Martwa cisza - Justyna Jelińska - ebook + audiobook + książka

Martwa cisza ebook i audiobook

Jelińska Justyna

2,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Gdy życie to pozory, tylko śmierć jest pewna.

Życie mieszkańców Trzebieży z pozoru toczy się niespiesznie i spokojnie. W lesie pojawia się jednak ktoś, kto sprawia, że coraz więcej osób wciąganych jest w świat szemranych interesów. Nikt o nich głośno nie mówi, co w konsekwencji daje początek dramatycznej i krwawej serii zdarzeń.

W tym samym gęstym, malowniczym i tajemniczym lesie żyje Eleonora Wisłok, która znana jest wśród Trzebieżan jako babka szeptucha. Jej moc budzi szacunek, ale będzie musiała zderzyć się inną mroczną siłą, która sprawia, że nad ludźmi zaczynają się kłębić czarne chmury.

Czy mieszkańcom można ufać, skoro postanawiają milczeć aż po grób?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 271

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 12 min

Lektor: Justyna Kurzypska

Oceny
2,0 (1 ocena)
0
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dedykacja

Wszyst­kim fanom i sym­pa­ty­kom serii Sąsiadka.

Wie­cie, co jest naj­bar­dziej wzru­sza­jące i budu­jące? To, że chce­cie wra­cać do Trze­bieży, bo tęsk­ni­cie za tym miej­scem i boha­te­rami. To dla Was, moi dro­dzy.

Dzię­kuję Wam!

Sen jest dobry – stwier­dził. – Ale książki są lep­sze.

Geo­rge R.R. Mar­tin, Star­cie kró­lów

Przy­sło­wia są mądro­ścią narodu

Prolog

Męż­czy­zna sie­dział w bar­dzo nie­wy­god­nej pozy­cji. Od dłu­go­trwa­łego pochy­la­nia się nad stertą roz­rzu­coną na wer­salce potwor­nie bolały go plecy. Miał wra­że­nie, jakby ktoś pod­pa­lał je od środka wielką pochod­nią. Cho­lerny krę­go­słup. Sta­rość nie radość, mło­dość nie wiecz­ność, śmierć nie wesele.

Musiał wytrzy­mać. I nie tylko teraz, gdy od godziny liczył pie­nią­dze. Było coś jesz­cze. Obie­cali mu, dali słowo, że to ostatni raz, gdy wcią­gają go w to szambo. Tylko wytrzy­maj, bądź silny. Nie­ba­wem wszystko się skoń­czy.

Wypro­sto­wał się na moment i zapi­sał na kartce kil­ku­cy­frową liczbę. Stare kości strze­liły, a w gło­wie echem odbiły się słowa jego ojca, które powta­rzał nie­mal każ­dego dnia.

Rodziny się nie wybiera.

– Wielu rze­czy się nie wybiera – rzu­cił w powie­trze, jakby z kimś roz­ma­wiał, choć wokół nie było nikogo. Pustka. Od lat miesz­kał w tym domu sam. Mówił, że przy­wykł do samot­no­ści, choć czę­sto czuł, że zaczyna go to przy­tła­czać.

Tylko sowa, która chęt­nie odwie­dzała jego domo­stwo, pohu­ki­wała cicho. Zaglą­dała w okno, buja­jąc się na sosno­wej gałęzi. Może odli­czała dni, jakie zostały mu do końca, a może po pro­stu chciała dotrzy­mać mu towa­rzy­stwa. Tego nie wie­dział. Ale czuł, że coś ich łączy.

Trzę­sącą się dło­nią chwy­cił kolejny plik owi­nięty gumką. Ścią­gnął ją nie­po­rad­nie, gumka strze­liła w jego spra­co­wa­nych rękach.

– A niech to… – powie­dział, odru­chowo wypusz­cza­jąc z dłoni plik gotówki. Bank­noty roz­sy­pały się po wer­salce, któ­rej tego dnia wyjąt­kowo nie zło­żył.

Wes­tchnął, zer­k­nąw­szy na roz­gar­diasz. Zaczy­nał wąt­pić, że uda mu się dzi­siaj wszystko prze­li­czyć. Musiał to zro­bić! Chciał mieć pew­ność, że wszystko zostało roz­li­czone, że ich drogi naresz­cie się rozejdą. A przy­naj­mniej te zwią­zane z inte­re­sami, bo prze­cież rodziny się nie wybiera.

Nie­po­rad­nie zebrał poroz­rzu­cane bank­noty o stu­zło­to­wym nomi­nale i ponow­nie zaczął je liczyć, gdy ktoś dono­śnie zało­mo­tał w drzwi. Rozej­rzał się ner­wowo po pomiesz­cze­niu. Wale­nie nie usta­wało, prze­ciw­nie – przy­bie­rało na sile.

– Wiem, że tam jesteś… – zadud­nił niski głos stłu­miony zaporą z drzwi.

Mil­czał. Musiał szybko scho­wać pie­nią­dze. Zła­pał pospiesz­nie torbę. Prze­szył go ostry ból, gdy zmę­czone nie­wy­godną pozy­cją plecy znów dały o sobie znać. Zaci­snął zęby, byleby tylko nie jęk­nąć, nie syk­nąć. Może wtedy zosta­wią go w spo­koju? Odejdą i raz na zawsze uznają sprawę za zamkniętą?

– Albo otwo­rzysz te pie­przone drzwi, albo wylecą razem z futryną – wark­nął nie­pro­szony gość.

Miał mało czasu. Zsu­wał gotówkę do prze­past­nej torby. Bank­noty spa­dały z wer­salki na stary, gdzie­nie­gdzie poprze­pa­lany dywan. Spie­szył się, choć ciało wyraź­nie pró­bo­wało go spo­wol­nić. Zupeł­nie jakby było w zmo­wie z tymi, któ­rzy nie chcieli mu odpu­ścić.

– Liczę do trzech. Raz… Dwa…

Spoj­rzał ner­wowo przez ramię. Nie zdąży, nie ma szans…

– Trzy! – Usły­szał krzyk i kop­nię­cie w zamknięte na zamek i sko­bel drzwi.

Skrzy­dło jęk­nęło, przyj­mu­jąc mocny cios, jed­nak wciąż pozo­stało zamknięte, opie­rało się sile prze­ciw­nika.

Łup, łup, łup.

Kolej­nego kop­nię­cia już nie było. Drzwi ustą­piły z hukiem, sko­bel odsko­czył, a zamek pisnął niczym skar­cony pies.

– Myśla­łeś, że się przede mną ukry­jesz, stary dur­niu? – spy­tał iro­nicz­nie intruz.

Gdyby tylko mógł, splu­nąłby z pogardą na pod­łogę, jed­nak zacho­wał jesz­cze resztki przy­zwo­ito­ści.

– Czego ode mnie chcesz? – zapy­tał, prze­su­wa­jąc nogą torbę z pie­niędzmi.

Nie uszło to uwa­dze męż­czy­zny, który zaśmiał się pod nosem.

– Kiep­sko to posprzą­ta­łeś. Kasa ci się po pod­ło­dze wala…

– Nie odwra­caj kota ogo­nem. Po coś tu przy­lazł? Nikt cię nie zapra­szał! – przy­po­mniał nie­przy­jem­nym tonem.

Gość znów zaśmiał się pod nosem, a prze­cież nie usły­szał nic zabaw­nego. Och, jak on go za to nie cier­piał. Zawsze robił wszystko na odwrót. Śmiał się, gdy sytu­acja była poważna, i zacho­wy­wał powagę wtedy, gdy inni wokół się śmiali.

– Taki duży, a taki głupi… – powie­dział, wzdy­cha­jąc. Pod­szedł do sta­rej meblo­ścianki. Prze­je­chał pal­cem po zaku­rzo­nej półce, na któ­rej dum­nie stały krysz­ta­łowe koszyczki i wysu­szone głowy szczu­pa­ków, któ­rych ostre jak igły zębi­ska wyglą­dały, jakby wciąż były gotowe do ataku. Męż­czy­zna potarł palce, chcąc się z nich pozbyć resz­tek kurzu.

