadań ‒ nieco ponad jeden procent ogółu ‒ które nadały tej robocie sens. Mam nadzieję, że docenicie je tak jak my, a dla ich autorów ta publikacja będzie nie finałem, tylko początkiem ‒ pięknej literackiej kariery.
Jerzy Rzymowski
redaktor naczelny „Nowej Fantastyki”
Opowiadania rekomendują: Anna Brzezińska, Istvan Vizvary, Magdalena Salik, Łukasz Kucharczyk, Anna Hrycyszyn, Marcin Zwierzchowski, Wojciech Chmielarz, Michał Cholewa, Paweł Majka, Marta Krajewska, Aleksandra Janusz-Kamińska, Krzysztof Rewiuk, Łukasz Orbitowski i Michał Cetnarowski.
Autorzy:
Rafał Łoboda – lubi skakać po różnych odmianach fantastyki: od pokręconych horrorów po humorystyczne pastisze. Jego opowiadania były wydawane w rozmaitych antologiach oraz trzykrotnie w „Nowej Fantastyce”. Obecnie kończy powieść dark urban fantasy. Mieszka w Kołobrzegu z żoną, synem i psem, który miał towarzyszyć mu w bieganiu, ale okazał się zbyt leniwy.
Łukasz Borowiecki – absolwent inżynierii mechanicznej (Akademia Górniczo-Hutnicza) oraz filozofii (Uniwersytet Jagielloński). Swoje teksty publikował dotychczas w antologiach, między innymi w „Snach Umarłych” i „Weird fiction po polsku”. Jest również autorem scenariuszy komiksowych. Jeden z laureatów konkursu Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej za rok 2025.
Żaneta Siemsia-Pindur – zawodowo zajmuje się tworzeniem gier komputerowych, a dla przyjemności pisze fantastykę i ogląda filmy animowane. W 2024 r. zadebiutowała powieścią „Imperium Kolibra”, historią osadzoną w podbitej przez Azteków industrialnej Europie, której kontynuacja, „Słońce Londynu”, miała premierę w lutym 2026 r. Na łamach „Nowej Fantastyki” opublikowano jej dwa opowiadania: „Rzeźnicy statków” (nr 7/2025) oraz „Świt nad Adramelechem” (nr 2/2026).
Anna Fijałek – studentka polonistyki Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, debiutantka. Interesuje się absurdem, groteską oraz popkulturą lat 90. i 2000.
Magdalena Anna Sakowska – dziennikarka, anglistka, antropolożka kultury, redaktorka prowadząca w wydawnictwie książkowym. Publikowała m.in. w antologiach „Epidemie”, „Gruzy”, „Na zawsze, do jutra, już nigdy”, „Fantazje Zielonogórskie”, „Sny Umarłych”, w „Magazynie Biały Kruk”, gdzie – ku udręce redaktora naczelnego – pomaga na co dzień. Od 2026 r. jest także członkinią redakcji prozy polskiej w „Nowej Fantastyce”. W 2022 r. ukazała się jej powieść „Fuga”, nominowana do nagrody im. Janusza A. Zajdla. Niestrudzenie wierzy w moc opowieści.
Hubert Jan Bereś – debiutant. Pasjonat i hobbysta sztuk wizualnych, projektowania gier, beletrystyki i etnografii. Jeszcze chwilę studiuje na Uniwersytecie Warszawskim. W dobie sztucznej inteligencji naiwny luddysta. Okazjonalnie można go spotkać w sieci pod pseudonimem @efemerowisko.
Michał Puchalski – rocznik 1994. Urodzony na Warmii, obecnie grasujący na Pomorzu. Biotechnolog, w życiu codziennym stara się łączyć pasję do nauki z pasją do fantastyki. Z zamiłowania entuzjasta kina klasy Z, ze szczególnym uwzględnieniem nurtu filmów o krwiożerczych rekinach. Oddany fan mocnej muzyki i mocnej herbaty. Od lat związany ze społecznością portalu fantastyka.pl – początkowo jako użytkownik i czytelnik, potem organizator konkursów literackich, obecnie administrator portalu. Jego opowiadania ukazywały się m.in. w antologiach Fantazmatów („Ja, legenda”; „Retrowizje”), wydawnictwa Fabryka Słów („Gladiatorzy”) czy rocznikach polskiego weird fiction „Sny Umarłych”.
Marek Kolenda – debiutował w 2005 r. na łamach Fahrenheita. Po długiej przerwie wrócił do pisania, publikując w licznych antologiach, m.in. „Nowoświaty” (SQN), „Sny Umarłych” (2024), „Ku gwiazdom” (2024), „Insekcje” (Wydawnictwo IX) i „Exterra. Antologia science fiction” (Planeta Czytelnika), a także w „Nowej Fantastyce”. Poza wyróżnieniem w konkursie „NF” może się pochwalić trzecim miejscem w konkursie Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej na opowiadanie SF. Mieszka w Szkocji, pisze powieść, ale pozostaje wielkim miłośnikiem fantastycznych krótkich form oraz antologii.
Adrianna Filimonowicz – urodzona w 1990 r., autorka tekstów fantasy, SF i realizmu magicznego. Dotychczas wydała dwie powieści („Odejścia” i „Taniec gór żywych”) i publikowała opowiadania, m.in. w „Nowej Fantastyce”, antologiach oraz e-zinach. Mieszka w Warszawie, ale serce zostawiła gdzieś na Orlej Perci. Kocha taniec w jego najróżniejszych odsłonach – od flamenco po rock’n’rolla, prowadzi sesje RPG i próbuje swoich sił we wspinaczce.
Ewa „Srebrna” Marczyńska-Goldstein – Krakowianka mieszkająca w Warszawie. Z wykształcenia i zawodu informatyczka, uprawia rękodzieło, uczy się rysunku, akwareli i języka włoskiego. Podczas pisania słucha Adiemusa, Loitumy oraz nocnych odgłosów miasta. Żywi się herbatą imbirową, miętówkami i zdjęciami ładnych kamienic. Lubi fan fiction (czytać i pisać). Debiutowała w „Nowej Fantastyce” (nr 11/2025) opowiadaniem „O przewadze safianowych trzewiczków”.
Sasza Hady (właśc. Aleksandra Motyka) – autorka kryminałów: „Morderstwo na mokradłach” i „Trup z Nottingham”, powieści o polskim gamedevie „Na końcu wchodzą ninja”, powieści fantasy „Zefiryna i Księga Uroków” oraz powieści obyczajowej dla młodzieży „Same dobre wróżby”. Współtworzyła scenariusz i dialogi do gry Wiedźmin 3: Dziki Gon oraz Cyberpunk 2077. Napisała scenariusze do komiksów „Wiedźmin. Córka Płomienia” (rys. Marianna Strychowska) i „Twój głos. Cyberpunk 2077” (z Marcinem Blachą, rys. Danijel Žeželj).
Adam Groth – sporadycznie tworzy krótkie formy z szeroko pojętej fantastyki. Pisanie stanowi dla niego sposób eksplorowania tematów takich jak zmiana, ponadczasowość, technologia czy dylematy egzystencjalne. Swoje teksty traktuje raczej jako pytania niż odpowiedzi. Debiutował w antologii „Ku gwiazdom”.
Marcin Bartosz Łukasiewicz – z wykształcenia gitarzysta jazzowy, z zawodu narrative designer, muzyk i nauczyciel. Mieszka w Zielonej Górze, czyli idealnym połączeniu miasta oraz przyrody i lasów. Uwielbia psy, urbex, granie koncertów oraz ciszę. Autor ponad 30 opowiadań, opublikowanych m.in. w „Nowej Fantastyce”, „Szeptach Mokoszy”, „Nowoświatach”, „Snach Umarłych” oraz antologiach „Zapomnianych Snów”. Laureat nagród, w tym Brązowego Wyróżnienia od redakcji „Nowej Fantastyki” czy Nagrody Kapituły Fantazji Zielonogórskich. W sierpniu 2023 r. nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka ukazał się jego debiut powieściowy „Moja martwa dziewczyna” – miks kryminału, urban fantasy oraz paranormal romance. Druga powieść autora, „Żar”, stanowiąca połączenie postapo, romansu queer i fantasy, została wydana w marcu 2026 przez wydawnictwo KMH.
Daniel Kordowski – człowiek_za_dużo_myślący_nie_o_tym_co_trzeba; zamiast skupić się na rzeczach pożytecznych, swoją uwagę kieruje ku fantastycznym światom i nieprawdopodobnym historiom. Wielokrotnie nagradzany pobłażliwymi uśmiechami bliskich, którzy już dawno uznali, że nie ma dla niego nadziei. Do tej pory dał się poznać jako autor opowiadań: dwukrotnie publikował w „Nowej Fantastyce”; pięć tekstów można przeczytać w antologii „Fantastycznych Piór” z lat 2020, 2021, 2022. Zajął trzecie miejsce w plebiscycie Polskiej Fundacji Fantastyki Naukowej w 2024 r., a wyróżnione opowiadanie ukaże się w nadchodzącej antologii „Ku gwiazdom”. Poza tym ma na koncie mniejsze sukcesy, jak publikacja w „Magazynie Biały Kruk” czy w antologii „Zapomnianych Snów” („Interwencja informatyka”).
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 453
Opowiadania © Rafał Łoboda, Łukasz Borowiecki,
Żaneta Siemsia-Pindur, Anna Fijałek,
Magdalena Anna Sakowska, Hubert Jan Bereś,
Michał Puchalski, Marek Kolenda,
Adrianna Filimonowicz, Ewa Marczyńska-Goldstein,
Aleksandra Motyka, Adam Groth,
Marcin Bartosz Łukasiewicz, Daniel Kordowski
Wstępy do opowiadań © Anna Brzezińska, Istvan Vizvary,
Magdalena Salik, Łukasz Kucharczyk,
Anna Hrycyszyn, Marcin Zwierzchowski,
Wojciech Chmielarz, Michał Cholewa,
Paweł Majka, Marta Krajewska,
Aleksandra Janusz-Kamińska, Krzysztof Rewiuk,
Łukasz Orbitowski, Michał Cetnarowski
Przedmowa © Jerzy Rzymowski
Projekt okładki
Piotr Sokołowski
Redaktor prowadzący
Agnieszka Włoka
Redakcja
Elżbieta Górnaś
Korekta
Joanna Serocka
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-613-3
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
JERZY RZYMOWSKI
PRZEDMOWA
Konkursy literackie to strasznie kłopotliwy twór.
