Wydawca: E-bookowo Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 336 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka No to pięknie - Dorota Ostrowska

No to pięknie” jest czwartą częścią przygód szalonej księgowej z powieści „Gdzie diabeł nie może”. Wzajemna fascynacja Duszyczki i Azazela, niezrozumiała dla reszty rezydentów piekła, trwa, dopóki diabeł nie zawiedzie jej zaufania. Dziewczyna porzuca go i próbuje ułożyć sobie życie na nowo, choć powracające, mściwe demony chcą ją unicestwić. Bukmacherzy w zaświatach przyjmują zakłady, jak długo kochankowie wytrzymają bez siebie i czy diabłu uda się odzyskać ukochaną.

Lekka, dowcipna książka, napisana z polotem i fantazją, doskonała na poprawę nastroju.
Dorota Ostrowska

Urodziłam się we Wrocławiu, mieście krasnoludków, ale nigdy tak naprawdę tam nie mieszkałam. Zapewne stąd biorą się moje tęsknoty za równoległą rzeczywistością. W realnym świecie jestem wykładowcą akademickim, a w wolnych chwilach piszę książki o szalonej księgowej i jej piekielnych przygodach.

Opinie o ebooku No to pięknie - Dorota Ostrowska

Fragment ebooka No to pięknie - Dorota Ostrowska

No to pięknie

część czwarta

Dorota Ostrowska

© Copyright by Dorota Ostrowska

Grafika i projekt okładki: Sebastian Busłowski

© copyright by wydawnictwo e-bookowo 2014

 

 

ISBN 978-83-7859-319-5

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2014

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

Pamięci mojej Matki

Duszyczka obudziła się, ale nie otwierała oczu, udając nawet przed sobą, że jeszcze śpi. Bardzo lubiła tę porę, kiedy wszystko wydawało się możliwe, a świat witał ją ponownie w swoich progach, pytając czego by sobie dziś życzyła i wydawał się gotowy te życzenia spełnić. Zrobiła w myślach szybki przegląd sytuacji i nadal wszystko wydawało się z grubsza w porządku i na właściwych miejscach.

Leżała w jedwabnej pościeli w głównej sypialni rezydencji Azazela w samym sercu piekła. Obok siebie czuła ciepło swego diabelskiego kochanka i poczuła dreszcz podniecenia. Całe zaświaty zastanawiały się nad wzajemną fascynacją Duszyczki i Azazela i gdyby sama miała powiedzieć co ją w nim tak pociąga, nie umiałaby udzielić logicznej odpowiedzi. Rozum nie miał z tym nic wspólnego i nawet początkowo protestował przeciwko ich związkowi, ale ciało wiedziało swoje.

Kącik ust Duszyczki podniósł się nieznacznie w uśmiechu zadowolenia, kiedy przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie przed jaskinią Dezyderiusza i reakcję swego ciała, które było gotowe biec ku niemu wbrew logice. Już wtedy, zanim jeszcze jej dotknął, wiedziało, że to jest ten mężczyzna, o jakiego chodzi i dziś, po blisko czterech latach, nadal kochała go całą sobą. Uczucie ograniczające się tylko do serca wydawało się jej w tym przypadku głęboko niewystarczające.

– Nie udawaj. Wiem, że nie śpisz, bo masz tę swoją minę kota, który się dobrał do śmietanki – powiedział Azazel, czubkami palców głaszcząc ją delikatnie po ramieniu. – Tylko czekam, kiedy zaczniesz oblizywać wąsy.

– Nie nabierzesz mnie, nie mam wąsów. Witaj, moja śmietanko – zamruczała, przysuwając się i przytulając policzek do jego ramienia.

Odkąd wróciła z kliniki, z trudem wyrwana niebieskim, którzy przymusowo wcielili ją do nieba i rozdzielili z Azazelem, diabeł trzymał ją pod silną strażą w swojej rezydencji w sercu piekła. Kiedy protestowała przeciw, jej zdaniem, grubo przesadzonym środkom bezpieczeństwa, odpowiadał krótko, że to niezbędne, ale nie wyjaśniał, dlaczego. Czuła, że coś przed nią ukrywa, jednak nie widziała sposobu, by wydusić z niego prawdę. Sprawa musiała być poważna, skoro od miesiąca spędzał z nią wszystkie noce leżąc obok i obserwując ją podczas snu. Diabły nie sypiają, tylko pracują na okrągło, więc te codziennie wyrwane siedem lub osiem godzin z pewnością negatywnie odbijało się na jego obowiązkach, jako prawej ręki Lucyfera.

– Będę musiał niedługo iść, ale opowiedz mi, co robiłaś na ziemi, kiedy mnie uwięziono.

– Mówiłam ci już sto razy – zmarszczyła nos z niechęcią.

– Zawsze z przyjemnością cię słucham.

– Już mi od tego niedobrze – mruknęła, zaciskając usta. Jeszcze przed chwilą świat był piękny, a teraz nadszedł kolejny atak powtarzających się od pewnego czasu dolegliwości żołądkowych.

– Martwią mnie te twoje poranne mdłości – powiedział, patrząc spod przymrużonych powiek.

– Puknij się, jakie poranne? One są całodobowe, dopadają mnie o każdej porze, tylko wtedy ciebie tu nie ma, więc nie wiesz. To te cholerne frytki od Lardena. Smażyli je chyba na starym oleju silnikowym i mój biedny brzuszek od tamtego czasu nie może dojść do siebie.

– Niemożliwe! To było dwa miesiące temu.

– Od nich się zaczęło.

Odetchnęła głęboko. Żołądek powoli się uspokajał.

– Powinnaś pójść do lekarza. Powiem chłopakom, żeby samochód był przygotowany.

– Nic innego nie robię, tylko latam po lekarzach, odkąd ta larwa Marimar mnie postrzeliła. Uszami mi już wychodzą. O, popatrz – odwróciła się bokiem do Azazela, który udawał, że wyjmuje jej coś z ucha i, trzymając w dwóch palcach, bacznie się temu przygląda.

– To ani chybi ten mały tłuścioszek z kliniki – uśmiechnął się pogodnie, ale oczy pozostały czujne, jakby coś nie dawało mu spokoju.

Duszyczka znów poczuła chłód, który od pewnego czasu wkradł się pomiędzy nich. Próbowała wstać, ale diabeł przytrzymał ją silnym ramieniem. Nie wyrywała się, bo równie dobrze mogłaby walczyć ze skałą.

– Mów.

Teraz był rzeczowy i nagle bardzo poważny.

– Weszłam wtedy na strych, żeby przez okienko zobaczyć, kto nas odwiedził i dzięki temu kurdupel z uzi mnie nie znalazł. Kiedy poszedł zaminować piwnice, wyjęłam z sejfu pistolet i przeleżałam całą noc pod łóżkiem, celując w drzwi?

– A jak spędziłaś drugą noc?

– Kiedy Lucyfer mnie stamtąd ewakuował do swojego hotelu, zjadłam kolację i zeszliśmy do kasyna. Wygrałam w pokera jakieś kosmiczne ilości pieniędzy…

– To mnie nie dziwi. Powinni ci zabronić wstępu do wszystkich kasyn świata.

– Nie przerywaj mi. Potem zobaczyłam tego gangstera El Grisa, Velar pomógł mi uciec z hotelu, zgarnęliśmy Rozę z ich pensjonatu na godziny i poszliśmy nocować do jej siostry. Następnego ranka złapaliście Velara, więc już od niego wiesz, co i jak.

– Opuszczasz szczegóły – powiedział, patrząc na nią czujnie.

– Cholera jasna! Daj mi wreszcie spokój!

– A następna noc? – naciskał.

– Dlaczego pytasz tylko o noce? Dni były znacznie ciekawsze.

Patrzył na nią bez zmrużenia powiek, więc ciągnęła dalej.

– Następną noc spędziłam z Lardenem i jego psem, jadąc samochodem na południe do tajnego domu El Grisa. Tam o świcie złapała mnie Marimar i ściągnęła do rezydencji w mieście, gdzie mnie znalazłeś. Zastrzeliłeś ją i to było ostatnie, co widziałam, zanim straciłam przytomność. A teraz puść mnie, bo zaraz zwymiotuję na pościel i dołożę roboty nieszczęsnej Felicji.

Azazel niechętnie cofnął ramię i wstał, pomagając Duszyczce się podnieść, choć, jako żywo wcale tej pomocy nie potrzebowała. Opędzając się od niego weszła do łazienki zamknęła za sobą drzwi na klucz. Musiała pomyśleć.

Wiedziała, co Azazelowi chodzi po głowie, bo jej samej też to przyszło na myśl. Było jej niedobrze o różnych porach dnia, czasem rano, a czasem wieczorem, ale rzadko częściej, niż raz dziennie. Kiedy mdłości przechodziły, czuła się świetnie, jeśli nie liczyć osłabienia spowodowanego dużym upływem krwi i długim pobytem w południowoamerykańskiej klinice San Pedro Más Alto, w której uratowano jej życie.

Azazel traktował ją z mieszaniną nieufności i przesadnej troski, co było nad wyraz irytujące. Chciała, żeby sprawy wróciły do dawnego stanu, ale diabeł z jakiejś nieznanej przyczyny zamienił się w skrzyżowanie kwoki z inkwizytorem.

Stanęła pod prysznicem i puściła lodowatą wodę, od której zaparło jej dech. Pójdzie do tego cholernego lekarza i wreszcie się dowie, czy jej podejrzenia są prawdą. Może wtedy wszystkie elementy jej rzeczywistości wskoczą wreszcie na swoje miejsce i świat znów stanie się normalny.

Kiedy po wielu godzinach Azazel wrócił do domu, Duszyczka siedziała w salonie, wpatrując się w wygaszony kominek. Diabeł rozejrzał się dookoła i dostrzegł swoją kobietę skuloną w półmroku na kanapie. Zapalił światło.

– A ty, co tak po ciemku? Felicja! – zawołał, otwierając drzwi do holu. – Proszę napalić w kominku.

– Nie! – zaprotestowała Duszyczka, wstając szybko. – Od tego się mogą zrobić takie brzydkie, czerwone plamy. Moja babcia tak mówiła… że jak kobieta się wpatruje w ogień, to wtedy może… a nie daj Boże na twarzy… taki przesąd, ale nie chcę ryzykować – plątała się.

– Co ty mówisz? Jakie plamy? Od tysięcy lat patrzę w ogień i czy ja mam jakieś plamy? I nie wzywaj przy mnie Najwyższej Hierarchii – nastroszył się diabeł.

– Bo nie miałeś matki – powiedziała autorytatywnie, jakby to miało mu wszystko wyjaśnić.

Azazel popatrzył na nią z większą troską. Stan umysłu jego kobiety pozostawiał jednak co nieco do życzenia i postanowił szybko zabrać ją na ziemię, zanim jeszcze bardziej jej się pogorszy. Pobyt w piekle zawsze znosiła nie najlepiej, choć paradoksalnie właśnie tu najłatwiej było zapewnić jej bezpieczeństwo.

– Co ma posiadanie matki do plam na twarzy, czy gdzie tam jeszcze? Byłaś u lekarza? – spytał podchodząc do barku. Stał teraz tyłem do niej i nalewał sobie solidną porcję koniaku Mefista. Duszyczka poczekała, aż odwróci się przodem i skinęła głową.

– I co powiedział?

Diabeł wydawał jej się nieco roztargniony, jakby myślami był jeszcze w pracy. Podeszła bliżej i uniosła głowę, żeby widzieć jego minę, kiedy to powie.

– Jestem w ciąży – oświadczyła uroczyście.

Zaskoczył ją spokój we własnym głosie. Miała ochotę tańczyć i śpiewać, wykrzyczeć wszystkim swoją radość, rozwiesić w całych zaświatach ogromne plakaty obwieszczające jej szczęście wszem i wobec. Czekała kiedy Azazel porwie ją w objęcia i ze śmiechem zakręci wokoło, jednak na twarzy diabła odbiły się kolejno zaskoczenie, niewiara i wreszcie wściekłość. Zupełnie nie tego się spodziewała.

– Z kim? – ryknął, cofając się o krok.

Potrącona butelka spadła na dywan, tłukąc się rozlewając kosztowną zawartość.

– A jak myślisz, z kim? Przecież z tobą – krzyknęła. Oburzenie odbierało jej dech. – Ja się nie szlajam po jachtach z jakimiś blondynkami.

Azazel nie zwrócił nawet uwagi na przytyk, który miał go od razu ustawić na przegranej pozycji. Niemal przewiercał ją oczami płonącymi w wykrzywionej twarzy, marszcząc krzaczaste brwi. Jego wściekłość zdawała się materializować w powietrzu pomiędzy nimi.

– Diabły nie mogą mieć dzieci. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. Z kim jesteś w ciąży? – krzyczał i chyba było go słychać aż pod wulkanem.

– Z tobą! – nie pozostała mu dłużna. Cieszyła się z tego dziecka, siedziała w półmroku salonu, myśląc czy to będzie chłopiec czy dziewczynka i do kogo będzie podobne. Miała nadzieję, że do Azazela, z jego smolistymi oczami i drapieżnym uśmiechem. Snuła już dla niego plany na przyszłość, wymyślała zabawy, zastanawiała się, gdzie na ziemi będą mieszkać i do której szkoły je poślą.

Zanim zgodziła się zostać z nim w piekle na zawsze, diabeł uprzedził, że w jej beczce miodu będzie i łyżka dziegciu, bo nigdy nie doczekają się dzieci. Diabły nie mogą ich mieć z definicji. Diagnoza lekarza była więc i dla niej zaskoczeniem, ale myślała, że może złagodzono zakaz, albo po prostu jakoś to się stało. Może w niebie ktoś czegoś nie dopatrzył, bo lekceważenie obowiązków mogło się przydarzyć wszędzie, czy Gabriel im to załatwił w biurze Najwyższej Hierarchii.

Patrzyła teraz w oczy Azazela tak wściekłego, jakim nigdy go przedtem nie widziała i nie spodziewała się, że kiedykolwiek może zobaczyć i ogarniał ją gniew. Nie rozumiała, jak przyszły ojciec może tak reagować na wieść o potomku. Najwyraźniej nie znała go wystarczająco dobrze.

Nie odrywając od niej wzroku diabeł odstawił szklankę na stolik za sobą, zamachnął się i bez jednego słowa otwartą dłonią uderzył Duszyczkę w twarz. Cios był potężny. Próbując utrzymać się na nogach cofała się, rozpaczliwie machając rękami, żeby złapać równowagę, aż upadła w tył na miękką sofę. Azazel jednym skokiem znalazł się przy niej, kładąc ręce na oparciu z obu stron jej głowy i pochylając się tak nisko, że prawie jej dotykał. Była teraz zamknięta, jak w klatce, pozostawiona sam na sam z jego wściekłością.

Przez chwilę w grobowym milczeniu patrzyli sobie w oczy.

– Sama doskonale wiesz, że to nie moje dziecko. Z kim spałaś? – spytał wreszcie chrapliwym głosem.

– Z tobą – szepnęła, choć chciała to wykrzyczeć. Cała jej odwaga gdzieś zniknęła. Potworny ból rozsadzał czaszkę i sprawiał, że łzy same płynęły z oczu, a szok nie pozwalał jasno myśleć. Chciała dotknąć dłonią policzka, żeby sprawdzić, czy go jeszcze ma, ale oparty nad nią Azazel uniemożliwiał jakikolwiek ruch.

– Myślałem, że jesteś inna, uczciwsza od reszty, że po tysiącleciach znalazłem wreszcie właściwą kobietę. A ty jesteś po prostu kolejną małą puszczalską, jak wszystkie przed tobą.

– Mefisto! – zawołała Duszyczka z rozpaczą.

– On ci w niczym nie pomoże. Powiedz, z kim spałaś, bo i tak wytłukę z ciebie prawdę!

– Z tobą – szepnęła tak cicho, że sama ledwie się słyszała. Miała coraz większy problem, żeby cokolwiek powiedzieć. Ból szczęki zdawał się rozrywać jej twarz.

Azazel zamachnął się ponownie. Duszyczka skuliła się na kanapie nie mogąc ani uciec, ani uprzedzić uderzenia. Bała się, że nie przeżyje następnego ciosu i otoczyła rękami brzuch, starając się go chronić. Fakt, że diabeł może jej rozbić głowę, zdawał się drugorzędny. Azazel zawahał się na sekundę, widząc reakcję, której nie oczekiwał i która, jako mężczyźnie, nie przyszłaby mu nawet do głowy.

Drzwi do salonu otworzyły się gwałtownie i Mefisto wpadł do środka, spodziewając się katastrofy. Zatrzymał się na sekundę, jakby nie ogarniał sytuacji i potrzebował chwili, żeby zrozumieć, co widzi. Pochylony Azazel zamarł z podniesioną do uderzenia ręką, a na kanapie kuliła się Duszyczka, której twarz nosiła wyraźny, czerwony ślad odbitej dłoni i nawet zaczęła już puchnąć.

Mefisto skoczył do przodu, łapiąc Azazela za ręce i odciągając w bok, byle dalej od na wpół leżącej dziewczyny.

– Straciłeś rozum? – wysyczał.

– Jest w ciąży. – Azazel patrzył na nią z mieszaniną rozpaczy i nienawiści.

– Z kim?

Duszyczka poczuła, że pod nogami otwiera jej się przepaść.

– Mefistofelesie… – zaczęła i urwała. W przeciągającej się ciszy obaj mężczyźni wpatrywali się w nią intensywnie, czekając na rozwiązanie nurtującej ich zagadki. Skoro nie Azazel, to kto jest sprawcą?

Chrząknęła, przełykając łzy i zaczęła jeszcze raz.

– Mówiłeś kiedyś, że jesteś moim przyjacielem.

Mefisto kiwnął głową. Gdyby nim nie był, nie wpadłby tu jak szalony, czując jej wezwanie i rozumiejąc, że sprawy stoją bardzo źle. Nie pomylił się.

– Mam do ciebie wielką prośbę. Czy możesz wejść w moje myśli i powiedzieć Azazelowi, z kim spałam przez ostatnie, powiedzmy cztery miesiące?

– To ty nie wiesz, kim on jest? – ryknął Azazel, próbując się wyzwolić z żelaznego uścisku.

– Wiem, ale chcę, żebyś to usłyszał od kogoś innego – powiedziała.

– Nawet nie masz na tyle odwagi, żeby sama się przyznać – rzucił pogardliwie.

Duszyczka wzruszyła jednym ramieniem. Ból zaczynał się rozprzestrzeniać z twarzy w dół na resztę ciała i każdy ruch lewą ręką stanowił coraz większy wysiłek. Mefisto patrzył w napięciu to na jedno, to na drugie z nich.

– Jesteś pewna, że tego chcesz?

– Tak, bardzo cię proszę.

– A ty? – spojrzał na Azazela. – Zdajesz sobie sprawę, że będę teraz świadkiem tego, co wy dwoje robiliście w łóżku przez te cztery miesiące? Zgadzasz się, żebym to zobaczył?

– Skoro ta mała dziwka się zgadza, to ja też.

Gdyby świat Duszyczki nie zawalił się z hukiem chwilę wcześniej, na pewno runąłby teraz. Czuła łzy płynące po policzkach z bólu i upokorzenia. To miał być taki piękny dzień, a teraz siedziała na sofie żegnając się ze swoim dotychczasowym życiem i z miłością, która była jego treścią i miała trwać wiecznie.

– Usiądź spokojnie i zamknij oczy. Nie ruszaj się i nie odzywaj, póki nie skończę.

– Dlaczego?

– Pamiętasz jak wszedłem do twojego umysłu, gdy uciekałaś, próbując ratować Bazylego? Wtedy sprawdzałem tylko jedną myśl, a teraz muszę przeczesać cztery miesiące z twojej pamięci. Będziesz miała wrażenie, że mózg rozpada ci się na kawałki, bo faktycznie tak będzie. Potem poukładam wszystko powrotem, ale muszę mieć spokój, żeby nic nie poprzestawiać. To niebezpieczna operacja i musisz mieć tego świadomość. Czy nadal chcesz, żebym wszedł w twoje myśli?

– Będę wdzięczna.

Było jej wszystko jedno, co się z nią stanie i czy zwariuje od tego, czy nie. Jej życie straciło sens. Dzielnie próbowała się uśmiechnąć, ale opuchlizna sprawiła, że podniósł się tylko jeden kącik ust, nadając jej twarzy drwiący wyraz. Azazel wpatrywał się w nią intensywnie i wyglądał, jakby miał ochotę splunąć.

– Zamknij oczy. Im mniej bodźców, tym lepiej. – Mefisto usiadł obok Duszyczki na sofie, biorąc ją za rękę. – Zaczynamy?

Leciutko kiwnęła głową, walcząc z bólem. W tej samej chwili jej umysł rozsypał się, jak klocki roztrącone przez psotne dziecko. Myśli wirowały bezładnie, a na powierzchnię wypływały jakieś rozmazane obrazy i znikały, zanim zdołała je zidentyfikować. Co jakiś czas wyraźnie ukazywała jej się scena miłości z Azazelem. Do tej pory lubiła je wspominać i zawsze wtedy czuła przyjemne motylki w żołądku. Teraz sprawiały niemal fizyczny ból. Jęknęła w proteście, ale Mefisto łagodnie poklepał ją po dłoni, mrucząc coś uspokajająco. Karuzela w jej głowie zdawała się trwać w nieskończoność, aż wreszcie zatrzymała się i świat zaczął wracać na swoje miejsce.

– Skończyłem. Możesz otworzyć oczy.

Duszyczka starała się to zrobić, ale próba skończyła się częściowym niepowodzeniem. Lewa połowa twarzy spuchła jej tak bardzo, że mogła patrzeć tylko jednym okiem. Znów poczuła mdłości i chwiejnie podniosła się z sofy.

– Niedobrze mi. Muszę iść do łazienki. – Miała wrażenie, że jej własny głos dochodzi gdzieś z bardzo daleka.

– Nie chcesz patrzeć mi w oczy, kiedy usłyszę prawdę? – spytał Azazel. – Nie jesteś ciekawa, co Mefisto mi powie?

Duszyczka zatrzymała się w pół drogi i odwróciła w stronę Mefistofelesa.

– Mam nadzieję, że powiesz mu prawdę.

Nie była w stanie wymówić imienia Azazela.

– Przysięgam na piekło i Belzebuba, że powiem mu prawdę, chociaż nic z tego nie rozumiem – mruknął Mefisto. – Ale czy on mi uwierzy, to inna sprawa.

– Dziękuję ci, Mefistofelesie. Jak zawsze jesteś dobrym przyjacielem.

Usta Azazela zacisnęły się w pełną dezaprobaty kreskę.

Nie zwracając na niego uwagi, Duszyczka odwróciła się na pięcie i na uginających się nogach wyszła do holu. Był pusty i jak zwykle pogrążony w czerwonawym blasku wulkanu, wpadającym przez wysokie, podłużne okna. Podeszła do drzwi wejściowych i zawahała się. Potem zdecydowanym gestem sięgnęła do szyi i rozpięła naszyjnik z różowych brylantów – pierwszy prezent od Azazela. Odkąd go dostała, miała go zawsze przy sobie, nawet jeżeli nie na szyi, to na kostce lub chociażby w kieszeni. Traktowała go tak, jak kobiety zazwyczaj odnoszą się do ślubnej obrączki. Nie rozstawała się z nim nigdy i jako jedyną biżuterię zabrała ze sobą, kiedy uciekała na Wysypisko. Był widomym symbolem ich związku i przypominał jej o miłości. Delikatnie pogłaskała brylanty czubkami palców.

– Żegnajcie. Nie mogę was zabrać. Nie jestem już kobietą Azazela.

Rzuciła naszyjnik na marmurowy stolik przy drzwiach i przeszła przez próg. Brylanty ześlizgnęły się z gładkiego blatu i spadły na podłogę.

Duszyczka wyszła na dziedziniec i po raz ostatni rozejrzała się po swoim dotychczasowym świecie, który trwał, pozornie zupełnie niezmieniony. W poświacie wulkanu wszystko wydawało się lekko różowe i nawet żółtawe latarnie na ogrodzeniu nie były w stanie tego zmienić. Sztuczne rośliny ustawione w kompletnej katastrofie zwanej szumnie ogrodem będą od dziś cieszyły inne oczy. Przed zamkniętą, żelazną bramą stało kilka samochodów, a obok ziewał znudzony strażnik z karabinem na ramieniu.