Cze­kał. Domy­ślał się, czego ten czło­wiek mógł od niego chcieć. Obie­cy­wał, że tam­ten raz był ostatni. Znów kła­mał. Trzeba było mu przy­znać, był w tym świetny.

– Roz­ma­wia­li­śmy już o tym. Mia­łem z tym skoń­czyć. Taka była umowa! Obie­cy­wa­łeś mi to. Obiet­nice chyba coś dla cie­bie zna­czą? – pod­niósł głos, jed­nak sły­chać w nim było drże­nie, a to zdra­dziło jego zde­ner­wo­wa­nie i strach.

– Kiedy się nauczysz, że to ja decy­duję, kiedy nastąpi koniec? – wark­nął intruz. – Rusz się. Nie mamy całego dnia. Jest już gotowa do trans­portu. Tylko tym razem posta­raj się dowieźć ją żywą, a nie jak ostat­nio.

– Chyba sobie żar­tu­jesz. Nie wcią­gniesz mnie w to. Prze­cież umarła przez was! Gdy­by­ście jej tak nie kato­wali, na pewno by prze­żyła! – pod­niósł głos, lecz szybko sku­lił się w sobie, widząc roz­złosz­czony wzrok przy­by­sza.

– Zamknij pysk i posłu­chaj uważ­nie. Chyba że chcesz skoń­czyć jak ci, któ­rzy mieli jakieś „ale” – wyce­dził, celu­jąc w niego pal­cem.

– Gro­zisz mi? – spy­tał po chwili, pró­bu­jąc poka­zać, że wcale się go nie boi.

– Ja? Grożę? Ależ skąd! – Zaśmiał się sztucz­nie, by nagle zmie­nić ton. – Lojal­nie uprze­dzam. I przy­po­mi­nam, że o naszej współ­pracy wiemy tylko ja i ty. Gdy przy­pad­kiem wykor­ku­jesz, nikt mnie z tym nie powiąże.

– Lojal­ność? Doprawdy? Takie słowo ist­nieje w twoim słow­niku?

Zanim intruz skie­ro­wał się do drzwi, rzu­cił mu nie­przy­jemne, pełne pogardy spoj­rze­nie.

– Zaj­mij się nią, jeśli nie chcesz, żebym ja zajął się tobą. – Zatrzy­mał się tuż przed wyj­ściem. – A, jesz­cze jedno. Ta kasa ci teraz nic nie da. Nie pró­buj ucie­kać… Rów­nie dobrze mógł­byś od razu zało­żyć sobie pętlę na szyję.

Wes­tchnął, a gdy nie­pro­szony gość opu­ścił jego dom, gorzko zapła­kał. Nie miał wyj­ścia, znów musiał tań­czyć, jak mu zagrają.

Bo rodziny się nie wybiera.

Kilka miesięcy później

To, co nie­unik­nione, i tak się wyda­rzy, trzeba tylko woli oraz cier­pli­wo­ści, by prze­trwać, i nadziei. Nie cho­dzi o wiarę w przy­szłość, lecz o wskrze­sze­nie prze­szło­ści.

Paulo Coelho, Piąta góra

Rozdział pierwszy. Niech pierwszy rzuci kamieniem

Sklep spo­żyw­czo-prze­my­słowy

Mie­czy­sława Zarzycka zer­k­nęła na zega­rek. Do godziny osiem­na­stej zostało jesz­cze tro­chę czasu. Jej mąż, Janusz, zawsze powta­rzał, że powinna się trzy­mać godzin otwar­cia sklepu, jed­nak każdy w Trze­bieży dosko­nale wie­dział, że z takim tem­pe­ra­men­tem, jaki miała skle­powa, trudno było jej wysie­dzieć na czte­rech lite­rach.

Kobietę wprost roz­pie­rała ener­gia, choć musiała przy­znać, że tej jesieni wyjąt­kowo zła­pał ją podły nastrój. Nie miała ochoty nawet na plotki z klient­kami w swoim skle­pie. Mie­czy­sława była kobietą nie­zwy­kłą, o czym wie­dział nie­mal każdy miesz­ka­niec Trze­bieży. Wytrwała, uparta, gdy coś posta­no­wiła, nie było siły, by zmie­niła decy­zję. Oprócz tego nie­by­wale inte­li­gentna, z cię­tym języ­kiem i ripo­stą, którą potra­fiła wymy­ślić bez trudu, zupeł­nie jakby była magi­kiem wycią­ga­ją­cym kró­lika z kape­lu­sza. Była typem zosi samosi, która nie lubiła pro­sić o pomoc. Wszystko zwy­kła robić sama, bo jak mawiała: „Jak ja cze­goś nie zro­bię, to reszta nawet pal­cem nie kiw­nie!”. Oprócz sil­nego cha­rak­teru Mie­czy­sława miała jesz­cze obfity, jędrny biust i blond włosy, które zawsze zwią­zy­wała w koń­ski ogon. Twarz pod­kre­ślała deli­kat­nym maki­ja­żem, który nie rzu­cał się zbyt­nio w oczy. Nie to, co jej paznok­cie. Te uwiel­biała malo­wać w fiku­śne wzorki czy neo­nowe kolory, do któ­rych miała prze­ogromną sła­bość. Mie­cia, choć jej imię wcale na to nie wska­zy­wało, była młodą kobietą. Pro­wa­dze­nie sklepu na wsi nie było jej marze­niem, jed­nak po wielu pró­bach zwią­za­nych z pracą na eta­cie zro­zu­miała, że wła­śnie to miej­sce jest dla niej ide­alne. Nie­raz mówiła, że jest panią wła­snego życia i czasu, toteż nie­jed­no­krot­nie miesz­kańcy Trze­bieży odbi­jali się od zamknię­tych drzwi Sklepu u Mieci, bo ta posta­no­wiła wyjść nieco wcze­śniej, przy czym to nieco za każ­dym razem miało inną miarę cza­sową.

Sam sklep nie wyróż­niał się na tle innych gmin­nych skle­pi­ków. Jak to mówili miej­scowi: u Miećki było mydło i powi­dło. Róż­no­ko­lo­rowe półki leci­wych rega­łów ugi­nały się pod cię­ża­rem pro­duk­tów. Nie­które z nich pokry­wała cienka war­stewka kurzu. Półki po pra­wej stro­nie zaj­mo­wała che­mia: płyny i proszki do pra­nia. Lakiery i szam­pony do wło­sów, wkładki, pod­pa­ski, papiery toa­le­towe: mięk­kie i zapa­chowe, a także szary „Kaczor”, który miał swo­ich zwo­len­ni­ków. Wybór pro­duk­tów był mocno ogra­ni­czony: po dwie lub trzy marki, żeby nad­mia­rem nie namie­szać klien­tom w gło­wach. Po lewej stro­nie na wysta­wie pysz­niły się słod­kie i słone prze­ką­ski. Kra­kersy, paluszki, chipsy, solone orzeszki w pacz­kach i pusz­kach, a także cia­steczka, cze­ko­lady i batony oraz po trzy rodzaje kawy i her­baty. Dalej stały kon­serwy, kon­cen­traty, pikle, pas­saty, przy­prawy i naj­waż­niej­sze: alko­hole. W więk­szo­ści te tań­sze, dla miej­sco­wych ama­to­rów picia pod chmurką: alpagi, sma­kowe wódki i małpki, które można scho­wać za pazu­chę i wypić szybko przed skle­pem. Obok kilka rodza­jów papie­ro­sów, niżej piwa, wyżej trzy rodzaje wina. Na środku stały dwie zamra­żarki z mro­żon­kami, obok lady lodówka z wędli­nami i mię­sem, na któ­rej leżały tłu­ste pączki. Do tych wio­sną i latem zla­ty­wały się osy i muchy, obsia­da­jąc lep­kie od lukru słod­ko­ści. Za ple­cami sprze­daw­czyni na kupu­ją­cych zer­kały nabiał, ryby i pie­czywo. I cho­ciaż metraż sklepu był nie­wielki, nie miało się tu uczu­cia klau­stro­fo­bii. To Mie­czy­sła­wie w zupeł­no­ści wystar­czało. Zresztą nie tylko jej: miesz­kańcy i przy­jezdni rów­nież chęt­nie zaglą­dali do spo­żyw­czaka, o ile rzecz jasna był on aku­rat otwarty.

