Nie zamykaj oczu - Justyna Jelińska - ebook + audiobook + książka

Nie zamykaj oczu ebook i audiobook

Jelińska Justyna

3,8
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Po roku udręki Sara powraca do rodzinnej posiadłości — miejsca przesiąkniętego sekretami i śmiercią. To tam, w cieniu niewyjaśnionych zdarzeń, zginęli jej rodzice. Teraz dom ożywa. Jego ściany drżą od echa przeszłości, a w kątach czają się demony.

Na progu na Sarę czeka obcy mężczyzna, który oferuje jej pomoc. Jego oblicze budzi w niej niepokój — z jednej strony wydaje się znajome, z drugiej całkowicie inne od tego z jej wspomnień. Mimo lęku Sara decyduje się skorzystać z jego oferty.

Kim naprawdę jest ten człowiek? I co łączy go z przeklętym domem?

„Nie zamykaj oczu” — ostrzega dom. Bo ci, którzy je zamykają, już się nie budzą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 264

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 6 godz. 48 min

Lektor: Agnieszka Szkuta

Oceny
3,8 (6 ocen)
3
1
1
0
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Moni_Dana

Nie polecam

Słabiutka historia. Taki lekko fabularny slasher, ale niestety fabuła również słaba. Do tego lektorka niestety fatalna. Przykro mi, ale nie polecam tej książki…
00
Basiura72

Nie oderwiesz się od lektury

Dobra groza.
00
lili_zileono_mi
(edytowany)

Nie oderwiesz się od lektury

To historia przepełniona emocjami i napięciem już od pierwszych stron, duszna atmosfera nie daje ani na chwilę odetchnąć. Historia wciąga w swoje sidła, a niesamowicie obrazowe przedstawienie postaci nie daje spać po nocach. To lektura o której się szybko nie zapomina, mamy tu silnąt bohaterkę która postanawia walczyć o swoje życie zawszelką cenę, motyw zjawisk paranormalnych, no zakończenie którego się nie spodziewałam a przyprawia o kolejne dreszcze. Zdecydowanie polecam wszystkim wielbicielom mocniejszych wrażeń i mrocznych historii. ~ współpraca reklamowa z https://www.instagram.com/hardewydawnictwo/
00

Popularność




Dedykacja

Mal­wi­nie Dyt­kie­wicz w podzię­ko­wa­niu za to, że nasze drogi się prze­cięły, two­rząc coś nie­zwy­kłego. Dzię­kuję za wszystko!

Wstęp

Przy­jaźń nie jest wieczna. Ma ter­min waż­no­ści; w naszym przy­padku minął dwa tygo­dnie temu. Dla­czego? Nie potra­fię odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Czego nie zro­bi­łam lub co takiego zro­bi­łam, że rela­cja legła w gru­zach, że przy­jaźń nie prze­trwała próby na obczyź­nie?

Z Moniką zna­ły­śmy się jak łyse konie. Dzie­li­ły­śmy ze sobą wszystko. Od gar­de­roby po sekrety. Były­śmy jak jeden orga­nizm, nie­roz­łączny i silny. Taki, który, gdy­by­śmy tylko chciały, mógł prze­no­sić góry. A jed­nak coś zawa­żyło na naszej dłu­go­let­niej rela­cji. Coś, przez co z dnia na dzień wyle­cia­łam z hukiem z pracy w hotelu West­ford w Chi­cago. Bez oszczęd­no­ści, bo byłam zbyt lek­ko­myślna, by odkła­dać na czarną godzinę. Żyłam chwilą! Bez zna­jo­mo­ści języka. Prze­cież do sprzą­ta­nia pokoi hote­lo­wych wystar­czyły mi pod­sta­wowe zwroty. Zwłasz­cza że prze­ło­żony był Pola­kiem. Nie zawra­ca­łam sobie głowy nauką nowych słów. Zosta­łam bez przy­ja­ciółki, bo ta wła­śnie mnie zosta­wiła, śmie­jąc się w głos, gdy oszklone drzwi hotelu zamy­kały się za moimi ple­cami.

I oto jestem.

Z nędz­nym gro­szem przy duszy, na sta­rych śmie­ciach, do któ­rych nie pla­no­wa­łam wra­cać. Samotna, zdez­o­rien­to­wana i bez planu na przy­szłość.

I choć wiem, że nic nie trwa wiecz­nie i należy wziąć byka za rogi, nie potra­fię odsu­nąć od sie­bie prze­czu­cia, że tym razem nie zdo­łam uciec prze­zna­cze­niu.

Część pierwsza. Pierwsza kwadra

W astro­no­mii jest to faza Księ­życa, w któ­rej Zie­mia, Księ­życ oraz Słońce two­rzą ze sobą kąt pro­sty, a w tym cza­sie Księ­życ zbliża się do pełni.

Pierw­sza kwa­dra to czas, kiedy zwy­kle try­skamy ener­gią. Nasz orga­nizm jest nasta­wiony na odbu­dowę oraz rege­ne­ra­cję. Nie­stety nie­kiedy zda­rza się, że możemy mieć też pogor­szony nastrój i wtedy nie­które wyzwa­nia stają się dla nas ogrom­nym obcią­że­niem.

Dzień pierwszy

Rozdział 1. Człowiek w czarnej fedorze

1

Pekaes zatrzy­mał się na pro­wi­zo­rycz­nej pętli nie­chluj­nie wysy­pa­nej żwi­rem. Hamulce nie­przy­jem­nie zaskrzy­piały, by po chwili wydać z sie­bie gło­śny i cha­rak­te­ry­styczny syk. Nawet nie kon­tro­lo­wała gry­masu na zmę­czo­nej podróżą twa­rzy. Wła­ści­wie to nie wie­działa, czy cokol­wiek potra­fiła jesz­cze kon­tro­lo­wać.

Była kłęb­kiem ner­wów. Tyka­jącą bombą, która mogła odpa­lić lont i wybuch­nąć w każ­dej chwili. A tego oba­wiała się naj­bar­dziej. Per­spek­tywa walki ze swo­imi ner­wami i demo­nami prze­szło­ści przy­pra­wiała ją o mdło­ści. Zbyt dużo zadziało się w jej życiu, by pod­cho­dzić do wszyst­kiego z lekką głową.

Podróż z Chi­cago do Grab­niewa była jedną z naj­gor­szych, a do tego trwa­jącą całą wiecz­ność. Wie­lo­go­dzinny lot i prze­jazd z War­szawy do rodzin­nej miej­sco­wo­ści odczu­wała nie­mal w całym ciele. Ból w lędź­wiach i pospi­na­nych mię­śniach nóg i poślad­ków nie dawał o sobie zapo­mnieć. Część drogi wier­ciła się nie­spo­koj­nie, nie mogąc zna­leźć sobie wygod­nej pozy­cji. Zer­kała na zega­rek i na zmie­nia­jące się widoki za oknem, cze­ka­jąc na te, które znała na pamięć.

Powoli prze­su­wała się do wyj­ścia. Poczuła na twa­rzy rześ­kie powie­trze, które wdzie­rało się do środka otwar­tymi na oścież drzwiami. Pach­niało świe­żo­ścią, jaką zwy­kle odczuwa się po desz­czu. Nie widziała jed­nak żad­nej kałuży. Nawet naj­mniej­szej, która mogłaby wytłu­ma­czyć jej ten zapach. Uznała, że widocz­nie w peka­esie pano­wał taki zaduch, że teraz oddy­chała powie­trzem naj­śwież­szym z moż­li­wych.

Kie­rowca wyda­wał się nie­wzru­szony tym, że zafun­do­wał pasa­że­rom nie­kom­for­towy prze­jazd. Odświęt­nie ubrany męż­czy­zna, wci­ska­jąc na głowę czarną fedorę, na odchodne wygło­sił dosad­nie, że lepiej podró­żują worki ziem­nia­ków. Trudno było się z nim nie zgo­dzić. Przez całą podróż odno­siła wra­że­nie, że oprócz potęż­nego bólu dodat­kowo naba­wiła się cho­roby loko­mo­cyj­nej, ni­gdy wcze­śniej nie­da­ją­cej o sobie znać. Żółć nie­bez­piecz­nie pod­cho­dziła jej do gar­dła, a ona tylko cze­kała na moment, w któ­rym postawi nogę na czar­nym żwi­rze. Przed oczami widziała nawet zabawne powi­doki, w któ­rych całuje rado­śnie zie­mię. Zie­mię, która ode­brała jej bli­skich i bez­tro­skie nasto­let­nie życie.