W sporcie łatwo ocenić, kto jest najlepszy – wyniki i rekordy mówią same za siebie, chociaż tam również są sędziowie, którzy mogą zmienić bieg wydarzeń: a to oceną za styl tam, gdzie ma on znaczenie, a to odgwizdaniem faulu, który był albo go nie było, a to dyskwalifikacją zawodnika za kombinezon o trzy milimetry zbyt luźny w kroku… Ale we wszelkich konkursach, gdzie oceniana jest ludzka twórczość, wyznacznikiem zwycięstwa jest w gruncie rzeczy trafienie w zmysł estetyczny odpowiednio dużej części jury. Który niekoniecznie bywa zbieżny z gustami opinii publicznej i równie niekoniecznie wytrzymuje próbę czasu. Twórca nie zawsze nawet dokładnie zna skład jury, które ma oceniać jego dzieło – trochę jakby pokazywał zdjęcie swojego ukochanego, odchuchanego dziecka grupce obcych w przedziale kolejowym, w nadziei, że też się nim zachwycą, a nie stwierdzą: „Cóż, podobne do tatusia… bardzo mi przykro”.
Do tego dochodzi fakt, że wbrew temu, co głosi prawo Sturgeona, wcale nie jest tak, że dziewięćdziesiąt procent wszystkiego to bzdury. Jakość nadsyłanych na takie konkursy tekstów rozkłada się zgodnie ze statystyczną krzywą Gaussa. Najwięcej przychodzi utworów całkiem miałkich, nudnych, wtórnych – takich, które przelatują przez czytelnika jak herbatka z kopru włoskiego, pozostawiając go pustym i co najwyżej z poczuciem straconego czasu, którego nikt mu nie zwróci. Teksty autentycznie złe przynajmniej dostarczają jakiejś rozrywki; cytaty z nich potrafią wypalić się w zwojach mózgowych niczym runy Czarnej Mowy na Jedynym Pierścieniu (tak… po kilkunastu latach nadal pamiętam diamentową mąkę gwiazd na ciemnej stolnicy nieba). No a te znakomite… przecież właśnie o te opowiadania w tym wszystkim chodzi! To nadzieja na ich odkrycie nadaje całemu przedsięwzięciu jakikolwiek sens i napędza do organizowania kolejnych konkursów, chociaż po każdym z nich człowiek zarzeka się, że już nigdy więcej się w to nie wpakuje. Bo przecież ta druga, wyjątkowa krawędź krzywej Gaussa też istnieje. Na niej w kolejnych konkursach „Fantastyki” i „Nowej Fantastyki” znaleźli się między innymi Andrzej Sapkowski, Feliks W. Kres, Marek S. Huberath i Marcin Podlewski.
Na ogłoszony w połowie 2024 roku konkurs literacki „Nowej Fantastyki” nadesłano 1267 tekstów. Rozstrzygnięcie go zajęło jury prawie półtora roku. W tej antologii znajdziecie czternaście opowiadań – nieco ponad jeden procent ogółu – które nadały tej robocie sens. Mam nadzieję, że docenicie je tak jak my, a dla ich autorów ta publikacja nie będzie finałem, tylko początkiem – pięknej literackiej kariery.
Gorące podziękowania należą się całemu jury konkursu, a szczególnie absolutnie nieocenionej Oli Klęczar, która była siłą napędową tego konkursu i bez której tytanicznej pracy i zaangażowania nie uporalibyśmy się z nim.
Zapraszam do lektury!
JeRzy
RAFAŁ ŁOBODA
ANNA BRZEZIŃSKA
WSTĘP
W Dzieciach wszechdżungli rzeczywistość jest labiryntem. To nieuniknione, skoro koncepcyjną osią opowiadania jest mit o Dedalu i Ikarze. Ziemia upadła, Unia Marsjańska eksploruje kosmos, ale wszystko to dzieje się w dalekim tle. Krążymy bowiem w labiryncie legend i półprawd wraz z dziewczynką, która dorasta wśród rdzennych mieszkańców wszechdżungli, ale i tam nie porusza się swobodnie. Wiedzę o wydarzeniach spoza dziupli w drzewie miąższowym zawdzięcza głównie babci, ta zaś nie mówi jej wszystkiego. Nigdy więc nie poznamy pełnych konturów wszechdżungli, ale to nie szkodzi. Jej obraz jest na wskroś subiektywny i przefiltrowany przez wrażliwość dziecka. Dzięki temu zabiegowi świat stworzony przez Łobodę jest wiarygodny, kompletny i oszałamia bogactwem, zwłaszcza że autor bardzo sprawnie operuje szczegółem i w taki sposób dozuje obcość i swojskość, by czytelnik dopowiadał i uzupełniał sobie to, czego nie zawarto w tekście.
Oryginalna scenografia – czułki ziszczające myśli, kwiaty śnicości, ważki pieczone nad ogniem – nie przesłania faktu, że Dzieci wszechdżungli realizują scenariusz dobrze znany z miejsc znacznie bliższych niż ta obca planeta pod dwoma słońcami i sześcioma księżycami. Paradoksalnie, to również stanowi o sile tekstu Łobody. Autor pokazuje planetę, do której dociera pierwsza fala kolonizacji, a zarazem odsłania mechanizmy, które ukształtowały i wciąż kształtują naszą współczesność. Kiedy wszechdżungla zaczyna stawiać opór, przybysze rozmyślnie, z okrucieństwem bogów z greckiej mitologii, płodzą z miejscowymi kobietami dzieci. Na świat przychodzą jednak nie herosi, tylko okaleczone hybrydy, które mogą stać się pomostem między dwiema społecznościami albo narzędziem zawłaszczenia nowo odkrytych ziem i ich zasobów, to dopiero zostanie przesądzone. Rdzenni mieszkańcy wszechdżungli także nie przypominają szlachetnych dzikusów, gdy kalkulują, że nie bombarduje się planety, gdzie żyją twoje dzieci, i nie masakruje rasy ich matek.
Trudno w tym świecie o niewinność. Obie rasy przeglądają się w sobie jak w lustrze, w równym stopniu zdolne do wyrachowania i potworności, ale przecież nie tylko. Chyba właśnie ten brak ocen i prostych motywacji przesądza o emocjonalnej sile tekstu Łobody.
Cielesność, wprowadzona już w pierwszym zdaniu tekstu, staje się narzędziem wykorzystywanym w imię wspólnoty z zapierającą dech bezwzględnością. Dzieci są zakładnikami oczekującymi na powrót ludzi, którzy obiecali uleczyć swoje potomstwo. Ich matki nie odgrywają żadnej roli, są jedynie żyzną glebą, w której kiełkuje przyszłość. Nie inaczej dzieje się zresztą w micie o Dedalu i Ikarze, bo któż z nas pamięta o niewolnicy Naukrate, matce Ikara?
Zasadnicze pozostaje u Łobody zniewolenie. Dedal i Ikar przypięli skrzydła, by wyrwać się z labiryntu na wolność, w świecie wszechdżungli jednak nawet najbardziej bezinteresowny gest przynosi gorzkie owoce. Bo, owszem, nasza przewodniczka kocha swojego brata najmocniej, jak to możliwe, ale czy rozpoznałaby go w bohaterze wojny o Złoża Enceladusa? I czy da się w ogóle wyjść poza znany schemat wojen i podbojów? Czy skrzydła, które dajemy naszym dzieciom, mają je ponieść ku wolności, czy tylko pętamy je własnymi marzeniami w imię przyszłości, którą dla nich zaplanowaliśmy? Czy natura ludzka jest niezmienna, a role w tej starej opowieści o zdobywcach i pokonanych są ustalone od pokoleń i można jedynie wybierać strony, choć czasami i ten wybór jest pozorny?
Dobre historie pozostają otwarte. Zapadają w serce i pamięć, ale poddają się wielu różnym odczytaniom i pozwalają czytelnikowi, by dopełniał je samodzielnie. Takie właśnie są Dzieci wszechdżungli.
Gdy Roza dostaje pierwszego krwawienia – tak podobno działają samice ludzi – babcia Auxuel z pretensją klekocze żuwaczkami. Już dawno ostrzegała, że ten czas nadejdzie. Narzekając na obolały pomostek, chwyta dziewczynkę ostrożnie w szpony, dźwiga z łóżka i przenosi na stół, uważając, by nie zahaczyć jej odnóżami tnącymi. Mimo podeszłego wieku ostrza babci nie stępiły się i mogą bez trudu przeciąć miękkie ciało.
To w takich chwilach Roza najbardziej żałuje, że zamiast rąk i nóg ma od urodzenia ledwie wystające z korpusu kikuty – nie może w niczym pomóc. Przeprasza skwapliwie i spode łba obserwuje, jak babcia zbiera zabrudzone liście. Co innego Liun – młodszy brat Rozy obraca na łóżeczku swe równie pozbawione kończyn ciało, by z niezdrową ciekawością popatrzeć na krew, następnie jęczy i ślini się mocno, gdyż przez ten incydent babcia przerwała wieczorną opowieść. Roza uspokaja go, wypuszczając z gruczołów na plecach porcję jego ulubionych feromonów.
Babcia Auxuel wyrzuca czerwone liście przez wydrążone w pniu okno, w gorącą dżunglę, gdzie spadną na dno pokrytej ciemnością ściółki. Potem unosi Liuna i stawia go obok siostry, aby nawdychał się aromatycznych cząstek. Wreszcie składa sześć odnóży, siada na wygładzonym drewnie pośrodku dziupli w szerokim drzewie miąższowym, kiwa głową z wielkimi fasetowanymi oczami i podejmuje bajanie:
– Zapomniawszy przestrogi ojca, Ikar wzniósł się wysoko, znacznie wyżej, niż powinien.
Roza wytrzeszcza oczy.
– Wyżej, niż latają łowcy gromowęży? – mówi powoli, ludzkie usta nie radzą sobie dobrze z językiem varvar.