Po raz kolejny zer­k­nęła na zega­rek. Miała wra­że­nie, że czas sta­nął w miej­scu. Wska­zówki na tar­czy nie poru­szyły się nawet o mili­metr. Jedyną zmienną był deszcz – teraz padał moc­niej niż przed godziną.

– A chrza­nić to! – rzu­ciła na głos, pod­no­sząc się z czar­nego krze­sła z nie­bie­skim obi­ciem. Szur­nęło dono­śnie, gdy wsu­wała je pod blat.

Weszła na zaple­cze, gdzie trzy­mała swoje rze­czy. Narzu­ciła na sie­bie trencz, który już dawno prze­stał się dopi­nać na jej biu­ście. Mimo to nie potra­fiła się z nim roz­stać, więc nosiła go jako codzienne nakry­cie, które miało chro­nić ją przed chło­dem. Chwy­ciła torebkę, leżący tuż obok pęk klu­czy, odwró­ciła się i wyszła z powro­tem do głów­nego pomiesz­cze­nia, by zamknąć kasę fiskalną. Nagle gło­śno krzyk­nęła.

– Jezu! Aleś mnie prze­stra­szyła! – Dłoń Mieci odru­chowo powę­dro­wała w oko­lice serca.

Przed skle­pową ladą stała Łucja Jasz­czak. Wyglą­dała jak sie­dem nie­szczęść. Prze­mo­czona do suchej nitki, z kasz­ta­no­wymi wło­sami niczym tłu­ste strąki, opa­da­ją­cymi na mokrą kurtkę. Twarz zaczer­wie­niona od pła­czu, zwy­kle upstrzona bla­dymi pie­gami, teraz nosiła ślady cięż­kiej ręki męża. Prze­krwione i zawsty­dzone zie­lone oczy gorącz­kowo prze­su­wały się po skle­po­wych pół­kach. Mie­czy­sława nie musiała być geniu­szem, by zauwa­żyć, jakie prze­ra­że­nie i zawsty­dze­nie buzo­wało w tej nie­wy­so­kiej, drob­nej kobie­cie.

– Czy Ste­fan… – zaczęła nie­pew­nie, nie chcąc spło­szyć Łucji, która w mnie­ma­niu skle­po­wej bez wąt­pie­nia przy­szła po pomoc.

Jasz­cza­kowa ostroż­nie poki­wała głową, spusz­cza­jąc roze­dr­gany wzrok. Mie­cia miała wra­że­nie, że Łucja nagle stała się jesz­cze mniej­sza, niż była przed chwilą. Przy­gar­bione plecy odjęły jej kilka cen­ty­me­trów. Wyglą­dała jak zagu­bione, prze­stra­szone dziecko, które potrze­bo­wało natych­mia­sto­wej pomocy.

– Chodź do mnie, kochana… – Skle­powa wyszła zza lady, wycią­ga­jąc do Łucji roz­po­starte ramiona.

Nie musiała długo cze­kać. Spra­gniona bli­sko­ści kobieta w jed­nej chwili skryła się w obję­ciach Zarzyc­kiej, zano­sząc się gło­śnym pła­czem.

– Ciii… No już, kochana, już… Jesteś bez­pieczna… – Mie­czy­sława szep­tała we włosy roz­trzę­sio­nej Łucji.

– Nie jestem bez­pieczna! – zawyła w odpo­wie­dzi Jasz­cza­kowa.

Mie­czy­sława wes­tchnęła. Nie potra­fiła zro­zu­mieć, dla­czego Łucja wciąż tkwi w tym prze­sy­co­nym prze­mocą związku.

Ste­fan Jasz­czak w oczach skle­po­wej nie był dobrą par­tią. Nie zapi­sy­wał się nawet w rubryce względ­nej par­tii, którą można by brać pod uwagę, gdyby z ziemi znik­nęli wszy­scy dobrzy i świetni męż­czyźni. Może i w mło­do­ści był przy­stoj­nym face­tem, który potra­fił łamać dam­skie serca, jed­nak nałogi wyma­lo­wały swój ślad na jego nie­zbyt przy­jem­nej twa­rzy. Zda­wało się, że oczy, czę­sto zwę­żone w zło­ści, lustro­wały i oce­niały każ­dego, na kogo spoj­rzały. Dło­nie nie­raz zaci­skały się do bitki, bez względu na to, jakiego prze­ciw­nika napo­tkały. Nie patrzył, czy naprze­ciw stała jego żona, czy dzieci.

– Za co tym razem? – spy­tała wresz­cie, czu­jąc, że Łucja prze­stała tak mocno drżeć.

– Ponoć mi się nazbie­rało – odparła kobieta, pocią­ga­jąc gło­śno nosem.

Nazbie­rało się… Już by mu Mie­cia poka­zała, jak jemu się nazbie­rało. Pie­przony dam­ski bok­ser.

– Łucja, dla­czego po pro­stu od niego nie odej­dziesz? – spy­tała. Dopiero po chwili zorien­to­wała się, że takie pyta­nie nie powinno paść. Ale Mie­cia już taka była. Zanim pomy­ślała, słowa same pchały się na usta.

– A gdzie pójdę? Masz lep­sze życie niż ja. Nie zro­zu­miesz tego…

Jasz­cza­kowa odsu­nęła się od skle­po­wej sta­now­czym ruchem. Zupeł­nie jakby kojący uścisk nagle zaczął ją parzyć.

– To mi to wytłu­macz, bo… Łucja, posłu­chaj. Jesteś fajną, mądrą i piękną kobietą. Masz naprawdę genialne i roz­sądne dzie­ciaki. Może warto posta­wić wszystko na jedną kartę i po pro­stu odejść? Jestem pewna, że bez pro­blemu uło­ży­ła­byś sobie życie na nowo.

Jasz­cza­kowa prych­nęła, prze­cie­ra­jąc nos wierz­chem dłoni. Z twa­rzy znik­nął smu­tek, a poja­wiło się coś, co przy­po­mi­nało rosnącą złość.

– Mie­cia, z całym sza­cun­kiem, ale prze­stań pie­przyć. Dosko­nale wiesz, że nie pora­dzi­ła­bym sobie bez niego! Która matka zabra­łaby dzieci i poszła, nie mając gro­sza przy duszy? Zasta­nów się! Nie każdy ma tak wspa­niałe życie! Kocha­ją­cego męża, wła­sny biz­nes. Wyobraź sobie, że ist­nie­jemy też my. Cho­lerny mar­gi­nes, który każdy obcho­dzi bokiem, byle jak naj­da­lej, byleby minąć pro­blemy!

Wspa­niałe życie? Skle­powa czuła, że za moment powie kilka słów za dużo. Być może nie wszyst­kich będzie póź­niej żało­wać, ale atmos­fera zde­cy­do­wa­nie sta­nie się bar­dziej napięta. Co Łucja mogła wie­dzieć o jej życiu? Widziała tylko to, co chciała zoba­czyć, a tym­cza­sem Zarzycka kryła w sobie mnó­stwo smutku spo­wo­do­wa­nego tym, że nie może speł­nić naj­więk­szego marze­nia, jakie miała.