Wresz­cie wysia­dła z peka­esu, dzier­żąc w dłoni do połowy wypeł­nioną walizkę. Mogłaby powie­dzieć, że do połowy pustą, jed­nak wolała w tej całej kurio­zal­nej sytu­acji zacho­wać choć tro­chę opty­mi­zmu. Nie zawsze taka była. Zwy­kle sta­rała się pod­cho­dzić do życia prag­ma­tycz­nie, patrzeć real­nie. Buja­nie w obło­kach, spon­ta­niczne decy­zje i opty­mizm pozo­sta­wiała innym. Wolała być osobą, która real­nie patrzy na świat, twardo stą­pa­jąc po ziemi. A teraz, tro­chę wbrew swoim prze­ko­na­niom, trzy­mała się kur­czowo tego, że walizka jest do połowy pełna. Choć nie­wiele zmie­niało to w jej życiu, miała nadzieję, że przez takie myśle­nie poczuje się odro­binę lepiej.

Stała samot­nie na przy­stanku i roz­glą­dała się w nadziei, że zoba­czy jakąś zna­jomą twarz. Oszu­ki­wała samą sie­bie. Wszy­scy ci, któ­rzy wylali się przed chwilą z auto­busu niczym jedna zbita masa, pospiesz­nie ruszyli w sobie zna­nych kie­run­kach. Zasta­na­wiała się, dokąd tak się spie­szą. Śle­dząc wzro­kiem odda­la­jące się syl­wetki, spraw­dziła dło­nią, czy pęk klu­czy nie wysu­nął się z bocz­nej kie­szeni spodni. Mimo iż czuła ich cię­żar, chciała się upew­nić. Tkwiły nie­ru­chomo, co przy­jęła z ulgą, wypusz­cza­jąc gło­śno powie­trze. Były jedyną rze­czą, która dawała jej szansę sta­nąć na nogi. Klu­cze do rodzin­nej posia­dło­ści i walizka wypeł­niona do połowy oso­bi­stymi rze­czami i ubra­niami. Zda­wała sobie sprawę z tego, że to nie­wiele, ale cie­szyła się tym, co miała. Mogła prze­cież wró­cić z pustymi rękoma, w dodatku bez pomy­słu na to, gdzie mogłaby zamiesz­kać.

Miała dom. Co prawda nie chciała do niego wra­cać, ale daro­wa­nemu koniowi w zęby się nie zagląda. Tak mawiała jej świę­tej pamięci babka Cecy­lia, która cza­sem była jej bliż­sza niż matka. To z bab­cią roz­ma­wiała o wszyst­kim, co powo­do­wało skur­cze w brzu­chu, gdy była dziec­kiem. To babka Cecy­lia uczyła ją szy­deł­ko­wać, poka­zu­jąc, jak zro­bić łań­cu­szek oczek z mięk­kiej weł­nia­nej włóczki. Uczyła ją też goto­wać, obrzą­dzać kury i kró­liki, cero­wać skar­petki w desz­czowe dni. To z babką Cecy­lią spę­dzała godziny na grze w karty, gdy rodzice zajęci byli swo­imi spra­wami. Grały w tysiąca, makao, remika czy uwiel­bianą przez dziew­czynkę dupę biskupa. A teraz Sara ster­czała samot­nie jak słup, dopóki z zamy­śle­nia i bez­na­dziei nie wyrwał jej męski głos.

– Pod­wieźć panienkę? Na pusto żal jechać, jeśli uda­jemy się w tym samym kie­runku. – Był to facet w fedo­rze na gło­wie. Miał około sześć­dzie­siątki. Wcze­śniej nie przyj­rzała się jego twa­rzy. Zle­wała się z innymi, znu­dzo­nymi i zamy­ślo­nymi. Stał przy otwar­tych drzwiach poma­rań­czo­wej tak­sówki. Polo­nez caro deli­kat­nie ter­ko­tał, wypusz­cza­jąc z rury wyde­cho­wej nikłą chmurkę spa­lin.

Kra­wat zdo­bił opa­loną i lekko pomarsz­czoną szyję męż­czy­zny, ele­gancko cho­wa­jąc się za kla­pami zapię­tej sza­rej mary­narki. Miał klasę, musiała to przy­znać. Jej uwagę zwró­ciła błę­kitna poszetka z czer­wo­nymi wstaw­kami. Zasta­na­wiała się, kto jesz­cze je nosił. W dodatku takie jak ta… Zda­wało jej się, że zauwa­żyła wyha­fto­wane ini­cjały AB, ale zmę­czony podróżą wzrok mógł ją zmy­lić. Była okrop­nie zmę­czona. Marzyła tylko o tym, by dotrzeć na miej­sce, nawet jeśli per­spek­tywa spę­dze­nia tam naj­bliż­szych lat wcale nie napa­wała ją opty­mi­zmem.

– A dokąd pan jedzie? – zapy­tała tro­chę od nie­chce­nia, nie bawiąc się w uda­waną kur­tu­azję. Długi lot i jazda dusz­nym peka­esem nie­mal wyssały z niej całą ener­gię, a co za tym idzie, rów­nież dobre maniery, na które ogromny nacisk kła­dła jej matka. Miała w nosie, czy tajem­ni­czy ele­gancki męż­czy­zna uzna ją za dobrze, czy też źle wycho­waną. Jedyne, co teraz zaprzą­tało jej głowę, to odpo­czy­nek. Chciała już być na miej­scu, cho­ciaż w głębi duszy wciąż się przed tym wzbra­niała. Miała wró­cić do domu, z któ­rego kie­dyś ucie­kła i ni­gdy wię­cej nie chciała do niego wra­cać. Jed­nak los bywa prze­wrotny i lubi się bawić, rzu­ca­jąc pod nogi kłody, które nie spo­sób omi­nąć czy prze­sko­czyć.

– Kilka kilo­me­trów za Grab­niewo, w stronę Lipi­nek. Pomie­ścimy się. Widzę, że panienka zmę­czona, w dodatku z baga­żem.

– Jest pan nie­zwy­kle spo­strze­gaw­czy – odpo­wie­działa, a jej ton wybrzmiał szorstko i nie­przy­jem­nie. Od razu poczuła się nie­swojo, ale to uczu­cie szybko minęło, gdy star­szy męż­czy­zna się uśmiech­nął. Zupeł­nie jakby nie zra­żał się jej uszczy­pli­wo­ścią.

– A tak, coś w tym jest. Wie panienka, lubię obser­wo­wać. Od dziecka, cho­ciaż wiem, że to nie­zbyt ele­ganc­kie… Obser­wuję, acz nie oce­niam. Nie­ba­wem czasy przyjdą takie, że wszy­scy oce­niać będą, panienka wspo­mni moje słowa. Zmieni się wszystko. Świat się zmieni, ludzie się zmie­nią. To dokąd ruszamy?

Zer­k­nęła na niego z ukosa, nieco nie­uf­nie. Męż­czy­zna wyda­wał się dziwny, tro­chę jakby ode­rwany od rze­czy­wi­sto­ści. Strój, który nosił, wyglą­dał aż nazbyt nowo­cze­śnie. Coś jej w nim nie paso­wało. Ide­al­nie skro­jony gar­ni­tur nie przy­po­mi­nał tych, które lubił nosić jej ojciec. Wyglą­dał ina­czej. W dodatku wypo­wia­dane przez niego słowa spra­wiły, że wło­ski na ciele dziew­czyny zaczęły się deli­kat­nie uno­sić, a na przed­ra­mio­nach poczuła gęsią skórkę. W usły­sza­nych zda­niach było coś nie­ty­po­wego, odro­binę zło­wiesz­czego, nie­po­ko­ją­cego do szpiku kości. Poczuła się dziw­nie w jego towa­rzy­stwie. Miała wra­że­nie, że ten star­szy pan nieco za bar­dzo ją osa­cza, choć wła­ści­wie nie zro­bił jej nic złego. Tylko zapy­tał o to, czy ją pod­wieźć. A mimo to zasiał zia­renko nie­pew­no­ści, które szyb­ciutko zaczęło kieł­ko­wać, roz­le­wa­jąc się tępym bólem w pod­brzu­szu. Jesz­cze przed chwilą myślała, by wsiąść do taryfy z tym ele­ganc­kim męż­czy­zną, ale teraz zer­ka­jąc na niego nie­uf­nie, odsta­wiła ostroż­nie walizkę, szu­ka­jąc wymówki, nie słu­cha­jąc ciała, które wręcz bła­gało o odpo­czy­nek.