– Otwieraj – rzuciła przez ramię, poświęcając diabłu akurat tyle uwagi, co pyłkowi na rękawie. W obecnym stanie ducha nawet całe piekło nie byłoby w stanie jej zatrzymać. Ostrożnie starła łzy z policzków, podeszła do wielkiej czarnej terenówki Azazela, wsiadła i odruchowo zapięła pasy.

Strażnik wahał się zaledwie przez sekundę. Azazel uprzedzał ich tego dnia, żeby przygotować dla pani samochód. Było oczywiste, że, jak zawsze, weźmie limuzynę z kierowcą. Na terenówkę szefa nie zwracała wcześniej uwagi, ale widać zmieniła zdanie. Znał kobiety władców piekła i już dawno zauważył, że w przytłaczającej większości były aroganckie, zepsute i wredne, a nawet jeśli na początku nie były, to wchodziły w rolę szybko i gładko. Ta zapewne nie stanowiła wyjątku i nie zamierzał ściągać sobie na głowę kłopotów. W sumie, co za różnica, czym ta suka będzie jechać? Bez słowa protestu sięgnął do pilota i żelazne skrzydła bramy zaczęły się rozsuwać.

Świat zewnętrzny otworzył się przed Duszyczką, która ruszyła ostro, naśladując styl jazdy Azazela. Im dłużej diabli będą sądzili, że to on gna przez piekło, jak zwykle z zawrotną prędkością i nie poświęcając nikomu uwagi, tym dla niej lepiej. Włączyła długie światła i dodała gazu, a mijani po drodze skazańcy i diabły pierzchali na boki.

Nie wiedziała, dokąd chce dojechać. Nie miała żadnego planu na dalsze życie i było jej obojętne, co się wydarzy. Chciała się przede wszystkim oddalić z miejsca, w którym spotkało ją największe zło, jakiego mogła się spodziewać. Mając przed sobą najbardziej pierwotny wybór między walką, a ucieczką, decydujący o przetrwaniu milionów istot, które żyły przed nią, wybrała ucieczkę, jako opcję w obecnej sytuacji bezpieczniejszą. Nad tym, co chce robić później, nie zastanawiała się zupełnie, byle mogła wraz z dzieckiem schronić się gdziekolwiek przed niepojętą wściekłością Azazela.

Straciła poczucie czasu. Jechała prosto, dalej i dalej. Droga, początkowo równa i dobrze utrzymana zaczęła się pogarszać w miarę zbliżania się do peryferii. Pojawiły się w niej dziury, a z czasem asfalt został zastąpiony zwykłym brukiem. Duszyczka jednak nawet nie próbowała zwolnić.

W pełnym pędzie wjechała na szczyt niewielkiego pagórka. Tuż za nim w jezdni ziała spora wyrwa. Zobaczyła ją w ostatniej chwili, bo zapuchnięte oko, które nie chciało się otwierać sprawiło, że widziała wszystko płasko i miała problemy z oceną odległości. Na równej gładkiej drodze w centrum nie stanowiło to większego problemu, tym bardziej, że i tak wszyscy uciekali jej z drogi. Teraz ostro zahamowała, jednocześnie skręcając kierownicę, ale spóźniła się o ułamek sekundy.

Samochód gwałtownie szarpnął, gdy przednie koło wpadło w głęboką dziurę, a potem przechylił się na bok i upadł, by wreszcie przekoziołkować na dach i zjechać w dół po stoku. Duszyczka słyszała własny krzyk pośród zgrzytu i chrzęstu gniecionego metalu. W końcu fontanny pryskających na boki iskier zgasły, wirujący świat zatrzymał się, a ona wisiała do góry nogami w rozbitym aucie, zastanawiając się, czy jeszcze żyje.

Wokół panowała cisza. Nikt nie biegł z krzykiem w jej stronę i żadna diabelska twarz nie ukazała się w rozbitym oknie. W przypływie paniki odpięła pasy i z wysiłkiem wyczołgała się na zewnątrz. Za wszelką cenę chciała się wydostać, przekonana, że za chwilę auto wybuchnie. W filmach akcji zawsze tak było. Pełzła, zdzierając sobie łokcie i kolana, byle dalej, nie zważając na elegancką sukienkę, coraz bardziej brudną i podartą. Kiedy wreszcie uznała, że oddaliła się wystarczająco, usiadła i rozejrzała się dookoła w krwistym półmroku.

Samochód zsunął się w zagłębienie terenu, potłuczone światła zgasły i z drogi z trudem można go było wypatrzyć, chyba, że ktoś wiedział, czego szuka. Przez jakiś czas na pewno nikt go nie zauważy, tym bardziej, że miejsce nie było nadmiernie uczęszczane.

Duszyczka siedziała, próbując zebrać siły, ale nie była w stanie podnieść się na nogi. Przyjrzała się sobie w poszukiwaniu plam krwi, poruszała stopami i dłońmi, sprawdzając czy nie są złamane i wreszcie wzięła głęboki oddech. Wydawało się, że oprócz siniaków i lekko krwawiących otarć nie odniosła poważniejszych obrażeń. Postanowiła posiedzieć chwilę na tym odludziu i odpocząć, bo nie wiedziała jak długo jeszcze przyjdzie jej iść. Miała nadzieję, że jej poszukiwania nie zaczną się szybko, o ile w ogóle.

Objęła rękami brzuch i oparła się o jeden z rozrzuconych gdzieniegdzie głazów, gdy doleciał do niej okropny smród. Podniosła głowę i czym prędzej zamknęła jedyne sprawne oko. W mroku jarzyło się kilkanaście żółtych ślepi. Wokół niej ciasnym kręgiem tłoczyły się ghule – śmiercionośne demony pustyni. Kiedyś uratowała przed zagładą z rąk Władcy piekła sześć ostatnich, zaklętych w złote kamienie. Nosiła je wtedy po kieszeniach i w staniku, myła je i spała z nimi na jednym posłaniu, czego nikt od zarania świata dla nich nie robił. One z kolei wybawiły ją od zemsty Belzebuba, wybierając właśnie ją na swoją panią. Niepojęta dla całego piekła przyjaźń trwała do tej pory i Duszyczka była jedyną istotą, która ze śmiechem bawiła się z nimi, jakby to były szczeniaki. Diabły bały się ich i unikały jak ognia, bo najlżejsze zadraśnięcie skóry przez paskudne żółte kły raz na zawsze zmieniały nieszczęśnika w demona. Ghule wyczuwały cudzy strach, co wyzwalało w nich agresję i koło się zamykało.

– Moje pieski – szepnęła. – Moje kochane pieski. – Wyciągnęła do nich ręce.

Przewodnik stada, całkowicie pozbawiony nawet właściwej ghulom namiastki ogona, utraconej zapewne w jakiejś walce o prymat, przysunął się i powoli polizał ją po twarzy, tam, gdzie trafiła ręka Azazela. Ku zdziwieniu Duszyczki, ból się zmniejszył. Objęła ghula ramionami, przytuliła policzek do śmierdzącej sierści i rozpłakała się głośno.

Mefistofeles podszedł do barku i bez pytania nalał sobie solidną porcję koktajlu Mołotowa. Uniósł szklaneczkę w górę i poprzez szkło patrzył na Azazela.

– Mów wreszcie. Z kim spała? – warknął Azazel, nie mogąc znieść czekania. – Muszę wiedzieć, kto to jest, a potem zrobię z nim porządek.

– Nie zrobisz – Mefisto uśmiechnął się drwiąco i pociągnął łyk ze szklanki.

– Założysz się?

– Chętnie – przytaknął energicznie. – Otóż twoja kobieta, o ile jeszcze się za taką uważa, spała z tobą i tylko z tobą.

– Nie kłam! – krzyknął Azazel. Mefisto nie był zaskoczony, słysząc w jego głosie nie tylko ból, ale i nadzieję.

– Nie kłamię. Przysięgłem jej na piekło i Władcę, że powiem prawdę i mówię, co zobaczyłem. Jedyne sceny, nazwijmy to romantyczne, były z tobą w roli głównej. Też tego nie rozumiem, ale dziecko jest twoje.

– Czy ten twój wariograf można jakoś oszukać?

– W żaden sposób.

Azazel zmarszczył brwi, czując nieśmiałą nadzieję, a jednocześnie bojąc się dopuścić ją do głosu. Przerażenie tym, co zrobił zdawało się materializować i chichotać mu za plecami.

– Nie wierzę w niepokalane poczęcia.

– I słusznie. Ludzkość zna tylko jeden taki przypadek i nic nie wskazuje, żeby miał się powtórzyć.

– Chodźmy pogadać z tym lekarzem.

Mefisto skinął głową i dopił swój koktajl. Chwilę później po obu mężczyznach pozostał tylko niknący pośrodku salonu wir powietrza.

Kiedy Duszyczka wreszcie przestała płakać w psią sierść, poczuła się troszkę lepiej. Policzek bolał ją mniej, a żal za utraconą miłością znalazł przynajmniej chwilowe ujście w łzach. Otarła policzki i odsunęła się od przewodnika stada, który podczas jej wybuchu rozpaczy stał nieruchomo, jakby wszystko pojmował i wiedział czego dziewczyna od niego oczekuje. Rozejrzała się wokół jeszcze nie całkiem przytomnie. Ghule otaczały ją ciasnym kręgiem i gdy zrozumiała, co widzi, gwałtownie zerwała się na nogi.

– Ile was jest? Przecież… – urwała, licząc wpatrzone w nią bestie. – Było was sześć, a teraz… – Znów próbowała zorientować się ile ich jest, ale nie umiała skoncentrować wzroku. Z pewnością co najmniej drugie tyle demonów wpatrywało się w nią fosforyzującymi, żółtymi oczami.

– Pamiętaj, żeby się nie bać – powiedziała do siebie, z trudem przełykając ślinę. – Nie ma czego. To tylko psy. W końcu, co mogą ci jeszcze zrobić złego, czego nie zrobił Azazel?

Na wszelki wypadek podniosła z ziemi kamień i odwróciła się do przewodnika stada.

– Zaprowadź mnie do granicy – powiedziała, starając się brzmieć władczo. – Muszę stąd wyjść. Nie zostanę w tym cholernym piekle ani minuty dłużej, niż muszę. Pilnujcie, żeby nikt do mnie nie podszedł, a jakby się znalazł jakiś bohater, to jeśli o mnie chodzi, możecie go sobie nawet zjeść.

Nie wiedziała, co chce dalej zrobić, ale wydawało jej się najistotniejsze, by jak najszybciej uciec poza zasięg długich rąk Azazela i zapewnić dziecku bezpieczeństwo. Potem coś wymyśli. Zrobiła krok w stronę drogi.

W kompletnej ciszy, sześć ghuli ustawiło się wokół niej w luźny krąg, ale pozostałe ani drgnęły tylko otworzyły pyski, prezentując długie kły. Ślina kapała im na ziemię. Duszyczka spojrzała na przewodnika stada, dziwiąc się, że toleruje taką niesubordynację, ale ten tylko patrzył wyczekująco.

– Chcesz powiedzieć, że sama mam na to zapracować? Dobrze. Skoro tak musi być…

Spojrzała na najbliżej stojącego psa, który obnażył kły.

– Jak się będziesz tak szczerzył, to w końcu ktoś ci da w zęby – powiedziała nieżyczliwie i rzuciła trzymanym w ręce kamieniem.

Z tej odległości nie sposób było chybić, nawet jeśli celowało się patrząc tylko jednym okiem. Kamień odbił się od skołtunionej sierści i upadł na skałę z metalicznym brzękiem, ale Duszyczka nie poświęciła mu uwagi. Natychmiast schyliła się po dwa kolejne i rzuciła je raz za razem. Trafiony nimi ghul niechętnie cofnął się o krok, a widząc, że dziewczyna znów się schyliła, odszedł i dołączył do kręgu. Pozostałe tkwiły bez ruchu.

Obolała i zmęczona Duszyczka czuła rosnącą irytację spowodowaną koniecznością walki i zbyteczną, w jej opinii, zwłoką. Nie myśląc o swoim bezpieczeństwie i tym, że ghule z łatwością mogły ją roznieść na strzępy, tłukła je z regularnością dobrze utrzymanego kałasznikowa. Przy każdym kolejnym rzucie miała nadzieję, że to już ostatni kamień, ale nowe ghule z ociąganiem i dopiero po kilku trafieniach uznawały jej przywództwo i dołączały do kręgu. Ostatni, widząc swoje osamotnienie, nie zamierzał prezentować światu swojego bohaterstwa, tylko z podkuloną namiastką ogona uciekł i schował się za resztą.

Duszyczka była umordowana i wściekła. Usiadła ciężko na kamieniach, dysząc z wysiłku i starając się zebrać siły do dalszej drogi. Czuła się słaba i chora, a mdłości znów powróciły, sprawiając, że mimo bólu zacisnęły się jej szczęki.

– Głupie kundle, czy to nie mogło poczekać? Dlaczego akurat teraz muszę wam pokazywać kto tu rządzi i że to ja jestem samcem alfa? – Rozejrzała się wokół i wzruszyła ramionami. – Nie mam nawet siły i ochoty, żeby zabrać całe to złoto ze sobą. Na co mi ono? Niech się ktoś ucieszy.

Kiedy człowiek pokonał ghula w walce wręcz, przedmiot, którym go dotknął zamieniał się w złoto i teren wokół Duszyczki był zasłany złotymi kamieniami. Chętnie oddałaby całe skarby tego świata za trochę zimnej wody. Żołądek znów zwinął jej się w kulkę i oddychała głęboko, starając się go uspokoić.

Demony powoli ruszyły w górę po stoku, nosami ponaglając dziewczynę do podjęcia wędrówki. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że w wypadku zgubiła buty. Może eleganckie pantofelki na obcasikach nie stanowiły wymarzonego obuwia do wędrówki przez piekło, ale byłyby lepsze niż nic. Obejrzała się przez ramię i machnęła ręką. Przeszukiwanie kamienistego pagórka w gęstym półmroku byłoby pracą z góry skazaną na porażkę. Trudno, będzie musiała dać sobie radę tak, jak jest. Kiedy wyjdzie na drogę z pewnością będzie łatwiej – pocieszała się, ostrożnie stawiając stopy na kamieniach.

Eskenezer siedział w koszarach Azazela, pogrążony w papierkowej robocie. Coraz bardziej rozdęta biurokracja doprowadzała go do szału, a konieczność poprawnego sporządzenia raportów sprawiała, że był gotów zabić każdego, kto mu w tym przeszkadzał. Z tego też powodu informacja o wędrującej po piekle Duszyczce dotarła do niego ze sporym opóźnieniem i tylko dlatego, że sam Azazel nie odbierał telefonów, a jego prywatny sekretarz Neferes, powszechnie zwany Dupkiem, siedzący na ciepłej posadce w rezydencji, jak zwykle nie umiał nic załatwić.

Diabeł, który przyniósł dyżurnemu dyspozytorowi tę wiadomość okręcił się na pięcie i zniknął w korytarzu, zostawiając go sam na sam z trudną decyzją. Dyżurny nie wierzył w to, co usłyszał i bał się zwracać do Eskenezera z niepotwierdzoną bzdurą. Niby czemu taka kobieta miałaby iść piechotą i na dokładkę bez eskorty? Dłuższą chwilę kręcił się na krześle, co raz podskakując jak na rozżarzonych węglach. Cokolwiek zrobi, może się okazać zgubne. Telefon od jednego z podwładnych raportującego, że kobieta Azazela faktycznie idzie sama przez piekło i co gorsza sprawia wrażenie, jakby ktoś ją ciut uszkodził, pomógł mu się zdecydować. Energicznie zapukał do drzwi wszedł, nie czekając na krzyk protestu.

Eskenezer podniósł umęczony wzrok znad papierów.

– Jeśli to nie jest naprawdę ważne, to jeszcze dziś wisisz pod wulkanem – zaczął, ale dyspozytor nie dał mu skończyć. Wystrzeliwał z siebie słowa jak karabin maszynowy, byle prędzej, zanim rozjuszony szef czymś go zdzieli.

– Od dawna o tym wiesz? – Eskenezer już okrążył biurko i zmierzał do drzwi.

– Usłyszałem przed chwilą – nagiął nieco prawdę dyspozytor.

– Gdzie jest?

– Ostatnio widziano ją na drodze dwadzieścia siedem i wyglądało, że idzie w stronę granicy. Chyba są z nią ghule – zawołał, ale za szefem został tylko wir powietrza, kręcący kurzem i śmieciami z podłogi. Dyspozytor wrócił do siebie, ze schowka na szczotki wyciągnął wiecznie zastrachaną sprzątaczkę i uderzeniem w plecy skierował ją do gabinetu.

– Masz kwadrans, żeby sprzątnąć – zawołał, choć wiedział, że to dużo za mało. Zaśmiał się z zadowoleniem. Jeżeli kobieta nie zdąży, a to pewne, będzie pretekst, żeby ją ukarać.

Azazel stał przed kontuarem recepcji w klinice, do której sam posłał Duszyczkę. Nigdy wcześniej tu nie był, bo nadzór nad takimi miejscami w czyśćcu nie należał do jego obowiązków. Teraz chciał szybko odnaleźć lekarza, który rozpoznał ciążę u jego kobiety. Musiał poznać prawdę, jakakolwiek by nie była, a jednocześnie się tego bał.

– Kilka godzin temu była tu pewna kobieta imieniem Duszyczka. U którego lekarza?

Pielęgniarka zajęta wypisywaniem jakichś papierów nawet nie podniosła głowy.

– Nie udzielamy tego typu informacji osobom postronnym – odpowiedziała sucho, aroganckim tonem człowieka, który lubi swoją porcję władzy.

Oczy Azazela zwęziły się niebezpiecznie. Przechylił się, chwycił za klapy uniformu i jednym szarpnięciem przerzucił kobietę na swoją stronę kontuaru.

– Od kiedy jestem postronny w moim własnym piekle? – wycedził lodowato.

Pielęgniarka patrzyła teraz na niego rozszerzonymi przerażeniem oczami i przeklinała w duchu swoją głupotę. Każdy wiedział, jak wyglądają te najbardziej niebezpieczne diabły, zwane książętami. Dysponowali nieograniczoną władzą i mogli zrobić wszystko, cokolwiek im przyszło do tych podłych, rogatych łbów, a ona, kompletna idiotka, nawet nie spojrzała, kto pyta. Blada, jak świeżo wyprane szpitalne prześcieradła, jąkając się, bełkotała jakieś nieskładne przeprosiny i próbowała zapewniać, że zaraz zadzwoni po doktora, ale Mefisto zręcznie przeskoczył kontuar i ze złowrogim uśmiechem wyrwał sznur z gniazdka.

– Nie chcemy, żebyś go uprzedziła. Zaprowadzisz nas.

Samochód leżał do góry kołami, jak martwy żuk, ukazując światu brudne od kurzu podwozie. Eskenezer patrzył na trupa ulubionej terenówki Azazela i czuł w żołądku mdlący strach. Strącając kamienie, szybkim krokiem zbiegł po stoku w stronę auta i zajrzał przez rozbitą szybę. Z ulgą zauważył, że w środku nie było ani żywej Duszyczki, ani jej zmasakrowanego w wypadku ciała. Nie zauważył też żadnych plam krwi, co i tak go nie uspokoiło. Obrażenia wewnętrzne mogą być dla człowieka groźniejsze, niż otwarte rany.

Rozejrzał się pobieżnie dookoła, ale na kamienistej powierzchni nie zostały żadne ślady, tylko obok wraku leżał damski but na niewielkim obcasie. Nie wiedząc właściwie po co, Eskenezer schował go do kieszeni i pociągnął nosem.

Przez zapach wyciekającej na kamienie benzyny przebijał się trupi odór i diabeł w jednej chwili zrozumiał nowe niebezpieczeństwo. Ghule! Duszyczka podejdzie do nich z ufnością, ale jej władzę nad sobą bez szemrania uznawało tylko te sześć, które uratowała, a przecież stado zwiększyło się ostatnio. Nie wiedział jak bardzo. Czy sześć wiernych demonów będzie na tyle silne, by narzucić swoją wolę pozostałym? Jeżeli kobieta, którą kochał do szaleństwa, choć nie było mu wolno, zostanie zamieniona w demona pustyni, jemu nie zostanie nic innego, jak też dać się ugryźć.

Gnany niepokojem ruszył w stronę granicy, ale zaledwie po kilkunastu krokach zauważył na stoku sporo złotych kamieni leżących wokół dużego głazu. Wyglądało, że Duszyczka stoczyła tu poważną walkę o prymat, ale nic nie sugerowało, z jakim skutkiem. Nie uspokoiło go to ani trochę.

Duszyczka szła na tyle szybko, na ile było to możliwe na niezbyt dobrze utrzymanej piekielnej drodze. Nierówny bruk przez stulecia wygładziły tysiące stóp skazańców i diablich buciorów, dzięki czemu dawało się po nim iść boso. Niektórych kamieni brakowało i czasami boleśnie uderzała się w palce, kiedy zahaczała o wystające nierówności albo wpadała w dziurę.

Prowadzona przez ghule, szła z pochyloną głową nie rozglądając się na boki. Wiedziała, że zostanie doprowadzona dokładnie w to miejsce, w które chciała i że nikt, no może poza samym Belzebubem, nie będzie w stanie jej zatrzymać. Widziała tylko własne bose stopy, pojawiające się na zmianę w jej ograniczonym polu widzenia. Lewa, prawa i znów lewa…

Próbowała liczyć kroki, żeby zająć czymś umysł, ale myliła się za każdym potknięciem, aż w końcu dała sobie spokój. Świadomość wyłączyła się całkowicie i Duszyczka szła jak automat, coraz bardziej forsownym marszem, w miarę zbliżania się ku granicy. Niezmordowane ghule bezszelestnie truchtały przy niej w luźnym kręgu, sprawiając, że przypadkowo spotykane diabły czym prędzej znikały w ciemnościach. Kolejny dzień miał się zacząć dopiero za kilka godzin.

Eskenezer przeniósł się prosto do bramy piekła przy drodze numer dwadzieścia siedem i czekał. Skoro szła ku granicy, prędzej czy później będzie musiała tu dotrzeć. Bieganie po piekle i szukanie jej na oślep nie miało sensu. Jeżeli ghule poprowadziły ją jakimś skrótem, mogli łatwo się minąć, a tego by sobie nie wybaczył. Niepokój nie pozwalał mu stać spokojnie, więc chodził w poprzek drogi, czym mocno niepokoił strażnika. Pierwszy komandos Azazela czekający nie wiadomo na co nie wróżył nic dobrego dla szeregowych diabłów. Spodziewający się kłopotów strażnik nie był jednak w żaden sposób przygotowany na to, co miało za chwilę stać się jego udziałem.

Idąca z wyraźnym wysiłkiem Duszyczka, otoczona wianuszkiem śmierdzących, groźnych bestii ukazała się w końcu w pełnym blasku reflektorów zamontowanych przy bramie i wywołała skrajne reakcje. Strażnik dał nurka do swojej budki, skąd wyzierał ostrożnie, obserwując poczynania ghuli i mamrotał jakieś przekleństwa, czy może zaklęcia, mające odwrócić od niego nieszczęście. Eskenezer natomiast stanął jak zaczarowany i bez słowa wpatrywał się w Duszyczkę, która zdawała się nie zwracać najmniejszej uwagi na otoczenie. Szła ze wzrokiem wbitym w ziemię, obojętna na wszystko, jak w letargu, aż drogę zagrodziła jej zamknięta na głucho brama.

– Duszyczko… – zaczął Eskenezer, wstrząśnięty jej widokiem. Zapuchnięte oko i siniejący policzek nie mogły być obrażeniami z wypadku. Widział już wiele bitych kobiet i te ślady nie zostawiały wątpliwości – ktoś ją uderzył na odlew otwartą dłonią, pozostawiając wyraźne ślady palców. Nie mieściło mu się to w głowie. Kto, skoro pilnowały jej psy i odgoniłyby każdego napastnika? No, zapewne oprócz Belzebuba, ale gdyby on chciał uderzyć, nie ograniczyłby się do policzkowania.

– Nie