Marzyła o dużej rodzi­nie. Gdy była małą dziew­czynką, na pyta­nie, kim będzie w przy­szło­ści, odpo­wia­dała pro­sto: mamą. Marze­nie z cza­sem jedy­nie w niej rosło. Była pewna, że macie­rzyń­stwo jest tym, w czym speł­nia­łaby się naj­bar­dziej. Nie­stety nie każde marze­nie da się zre­ali­zo­wać. Mie­czy­sława Zarzycka, choć na co dzień rado­sna i tem­pe­ra­mentna, nosiła w sobie smu­tek. Nie mogła zajść w ciążę. Mimo wielu sta­rań, prób i walki o powięk­sze­nie rodziny, z ogrom­nym zawo­dem i pła­czem przyj­mo­wała porażkę.

Prze­stała marzyć o rodzi­nie. Cho­dziła wście­kła i zroz­pa­czona, nie mogąc uwie­rzyć w nie­spra­wie­dli­wość tego świata. Bo jakim cudem, do cho­lery, w ciążę zacho­dziły kobiety, które nie chciały mieć dzieci? A ona? Choć tak bar­dzo chciała, los z niej drwił. Poka­zy­wał swoją wyż­szość, wysta­wia­jąc język lub środ­kowy palec.

Nie­raz przez to jej rela­cje z Janu­szem mocno się chwiały. Kłó­cili się, cza­sem wza­jem­nie obwi­niali. Póź­niej się prze­pra­szali, choć, trzeba przy­znać, to on naj­czę­ściej wycią­gał do niej rekę w geście pojed­na­nia. Jej przy­cho­dziło to z wiel­kim tru­dem. Długo musiała myśleć o całej sytu­acji, wiele godzin musiało minąć, aż ochło­nie i doj­dzie do przy­krego wnio­sku, że to ona coś schrza­niła. I zanim pod­jęła decy­zję, że powie prze­pra­szam, Janusz robił to pierw­szy. Choć nie mówiła tego na głos, była mu za to ogrom­nie wdzięczna.

– To po jaką cho­lerę tu przy­szłaś? – spy­tała nie­zbyt uprzej­mie.

– A po co się przy­cho­dzi do sklepu, co? – odpo­wie­działa zgryź­li­wym tonem Łucja. – Po wódkę dla męża przy­szłam.

Mie­czy­sława skrzy­żo­wała ręce na pier­siach.

– Na kre­skę ci nie dam. Wódka to nie jest rzecz pierw­szej potrzeby. A wisi mi Ste­fan za dwie połówki czy­stej.

Na twa­rzy Jasz­cza­ko­wej wykwitł rumie­niec i poja­wiło się coś, co wyglą­dało na zde­ner­wo­wa­nie. Oczy znów zaczęły ner­wowo sunąć po wszyst­kich pół­kach, dło­nie lekko drżały, a zęby ner­wowo zagry­zały wargę.

– On… On mnie zabije, jak nie przy­niosę mu tego, co chce.

– Niech tylko spró­buje… – syk­nęła Mie­czy­sława. – Chodź. Idziemy.

Zła­pała Łucję pod rękę, choć ta pró­bo­wała sta­wiać opór. Sza­mo­tała się przez moment, gdy skle­powa cią­gnęła ją w kie­runku swo­jego samo­chodu. Zauwa­żyła, że deszcz nieco osłabł.

– Wsia­daj – rzu­ciła, otwie­ra­jąc drzwi. Sta­now­czo usa­dziła Jasz­cza­kową na sie­dze­niu pasa­żera. Zablo­ko­wała drzwi i krzy­cząc, dodała: – Tylko zamknę sklep! Zaraz wrócę!

– Mie­cia, pro­szę cię! – Łucja stu­kała w szybę. Jej głos był stłu­miony. Szyba zaczy­nała paro­wać od jej gorą­cego odde­chu.

Zarzycka pospiesz­nie zamknęła drzwi sklepu. Nie włą­czyła alarmu. I tak będzie musiała tu wró­cić, by wydru­ko­wać raport dobowy z kasy fiskal­nej. Jed­nak teraz sytu­acja w domu Jasz­cza­ków stała się jej prio­ry­te­tem. Nie mogła mach­nąć ręką na takie zacho­wa­nie. Łucja była zastra­szona i pobita. Ten facet dopro­wa­dził do tego, że zaczy­nała wie­rzyć, że nie będzie mogła sobie bez niego pora­dzić. Już ona mu pokaże, co sądzi na ten temat…

Pode­szła do samo­chodu i odblo­ko­wała drzwi. Wsu­nęła klucz do sta­cyjki, włą­czyła sil­nik i wrzu­ciła bieg. W Trze­bieży nie było dużego ruchu. Auta prze­jeż­dżały tu spo­ra­dycz­nie. Wyjąt­kiem były godziny szczytu i let­nie, gorące week­endy, gdy tabuny ludzi zmie­rzały na pobli­skie kąpie­li­sko. Mie­czy­sława bez trudu włą­czyła się więc do ruchu. Wdep­nęła pedał gazu, a auto wypruło do przodu.

– Miećka, oby­dwie się doigramy… Jeśli masz choć tro­chę oleju w gło­wie, po pro­stu daj mi tę wódkę i mnie zostaw. Dobrze ci radzę. – Łucja ner­wowo zaci­skała dło­nie na desce roz­dziel­czej.

– O nie, moja droga. Ja tak tego nie zosta­wię. Przy­cho­dzisz do mojego sklepu zapła­kana i pobita. Ewi­dent­nie w głębi serca pro­sisz o pomoc, ale boisz się ją otrzy­mać. Mówisz mi, że na takich jak ty nie zwraca się uwagi, a póź­niej pro­sisz o wódkę dla alko­ho­lika, który po godzi­nach bawi się w dam­skiego bok­sera. Jeśli myślisz, że ja to tak zosta­wię, to chyba się, za prze­pro­sze­niem, z chu­jem na łby poza­mie­nia­łaś. I wybacz słow­nic­two, ale zaraz mnie coś roz­nie­sie. Taka już jestem, że jak mnie coś roz­zło­ści, to mię­sem rzucę. No! Ale co ja mówi­łam? A, wiem już. Skoro ty nie potra­fisz powie­dzieć dosad­nie swo­jemu mężowi, że tak się nie robi, ja to zro­bię. I ze mną mu tak łatwo nie pój­dzie, bo ja się takiemu łachu­drze nie dam.

– Mie­cia, zro­zum, tylko zaognisz sytu­ację…

– Nie zaognię. Zaufaj mi. Już ja mu powiem dosad­nie, co sądzę na ten temat. Mam swoje spo­soby, zawsze dzia­łają.

Mie­czy­sława tro­chę zwol­niła, wcho­dząc w ostry zakręt. Jesz­cze chwila i będą na miej­scu. Zaraz zjadą na szu­trówkę, a stąd został tylko nie­duży kawa­łek drogi. Choć dosko­nale ją znała, zawsze musiała się sku­pić na tym, by nie prze­oczyć ukry­tego skrętu w lewo.

Auto parło naprzód, koły­sząc się na wybo­jach dziu­ra­wej żwi­ro­wej drogi. Gdy dotarły do drew­nia­nego domku przy­tu­lo­nego do ściany lasu, Ste­fan Jasz­czak, nie zwa­ża­jąc na deszcz, sie­dział na ławeczce i ze zdzi­wie­niem obser­wo­wał, jak Mie­czy­sława wypusz­cza z auta Łucję.

– O, to od dzi­siaj skle­powa pod­wodę w swoim asor­ty­men­cie ma? – zare­cho­tał. – To się nazywa dba­nie o klienta! Wódkę przed dom dostar­czą!

Mie­cia popa­trzyła na niego z poli­to­wa­niem, unio­sła brew i pokrę­ciła głową na znak dez­apro­baty.

– Jasz­czak, zamknij się, jeśli nie masz nic mądrego do powie­dze­nia.

– No do czego to doszło, żeby mnie obca baba w moim domu uci­szała! – odparł pod­nie­sio­nym gło­sem.

– Nie w domu, tylko na podwórku. I nie taka obca! A co do uci­sza­nia, to mam coś do powie­dze­nia, bo wisisz mi kasę, moczy­mordo ty! – Mie­czy­sława wydarła się na Ste­fana.