– Nie­stety w prze­ciw­nych kie­run­kach. Szkoda, by nad­ra­biał pan drogi, zwłasz­cza że ceny za tak­sówki są hor­ren­dalne. A kie­rowca wiecz­nie na pana cze­kać nie będzie.

– Pie­nią­dze nie grają roli – rzu­cił z lek­ko­ścią w gło­sie, macha­jąc nie­dbale pomarsz­czoną dło­nią. Widziała, że jest spra­co­wana, jakby całe lata obra­biała tutej­sze zie­mie. Jedyne, co do niej nie paso­wało, to złoty sygnet. Duży, z gra­we­run­kiem, któ­rego nie była w sta­nie odczy­tać. Czło­wiek w fedo­rze, widząc jej świ­dru­jący wzrok, szybko scho­wał dłoń za ple­cami, odchrzą­ku­jąc i kiwa­jąc się w przód i w tył. Wyglą­dał na znie­cier­pli­wio­nego. Ewi­dent­nie cze­kał na to, by zgo­dziła się na wspólną podróż. Czuła w jego spoj­rze­niu pre­sję.

Nie zno­siła tego. Nie lubiła, gdy ktoś ocze­ki­wał od niej szyb­kiej decy­zji, nie­jed­no­krot­nie wbrew jej woli. Wolała spo­koj­nie prze­my­śleć sprawy, bio­rąc je na chłodno. Teraz jed­nak męż­czy­zna chciał wymu­sić na niej szybką zgodę, co potę­go­wało jej nie­pew­ność.

– Czcze gada­nie, drogi panie. Dla kogoś, kto je ma, być może fak­tycz­nie nie grają roli. Powie to pan komuś, kto nie ma gro­sza przy duszy… – zauwa­żyła, pry­cha­jąc. Chwy­ciła mocno walizkę za wysłu­żoną rączkę. Była zde­spe­ro­wana, chciała jak naj­szyb­ciej ruszyć w innym kie­runku, byleby zakoń­czyć tę dziwną wymianę zdań. Nawet nad­ra­bia­jąc drogi.

– Ma panienka rację. Głu­pio powie­dzia­łem… Zupeł­nie nie pomy­śla­łem, że mogę tym kogoś ura­zić.

– Jedziemy, czy będziemy tak stać? Panie, całego dnia nie mam! – wtrą­cił się tak­sów­karz. Zabaw­nie poru­szał czar­nymi jak węgiel wąsami. Pod­wi­nął rękawy koszuli w kratę. Zauwa­żyła, że przed­ra­mię kie­rowcy zdo­bił tatuaż przed­sta­wia­jący nieco roz­myty przez upływ lat stary galeon. Kre­ska rysunku roz­je­chała się pod skórą, przez co okręt stra­cił wyra­zi­stość. Gdyby tylko miała czas, zagłę­bi­łaby się w swych roz­my­śla­niach, czy kie­rowca był kie­dyś człon­kiem załogi jakie­goś statku. Uwiel­biała two­rzyć w gło­wie ludz­kie histo­rie. Teraz jed­nak musiała z tego zre­zy­gno­wać.

Czło­wiek w fedo­rze wciąż cze­kał. Nie patrząc na kie­rowcę, uniósł rękę w geście uci­sze­nia. Jego oczy wciąż prze­wier­cały Sarę na wylot. Czuła się nie­kom­for­towo. Pra­wie tak, jak pod­czas ostat­niej roz­mowy z prze­ło­żo­nym w Hotelu West­ford, kiedy dowie­działa się, że ma natych­miast opu­ścić miej­sce pracy.

Lubiła ją. Wsta­jąc każ­dego poranka witana przez cie­płe pro­mie­nie słońca, czuła, że żyje tak naprawdę, że jest w miej­scu, w któ­rym powinna być. Choć nie­jedna osoba powie­dzia­łaby, że sprzą­ta­nie poko­jów hote­lo­wych po gościach nie jest pracą marzeń, ona zacie­kle bro­niła swo­jego zda­nia, że wła­śnie to jest to, co chciała robić. Nie pró­bo­wała nikomu tłu­ma­czyć, że ucieczka z domu i roz­po­czę­cie nowego życia na wła­sny rachu­nek było o wiele lep­szym roz­wią­za­niem niż pozo­sta­nie w nim, skoro działo się tam coś dziw­nego, czego nie potra­fiła zro­zu­mieć. Tym bar­dziej inni by tego nie zro­zu­mieli. Albo raczej nie sta­ra­liby się nawet zro­zu­mieć czy uwie­rzyć. Zupeł­nie jak jej rodzice. Oni też jej nie wie­rzyli. Aż przy­szła noc… Naj­gor­sza noc w jej życiu. Do tych naj­gor­szych chwil mogła teraz dopi­sać tę, w któ­rej prze­ło­żony kazał jej opu­ścić Hotel West­ford, oraz powrót do rodzin­nego domu, teraz jedy­nie pustych ścian z obrzy­dliwą histo­rią. Bo z cie­płem ogni­ska rodzin­nego miał nie­wiele wspól­nego. Nie po tym, co ją tam spo­tkało.

– Mam za sobą par­szywy i trudny czas. Miło byłoby spę­dzić być może ostat­nią już w moim życiu chwilę z kimś, kto przy­po­mina mi moją wnuczkę. Nawet mil­cząc, ale jed­nak w towa­rzy­stwie. Nie da się panienka pro­sić… Dokąd możemy panienkę pod­wieźć?

Patrzyła na niego, warząc usły­szane przed chwilą słowa. Z jego twa­rzy biła szcze­rość. Niczym nie­skry­wana, nie­upięk­szana. Ot, szcze­rość w naj­czyst­szej postaci. Nie miała poję­cia, co prze­żył ten męż­czy­zna, ale zro­biło jej się go dziw­nie żal.

Pomy­ślała o sobie. O tym, że i ona spę­dzi naj­bliż­szy czas w ciszy, zamknięta w dużej rodzin­nej posia­dło­ści, bez środ­ków do życia, ze wspo­mnie­niami, któ­rych chcia­łaby się jak naj­szyb­ciej pozbyć z głowy. Zapo­mniała już o tym, jak los igrał sobie z nią kil­ka­na­ście godzin wcze­śniej, gdy w pośpie­chu wyda­wała ostat­nie pie­nią­dze na samo­lot do Pol­ski. Z tych nędz­nych gro­szy stać ją było wyłącz­nie na to, by wró­cić, skąd przy­była. Wolała dach nad głową niż most na obczyź­nie. Chwy­ciła więc walizkę i ruszyła w kie­runku poma­rań­czo­wego polo­neza caro.

– Do dworku na końcu wsi, tego przy sta­wach – rzu­ciła wresz­cie, paku­jąc się do taryfy.

Kątem oka spo­strze­gła uśmiech star­szego pana. Nie był to pod­stępny gry­mas, a praw­dziwy, szczery uśmiech na zmę­czo­nej życiem twa­rzy.

– Sły­szał pan? Ruszamy! – pona­glił kie­rowcę, klasz­cząc rado­śnie w dło­nie, jakby wła­śnie wygrał los na lote­rii.

Samo­chód ruszył, wzbi­ja­jąc w powie­trze chmurę kurzu. Spo­glą­da­jąc na odda­la­jący się przy­sta­nek, zasta­na­wiała się, czy ta decy­zja nie okaże się błę­dem.

