Nigdy, nigdy, nigdy - Linn Strømsborg - ebook + audiobook
BESTSELLER

Nigdy, nigdy, nigdy ebook i audiobook

Linn Strømsborg

4,3

239 osób interesuje się tą książką

Opis

„Mam trzydzieści pięć lat. Nie chcę mieć dzieci”.

Bohaterka powieści Linn Strømsborg nigdy nie chciała być matką. Z Philipem są w związku od ośmiu lat, ale od początku mieli jasność, że nie będą powiększać rodziny. Aż do teraz. Bo może Philip mimo wszystko chce być tatą?
Jej dwie najlepsze przyjaciółki spodziewają się pierwszych dzieci. Matka nieustannie dopomina się wnuków. Wszędzie czają się świeżo upieczeni rodzice z ich porodami, „maluszkami” i ciągłym brakiem czasu. A ona trwa przy swojej decyzji i powtarza, że nie zrobi tego nigdy.

Nigdy, nigdy, nigdy” jest powieścią o tym, dlaczego decydujemy się mieć lub nie mieć dzieci. To opowieść o wyborze innego życia niż to, którego się od nas oczekuje, i o jednoczesnym pragnieniu normalności. Na własnych zasadach.

Strømsborg za pośrednictwem relacji narratorki z matką, dziadkami czy partnerem – bada rolę macierzyństwa. Przygląda się też wnikliwie samym tym relacjom. Nostalgicznie pisze o dorastaniu i tym, jak zmieniają się przyjaźnie, gdy na świat przychodzi dziecko.
 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 238

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 18 min

Lektor: Anna Ryźlak

Oceny
4,3 (612 oceny)
324
191
69
23
5
Sortuj według:
Theemilya93

Nie oderwiesz się od lektury

Wzruszająca opowieść pokazująca, że nie ma jednej recepty na szczęście i że nie trzeba iść drogą wyznaczoną przez społeczeństwo, żeby czuć satysfakcję z życia. Każdy nasz wybór niesie konsekwencję.
192
ArkadiuszMann

Nie oderwiesz się od lektury

Naprawde dobra opowiesc z childfree w tle :)
100
orchidea90

Nie oderwiesz się od lektury

ekstra! dla takich lektur się żyje :)))
80
arhkym

Nie oderwiesz się od lektury

Totalnie potrzebowałam takiej książki.
50
ada0562

Nie oderwiesz się od lektury

Przepiękna!
40

Popularność




Karolina Drozdowska

Tłumaczka literacka i literaturoznawczyni. Przekładem z języka norweskiego zajmuje się od 2008 roku. Ma na koncie ponad dziewięćdziesiąt opublikowanych przekładów, tłumaczyła m.in. Larsa Myttinga (Płyń z tonącymi, Smak Słowa, 2016), Ninę Lykke (Nie, po prostu nie, Muza, 2018; Ostatnie stadium, Pauza, 2020), Helgę Flatland (Współczesna rodzina, Wydawnictwo Poznańskie, 2019), Johana Harstada (Gdzie się podziałeś, Buzzie Aldrinie?, Smak Słowa, 2019), Marie Aubert (Dorośli, Pauza, 2020) czy Klarę Hveberg (Marpress, 2021). Członkini Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury (od września 2020 jest sekretarzynią zarządu centralnego Stowarzyszenia) oraz Bałtyckiego Stowarzyszenia Tłumaczy. Laureatka norweskiej nagrody dla tłumaczy literackich Oversetterprisen za rok 2021. W 2014 roku obroniła rozprawę doktorską o teatrze epickim Jensa Bjørneboe, rok później została zatrudniona w Instytucie Skandynawistyki i Fennistyki UG. Jej zainteresowania naukowe obejmują m.in. najnowszą prozę norweską oraz teorię i praktykę przekładu. Uwielbia dydaktykę i swoich studentów. Mieszka w Gdyni.

MATKI

Moja babcia od strony mamy wyszła za mąż jako siedemnastolatka. Dorobili się z dziadkiem czworga dzieci, a teraz mieszkają w hiszpańskiej Altei. Są tam, odkąd pamiętam. Mama rzadko coś o nich mówi, ale od czasu do czasu dostajemy jakieś pocztówki, a na Boże Narodzenie i urodziny przychodzą paczki, które trzeba odbierać na poczcie. Babcia ma wytworne pismo z zawijasami, rozpoznaję je na kopertach i załączonych do prezentów bilecikach. Nie pisze nigdy nic poza „Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin” albo „Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku”. Wiem, że babcia maluje, a dziadek lubi czytać, ale poza tym nie mam o nich za bardzo pojęcia. Jako nastolatka zapragnęłam ich odwiedzić, pół roku suszyłam głowę rodzicom, ale oni zabronili mi jechać, mimo moich deklaracji, że sama opłacę podróż. Wtedy nie rozumiałam, że to babcia i dziadek nie chcą przyjmować gości: ani mnie, ani nikogo innego. Mają przyjaciół, ale nigdy nie lubili dzieci. Gdy byłam mała, spytałam mamę, czemu babcia i dziadek mają wnuki, skoro nie chcą się z nimi widywać. „Sama zachodzę w głowę, czemu w ogóle zostali rodzicami”, odparła cicho mama, dodając zaraz, już nieco głośniej, że babcia i dziadek mają siebie nawzajem i w zupełności im to wystarcza.

Moja druga babcia, ta od strony taty, pragnęła dzieci przez całe życie. Wyszła za mąż jako dziewiętnastolatka, przekonana, że urodzi ich pięcioro. Będą mieć wspólne pokoje, bo dziadków nie było jeszcze stać na większy dom, ale wszyscy będą się kochać i jakoś dadzą sobie radę. Dodatkowa sypialnia, którą babcia przygotowała na piętrze, wstawiając ściankę działową do salonu, stała jednak pusta przez wiele lat. Żadne dzieci się nie rodziły. Pokoik zaczął przeszkadzać, codziennie przypominał o dziecku, którego nie było. Babcia wypełniła go przedmiotami. Sprawiła sobie elegancki serwis na specjalne okazje, z którego nigdy nie korzystała. Kupowała bibeloty, które były zbyt kosztowne, by stać na widoku, nie mogły się przecież zniszczyć. Polerowała srebra i układała je w szufladach w pokoiku sąsiadującym z salonem. Pakowała ozdoby świąteczne do pieczołowicie opisanych pudeł. Dekorowała dom na Boże Narodzenie, Wielkanoc, wiosnę i zimę, choć mieszkała w nim sama z dziadkiem. Każdego lata wyjeżdżali razem na wakacje, zjechali cały kraj z przyczepą kempingową, pili kawę z termosu, pozowali przy śnieżnych zaspach wysoko w górach, w lejącym się z nieba ukropie, wędkowali bez większego powodzenia, opalali się na polach kempingowych, a otaczające ich rodziny tworzyły ścieżkę dźwiękową do ich wakacji. Bawiące się dzieci budziły babcię o poranku. Wstawała wtedy, robiła kawę, podawała dziadkowi jego kubek do łóżka, siadała na dworze i patrzyła, jak maluchy z sąsiedniej przyczepy grają w łapki.

– Powinniśmy mieć dzieci – mówiła do dziadka.

– Wiem – słyszała w odpowiedzi.

Mijały kolejne lata, a dzieci nie było. Babcia pogodziła się z myślą, że nigdy nie zostanie matką. Nie mogła z tym nic zrobić. Czuła wstyd, pozwalała się badać lekarzom, ale oni nie znajdowali żadnej przyczyny. Niektórym po prostu nie wychodzi, a ona była taką właśnie osobą. Mimo to dzieci z sąsiedztwa nazywały ją matką. Drzwi szeregowca, w którym mieszkała z dziadkiem przez piętnaście lat, zawsze stały otwarte, kuchnię wypełniały dzieciaki z okolicy. Wiedziały, że zawsze mogą tu przyjść, pogadać i dostać kromkę chleba ze słodkim syropem albo szklankę wody z kostkami lodu, a czasem nawet sok. Siedziały na krzesłach przy kuchennym stole, krzesła zawsze były cztery, mimo że babcia z dziadkiem mieszkali we dwójkę i rzadko zapraszali gości. Maluchy majtały nogami i żuły biały chleb, opowiadając babci, jak im minął dzień. Wolno im było zrywać bzy w ogrodzie i z czasem na trawniku pod kuchennym oknem powstała ścieżka wydeptana przez dzieciaki, które robiły sobie skrót przez ogród, zamiast chadzać naokoło domu.

A potem pojawił się tata.

Urodził się dwadzieścia lat i dwa tygodnie za późno, a mimo to przyszedł dokładnie na czas. Odtąd byli we troje, a pokoik sąsiadujący z salonem został uprzątnięty i umeblowany – najpierw stało w nim dziecięce łóżeczko, potem nieco większe łóżko, biurko, szafa, komoda. Nadal wyjeżdżali z przyczepą, pierwszego lata z noworodkiem, potem brzdącem, a w końcu – młodym chłopakiem, który łowił ryby z ojcem i czytał książki z matką, jeździli po Norwegii, z południa na północ i z powrotem, przetaczali się przez leśne drogi i tunele, odwiedzali krewnych i chwalili się chłopcem, który w końcu do nich przybył.

Gdy sama przyszłam na świat, nauczyłam się chadzać przez ogród ścieżką wydeptaną przez dzieciaki z sąsiedztwa. Nauczyłam się czytać na starym łóżku taty, w pokoju sąsiadującym z salonem. Po raz pierwszy użądliła mnie osa na schodach pod drzwiami, które wciąż stały otwarte. Przeszłam swoją pierwszą grypę w Wigilię i leżałam w łóżku babci, a wszyscy inni jedli wieczerzę i otwierali prezenty.

– Skąd wiedziałaś, że chcesz mieć dzieci? – spytałam kiedyś babcię, gdy siedziałyśmy w ogrodzie, pod krzewami bzów.

– Po prostu wiedziałam – odrzekła spod szerokiego ronda letniego kapelusza. Nasunęła go na sprężyste loki, lubiła robić sobie trwałą.

– Tylko skąd wiedzieć, że się wie?

– Nie mam pojęcia – odparła babcia. – Ale to było zupełnie tak jak wtedy, gdy spotkałam twojego dziadka. Po prostu wiedziałam, że to on. I po prostu wiedziałam, że chcę mieć dzieci. Dużo dzieci.

– Ale urodził się wam tylko tata?

– Owszem, i on był najwspanialszy – powiedziała. – Prawie tak wspaniały jak ty. – I chwyciła mnie za rękę, jej miękka, pomarszczona dłoń zacisnęła się na mojej: spalonej słońcem i wilgotnej od potu.

– Napijesz się jeszcze wody z sokiem?

– Tak, poproszę.

Mama miała dziewiętnaście lat, gdy mnie urodziła. Poznała tatę w liceum. Zaszli w ciążę zaraz po ostatnich egzaminach, tata zabrał mamę do swoich rodziców i powiedział, co się stało. Dziadek wstał i wyszedł, a babcia wzięła mamę za rękę i obiecała, że się nią zaopiekują. I mną też. Mama pracowała w ciąży jako sekretarka, codziennie jeździła autobusem do centrum, brzuch rósł pod jej ubraniami, a ja rosłam w tym brzuchu. Tata pracował jako kurier rowerowy, a gdy zadzwonili powiedzieć, że zaczęły się skurcze, on właśnie ruszał do Smestad z paczką, której nigdy nie dostarczył. Paczka pojechała z nim do szpitala, gdzie tata wpadł do poczekalni i kazał się prowadzić do mamy. Zemdlał chwilę przed moim przyjściem na świat, ale był już przytomny, gdy położyli mnie na piersi mamy i powiedzieli mu, że właśnie został tatą. Urodziłam się za dziesięć czwarta, miałam wszystkie palce u nóg i rąk, nos taty i oczy mamy. Babcia była pierwszą osobą, która odwiedziła nas w szpitalu. Dziergała na drutach ubranka, odkąd się dowiedziała, że przyjdę na świat, a dziadek wynajął dla moich rodziców mieszkanie i dał im klucz, gdy wypisano nas ze szpitala. Nie możecie już dłużej mieszkać w tej kawalerce, oświadczył, po czym otworzył drzwi i zaprosił tatę do środka.

Było to dwupokojowe mieszkanie na Tøyen, ze skosami i uszkodzonym oknem, ale starczyło w nim miejsca dla trzech osób, było blisko pracy mamy i pracy taty, którą znalazł po tym, jak rzucił posadę kuriera rowerowego, a od domu dziadków dzieliło nas tylko kilka przystanków metrem.

Nie pamiętam nic z tego mieszkania, bo wyprowadziliśmy się stamtąd, gdy miałam cztery lata, ale mama pokazała mi, gdzie się znajdowało. Mieszkam teraz jakieś dwieście metrów dalej i często patrzę w tamte okna, myśląc, że to tam, właśnie tam, żyłam sobie z rodzicami. Byli wtedy ledwie po dwudziestce, cały czas pracowali, by związać koniec z końcem, a ja urosłam z pięćdziesięciu jeden centymetrów do prawie metra. Dziadek zmarł zaledwie kilka lata po moim przyjściu na świat, tata siedział u niego w szpitalu codziennie, aż w końcu nie było już kogo odwiedzać. Pamiętam pogrzeb, była zima, a wszyscy mieli smutne twarze. Chcąc pocieszyć tatę, zrobiłam dla niego rysunek, który nadal wisi na ścianie u mamy. Tata zmarł, gdy miałam dwadzieścia lat, i nikt nie był w stanie zrobić dla mnie rysunku, który by ukoił moją żałobę. Nikt zresztą nie próbował.

Moja mama mieszka sama w domu, w którym dorastałam, i dzierga na drutach dziecięce ubranka, odkąd skończyłam dziewiętnaście lat.

Gdybym zaszła w ciążę w tym samym wieku co ona, miałabym teraz piętnastoletnie dziecko. To dziecko też może mieszkałoby przez pierwsze lata na Tøyen, miałoby babcię, która dzierga ubranka i jest na każde zawołanie, opowiada historie o tym, kim byłam jako dziecko – tak jak moja babcia opowiadała mi historie o tacie.

Gdy zostajesz matką, jesteś nią już do śmierci, mówi mama. Nigdy nie przestajesz być matką. Od dnia twoich narodzin do dnia mojej śmierci zawsze będę twoją mamą.

Mam trzydzieści pięć lat. Nie chcę mieć dzieci.

Pierwszy chłopak, który oświadczył, że chce mieć ze mną dziecko, wściekł się, słysząc o moich planach. Jesteś pewna? zapytał w pierwszej chwili. Owszem, odparłam. Ale przecież nie możesz tego wiedzieć na sto procent już teraz, wypalił, jesteś taka niedojrzała, krzyczał, nie wiesz, z czego chcesz zrezygnować, płakał. Rozstaliśmy się kilka miesięcy później. Tamtą kłótnię zakończyliśmy w ten sposób, że on mnie poprosił, abym to przemyślała, a ja się zgodziłam, ale potem myślałam już nad tym za bardzo. Wiedziałam, że nie chcę mieć dzieci. Ani z nim, ani z nikim innym, a zwłaszcza z sobą samą. Czasami, gdy spaceruję po okolicy, w której on mieszka, obawiam się, że na niego wpadnę. Mój były jest teraz tatą. Widzę oczyma duszy, jak idzie w moją stronę, pchając wózeczek z synem albo córką, jak mija mnie i w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, albo alternatywnie wyobrażam sobie, że chce przystanąć i porozmawiać, że uśmiechamy się do siebie, może obejmujemy, a ja zerkam na dziecko, bo tak się przecież robi, zerkam na dziecko i mówię: „och, jaki on słodki”, albo: „ależ on już duży”. To dziewczynka, poprawiłby mnie mój były. A potem byśmy sobie pomachali na do widzenia i poszlibyśmy dalej: ja – sama, on – z wózkiem, zadowolony. Pomyślałby sobie: ależ ona jest samotna. Pomyślałby: na pewno żałuje. Oraz: jak to dobrze, że z nią nie zostałem. A ja bym sobie o nim pomyślała, że wydaje się strasznie niewyspany, ale za to szczęśliwy.

I jesteś tak samo samotny jak ja, gdy leżysz w środku nocy i nie możesz spać. Tyle tylko, że ja leżę w ciszy.

Niewielu rzeczy jestem w życiu pewna. Cały czas zmieniam zdanie, zresztą tak jak wszyscy inni. Nie jestem tą samą osobą, którą byłam jako młoda dziewczyna, za dziesięć lat też będę kimś innym. Ale jedną rzecz wiedziałam na pewno, zawsze. Nie będę miała dzieci. Nigdy nie pragnęłam dzieci. I nie rozumiałam, czemu ludzie je mają.

To znaczy, pojmuję rzecz jasna, że to jedyny sposób na przedłużenie gatunku, że nie byłoby nas tutaj, gdyby nikt nie zachodził w ciążę i nie zakładał rodzin, w których ludzie opiekują się sobą nawzajem, że stado chroni swoich członków przed resztą świata. Rozumiem, że uprawiamy seks po to, by ludzkość przetrwała.

Widzę, że coraz więcej moich przyjaciół zostaje rodzicami, bo jesteśmy coraz starsi, a oni robią to, co powinni, czego się od nich oczekuje, lecz przede wszystkim: robią to, czego pragną. Poznają kogoś, zakochują się, zachodzą w ciążę, rodzą im się dzieci. Z singli robią się pary, a potem z par robią się trójki. Chodzi przecież o to, by było nas coraz więcej, nie chodzi o to, byśmy byli sami.

Całe życie czekałam, aż zmienię zdanie, aż pewnego dnia się obudzę i będę kimś innym niż dzień wcześniej, rok wcześniej i jako dziecko, nastolatka czy młoda dorosła. Czekałam, aż zacznę chcieć tego, co wszyscy inni. Ale ja nie chcę. Jest to dla mnie tak samo naturalne jak dla tych, którzy przez całe życie pragnęli dzieci. Czuję to samo, co oni, od najmłodszych lat – tyle że na odwrót.

Nie jestem niczyją mamą, nie pragnę zostać czyjąś mamą. Mam już dość roboty sama ze sobą. Od dnia, gdy przyszłam na świat, do chwili śmierci muszę żyć w swoim towarzystwie, i to mi zupełnie wystarczy.

Jest to coś, o czym nie rozmawiam z innymi. Coś, czego się wstydzę, czego unikam, urządzam długie werbalne spacery naokoło, by tylko ominąć ten temat w dyskusjach. Gdy moi przyjaciele zaczynają rozmawiać o dzieciach, zmieniam szybko temat. Nie chcę się z nimi kłócić, ani upierać przy swoim, bo może nagle obudzę się któregoś dnia i będę jedną z nich, zwyczajną kobietą po trzydziestce, która chce zajść w ciążę, chce założyć rodzinę, przesunąć granice własnego życia, ciała, serca, by zrobić w nim miejsce dla kogoś poza sobą samą. Wolno przecież zmienić zdanie.

Szukam bezdzietnych wzorów do naśladowania w popkulturze. Nie jest to takie proste, jak by się mogło wydawać. Jane Austen nie miała dzieci. Geoff Dyer nie ma dzieci. Stevie Nicks nie ma własnego potomstwa, ma za to pasierba. A Frances McDormand – adopcyjnego syna. Jeśli nawet istnieją jakieś książki czy filmy o kobietach, które świadomie zrezygnowały z dzieci, to ja ich nie widziałam ani nie czytałam.

Jeśli zejdziemy na seriale, to jako pierwsza przychodzi mi do głowy Samantha z Seksu w wielkim mieście. Druga na liście jest Carrie Bradshaw. Ale spośród bohaterek tego serialu najbardziej podziwiam Mirandę, którą cały czas targają ambiwalentne uczucia, w sezonie drugim diagnozują u niej leniwy jajnik, tylko ten drugi działa jak trzeba i nagle się okazuje, że jej organizm wytwarza jajeczko co dwa miesiące, a nie w każdym cyklu. Zachodzi w ciążę przypadkiem, jednak decyduje się urodzić dziecko. I wszystko jej się układa. Zostaje mamą, ale zatrudnia opiekunkę, która u niej mieszka. Sama pracuje i wychodzi na miasto z koleżankami, umawia się na randki, aż w końcu bierze ślub i jedyną widoczna zmianą w jej życiu jest to, że ma nowego człowieka do kochania, którego dodatkowo wychowuje. Nie sądzę, że gdybym sama urodziła dziecko, też by mi było tak łatwo. Nie miałabym pieniędzy, by zatrudnić kogoś, kto by u mnie mieszkał, żeby w każdej chwili zajmować się dzieckiem. Byłabym tylko ja i Philip. No i dziecko. Poza tym Seks w wielkim mieście to fikcja, w tym serialu nie chodzi przecież o dzieci i rzeczywistość, ale o erotyczne przygody i przyjaźń. Bezdzietność Carrie nigdy nie bywa kwestionowana. A mnie wciąż ktoś o to pyta.

Ja zaś pytam Anniken, czy przychodzą jej do głowy jeszcze jakieś bezdzietne wzory do naśladowania. A ona zastanawia się długo, po czym odpowiada: Matka Teresa.

Anniken i ja dorastałyśmy razem. Mieszkałyśmy w sąsiedztwie, chodziłyśmy do tej samej podstawówki, a później do liceum, potem obie zaczęłyśmy studiować na uniwerku, tyle że różne kierunki. Wynajmowałyśmy razem mieszkanie na studiach i dobre kilka lat po ich zakończeniu. Wciąż mieszkamy w tej samej okolicy, ale już nie razem. Anniken mieszka z Alexem. Alex też z nami dorastał i też wynajmował z nami lokum na studiach. Ja zaś mieszkam z Philipem, jesteśmy razem od ośmiu lat. Całą małą wieczność.

Spotkaliśmy się z Philipem latem, daleko od chłodu panującego teraz w mieście. Od razu się zakochałam. Nie doświadczyłam tego z nikim innym, ani wcześniej, ani później. Zobaczyłam go na imprezie, stał w rogu i rozmawiał z kolegami Alexa, i pomyślałam sobie, że ten oto facet pójdzie ze mną do domu. Nie okazało się to aż takie proste, ale po skończonej imprezie on odprowadził mnie pod drzwi, a gdy stanęliśmy przed wejściem do kamienicy, pocałował mnie w policzek i powiedział dobranoc. Powtórzyło się to jeszcze kilka razy. W końcu go zapytałam, czy nie jest mną zainteresowany. Oczywiście, że jestem zainteresowany, odparł mi ze śmiechem. Ale nie chcę tak po prostu iść z tobą do łóżka. Zależy mi na czymś więcej.

– A sądzisz, że mnie nie?

– No właśnie – odparł. – Sądzę, że tobie nie.

– Dlaczego?

– Słyszałem o tobie to i owo – stwierdził.

– Co takiego?

– W sumie nic złego – odpowiedział. – Tyle tylko, że nie jesteś z tych, co się łączą w pary. To zupełnie w porządku, tylko że ja jestem z tych.

– Co się łączą w pary? – spytałam.

– Co się łączą w pary – odrzekł Philip.

Ludzie zaczęli nas bombardować pytaniami o dziecko po kilku zaledwie miesiącach. Widać, jak mocno jest to zakodowane w życiu każdego z nas, w świadomości społecznej: poznaje się kogoś, zaczyna z nim mieszkać, zakłada się rodzinę.

Rzecz jasna przedyskutowałam to z Philipem na wczesnym etapie naszego związku. Wiedziałam, że muszę. Przeprowadzałam takie rozmowy wcześniej i to się nigdy nie kończyło dobrze, nawet wtedy, gdy byłam krótko po dwudziestce, i podejrzewam, że to właśnie takie rzeczy Philip mógł o mnie usłyszeć: nie mam partnera, nie jestem z tych, co się łączą w pary, bo jak się z kimś łączysz w parę, to przecież oczywiste, że zaraz będziesz mieć z nim dziecko. Nigdy nie znajdziesz nikogo, kto będzie chciał tego, co ty, powiedział mój poprzedni chłopak. Więc się z tym pogodziłam, oswoiłam, dałam sobie spokój. I było mi dobrze. Życie singielki też może być bardzo szczęśliwe, miałam przyjaciół, ludzi, do których mogłam zadzwonić w środku nocy, facetów, z którymi mogłam sypiać, jednorazowi albo wielorazowi.

A potem spotkałam Philipa. Pamiętam, że próbowałam to coraz bardziej odwlekać w czasie, nie chciałam, byśmy jeszcze dochodzili do punktu, do którego docierałam tak szybko tyle razy wcześniej. Wiedziałam, co trzeba powiedzieć, znałam swoje kwestie na pamięć i słyszałam już wręcz, co on mi odpowie, dlatego też wolałam o tym nie rozmawiać, ale im dłużej byliśmy razem, tym trudniej było mi się pogodzić z tym, że on nie będzie chciał tego ciągnąć na moich warunkach. Dlatego pewnego późnego wieczora, gdy siedzieliśmy u niego w domu i właśnie zjedliśmy dobrą kolację, zebrałam się na odwagę i powiedziałam, jak jest:

– Wiem, jak to wygląda – oświadczyłam. – Wiem, jak to się skończy, ale muszę ci o tym powiedzieć, zanim będzie za późno, zanim zabrniemy tak daleko, że trudno ci będzie zawrócić. To nie byłoby sprawiedliwe wobec żadnego z nas.

Philip odstawił kieliszek z winem i spojrzał na mnie nad stołem, tym jadalnianym stołem, który zawsze był za duży dla naszej dwójki, a z pewnością już za wielki, by miał przy nim siedzieć tylko on.

– Nie mogę… – zaczęłam, zacięłam się, nabrałam powietrza i spróbowałam na nowo. – Nie mogę ci obiecać, że będziemy mieli dzieci.

A on nic na to nie powiedział.

– Nie chcę mieć dzieci i nie mogę ci obiecać, że zmienię zdanie, dlatego powinieneś o tym wiedzieć już teraz, zanim poczujesz się oszukany albo uznasz, że jesteś mi coś winien.

Philip nadal milczał.

– Tak mi z tobą dobrze – ciągnęłam. – Ale na świecie jest wielu ludzi, z którymi może być dobrze, najważniejsze jest to, by znaleźć tę właściwą osobę, albo przynajmniej kogoś, kto chce tego samego, co ty. Więc jeśli chcesz mieć dzieci, to ja nie jestem dla ciebie właściwą osobą.

– Zawsze chciałem mieć dzieci – odezwał się wreszcie.

– Jak większość ludzi – stwierdziłam.

– Ale jeszcze bardziej chcę być z tobą – dodał Philip.

– Nie możesz tak mówić.

– Właśnie tak powiedziałem.

– No dobrze, ale to nie jest coś, o czym się decyduje ot tak, nad kolacją. Ja wiem o całej sprawie od dawna, myślałam o tym dużo dłużej niż ty. Ty zawsze wiedziałeś, że chcesz mieć dzieci, a ja zawsze wiedziałam, że ich nie chcę. Nigdy.

– Więc nie wolno mi podjąć decyzji teraz, muszę o tym myśleć tak samo długo tak ty?

– To nie jest wcale tak, że wiem, co będzie za pięć lat albo za trzy lata, albo jutro – powiedziałam po chwili. – Ale skoro w tej chwili nie chcemy tego samego, bo ty chcesz mieć dzieci, to chyba nie byłoby sprawiedliwie tego dalej ciągnąć. To nie byłoby w porządku wobec żadnego z nas.

Wskazałam palcem na niego, potem na siebie, potem znów na niego, mój palec krążył między nami, aż w końcu dłoń opadła na stół, obok mojego talerza.

– Chcesz ze mną zamieszkać? – zapytał Philip.

– Proszę?

– Chcesz ze mną zamieszkać?

– Nie będziemy mieli dzieci, nawet jeśli ze sobą zamieszkamy – powiedziałam.

– No tak, mam tego świadomość. To chcesz?

Dwa miesiące później kupiliśmy mieszkanie, w którym jesteśmy teraz. Stół Philipa nadal tu stoi, na środku salonu.

Babcia – ta od strony mamy – kończy tej zimy siedemdziesiąt pięć lat i zaprosiła całą rodzinę do Altei na wielką imprezę. Mama boi się latać i nie chce jechać, ale mówię, że mogę jej towarzyszyć. Philip i Anniken też. Wynajmiemy razem duży dom gdzieś w pobliżu, spędzimy tam tydzień przed imprezą i jeszcze tydzień po niej. To będzie przygoda. Alex nie może nam towarzyszyć, bo musi pracować, ale planujemy wyjazd od dawna, odkładamy pieniądze i mamy ruszyć w podróż już za parę miesięcy. Mama nadal się boi, twierdzi, że nasze towarzystwo w samolocie nic jej nie pomoże, bo w katastrofach lotniczych nie ma znaczenia, ile osób siedzi na pokładzie. Opowiadam jej o wszystkich samolotach, które cały czas latają i tylko bardzo niewiele z nich spada. Ale wiem, że to wcale nie pomoże na jej strach, pomoże tylko to, że poleci i przeżyje. Strach przed lataniem to nie koniec świat, istnieje wiele zalet powstrzymywania się przed podróżami samolotem. Dla Ziemi byłoby najlepiej, gdybyśmy wszyscy zostali tam, gdzie jesteśmy, a nie cały czas wszędzie latali na weekendowe wypady, urlopy, podróże służbowe. Tylko że mama nie odwiedziła swoich rodziców jeszcze ani razu, a teraz w końcu, w lutym, się tam wybierzemy, będziemy świętować, pić wino, spędzimy czas poza domem. Ale najpierw: Boże Narodzenie.

Philip chce, byśmy w tym roku spędzili święta z jego rodziną, a ja mówię, że się zastanowię. Byliśmy u twojej matki rok i dwa lata temu, argumentuje Philip, a ja kiwam głową, bo przecież ma rację, choć z drugiej strony, moja matka jest zupełnie sama. Co oczywiście nie jest jego winą, ale nie jest to też winą mamy. Niektórzy są po prostu sami: w święta, w życiu.

– Możemy przecież świętować osobno – mówi Philip.

– Co?

– Przecież się nie rozstaniemy, jak raz nie spędzimy razem Wigilii – śmieje się, widząc moją zszokowaną minę. – To tylko jedna doba, posiedzimy razem w domu dzień przed Wigilią, będziemy robić to, co zawsze, a potem wrócę w pierwszy dzień świąt, chyba damy radę?

Dzień przed Wigilią oglądamy zawsze Dinner for One oraz wszystkie świąteczne filmy o dysfunkcyjnych rodzinach, które tylko przyjdą nam do głowy. Philip ma teorię, że będziemy dzięki temu przygotowani, gdy pewnego dnia trafimy na wigilijną wieczerzę, na której wszystko pójdzie nie tak. Tymczasem we mnie rośnie podejrzenie, że właśnie coś takiego spotka mnie w tym roku.

Śnieg spada nietypowo wcześnie i jakoś szczególnie stresujemy się myślą, czy zdążymy kupić prezenty i obskoczyć wszystkie spotkania opłatkowe. Jest dopiero połowa grudnia, a ja już czuję się wykończona i nie zapytałam mamy, gdzie planuje spędzić Wigilię. Przychodzimy do niej na doroczne pieczenie pierniczków, drzemie we mnie nadzieja, że mama wybierze się do wujka Bjørna, ale już w chwili, gdy zadaję jej to pytanie, dociera do mnie, że ona chce, byśmy z Philipem do niej przyszli.

– Będzie tak miło – mówi. Philip ma mąkę na twarzy, chrząka i na mnie patrzy, a ja nabieram powietrza i oświadczam, że on spędzi w tym roku Wigilię ze swoją rodziną.

– Ach?

– Ale ja będę u ciebie – dodaję pospiesznie.

– Nie będziecie świętować razem?

– To tylko jeden dzień – rzucam, a Philip zabiera się do wałkowania ciasta.

– Ale przecież zawsze spędzaliście święta razem – mówi mama, a ja czuję swąd spalenizny, pytam ją, czy pilnuje pierniczków, lecz ona tkwi przy piekarniku i powtarza, że zawsze spędzaliśmy święta razem, mówi, że mogłaby pojechać do wujka Bjørna, choć w jej głosie słychać wahanie, ja zaś zrywam się i biegnę do piekarnika, otwieram go i w ostatniej chwili ratuję pierniczki. Philip nadal wałkuje ciasto, nic nie mówi.

Przed naszym wyjściem mama rzuca, że powinnam jechać z Philipem do jego rodziny, a ona coś wymyśli.

– Przyjdę do ciebie – oświadczam. – I koniec dyskusji.

– Twój tata i ja zawsze spędzaliśmy święta razem, to ważne, by być z tymi, których się kocha.

– A ja kocham ciebie – mówię i przytulam ją jeszcze raz, po czym idziemy z Philipem na metro, niosąc puszkę z kilkoma przypalonymi pierniczkami i kilkoma innymi, które wyszły za grube i są jeszcze miękkie. Philip częstuje mnie jednym, gdy czekamy a stacji, ale ja mówię, że nie chcę. Gdy wracamy do domu, wyciągam ze skrzynki pocztowej trzy kartki świąteczne, na wszystkich widnieją zdjęcia uśmiechniętych rodzin i dzieci w kostiumach mikołajów. Wieszam je na lodówce, nad zaproszeniami na śluby i kartkami z podziękowaniami za prezenty. Sami nie porozsyłaliśmy w tym roku żadnych kartek, podobnie jak w poprzednich latach.

Umyliśmy już zęby i położyliśmy się do łóżka, ale ja nie mogę spać i budzę Philipa, który, jak zawsze, zasnął od razu. Mówię mu, że jednak mam ochotę spędzić święta razem z nim.

– To z kim będzie twoja matka?

– A nie może pojechać z nami?

– Czy to nie będzie trochę dziwne? – pyta Philip, a ja mówię, że owszem, będzie trochę dziwne, ale może też fajne?

– Zapytam moją mamę – rzuca Philip.

Przyciąga mnie do siebie, czuję jego ciepło i jego oddech, Philip zasypia niemal natychmiast, ja leżę i rozmyślam. Próbuję sobie wyobrazić mamę w domu moich teściów, w którym wszyscy są szczęśliwi, a pierniczki nigdy się nie przypalają. A potem przeskakuję w myślach do Wigilii w domu mamy, na której jesteśmy tylko we dwie. Mogłabym może zabrać kilka z tych świątecznych filmów, które uwielbiamy z Philipem, ale mama nie lubi oglądać filmów, lubi za to robić na drutach, więc może ona by dziergała, a ja bym włączyła film? To tylko jeden dzień, kilka prezentów i wieczerza, święta przyjdą niezależnie od tego, czy siedzi się z wieloma osobami, czy tylko we dwójkę, i dla każdego z nas tak samo szybko się skończą.

Mówię Philipowi, że nie musi rozmawiać ze swoimi rodzicami, a on pyta, czy jestem pewna, na co kiwam głową i potwierdzam, że tak, ja pojadę do mamy, a ty do swojej rodziny, zobaczymy się w pierwszy dzień świąt. Philip mówi, że i tak cieszy się najbardziej na dzień przed Wigilią, po czym całuje mnie w przelocie i musi uciekać do pracy. Wysyłam mamie wiadomość, że się nie mogę doczekać i że przyjdę przed południem, żebyśmy mogły razem przygotować jedzenie.

W dzień przed Wigilią Philip musi pracować do późna, a ja oglądam Dinner for One sama. Tata zawsze tak się serdecznie śmiał z tego filmu i nadal mam w głowie jego śmiech, zagłuszający ten, który dochodzi z ekranu. Włączam sobie W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju i w tym momencie dostaję wiadomość od Philipa, że spóźni się jeszcze bardziej, niż początkowo sądził, ale że za mną tęskni. Gdy w końcu dociera do domu, ja przysypiam na sofie, Philip pyta, czy dam radę zobaczyć jeszcze jeden film, włączamy Gremliny, ale oboje zasypiamy w trakcie, budzimy się parę razy, kiedy Gizmo śpiewa, kiedy Pani Deagle wylatuje przez okno z fotelem windy schodowej i gdy gremliny znów psują święta – budzimy się i jeszcze mocniej przytulamy do siebie na sofie.

W Wigilię Philip musi wyjść wcześnie, by zdążyć na tradycyjne szukanie migdała w kaszy urządzane dla dzieci, a ja jeszcze raz przeliczam prezenty, upewniam się, że wszystkie są, że o żadnym nie zapomnieliśmy. Do mamy zawiozę tylko jedną paczkę, kupiłam jej książkę o robieniu na drutach. Wychodzę razem z Philipem, ruszamy razem do centrum, gdzie ja wsiadam w metro, a on podbiega na kolejny autobus. W wagonie nie ma poza mną nikogo innego, tylko mokre ślady po wszystkich, którzy wsiadali i wysiadali, w drodze w różne miejsca, jadąc do domu na Gwiazdkę. Budynki w dzielnicy mamy są ustrojone, skrzy się śnieg i migoczą światełka, ale jej dom jest ciemny i pogrążony w ciszy. Pukam i czekam chwilę, ale nikt mi nie odpowiada, dzwonię do drzwi, a w końcu sięgam po telefon.

– Halo? – odzywa się mama w słuchawce.

– Już przyjechałam. Nie ma cię w domu?

– Ale ja jestem u Bjørna! – dziwi się mama.

– Co? Przecież miałyśmy spędzić Wigilię u ciebie!

– Nie, we dwie to by nie miało sensu, święta są u Bjørna. Zdążysz na następne metro?

Mówię, że tak, i się rozłączam, wracam na stację i zastanawiam się, czy nie zmienić planów, tak jak zrobiła to mama, nie dając nikomu znać. U Philipa wjechała teraz pewnie na stół gwiazdkowa kasza, migdał został strategicznie umieszczony w talerzu najmłodszego dziecka, jego niemal dwuletniej bratanicy. W kominku trzaska ogień, wszyscy rozmawiają głośno przy stole, zastanawiając się, czy mikołaj przyjdzie w tym roku, czy dzieci były dość grzeczne. Siedzę w metrze i nie mam niemal siły wstać, gdy zatrzymujemy się w Bogerud, gdzie mieszka wujek Bjørn, ale mimo wszystko daję radę wysiąść przed zamknięciem się drzwi. Idę powoli w stronę domu, brnę przez śnieg i dzwonię do drzwi, wykonawszy wcześniej kilka głębokich oddechów przeponą. Otwiera ją mi wujek Bjørn i dwa psy. Wujek ma tylko jednego, ale zazwyczaj bierze do siebie na święta dwa zwierzaki sąsiadów i to właśnie one przybiegły, by powitać mnie szczekaniem. Wchodzę do przedpokoju i ściskam wujka Bjørna, który bierze ode mnie kurtkę i mówi, że właśnie zaczęli oglądać Gdzie jest Gwiazdka?.

Wszyscy siedzą w salonie: mama, ciocia Bjørg, żona Bjørna, moja kuzynka Emma i jej mąż Svein, ich dzieci, czteroletnia Mille i pięcioletni Adrian, kuzynka Hilde z narzeczonym Josteinem i ich synkiem Mikaelem, kuzynka Tone, jej partnerka Camilla i ich córka Emilie, moja ciocia Ingvild i mój kuzyn Anders ze swoją dziewczyną Sofie, która jest w widocznej ciąży. Ciocia Ingvild jest rozwiedziona, więc wujka Bjartego nie ma z nami w tym roku. Tyle dzieci i tylu dorosłych. Macham im na powitanie, a dorośli odmachują mi z uśmiechem, najmłodsze dzieci siedzą przed telewizorem i nawet nie zwracają uwagi, że przyszłam. Już na tym etapie czuję się zmęczona, przepraszam zebranych i idę do toalety, gdzie spędzam dość dużo czasu, próbując oddychać przeponą, z jakiegoś powodu idzie mi to trudniej niż przed zaledwie kilkoma minutami, gdy stałam na progu.

Godziny dzielące nas od wieczerzy mijają powoli, dzieci dostają pozwolenie, by otworzyć kilka prezentów przed czasem, a ja pomagam cioci Bjørg nakrywać do stołu. Biorę na siebie wszystkie możliwe zadania, by tylko nie musieć z nikim rozmawiać. Składam serwetki, a ciocia mówi, że nie muszę aż tak się starać, bo przecież zaraz je ubrudzimy, ale ja odpowiadam, że to dla mnie nie problem, staram się spędzić nad tym tyle czasu, ile to tylko się da i w końcu stół jest już ustrojony, a jedzenie ugotowane. Dzieci jedzą za szybko i zaczynają marudzić, bo chcą obejrzeć resztę prezentów, gdy jestem jeszcze w połowie posiłku. Mama mówi, żeby pozwolić im otworzyć jeszcze po jednym, a potem niech poczekają, aż dorośli skończą jeść i ciocia Bjørg stwierdza w końcu, że niech będzie, więc wszystkie dzieci zrywają się od stołu i pędzą do choinki, grzebią w olbrzymim stosie prezentów szukając paczek ze swoimi imionami. Już zapomniały o mikołaju, zazwyczaj to wujek Bjørn się za niego przebiera, ale to chyba teraz bez znaczenia, czy się pojawi, czy nie, prezenty są już przecież na miejscu. Dzieciaki rozrywają papier i ciocia Bjørg wstaje, by go sprzątnąć, wujek Bjørn mówi, że zajmiemy się tym później, ale ona twierdzi, że lepiej załatwić to teraz. Mama prosi, żebym jej podała modrą kapustę, i rozlewa wino, gdy chce ją ode mnie wziąć. Siedzący obok niej Emma i Svein zrywają się jak na komendę, by znaleźć coś, czym można by było je wytrzeć, a wino powoli wsiąka w biały obrus. Podchodzi ciocia Bjørg, niosąc w objęciach porozdzierany papier prezentowy i wzdycha na widok czerwonej plamy, a mama przeprasza. Wujek Bjørn dolewa jej wina do kieliszka. Hilde mnie pyta, czy z Philipem wszystko w porządku, a ja kiwam głową, przeżuwając, jej narzeczony Jostein pochyla się nad nią i mówi coś szeptem, na co ona odpowiada mu, głośno, że przecież chyba można zapytać. Emilie, która ma dwanaście lat i nie wstała z dziećmi, by rozpakowywać prezenty, przygląda się maluchom bawiącym się głośno przy choince. Psy zaczynają nagle szczekać w przedpokoju, a ciocia Bjørg rzuca papier prezentowy na podłogę w kuchni, po czym biegnie zobaczyć, co się stało. Pięcioletni Adrian otworzył bombonierkę, wepchnął sobie do buzi całe mnóstwo czekoladek, a teraz zgina się w torsjach, Emma wstaje, by odebrać mu pudełko, przewraca przy tym krzesło i upuszcza widelec, a wujek Bjørn mówi „na zdrowie” i dopija resztkę wina. Chór chłopięcy śpiewa z telewizora, ciocia Bjørg wraca do salonu, ścisza dźwięk, wujek Bjørn idzie do toalety, a gdy wraca, robi znów głośniej.

Sofie, partnerka mojego kuzyna, odsuwa od siebie talerz i mówi, że już nie da rady nic zjeść. Mama pyta ją, w którym jest miesiącu i czy już się nie mogą doczekać. Jeden z psów siada na podłodze koło Sofie i zaczyna żebrać o jedzenie, ciocia Bjørg na niego krzyczy, dzieci moszczą się na sofie z talerzykami z jedzeniem, ciocia nie odrywa od nich wzroku, gotowa zerwać się z miejsca, gdyby zaczęły brudzić, wujek Bjørn znów wznosi toast i pyta, czy ktoś ma ochotę na deser, ale ja ledwie skończyłam jeść główne danie i kręcę głową, dzieci za to niemal odrzucają od siebie talerze z sosem i mielonymi, wrzeszcząc, że chcą coś słodkiego. Emilie mówi, że nie lubi puddingu ryżowego, a Tone ją ucisza, syczy, że jak nie chce, to nie musi jeść, na co Camilla oświadcza, że chętnie zje też jej porcję. Ciocia Ingvild mówi do mamy, że nie może się doczekać, by zostać babcią, po czym przewraca oczami i dodaje, że przynajmniej ona się cieszy, na co Anders rzuca, że to nieelegancko tak mówić o jego ojcu. Mama oświadcza, że niczego nie pragnie na Gwiazdkę tak jak wnuka, a pięcioletni Adrian wrzeszczy, że coś śmierdzi i okazuje się, że jeden z psów narobił na dywan pod choinką. Ciocia Bjørg przeklina i biegnie posprzątać, po drodze tłucze szklankę, pozostawioną przez jedno z dzieci na skraju kuchennego blatu, na co wujek Bjørn mruczy rozbawiony, że święta bez tłuczonego szkła się nie liczą.

U Philipa oglądają teraz pewnie Wigilię Karla-Bertila Jonssona, przegryzają na przystawkę pierniczki z serem pleśniowym, u nich zawsze siada się do wieczerzy później niż u nas, dzieci otwierają prezenty przed jedzeniem, żeby nie marudziły przy stole, a Philip jest może w tym roku mikołajem.

Słyszę, jak ktoś wypowiada moje imię i unoszę spojrzenie znad talerza.

– Hm?

– Pytałem, czy nadal jesteś z tym Philipem. – Wujek Bjørn mierzy mnie wzrokiem, a ja kiwam głową.

– Tak, nadal jesteśmy razem.

– No tak, jak weźmiecie ślub i dorobicie się dzieci, to wszystko będzie inaczej.

– My się chyba nie pobierzemy – stwierdzam.

– No właśnie, w tych czasach nie ma takiej potrzeby – mówi ciocia Bjørg, która znów usiadła do stołu i próbuje, po raz już chyba czwarty, zabrać się do jedzenia, które zdążyło jej wystygnąć na talerzu.

– Niedobrze mi – melduje Mille z drugiego końca stołu, a Emma nachyla się nad nią i proponuje, by odpoczęła chwilę na sofie. Odkładam sztućce, przepraszam zebranych, wstaję od stołu i udaję się do łazienki na piętrze, bo, jak się nad tym zastanowić, to mnie też jest niedobrze. Siedzę w łazience, aż w końcu rozlega się pukanie do drzwi, to moja mama. Otwieram jej i znów siadam na podłodze, a ona do mnie podchodzi.

– Nie możesz się tu chować przez cały wieczór, kochanie – mówi mama, na co ja odpowiadam, że źle się czuję. Ona zaś kładzie mi rękę na czole i mówi, że wydaję się ciepła.

– Myślisz, że nikt się nie obrazi, jak pojadę do domu? – pytam.

– Ale przecież jeszcze nie otworzyłyśmy prezentów.

– Naprawdę nie czuję się dobrze – oświadczam.

– W takim razie jedź.

Kiwam głową i wstaję z pomocą mamy, schodzę na parter, ubieram się i pytam ją, czy mogłaby pożegnać się ze wszystkimi w moim imieniu.

– Nie, sama musisz to zrobić – odpowiada mama, po czym woła Bjørna, który wychodzi do przedpokoju w czapce mikołaja.

– Już wychodzisz?

Słyszę, jak ktoś w salonie coś krzyczy, a potem rozlega się chóralny wrzask dzieciaków.

– Ojej – mówi mama, która zajrzała do środka i zobaczyła, że Mille zwymiotowała na sofę.

– Wesołych świąt – rzucam, wychodząc za próg. Dobiegają do mnie chaotyczne hałasy z salonu, śnieg skrzypi mi pod butami. Idę na metro tak wolno, jak tylko umiem, i dopiero w domu jestem znów w stanie porządnie nabrać powietrza. W mieszkaniu panuje zupełna cisza.

Mdłości nie dają mi spokoju przez kolejne świąteczne dni. W przeddzień sylwestra robię test, nie mówię o tym Philipowi, a widząc wynik pozytywny, zginam się w torsjach nad muszlą klozetową, mam nadzieję, że on tego nie słyszy, ale już po kilku sekundach rozlega się ostrożne pukanie do drzwi. Po moim „proszę” Philip wchodzi do środka.

– Źle się czujesz?

Kiwam głową.

A on siada obok mnie na podłodze i gładzi mnie po plecach.

– Chyba jestem w ciąży – mówię, wskazując na umywalkę, na której leży test.

– O rany. – Wybucha śmiechem, a w końcu oboje się śmiejemy. – I co chcesz zrobić?

– Nie wiem – odpowiadam, ale czuję, że wszystko we mnie protestuje przeciwko tej odpowiedzi. Bo przecież wiem, czego chcę. Albo: czego nie chcę.

– Na pewno możemy się nad tym chwilę zastanowić – mówi Philip.

Kiwam głową. On pomaga mi wstać i wracamy razem do łóżka, gdzie zwijam się w kłębek pod kołdrą, a on kładzie się za mną i gładzi mnie po plecach, aż w końcu zasypiam. Śni mi się dziecko lewitujące we wszechświecie, między wszystkimi gwiazdami i planetami, jestem słońcem, które powoli się wypala, dziecko unosi się w ciemnościach, aż w końcu budzę się gwałtownie, znów z mdłościami, i biegnę do łazienki, gdzie zostaję na długo.

W sylwestra mówimy Anniken i Alexowi, że nie przyjdziemy na imprezę, bo złapała nas grypa żołądkowa i cały wieczór rozmawiamy, o nas i o dziecku, które nagle znalazło się w moim wnętrzu i jest tam, gdzie siedzę, z mdłościami i otumaniona, nad muszlą klozetową.

– Przecież nie chcemy dzieci – mówi Philip.

– No nie.

– I to jest minus.

– Owszem – przyznaję.

– A sądzisz, że moglibyśmy zechcieć mieć dzieci? – pyta Philip.

– Nie sądzę.

– Więc… aborcja?

– Na to by wyglądało.

– Ja chyba bym mógł zmienić zdanie, gdybyś ty tego chciała – rzuca Philip.

– Ale nie chcę – oświadczam.

– Ale może będziesz chciała jutro? Albo w przyszłym tygodniu?

– Nikt nie wie, czego będzie chciał następnego dnia albo w kolejny tydzień.

– Można się chyba domyślać choć troszeczkę?

– Uważam, że powinniśmy wiedzieć na sto procent, czego będziemy chcieć jutro albo w przyszłym tygodniu, jeśli chcemy opierać na tym decyzje, które podejmujemy dziś.

– Więc nie powinniśmy zakładać, że zmienimy zdanie?

– Absolutnie nie.

– Więc… aborcja? – pyta raz jeszcze.

– Tak.

Za naszym oknem wybuchają noworoczne race, a my siedzimy na sofie z listą „za i przeciw”. Philip jest sekretarzem. Oboje widzimy, że lista „za” prowadzi pod względem liczby punktów, ale ja się upieram, że ten jeden punkt po stronie „przeciw”, „nie chcę mieć dzieci”, liczy się tysiąc razy bardziej niż wszystkie argumenty „za”.

Philip kiwa ostrożnie głową i milknie na chwilę. Po czym mówi cicho, między kolejnymi eksplozjami rac:

– Ale ja chyba chcę mieć dziecko.

– To się też liczy tysiąc razy bardziej niż wszystkie inne „przeciw” – odpowiadam, a za oknem rozlega się huk za hukiem, nadszedł nowy rok, my zaś mamy listę z tysiącem punktów „za” i tysiącem „przeciw”, co do której nie możemy się zgodzić.

Następnego poranka budzę się i czuję, że w łóżku jest mokro, mdłości zniknęły, a w ich miejscu pojawił się ból. Budzę Philipa, boję się, a on dzwoni na pogotowie i mówi, że podejrzewamy samoistne poronienie. Biorę prysznic, kulę się z bólu, a krew ścieka do odpływu razem z wodą. Jedziemy taksówką na izbę przyjęć, gdzie mnie badają i mówią, że ciąża była bardzo wczesna, więc nie ma potrzeby robić łyżeczkowania, ale mam zadzwonić, jeśli krwawienie będzie obfitsze. Philip siedzi blady w poczekalni, zrywa się, gdy do niego wychodzę, wracamy taksówką do domu, a ja idę się zaraz położyć. Lista nadal leży w salonie, ale gdy dwa dni później wstaję, już jej nie ma, Philip musiał ją wyrzucić. Nadszedł nowy rok, a świat wygląda identycznie jak kilka dni wcześniej, tyle że straciliśmy z Philipem coś, co było dotychczas między nami. Zgodność, przyszłość, dziecko.

W CIĄŻY

Nigdy nie pragnęłam dużego domu, auta ani ogrodu. Nigdy nie pragnęłam pracy, w której zarabiałabym więcej niż średnią krajową, pieniędzy, za które mogłabym robić, co mi się tylko podoba, domku letniskowego ani jachtu. Nigdy nie chciałam być dorosła, taka, jak wyobrażałam sobie osobę dorosłą, gdy sama byłam młodsza. Więc kiedy moi przyjaciele, jeden za drugim, zaczęli się wyprowadzać z miasta, do wielkich domów zamiast wynajmowanych małych mieszkań, gdy zaczęli kupować samochody, by nie musieć jeździć pociągiem, znajdowali sobie dziewczyny, chłopaków, partnerów, żenili się, wychodzili za mąż i w końcu witali na świecie dzieci, to ja wcale im nie zazdrościłam. Bo ja nie chcę takich rzeczy w moim życiu. Mimo to tęsknię za tymi ludźmi, za moimi przyjaciółmi, którzy kiedyś współtworzyli moje życie niemal każdego dnia, a którzy teraz, o ile mam szczęście, pojawiają się w nim epizodycznie od czasu do czasu. Zbyt wielu z nich w ogóle już w nim nie ma. Zniknęli, jeden po drugim, w swoich bańkach, w domach z ogrodami, do których autobusy jeżdżą najwyżej raz na godzinę, teraz zeskrobują rankami lód z samochodów, mają małe dzieci, które trzeba wozić do przedszkola, do szkoły, na zajęcia pozalekcyjne, i spędzają wieczory w swoich ciepłych domach, na łonie rodziny. W tych wielkich rezydencjach nie ma dla mnie miejsca, choć było go dla mnie dość w maleńkich wynajmowanych mieszkaniach. I godzę się z tym, muszę się z tym godzić, przecież to ja wybrałam sobie coś innego.