Ten uniósł się z ławki i chwiej­nym kro­kiem pod­szedł do skle­po­wej.

– Że ja moczy­morda? Ja?!

– No prze­cież, że nie ja! Moczy­morda i dam­ski bok­ser! Nachla się taki i z łapami star­tuje! Co to za męż­czy­zna, ja się pytam?! Pie­przony moczy­morda, wrzód na dupie, który tylko długi rodzi­nie robi! To ma być ojciec? Przy­kładny mąż?! – rzu­ciła mu w twarz.

– Miećka, ty się nie roz­pę­dzaj! I niech pierw­szy kamie­niem rzuci, kto baby swo­jej do porządku nie przy­wo­łał! Żona ma się słu­chać męża! Jak w zegarku cho­dzić! Tak samo i dzie­ciaki!

Mie­czy­sława prych­nęła, sły­sząc słowa pija­nego męż­czy­zny.

– Nie, no, ja z nim nie wytrzy­mam… – Zała­mała ręce, po czym szybko dodała: – Słu­chaj no! Po pierw­sze, wytrzeź­wiej! Po dru­gie, jesz­cze raz dowiem się, że pod­nio­słeś rękę albo na Łucję, albo na któ­reś z two­ich dzie­cia­ków, zarę­czam ci, że oso­bi­ście zawiozę cię na dołek. I wódki u mnie nie kupisz! Ja ręki do two­jego uza­leż­nie­nia nie przy­łożę. Zaszyć się powi­nie­neś!

– A to kupca stra­cisz! – pró­bo­wał się odgryźć, choć Mie­cia dosko­nale widziała, jak mocno ubo­dły go słowa o alko­holu.

– Takiego kupca, co nie płaci, to ja w dupie mam!

– A to pojemną masz! Bom duży! – Znów zare­cho­tał.

– Jesz­cze słowo, Jasz­czak! Jesz­cze słowo! Jutro widzę cię z kasą za wódkę, którą bra­łeś na kre­skę. I pod­nieś no mi jesz­cze raz rękę na żonę albo dzieci, to oso­bi­ście ci ją upie­przę, żebyś butelki do łapy nie mógł wziąć. Zro­zu­miano?!

Jasz­czak spo­chmur­niał. Dosko­nale wie­działa, że był tak leniwy, że nie ruszy się do sąsied­niej wsi, by cokol­wiek kupić. Kątem oka widziała radość, która nie­śmiało malo­wała się na twa­rzy Łucji.

– Zro­zu­miano, zro­zu­miano… Po to żeś się faty­go­wała? Żeby mi palu­chem pogro­zić?

– A nie widzisz, że twoja żona cała prze­mok­nięta jest? Jak się prze­ziębi, to kto przy takim matole łazić będzie, co?

– Miećka, ty nie prze­gi­naj! – znów ją upo­mniał.

– Kasę znajdź. Jutro widzę cię rano w skle­pie z pie­niędzmi. Trzeź­wego! – zazna­czyła i wsia­dła do samo­chodu.

Ode­tchnęła gło­śno i ruszyła, zosta­wia­jąc w tyle dom Jasz­cza­ków. Miała poczu­cie dobrze wyko­na­nego zada­nia. Teraz Jasz­czak dwa razy się zasta­nowi, zanim pod­nie­sie rękę na swoją żonę.

Rozdział drugi. Mniejsze zło

Dom Kle­men­tyny Wilk

Kle­men­tyna wyj­rzała przez zabru­dzoną szybę. Zda­wało się, że świat bie­rze przy­kład z jej ponu­rego nastroju. Gęste, mleczne mgły spo­wiły wszystko dookoła, dając poczu­cie, że dom Wil­ków zna­lazł się w jakiejś dziw­nej próżni. Przez zasnute chmu­rami niebo nie prze­bi­jał się ani jeden pro­myk jesien­nego słońca.

Kobieta pomy­ślała, że złota pol­ska jesień to zwy­kła bujda. Nie cier­piała jesieni! Ta pora roku mogłaby dla niej nie ist­nieć. Wil­goć, zapach gni­ją­cych liści, strugi desz­czu, chłód. Kto o zdro­wych zmy­słach mógł twier­dzić, że jesień jest piękna? Zwłasz­cza teraz… Gdy przyj­dzie jej spę­dzić samot­nie każdy kolejny dzień. Ciche, ponure poranki. Picie zim­nej kawy, która sma­ko­wała paskud­nie, odkąd powie­dział jej o roz­wo­dzie, obfi­cie zala­nej łzami, które spły­wały do kubka, ile­kroć pod­no­siła naczy­nie do spierzch­nię­tych ust.

– Ona nie może się dowie­dzieć. – Usły­szała głos Hen­ryka.

Prze­stra­szył ją. Nie wie­działa, kiedy wszedł do kuchni. Kie­dyś praw­do­po­dob­nie by ją objął, doci­ska­jąc swoje ciało do jej ciała, poca­ło­wał w czu­bek głowy. Teraz uni­kał wszel­kiego kon­taktu fizycz­nego, zupeł­nie jakby się go bał albo brzy­dził.

– Chyba sobie żar­tu­jesz… – powie­działa, nie kry­jąc zdzi­wie­nia.

– Tak będzie lepiej – uciął.

Kle­men­tyna pokrę­ciła głową z nie­do­wie­rza­niem. Skąd, do cho­lery, mógł wie­dzieć, co będzie dla niej lep­sze?

– Chyba dla cie­bie – prych­nęła.

Wie­działa, jak będzie wyglą­dał każdy kolejny dzień. Pyta­nia córki będą spa­dały na nią niczym gromy, a ona będzie musiała mil­czeć. Bo tak będzie lepiej. Hen­ryk znik­nie, ode­tnie się od sta­rego życia i zacznie nowe. Zostawi je i odej­dzie, oszczę­dza­jąc sobie ckli­wych poże­gnań. Wszystko spad­nie na jej barki. Już nawet nie cho­dziło jej o utrzy­ma­nie domu i wszyst­kie obo­wiązki, ale o ich córkę, którą wycho­wy­wali wspól­nie przez te wszyst­kie lata. Choć nie była małą dziew­czynką, trudno będzie jej znieść tę infor­ma­cję.

– Kle­men­tyna, już posta­no­wi­łem. Nie mam czasu na to, by cze­kać na nią kolejny dzień, zresztą nie mówiła nam kiedy wróci. Ina­czej ją wycho­wy­wa­li­śmy. Nie wiem, co się z nią stało, że ostat­nio o niczym nas nie infor­muje. – Wes­tchnął. – Wiesz, że jest mi ciężko. Musia­łem wybrać mniej­sze zło. Powiedz jej to, co mówi­łem ci wie­czo­rem.

Kobieta skrzy­żo­wała ramiona na pier­siach. Łza poto­czyła się po policzku. Zdzi­wiła się, że jesz­cze miała czym pła­kać. Wyda­wało jej się, że wypła­kała już wszyst­kie łzy.

– Myślisz, że taka ucieczka to naj­lep­sze, co możesz dla niej zro­bić? Ona ni­gdy ci nie wyba­czy! Prawda kie­dyś wyj­dzie na jaw, a wtedy znie­na­wi­dzi nas oboje, rozu­miesz? Cho­ciaż… Tobie będzie już wtedy wszystko jedno… – Znów prych­nęła, uświa­da­mia­jąc sobie przy­krą prawdę.

Hen­ryk pod­szedł do niej. Wycią­gnął dłoń, ale zatrzy­mał ją kilka cen­ty­me­trów przed jej ramie­niem. Wal­czył ze sobą, widziała to. Potrafi go roz­czy­tać. W końcu znają się jak łyse konie. Wresz­cie cof­nął rękę i zro­bił krok w tył.

– Przy­kro mi, że masz o mnie takie mnie­ma­nie… – powie­dział ze smut­kiem, po czym chrząk­nął, jakby pró­bo­wał posta­wić samego sie­bie do pionu. – No, czas na mnie. Agnieszka już na pewno na mnie czeka.