2

Polo­nez pomru­ki­wał mia­rowo, sunąc wiej­ską drogą. Przez otwarte okna wpa­dało powie­trze i roz­wie­wało jej czarne włosy. Było rześ­kie i pach­nące kwit­ną­cymi przy głów­nej dro­dze wiel­kimi lipami. Dosko­nale pamię­tała te drzewa. Ich widok dzia­łał na jej oczy jak bal­sam dla duszy. Lipy two­rzyły zie­lony szpa­ler przy głów­nej dro­dze w Grab­nie­wie. Gdy kwi­tły, wśród kwia­tów krzą­tała się zgraja psz­czół i os, które uwi­jały się jak w ukro­pie, bzy­cząc dono­śnie. Zagłu­sza­jąc jedy­nie świersz­cze, które pró­bo­wały swym dźwię­kiem prze­bić się przez jed­no­stajne i nisko brzmiące bzy­cze­nie. Uśmiech­nęła się deli­kat­nie na to wspo­mnie­nie, a w policz­kach poja­wiły się maleń­kie dołeczki. Szybko jed­nak ścią­gnęła wargi, które utwo­rzyły wąską kre­seczkę. Zacho­wy­wała się tak, jakby wsty­dziła się oka­zy­wać choć nikły cień rado­ści. Wcze­śniej nie była taką osobą. Zwy­kle raczyła swym uśmie­chem wszyst­kich wokół, a spe­cy­ficz­nym per­li­stym i lekko chrum­ka­ją­cym śmie­chem roz­ba­wiała innych.

Upar­cie mil­czała. Powrót do rodzin­nego domu spra­wiał, że w jej gar­dle tkwiła jakaś nie­wi­doczna gula, któ­rej nie potra­fiła prze­łknąć. Tylko na moment zapo­mniała się, przy­wo­łu­jąc na twarz uśmiech. Teraz czuła suchość w ustach. Nie­przy­jemną, szczy­piącą w pod­nie­bie­nie, nie­zno­śną. Suchy jak wiór język nie chciał drgnąć. Zupeł­nie jakby był cia­łem obcym w jej ustach.

– Co panienkę tu spro­wa­dza? Z Grab­niewa naj­czę­ściej się wyjeż­dża, a nie przy­jeż­dża do niego, by się osie­dlić. Tu bra­kuje per­spek­tyw dla mło­dych ludzi. Pro­szę wyba­czyć wścib­skiemu star­cowi, ale sądząc po pani gład­kiej buzi, jest pani raczej mło­dziutką osobą. Ma pani tu rodzinę?

Patrzył na nią badaw­czo, ale jego oczy zda­wały się uśmie­chać. Tań­czyły w nich malut­kie iskierki. Widziała w tych oczach coś zna­jo­mego, ale nie potra­fiła połą­czyć myśli w logiczną całość. Umysł nawet nie pró­bo­wał dopa­so­wać głosu, oczu i syl­wetki do kogoś, kogo mogła znać. Sta­rała się porzu­cić drę­czące ją wąt­pli­wo­ści, a jed­nak jakaś myśl nie dawała jej spo­koju.

Już kie­dyś spo­tkała tego czło­wieka. Była tego pewna.

– Nie mam już bli­skich. A spro­wa­dzają mnie tu błędy popeł­nione w życiu – rzu­ciła, odwra­ca­jąc głowę w stronę uchy­lo­nej szyby suną­cej przez wieś taryfy.

Wsu­nęła za ucho nie­sforny kosmyk, który upar­cie wpa­dał jej do oczu i pró­bo­wał przy­cze­pić się do suchych warg. Wresz­cie dała za wygraną, gdy pasmo wciąż bawiło się z nią w naj­lep­sze.

– Każdy popeł­nia błędy. Zwy­cięzcą staje się ten, kto potrafi wycią­gnąć z nich lek­cję na przy­szłość.

Abso­lut­nie nie czuła się zwy­cięzcą. Raczej prze­graną z kre­te­sem w nie­rów­nej walce. Mogła mu to wszystko opo­wie­dzieć, ale nie chciała się uze­wnętrz­niać. Widziała tego czło­wieka pierw­szy raz na oczy, cho­ciaż cichy głos w gło­wie pod­po­wia­dał jej, że to nie­prawda. Uznała, że lepiej zacho­wać swoje tajem­nice głę­boko w sercu, zamiast opo­wia­dać o nich pierw­szej napo­tka­nej w Grab­nie­wie oso­bie. Co to, to nie. Jesz­cze ktoś mógłby sobie pomy­śleć, że przy­je­chała tu uża­lać się nad sobą, pła­cząc na brak pie­nię­dzy i per­spek­tyw. Za nic, ni­gdy! Wresz­cie znaj­dzie spo­sób na to, by zacząć znów żyć. Na wła­snych warun­kach.

Samo­chód toczył się powoli, mozol­nie. Odno­siła wra­że­nie, że momen­tami pra­wie się zatrzy­my­wał. Jedy­nie poru­sza­jący się za oknem kra­jo­braz mówił dosad­nie, że taryfa wciąż posuwa się w obra­nym wcze­śniej kie­runku. Wychy­liła się nieco i odkle­ja­jąc nos od bocz­nego okna, zer­k­nęła przez przed­nią szybę. Była przy­bru­dzona, nosiła ślady roz­trza­ska­nych o taflę szkła owa­dów, któ­rych samo­cho­dowe wycie­raczki nie mogły zetrzeć. Wzdry­gnęła się, widząc mar­twe, mikro­sko­pijne ciała zasty­głe na przo­dzie pojazdu. Przez moment pomy­ślała nawet, że być może taki sam los mógłby ją spo­tkać wtedy, w domu rodzin­nym. Gdyby została w nim dłu­żej, gdyby nie posta­no­wiła uciec.

Pod­czas nie­obec­no­ści Sary w Grab­nie­wie w asfal­cie poja­wiło się wię­cej dziur. Droga wygląda jak nazna­czona przez deszcz mete­ory­tów, które wbiły się w czarną wstęgę prze­ci­na­jącą wieś na dwie połowy. Tylko która z połó­wek mogła być lep­sza, a która gor­sza? Lep­sza jest ta, która jest dalej od domu – pomy­ślała, sku­pia­jąc wzrok na swo­ich dło­niach.

– Trudno wycią­gnąć lek­cję, gdy nie ma się żad­nych per­spek­tyw – powie­działa wresz­cie, by prze­rwać krę­pu­jącą ciszę, która swym woalem osa­dziła się we wnę­trzu pojazdu.

– Panienka patrzy na wszystko w ciem­nych bar­wach. A nawet z naj­gor­szej sytu­acji da się zna­leźć jakieś wyj­ście. Zga­duję, że gro­sza przy duszy panienka nie ma. Prawda to?

Jego pyta­nia wpra­wiały ją w dys­kom­fort. Sara zaczęła wier­cić się nie­spo­koj­nie na sie­dze­niu, tłu­ma­cząc sobie w myślach, że to tylko cie­ka­wość star­szego pana, który nie ma w tym momen­cie innych roz­ry­wek w życiu. Jed­nak mimo wszystko dys­kom­fort robił swoje. Cze­kała tylko, aż samo­chód zatrzyma się przed bramą, a ona postawi stopy na zna­jo­mym grun­cie.

– W rze­czy samej, ale nie chcia­ła­bym o tym roz­ma­wiać. Mam nadzieję, że pan rozu­mie. Dys­ku­sja o moich kiep­skich wybo­rach nie jest czymś przy­jem­nym i kom­for­to­wym. Więc może nie mówmy o tym, dobrze?

Star­szy pan potak­nął głową na znak zro­zu­mie­nia. Wyda­wało jej się, że na chwilę posmut­niał. Trudno – pomy­ślała i dys­kret­nie wypu­ściła powie­trze, które z ner­wów zatrzy­my­wała w płu­cach.

Samo­chód omi­jał kolejne dziury w asfal­cie. Jesz­cze chwila i skręci w prawo, pro­sto na żwi­rówkę. Dro­bina z tej drogi tkwiła w jej nodze, gdy jako dziecko upa­dła z roweru, roz­ci­na­jąc i zdzie­ra­jąc sobie bole­śnie skórę. Naj­pierw dostała burę od matki, a póź­niej koły­sała się w jej ramio­nach, by wresz­cie zasnąć ze zmę­cze­nia w bez­piecz­nym uści­sku. Sara mimo­wol­nie dotknęła dło­nią miej­sca, w któ­rym ciemna plamka wyróż­niała się na jej ciele. Wła­ści­wie ta dro­bina nie była jedyną drob­nostką, która wyróż­niała Sarę spo­śród innych ludzi. Na myśl o swoim nad­garstku skrzy­wiła się nie­znacz­nie. Prze­stań o tym myśleć – skar­ciła się w myślach, znów kie­ru­jąc wzrok na kra­jo­braz za szybą.

