Niepokoje - Marta Bijan - ebook
NOWOŚĆ

Niepokoje ebook

Bijan Marta

0,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

W Lasach ludzie umierają ze śmiechu. Na ulicach Świec leżą ciała tych, którzy zatańczyli się na śmierć. Dotąd pełną życia wieś Rzeki ogarnia cisza, bo mieszkańcy jeden po drugim zapadają w sen, z którego nikt się nie budzi.

Trzy kobiety. Trzy miejsca na mapie, które niespodziewanie powracają z przeszłości. Trzy epidemie, nieprzypominające niczego, z czym ludzkość zetknęła się w XXI wieku. 

Niepokoje to zbiór powiązanych ze sobą krótkich opowieści o śmierci, szaleństwie i lęku, który powstaje tam, gdzie kończy się racjonalne wyjaśnienie. 

Bo czasem prawdziwa zaraza nie rozprzestrzenia się w ciele. Jej źródło leży znacznie głębiej.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 82

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od autorki

Myślałam, że z opowieści nie może wyniknąć nic złego.

Że wszelkie opowiadane historie – nawet te na wskroś przesiąknięte mrokiem – nie mogą przecież wydostać się na zewnątrz. Są ściśnięte w słowach; jak lek w kapsułce. Bezpieczne i schowane przed rzeczywistością, do której zawsze można wrócić i odetchnąć z ulgą, kiedy sparaliżuje nas strach. Zdarza się jednak, że i w hermetycznej otoczce pojawia się szczelina. Mikroskopijna, niedostrzegalna gołym okiem, ale mogąca sprawić, że na języku niespodziewanie rozleje się gorycz. Gorycz, której posmaku nie sposób się już pozbyć przez długie godziny.

Z tych historii zło sączyło się powoli. Tak powoli, że nikt nie zauważył, kiedy stało się namacalne i odarte ze słów, wcześniej stanowiących nieprzepuszczalną barierę. Niestety, jedyny sposób, żeby się go pozbyć, to przekazać opowieści dalej.

Nigdy nie byłam w tym dobra. Zazwyczaj łatwiej mi coś wymyślić, pozostać w cieniu fikcji, niewidzialna i anonimowa. Przyszedł jednak czas, kiedy muszę wyrzucić z siebie to, co najgorsze – prawdę.

Osiem historii, każdą po kolei.

Przeżuć, rozgryźć i wypluć; oczyścić się od środka, tak aby nic z nich we mnie nie zostało. Jeśli pominę choć jedno słowo, jeden na pozór nic nieznaczący szczegół, wszystko może pójść na marne. Chciałabym Ci obiecać, że gdy wybrzmią, nic się nie wydarzy. Że odłożysz je na bok, wrócisz do swoich spraw, a miejsce, w którym jesteś, nadal będzie przyjazne.

Naprawdę – chciałabym.

Ale byłam tam. Słuchałam tych opowieści, tak jak Ty teraz je czytasz. Zrelaksowana, czekająca na przyjemny dreszcz niepokoju, który przepłynie przeze mnie, po czym w momencie zakończenia zniknie, zostawiając po sobie jedynie delikatne mrowienie.

Na początku może nawet tak było.

A później… Później zaczęłam dostrzegać w znajomych kształtach coś zupełnie obcego. Jakby cały mój świat przesunął się o milimetr i zastygł pod dziwnym kątem, którego nie znałam. Jak stary dom ciotki, za dnia przywołujący miłe wspomnienia z dzieciństwa, a w sennym koszmarze – upiornie zmieniony, budzący jedynie świadomość, że coś jest nie tak.

Zaczęło się od drobnych rzeczy. Oczy mojej sąsiadki były odrobinę jaśniejsze, ale pomyślałam, że to kwestia wyjątkowo słonecznego dnia. Stolik kawowy z finezyjnie wykrzywionymi nogami stał odrobinę dalej od ściany niż poprzedniego wieczoru. Światło na klatce schodowej, uruchamiane na czujnik ruchu, włączyło się odrobinę później niż zwykle. Wydawało mi się, że kwiaty rosnące w betonowych donicach pod moim blokiem wyglądają odrobinę inaczej niż te, które widywałam tam wcześniej.

Tak. Odrobinę.

Wszystko było odrobinę inne.

1. Panna młoda

Pierwsza historia zaczyna się zupełnie gdzie indziej.

W lesie, a konkretniej w samochodzie jadącym przez las – dużym, rodzinnym vanie wypełnionym basowym drżeniem głośników.

Mężczyzna, który prowadzi, bębni palcami o kierownicę, wyraźnie zniecierpliwiony. Ma na imię Nikodem, ale wszyscy mówią do niego po prostu Nik. Jest postawny, jego szerokie ramiona ledwo mieszczą się na oparciu fotela. Dawno niestrzyżone włosy sterczą na wszystkie strony w zaskakująco przyjemnym dla oczu nieładzie. Ma ostro zarysowaną szczękę; widać, że zaciska zęby, próbując się zrelaksować, ale na próżno. Wreszcie sięga do pokrętła głośności i płynnym ruchem wycisza rockową piosenkę, tak że teraz ledwo ją słychać. Tylko ostre gitarowe riffy majaczą w tle szumu silnika.