Odwró­cił się i wyszedł z kuchni. Sły­szała, jak wyciąga rączkę walizki i wycho­dzi z domu. Bez poże­gna­nia. Bez odro­biny czu­ło­ści, któ­rej teraz potrze­bo­wała.

Spę­dzili ze sobą tyle lat! Gry­wali w karty do póź­nej nocy, sącząc jakiś roz­grze­wa­jący tru­nek. Wspól­nie zdo­by­wali szczyty pol­skich gór, zwie­dzali zagra­niczne mia­sta, czy­tali te same książki. Wycho­wali razem córkę, choć nie­raz stwier­dzali zgod­nie, że to było jedno z trud­niej­szych zadań, jakie wzięli sobie na barki. I teraz wystar­czyło tylko wziąć nogi za pas… Roz­wieść się i odejść z inną, bo tak będzie lepiej.

Pode­szła do okna. Uchy­liła firankę. Choć mgła wciąż pochła­niała wszystko, co zna­la­zło się wokół niej, dosko­nale widziała ich syl­wetki. Nieco zamglone, ale dla niej aż za bar­dzo wyraźne. Przy­tu­lała go. Ten widok był gor­szy, niż nóż wbity w serce.

– Dla­czego… W czym jej dotyk jest lep­szy od mojego… – wyszep­tała nie­mal bez­gło­śnie, odsu­wa­jąc się od szyby.

Odpo­wie­działa jej cisza. Głu­cha i nie­przy­jemna. Wtedy do niej dotarło. Zosta­wił ją. Odszedł na zawsze, bez słowa poże­gna­nia. Nawet bez głu­piego „cześć”. Tylko pozba­wione emo­cji Czas na mnie. Agnieszka już na pewno na mnie czeka.

Kle­men­tyna osu­nęła się na pod­łogę. Drżała, a z gar­dła wydo­by­wał się zwie­rzęcy sko­wyt. Zaci­śnięte pię­ści padały raz za razem na zie­mię, bok­su­jąc ją z całych sił. Skóra na dło­niach pękała, zna­cząc pod­łogę krwią. Krzyk, który wyrwał się z jej ust, był dono­śny, niósł za sobą wielki ból, który miała w sercu.

– Jak mogłeś! – krzy­czała, nie prze­sta­jąc ude­rzać pię­ściami w pod­łogę. Dopiero gdy zauwa­żyła krew, zła­pała się za głowę. Rwała włosy w amoku, ogar­nięta smut­kiem i furią.

Pod­nio­sła się nagle i koślawo rzu­ciła się na stół, ścią­ga­jąc z niego beżowy obrus. Wszystko, co na nim było, wylą­do­wało na pod­ło­dze. Szklany wazon z fio­le­to­wymi i różo­wymi kosmo­sami roz­trza­skał się, roz­bry­zgu­jąc wokół wodę. Pyłek z żół­tych środ­ków kwia­tów obsy­pał beż tka­niny. Ulu­biona fili­żanka z fusami po kawie zmie­niła się w nędzne sko­rupy. Nie da się ich już poskle­jać. Zupeł­nie jak jej roz­bi­tego w drobny mak serca. Chwy­ciła kawa­łek roz­bi­tego naczy­nia. Resztka fusów przy­brała kształt kośla­wego krzyża. Kle­men­tyna odrzu­ciła sko­rupę z prze­ra­że­niem, jakby parzyła ją w palce.

– Nie, nie… – szep­tała jak w amoku, cofa­jąc się w kie­runku drzwi.

Pora­nio­nymi dłońmi prze­ci­nała powie­trze za swo­imi ple­cami. Pró­bo­wała po omacku zła­pać za klamkę, byleby tylko jak naj­szyb­ciej stąd wyjść.

Wyczuła pod pal­cami drzwi. Szybko odwró­ciła się, by je otwo­rzyć i wybiec na zewnątrz. Rześ­kie, wil­gotne powie­trze ude­rzyło w jej mokrą od łez twarz.

– Nie ska­żesz mnie na cier­pie­nia, nie! – krzy­czała, a słowa ginęły w gęstej mgle.

Rzu­ciła się bie­giem przed sie­bie, nie zwa­ża­jąc na to, że dom został otwarty. Nie wie­działa, dokąd bie­gnie, ale dziwny głos w jej gło­wie wciąż powta­rzał, że nie może teraz tu zostać. I tylko przez uła­mek sekundy poja­wiła się jedna nie­wy­godna myśl… Że Kle­men­tyna Wilk naj­praw­do­po­dob­niej zwa­rio­wała.

Rozdział trzeci. Strzeżonego Pan Bóg strzeże

Dom Sta­ni­sława Rębi­cha

Pomarsz­czona dłoń męż­czy­zny znik­nęła w głę­bo­kim wia­drze, które jesz­cze nie­dawno było wypeł­nione po same brzegi świe­żym ziar­nem. Zaklął pod nosem, choć nie miał tego w zwy­czaju. Nie żeby wul­garny język był mu obcy. Ależ nie. Po pro­stu z wie­kiem prze­stał go uży­wać. Nawet w stre­su­ją­cych sytu­acjach. A trzeba było przy­znać, tych było mnó­stwo, choć wolał nikomu o tym nie wspo­mi­nać.

– Ape­tyt więk­szy macie czy co? Prze­cież dopiero co kupo­wa­łem owies, a tu już dno widać… – rzu­cił męż­czy­zna w stronę gda­czą­cych kur.

Roz­ma­wiał z nimi tak, jakby mogły go zro­zu­mieć. Wielu śmiało się, że Sta­siek na głowę upadł, skoro ucina sobie poga­wędki z dro­biem. On zaś miał gdzieś te przy­tyki. Uwa­żał, że kura potrafi zro­zu­mieć o wiele wię­cej, niż może się wyda­wać zwy­kłemu zja­da­czowi chleba. A i jajka były znacz­nie smacz­niej­sze od takich kurek, do któ­rych się stale mówiło. Zresztą, do kogo Sta­ni­sław miał otwo­rzyć gębę, jak nie do swo­ich gda­ka­ją­cych pod­opiecz­nych?

Co prawda miał sąsia­dów, ale z nimi wolał utrzy­my­wać dystans. Zwłasz­cza z Jasz­cza­kiem, z któ­rym kie­dyś się już zła­pał. Sąsiad po alko­holu był skory do bitki, toteż Sta­ni­sław nie zamie­rzał się z nim wda­wać wtedy w dys­ku­sję. A że sąsiad czę­ściej był pod­pity niż trzeźwy, rela­cje sąsiedz­kie były marne. Cza­sami roz­ma­wiał z Łucją i jej dziećmi, ale tylko wtedy, gdy Ste­fana nie było w pobliżu. Ot, na wypa­dek, gdyby Jasz­cza­kowi znów przy­szło do głowy roz­po­cząć szar­pa­ninę.

Sta­ni­sław Rębich uwa­żał, że nie ma ludzi dosko­na­łych. Sam nie świe­cił ni­gdy przy­kła­dem, jed­nak wie­dział, że są pewne gra­nice, któ­rych nie nale­żało prze­kra­czać. I taką wła­śnie gra­nicą było pod­no­sze­nie ręki na żonę i dzieci.

Męż­czy­zna wes­tchnął. Chwy­cił wia­dro z reszt­kami ziarna i syp­nął zawar­to­ścią na zie­mię przed komórką, w któ­rej trzy­mał narzę­dzia, szpa­dle, widły, gra­bie i poży­wie­nie dla kur. Te nie cze­kały na zapro­sze­nie, od razu rzu­ciły się na pokarm, zaczęły dzio­bać go z wiel­kim zaan­ga­żo­wa­niem. Sta­ni­sław uśmiech­nął się, widząc ich ape­tyt.