W oddali maja­czyła biała kapliczka oto­czona brą­zo­wym pło­tem. Wstążki powie­wały na wie­trze, trze­po­cząc niczym żagiel. Krzewy prze­kwi­tłego bzu otu­lały ją w zie­lo­nym obję­ciu. Po bokach płotu ktoś posa­dził kolo­rowe bratki, któ­rych oka­załe główki kie­ro­wały się w stronę cho­wa­ją­cego się za chmurą słońca. Sie­lan­kowy obraz, który zaraz znów ule­gnie zmia­nie.

– Nie chcę wyjść na wścib­skiego sta­ru­cha, który się narzuca – zaczął, ponow­nie prze­ry­wa­jąc ciszę.

– Pro­szę więc tego nie robić – odparła nie­zno­szą­cym sprze­ciwu tonem.

Kumu­la­cja zło­ści, która wzbie­rała w dziew­czy­nie od momentu wyj­ścia z hotelu aż do teraz, się­gnęła zenitu. Nie pró­bo­wała już nawet uda­wać, że jest miłą i sym­pa­tyczną młodą kobietą, gdy w głębi duszy kotło­wały się w niej mrok i smu­tek.

– Mimo to chciał­bym powie­dzieć, że miał­bym dla panienki pro­po­zy­cję, z któ­rej obo­pól­nie możemy czer­pać korzy­ści. Panienka mająt­kowe, ma się rozu­mieć.

– A pan? – spy­tała niby od nie­chce­nia, ale z nutą cie­ka­wo­ści w gło­sie.

Wyobraź­nia pod­su­wała jej naj­bar­dziej obrzy­dliwe rze­czy, jakie dało się sły­szeć w plot­kach o kobie­tach, które musiały robić coś wbrew wła­snej woli, byleby tylko zaro­bić na życie. Bała się, że sta­nie się taką wła­śnie dziew­czyną. Robiącą te wszyst­kie wstrętne rze­czy wyłącz­nie dla pie­nię­dzy. Miała ze sobą zale­d­wie pięć­set dola­rów wymie­nione na zło­tówki, w dodatku po wyjąt­kowo żało­snym kur­sie. Już pod­czas wymiany waluty wie­działa, że tysiąc sześć­set zło­tych nie star­czy na długo. Musi zna­leźć pracę, jeśli chce się utrzy­mać na powierzchni. Może Grab­niewo będzie dobrym przy­stan­kiem? Skoro i tak wbrew sobie tra­fi­łam tu z powro­tem… Wie­działa, że powinna wycią­gnąć wnio­ski z lek­cji, którą dostała w Chi­cago. Zaro­bić pie­nią­dze, nawet jeśli mia­łaby zro­bić coś wbrew sobie. Zaro­bić, odło­żyć sporą sumę i uciec.

Znów uciec.

Bo życie zato­czyło cho­lerny krąg.

– A ja będę żył w czy­stym domu i od czasu do czasu wypiję her­batę w miłym towa­rzy­stwie – odparł, lecz na moment zawie­sił głos. – Nie mam nikogo, z kim mógł­bym poroz­ma­wiać. Towa­rzy­stwo panienki byłoby dla mnie zba­wie­niem. A i gro­sza nie poską­pię. Za dobrze wyko­naną pracę sowi­cie zapłacę.

Pra­wie krzyk­nęła w duszy, przy­kla­sku­jąc z rado­ści w dło­nie. Skar­ciła się też za to, że jej myśli ruszyły w kom­plet­nie innym kie­runku. Jego pro­po­zy­cja brzmiała roz­sąd­nie. Cho­dziło wyłącz­nie o sprzą­ta­nie i chwilę roz­mowy przy gorą­cym napoju. Prze­cież robiła to samo na obczyź­nie, może z wyjąt­kiem roz­mów. Pozo­sta­wała jesz­cze jedna kwe­stia.

Pie­nią­dze.

– A ile mi pan zapłaci? I dla­czego tak bar­dzo panu zależy aku­rat na mnie? – spy­tała, sku­pia­jąc na nim wzrok. Wciąż nie mogła pozbyć się poczu­cia, że te oczy są zna­jome.

– Ile zara­bia­łaś w hotelu, moja droga? – rzu­cił pyta­nie.

Sara znie­ru­cho­miała.

Nie wspo­mi­nała nic o tym, że pra­co­wała w hotelu. Dreszcz prze­szył jej ciało, kro­ple potu strużką zaczęły spły­wać po ple­cach, mimo że powie­trze wcale nie było parne.

– Skąd pan wie…? – Jej głos zadrżał, gdy pró­bo­wała wypo­wie­dzieć te trzy słowa. Ginęły gdzieś w gar­dle.

– Wiem wię­cej, niż może się wyda­wać…

Tymi sło­wami zbił ją z pan­ta­łyku. Nawet nie zauwa­żyła, że wła­śnie dojeż­dżali na miej­sce. Serce waliło jak osza­lałe, chcąc wyrwać się z jej piersi.

Samo­chód zapar­ko­wał pod żeliwną bramą rodzin­nego domu Wie­czor­ków. Wyso­kie skrzy­dła z ostrymi szpi­kul­cami, nie­gdyś czarne, teraz pokryły się zie­le­nią. Z daleka było widać, że nikt nie dbał o pose­sję.

Sara pospiesz­nie pocią­gnęła za klamkę auta, lecz ta nie chciała za nic w świe­cie puścić. Zaczęła ją ner­wowo szar­pać, mio­ta­jąc się jak ryba zło­wiona na haczyk. Robiła to coraz moc­niej, byleby jak naj­szyb­ciej opu­ścić pojazd.

– Niech mnie pan natych­miast wypu­ści! – syk­nęła przez zaci­śnięte zęby, mocu­jąc się z zatrza­śnię­tymi drzwiami. Kie­rowca taryfy sap­nął pod nosem. Nie potra­fiła zro­zu­mieć tego, co mówił. Chciała mu coś odpo­wie­dzieć nie­przy­jem­nego. Już nawet otwie­rała usta, gdy męż­czy­zna w czar­nej fedo­rze uci­szył ich gestem dłoni.

– Nie trzy­mam cię, dro­gie dziecko. Chcę tylko dać ci szansę. To mój numer tele­fonu – odparł, wsu­wa­jąc jej beżowy kar­to­nik w kie­szeń dżin­sów, prze­kra­cza­jąc tym samym cienką gra­nicę strefy kom­fortu. Nie lubiła, gdy ktoś znie­nacka jej doty­kał.

Drzwi ustą­piły. Sara wypa­dła z pojazdu jak wystrze­lona z procy. Drzwi auta zatrza­snęły się za jej ple­cami. Spo­co­nymi dłońmi zaczęła prze­cie­rać zmę­czoną twarz. Polo­nez powoli zawra­cał na żwi­ro­wej dro­dze, chrzęsz­cząc dono­śnie.

Pochy­lona wpół, łap­czy­wie chwy­tała powie­trze dużymi hau­stami, zapo­mi­na­jąc o walizce, która spo­czy­wała w bagaż­niku tak­sówki. Wypro­sto­wała się nagle, gdy auto zaczęło nabie­rać pręd­ko­ści.

Rzu­ciła się w pogoń za odda­la­ją­cym się pojaz­dem.

– Walizka! Moja walizka została!

Taryfa odjeż­dżała, zosta­wia­jąc ją przed wysoką bramą. Zre­zy­gno­wana kuc­nęła na pod­jeź­dzie. Dotarło do niej, że jest tu sama, mając w kie­szeni kilka drob­nia­ków, pęk klu­czy i kartkę z nume­rem tele­fonu do tajem­ni­czego star­szego pana.

Krzyk­nęła gło­śno, wyjąc ze zło­ści, a jej głos poniósł się echem po opu­sto­sza­łej oko­licy.

3

Gdy zamknęła za sobą skrzy­piące skrzy­dło bramy, ogar­nął ją nie­po­kój. Obrazy z tam­tego dnia, ucieczki z domu, wra­cały nagle ze zdwo­joną siłą. Dosko­nale pamię­tała tę noc, która zmie­niła całe jej nasto­let­nie życie. Noc, pod­czas któ­rej w jed­nej chwili musiała wydo­ro­śleć i zacząć żyć na wła­sny rachu­nek. Z dala od bli­skich, bo nie chcieli dopu­ścić do sie­bie słów, które sta­rała im się prze­ka­zać. Słów… Oni nie chcieli do sie­bie dopu­ścić faktu, że w tym domu działo się coś nie­do­brego.

Sze­roki pod­jazd pro­wa­dził pod sam dom. Przed budyn­kiem pysz­nił się dzie­dzi­niec, pośrodku któ­rego Wła­dy­sław Wie­czo­rek zamon­to­wał oka­załą fon­tannę. Sara ni­gdy jej nie lubiła. Gdy była młod­sza, odno­siła wra­że­nie, że rodzice za wszelką cenę chcieli poka­zać wszyst­kim zasob­ność swo­jego port­fela. Utwier­dzić w poczu­ciu, że pań­stwo Wie­czor­ko­wie są majętni i mogą mieć wszystko. A prawda była taka, że wcale nie byli bogaci. Pie­nią­dze w ich domu raz się poja­wiały, a raz zni­kały. Jed­nego dnia mieli gotówkę, innego prze­li­czali, czy star­czy im na pod­sta­wowe spra­wunki. Być może to przy­czy­niło się do tego, że Sara nie potra­fiła gospo­da­ro­wać zaro­bio­nymi pie­niędzmi. Miała to w genach.

Jej ojca forsa zupeł­nie się nie trzy­mała. Z natury był finan­so­wym ryzy­kan­tem. Pro­wa­dził biz­nes, w któ­rym podej­mo­wał śmiałe decy­zje. Te nie­stety nie zawsze spra­wiały, że spa­dał na cztery łapy z wor­kiem po brzegi wypcha­nym pie­niędzmi. Czę­sto wra­cał do domu z pod­ku­lo­nym ogo­nem, infor­mu­jąc, że tym razem się nie udało, że stra­cił mnó­stwo kasy. Zawsze mówił to z nie­by­wa­łym spo­ko­jem w gło­sie, jakby skrajne i nie­od­po­wie­dzialne decy­zje i roz­trwo­nie­nie majątku było nic nie­zna­czącą drob­nostką. Począt­kowo Aniela Wie­czo­rek wście­kała się na wybryki męża, ale osta­tecz­nie ska­pi­tu­lo­wała, uzna­jąc, że i tak nie będzie w sta­nie go zmie­nić. Co do Wła­dy­sława i jego trud­nej rela­cji z gotówką, Sara wie­lo­krot­nie śmiała się, że teraz bar­dzo go przy­po­mi­nała. Ryzyko i trwo­nie­nie pie­nię­dzy miała wpi­sane w życio­rys. W Chi­cago powie­lała błędy ojca. Żyła chwilą, nie oszczę­dzała. Pie­nią­dze poja­wiały się szybko i rów­nie prędko zni­kały, wyda­wane na wiele zachcia­nek i nie­po­trzeb­nych rupieci. Teraz pluła sobie w brodę, bo gdyby miała wię­cej oleju w gło­wie, gdyby zabez­pie­czyła się na wszelki wypa­dek, być może nie musia­łaby teraz stać przed domem, któ­rego szcze­rze nie­na­wi­dziła.

Ten dom ode­brał mi wszystko.

Z tej nocy pamię­tała dokład­nie każdą minutę. Wżarła się w pamięć Sary jak upo­rczywa plama, któ­rej nie da się wywa­bić żad­nym spe­cy­fi­kiem ani domo­wym, bab­ci­nym spo­so­bem. Cza­sem zasta­na­wiała się, czy to, co się tu stało, nie było jedy­nie wyni­kiem buj­nej wyobraźni. Tak prze­cież począt­kowo sądzili rodzice, gdy pró­bo­wała powie­dzieć im, że coś ją nie­po­koi. Zbyli ją, odpra­wia­jąc z kwit­kiem. Nie wzięli na poważ­nie tego, co chciała im prze­ka­zać. Uznali mnie za pie­przoną wariatkę! – pomy­ślała z gory­czą w sercu. Gdy patrzyła na swoje przed­ra­mię i nad­gar­stek, na któ­rych wid­niały bli­zny, utwier­dzała się jedy­nie w prze­ko­na­niu, że wcale nie śniła. To zda­rzyło się naprawdę. Wcale nie była pie­przoną wariatką. Bo jak­żeby miała nią być? Zro­bi­łaby to sobie sama? Wszystko by wymy­śliła?

To nie­do­rzeczne. Nie­do­rzeczne jak to, że znów tu jestem.

Rozej­rzała się dookoła. Wierzby sto­jące po oby­dwu stro­nach pod­jazdu zdzi­czały. Natura zro­biła swoje. Gałę­zie drzew gięły się do samej ziemi i sty­kały z nią w nie­któ­rych miej­scach, utrud­nia­jąc prze­prawę od głów­nej bramy do samego dzie­dzińca. W myślach zano­to­wała, by moż­li­wie jak naj­szyb­ciej odna­leźć narzę­dzia. Przy­dałby się seka­tor, ale o ile dobrze pamię­tała, ojciec użył go tam­tej nocy. Nie wie­działa, czy zdą­żył zaku­pić nowy, pod­czas gdy ona pró­bo­wała uło­żyć sobie życie za oce­anem.

Ozdobne krzewy, które ogrod­nik na prośbę Anieli for­mo­wał w ide­alne kule, teraz w niczym ich nie przy­po­mi­nały. Stra­szyły dzi­kimi for­mami, wdzie­rały się na nie­gdyś per­fek­cyj­nie przy­cięty traw­nik. Ich gałę­zie ster­czały na wszyst­kie strony, przy­po­mi­na­jąc wychu­dzone koń­czyny chcące pochwy­cić ofiarę w swoje ostre pazury.

Trawa, miej­scami sucha i wypa­lona od słońca, się­gała połowy łydki. Fon­tanna na dzie­dzińcu zaszła zie­le­nią. Wcze­śniej try­ska­jąca orzeź­wia­jącą wodą, teraz stała wyłą­czona. W głębi na samym dnie smęt­nie poły­ski­wała mała kałuża brud­nej wody, która nie zachę­ci­łaby nawet naj­bar­dziej spra­gnio­nego ptaka do zamo­cze­nia w niej dzioba.

Krzewy róż nie kwi­tły, były suchymi bady­lami z ostrymi kol­cami. Zagłu­szone przez nie­przy­ci­nane krzaki doko­nały swego żywota. Miłość Anieli. Kochała te róże, sama ich doglą­dała. Jakby w oba­wie, że ogrod­nik popełni jakiś błąd, a kwiaty zaczną obumie­rać. I obumarły. Zakoń­czyły swoje życie jak ich wła­ści­cielka. Krąg życia – pomy­ślała Sara, patrząc na ten smętny widok.

Bluszcz z deko­ra­cyj­nej drew­nia­nej kratki wdarł się na ścianę budynku, strą­ca­jąc część przy­bru­dzo­nego tynku z fasady domu. Wybite okno po pra­wej stro­nie ktoś zabił deskami.

Nie pozna­wała tego budynku. Nie­gdyś piękny, dziś stra­szył jak opusz­czone zamczy­sko. Patrzyła na niego i wyda­wał się jej zupeł­nie obcy.

Gdy ostatni raz ze stra­chem spo­glą­dała przez ramię, ucie­ka­jąc nocą, oświe­tlana jedy­nie świa­tłem księ­życa w pełni, dom wyglą­dał zgoła ina­czej. Był na swój spo­sób piękny, choć krył jakąś mroczną tajem­nicę. Teraz wyda­wał się kosz­marny. W dodatku od dłu­giego czasu stał zupeł­nie pusty.

Klu­cze w kie­szeni cią­żyły. Niby chciała je wyjąć, ale rów­no­cze­śnie celowo pró­bo­wała opóź­nić ten moment. Ich wyję­cie wią­zało się z jed­nym: otwar­ciem domu i zmie­rze­niem się z prze­szło­ścią. A tego tak bar­dzo nie chciała robić. Odwle­kała więc tę chwilę, wciąż oglą­da­jąc się za sie­bie, jakby liczyła, że zoba­czy czy­jąś przy­ja­zną twarz, która z uśmie­chem powie, że już nic jej nie grozi. Że jest bez­pieczna.

Nie­stety bez­pie­czeń­stwo było ostat­nim, co czuła. Miała dziwne wra­że­nie, że odkąd posta­wiła nogę na dzie­dzińcu, wszyst­kie odgłosy z zewnątrz uci­chły. Ptaki zamil­kły, lekki wiatr ustał. Nie ruszała się ani jedna gałązka zdzi­cza­łych drzew i krze­wów. Odgłos szcze­ka­ją­cych w oddali psów zupeł­nie się roz­mył, jakby ktoś ści­szył głos w sta­rym radio­od­bior­niku. Zer­k­nęła z ukosa na krzew buksz­panu. Miała wra­że­nie, że jego gałę­zi­ste łap­ska przy­bli­żyły się do niej o kilka cen­ty­me­trów.

Prze­łknęła ślinę i odwró­ciła wzrok.

Oto­czyła ją cisza. Cisza, która zaczy­nała dzwo­nić w uszach.

Jak­bym weszła do innego wymiaru.

Wtedy też było cicho.

Gdy wybie­gła w nocy z domu, uci­chły wszyst­kie prze­ra­ża­jące krzyki wydo­by­wa­jące się z każ­dego zaka­marka budynku. A krzyk był wów­czas nie do znie­sie­nia. Wysoki i piskliwy wrzask mie­szał się z maka­brycz­nym i demo­nicz­nym gło­śnym jękiem, który spra­wiał, że na samo wspo­mnie­nie robiło jej się nie­do­brze. Teraz czuła się tak jak tam­tej nocy, a to nie poma­gało wyko­nać tego jed­nego ruchu: otwo­rze­nia cho­ler­nych drzwi wej­ścio­wych.

Sara wzięła głę­boki wdech. Musiała prze­zwy­cię­żyć nie­chęć i strach, które w niej buzo­wały. Ta mie­szanka uczuć sta­wała się nie­zno­śna. Iry­to­wała i blo­ko­wała jej ruchy. Nogi stały się cięż­kie, z tru­dem sta­wiała kroki, które zda­wały się pra­wie nie zbli­żać jej do drzwi wej­ścio­wych.

Jesteś silna. Zrób to, do cho­lery. Ina­czej będziesz ucie­kać przez resztę życia! – usły­szała w myślach wła­sny szept, który poja­wił się wyłącz­nie w jej gło­wie.

Poko­nała trzy schodki. Jeden z nich był nieco naru­szony. Musi na niego uwa­żać, a przy­naj­mniej do momentu, kiedy się z nim nie roz­prawi, napra­wia­jąc uszko­dzone czę­ści.

Już tylko dwa nie­duże kroki dzie­liły ją od drew­nia­nych skrzy­deł prze­cię­tych cien­kimi szy­bami ze szpro­sami. Cisza panu­jąca wokół spra­wiła, że ciało Sary pokryło się gęsią skórką, uno­sząc wątłe wło­ski na jej przed­ra­mio­nach. Od tam­tej nocy nie prze­pa­dała za ciszą. Jest zło­wróżbna, odbiera kom­fort egzy­sto­wa­nia.

Spięta jak struna, się­gnęła drżącą dło­nią do głę­bo­kiej kie­szeni spodni. Wycią­gnęła ciężki pęk, który pobrzę­ki­wał, gdy prze­kła­dała go w dło­niach. Była wdzięczna za ten dźwięk. Utwier­dzał ją w prze­ko­na­niu, że nie zwa­rio­wała.

To wszystko dzieje się naprawdę.

Kołatka w kształ­cie głowy lwa pośrodku skrzy­dła była lekko odchy­lona od powierzchni drewna, jakby zasty­gła w nie­na­tu­ral­nej pozie. Sara jej nie popra­wiła mimo wro­dzo­nego pedan­ty­zmu.

Ten dom nie był ide­alny. Ni­gdy taki nie będzie, nie po tym, co mnie tu spo­tkało. Nie­śmiało wsu­nęła klucz do zamka. Poczuła dziwny opór. Coś bez wąt­pie­nia tkwiło w środku, blo­ku­jąc otwo­rze­nie drzwi.

– Szlag by to… – zaklęła pod nosem, z tru­dem wycią­ga­jąc klucz.

Pochy­liła się i zaj­rzała w dziurkę. W środku tkwił gruby kawa­łek papieru. Wyglą­dał jak zło­żony na dwa razy nie­wielki kar­to­nik, który ktoś celowo wło­żył do środka. Chwy­ciła za cienki i długi bre­lo­czek kupiony w Chi­cago. Figurka przed­sta­wia­jąca Wil­lis Tower u pod­nóża nosiła ślady gra­wera z ini­cja­łami SW – Sara Wie­czo­rek. Miał przy­no­sić jej szczę­ście, a przy­naj­mniej to obie­cy­wał wesoły sprze­dawca, wrę­cza­jąc jej cięż­kawy bre­lo­czek. Prych­nęła na wspo­mnie­nie o szczę­ściu, które dziw­nym tra­fem omi­jało ją sze­ro­kim łukiem. Pokrę­ciła głową, myśląc o tym, jak prze­wrotny i par­szywy bywa los. Kupisz coś na szczę­ście, a i tak dosta­niesz od życia po dupie.

Wsu­nęła pod lek­kim kątem przed­miot do zamka. Chciała spró­bo­wać wycią­gnąć tkwiący w nim kawa­łek zwi­nię­tej kartki, ale sta­wiał opór. Zro­biło się jej gorąco. Czuła, jak pot zaczyna rosić jej twarz. Spły­wał po ple­cach, gro­ma­dził się pod pachami gra­na­to­wej bluzki, którą miała na sobie. Była pierw­szym zaku­pem na obczyź­nie. Miała do tej bluzki sen­ty­ment. Zawsze, gdy sku­piała na czymś całą swoją uwagę, Sarę zaczy­nał oble­wać pot. Pró­bo­wała tym razem nie zwra­cać na to uwagi, ale słone kro­ple powoli spły­wały jej na oczy, ogra­ni­cza­jąc wyraźne widze­nie.

Coś szur­nęło za jej ple­cami. Jakiś ruch, roz­myty dźwięk. Odwró­ciła się, lecz nie zauwa­żyła żywej duszy. Rozej­rzała się lekko zanie­po­ko­jona.

Nikogo nie ma.

A jed­nak szu­ra­nie nie usta­wało. Sta­wało się coraz gło­śniej­sze. Miała wra­że­nie, że dźwięki docho­dzą ze środka domu, jed­nak gdy tylko pró­bo­wała przy­sta­wić ucho do skrzy­dła drzwi, dźwięk zaczy­nał wydo­by­wać się z zaro­śnię­tego traw­nika. Spoj­rzała na bluszcz i krzaki. Ich powy­gi­nane gałę­zi­ste łapy spra­wiały wra­że­nie, jakby prze­su­nęły się o kilka cen­ty­me­trów w jej stronę. Przy­mknęła oczy, odli­czyła w myślach do trzech. Szu­ra­nie znów roz­brzmiało, tym razem ze zdwo­joną siłą. Natych­miast uchy­liła powieki.

Krzak buksz­panu wysta­wił swą gałąź. Dałaby sobie uciąć rękę, że był teraz znacz­nie bli­żej niej.

– Czy ktoś tu jest? – zawo­łała drżą­cym gło­sem, pró­bu­jąc wyrzu­cić sprzed oczu widok zdzi­cza­łej roślin­no­ści czy­ha­ją­cej na to, aż dziew­czyna spu­ści z niej swój badaw­czy wzrok.

Tu wszystko żyło. Żyło, choć nie tak, jak żyć powinno.