– Czemu to zrobiłeś? – pyta Ida, młoda dziewczyna siedząca z tyłu. Jej głos brzmi zbyt dramatycznie, widać, że lada moment wybuchnie albo się rozpłacze.

Kobieta na przednim siedzeniu pasażera wzdycha, przykładając palce do skroni.

To Diana.

– Boli mnie głowa. – Nie ma siły prosić córkę o ciszę. Wymówka z migreną zazwyczaj się sprawdza, nie generuje niepotrzebnych pytań.

– Czyli ojciec czyta ci w myślach, jakie to romantyczne. – Ida przewraca oczami, ale spuszcza z tonu.

Tuż obok jej brat Daniel prostuje nogi. Przez ostatni rok wystrzelił w górę o kilkanaście centymetrów i nosi czapkę z daszkiem nawet wtedy, gdy nie wypada. Teraz, wyraźnie zadowolony z obrotu spraw, daje siostrze kuksańca w ramię. Ta pokazuje mu język, w którym lśni połyskujący od poświaty telefonu kolczyk.

Diana się krzywi.

– Mógłbyś zabrać te kolana? – pyta, zerkając na syna w lusterku nad sobą. – Wbijają mi się w plecy.

Słychać miarowy szum silnika, klimatyzatora i sączącą się z głośników piosenkę, która powoli dobiega końca. Jeszcze nie tak dawno co kilkanaście minut mijali inne samochody. Właściwie to one mijały ich – wyprzedzały lewym pasem, bo Nik, coraz bardziej zmęczony, jechał dużo wolniej, niż mógł. Wolniej, niż mógł, i wolniej, niż powinien, bo do celu pozostaje im prawie sto kilometrów, a czas się kurczy.

Teraz pokonują drogę przez gęsty las, na próżno wypatrując świateł innych reflektorów. Wokół rozciąga się tylko ciemna plątanina drzew, których rachityczne konary przywodzą na myśl powykręcane artretyzmem kończyny.

– Nie zdążymy – stwierdza nagle Diana. Jej słowa brzmią nienaturalnie.

– Nie histeryzuj – irytuje się Nik.

Jego palce bębnią o kierownicę coraz szybciej i szybciej, wyprzedzając rytm kolejnej rockowej piosenki. Chciałby zapalić, ale nie mogą pozwolić sobie na postój w tej głuszy. Ma na sobie garnitur i żałuje, że włożył go tak wcześnie, a nie przed samą imprezą. Mimo chłodu klimatyzacji pod pachami na jego białej koszuli zdążyły wykwitnąć spore plamy potu. Wie, że powinien się przebrać, ale nie zabrał nic na zmianę. Pakował się w szaleńczym biegu – zresztą jak oni wszyscy.

Diana kurczowo ściska naszyjnik z pereł, który zapięła na szyi przed samym wyjściem, choć teraz stwierdza, że wygląda dość tandetnie. Jakby kupiła go na osiedlowym bazarze. Wpatrując się w leśną drogę przed nimi, zastanawia się, czy jej dekolt będzie się dobrze prezentował, jeśli zdejmie jedyną ozdobę, jaką ma.

Spóźnią się, tego jest więcej niż pewna, chociaż Nik nie chce przyznać tego głośno.

Powiedziała całej rodzinie, że w ostatniej chwili jadą na wesele, bo tak miała powiedzieć, gdy dostanie znak. Kiedy wczoraj dawna przyjaciółka zadzwoniła po dwóch dekadach, mówiąc urywanym głosem, że zaprasza ją na uroczystość, żołądek Diany zaczął puchnąć i przesuwać się wyżej, aż do samego gardła.

Teraz cała drży, zaciska pomalowane na czerwono wargi. Odgania od siebie wspomnienie tamtej nocy, dwadzieścia lat temu. Ma nadzieję, że to wszystko jest jedną wielką pomyłką i jakaś część umysłu każe Dianie naiwnie wierzyć, że może rzeczywiście w jej rodzinnym miasteczku odbywa się jakieś wesele, a oni właśnie na nie zmierzają.

Ida wodzi wzrokiem po rozmytych drzewach za oknem, wsłuchując się w ledwo już słyszalne dźwięki ulubionego zespołu. Tak jak ojcu, chce jej się palić, ale musi poczekać, aż dojadą, a ona będzie mogła ukryć się gdzieś za budynkiem hotelu. Zerka na brata bliźniaka, przykłada palce do ust i na tę krótką chwilę łączy ich niewidzialna nić porozumienia. Tak, widzi po nim, że wziął zapasową paczkę papierosów. Powinno wystarczyć na całą noc.

Piosenka niespodziewanie cichnie i jest tak, jakby ktoś wyłączył jedną ze ścieżek dźwiękowych w filmie. Niby wszystko wydaje się w porządku, a jednak czegoś brakuje. Kolejny numer, nie wiedzieć czemu, nie wybrzmiewa już we wnętrzu vana. Pokonują w całkowitej ciszy kilkaset metrów, kiedy nagle rozlega się wrzask.