Posta­wił puste wia­dro przed komórką. Zamknął drew­niane drzwi, któ­rych zawiasy skrzy­piały tak gło­śno, że praw­do­po­dob­nie ich jęk sły­chać było w całej wsi. Zawsze obie­cy­wał sobie, że wresz­cie je naoliwi, jed­nak ile­kroć miał się do tego zabrać, coś go roz­pra­szało. Osta­tecz­nie drzwi scho­dziły na dal­szy plan, a Rębich zaj­mo­wał się rze­czami znacz­nie waż­niej­szymi. Raz jesz­cze rzu­cił okiem na dzio­biące ziarno kury.

– Grzeczne dzie­wuszki. Znie­ście mi jutro smaczne jajka! – powie­dział, po czym ruszył do szopy, w któ­rej lubił spę­dzać więk­szość wol­nego czasu.

Rąba­nie drewna i ukła­da­nie go rów­niutko pod ścianą było jego ulu­bio­nym zaję­ciem. Nie myślał przy tym zbyt wiele, spę­dzał czas pośród pach­ną­cego drewna, co przy­po­mi­nało mu, jak kie­dyś zara­biał na życie. Widok stale rosną­cej ściany ide­al­nie uło­żo­nych polan dawał mu poczu­cie dobrze wyko­na­nego zada­nia. Nie skła­małby, gdyby stwier­dził, że to go praw­dzi­wie uszczę­śli­wiało.

Otwo­rzył sko­bel i wszedł do szopy, w któ­rej pano­wała ciem­ność. Wyma­cał dło­nią włącz­nik. Wisząca pod sufi­tem żarówka pyk­nęła, by rzu­cić na wszystko przy­dy­mione świa­tło. Pomiesz­cze­nie było na tyle duże, by pomie­ścić nie tylko opał, lecz także rower, o który Sta­ni­sław bar­dzo dbał. Jego jed­no­ślad mimo upły­wa­ją­cego czasu był w rewe­la­cyj­nym sta­nie. Sąsiad czę­sto kpił ze sta­rego Rębi­cha, że ten kon­ser­wuje rzę­cha. Pusz­czał tę nie­wy­bredną uwagę mimo uszu i robił swoje, czer­piąc z tego wielką satys­fak­cję.

Wycią­gnął rower i usta­wił go przed wej­ściem do szopy. Zawró­cił, by zga­sić świa­tło i zamknąć drzwi na sko­bel. Zer­k­nął raz jesz­cze na kury, chwy­cił puste wia­dro i zawie­sił je na kie­row­nicy. Odbez­pie­czył nóżkę i wsiadł na rower w cha­rak­te­ry­styczny dla star­szych osób spo­sób, odpy­cha­jąc się od ziemi jak na hulaj­no­dze.

Pierw­sze metry zawsze były dla niego trudne. Utrzy­ma­nie rów­no­wagi sta­no­wiło nie lada pro­blem, zwłasz­cza że plecy i nogi każ­dego dnia bole­śnie dawały o sobie znać. Gdy już usta­bi­li­zo­wał pozy­cję, jazda na rowe­rze była pestką. Mógł jechać przez długi czas, do momentu aż nie poczuł prze­szy­wa­ją­cego bólu w kola­nie. Na szczę­ście nie miał do poko­na­nia zbyt dłu­giej drogi. Zale­żało mu tylko na tym, by kupić od Mar­czaka tro­chę owsa, zanim poprosi męża Mie­czy­sławy, by kupił mu na ryneczku cały worek.

Jechał wolno wyjeż­dżoną kole­iną. Pasek trawy pośrodku drogi znów się­gał powy­żej kostek. Sta­ni­sław zano­to­wał w myślach, by ją przy­ciąć kosą. Dener­wo­wało go, że ani Jasz­czak, ani jego syn nie dbali o to, by droga była cał­ko­wi­cie prze­jezdna. Nie winił o to Łucji czy ich córki Kasi. Dziew­czyny i tak miały w domu nie­ła­two… Wolał nie dokła­dać im nie­przy­jem­no­ści, któ­rych w domu miały aż nadto.

Gdy prze­jeż­dżał obok domu sąsia­dów, usły­szał szmer roz­mów. Sta­siek nie był wścib­ski. Co to to nie! Jed­nak poczuł, że musi się zatrzy­mać. Zsiadł i pro­wa­dząc rower, pró­bo­wał wsłu­chać się w wymianę zdań. Ta była wyjąt­kowo ner­wowa. Roz­ma­wiało dwóch męż­czyzn. Pró­bo­wali szep­tać, jed­nak zdener­wowanie brało górę i głosy sta­wały się gło­śniej­sze, niż pla­no­wali.

– Dobrze wiesz, że nie mamy na to czasu! – syk­nął jeden z nich.

– No i? Sie­dzą mi na ogo­nie. Musisz zna­leźć kogoś innego – odparł but­nie Jasz­czak.

– Chyba sobie ze mnie żar­tu­jesz. Kogo? Niby kogo mam zna­leźć, co? Myślisz, że to robota jak każda inna? Że napi­szę ofertę pracy w inter­ne­cie?

Męż­czy­zna, z któ­rym roz­ma­wiał sąsiad, był bar­dzo zde­ner­wo­wany. Sta­ni­sław zwol­nił kroku, by móc usły­szeć coś jesz­cze. Pró­bo­wał poru­szać się na tyle cicho, by nie spło­szyć scho­wa­nych za rogiem domu męż­czyzn. Dzię­ko­wał sobie w duchu za to, że dbał o rower, cho­ciaż ten nie jęczał i nie pisz­czał jak nie­na­oli­wione drzwi komórki.

– Mam to w dupie, rozu­miesz? Nie będę się dla cie­bie nara­żał. Wolę trzy­mać się od tego z daleka.

Facet prych­nął.

– I co? Teraz będziesz w domu trząsł por­t­kami, bo sie­dzą ci na ogo­nie? Wiesz, że twój strach jest niczym przy tym, co grozi nam za to, że nie zro­bisz tego, co chcą?

Teraz to Jasz­czak prych­nął.

– Mam to gdzieś. Nie będę się nara­żał. Sły­sza­łeś, że strze­żo­nego Pan Bóg strzeże? – Ste­fan urwał na chwilę, jakby ocze­ki­wał potwier­dze­nia. – No. To już wiesz, że nie będę się nara­żał za te nędzne gro­sze.

– Nędzne gro­sze?! – Męż­czy­zna pod­niósł głos. Szybko jed­nak z powro­tem go ści­szył. – Te trzy tysiące to dla cie­bie gro­sze? Ogar­nij się, Jasz­czak… I wytrzeź­wiej, bo przez wódę pie­przysz głu­poty!

Sta­ni­sław zatrzy­mał się na moment. Znał ten głos… Dla­czego wcze­śniej go nie roz­po­znał?

– Za trzy tysiące nie zamie­rzam iść sie­dzieć. Bo jak coś pój­dzie nie tak, ty i reszta wypnie­cie się jak ostat­nio… Nie będę ryzy­ko­wał. Znajdź sobie innego debila, który będzie z wywie­szo­nym jęzo­rem latał na wasze posyłki…

Rębich szybko pchnął rower, pró­bu­jąc na niego wsiąść. Męż­czyźni szli w jego kie­runku. Jeśli go zauważą, jeśli tam­ten go roz­po­zna… Musiał się pospie­szyć!

– Będziesz tego żało­wał, Ste­fan… – rzu­cił męż­czy­zna, wycho­dząc na ścieżkę obok domu Jasz­czaka.

Sta­ni­sław peda­ło­wał, ile miał sił w nogach, licząc na to, że zdąży się skryć za ścianą lasu, zanim tamci go zauważą. Sły­szał szu­ra­nie trawy. Nie zdąży, zauważą go… Jesz­cze tylko kawa­łe­czek i będzie bez­pieczny, z dala od ich oczu! Tylko musi dać z sie­bie wszystko.

– A to kto? – usły­szał ner­wowy głos męż­czy­zny.

Rębich poczuł, jak oblewa go zimny pot. Peda­ło­wał mimo to.

– To mój syn, Bar­tek. Trzy­maj się od niego z daleka.

Poczuł ulgę. Nie cho­dziło o niego. Las witał go swo­imi zie­lo­nymi gałę­ziami. Udało mu się scho­wać przed oczami tego, który był po ciem­nej stro­nie i zaj­mo­wał się złymi inte­re­sami. Było tak bli­sko…

– Głupi ma zawsze szczę­ście, Sta­siek. A ty jesteś wyjąt­kowo dur­nym star­cem… – szep­nął do sie­bie, peda­łu­jąc, ile sił w nogach, i nie zwa­ża­jąc na pul­su­jący ból w kola­nie.

Rozdział czwarty. Tańcz, jak ci zagrają

Gdzieś w Trze­bieży

Męż­czy­zna splu­nął na zie­mię. Ciemne chmury zasnuły niebo. Nawet drobny blask księ­życa nie spły­wał na poro­śniętą mchem zie­mię. Może to i lepiej? Nikt go nie zauważy. Las jak zawsze da mu schro­nie­nie, będzie jego pele­ryną, pod którą może się ukryć.

Prze­kli­nał się w duchu, że nie wziął zegarka. Mógłby spraw­dzić, ile ma jesz­cze czasu. Roz­ła­do­wany tele­fon tylko cią­żył mu w kie­szeni sze­ro­kich bojó­wek, jedy­nych słusz­nych według niego spodni.

Miał nadzieję, że zdąży na czas, a jeśli przyj­dzie wcze­śniej, że nie będzie musiał długo na niego cze­kać. Nie zno­sił cze­ka­nia. Miał poczu­cie, że wtedy traci czas. A czas jest droż­szy od pie­nię­dzy. Nie­świa­do­mie przy­spie­szył kroku, cho­wa­jąc ręce do prze­past­nych kie­szeni.

Czę­sto prze­ka­zy­wał złe infor­ma­cje. Tym razem to, co musiał powie­dzieć, rów­nież nie było dobre. Ale dziś czuł znacz­nie więk­szą obawę przed tym, co powi­nien powie­dzieć. Może dla­tego, że sprawa była cho­ler­nie poważna? Obie­cał im, że towar trafi na czas w odpo­wied­nie ręce, a tym­cza­sem główny pio­nek całej ope­ra­cji posta­no­wił odpaść z gry. Tak łatwo się pod­dał! Ska­pi­tu­lo­wał! Obe­rwie się im, a naj­bar­dziej obe­rwie się jemu. Musiał pomy­śleć, jak to zro­bić, by pogro­zić pal­cem Jasz­cza­kowi i wyko­nać zle­ce­nie. Jak upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu, chro­niąc przy tym swój tyłek…

Zaczęło padać. Grube kro­ple cięły go pro­sto w twarz. Poczuł prze­szy­wa­jący go chłód. Żało­wał, że nie ma czapki. Nie prze­pa­dał za nakry­ciami głowy, ale teraz dałby wiele, byleby tylko nie czuć zimna szczy­pią­cego w uszy.

Przy­spie­szył jesz­cze odro­binę. Poczuł, że tętno zaczyna mu rosnąć. Wresz­cie robiło mu się cie­pło. Sie­ka­jące twarz kro­ple desz­czu prze­stały robić na nim wra­że­nie. Wszystko dla­tego, że miał plan. I to taki, który mógł się udać, jeśli tylko dobrze to roze­gra.

– Tutaj – usły­szał syk­nię­cie po swo­jej pra­wej stro­nie.

Zdzi­wił się. Byli umó­wieni w innym miej­scu, dobrych kil­ka­set metrów dalej.

– Dla­czego tutaj? – spy­tał, poda­jąc dłoń męż­czyź­nie. Wielki kap­tur rzu­cał cień, cał­ko­wi­cie ukry­wa­jąc twarz.

– Bo nie tam. Masz jakiś pro­blem? – uciął nie­przy­jem­nie zakap­tu­rzony facet.

– Żad­nego… – sap­nął.

Czuł, że roz­mowa nie będzie przy­jemna. Facet był tak zło­wrogo nasta­wiony, że ule­ciał cały zapał, jaki miał jesz­cze przed chwilą. Nie wie­dział, czy warto było wspo­mi­nać o pomy­śle, który przy­szedł mu przed chwilą do głowy.

– Co z towa­rem? – zapy­tał tam­ten bez cere­gieli.

– Towar jest, ale…

– Co ale? – prze­rwał mu męż­czy­zna.

– Ale osoba, która dla mnie pra­co­wała, ma ogon. To za duże ryzyko, by zajął się dostar­cze­niem. Mogą powią­zać go ze mną i z wami. Dobiorą nam się do tył­ków i nie zoba­czymy ani kasy, ani towaru.

Facet zaśmiał się szy­der­czo.

– Mak­siu, Mak­siu, Mak­siu… – wyszep­tał i dodał ostrzej: – Myślisz, że to mój pro­blem?

Nie cier­piał, jak go tak nazy­wał. Czuł się jak cho­lerny pies na posyłki.

– Nie do końca – odpo­wie­dział ostroż­nie, pró­bu­jąc nie dać po sobie poznać, jak bar­dzo jest zde­ner­wo­wany.

– Prze­stań pie­przyć, tylko weź się do roboty. Towar ma być naj­póź­niej jutro przed pół­nocą. Nie inte­re­suje mnie, jak i kto to zrobi. Płacę ci za to, i to nie­mało. Więc albo wywią­zu­jesz się z naszej umowy…

– Albo co? – odpo­wie­dział but­nie.

– Albo podzie­lisz los tych, któ­rzy nie grają fair. Uwa­żaj, jak tań­czysz, Mak­siu.

Zaśmiał się przez zaci­śnięte zęby. Wie­dział, że przez Jasz­czaka będą pro­blemy. Pie­przony pijak… Z takimi trzeba krótko. Już on mu pokaże, że w inte­re­sach nie ma zmi­łuj.

– Chciał­byś, co? Towar będzie przed pół­nocą, tam gdzie zawsze. Ale ma was nie być, jasne? Żad­nych hien z bro­nią, które mogą prze­stra­szyć mi dostawcę. Jeśli zoba­czę kogo­kol­wiek, to wy za to bek­nie­cie.

Męż­czy­zna zacmo­kał.

– Nie może być, ty mi gro­zisz? – zare­cho­tał.

– Skądże… Nie śmiał­bym… – odpo­wie­dział mu z prze­bie­głym uśmiesz­kiem, nie mając pew­no­ści, czy w tej ciem­no­ści facet w kap­tu­rze mógł to zauwa­żyć. Nawet jeśli nie, czuł prze­peł­nia­jącą go dumę. Posta­wił się tym, któ­rzy nie znają lito­ści, nie grają czy­sto. Niech wie­dzą, że jest sil­nym zawod­ni­kiem.

A Jasz­czak… Jasz­czak jesz­cze będzie go pro­sił, żeby zmie­nił zda­nie i wpu­ścił go do biz­nesu. Ude­rzy mocno. Tak, by go zabo­lało… Jesz­cze zoba­czy… Będzie tań­czył, jak mu zagra!

– Tak myśla­łem. Jutro przed pół­nocą. Tam gdzie zawsze. Nie zawiedź mnie, jeśli nie chcesz… – męż­czy­zna uniósł dłoń w skó­rza­nej ręka­wiczce i prze­je­chał kciu­kiem po szyi.

– Radził­bym ci następ­nym razem bar­dziej się posta­rać, jeśli chcesz mnie prze­stra­szyć. Takie groźby już dawno nie robią na mnie wra­że­nia – oznaj­mił i obró­cił się na pię­cie, chcąc mieć w tej roz­mo­wie ostat­nie słowo. Uwiel­biał, gdy jego było na wierz­chu, gdy to on mógł posta­wić tę naj­waż­niej­szą kro­peczkę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki