Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Gdy życie to pozory, tylko śmierć jest pewna.
Życie mieszkańców Trzebieży z pozoru toczy się niespiesznie i spokojnie. W lesie pojawia się jednak ktoś, kto sprawia, że coraz więcej osób wciąganych jest w świat szemranych interesów. Nikt o nich głośno nie mówi, co w konsekwencji daje początek dramatycznej i krwawej serii zdarzeń.
W tym samym gęstym, malowniczym i tajemniczym lesie żyje Eleonora Wisłok, która znana jest wśród Trzebieżan jako babka szeptucha. Jej moc budzi szacunek, ale będzie musiała zderzyć się inną mroczną siłą, która sprawia, że nad ludźmi zaczynają się kłębić czarne chmury.
Czy mieszkańcom można ufać, skoro postanawiają milczeć aż po grób?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 271
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 8 godz. 12 min
Lektor: Justyna Kurzypska
Wszystkim fanom i sympatykom serii Sąsiadka.
Wiecie, co jest najbardziej wzruszające i budujące? To, że chcecie wracać do Trzebieży, bo tęsknicie za tym miejscem i bohaterami. To dla Was, moi drodzy.
Dziękuję Wam!
Sen jest dobry – stwierdził. – Ale książki są lepsze.
George R.R. Martin, Starcie królów
Przysłowia są mądrością narodu
Mężczyzna siedział w bardzo niewygodnej pozycji. Od długotrwałego pochylania się nad stertą rozrzuconą na wersalce potwornie bolały go plecy. Miał wrażenie, jakby ktoś podpalał je od środka wielką pochodnią. Cholerny kręgosłup. Starość nie radość, młodość nie wieczność, śmierć nie wesele.
Musiał wytrzymać. I nie tylko teraz, gdy od godziny liczył pieniądze. Było coś jeszcze. Obiecali mu, dali słowo, że to ostatni raz, gdy wciągają go w to szambo. Tylko wytrzymaj, bądź silny. Niebawem wszystko się skończy.
Wyprostował się na moment i zapisał na kartce kilkucyfrową liczbę. Stare kości strzeliły, a w głowie echem odbiły się słowa jego ojca, które powtarzał niemal każdego dnia.
Rodziny się nie wybiera.
– Wielu rzeczy się nie wybiera – rzucił w powietrze, jakby z kimś rozmawiał, choć wokół nie było nikogo. Pustka. Od lat mieszkał w tym domu sam. Mówił, że przywykł do samotności, choć często czuł, że zaczyna go to przytłaczać.
Tylko sowa, która chętnie odwiedzała jego domostwo, pohukiwała cicho. Zaglądała w okno, bujając się na sosnowej gałęzi. Może odliczała dni, jakie zostały mu do końca, a może po prostu chciała dotrzymać mu towarzystwa. Tego nie wiedział. Ale czuł, że coś ich łączy.
Trzęsącą się dłonią chwycił kolejny plik owinięty gumką. Ściągnął ją nieporadnie, gumka strzeliła w jego spracowanych rękach.
– A niech to… – powiedział, odruchowo wypuszczając z dłoni plik gotówki. Banknoty rozsypały się po wersalce, której tego dnia wyjątkowo nie złożył.
Westchnął, zerknąwszy na rozgardiasz. Zaczynał wątpić, że uda mu się dzisiaj wszystko przeliczyć. Musiał to zrobić! Chciał mieć pewność, że wszystko zostało rozliczone, że ich drogi nareszcie się rozejdą. A przynajmniej te związane z interesami, bo przecież rodziny się nie wybiera.
Nieporadnie zebrał porozrzucane banknoty o stuzłotowym nominale i ponownie zaczął je liczyć, gdy ktoś donośnie załomotał w drzwi. Rozejrzał się nerwowo po pomieszczeniu. Walenie nie ustawało, przeciwnie – przybierało na sile.
– Wiem, że tam jesteś… – zadudnił niski głos stłumiony zaporą z drzwi.
Milczał. Musiał szybko schować pieniądze. Złapał pospiesznie torbę. Przeszył go ostry ból, gdy zmęczone niewygodną pozycją plecy znów dały o sobie znać. Zacisnął zęby, byleby tylko nie jęknąć, nie syknąć. Może wtedy zostawią go w spokoju? Odejdą i raz na zawsze uznają sprawę za zamkniętą?
– Albo otworzysz te pieprzone drzwi, albo wylecą razem z futryną – warknął nieproszony gość.
Miał mało czasu. Zsuwał gotówkę do przepastnej torby. Banknoty spadały z wersalki na stary, gdzieniegdzie poprzepalany dywan. Spieszył się, choć ciało wyraźnie próbowało go spowolnić. Zupełnie jakby było w zmowie z tymi, którzy nie chcieli mu odpuścić.
– Liczę do trzech. Raz… Dwa…
Spojrzał nerwowo przez ramię. Nie zdąży, nie ma szans…
– Trzy! – Usłyszał krzyk i kopnięcie w zamknięte na zamek i skobel drzwi.
Skrzydło jęknęło, przyjmując mocny cios, jednak wciąż pozostało zamknięte, opierało się sile przeciwnika.
Łup, łup, łup.
Kolejnego kopnięcia już nie było. Drzwi ustąpiły z hukiem, skobel odskoczył, a zamek pisnął niczym skarcony pies.
– Myślałeś, że się przede mną ukryjesz, stary durniu? – spytał ironicznie intruz.
Gdyby tylko mógł, splunąłby z pogardą na podłogę, jednak zachował jeszcze resztki przyzwoitości.
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał, przesuwając nogą torbę z pieniędzmi.
Nie uszło to uwadze mężczyzny, który zaśmiał się pod nosem.
– Kiepsko to posprzątałeś. Kasa ci się po podłodze wala…
– Nie odwracaj kota ogonem. Po coś tu przylazł? Nikt cię nie zapraszał! – przypomniał nieprzyjemnym tonem.
Gość znów zaśmiał się pod nosem, a przecież nie usłyszał nic zabawnego. Och, jak on go za to nie cierpiał. Zawsze robił wszystko na odwrót. Śmiał się, gdy sytuacja była poważna, i zachowywał powagę wtedy, gdy inni wokół się śmiali.
– Taki duży, a taki głupi… – powiedział, wzdychając. Podszedł do starej meblościanki. Przejechał palcem po zakurzonej półce, na której dumnie stały kryształowe koszyczki i wysuszone głowy szczupaków, których ostre jak igły zębiska wyglądały, jakby wciąż były gotowe do ataku. Mężczyzna potarł palce, chcąc się z nich pozbyć resztek kurzu.
Czekał. Domyślał się, czego ten człowiek mógł od niego chcieć. Obiecywał, że tamten raz był ostatni. Znów kłamał. Trzeba było mu przyznać, był w tym świetny.
– Rozmawialiśmy już o tym. Miałem z tym skończyć. Taka była umowa! Obiecywałeś mi to. Obietnice chyba coś dla ciebie znaczą? – podniósł głos, jednak słychać w nim było drżenie, a to zdradziło jego zdenerwowanie i strach.
– Kiedy się nauczysz, że to ja decyduję, kiedy nastąpi koniec? – warknął intruz. – Rusz się. Nie mamy całego dnia. Jest już gotowa do transportu. Tylko tym razem postaraj się dowieźć ją żywą, a nie jak ostatnio.
– Chyba sobie żartujesz. Nie wciągniesz mnie w to. Przecież umarła przez was! Gdybyście jej tak nie katowali, na pewno by przeżyła! – podniósł głos, lecz szybko skulił się w sobie, widząc rozzłoszczony wzrok przybysza.
– Zamknij pysk i posłuchaj uważnie. Chyba że chcesz skończyć jak ci, którzy mieli jakieś „ale” – wycedził, celując w niego palcem.
– Grozisz mi? – spytał po chwili, próbując pokazać, że wcale się go nie boi.
– Ja? Grożę? Ależ skąd! – Zaśmiał się sztucznie, by nagle zmienić ton. – Lojalnie uprzedzam. I przypominam, że o naszej współpracy wiemy tylko ja i ty. Gdy przypadkiem wykorkujesz, nikt mnie z tym nie powiąże.
– Lojalność? Doprawdy? Takie słowo istnieje w twoim słowniku?
Zanim intruz skierował się do drzwi, rzucił mu nieprzyjemne, pełne pogardy spojrzenie.
– Zajmij się nią, jeśli nie chcesz, żebym ja zajął się tobą. – Zatrzymał się tuż przed wyjściem. – A, jeszcze jedno. Ta kasa ci teraz nic nie da. Nie próbuj uciekać… Równie dobrze mógłbyś od razu założyć sobie pętlę na szyję.
Westchnął, a gdy nieproszony gość opuścił jego dom, gorzko zapłakał. Nie miał wyjścia, znów musiał tańczyć, jak mu zagrają.
Bo rodziny się nie wybiera.
To, co nieuniknione, i tak się wydarzy, trzeba tylko woli oraz cierpliwości, by przetrwać, i nadziei. Nie chodzi o wiarę w przyszłość, lecz o wskrzeszenie przeszłości.
Paulo Coelho, Piąta góra
Sklep spożywczo-przemysłowy
Mieczysława Zarzycka zerknęła na zegarek. Do godziny osiemnastej zostało jeszcze trochę czasu. Jej mąż, Janusz, zawsze powtarzał, że powinna się trzymać godzin otwarcia sklepu, jednak każdy w Trzebieży doskonale wiedział, że z takim temperamentem, jaki miała sklepowa, trudno było jej wysiedzieć na czterech literach.
Kobietę wprost rozpierała energia, choć musiała przyznać, że tej jesieni wyjątkowo złapał ją podły nastrój. Nie miała ochoty nawet na plotki z klientkami w swoim sklepie. Mieczysława była kobietą niezwykłą, o czym wiedział niemal każdy mieszkaniec Trzebieży. Wytrwała, uparta, gdy coś postanowiła, nie było siły, by zmieniła decyzję. Oprócz tego niebywale inteligentna, z ciętym językiem i ripostą, którą potrafiła wymyślić bez trudu, zupełnie jakby była magikiem wyciągającym królika z kapelusza. Była typem zosi samosi, która nie lubiła prosić o pomoc. Wszystko zwykła robić sama, bo jak mawiała: „Jak ja czegoś nie zrobię, to reszta nawet palcem nie kiwnie!”. Oprócz silnego charakteru Mieczysława miała jeszcze obfity, jędrny biust i blond włosy, które zawsze związywała w koński ogon. Twarz podkreślała delikatnym makijażem, który nie rzucał się zbytnio w oczy. Nie to, co jej paznokcie. Te uwielbiała malować w fikuśne wzorki czy neonowe kolory, do których miała przeogromną słabość. Miecia, choć jej imię wcale na to nie wskazywało, była młodą kobietą. Prowadzenie sklepu na wsi nie było jej marzeniem, jednak po wielu próbach związanych z pracą na etacie zrozumiała, że właśnie to miejsce jest dla niej idealne. Nieraz mówiła, że jest panią własnego życia i czasu, toteż niejednokrotnie mieszkańcy Trzebieży odbijali się od zamkniętych drzwi Sklepu u Mieci, bo ta postanowiła wyjść nieco wcześniej, przy czym to nieco za każdym razem miało inną miarę czasową.
Sam sklep nie wyróżniał się na tle innych gminnych sklepików. Jak to mówili miejscowi: u Miećki było mydło i powidło. Różnokolorowe półki leciwych regałów uginały się pod ciężarem produktów. Niektóre z nich pokrywała cienka warstewka kurzu. Półki po prawej stronie zajmowała chemia: płyny i proszki do prania. Lakiery i szampony do włosów, wkładki, podpaski, papiery toaletowe: miękkie i zapachowe, a także szary „Kaczor”, który miał swoich zwolenników. Wybór produktów był mocno ograniczony: po dwie lub trzy marki, żeby nadmiarem nie namieszać klientom w głowach. Po lewej stronie na wystawie pyszniły się słodkie i słone przekąski. Krakersy, paluszki, chipsy, solone orzeszki w paczkach i puszkach, a także ciasteczka, czekolady i batony oraz po trzy rodzaje kawy i herbaty. Dalej stały konserwy, koncentraty, pikle, passaty, przyprawy i najważniejsze: alkohole. W większości te tańsze, dla miejscowych amatorów picia pod chmurką: alpagi, smakowe wódki i małpki, które można schować za pazuchę i wypić szybko przed sklepem. Obok kilka rodzajów papierosów, niżej piwa, wyżej trzy rodzaje wina. Na środku stały dwie zamrażarki z mrożonkami, obok lady lodówka z wędlinami i mięsem, na której leżały tłuste pączki. Do tych wiosną i latem zlatywały się osy i muchy, obsiadając lepkie od lukru słodkości. Za plecami sprzedawczyni na kupujących zerkały nabiał, ryby i pieczywo. I chociaż metraż sklepu był niewielki, nie miało się tu uczucia klaustrofobii. To Mieczysławie w zupełności wystarczało. Zresztą nie tylko jej: mieszkańcy i przyjezdni również chętnie zaglądali do spożywczaka, o ile rzecz jasna był on akurat otwarty.
Po raz kolejny zerknęła na zegarek. Miała wrażenie, że czas stanął w miejscu. Wskazówki na tarczy nie poruszyły się nawet o milimetr. Jedyną zmienną był deszcz – teraz padał mocniej niż przed godziną.
– A chrzanić to! – rzuciła na głos, podnosząc się z czarnego krzesła z niebieskim obiciem. Szurnęło donośnie, gdy wsuwała je pod blat.
Weszła na zaplecze, gdzie trzymała swoje rzeczy. Narzuciła na siebie trencz, który już dawno przestał się dopinać na jej biuście. Mimo to nie potrafiła się z nim rozstać, więc nosiła go jako codzienne nakrycie, które miało chronić ją przed chłodem. Chwyciła torebkę, leżący tuż obok pęk kluczy, odwróciła się i wyszła z powrotem do głównego pomieszczenia, by zamknąć kasę fiskalną. Nagle głośno krzyknęła.
– Jezu! Aleś mnie przestraszyła! – Dłoń Mieci odruchowo powędrowała w okolice serca.
Przed sklepową ladą stała Łucja Jaszczak. Wyglądała jak siedem nieszczęść. Przemoczona do suchej nitki, z kasztanowymi włosami niczym tłuste strąki, opadającymi na mokrą kurtkę. Twarz zaczerwieniona od płaczu, zwykle upstrzona bladymi piegami, teraz nosiła ślady ciężkiej ręki męża. Przekrwione i zawstydzone zielone oczy gorączkowo przesuwały się po sklepowych półkach. Mieczysława nie musiała być geniuszem, by zauważyć, jakie przerażenie i zawstydzenie buzowało w tej niewysokiej, drobnej kobiecie.
– Czy Stefan… – zaczęła niepewnie, nie chcąc spłoszyć Łucji, która w mniemaniu sklepowej bez wątpienia przyszła po pomoc.
Jaszczakowa ostrożnie pokiwała głową, spuszczając rozedrgany wzrok. Miecia miała wrażenie, że Łucja nagle stała się jeszcze mniejsza, niż była przed chwilą. Przygarbione plecy odjęły jej kilka centymetrów. Wyglądała jak zagubione, przestraszone dziecko, które potrzebowało natychmiastowej pomocy.
– Chodź do mnie, kochana… – Sklepowa wyszła zza lady, wyciągając do Łucji rozpostarte ramiona.
Nie musiała długo czekać. Spragniona bliskości kobieta w jednej chwili skryła się w objęciach Zarzyckiej, zanosząc się głośnym płaczem.
– Ciii… No już, kochana, już… Jesteś bezpieczna… – Mieczysława szeptała we włosy roztrzęsionej Łucji.
– Nie jestem bezpieczna! – zawyła w odpowiedzi Jaszczakowa.
Mieczysława westchnęła. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Łucja wciąż tkwi w tym przesyconym przemocą związku.
Stefan Jaszczak w oczach sklepowej nie był dobrą partią. Nie zapisywał się nawet w rubryce względnej partii, którą można by brać pod uwagę, gdyby z ziemi zniknęli wszyscy dobrzy i świetni mężczyźni. Może i w młodości był przystojnym facetem, który potrafił łamać damskie serca, jednak nałogi wymalowały swój ślad na jego niezbyt przyjemnej twarzy. Zdawało się, że oczy, często zwężone w złości, lustrowały i oceniały każdego, na kogo spojrzały. Dłonie nieraz zaciskały się do bitki, bez względu na to, jakiego przeciwnika napotkały. Nie patrzył, czy naprzeciw stała jego żona, czy dzieci.
– Za co tym razem? – spytała wreszcie, czując, że Łucja przestała tak mocno drżeć.
– Ponoć mi się nazbierało – odparła kobieta, pociągając głośno nosem.
Nazbierało się… Już by mu Miecia pokazała, jak jemu się nazbierało. Pieprzony damski bokser.
– Łucja, dlaczego po prostu od niego nie odejdziesz? – spytała. Dopiero po chwili zorientowała się, że takie pytanie nie powinno paść. Ale Miecia już taka była. Zanim pomyślała, słowa same pchały się na usta.
– A gdzie pójdę? Masz lepsze życie niż ja. Nie zrozumiesz tego…
Jaszczakowa odsunęła się od sklepowej stanowczym ruchem. Zupełnie jakby kojący uścisk nagle zaczął ją parzyć.
– To mi to wytłumacz, bo… Łucja, posłuchaj. Jesteś fajną, mądrą i piękną kobietą. Masz naprawdę genialne i rozsądne dzieciaki. Może warto postawić wszystko na jedną kartę i po prostu odejść? Jestem pewna, że bez problemu ułożyłabyś sobie życie na nowo.
Jaszczakowa prychnęła, przecierając nos wierzchem dłoni. Z twarzy zniknął smutek, a pojawiło się coś, co przypominało rosnącą złość.
– Miecia, z całym szacunkiem, ale przestań pieprzyć. Doskonale wiesz, że nie poradziłabym sobie bez niego! Która matka zabrałaby dzieci i poszła, nie mając grosza przy duszy? Zastanów się! Nie każdy ma tak wspaniałe życie! Kochającego męża, własny biznes. Wyobraź sobie, że istniejemy też my. Cholerny margines, który każdy obchodzi bokiem, byle jak najdalej, byleby minąć problemy!
Wspaniałe życie? Sklepowa czuła, że za moment powie kilka słów za dużo. Być może nie wszystkich będzie później żałować, ale atmosfera zdecydowanie stanie się bardziej napięta. Co Łucja mogła wiedzieć o jej życiu? Widziała tylko to, co chciała zobaczyć, a tymczasem Zarzycka kryła w sobie mnóstwo smutku spowodowanego tym, że nie może spełnić największego marzenia, jakie miała.
Marzyła o dużej rodzinie. Gdy była małą dziewczynką, na pytanie, kim będzie w przyszłości, odpowiadała prosto: mamą. Marzenie z czasem jedynie w niej rosło. Była pewna, że macierzyństwo jest tym, w czym spełniałaby się najbardziej. Niestety nie każde marzenie da się zrealizować. Mieczysława Zarzycka, choć na co dzień radosna i temperamentna, nosiła w sobie smutek. Nie mogła zajść w ciążę. Mimo wielu starań, prób i walki o powiększenie rodziny, z ogromnym zawodem i płaczem przyjmowała porażkę.
Przestała marzyć o rodzinie. Chodziła wściekła i zrozpaczona, nie mogąc uwierzyć w niesprawiedliwość tego świata. Bo jakim cudem, do cholery, w ciążę zachodziły kobiety, które nie chciały mieć dzieci? A ona? Choć tak bardzo chciała, los z niej drwił. Pokazywał swoją wyższość, wystawiając język lub środkowy palec.
Nieraz przez to jej relacje z Januszem mocno się chwiały. Kłócili się, czasem wzajemnie obwiniali. Później się przepraszali, choć, trzeba przyznać, to on najczęściej wyciągał do niej rekę w geście pojednania. Jej przychodziło to z wielkim trudem. Długo musiała myśleć o całej sytuacji, wiele godzin musiało minąć, aż ochłonie i dojdzie do przykrego wniosku, że to ona coś schrzaniła. I zanim podjęła decyzję, że powie przepraszam, Janusz robił to pierwszy. Choć nie mówiła tego na głos, była mu za to ogromnie wdzięczna.
– To po jaką cholerę tu przyszłaś? – spytała niezbyt uprzejmie.
– A po co się przychodzi do sklepu, co? – odpowiedziała zgryźliwym tonem Łucja. – Po wódkę dla męża przyszłam.
Mieczysława skrzyżowała ręce na piersiach.
– Na kreskę ci nie dam. Wódka to nie jest rzecz pierwszej potrzeby. A wisi mi Stefan za dwie połówki czystej.
Na twarzy Jaszczakowej wykwitł rumieniec i pojawiło się coś, co wyglądało na zdenerwowanie. Oczy znów zaczęły nerwowo sunąć po wszystkich półkach, dłonie lekko drżały, a zęby nerwowo zagryzały wargę.
– On… On mnie zabije, jak nie przyniosę mu tego, co chce.
– Niech tylko spróbuje… – syknęła Mieczysława. – Chodź. Idziemy.
Złapała Łucję pod rękę, choć ta próbowała stawiać opór. Szamotała się przez moment, gdy sklepowa ciągnęła ją w kierunku swojego samochodu. Zauważyła, że deszcz nieco osłabł.
– Wsiadaj – rzuciła, otwierając drzwi. Stanowczo usadziła Jaszczakową na siedzeniu pasażera. Zablokowała drzwi i krzycząc, dodała: – Tylko zamknę sklep! Zaraz wrócę!
– Miecia, proszę cię! – Łucja stukała w szybę. Jej głos był stłumiony. Szyba zaczynała parować od jej gorącego oddechu.
Zarzycka pospiesznie zamknęła drzwi sklepu. Nie włączyła alarmu. I tak będzie musiała tu wrócić, by wydrukować raport dobowy z kasy fiskalnej. Jednak teraz sytuacja w domu Jaszczaków stała się jej priorytetem. Nie mogła machnąć ręką na takie zachowanie. Łucja była zastraszona i pobita. Ten facet doprowadził do tego, że zaczynała wierzyć, że nie będzie mogła sobie bez niego poradzić. Już ona mu pokaże, co sądzi na ten temat…
Podeszła do samochodu i odblokowała drzwi. Wsunęła klucz do stacyjki, włączyła silnik i wrzuciła bieg. W Trzebieży nie było dużego ruchu. Auta przejeżdżały tu sporadycznie. Wyjątkiem były godziny szczytu i letnie, gorące weekendy, gdy tabuny ludzi zmierzały na pobliskie kąpielisko. Mieczysława bez trudu włączyła się więc do ruchu. Wdepnęła pedał gazu, a auto wypruło do przodu.
– Miećka, obydwie się doigramy… Jeśli masz choć trochę oleju w głowie, po prostu daj mi tę wódkę i mnie zostaw. Dobrze ci radzę. – Łucja nerwowo zaciskała dłonie na desce rozdzielczej.
– O nie, moja droga. Ja tak tego nie zostawię. Przychodzisz do mojego sklepu zapłakana i pobita. Ewidentnie w głębi serca prosisz o pomoc, ale boisz się ją otrzymać. Mówisz mi, że na takich jak ty nie zwraca się uwagi, a później prosisz o wódkę dla alkoholika, który po godzinach bawi się w damskiego boksera. Jeśli myślisz, że ja to tak zostawię, to chyba się, za przeproszeniem, z chujem na łby pozamieniałaś. I wybacz słownictwo, ale zaraz mnie coś rozniesie. Taka już jestem, że jak mnie coś rozzłości, to mięsem rzucę. No! Ale co ja mówiłam? A, wiem już. Skoro ty nie potrafisz powiedzieć dosadnie swojemu mężowi, że tak się nie robi, ja to zrobię. I ze mną mu tak łatwo nie pójdzie, bo ja się takiemu łachudrze nie dam.
– Miecia, zrozum, tylko zaognisz sytuację…
– Nie zaognię. Zaufaj mi. Już ja mu powiem dosadnie, co sądzę na ten temat. Mam swoje sposoby, zawsze działają.
Mieczysława trochę zwolniła, wchodząc w ostry zakręt. Jeszcze chwila i będą na miejscu. Zaraz zjadą na szutrówkę, a stąd został tylko nieduży kawałek drogi. Choć doskonale ją znała, zawsze musiała się skupić na tym, by nie przeoczyć ukrytego skrętu w lewo.
Auto parło naprzód, kołysząc się na wybojach dziurawej żwirowej drogi. Gdy dotarły do drewnianego domku przytulonego do ściany lasu, Stefan Jaszczak, nie zważając na deszcz, siedział na ławeczce i ze zdziwieniem obserwował, jak Mieczysława wypuszcza z auta Łucję.
– O, to od dzisiaj sklepowa podwodę w swoim asortymencie ma? – zarechotał. – To się nazywa dbanie o klienta! Wódkę przed dom dostarczą!
Miecia popatrzyła na niego z politowaniem, uniosła brew i pokręciła głową na znak dezaprobaty.
– Jaszczak, zamknij się, jeśli nie masz nic mądrego do powiedzenia.
– No do czego to doszło, żeby mnie obca baba w moim domu uciszała! – odparł podniesionym głosem.
– Nie w domu, tylko na podwórku. I nie taka obca! A co do uciszania, to mam coś do powiedzenia, bo wisisz mi kasę, moczymordo ty! – Mieczysława wydarła się na Stefana.
Ten uniósł się z ławki i chwiejnym krokiem podszedł do sklepowej.
– Że ja moczymorda? Ja?!
– No przecież, że nie ja! Moczymorda i damski bokser! Nachla się taki i z łapami startuje! Co to za mężczyzna, ja się pytam?! Pieprzony moczymorda, wrzód na dupie, który tylko długi rodzinie robi! To ma być ojciec? Przykładny mąż?! – rzuciła mu w twarz.
– Miećka, ty się nie rozpędzaj! I niech pierwszy kamieniem rzuci, kto baby swojej do porządku nie przywołał! Żona ma się słuchać męża! Jak w zegarku chodzić! Tak samo i dzieciaki!
Mieczysława prychnęła, słysząc słowa pijanego mężczyzny.
– Nie, no, ja z nim nie wytrzymam… – Załamała ręce, po czym szybko dodała: – Słuchaj no! Po pierwsze, wytrzeźwiej! Po drugie, jeszcze raz dowiem się, że podniosłeś rękę albo na Łucję, albo na któreś z twoich dzieciaków, zaręczam ci, że osobiście zawiozę cię na dołek. I wódki u mnie nie kupisz! Ja ręki do twojego uzależnienia nie przyłożę. Zaszyć się powinieneś!
– A to kupca stracisz! – próbował się odgryźć, choć Miecia doskonale widziała, jak mocno ubodły go słowa o alkoholu.
– Takiego kupca, co nie płaci, to ja w dupie mam!
– A to pojemną masz! Bom duży! – Znów zarechotał.
– Jeszcze słowo, Jaszczak! Jeszcze słowo! Jutro widzę cię z kasą za wódkę, którą brałeś na kreskę. I podnieś no mi jeszcze raz rękę na żonę albo dzieci, to osobiście ci ją upieprzę, żebyś butelki do łapy nie mógł wziąć. Zrozumiano?!
Jaszczak spochmurniał. Doskonale wiedziała, że był tak leniwy, że nie ruszy się do sąsiedniej wsi, by cokolwiek kupić. Kątem oka widziała radość, która nieśmiało malowała się na twarzy Łucji.
– Zrozumiano, zrozumiano… Po to żeś się fatygowała? Żeby mi paluchem pogrozić?
– A nie widzisz, że twoja żona cała przemoknięta jest? Jak się przeziębi, to kto przy takim matole łazić będzie, co?
– Miećka, ty nie przeginaj! – znów ją upomniał.
– Kasę znajdź. Jutro widzę cię rano w sklepie z pieniędzmi. Trzeźwego! – zaznaczyła i wsiadła do samochodu.
Odetchnęła głośno i ruszyła, zostawiając w tyle dom Jaszczaków. Miała poczucie dobrze wykonanego zadania. Teraz Jaszczak dwa razy się zastanowi, zanim podniesie rękę na swoją żonę.
Dom Klementyny Wilk
Klementyna wyjrzała przez zabrudzoną szybę. Zdawało się, że świat bierze przykład z jej ponurego nastroju. Gęste, mleczne mgły spowiły wszystko dookoła, dając poczucie, że dom Wilków znalazł się w jakiejś dziwnej próżni. Przez zasnute chmurami niebo nie przebijał się ani jeden promyk jesiennego słońca.
Kobieta pomyślała, że złota polska jesień to zwykła bujda. Nie cierpiała jesieni! Ta pora roku mogłaby dla niej nie istnieć. Wilgoć, zapach gnijących liści, strugi deszczu, chłód. Kto o zdrowych zmysłach mógł twierdzić, że jesień jest piękna? Zwłaszcza teraz… Gdy przyjdzie jej spędzić samotnie każdy kolejny dzień. Ciche, ponure poranki. Picie zimnej kawy, która smakowała paskudnie, odkąd powiedział jej o rozwodzie, obficie zalanej łzami, które spływały do kubka, ilekroć podnosiła naczynie do spierzchniętych ust.
– Ona nie może się dowiedzieć. – Usłyszała głos Henryka.
Przestraszył ją. Nie wiedziała, kiedy wszedł do kuchni. Kiedyś prawdopodobnie by ją objął, dociskając swoje ciało do jej ciała, pocałował w czubek głowy. Teraz unikał wszelkiego kontaktu fizycznego, zupełnie jakby się go bał albo brzydził.
– Chyba sobie żartujesz… – powiedziała, nie kryjąc zdziwienia.
– Tak będzie lepiej – uciął.
Klementyna pokręciła głową z niedowierzaniem. Skąd, do cholery, mógł wiedzieć, co będzie dla niej lepsze?
– Chyba dla ciebie – prychnęła.
Wiedziała, jak będzie wyglądał każdy kolejny dzień. Pytania córki będą spadały na nią niczym gromy, a ona będzie musiała milczeć. Bo tak będzie lepiej. Henryk zniknie, odetnie się od starego życia i zacznie nowe. Zostawi je i odejdzie, oszczędzając sobie ckliwych pożegnań. Wszystko spadnie na jej barki. Już nawet nie chodziło jej o utrzymanie domu i wszystkie obowiązki, ale o ich córkę, którą wychowywali wspólnie przez te wszystkie lata. Choć nie była małą dziewczynką, trudno będzie jej znieść tę informację.
– Klementyna, już postanowiłem. Nie mam czasu na to, by czekać na nią kolejny dzień, zresztą nie mówiła nam kiedy wróci. Inaczej ją wychowywaliśmy. Nie wiem, co się z nią stało, że ostatnio o niczym nas nie informuje. – Westchnął. – Wiesz, że jest mi ciężko. Musiałem wybrać mniejsze zło. Powiedz jej to, co mówiłem ci wieczorem.
Kobieta skrzyżowała ramiona na piersiach. Łza potoczyła się po policzku. Zdziwiła się, że jeszcze miała czym płakać. Wydawało jej się, że wypłakała już wszystkie łzy.
– Myślisz, że taka ucieczka to najlepsze, co możesz dla niej zrobić? Ona nigdy ci nie wybaczy! Prawda kiedyś wyjdzie na jaw, a wtedy znienawidzi nas oboje, rozumiesz? Chociaż… Tobie będzie już wtedy wszystko jedno… – Znów prychnęła, uświadamiając sobie przykrą prawdę.
Henryk podszedł do niej. Wyciągnął dłoń, ale zatrzymał ją kilka centymetrów przed jej ramieniem. Walczył ze sobą, widziała to. Potrafi go rozczytać. W końcu znają się jak łyse konie. Wreszcie cofnął rękę i zrobił krok w tył.
– Przykro mi, że masz o mnie takie mniemanie… – powiedział ze smutkiem, po czym chrząknął, jakby próbował postawić samego siebie do pionu. – No, czas na mnie. Agnieszka już na pewno na mnie czeka.
Odwrócił się i wyszedł z kuchni. Słyszała, jak wyciąga rączkę walizki i wychodzi z domu. Bez pożegnania. Bez odrobiny czułości, której teraz potrzebowała.
Spędzili ze sobą tyle lat! Grywali w karty do późnej nocy, sącząc jakiś rozgrzewający trunek. Wspólnie zdobywali szczyty polskich gór, zwiedzali zagraniczne miasta, czytali te same książki. Wychowali razem córkę, choć nieraz stwierdzali zgodnie, że to było jedno z trudniejszych zadań, jakie wzięli sobie na barki. I teraz wystarczyło tylko wziąć nogi za pas… Rozwieść się i odejść z inną, bo tak będzie lepiej.
Podeszła do okna. Uchyliła firankę. Choć mgła wciąż pochłaniała wszystko, co znalazło się wokół niej, doskonale widziała ich sylwetki. Nieco zamglone, ale dla niej aż za bardzo wyraźne. Przytulała go. Ten widok był gorszy, niż nóż wbity w serce.
– Dlaczego… W czym jej dotyk jest lepszy od mojego… – wyszeptała niemal bezgłośnie, odsuwając się od szyby.
Odpowiedziała jej cisza. Głucha i nieprzyjemna. Wtedy do niej dotarło. Zostawił ją. Odszedł na zawsze, bez słowa pożegnania. Nawet bez głupiego „cześć”. Tylko pozbawione emocji Czas na mnie. Agnieszka już na pewno na mnie czeka.
Klementyna osunęła się na podłogę. Drżała, a z gardła wydobywał się zwierzęcy skowyt. Zaciśnięte pięści padały raz za razem na ziemię, boksując ją z całych sił. Skóra na dłoniach pękała, znacząc podłogę krwią. Krzyk, który wyrwał się z jej ust, był donośny, niósł za sobą wielki ból, który miała w sercu.
– Jak mogłeś! – krzyczała, nie przestając uderzać pięściami w podłogę. Dopiero gdy zauważyła krew, złapała się za głowę. Rwała włosy w amoku, ogarnięta smutkiem i furią.
Podniosła się nagle i koślawo rzuciła się na stół, ściągając z niego beżowy obrus. Wszystko, co na nim było, wylądowało na podłodze. Szklany wazon z fioletowymi i różowymi kosmosami roztrzaskał się, rozbryzgując wokół wodę. Pyłek z żółtych środków kwiatów obsypał beż tkaniny. Ulubiona filiżanka z fusami po kawie zmieniła się w nędzne skorupy. Nie da się ich już posklejać. Zupełnie jak jej rozbitego w drobny mak serca. Chwyciła kawałek rozbitego naczynia. Resztka fusów przybrała kształt koślawego krzyża. Klementyna odrzuciła skorupę z przerażeniem, jakby parzyła ją w palce.
– Nie, nie… – szeptała jak w amoku, cofając się w kierunku drzwi.
Poranionymi dłońmi przecinała powietrze za swoimi plecami. Próbowała po omacku złapać za klamkę, byleby tylko jak najszybciej stąd wyjść.
Wyczuła pod palcami drzwi. Szybko odwróciła się, by je otworzyć i wybiec na zewnątrz. Rześkie, wilgotne powietrze uderzyło w jej mokrą od łez twarz.
– Nie skażesz mnie na cierpienia, nie! – krzyczała, a słowa ginęły w gęstej mgle.
Rzuciła się biegiem przed siebie, nie zważając na to, że dom został otwarty. Nie wiedziała, dokąd biegnie, ale dziwny głos w jej głowie wciąż powtarzał, że nie może teraz tu zostać. I tylko przez ułamek sekundy pojawiła się jedna niewygodna myśl… Że Klementyna Wilk najprawdopodobniej zwariowała.
Dom Stanisława Rębicha
Pomarszczona dłoń mężczyzny zniknęła w głębokim wiadrze, które jeszcze niedawno było wypełnione po same brzegi świeżym ziarnem. Zaklął pod nosem, choć nie miał tego w zwyczaju. Nie żeby wulgarny język był mu obcy. Ależ nie. Po prostu z wiekiem przestał go używać. Nawet w stresujących sytuacjach. A trzeba było przyznać, tych było mnóstwo, choć wolał nikomu o tym nie wspominać.
– Apetyt większy macie czy co? Przecież dopiero co kupowałem owies, a tu już dno widać… – rzucił mężczyzna w stronę gdaczących kur.
Rozmawiał z nimi tak, jakby mogły go zrozumieć. Wielu śmiało się, że Stasiek na głowę upadł, skoro ucina sobie pogawędki z drobiem. On zaś miał gdzieś te przytyki. Uważał, że kura potrafi zrozumieć o wiele więcej, niż może się wydawać zwykłemu zjadaczowi chleba. A i jajka były znacznie smaczniejsze od takich kurek, do których się stale mówiło. Zresztą, do kogo Stanisław miał otworzyć gębę, jak nie do swoich gdakających podopiecznych?
Co prawda miał sąsiadów, ale z nimi wolał utrzymywać dystans. Zwłaszcza z Jaszczakiem, z którym kiedyś się już złapał. Sąsiad po alkoholu był skory do bitki, toteż Stanisław nie zamierzał się z nim wdawać wtedy w dyskusję. A że sąsiad częściej był podpity niż trzeźwy, relacje sąsiedzkie były marne. Czasami rozmawiał z Łucją i jej dziećmi, ale tylko wtedy, gdy Stefana nie było w pobliżu. Ot, na wypadek, gdyby Jaszczakowi znów przyszło do głowy rozpocząć szarpaninę.
Stanisław Rębich uważał, że nie ma ludzi doskonałych. Sam nie świecił nigdy przykładem, jednak wiedział, że są pewne granice, których nie należało przekraczać. I taką właśnie granicą było podnoszenie ręki na żonę i dzieci.
Mężczyzna westchnął. Chwycił wiadro z resztkami ziarna i sypnął zawartością na ziemię przed komórką, w której trzymał narzędzia, szpadle, widły, grabie i pożywienie dla kur. Te nie czekały na zaproszenie, od razu rzuciły się na pokarm, zaczęły dziobać go z wielkim zaangażowaniem. Stanisław uśmiechnął się, widząc ich apetyt.
Postawił puste wiadro przed komórką. Zamknął drewniane drzwi, których zawiasy skrzypiały tak głośno, że prawdopodobnie ich jęk słychać było w całej wsi. Zawsze obiecywał sobie, że wreszcie je naoliwi, jednak ilekroć miał się do tego zabrać, coś go rozpraszało. Ostatecznie drzwi schodziły na dalszy plan, a Rębich zajmował się rzeczami znacznie ważniejszymi. Raz jeszcze rzucił okiem na dziobiące ziarno kury.
– Grzeczne dziewuszki. Znieście mi jutro smaczne jajka! – powiedział, po czym ruszył do szopy, w której lubił spędzać większość wolnego czasu.
Rąbanie drewna i układanie go równiutko pod ścianą było jego ulubionym zajęciem. Nie myślał przy tym zbyt wiele, spędzał czas pośród pachnącego drewna, co przypominało mu, jak kiedyś zarabiał na życie. Widok stale rosnącej ściany idealnie ułożonych polan dawał mu poczucie dobrze wykonanego zadania. Nie skłamałby, gdyby stwierdził, że to go prawdziwie uszczęśliwiało.
Otworzył skobel i wszedł do szopy, w której panowała ciemność. Wymacał dłonią włącznik. Wisząca pod sufitem żarówka pyknęła, by rzucić na wszystko przydymione światło. Pomieszczenie było na tyle duże, by pomieścić nie tylko opał, lecz także rower, o który Stanisław bardzo dbał. Jego jednoślad mimo upływającego czasu był w rewelacyjnym stanie. Sąsiad często kpił ze starego Rębicha, że ten konserwuje rzęcha. Puszczał tę niewybredną uwagę mimo uszu i robił swoje, czerpiąc z tego wielką satysfakcję.
Wyciągnął rower i ustawił go przed wejściem do szopy. Zawrócił, by zgasić światło i zamknąć drzwi na skobel. Zerknął raz jeszcze na kury, chwycił puste wiadro i zawiesił je na kierownicy. Odbezpieczył nóżkę i wsiadł na rower w charakterystyczny dla starszych osób sposób, odpychając się od ziemi jak na hulajnodze.
Pierwsze metry zawsze były dla niego trudne. Utrzymanie równowagi stanowiło nie lada problem, zwłaszcza że plecy i nogi każdego dnia boleśnie dawały o sobie znać. Gdy już ustabilizował pozycję, jazda na rowerze była pestką. Mógł jechać przez długi czas, do momentu aż nie poczuł przeszywającego bólu w kolanie. Na szczęście nie miał do pokonania zbyt długiej drogi. Zależało mu tylko na tym, by kupić od Marczaka trochę owsa, zanim poprosi męża Mieczysławy, by kupił mu na ryneczku cały worek.
Jechał wolno wyjeżdżoną koleiną. Pasek trawy pośrodku drogi znów sięgał powyżej kostek. Stanisław zanotował w myślach, by ją przyciąć kosą. Denerwowało go, że ani Jaszczak, ani jego syn nie dbali o to, by droga była całkowicie przejezdna. Nie winił o to Łucji czy ich córki Kasi. Dziewczyny i tak miały w domu niełatwo… Wolał nie dokładać im nieprzyjemności, których w domu miały aż nadto.
Gdy przejeżdżał obok domu sąsiadów, usłyszał szmer rozmów. Stasiek nie był wścibski. Co to to nie! Jednak poczuł, że musi się zatrzymać. Zsiadł i prowadząc rower, próbował wsłuchać się w wymianę zdań. Ta była wyjątkowo nerwowa. Rozmawiało dwóch mężczyzn. Próbowali szeptać, jednak zdenerwowanie brało górę i głosy stawały się głośniejsze, niż planowali.
– Dobrze wiesz, że nie mamy na to czasu! – syknął jeden z nich.
– No i? Siedzą mi na ogonie. Musisz znaleźć kogoś innego – odparł butnie Jaszczak.
– Chyba sobie ze mnie żartujesz. Kogo? Niby kogo mam znaleźć, co? Myślisz, że to robota jak każda inna? Że napiszę ofertę pracy w internecie?
Mężczyzna, z którym rozmawiał sąsiad, był bardzo zdenerwowany. Stanisław zwolnił kroku, by móc usłyszeć coś jeszcze. Próbował poruszać się na tyle cicho, by nie spłoszyć schowanych za rogiem domu mężczyzn. Dziękował sobie w duchu za to, że dbał o rower, chociaż ten nie jęczał i nie piszczał jak nienaoliwione drzwi komórki.
– Mam to w dupie, rozumiesz? Nie będę się dla ciebie narażał. Wolę trzymać się od tego z daleka.
Facet prychnął.
– I co? Teraz będziesz w domu trząsł portkami, bo siedzą ci na ogonie? Wiesz, że twój strach jest niczym przy tym, co grozi nam za to, że nie zrobisz tego, co chcą?
Teraz to Jaszczak prychnął.
– Mam to gdzieś. Nie będę się narażał. Słyszałeś, że strzeżonego Pan Bóg strzeże? – Stefan urwał na chwilę, jakby oczekiwał potwierdzenia. – No. To już wiesz, że nie będę się narażał za te nędzne grosze.
– Nędzne grosze?! – Mężczyzna podniósł głos. Szybko jednak z powrotem go ściszył. – Te trzy tysiące to dla ciebie grosze? Ogarnij się, Jaszczak… I wytrzeźwiej, bo przez wódę pieprzysz głupoty!
Stanisław zatrzymał się na moment. Znał ten głos… Dlaczego wcześniej go nie rozpoznał?
– Za trzy tysiące nie zamierzam iść siedzieć. Bo jak coś pójdzie nie tak, ty i reszta wypniecie się jak ostatnio… Nie będę ryzykował. Znajdź sobie innego debila, który będzie z wywieszonym jęzorem latał na wasze posyłki…
Rębich szybko pchnął rower, próbując na niego wsiąść. Mężczyźni szli w jego kierunku. Jeśli go zauważą, jeśli tamten go rozpozna… Musiał się pospieszyć!
– Będziesz tego żałował, Stefan… – rzucił mężczyzna, wychodząc na ścieżkę obok domu Jaszczaka.
Stanisław pedałował, ile miał sił w nogach, licząc na to, że zdąży się skryć za ścianą lasu, zanim tamci go zauważą. Słyszał szuranie trawy. Nie zdąży, zauważą go… Jeszcze tylko kawałeczek i będzie bezpieczny, z dala od ich oczu! Tylko musi dać z siebie wszystko.
– A to kto? – usłyszał nerwowy głos mężczyzny.
Rębich poczuł, jak oblewa go zimny pot. Pedałował mimo to.
– To mój syn, Bartek. Trzymaj się od niego z daleka.
Poczuł ulgę. Nie chodziło o niego. Las witał go swoimi zielonymi gałęziami. Udało mu się schować przed oczami tego, który był po ciemnej stronie i zajmował się złymi interesami. Było tak blisko…
– Głupi ma zawsze szczęście, Stasiek. A ty jesteś wyjątkowo durnym starcem… – szepnął do siebie, pedałując, ile sił w nogach, i nie zważając na pulsujący ból w kolanie.
Gdzieś w Trzebieży
Mężczyzna splunął na ziemię. Ciemne chmury zasnuły niebo. Nawet drobny blask księżyca nie spływał na porośniętą mchem ziemię. Może to i lepiej? Nikt go nie zauważy. Las jak zawsze da mu schronienie, będzie jego peleryną, pod którą może się ukryć.
Przeklinał się w duchu, że nie wziął zegarka. Mógłby sprawdzić, ile ma jeszcze czasu. Rozładowany telefon tylko ciążył mu w kieszeni szerokich bojówek, jedynych słusznych według niego spodni.
Miał nadzieję, że zdąży na czas, a jeśli przyjdzie wcześniej, że nie będzie musiał długo na niego czekać. Nie znosił czekania. Miał poczucie, że wtedy traci czas. A czas jest droższy od pieniędzy. Nieświadomie przyspieszył kroku, chowając ręce do przepastnych kieszeni.
Często przekazywał złe informacje. Tym razem to, co musiał powiedzieć, również nie było dobre. Ale dziś czuł znacznie większą obawę przed tym, co powinien powiedzieć. Może dlatego, że sprawa była cholernie poważna? Obiecał im, że towar trafi na czas w odpowiednie ręce, a tymczasem główny pionek całej operacji postanowił odpaść z gry. Tak łatwo się poddał! Skapitulował! Oberwie się im, a najbardziej oberwie się jemu. Musiał pomyśleć, jak to zrobić, by pogrozić palcem Jaszczakowi i wykonać zlecenie. Jak upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, chroniąc przy tym swój tyłek…
Zaczęło padać. Grube krople cięły go prosto w twarz. Poczuł przeszywający go chłód. Żałował, że nie ma czapki. Nie przepadał za nakryciami głowy, ale teraz dałby wiele, byleby tylko nie czuć zimna szczypiącego w uszy.
Przyspieszył jeszcze odrobinę. Poczuł, że tętno zaczyna mu rosnąć. Wreszcie robiło mu się ciepło. Siekające twarz krople deszczu przestały robić na nim wrażenie. Wszystko dlatego, że miał plan. I to taki, który mógł się udać, jeśli tylko dobrze to rozegra.
– Tutaj – usłyszał syknięcie po swojej prawej stronie.
Zdziwił się. Byli umówieni w innym miejscu, dobrych kilkaset metrów dalej.
– Dlaczego tutaj? – spytał, podając dłoń mężczyźnie. Wielki kaptur rzucał cień, całkowicie ukrywając twarz.
– Bo nie tam. Masz jakiś problem? – uciął nieprzyjemnie zakapturzony facet.
– Żadnego… – sapnął.
Czuł, że rozmowa nie będzie przyjemna. Facet był tak złowrogo nastawiony, że uleciał cały zapał, jaki miał jeszcze przed chwilą. Nie wiedział, czy warto było wspominać o pomyśle, który przyszedł mu przed chwilą do głowy.
– Co z towarem? – zapytał tamten bez ceregieli.
– Towar jest, ale…
– Co ale? – przerwał mu mężczyzna.
– Ale osoba, która dla mnie pracowała, ma ogon. To za duże ryzyko, by zajął się dostarczeniem. Mogą powiązać go ze mną i z wami. Dobiorą nam się do tyłków i nie zobaczymy ani kasy, ani towaru.
Facet zaśmiał się szyderczo.
– Maksiu, Maksiu, Maksiu… – wyszeptał i dodał ostrzej: – Myślisz, że to mój problem?
Nie cierpiał, jak go tak nazywał. Czuł się jak cholerny pies na posyłki.
– Nie do końca – odpowiedział ostrożnie, próbując nie dać po sobie poznać, jak bardzo jest zdenerwowany.
– Przestań pieprzyć, tylko weź się do roboty. Towar ma być najpóźniej jutro przed północą. Nie interesuje mnie, jak i kto to zrobi. Płacę ci za to, i to niemało. Więc albo wywiązujesz się z naszej umowy…
– Albo co? – odpowiedział butnie.
– Albo podzielisz los tych, którzy nie grają fair. Uważaj, jak tańczysz, Maksiu.
Zaśmiał się przez zaciśnięte zęby. Wiedział, że przez Jaszczaka będą problemy. Pieprzony pijak… Z takimi trzeba krótko. Już on mu pokaże, że w interesach nie ma zmiłuj.
– Chciałbyś, co? Towar będzie przed północą, tam gdzie zawsze. Ale ma was nie być, jasne? Żadnych hien z bronią, które mogą przestraszyć mi dostawcę. Jeśli zobaczę kogokolwiek, to wy za to bekniecie.
Mężczyzna zacmokał.
– Nie może być, ty mi grozisz? – zarechotał.
– Skądże… Nie śmiałbym… – odpowiedział mu z przebiegłym uśmieszkiem, nie mając pewności, czy w tej ciemności facet w kapturze mógł to zauważyć. Nawet jeśli nie, czuł przepełniającą go dumę. Postawił się tym, którzy nie znają litości, nie grają czysto. Niech wiedzą, że jest silnym zawodnikiem.
A Jaszczak… Jaszczak jeszcze będzie go prosił, żeby zmienił zdanie i wpuścił go do biznesu. Uderzy mocno. Tak, by go zabolało… Jeszcze zobaczy… Będzie tańczył, jak mu zagra!
– Tak myślałem. Jutro przed północą. Tam gdzie zawsze. Nie zawiedź mnie, jeśli nie chcesz… – mężczyzna uniósł dłoń w skórzanej rękawiczce i przejechał kciukiem po szyi.
– Radziłbym ci następnym razem bardziej się postarać, jeśli chcesz mnie przestraszyć. Takie groźby już dawno nie robią na mnie wrażenia – oznajmił i obrócił się na pięcie, chcąc mieć w tej rozmowie ostatnie słowo. Uwielbiał, gdy jego było na wierzchu, gdy to on mógł postawić tę najważniejszą kropeczkę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