Tak naprawdę nie wiadomo, kto krzyczy, ale w tym dźwięku jest coś nieludzkiego. Może po prostu nieludzki strach.

Samochód uderza w coś z głuchym łoskotem.

Chwilę po tym hamuje z piskiem opon, a szarpnięcie okazuje się na tyle silne, że ciało każdego z podróżujących bezwładnie wyrywa się do przodu. Pas bezpieczeństwa wbija się w klatkę piersiową Idy tak gwałtownie, że zapiera jej dech. Danielowi spada z głowy czapka, a on sam uderza czołem o zagłówek fotela matki. Diana czuje, jak promień bólu eksploduje w jej szyi – w momencie nagłego hamowania wciąż ściskała palcami perły. Teraz sznur pękł i drobne koraliki, jeden po drugim, sypią się na podłogę, na jej sukienkę i deskę rozdzielczą – niczym niespodziewany grad, który dostał się do wnętrza.

Twarz Nika przypomina wilgotny pergamin. Mężczyzna oddycha ciężko. Z jego ust sączy się szept pełen przekleństw, powtarzanych tonem odmawianej modlitwy.

– Widziałeś to? – pyta Diana, patrząc na pojedynczą perłę toczącą się w kierunku bocznych drzwi. – Czy wy to widzieliście?

Daniel i Ida są zbyt zamroczeni bólem, żeby odpowiedzieć. Dziewczyna próbuje złapać oddech, chłopak trzyma się za głowę, na której w błyskawicznym tempie rośnie pulsująca opuchlizna.

Nik, ku swojemu przerażeniu, czuje niespodziewane ciepło rozlewające się wokół krocza. Kiedy spogląda w dół, na swój garnitur, z jego ust wyrywa się jęk, jakiego sam nigdy wcześniej u siebie nie słyszał.

Diana zerka na niego. Widząc rosnącą ciemną plamę na spodniach męża, wpada w panikę.

– Boże. – Przykłada dłoń do ust, a jej palce drżą nienaturalnie. – Ty też to widziałeś – mówi. – Widziałeś to.

Ni stąd, ni zowąd szarpie za klamkę po swojej stronie i wypada w szarzejący półmrok lasu. Przez chwilę, zgięta wpół, kołysze się na drżących nogach, kurczowo trzymając się otwartych drzwi. Wygląda, jakby miała zaraz zwymiotować. Zamiast tego jednak powoli unosi twarz i jej wzrok wędruje pustym odcinkiem drogi, którą właśnie pokonali.

W jej oczach tli się jeszcze nadzieja, że to wszystko było efektem zbiorowej halucynacji. Że może zatruli się czymś, co wisiało w powietrzu. Może to, co zjedli przed wyjściem, wywołało omamy u niej i u Nika, a to, w co uderzyli, wcale nie istniało.

Ktoś, w kogo uderzyli.

Ten tlący się błysk gaśnie w jej oczach, gdy Diana zatrzymuje spojrzenie na pewnym punkcie. Samotna łza spływa po jej policzku, żłobiąc wilgotną ścieżkę na starannie nałożonym podkładzie w kolorze kości słoniowej.

Kobieta kręci głową, jakby ten gest mógł wpłynąć na to, co widzi. Wymazać roztaczający się przed nią obraz niczym kadr z filmu, którego nigdy nie obejrzałaby z własnej woli.

Nik wyłącza silnik, po czym także otwiera drzwi i zamyka je za sobą. Ich trzask przecina leśną ciszę. Październikowe powietrze ma zapach czegoś jednocześnie świeżego i zgniłego.

Jak rozkopane groby.

Mężczyzna spogląda na żonę oczami oszalałymi ze strachu, ona jednak nie patrzy na niego. Dalej wbija wzrok w miejsce, które minęli, gdzieś na środku ciągnącej się za nimi asfaltowej drogi. Nik podąża za tym spojrzeniem i znów narasta w nim jęk, którego jednak tym razem z siebie nie uwalnia. Zamiast tego opada na kolana na wilgotną jezdnię. Ślizga się na przyklejonych do niej liściach, próbuje utrzymać równowagę, chociaż ta wewnątrz niego i tak została już bezpowrotnie zachwiana.

Nik marzy, żeby cofnąć czas o kilka minut. Marzy, by zdążyć wyhamować w odpowiednim momencie.

Czołgająca się w ich stronę na czworakach postać ma na sobie coś, co przypomina suknię ślubną, jednak kremowa biel niemal całkowicie zniknęła pod plamami czerwieni, a z koronkowego trenu został jedynie smutny strzęp. Jego resztki ciągną się za nią po asfalcie, pozostawiając szkarłatny ślad – jakby wielki ślimak wypełniony krwią pełzł po drodze, znacząc swoją ścieżkę śluzem.

Diana kręci głową coraz gwałtowniej, a jej gładko uczesane włosy zaczynają się zwijać od wilgoci w sprężynki i niesfornie odstawać. Ze śladem od pereł na szyi wygląda, jakby ktoś chwilę wcześniej próbował ją udusić.