– Znacznie wyżej – odpowiada babcia. – W straszny błękit ziemskiego nieba. Żar słońca objął skrzydła i je spalił, a biedny chłopiec runął w otchłań. – Pociera końcówkę jednego czułka o koniuszek drugiego. Powietrze wibruje i przed stołem ukazują się maleńkie, niewyraźne sylwetki postaci utkanych z dymiącego cienia. Dedal leci na czarnych skrzydłach, ale Ikar spada, machając rozpaczliwie kończynami. Roza zazdrości babci czułków ziszczających myśli, lecz najbardziej zazdrości tym cieniom – ich rąk i nóg.
– Shmuthne – mówi Liun, a ślina wycieka mu spomiędzy warg. Przez żuwaczki na dolnej szczęce nie może domknąć krzywych ust.
Czasem Liun rozumie wszystko, czasem nic. Niekiedy Roza zastanawia się, ile pamięta. Na pewno nie rodziców. Widział tylko ich rozmazane obrazy wytworzone przez babcię.
Roza pochyla głowę i długimi czarnymi włosami muska policzek Liuna, chłopiec natychmiast chichocze – uwielbia dotyk włosia na skórze. Varvar ich nie mają. Nawet czaszkę Liuna pokrywa jedynie twardy naskórek z zielonkawych płytek. Chłopak przyjął mniej genów od ludzkiego ojca. Urodził się niecałe dwa marsjańskie lata później od Rozy, ale urósł mniejszy, drobny i… chorowity. Gdy babcia jest szczególnie zdenerwowana, szepcze, że chłopak ma nie po kolei w głowie.
Rozę bolą te słowa. Kocha brata ponad wszystko.
Varvar nie zabijają swoich, dopóki ktoś się nimi opiekuje, lecz każdy wie, że rodzeństwo zginie w tym samym dniu, w którym umrze Auxuel, a ich ciała skończą na stołach plemienia. Nikt w wiosce nie przygarnie dwójki bezużytecznych dzieci, szczególnie że są nἀru – mieszańcami niezdolnymi do samodzielnego życia, pośmiewiskiem varvar, pamiątką po wizycie Słabych Skór, jak pogardliwie nazywa się tu ludzi.
– Fale zimnego zielonego morza zamknęły się nad Ikarem – kontynuuje babcia. – Krzyk zrozpaczonego Dedala niósł się jeszcze długo.
Gdy ludzki statek odleciał, zostawił kilkudziesięciu przybyszów. Jeden zamieszkał u babci i przekazał jej wiele opowieści. Była wszakże ulquene wioski – Ziścicielką Myśli, Poznającą Wiedzę, więc nauczył ją o greckich bogach, inuickim kruku stworzycielu świata, o Joannie d’Arc, pierwszym locie międzygwiezdnym, Unii Marsjańskiej oraz upadłej Ziemi. Ulquene oddała mu córkę, która umarła przy porodzie Liuna. Ojciec – wraz z resztą ekspedycji – odszedł niedługo później.
Roza zerka w stronę zawieszonego na ścianie skafandra, jedynej pamiątki po ojcu. Tak biały, dziwny i cienki. Nie powstrzymał mgielnej gorączki przed zabiciem przybyszów jednego po drugim. Nie ochroniłby nawet przed szponami młodego varvar. Jak ta niepozorna rasa o miękkiej skórze mogła wzlecieć do nieba?
– Dlaczego Ikar to zrobił? – dopytuje dziewczynka. – Dlaczego zapomniał o ostrzeżeniach taty?
– Ludzie są uparci. Lekkomyślni, często popełniają błędy. Gdy czegoś pragną, umierają tysiącami, milionami, aż w końcu znajdują sposób. Ikar zginął, za to jego rasa wędruje teraz po nieskończoności gwiazd.
Roza chciałaby popełniać błędy i decydować sama za siebie, ale bez kończyn to niemożliwe. Bywają dni, kiedy nie czuje się ani człowiekiem, ani varvar, lecz czymś gorszym, pozbawionym swego miejsca. Nie potrafi nawet przejść paru kroków, a co dopiero wznieść się w niebo niczym Ikar. Do tego potrzeba statków z metalu albo skrzydeł.
Babcia potrafi robić skrzydła, jednak nie są przeznaczone dla Rozy.
*
Kilka dni później nadchodzi pora godowa gromowęży.
Dwa zachodzące słońca oblewają wioskę różowym blaskiem. Babcia sadowi Rozę i Liuna na konarze zabezpieczonym barierką z gałęzi, w cieniu rzucanym przez rozłożystą koronę. Widać stąd plac rozciągnięty między drzewami mieszkalnymi – zbudowaną przez robotników wielką konstrukcję z utwardzanych liści, ślinokleju i płyt kory. Ugina się pod ciężarem tłumu varvar, ale mógłby udźwignąć trzy razy więcej mieszkańców, niż liczy wioska. Pośrodku przebiega pień drzewa sygnałowego. Varvar zbierają się wokół niego, aby obserwować, jak babcia Auxuel przygotowuje tuzin łowców z długimi włóczniami, którzy wyruszą polować na gromowęże. Jej uczennica Daukadu, przyszła ulquene plemienia, przynosi z dziupli Auxuel ozdobną skrzynię. W środku są płatki kwiatów śnicości.
Auxuel bierze pierwszą garść płatków, ładuje sobie w otwór gębowy i zaczyna przeżuwać. Varvar pochylają głowy w pełnym szacunku milczeniu. To największy skarb ulquene – wiedza o skomplikowanej sekwencji ruchów szczęk, która wydobywa śnicość zawartą w kwiatach.
– Skszyyyydła – mówi Liun.
– Ćśśś. – Roza ociera się o niego, więc milknie, skupiony na przyjemności płynącej z czarnych włosów. Chłopak nie może się doczekać rytuału. Uwielbia związane z nim dźwięki.
Pierwszy z łowców zbliża się do babci, ostrożnie, tyłem, wystawiając plecy pokryte segmentami zielonkawego pancerza, podobnego do tego, który pokrywa plecy Rozy. Odnóża tnące Auxuel zaczynają wibrować, szybko, szybko, szybciej od długodziobów stukających w drzewa, aby odnaleźć smaczne larwy. Ich kształt rozmywa się w niewyraźną smugę, w całkowitej ciszy szum rozedrganych ostrzy narasta jak nadciągająca burza – na ten odgłos Liun mruczy z zadowolenia – aż w jednym momencie babcia spluwa długim łukiem fioletowej wydzieliny na plecy łowcy. Plwocina z płatków śnicości osiada wielką plamą, jednocześnie czubki ostrzy uderzają niczym maleńkie kły, wprowadzając fiolet na grubość włosa pod pancerz. Pierwsza warstwa, druga… Kawałek po kawałku wyłania się kształt, obraz wyryty ostrzami, śnicość ziszczona myślami ulquene.
Skrzydła. Samiec rozkłada je, sprawdza. Są wspaniałe, wielkie i przezroczyste, niczym u ważek, które babcia piecze nad ogniem. Idealne.
Niekiedy Auxuel wsadzała wnuczkę na swój grzbiet, przywiązywała linami z łyka, a potem zabierała w podróż do dżungli, zostawiając Liuna pod opieką samic, które nie odmawiały z szacunku dla ulquene. Kilka razy wybrały się aż do świętego, pozbawionego drzew kamienistego terenu, pokrytego cuchnącymi gejzerami, gdzie rosły kwiaty śnicości. Kiedyś dziewczynka zapytała, czy babcia może stworzyć ręce i nogi na jej kikutach.
– Nie potrafię wyobrazić sobie wnętrza ludzkich kończyn. Mogłabym dać ci odnóża varvar, ale to zabronione. Śnicość jest święta. Tylko łowcy na nią zasługują, zabito by nas obie.
Roza nigdy nie wracała do tego tematu, ale odtąd widziała niekiedy w snach, jak wędruje po dżungli, skacząc po drzewach niczym prawdziwa varvar.
Jeden za drugim samce otrzymują skrzydła, tymczasem Roza napotyka nieprzyjazne spojrzenie Daukadu – uczennica babci spogląda przez ramię, porusza żuwaczkami i tryska ledwo wyczuwalną porcję feromonów ostrzegawczych. Nienawidzi dziewczynki, Liuna i wiekowej nauczycielki, wyczekując chwili, aż sama zostanie nową ulquene.
Myśliwi są gotowi. Wspinają się na pnie, wbijają szpony w korę i znikają wśród gałęzi. Ruszają polować na senne w czasie godów gromowęże, kłębiące się wysoko ponad listowiem aromatycznych drzew. Zabicie choćby jednego da wiosce dużo mięsa; później latające bestie wrócą w dalekie góry, gdzie nikt się nie zapuszcza. Łowcy mają niecały dzień, nim śnicość babci przestanie działać i skrzydła znikną w obłoczkach fioletowego dymu.
Varvar rozbiegają się do pracy, a Roza z bratem zwracają twarze ku niebu prześwitującemu przez drżące liście.
– Tffata – szepcze Liun.
– Nie tata – jak zawsze odpowiada mu siostra, tłumacząc po raz setny. – Inni ludzie, nie tata.
Na błękitnozieloną nicość patrzą od wielu, wielu dni. Ile ich już minęło? Roza wraca pamięcią do pewnej burzowej nocy, gdy płakała niczym samica po utracie młodych…
Ogniste błyskawice przetaczają się po skłębionych chmurach, a Roza wyje, nie mogąc już znieść życia jako nieruchomy kawałek mięsa, skazany na wieczną łaskę i opiekę. Liun śpi spokojnie – czy bierze rozpacz siostry za jeden z odgłosów burzy? Za gromy, deszcze i wichry? A może nie rozumie, szczęśliwy we własnym świecie? Kiedy wszelkie argumenty i słowa pocieszenia trafiają w pustkę, babcia faluje czułkami i wytwarza cień ludzkiej twarzy.
Tata.
– To moje wspomnienie – wyjaśnia babcia.
A potem usta otwierają się i Roza po raz pierwszy od dawna słyszy mocny, trzaskający głos ojca mówiącego z wielkim trudem w języku varvar. Natychmiast przestaje płakać i nadstawia uszu.
– Wrócimy… Wysłaliśmy sygnał. – Cień milknie, a Roza dostrzega grymas skupienia na jego twarzy, gdy szuka odpowiednich słów. – Użyliśmy zła mieszanka geny, ale to nic… – Kaszle, niszczony gorączką mgielną. – Nasi wrócą z gwiazd. Tak jak obiecałem twoja córka, moja Amaktala. Sześć marsjańskich lat. Możemy wyleczyć umysł Liun… Możemy wyleczyć wszystka młode. Dać ręce i no-gi. Zabierzemy młode. Misja ratunkowa. Ich krew… Ważna. Bądź gotowa…
– Umierasz – słychać przytłumiony głos babci. – Twoi towarzysze również.
– Wasza gorączka zabijać nas od dawna. Nasz leki… tylko opóźniać. My się nie liczyć. To nἀru ważne. My ich nie zostawiać. Zabierzemy… Chrońcie je. – Cień znika, a Roza znów ma ochotę płakać, ale z zupełnie innego powodu.
– Tffaaata. – Liun uśmiecha się, ma otwarte oczy.
Zmęczona babcia głaszcze go odnóżem.
– Słyszeliście Gideona Blake’a z Dwunastej Prefektury Unii Marsjańskiej. Niech ciała jego i mojej córki użyźniają pnącza Najzielości.
– Wiedziałaś o tym. – Słowa z trudem przechodzą Rozie przez ściśnięte gardło. Dławi ją wściekłość na babcię, nieokreślone uczucia pojawiające się pod wpływem głosu ojca, żal wobec kalekiego ciała i obezwładniająca nadzieja, że kiedyś, może kiedyś, ona i Liun znajdą się wewnątrz dziwnej maszyny z metalu, która poniesie ich do nieba, aby obdarować kończynami. – Dlaczego nie powiedziałaś nam wcześniej?
Dziesiątki twarzy Rozy odbijają się w owadzich oczach babci.
– Na każdą wiedzę przychodzi odpowiednia pora. Żadna z ulquene nie wie, kiedy ludzie wrócą, ale od jutra mogę pomóc wam obserwować niebo. Czy teraz przestaniesz rozpaczać, maleńka? Gdy już masz na co czekać?
Przestaje.
Wyrzuca wspomnienia z głowy, gdy obok rozlega się chrobot drapanej kory. Cienie młodych varvar wspinają się po rozciągniętych między gałęziami linach ze ślinokleju. Dookoła przysiada kilka samic i samców. Roza wydaje z siebie znużone westchnienie. Zna durnia, który im przewodzi – ma na imię Ferryt. Nie pierwszy raz zjawia się, by dręczyć rodzeństwo. Strzyka feromonami, którymi podkreśla się dominację nad słabszym osobnikiem.
– Nἀru jak zawsze tutaj – klekocze Ferryt, a reszta młodych trze odnóżami o siebie, okazując mu poparcie. – Słabe Skóry nie powrócą. – Roza prycha na dźwięk obraźliwego określenia ludzi, ale to tylko zachęca Ferryta. Mówi dalej: – Boją się varvar i gorączki mgielnej. Tak twierdzi Czarnoszpony Urgetorys, mój ojciec, najsilniejszy łowca w wiosce – kończy z dumą.
– Twój ojciec jest słaby jak splazmoid na prażącym słońcu. – Roza wypuszcza te same feromony, którymi cuchnie Ferryt. Niech nie myśli, że boi się ostrzy, które dopiero niedawno zaczęły wyrastać z jego odnóży. – Ludzie przylecą i zabiorą nas ku gwiazdom. Wraz z bratem będziemy śmiać się z was, jedząc ludzkie przysmaki nowymi rękami. – Obnaża zęby, syczy w sposób, który irytuje varvar, co sprawia, że kilkoro obniża czułki.
– A ja chcę, żeby Słabe Skóry przybyły – mówi młoda samiczka, szurając odnóżem z haczykowatymi kolcami po pancerzu Ferryta. Może jego nowa oblubienica? Poprzednio Roza widziała go z inną, gdy splatali się czułkami w cieniu blisko ściółki, za zagrodą larwowców. To na pewno była inna samiczka, ta ma charakterystyczne żółte plamki na odwłoku, zupełnie jak mama. Czy mama również głaskała tak tatę? Jak ich międzygatunkowy związek był możliwy? A jednak… Roza tu jest. I Liun. I z tego, co mówi babcia, istnieje o wiele więcej potomstwa ludzi i varvar, więcej nἀru rozsianych po setkach plemion wszechdżungli. – Oby przybyli. – Samiczka podnosi głos. – Abyście wynieśli się stąd jak najszybciej!
Towarzystwo unosi głowy i klekocze głośno żuwaczkami.
– Varvar. – Liun uśmiecha się przyjaźnie.
Ferryt zbliża się do Rozy z uniesionymi ostrzami.
– Racja! Oby się wynieśli.
– Nie podchodź! – ostrzega dziewczynka, ale tamten nie zwalnia, wbijając szpony w korę drzewa.
– A co mi zrobisz? Ugryziesz?
Znów rozbawiony klekot.
Ludzkimi zębami Roza nie przegryzłaby pancerza nawet tak młodego varvar i oboje o tym wiedzą. Ferryt ma przewagę we wszystkim, ale Roza jest potomkinią ulquene.
– Zostaw nam chociaż zadraśnięcie, a kolejnym razem babcia ziści twojemu tacie słabe skrzydła. Znikną za szybko i gromowęże rozszarpią go na strzępy.
Klekot zamiera. Ferryt zatrzymuje się, po chwili wahania unosi ostrza, by nie stracić szacunku grupy.
– Oby Auxuel zdechła jak najszybciej! – mówi ze złością.
– Oby nikt nie wymówił imienia twego taty, gdy umrze!
Z gruczołów zszokowanych varvar wzbija się tyle feromonów, że Roza potrząsa głową.
– Odwołaj to! – krzyczy Ferryt, wyraźnie przestraszony. Może wierzy, że najohydniejsza klątwa wypowiedziana przez nἀru ma większą moc? Boi się o ojca; Roza przypuszcza, że widzi teraz w swym durnym łbie, jak wielki Czarnoszpony Urgetorys traci skrzydła i ginie w straszliwych szczękach gromowęży, rozerwany na kawałki i połknięty, a inni łowcy, porażeni klątwą dziewczynki z rasy Słabych Skór, milczą przez całą drogę powrotną, skazując poległego na odrzucenie przez Najzielość. Jego ciało nigdy nie użyźni dżungli, z kości nic nie wyrośnie, a pancerz nie zgnije. Takiego losu nie życzy się nikomu.
Roza spluwa Ferrytowi prosto w szczęki.
– Zbliż się do mnie jeszcze raz, a…
Jej ślina spływa mu z żuwaczki. Samiec już nie słucha. Żadne z młodych varvar już nie słucha.
– Tfaatfaa – szepcze Liun.
Roza odwraca twarz i rozdziawia usta, natychmiast zapominając o Ferrycie, bracie, babci i całym świecie.
Coś wielkiego sunie przez ciemniejące niebo, ciągnąc za sobą gigantyczny sznur spleciony z dymu i płomieni. Nadeszło od strony gwiazd – zniża lot powoli, wręcz ślamazarnie, lecz nieustępliwie jak odnóże opadające, by zgnieść miękkiego splazmoida.
Słabe Skóry wróciły.
*
Nawet nocą w wiosce brakuje ciemności. Z sześciu księżyców spływa mroźna biel, a zawieszone na drzewach i w dziuplach światłoczułe grzyby lśnią kruchym błękitem.
Roza wygląda przez okno na pogrążoną w chaosie osadę. Łowcy nie odbiegli daleko, więc powrócili radzić się ze starszyzną; kryształowe groty ich włóczni trzęsą się gniewnie. Varvar biegają po wstęgach ślinokleju, zostawiając za sobą pasma feromonów, klekocząc żuwaczkami z podekscytowania i strachu. Roza podziela ich uczucia – serce chce się jej wyrwać z piersi, żołądek zaciska boleśnie. Zazdrości Liunowi jego niewiedzy, obojętności, kojącego spokoju.
Babcia Auxuel zdążyła wnieść rodzeństwo do dziupli, zanim wezwano ją na zebranie rady plemienia. Ze swego miejsca Roza widzi, jak pokryty białymi cętkami varvar – naczelny żuwacz – wspina się na wydrążone w środku drzewo sygnałowe. Uderza w nie odnóżami, przez co głuche echo niesie się po wiosce i znacznie, znacznie dalej, do innych plemion, które również odpowiadają przez własnych żuwaczy; najważniejsze wiadomości mogą okrążyć całą wszechdżunglę w krótkim czasie. Niecierpliwość Rozy narasta – gdzie babcia? Uprząż leży na stole, gotowa do założenia. Wystarczyłoby wsadzić w nią dziewczynę i Liuna, po czym ruszyć w kierunku ludzkiego statku. Musiał już wylądować, dzień czy dwa drogi stąd. Tak niedaleko do nowego życia.
Babcia wciąż nie wraca; Roza śpiewa Liunowi, kiedy grymasi, że jest głodny. Jej również doskwierają głód oraz pragnienie. We wszechdżungli zawsze panuje wilgotny upał. Spod rodzeństwa ściekają odchody, spływają ze stołu. Dzieci zasypiają, drzemią przy wtórze głuchych uderzeń żuwacza, znów się budzą.
W końcu jedno szczególnie głośne echo sygnałowe sprawia, że kilku varvar się zatrzymuje i spogląda wprost w okno, przez które patrzy Roza. Wprost na nią. Wkrótce przez zasłonkę z liści do środka wpada babcia, jej uczennica Daukadu, a za nimi łowca i kilku varvar o wyblakłych pancerzach – starszyzna.
– Babciu? – pyta Roza. Stało się coś złego. Odczytuje to z jej oczu i zaciśniętych w gniewie żuwaczek. Z odnóży tnących, które drżą jak targane wiatrem wstęgi ślinokleju. Roza podskakuje na kikutach wokół siebie, aż obraca się w stronę wnętrza dziupli.
Samiec ze starszyzny przemawia zamiast Auxuel:
– Daukadu, gdzie kwiaty?
– Starucha trzyma je tutaj. – Smukła uczennica grzebie w kącie, po czym wynosi stamtąd skrzynię. Prostuje czułki i unosi wysoko. – Nie czuję innych kwiatów. To wszystkie. – Bez słowa wychodzi z dziupli.
Roza nie wie, co się dzieje. Dlaczego Daukadu zabiera największy skarb babci i całej wioski? Auxuel milczy, chwyta gąbczaste liście w szpony i delikatnymi ruchami zaczyna wycierać dzieci z odchodów. Liun jęczy:
– Jeść, jeść, jeść.
Starszy samiec mówi coś cicho do łowcy o czarnych szponach. To Urgetorys, ojciec tego durnia Ferryta. Jest wysoki i masywny, czułkami prawie sięga świecących grzybów na sklepieniu. Łowca kiwa głową, idzie na środek dziupli, drepcze parę razy w miejscu i przysiada.
– Urgetorys tu zostanie. – Przedstawiciel starszyzny kieruje te słowa do babci. – Dopilnuje, abyś nie pomogła nἀru w ucieczce, jak inne ulquene. Nie rób głupstw, Auxuel. Pakt Królowych podjął decyzję.
– Pakt Królowych zgubi nas wszystkich! – odpowiada z gniewem babcia.
– To już nie twoje zmartwienie.
Starsi wychodzą, a Roza zostaje z rosnącą świadomością, że nikt nie zabierze jej i brata w podróż przez wszechdżunglę.
– Co się stało? – dopytuje.
Babcia milczy. Omija Urgetorysa, wyrzuca liście przez okno, bierze długie ciało suszonego białego larwowca i zaczyna szatkować je na stole. Stuk, stuk, stuk.
– Co się stało? – powtarza Roza nieco głośniej. Chce to usłyszeć, chce wiedzieć, jak bardzo oczekiwany od dawna dzień zamienił się w koszmar.
– Dalej, powiedz jej – odzywa się z kpiną Urgetorys. – Ja mam to zrobić? Z przyjemnością. Auxuel nie jest już ulquene plemienia. Pakt Królowych zabronił wypuszczać nἀru. – Patrzy dziewczynce w oczy. – Wszyscy jesteście tylko nieudanymi eksperymentami, szczególnie twój brat głupek. Słabe Skóry chciały okiełznać potęgę śnicości, ale gorączka mgielna stoi na straży…
Roza tylko wzdycha, nie krzyczy ani nie piszczy, gdy długie ostrze babci z mokrym trzaskiem wchodzi w czubek głowy Urgetorysa i wychodzi pod szczękami. Żółta krew leci ciurkiem na podłogę. Babcia wyszarpuje odnóże, a ciało łowcy powoli przekrzywia się i zastyga. Liun chichocze cicho, ale Roza myśli tylko o słowach Urgetorysa.
– Eksperymenty… – Próbuje uporządkować natłok myśli.
Babcia kładzie jej odnóże na ramieniu.
– Nie słuchaj tego głupca. Ojciec was kochał. Ludzie nie zostawiają swoich i przylecieli po nἀru, tak jak obiecali.
Roza chwyta się tych wyjaśnień i odsuwa wątpliwości. Tak bardzo chce wierzyć. Kiwa głową.
– Urgetorys – mówi z czcią ulquene, aby Najzielość przyjęła łowcę w swe pnącza. A potem wstępuje w nią nowa siła, jakby największa zbrodnia zabrała wszystkie wątpliwości i strach. Jej odnóża już nie drżą, decyzja została podjęta i cokolwiek babcia zamierza, stare życie skończyło się i dla niej, i dla jej wnucząt.
Wsuwa dzieciom do ust po kawałku larwowca.
– Jedzcie. Potrzebujecie sił.
Żując soczyste, delikatne mięso, Roza przygląda się, jak babcia odsuwa posłanie Liuna i uderza ostrzami w podłogę. Nie śpieszy się, odłupuje kawałki drewna niemal bezgłośnie. Sięga do środka dziury, wyciąga skrzyneczkę z czarnych patyczków i otwiera ją, ukazując niewielki zapas kwiatów śnicości, następnie oczyszcza stół, ale powoli, uważnie, aby nie wydać żadnego podejrzanego dźwięku. W międzyczasie wsuwa rodzeństwu kolejny plaster larwowca, kończy sprzątanie i przenosi Rozę na pusty blat.
– Ktoś wreszcie sprawdzi, co się tu dzieje, a ja nie zdołam ukryć zwłok i tego, co zamierzam uczynić.
Roza chce zapytać o tak wiele spraw, lecz gdy otwiera usta, babcia ucisza ją ruchem odnóży.
– We wszechdżungli wylądowały dwa pojazdy. Ludzie przylecieli zabrać nἀru, ale Pakt uważa, że tak naprawdę chodzi im o śnicość. Królowe wolą zaatakować i zniszczyć przybyszów, aby już nigdy tu nie przylecieli, nἀru zaś wykorzystać jako zakładników.
– Nie wypuszczą nas?
– Pod groźbą śmierci nἀru mają pozostać w wioskach, ale panuje chaos. Większość łowców zbiera się wokół kwiatów śnicości, bo królowe obawiają się, że z nieba spadną tam następne statki. Ucieczka to jedyna nadzieja.
Decyzja varvar odbiera nadzieję, jednak babcia nie dokonałaby morderstwa, gdyby nie miała planu. Wsadzi dzieci na plecy i razem uciekną w noc.
Auxuel bierze z szafki garść gąbczastych liści oraz muszlę żuka samotnika. W środku chlupocze nieznany wywar.
– Ślimacza woda, uśmierza ból – wyjaśnia babcia. – Wiesz, co chcę zrobić, skarbie. – Głaszcze szponami włosy wnuczki, a drugim odnóżem dotyka ostrożnie jej policzka. – Wiele ulquene, które nie chcą wojny z ludźmi, zestarzało się i osłabło, jednak byłyśmy gotowe na taką możliwość. Nie dam rady ponieść was przez dżunglę, ale ty, owszem.
– Ja? – Roza w jednej chwili pojmuje, o czym mówi babcia. – Śnicość…
– Nie mogę dać ci rąk i nóg, lecz potrafię stworzyć najlepsze odnóża varvar. Zdecyduj. – Odkorkowuje wywar i podsuwa zawartość do wypicia. – Zostajesz tutaj, dopóki nie umrzemy razem, czy uciekasz z bratem?
To decyzja Rozy, najważniejsza i ostateczna. Wreszcie coś zależy od niej i dziewczynka zachłystuje się tym uczuciem. A także tęsknotą za kończynami.
– Chcemy żyć. – Roza uśmiecha się do Liuna, a on odpowiada jej tym samym.
Cierpki płyn spłukuje z warg ostatnie kawałeczki mięsa, potem babcia wsuwa Rozie patyk w usta.
– Zagryź. Nigdy nie wrzynałam śnicości w ludzi, a wasze ciała są tak miękkie, tak wrażliwe… Oby tylko nie zabrakło mi kwiatów. Zagryź.
*
Auxuel kładzie Rozę na brzuchu. Dziewczynka oddycha szybko, płytko. Nasłuchuje, jak babcia przeżuwa płatki. Lada chwila zacznie bolesny proces nakłuwania. Rozedrgane ostrza szumią, Liun mruczy z zadowolenia, przy świecących grzybach wirują czarne owady, bzycząc i furkocząc.
Na porośnięte pancerzem varvar plecy spada lepka maź, a zaraz po niej pierwsze uderzenia – bezbolesne, ale gdy ostrza schodzą na ludzką skórę, Roza jęczy i zaciska zęby na drewnie. To nie zwykły ból: przeszywa ją od miejsca nakłucia aż do głowy, sunie pod skórą, rozsadza ją od środka, jakby coś tworzyło się tu i tam jednocześnie – połączenia nerwowe, mięśnie, naczynia krwionośne, aby mogła kontrolować odnóża.
– Najbliższy ludzki pojazd osiadł na Plamie. Pokazywałam ci ją.
Roza pamięta wielką równinę – według opowieści, gdy ludzie przybyli po raz pierwszy, zrzucili tam ogień z nieba, aby bezpiecznie wylądować. Spłonęły drzewa, zwierzęta i varvar, a dżungla do tej pory nie odrosła.
Babcia przeciera liśćmi skórę. Roza wdycha cierpki zapach potu wymieszany ze słodką wonią krwi. Jej pot i jej krew. Jej feromony bólu, łzy na policzkach i wzbierające przedziwne uczucie, że może wyprostować coś na plecach, rozłożyć niczym owad po wyjściu z kokonu.
Babcia znów przeżuwa śnicość, słychać zgrzyt szczęk, mięsisty odgłos miażdżonych liści, ciche nucenie Liuna – Rozie wydaje się, że ojciec kiedyś nucił tę samą melodię. Brzmi tak obco wśród dźwięków dżungli, jak samotny skafander wygląda obco na ścianie dziupli.
Auxuel układa Rozę na boku. Ostrza uderzają w kikuty. Na drugi bok. Ostrza znów uderzają, a ból jak ślinoklej oblepia umysł gęstą pokrywą. Istnieje tylko on, patyk między zębami oraz głos babci, kiedy ta nie żuje płatków i może mówić.
– Gdy ulquene ujrzały potęgę ludzkiej broni, zrozumiały, że przyszłość varvar jest zagrożona, zatem przyjęłyśmy obcych do swych drzew. – Nawet bez czułków babci wzniecających cienie przeszłości Roza widzi pod powiekami lądujący statek z metalu, postacie w białych skafandrach i nieufne plemiona varvar, jakby sama śnicość krążąca teraz w jej żyłach podsuwała obrazy przeszłości. – Poznawałyśmy ich, a oni varvar. Kiedy zachorowali na gorączkę mgielną, poprosili nas… o pomoc. Niektóre z nas oddały im własne córki, inne same siebie. Zmienili nasze ciała, aby nἀru mogły przyjść na świat. Prawie dwa tysiące mieszańców.
Roza na chwilę zapomina o bólu. Dwa tysiące! Nigdy nie widziała innego nἀru, prócz Liuna. Mieszkają w innych wioskach, co dla dziecka bez kończyn oznacza, że mogłyby mieszkać wśród gwiazd.
– Królowe niechętnie patrzyły na tę umowę, ale my, ulquene, miałyśmy plan. Nie bombardujesz planety, gdzie żyją twoje dzieci, nie masakrujesz rasy ich matek. Miałyście służyć za ambasadorów pokoju, orędowników varvar. Mgielna gorączka unicestwiła ludzi, ale było tylko kwestią czasu, aż znów upomną się o nowy świat. Może i o śnicość. – Wzdycha ciężko. – A teraz Pakt wszystko zepsuł. Królowe są pewne swego. Wyhodowały nową broń i rzucą wyzwanie ludziom.
Kolejny obrót i Roza ląduje na plecach. Wielka głowa babci pochyla się nad nią, pod sklepieniem owady tańczą wokół grzybów.
– Muszę tworzyć warstwy na warstwach. Masz małe ciało i nie wystarcza mi powierzchni.
Nie przestając pracować, babcia karmi Liuna plastrami larwowca. Szczęka opada jej ze zmęczenia. Krople fioletowej wydzieliny spływają strużkami, lecz mimo wszystko ostrza uderzają, nakłuwają, splatają śnicość w tkanki.
– Gotowe.
Znosi Rozę na podłogę, kładzie u swych dolnych szponów.
– Skrzydła musiałam rozłożyć bardziej po bokach, aby zmieścić uprząż na Liuna, ale to nie przeszkodzi w locie. Masz ruchome stawy, możesz wyginać odnóża w każdą stronę. Przyzwyczaisz się, jesteś w połowie varvar.
Trzask. Potem drugi. Roza wypluwa patyk z obgryzioną korą. Trzask. To stawy, wiele stawów – prostują się, układają. Po raz pierwszy w życiu jej miękkie ciało unosi się samodzielnie nad podłogą. Odczucia biegną przez nerwy, zalewają umysł wrażeniami. Roza podnosi nową rękę do oczu – jest nie tylko zielona jak u większości varvar, ale i z domieszką fioletu śnicości; szerokie palce – rusza jednym po drugim – wieńczą zakrzywione pazury. Pierwszy krok kończy się upadkiem, potem drugi, ale zaraz idzie chwiejnie na czterech odnóżach, następne kroki przychodzą łatwiej, są szybsze, pewniejsze. Dziewczynkę przeraża, jak szybko adaptuje się do odnóży. I jak bardzo nie potrafiłaby znów bez nich żyć.
– Siostra – śmieje się Liun. – Siostra to… varvar.
Roza próbuje coś powiedzieć, ale nie znajduje słów. Dotyka ostrożnie kikuta ręki brata. Wrażenie, które spływa wzdłuż palców, zapiera dech w piersiach.
Z dżungli dochodzi echo odległego krzyku. Ludzkiego krzyku.
– Myślałam, że mamy więcej czasu. – Babcia przynosi liny z łyka i zręcznie obwiązuje ciało wnuczki. – Powinny unikać wiosek, właśnie z takiego powodu. – W jej głosie kipi wściekłość.
– To był nἀru!
– Wszystkie, które mają szansę dotrzeć na czas do statku, ruszyły w dżunglę. Tego dopadli łowcy. Szybko! – Bierze Liuna, wciska go w uprząż plecami do pleców Rozy, następnie przywiązuje linami przy wtórze dochodzących z wioski alarmowych klekotów varvar i dudnienia drzewa sygnałowego. Kiedy kończy, obraca wnuczkę w swoją stronę. Roza patrzy w zmęczone czarne oczy. Obie wypuszczają obłok feromonów strachu i tęsknoty, ale tylko dziewczynka ma łzy na policzkach. Varvar nie potrafią płakać.
– Nie miałam wiele śnicości, więc musisz się pośpieszyć! Odpoczywaj tylko w ostateczności. Uważaj na łowców! Trzymaj się koron drzew, bo twój wzrok nie poradzi sobie w ciemności dolnych warstw. – Zniża głos. – Nigdy nie żałowałam, że moja Amaktala zmarła przy porodzie Liuna.
Słychać tupot i chrobot szponów zbliżających się do dziupli. Przez zasłonkę wpada do środka nowa ulquene plemienia, Daukadu. Ma ostrza uniesione w pozycji do walki.
– Ucieczka! – klekocze.
Babcia muska czułkami czoło Rozy.
– Kocham was. – Odwraca się i rusza naprzeciw swojej dawnej uczennicy.
Dwie samice zwierają się w plątaninie tnących odnóży i gryzących żuwaczek. Od razu jest po wszystkim. Ostrza Daukadu wychodzą z pleców babci, nieco powyżej pomostka, a przez głowę Rozy przechodzi osobliwa myśl – później się jej wstydzi – że teraz plecy będą mocniej dokuczały babci.
Triumf młodej ulquene jest krótkotrwały. Auxuel pochyla głowę i żuwaczkami rozrywa gardło uczennicy. Tryska żółta krew, obie samice nieruchomieją, wczepione w siebie, jakby zasnęły w tańcu godowym.
Roza z trudem przełyka ślinę.
– Auxuel – szepcze, aby Najzielość przyjęła babcię. Varvar nie będą tak łaskawi. Nie wymówią imienia zdrajczyni, zjedzą jej mięso, a resztki rzucą wszystkożernym larwowcom, zamiast rozsypać po ściółce wszechdżungli. Daukadu czeka lepszy los.
Do dziupli wbiega uzbrojony łowca. Za nim słychać klekoty i nawoływania robotników oraz starszyzny. Roza myśli szybko, ale działa jeszcze szybciej. Rzuca się do okna.
– Bhhabcia! – piszczy Liun, dopiero teraz widząc zwłoki Auxuel.
Dziewczynka wyskakuje w ciemną, parną dżunglę, obok jej ręki przelatuje włócznia i znika w gęstwinie. Miękkie ciało uderza w smukłe drzewo, odnóża instynktownie obejmują pień, szpony rozpaczliwie wbijają się w korę. To takie proste, tak… zwykłe, jakby Roza wędrowała po wszechdżungli przez całe życie. Światła księżyców przebijają się jasnymi snopami przez długie liście, ale szybko ustępują pola duszącej ciemności. Roza skacze na następne drzewo – byle dalej od wioski. Z każdym ruchem odnóży ulatuje nieco wyżej, w stronę korony drzew. Kilka razy źle oblicza odległość i uderza boleśnie o pnie. Gałąź, której nie zauważyła, chłoszcze Liuna, na co on zaczyna płakać, wzbudzając piskliwe, głośne okrzyki nocnych zwierząt. Dziewczynka wchodzi na szczyt dzikiego drzewa miąższowego i się rozgląda – w oddali wszechdżungla rzednie, przechodzi w niskie zarośla poprzetykane niewielkimi skupiskami pni, a potem znika, zastąpiona połaciami wysokiej trawy ciągnącej się po równinie, na której wylądował ludzki statek.
Nawet z tak daleka widać, że pojazd jest ogromny. Przypomina pokrytą kolorowymi światłami wyrwę w jaśniejącym niebie.
Roza znów mknie przez gęstwinę, wybierając najbezpieczniejsze drzewa, niesiona strachem, skoncentrowana na ucieczce. Bezustanny szmer drażni jej uszy. Nie rozumie, czym jest, ale ma wrażenie, że dźwięk dobiega od strony statku. Szczęśliwym trafem omija wnyki ze ślinokleju i wieżę strażniczą varvar – być może opuszczoną, być może nie.
Skacze, dopóki nie brakuje tchu. Pierwsze słońce wyłania się zza horyzontu, przeszywa liście smugami złota. W ich blasku dziewczynka dostrzega fryngę i zwisające z jej korony podłużne, czerwone owoce. Dwa susy i jest już przy nich, siada na grubym konarze, zrywa pierwszą fryngę, twarda skórka ustępuje z łatwością pod ostrym pazurem.
Jak łatwo zatracić się w radości płynącej z posiadania odnóży – własnymi siłami zebrać jedzenie, obrać je, podnieść do ust… I jak łatwo zapomnieć, że łagodna zieleń dookoła to kamuflaż. Czym jest wszechdżungla, jeśli nie drapieżnikiem, schronieniem i śmiertelną pułapką zarazem? Z ust Rozy wydobywa się krzyk bólu, gdy zakończona wygiętym kolcem wić wbija się w skórę jej ramienia, wyrywa kawałeczek ciała i cofa się błyskawicznie – drobny haczykowiec ucieka ze swą krwawą zdobyczą po gałęzi i znika.
– Shiostra? – dopytuje zaniepokojony Liun.
– To nic. Ugryzło mnie coś. – Roza uspokaja brata. Powinna pamiętać słowa babci, że haczykowce często polują na drzewach fryngi. Musi uważać także na galaretowate splazmoidy, które udają spływającą żywicę, a w gromadzie potrafią rozpuścić ciało ofiary, krzy-k-rzaki, polujące na ptaki i stworzenia skaczące po czubkach drzew, cuchnące krety pylne, drapieżne liście oraz dziesiątki innych istot każdego dnia walczących o odrobinę pokarmu. Wykręca odnóże – rzeczywiście wygina się w każdą stronę – po omacku znajduje żuwaczki Liuna i wyciska owoc do jego ust. Chłopiec łapczywie spija orzeźwiający sok.
– Dhobre… – mówi. – Dhobra frynga.
– Bardzo dobra. – Roza wyciska następny owoc dla siebie, ciesząc się, że rana od haczykowca jest płytka. Chłodny sok przynosi orzeźwienie, dodaje potrzebnych sił. Trzeba uciekać, bo pościg może w każdej…
– Zły varvar – szepcze Liun. Roza natychmiast obraca głowę. Dwa drzewa dalej tkwi varvar z innego plemienia – ma wielki odwłok zakończony żądłem, czterema odnóżami chwyta cienki, kołyszący się pień. Dwa kolejne odnóża trzymają sploty liny zakończone włócznią z kryształowym grotem. Rząd maleńkich oczu patrzy na Rozę, otwór gębowy jest otwarty, ukazuje rzędy ostrych zębów.
Gruczoły Rozy mimowolnie strzykają feromonami strachu.
Ruszają jednocześnie. Dziewczynka pędzi z drzewa na drzewo, za sobą słyszy szelest liści i nawołujący klekot. Nie zgubi łowcy, bo z łatwością podąży śladem jej feromonów, a ona nie może nic na to poradzić. Coś innego przebiega gdzieś nisko i po bokach, zasłonięte gąszczem, ukryte. Łowca skręca, znika w gęstwinie. Kilka spłoszonych ptaków wylatuje z listowia, pełny bólu wrzask przeszywa dżunglę. To krzyk innego, pechowego nἀru, który okazał się łatwiejszą zdobyczą niż Roza. Dziewczynka korzysta z szansy, zniża się wśród drzew, wytężając wzrok w panującym tu mroku.
Roślinność się przerzedza, szmer w uszach Rozy przyjmuje postać ciągu słów – to powtarzane w języku varvar zdania dobiegające od strony ludzkiego pojazdu. Jeszcze za daleko, by odróżnić więcej niż kilka sylab. Drzewa robią się coraz niższe, aż wreszcie Roza zeskakuje w trawę i mknie dalej na czterech odnóżach.
Słowa nabierają wyrazistości:
– Tu ORS „Elizjum”, desantowiec Unii Marsjańskiej! To pokojowa misja ewakuacyjna! Atak na potomstwo ludzi uznamy za wypowiedzenie wojny! Tu ORS „Elizjum”… – Komunikat powtarza się w kółko, za każdym razem w dialekcie innego plemienia.
Roza wspina się na małe wzniesienie, staje na obrzeżu Plamy – otwartej przestrzeni, gdzie ostały się tylko nieliczne drzewka. Między źdźbłami wysokiej trawy dostrzega mknące postacie: przebłyski fioletowozielonych kończyn ze śnicości, skrawki różowej, brązowej i czarnej skóry. Dziesiątki nἀru nie tylko biegną ku osiadłemu pośrodku Plamy „Elizjum”, ale i lecą – maleńkie postacie z przezroczystymi skrzydłami. Większość niesie na plecach pozbawione kończyn rodzeństwo. Jest też parę dorosłych samic varvar, które nie umarły w trakcie porodu – te również trzymają swe potomstwo.
Deptane źdźbła szeleszczą obok i Roza ogląda się, zdjęta nagłym strachem, że zaraz wyłoni się z nich łowca. Ale z traw wybiega nἀru i przystaje zdjęty ciekawością. Chłopak jest wyrośnięty, umięśniony. Odnóża varvar wystają mu z kikutów i dopiero teraz Roza uświadamia sobie, jak dziwnie sama musi wyglądać – połączone śnicością dziecko dwóch światów, dwóch ras. Do pleców mieszańca przytula się brzuchem dziewczynka, zabezpieczona starannie liną. Oboje mają jasne włosy i owadzie fasetowane oczy. Pochodzą z innej wioski, ale tam również stara ulquene zrobiła wszystko, może nawet oddała życie, by ratować wnuki.
– Jestem Selix, a ona to Imryt – mówi chłopak i zaczyna biec. Dziewczynka na jego plecach uśmiecha się przyjaźnie.
– Roza, a to Liun – odpowiada Roza, dotrzymując mu kroku. Trzeba podać swoje imiona, aby ktoś zawołał je po śmierci, a teraz wszystkie ludzkie dzieci są jej bliskie.
– Łowcy! – słychać czyjś krzyk.
Ze skraju wszechdżungli wypadają varvar, niektóre zeskakują z drzew i biegną śladem nἀru, inne lecą na skrzydłach otrzymanych od nowych, młodych ulquene, kryształowe groty włóczni lśnią jak wirujące iskry.
Liście i źdźbła chłoszczą Rozę po twarzy i odnóżach. Biec, biec, biec. Powietrze na Plamie jest lżejsze, nie tak duszne jak w dżungli, wiatr tańczy swobodnie, wysusza pot ze skóry. Latający łowcy zbliżają się niebezpiecznie. Roza zwalcza pokusę, aby rozwinąć skrzydła i wzlecieć. Jeszcze nie teraz. Z Liunem na plecach będzie łatwym celem dla doświadczonych wojowników varvar, a w powietrzu nie ma gdzie się ukryć.
Statek wciąż nadaje komunikat. Nἀru wciąż pędzą. Varvar wciąż nie słuchają ostrzeżeń ludzi.
Wojna.
Ziemia drży, odległa część Plamy zapada się, wzbijając chmurę pyłu, a po chwili wyłania się z niej kłębowisko wielkich, fosforyzujących wijów. Zygzaki energii krążą na ich pancerzach. Roza pamięta słowa babci: „Królowe są pewne swego. Wyhodowały nową broń i rzucą wyzwanie ludziom”. Wije rozbłyskują niczym burzowe chmury, strumienie trzaskającego błękitu uderzają w ludzki statek. Roza spodziewa się, że zaraz ujrzy zniszczenie i wszelkie marzenia o odlocie do gwiazd spłoną niczym drzewo trafione piorunem, lecz energia varvar rozbija się o niewidzialną osłonę wokół pojazdu i znika bez śladu. Wije szykują się na kolejny atak, jednak tym razem ludzie je uprzedzają. Wiązki kolorowego światła trzaskają z „Elizjum” i trafiają ogromne owady – pierwsze zwierzęta eksplodują, tymczasem z jamy wychodzą następne.
Roza wytęża siły, ma poważniejsze zmartwienia – trzepoczą nad nią skrzydła łowców. Skręca raz w prawo, raz w lewo, przy sobie ma Selixa z siostrą, który robi to samo, aby zmylić pościg. Liun pojękuje cicho, włócznia uderza w trawę, łowca szarpie liną, wyrywając broń. Gdzieś w pobliżu rozlega się przedśmiertny jęk nἀru; Roza zaciska zęby – niech Najzielość przyjmie nieszczęśnika do siebie. Słyszy świst i gwałtownie skręca, w miejsce, gdzie przed chwilą stała, uderza włócznia.
To tylko kwestia czasu, aż trafią.
Szczęście dopisuje Rozie.
– Krzy-k-wiaty! – woła do Selixa.
Wielki chłopak kiwa głową, lecz zaraz upada w trawę. Roza ledwie rzuca na niego okiem, lecz obraz zastyga w jej umyśle na długo: ciśnięta przez frunącego łowcę włócznia przeszyła chłopaka wraz z jego siostrą – zginęli jednocześnie, bezgłośnie, przytuleni do siebie już na zawsze.
– Selix, Imryt – szepcze Roza między jednym ciężkim oddechem a drugim.
Wpada między zarośla, roztrąca wielkie pochylone zamknięte kwiaty na niskich łodygach. Z powietrza wyglądają niegroźnie – ich tyły porasta trawa i pospolite rośliny. Przy ziemi ciągną się długie, skręcone wici. Dziewczynka wierzy, że łowcy nie znają tego siedliska. I ma rację. Varvar wlatują nad krzy-k-rzaki, a wtedy płynnym ruchem kwiaty rozkładają przezroczyste płatki, obracają je w stronę nieba i krzyczą; to ostry, przenikliwy dźwięk i Roza chciałaby zasłonić uszy, ale może tylko biec, byle dalej od mięsożernych kwiatów. Strumień wrzasku trafia w łowców, rozrywa delikatne skrzydła, a gdy varvar spadają, wici roślin wciągają ich do dzwonów, gdzie zostaną unieruchomieni i powoli strawieni. Ginie kilku łowców, a reszta rozlatuje się niepewna, czy w pobliżu nie ma następnych krzy-k-wiatów, jednak nie ustaje w pościgu.
Wysoka trawa przechodzi w niską i Roza widzi cały chaos na Plamie, skąpanej w jasnym świetle słońc.
Ogromny pojazd ludzi wznosi się niczym pękata bestia. Energetyczne wije nie poddają się, giną, lecz następne zajmują ich miejsce i bezustannie atakują błyskawicami. Z każdej strony do statku zmierzają nἀru, a za nimi łowcy.
Liun popłakuje, ale Roza nie może pozwolić sobie na słowa otuchy. Z trudem łapie wielkie hausty powietrza. Biegnie wśród innych mieszańców z różnych plemion, dudnienie setek odnóży miażdżących ziemię uderza w uszy.
– Tu ORS „Elizjum”, desantowiec… – powtarza monotonny głos.
Roza niemal zderza się z dziewczyną, która tarza się na trawie pozbawionym kończyn ciałem, bo narysowane przez ulquene odnóża zniknęły w kłębach fioletowego dymu. Pełny bezsilności pisk nἀru wibruje w uszach.
– To pokojowa misja ewakuacyjna!
Omija chłopaka, z głową przebitą włócznią, na którego plecach wciąż tkwi przywiązany, wpatrzony w niebo chłopiec.
– Biegnij, braciszku! Proszę, biegnij! – woła, nieświadomy, że jego brat nie żyje.
– Atak na potomstwo ludzi uznamy za wypowiedzenie wojny!
Niektóre nἀru walczą: jeden z łowców ginie rozszarpany przez parę mieszańców, gdzie indziej ulquene zatapia ostrza w osłabionym łowcy, jednak ofiar jest zdecydowanie więcej po stronie uciekinierów. Z nieba spadają trafione włóczniami dzieci, krzyczą lub, już martwe, pikują w ciszy. Coraz więcej fioletowych smug wznosi się nad Plamą. Dla niektórych podróż do statku trwała zbyt długo i śnicość rozwiewa się na wietrze.
Z „Elizjum” wystają pomosty, po których szczęśliwcy wbiegają do środka. Są też otwarte szczeliny w ścianach powyżej, dokąd wlatuje kilka mieszańców.
Skrzydła łowców też zaczynają znikać i varvar z przerażonym klekotem pędzą na spotkanie ziemi. Jeden spada w pobliżu Rozy, wstaje oszołomiony, dostrzega dziewczynkę i pędzi na czterech odnóżach, w dwóch kolejnych trzymając włócznię, a ostatnią parę – tnące długie ostrza – unosząc do ataku. Roza próbuje go ominąć, ale varvar jest szybszy, zwinniejszy. Skacze nad nią, chybia ostrzami, lecz grot rozcina jej bok, a potem zahacza o tylne odnóże.
Roza traci równowagę, turla się z krzykiem; uprząż jest zerwana – Liun spadł z pleców i potoczył się gdzieś w trawę. Rozprute biodro pali bólem, jednak dziewczyna podnosi się czym prędzej – gdzie jej brat? Gdy odgarnia mokre włosy z twarzy, zacina się szponem w policzek. Dostrzega Liuna, a za nim łowcę na chwiejnych odnóżach.
Może i varvar przebiłby chłopca włócznią albo rozpłatał go ostrzami, ale w ciągu chwili świat zamiera na odgłos dobiegający z „Elizjum”. Cokolwiek chroniło statek, niewidzialna osłona z ogłuszającym trzaskiem znika w błysku wyładowań, a kolejny atak jednego z wijów uderza prosto w pancerz pojazdu, wzniecając ognisty wybuch. Każdy varvar i mieszaniec nieruchomieje niczym insekty zastygłe w żywicy. Nawet wije zdają się nie dowierzać w swą siłę, kręcą się zdumione, tnąc powietrze długimi czułkami.
Z podstawy „Elizjum” wylewa się błękitne światło, dochodzi szum podejmujących pracę maszyn, podmuch wzbija chmurę pyłu i ludzki statek odrywa się od ziemi. Przez równinę przetacza się zrozpaczone zawodzenie nἀru i zuchwały, radosny klekot świętujących varvar. Nadzieja niknie jak mgła w promieniach słońc.
Słabe Skóry uciekają.
Rozie kręci się w głowie od wszechobecnych feromonów gniewu i strachu. Jej dolna warga zaczyna drżeć, pieczenie w nosie doskwiera bardziej niż rana od ostrza, a jednak dziewczynka dostrzega coś w „Elizjum”: kładki przy wejściach zwijają się, kilka mieszańców spada z wrzaskiem, lecz wyżej… szczeliny dla frunących nἀru są nadal otwarte. Roza nie ma wyboru; nawet gdyby pojazd nie uciekał, ona nie może biec, ale jeszcze nie wszystko stracone.
Nie zważając na krew spływającą po skórze, w kilku bolesnych krokach dopada Liuna, chwyta go jednym odnóżem i przyciska do piersi, tryskając strumieniem uspokajających feromonów. Varvar nie zwraca na nią uwagi, potrząsa trzymaną wysoko włócznią i wyje radośnie ze zwycięstwa. Z łatwością, która zadziwia ją samą, dziewczyna rozkłada skrzydła – stara się wprawić je w ruch, jednak czuje, jakby próbowała poruszyć piątym odnóżem. Przez chwilę nic się nie dzieje, ale nagle jej umysł się przestawia i skrzydła z głośnym świstem unoszą ją w powietrze. Wije znów atakują, jedna z błyskawic uderza w spód statku, wywołując błękitną eksplozję, lecz pojazd Słabych Skór nabiera prędkości, odpowiada wiązkami światła, walczy.
Wiatr chłoszcze Rozę po twarzy, wyciska łzy z oczu. Dziewczyna mknie ku „Elizjum”, wzbija się wyżej i wyżej, tuląc mokre od potu ciało braciszka i wlokąc za sobą bezużyteczne tylne odnóża. Jakże chciałaby je zrzucić, aby stać się lżejszą, szybszą! Nie leci samotnie – może setka mieszańców ze skrzydłami dostrzegła tę samą szansę co ona i także frunie, niektórzy są bliżej „Elizjum”, inni próbują prześcignąć Rozę.
Następna błyskawica wijów trafia w bok statku, rozgałęzia się i obejmuje najbliższych nἀru. Niektóre krzyczą, inne już nie mogą, ale wszystkie płoną i spadają niczym rój ognistych meteorów.
– Wrócimy po was! – obiecuje głos ze statku. Kłamie, nie będzie po kogo wracać. Nἀru, którym ulquene nie utworzyła skrzydeł, kłębią się w miejscu, gdzie wcześniej lądował pojazd, wyją, płaczą i spoglądają w górę, a varvar wyrzynają ich bezlitośnie jedno po drugim. Wkrótce żadne ludzkie potomstwo nie ostanie się żywe.
– Sihhostra – łka Liun. Roza mu nie odpowiada, oszczędza oddech, lecz w myślach obiecuje mu, że doleci do szczeliny. Musi dolecieć.
W czarnym prostokącie otwartego wejścia stoi mężczyzna, ubrany w kombinezon tak łudząco podobny do tego zawieszonego na ścianie domu, że Rozie przez moment wydaje się, iż to ojciec wyciąga ku niej rękę. Człowiek ma na sobie błyszczący od słońc hełm, w pasie przyczepiony jest liną do zaczepu, a za nim widać kilku nἀru – trzymają się odnóżami sieci rozciągniętych na metalowych ścianach, krzyczą niewyraźne słowa otuchy.
„Elizjum” ucieka, Roza się wznosi.
Jeden za drugim nἀru wokół niej tracą siły lub spadają we wstęgach fioletowego dymu, ale nie ona, ona wytęża mięśnie i dziękuje losowi, że obdarzył ją silnymi plecami varvar, dzięki czemu porusza skrzydłami tak mocno, że ich szum przypomina szelest liści targanych huraganem.
Jest pierwszym człowiekiem, który z krzykiem wzniósł się do gwiazd, najlepszym łowcą varvar, który dogania uciekającego w niebo gromowęża. Skupiona na jednym celu, jakby cały świat wokół zamknął się w szczelinie „Elizjum”.
I jest za daleko, zbyt zmęczona.
Decyzja przychodzi sama, zwyczajnie, bez zastanawiania się i rozmyślań. Nie ma na nie czasu.
Trzeba pozbyć się ciężaru.
Roza przysuwa Liuna do twarzy, przeprasza go spojrzeniem, całuje w czoło. Chłopak milknie. Nie mogą uratować się razem. Brakuje tak niewiele do wyciągniętej dłoni Marsjanina, ale to odległość między życiem a śmiercią i zwiększa się z każdym tchnieniem słabnącej Rozy.
Dlatego zamyka szpony na ciele brata, unosi go i ciska w stronę luku. Lot trwa mgnienie oka, ale dla Rozy to wieczność. Przerażenie chwyta jej serce, że Liun roztrzaska się o metalowy kadłub, lecz mężczyzna w skafandrze wychyla się, zwinnie łapie pozbawione kończyn dziecko, przytula do siebie, a potem spogląda w stronę Rozy i unosi dłoń w geście smutnego pożegnania.
– Jestem Roza!
Wiatr niesie imię, a z głębi oddalającego się luku słychać milknące echa głosów uratowanych nἀru:
– Roza! – powtarzają. – Roza… Ro…
„Elizjum” oddala się ku bezpiecznym gwiazdom.
Skrzydła Rozy biją coraz wolniej.
Już po wszystkim, już dobrze.
Może odpocząć.
Bierze jeden głęboki, drżący oddech za drugim, śledząc wzrokiem odlatujący statek, aż błękit silników miesza się z kolorem nieba i w końcu znika. Nic nie zostaje, prócz kilku ostatnich chwil wysoko nad pokrytą ciałami równiną… Prócz duszącego żalu wymieszanego z radością. Została ostatnia decyzja do podjęcia – jak umrzeć? Roza uderza skrzydłami i tnie powietrze, lecąc w stronę słońc.
Plama zmienia się w skupisko postaci drobnych jak ziarenka, zostaje w tyle, ustępując miejsca ciągnącej się po horyzont wszechdżungli.
Słońca. Bezlitosne, obojętne. Ich gorący blask oślepia, pada na skrzydła. Czucie w odnóżach zanika i dziewczynka po raz ostatni obejmuje się dziwnymi rękoma varvar, a kiedy pierwsze smugi fioletowego dymu ulatują z wiatrem, przez chwilę czuje się jak człowiek, jak Ikar, który wzniósł się wyżej, niż zdawało się możliwe.
Nie zna imion pomordowanych dziś nἀru, ale prosi Najzielość, by przyjęła ich do siebie. Prosi, by i ją przyjęła.
Spada jako mała, bezbronna nἀru bez kończyn.
Zielone fale listowia zamykają się nad nią z czułością.
*
Siwowłosy pułkownik w stanie spoczynku, bohater wojny o Złoża Enceladusa, wygląda przez okno na wąskie ulice orbitalnego miasta i majaczące za barierą ochronną czerwone oblicze Marsa. Wzdycha, siada w fotelu obok talerza z kawałkiem tortu urodzinowego. Jego uśmiechnięte dzieci stoją w progu, ich rodziny rozmawiają w wielkiej sali, przed nim siedzi zaś gromada wnuków – czekają na opowieść.
Chyba tak wygląda szczęśliwe życie.
Pociera brodę, zahacza o dwie blizny po bokach ust – nigdy nie zarosły. Ma wiele blizn, najwięcej na głowie, barkach i udach. Nie pozwolił ich usunąć. Chce pamiętać, bo tak niewielu jeszcze pamięta, a wkrótce nie zostanie żaden.
Instynktownie dotyka śladów po igłach.
Krew nἀru. Pozwoliła opracować lekarstwo na mgielną gorączkę. Nic już nie stało na drodze do podboju, a obawy Auxuel stały się faktem – cudem uratowani mieszańcy, ścigani i zdziesiątkowani, nie stanęli w obronie varvar. Plan ulquene zawiódł.
Czy pierwsi ludzie we wszechdżungli naprawdę kochali swe potomstwo – nἀru? Pułkownik rozumie, że nigdy nie odkryje tej tajemnicy, ale wie też, że był ktoś, kto kochał go najmocniej, jak to możliwe.
– Opowiem wam o pewnej dziewczynce – zaczyna.
Przełyka gorzką ślinę. Wzrok mu się mgli, serce bije szybko. Przez lata powtarzał tę historię wiele razy, ale zawsze tak się dzieje. To silniejsze od niego. Znów widzi varvar – których ostatnie plemiona powoli dogorywają w rezerwatach, znów czuje zapach rozległej wszechdżungli – lata temu wypalonej do gołej ziemi, aby postawić dymiące przetwórnie śnicości. Znów słyszy dmący wiatr, szum silników „Elizjum” i odległy krzyk: „Jestem Roza!”.
To, co odeszło i nigdy nie powróci.
– Opowiem o pewnej dziewczynce – powtarza mocniejszym głosem. – Była wnuczką dzielnej Auxuel, córką Gideona Blake’a z Marsa i Amaktali ze świata varvar. Była moją siostrą. I dawno temu wzleciała wyżej niż ktokolwiek inny.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
PRZEDMOWA. JERZY RZYMOWSKI
DZIECI WSZECHDŻUNGLI. RAFAŁ ŁOBODA
WSTĘP. ANNA BRZEZIŃSKA
Okładka