Obrazy z tam­tej nocy znów wró­ciły, przy­pra­wia­jąc ją o mdło­ści. To miej­sce od samego początku wymu­szało na niej wspo­mnie­nia. Wystar­czyło, że tylko sta­nęła przed bramą, a jej pamięć przy­wo­ły­wała okropne obrazy, któ­rych nie chciała sobie przy­po­mi­nać. Pró­bo­wała za wszelką cenę odgo­nić uparte powi­doki, powra­ca­jące z więk­szą siłą. Wdzie­rały się w głowę, sta­wały przed oczami, a głosy tam­tej nocy odbi­jały się echem w jej uszach. Widziała krew, ślady na swo­ich nad­garst­kach i przed­ra­mie­niu, które pul­so­wały pod nabrzmia­łymi bąblami wypeł­nio­nymi gęstym pły­nem, sły­szała krzyk i ten dziwny, nie­na­tu­ralny gło­śny jęk prze­obra­ża­jący się w demo­niczny i pełen grozy śmiech. Widziała bły­ski w salo­nie, snopy nie­bie­skiego świa­tła, które roz­ja­śniały cały dom niczym flara, gdy ucie­ka­jąc, zer­kała za sie­bie i poty­kała się o wła­sne nogi.

Oddy­chała coraz szyb­ciej. Upa­dła na kolana i zła­pała się za głowę, czuła, że lada moment może eks­plo­do­wać od nad­miaru obra­zów i dźwię­ków. Bom­bar­do­wały ją, robiły to z taką siłą, że nie mogła zła­pać odde­chu. Ten cię­żar i ból roz­le­wały się po klatce pier­sio­wej. Głos uwiązł jej w gar­dle, a szu­ra­nie i odgłosy wypeł­za­jące ze wspo­mnień zaczęły ją nie­przy­jem­nie osa­czać. Sara moc­niej zaci­snęła powieki, zaty­ka­jąc szczel­niej uszy. Jakby to miało jakoś jej pomóc… Chciała głę­boko wie­rzyć w to, że taka postawa obronna odnie­sie jed­nak pożą­dany sku­tek.

Ulga i spo­kój nie chciały do niej przyjść. Z gar­dła wresz­cie wydo­był się zbo­lały krzyk prze­obra­ża­jący się w żało­sny jęk. Urwała go nagle, gdy poczuła ciężki dotyk na swym ramie­niu.

Jak rażona prą­dem sko­czyła na równe nogi, strą­ca­jąc z sie­bie czy­jąś dłoń.

Nieco zdzi­wiony jej sta­nem czło­wiek w czar­nej fedo­rze przy­glą­dał się jej prze­ra­żo­nym wzro­kiem.

– Walizki panienka zapo­mniała… – ode­zwał się wresz­cie, nie spusz­cza­jąc z niej oczu.

Sam odczuł dziwny strach i nie­po­kój. Pod­niósł oczy na gmach rosnący przed nimi, wycho­dzący z zanie­dba­nej trawy, tonący w rów­nie zanie­dba­nej roślin­no­ści. Prze­łknął gło­śno ślinę, licząc na to, że tym razem zło ukryte w zaka­mar­kach domu nie zabie­rze do swego świata kolej­nej ofiary.

4

Nim Sara doszła do sie­bie, minęło kil­ka­na­ście dłu­gich minut. A może kil­ka­dzie­siąt? Zda­wało jej się, że czas pły­nie tu w inny spo­sób. Zwal­nia i przy­spie­sza w zależ­no­ści od tego, co dzieje się wokół niej.

Już kie­dyś miała to prze­czu­cie, że czas sobie z nią pogry­wał, zwal­nia­jąc w naj­mniej odpo­wied­nim momen­cie i przy­spie­sza­jąc, gdy zupeł­nie się tego nie spo­dzie­wała. Tam­tej nocy, gdy w panice ucie­kała z domu, obie­cała sobie, że ni­gdy wię­cej jej noga nie posta­nie w tym prze­klę­tym miej­scu.

Słowa roz­mi­nęły się z czy­nami. Nie była kon­se­kwentna, ale wła­ści­wie co innego miała zro­bić? Bez gro­sza przy duszy wolała wró­cić w nie­chciane miej­sce, niż tułać się po innych kra­jach. Wró­ciła. Sta­nęła tu, przed drzwiami domu, zamglony wzrok kie­ru­jąc na star­szego pana, który roz­glą­dał się, nie kry­jąc zakło­po­ta­nia. Jakby wsty­dził się spoj­rzeć pro­sto w jej zmę­czoną twarz.

– Nie chcia­łem panienki prze­stra­szyć… – powie­dział wresz­cie, pocie­ra­jąc policzki muśnięte słoń­cem, z lek­kim zaro­stem.

Znów jeden szcze­gół przy­kuł jej uwagę. Sygnet, który nosił na palcu. Gdy tylko męż­czy­zna zauwa­żył, że Sara przy­gląda się bły­skotce, scho­wał pospiesz­nie rękę za sie­bie, sta­ra­jąc się ukryć pier­ścień przed jej świ­dru­ją­cym wzro­kiem.

Domy­ślał się, że prę­dzej czy póź­niej prawda wyj­dzie na jaw, a ona wresz­cie doda dwa do dwóch, roz­po­zna­jąc w nim osobę z prze­szło­ści. Ale o to aku­rat się nie mar­twił. Bar­dziej oba­wiał się tego, jak zare­aguje, gdy pozna prawdę. Tę mroczną, naj­strasz­niej­szą prawdę.

Drugą ręką chwy­cił jej walizkę i prze­su­nął ją bli­żej drzwi.

W jed­nej chwili dziwne dźwięki docho­dzące ze środka budynku zupeł­nie uci­chły. Ciszę prze­ry­wał jedy­nie wesoły świer­got pta­ków. Ich trele nio­sły się w powie­trzu razem z deli­kat­nymi podmu­chami cie­płego wia­tru. Sara zasta­na­wiała się, ile w tym wszyst­kim zwią­za­nym z gło­sami, które sły­szała, maczała palce jej wybu­jała wyobraź­nia, a ile było w tym prawdy. Prze­cież sły­sza­łam to gło­śno i wyraź­nie. Nie mogłam się prze­sły­szeć. Poważna twarz męż­czy­zny w czar­nej fedo­rze rów­nież utwier­dzała ją w prze­ko­na­niu, że nie było szans na to, żeby jej wyobraź­nia aż tak sza­lała. Prze­wier­cała go wzro­kiem raz za razem i widziała jak na dłoni, że ten czło­wiek też coś tu sły­szał. Albo czuł…

– Dzię­kuję za walizkę, ale nie musiał się pan faty­go­wać. Jakoś bym sobie pora­dziła. – To kłam­stewko bar­dzo gładko i natu­ral­nie prze­szło jej przez gar­dło.

Prze­cież prawda była zgoła inna. Nie pora­dzi­łaby sobie i dobrze o tym wie­działa. W walizce oprócz ubrań scho­wała całą wymie­nioną gotówkę. Z kil­koma mone­tami w kie­szeni nie prze­ży­łaby nawet tygo­dnia. Tygo­dnia… – prych­nęła. Kilku dni! Pie­nią­dze były jej potrzebne. Bez ubrań jakoś mogłaby sobie pora­dzić, ale gotówka była dla niej wszyst­kim, co miała i co mogło pozwo­lić jej prze­żyć cho­ciaż przez jakiś czas. Kor­ciło ją, by od razu spraw­dzić, czy pie­nią­dze nie znik­nęły z walizki. Czy miała zaufać temu męż­czyź­nie? Wciąż nie mogła oprzeć się wra­że­niu, że już go kie­dyś widziała. Umysł pod­po­wia­dał jej, że jego twarz była już obecna w jej życiu. Tylko jak to moż­liwe, by kogoś koja­rzyć, ale zupeł­nie go nie znać? To wszystko wydało się jej niemoż­liwe. Ileż to ludzi na świe­cie może mieć podobne oczy, które pod­czas uśmie­chu skrzą się tysią­cem pro­my­ków! Ileż osób może mieć sygnet, który gdzieś już kie­dyś widziała? Prze­cież to tylko bły­skotka, na pewno można zamó­wić taką u jubi­lera. Sara skar­ciła samą sie­bie w myślach za to, że była zbyt prze­wraż­li­wiona.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki