Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
50 osób interesuje się tą książką
Zakochaj się na święta! Krótka opowieść, która rozgrzeje każdego!
Pola kocha święta tak bardzo, że mogłaby ubrać choinkę nawet w środku lata, a kolędy nuci chętniej niż własne myśli. Mikołaj, trzydziestoletni przeciwnik świątecznego szaleństwa, uważa grudzień za karę za wszystkie grzechy ludzkości. Kiedy poznają się na aplikacji randkowej, zaczyna się prawdziwa wojna o bombki, pierniki i wyższość świątecznych hitów nad ciszą. Pola postanawia nawrócić Mikołaja na bożonarodzeniową magię, nie przewidując, że sama może stracić głowę – i to wcale nie z powodu gorącego kakao! Czy między choinkowym chaosem a świątecznymi katastrofami znajdzie się miejsce na miłość?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 124
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Projektant okładkiSztuczna Inteligencja AI
© Black J., 2026
© Sztuczna Inteligencja AI, projekt okładki, 2026
Gdybym miała opisać swój grudzień jednym słowem, wybrałabym „porażka”. Ewentualnie „katastrofa”, ale to zależałoby od tego, ile wina wypiłam danego wieczoru. Dziś byłam gdzieś pomiędzy jednym a drugim. Siedziałam na kanapie w rozciągniętym świątecznym swetrze, z kocem pod brodą i kubkiem herbaty, która zdążyła wystygnąć jakieś czterdzieści minut wcześniej. Za oknem padał deszcz. Nie śnieg. Deszcz. W grudniu! Na stoliku leżał niedokończony piernikowy domek, który próbowałam zbudować poprzedniego wieczoru. Dach zawalił się trzy razy, lukier przykleił mi palce do blatu, a jedna ze ścian wylądowała w moich ustach w ramach desperackiej próby ratowania sytuacji. Domek wyglądał teraz jak budynek po trzęsieniu ziemi. Pasował do mojego życia. Telefon zawibrował. Spojrzałam na ekran i natychmiast pożałowałam, że mam oczy.
Maks: Hej, co tam u ciebie, piękna? Dawno nie rozmawialiśmy. Może wpadniesz na imprezę do Olka?
Oczywiście. Oczywiście, że odezwał się akurat teraz. Pół roku temu, kiedy siedziałam na podłodze w łazience i zastanawiałam się, czy da się umrzeć z powodu złamanego serca, Maks uznał, że potrzebuje przestrzeni. Nie jakiejś zwykłej przestrzeni, nie weekendu dla siebie ani nawet tygodnia bez moich wiadomości. Potrzebował przestrzeni w znaczeniu: Nie chcę już z tobą być, ale może kiedyś będę miał ochotę sprawdzić, czy nadal na mnie czekasz. A teraz pisał, jakbyśmy rozstali się po przyjacielsku, bo jedno z nas wyjechało na studia do innego miasta.
Ja: Żyję. Dzięki za troskę.
Wysłałam wiadomość, zanim zdążyłam pomyśleć. Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast.
Maks: Widziałem twoje nowe zdjęcie. Ładnie wyglądasz. :)
Zamknęłam oczy. Nie. Nie, nie, nie. Nie będę jedną z tych dziewczyn, które dają się wciągnąć w emocjonalną karuzelę przez faceta, który nie potrafił zapamiętać, że nie lubię sernika z rodzynkami.
Ja: Dzięki. Miło wiedzieć, że wzrok cię nie zawodzi. A z mózgiem dalej problemy?
Tym razem nie odpowiedział. Dobrze. Bardzo dobrze. Rzuciłam telefon na kanapę i podniosłam kubek z herbatą. Była obrzydliwie zimna.
— Cudownie — mruknęłam. — Po prostu cudownie.
Właśnie wtedy zadzwoniła Zuza.
— W samą porę.
— Oho. Dlaczego brzmisz, jakbyś właśnie dowiedziała się, że święta zostały odwołane? — zapytała na powitanie.
— Bo mój były napisał, że ładnie wyglądam.
Zapadła cisza.
— O mój Boże.
— Wiem.
— Ten sam Maks, który powiedział ci, że jesteś zbyt emocjonalna, bo płakałaś na końcówce filmu animowanego?
— Ten sam.
— I który zapomniał o twoich urodzinach?
Przewróciłam oczami.
— Mhm.
— I który uważał, że pierniczki to strata czasu?
— Zuza, błagam, nie wymieniaj wszystkich jego zbrodni. Nie mamy tyle czasu.
Usłyszałam, jak parska śmiechem.
— Zablokuj go wreszcie. Minęło parę miesięcy, to dupek. Po co w ogóle masz do niego kontakt?
— Zrobię to… jutro.
— Teraz.
— Zuza…
— Pola. Pozbądź się śmieci, co? Zablokuj i usuń numer, żeby cię nie kusiło odblokować. Westchnęłam teatralnie i kliknęłam przycisk blokowania. Zuza miała rację, niepotrzebnie trzymałam jeszcze ten numer, powinnam była zablokować Maksa już dawno.
— Już to zrobiłam, zadowolona?
— Bardzo. A teraz mam dla ciebie coś lepszego.
Zmrużyłam oczy. Co ona znowu wymyśliła?
— Znam ten ton. Jeśli zamierzasz zapisać mnie na zajęcia jogi dla samotnych albo zapoznać z synem koleżanki swojej mamy, rozłączam się.
— Nie! Jest zajebista aplikacja randkowa, taka typowo świąteczna. Spróbuj tam kogoś znaleźć. Poflirtujesz, rozerwiesz się.
Zamilkłam. Potem zaczęłam się śmiać. Świąteczna apka? Serio ktoś wpadł na taki pomysł?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo jeszcze mam swoją godność.
— Masz dwadzieścia osiem lat, trzy nieudane próby zrobienia piernikowego domku i folder ze zdjęciami świątecznych dekoracji, które chcesz kupić, mimo że nie będziesz mieć miejsca na kolejną choinkę.
— To był bardzo osobisty atak.
— I jeszcze nie skończyłam.
— Rozłączam się. Wpadnij jutro, co? Może głupoty ci przejdą do tego czasu.
— Załóż aplikację. Zobaczysz, że będzie spoko!
Rozłączyłam się. Pięć sekund później dostałam wiadomość.
Zuza: Już ci wysłałam link. Nie dziękuj.
Spojrzałam na ekran. Potem na zawalony piernikowy domek. Potem znowu na ekran. W mojej głowie pojawiła się myśl tak głupia, że niemal poczułam fizyczny ból. A co, jeśli…? Nie. Nie było żadnego „co, jeśli”. Miłość nie działała jak w książkach. Nie spotykało się przypadkiem przystojnego mężczyzny w księgarni, który sięgał po tę samą powieść, a potem okazywało się, że oboje marzyliście o domku w górach i wspólnym życiu pełnym świątecznych tradycji. Takie rzeczy zdarzały się bohaterkom fikcyjnym. A ja byłam dziewczyną, która właśnie zablokowała byłego i rozważała zjedzenie odpadającej ściany z piernika. Kliknęłam w link. Tylko po to, żeby udowodnić Zuzie, że aplikacje randkowe są beznadziejne. Oczywiście. Dziesięć minut później miałam już profil. Zdjęcie w letniej sukience, zdjęcie z kubkiem kawy i piankami, zdjęcie ze światełkami.
W rubryce „o mnie” wpisałam:
Uwielbiam książki, kawę i święta. Szukam kogoś, kto będzie się ze mną śmiał, nawet kiedy spalę ciasto, i nie uzna wspólnego oglądania świątecznych filmów za torturę.
Przeczytałam opis. Skrzywiłam się. Brzmiałam jak kobieta, która już zamówiła obrączki i czeka na mężczyznę, który je odbierze. Skasowałam ostatnie zdanie. Napisałam: Podobno mam za duże oczekiwania. Udowodnij mi, że to nieprawda. Lepiej. Zaczęłam przeglądać profile. Mężczyzna z rybą. Mężczyzna bez koszulki na siłowni. Mężczyzna w samochodzie, który na każdym zdjęciu miał ten sam wyraz twarzy, jakby właśnie przypomniał sobie o niezapłaconym rachunku. Przesuwałam w lewo. W lewo. Jeszcze raz w lewo. I wtedy trafiłam na niego. Pierwsze zdjęcie przedstawiało mężczyznę w czarnym płaszczu, stojącego przed jakimś nowoczesnym budynkiem. Miał ciemne włosy, lekki zarost i oczy w kolorze, którego nie potrafiłam określić przez ekran telefonu. Wyglądał na człowieka, który nigdy w życiu nie kupił ozdoby świątecznej. Przesunęłam zdjęcie. Na drugim siedział przy stoliku z kawą, ubrany w czarny sweter. Na trzecim stał na tle gór. Na czwartym trzymał na kolanach psa. Okej. To było nieuczciwe. Przystojny mężczyzna z psem powinien być osobną kategorią zagrożenia. Zatrzymałam się na opisie. Mikołaj, 30 lat. Architekt. Nie lubię świąt. Nie lubię kolęd. Nie lubię ludzi, którzy twierdzą, że śnieg jest magiczny. Jeśli twoim marzeniem jest wspólne ubieranie choinki, przesuń w lewo. Przeczytałam raz. Potem drugi. A potem roześmiałam się tak głośno, że aż zakaszlałam.
— Co ty masz z głową, człowieku?
Nie lubił świąt? Jak można nie lubić świąt? Nie chodziło nawet o prezenty czy jedzenie. Chodziło o cały ten klimat. Lampki w oknach, zapach cynamonu, śnieg skrzypiący pod butami, ciepłe światło w domach, kiedy na zewnątrz robiło się ciemno już po południu. Święta były moją ulubioną częścią roku. I właśnie dlatego powinnam była przesunąć w lewo. Zamiast tego kliknęłam serduszko. TO MATCH! Zamarłam.
— O cholera.
Zanim zdążyłam zastanowić się, czy to dobry pomysł, pojawiła się wiadomość. Mikołaj: Widzę, że nie przeczytałaś mojego opisu. Zakochana w świętach?
Uniosłam brwi.
Ja: Przeczytałam. Po prostu nie wierzę, że ktoś może być aż tak dramatyczny w kwestii świąt. To żart, nie?
Odpowiedź przyszła po kilku sekundach.
Mikołaj: Nie jestem dramatyczny. Jestem konsekwentny.
Uśmiechnęłam się. Świetnie, ale to niczego nie zmieniało.
Ja: Czyli jeśli zabiorę cię na jarmark bożonarodzeniowy, uciekniesz?
Mikołaj: Zależy. Będzie grzane wino?
Parsknęłam śmiechem. No tak, alkohol przemawiał za tym wszystkim.
Ja: Będzie.
Mikołaj: To ewentualnie mogę rozważyć.
Ja: A jeśli każę ci ubrać choinkę?
Mikołaj: Zablokuję cię.
Ja: A jeśli dam ci pierniczka?
Mikołaj: Zależy czy z lukrem…
Ja: Oczywiście, że z lukrem. Nie jestem potworem. I uwielbiam wszystko co słodkie.
Przez chwilę nie odpowiadał. Już miałam odłożyć telefon, kiedy ekran ponownie się rozświetlił.
Mikołaj: To dobrze. Nie chciałbym tracić czasu na znajomość z potworem.
Uśmiechnęłam się szerzej, niż powinnam. Nie znałam go nawet godziny, a już miałam ochotę dowiedzieć się o nim wszystkiego. To nie było rozsądne. Ale rozsądek nigdy nie był moją najmocniejszą stroną. Gdzieś w zakamarkach umysłu pojawiła się myśl, że powinnam potraktować to tylko jako rozrywkę, ale poczułam nagłą potrzebę przekonania tego faceta, że w świętach jednak jest jakaś magia. Przecież każdy musiał mieć coś, co dobrze kojarzyło mu się z tym okresem. Jak mógł nie lubić choinek, światełek, zapachu pierniczków czy cynamonu?
***
Rozmawialiśmy do późna. Dowiedziałam się, że od zawsze mieszka w Warszawie i nie przepada za kawą z syropami, ponieważ, jak to określił, „kawa nie potrzebuje wspomagaczy, żeby smakować jak kawa”. Zdążyłam opróżnić pół butelki wina, kiedy powiedziałam mu, że to najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek przeczytałam. Odpowiedział, że najwyraźniej nie czytałam własnego opisu na aplikacji. Zapytał mnie, czym się zajmuję. Opowiedziałam mu o projektowaniu graficznym, o małych zleceniach, które czasami zamieniały się w duże projekty, o marzeniu, żeby kiedyś stworzyć własną markę ilustrowanych kartek. Nie zaśmiał się. Nie powiedział, że to dziecinne. Po prostu zapytał, dlaczego jeszcze tego nie zrobiłam skoro tak bardzo tego chcę. Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo się boję, pomyślałam. Bo łatwiej jest mówić o marzeniach, niż spróbować je spełnić. Zamiast tego napisałam:
Ja: Czekam na odpowiedni moment.
Mikołaj: Czyli nigdy?
Zmarszczyłam nos. Irytujący człowiek. Naprawdę irytujący. Najgorsze było to, że miał rację. Wciąż broniłam się przed spełnianiem marzeń, bo nie miałam na nie dość odwagi. O dwudziestej drugiej czterdzieści siedem napisał, że musi iść spać.
Ja: Jest wcześnie.
Mikołaj: Dla mnie już późno, idę do łóżka.
Ja: Masz osiemdziesiąt lat?
Mikołaj: Nie. Ale jutro muszę wstać i udawać dorosłego człowieka. Ty też powinnaś się położyć, będziesz cierpieć. Picie alkoholu samemu nigdy nie jest dobrym pomysłem.
Spojrzałam na opróżnioną butelkę. Cóż… może nie będzie tak źle.
Ja: Powodzenia w udawaniu dobrego człowieka. Podobno to trudne. A ja właśnie skończyłam ostatnią lampkę wina. Jest czwartek, prawie weekend.
Przez chwilę ekran pozostawał nieruchomy. Potem dostałam kolejną wiadomość.
Mikołaj: Dobranoc, Pola.
Wpatrywałam się w te dwa słowa. To było absurdalne, normalny facet powinien powiedzieć już parę razy, że świetnie mu się ze mną rozmawia. Ale on nie był ani trochę normalny. Irytujący, ale i cholernie pociągający.
Ja: Dobranoc, Grinchu.
Odpisał niemal natychmiast.
Mikołaj: Nie nazywaj mnie tak.
Ja: Jasne, Grinchu.
Mikołaj: Doigrasz się.
Tylko tyle? Żadnego nie powinnaś tyle pić, żadnego może porozmawiamy jutro, nawet głupiego emotikona na pożegnanie. Dwa słowa, które brzmiały jak zamknięcie drzwi przed nosem. Wpatrywałam się w ekran, i czułam narastającą irytację. Powinien próbować mnie rozśmieszyć, zadawać pytania, może nawet trochę flirtować. W końcu niecodziennie trafia się na kobietę, która potrafi prowadzić rozmowę, nie uciekając się do odpowiedzi składających się z trzech słów i kropki. Ale Mikołaj miał w sobie coś, co kazało mi jednocześnie przewracać oczami i sprawdzać, czy przypadkiem nie odpisał. Co gorsza, nawet przez ekran potrafił sprawić, że czułam się tak, jakbym siedziała naprzeciwko niego i widziała ten jego nieznośny uśmieszek. A to było już niebezpieczne. Bo nie znałam jego głosu. Nie wiedziałam, jak wygląda, kiedy się śmieje, ani czy ma ten rodzaj uśmiechu, który pojawia się powoli, jakby człowiek wcale nie chciał zdradzać, że coś go rozbawiło. Nie wiedziałam nawet, czy jego profilowe zdjęcie przedstawiało go sprzed roku, czy sprzed paru lat. Wiedziałam za to, że nie lubił świąt, miał skłonność do wydawania poleceń i najwyraźniej uważał, że może mówić mi, kiedy mam iść spać. Cóż. Powodzenia, kochanie. Jeszcze przez chwilę byłam byłam przekonana, że jeszcze coś napisze. Przez drugą zaczęłam się zastanawiać, czy właśnie go zirytowałam. W trzeciej uznałam, że wcale mnie to nie obchodzi. W czwartej sprawdziłam, czy jest aktywny. Nie był.
— Żałosne, Pola — mruknęłam do siebie.
Odłożyłam telefon ekranem do dołu, jakbym w ten sposób mogła odzyskać resztki godności. Pięć minut później nadal leżałam z otwartymi oczami, zastanawiając się, czy Mikołaj naprawdę poszedł spać, czy może po prostu postanowił mnie ukarać ciszą. Jeśli to drugie, musiałam przyznać, że radził sobie całkiem nieźle. Zgasiłam lampkę i naciągnęłam kołdrę pod brodę. W pokoju zrobiło się ciemniej, choć nie zupełnie. Na oknie wisiała kurtyna LED, którą kupiłam na wyprzedaży w zeszłym tygodniu. Miała tworzyć przytulną, świąteczną atmosferę, ale na razie wyglądała bardziej jak dekoracja w witrynie sklepu, który desperacko próbuje sprzedać ludziom odrobinę szczęścia. Nie byłam pewna, czy światełka pomagały, czy tylko przypominały mi, że zbliża się grudzień. Wszędzie już było czuć święta. W sklepach pojawiały się czekoladowe mikołaje, ludzie zaczynali planować rodzinne spotkania, a media społecznościowe powoli zapełniały się zdjęciami pierników i choinek. Wkrótce ktoś zapyta mnie, gdzie spędzam Wigilię, a ja będę musiała odpowiedzieć z uśmiechem, że jeszcze nie wiem. Co oczywiście będzie kłamstwem. Wiedziałam doskonale. Spędzę ją tak jak większość ostatnich wieczorów, sama, z filmem puszczonym w tle i telefonem, który będę co chwilę sprawdzać, choć nie będzie na nim żadnej wiadomości, na którą naprawdę czekam. Nie miałam ochoty przyznawać przed samą sobą, jak bardzo mnie to bolało. Może dlatego wino smakowało dziś lepiej niż zwykle. Może dlatego tak łatwo przyszło mi wdawać się w rozmowę z nieznajomym mężczyzną, który miał więcej lodu w sercu niż przeciętna zamrażarka. A może po prostu potrzebowałam kogoś, kto na chwilę odciągnie moje myśli od tego, czego nie miałam. Przymknęłam powieki. Światełka na oknie zaczęły rozmazywać się przed moimi oczami. Zamrugałam parę razy, próbując złapać ostrość. Cholerka, przecież nie wypiłam aż tyle. W każdym razie zdecydowanie za mało, żeby nagle świat zaczął wyglądać jak akwarela. Westchnęłam, przekręciłam się na bok i znów sięgnęłam po telefon. Nie powinnam była tego robić. Oczywiście, że to zrobiłam. Otworzyłam aplikację i od razu przeszłam do naszej rozmowy. Przewinęłam ją do góry, czytając jeszcze raz wiadomości, które wymieniliśmy w ciągu ostatnich godzin. Było w nich coś dziwnie znajomego. Jakbyśmy nie rozmawiali ze sobą pierwszy raz, tylko wrócili do jakiejś dawno przerwanej dyskusji. On rzucał złośliwą uwagę, ja odpowiadałam czymś jeszcze gorszym, a potem oboje udawaliśmy, że wcale nie sprawia nam to przyjemności. Przynajmniej ja udawałam. Nie miałam pojęcia, co działo się po drugiej stronie ekranu. Może siedział w eleganckim mieszkaniu, sącząc whisky i patrząc na miasto za oknem. Może miał na sobie czarny T-shirt, potargane włosy i ten rodzaj twarzy, który sprawiał, że kobiety wybaczały mu zdecydowanie zbyt wiele. A może był zupełnie inny, niż go sobie wyobrażałam. Może miał okulary, brzuch po piwie i kota, który uważał jego klawiaturę za idealne miejsce do spania. Ta ostatnia wizja rozbawiła mnie tak bardzo, że parsknęłam śmiechem.
— Boże, Pola. Weź się w garść.
Przesunęłam palcem po ekranie i ponownie otworzyłam jego profil. Zdjęcie przedstawiało fragment męskiej sylwetki na tle nocnego miasta. Ciemna kurtka, dłonie wsunięte do kieszeni, twarz częściowo ukryta w cieniu. Nic, co mogłoby zdradzić cokolwiek poza tym, że Mikołaj najwyraźniej bardzo starannie dbał o to, by ludzie wiedzieli o nim jak najmniej. I to właśnie było najbardziej irytujące. Chciałam wiedzieć więcej. Chciałam wiedzieć, czy naprawdę był tak chłodny, jak próbował sprawiać wrażenie. Czy zawsze odpowiadał ludziom z tą samą oszczędnością słów. Czy miał przyjaciół, z którymi potrafił się śmiać, czy może również ich trzymał na dystans. I dlaczego, do cholery, nie lubił świąt? To pytanie wracało do mnie od początku naszej rozmowy. Ludzie mieli różne powody, żeby nie znosić grudnia. Niektórzy nie cierpieli tłumów, inni zakupowego szaleństwa, jeszcze inni uważali, że świąteczna atmosfera to tylko dobrze opakowany marketing. Sama mogłam wymienić przynajmniej pięć rzeczy, które doprowadzały mnie w tym okresie do szału. Ale w jego odpowiedziach było coś więcej. Nie napisał, że święta go nudzą. Nie zażartował z kolęd ani z ludzi, którzy w listopadzie ustawiają choinki. Po prostu stwierdził, że ich nie lubi. Krótko, stanowczo, bez miejsca na dyskusję. Jakby nie chodziło o święta, tylko o coś, o czym nie chciał pamiętać. Potrząsnęłam głową. Nie znałam tego człowieka. Nie miałam prawa dopisywać mu do życiorysu dramatycznej przeszłości tylko dlatego, że nie chciał oglądać światełek na choince. Mimo to wyobraźnia już podsuwała mi kolejne scenariusze. Może ktoś go kiedyś zostawił. Może stracił kogoś bliskiego. Może w jego domu święta zawsze oznaczały kłótnie, pretensje i udawanie, że wszyscy są szczęśliwi. A może po prostu był człowiekiem, który uważał radość za osobistą obrazę. Ta ostatnia możliwość wydawała się najbardziej prawdopodobna. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam pisać wiadomość.
Tak na marginesie, Grinchu, co ci właściwie zrobiły święta?
Przeczytałam ją dwa razy. Potem skasowałam. Nie dlatego, że nagle przestałam być ciekawa. Po prostu nie chciałam, żeby pomyślał, że interesuje mnie coś więcej niż zwykła rozmowa. Nie chciałam też dawać mu satysfakcji. Jeszcze uznałby, że jego tajemnicza osobowość działa na mnie jak magnes. Co byłoby, niestety, częściowo prawdą. Zablokowałam ekran i odłożyłam telefon na szafkę nocną. Tym razem naprawdę. Przez kilka sekund wsłuchiwałam się w ciszę mieszkania. Zza ściany dobiegał przytłumiony dźwięk telewizora sąsiadów, a gdzieś na ulicy ktoś zatrzasnął drzwi samochodu. Wszystko było zwyczajne, znajome i trochę smutne. Przymknęłam oczy. Myślałam o mężczyźnie, którego nie znałam, ale który w ciągu kilku godzin sprawił, że śmiałam się do ekranu jak idiotka.
— Dobranoc, Mikołaju — szepnęłam, sama nie wiedząc, czy mówię do niego, czy do własnej głupoty. Nie miałam zamiaru czekać na jego wiadomość. Absolutnie nie. A jeśli rano obudzę się i pierwszą rzeczą, jaką zrobię, będzie sprawdzenie, czy napisał, uznam to za winę wina. W końcu ktoś musiał ponosić odpowiedzialność za moje fatalne decyzje. I zdecydowanie nie zamierzałam obarczać nią tajemniczego faceta z aplikacji, który nawet nie potrafił pożegnać się jak człowiek. Chociaż… Jeśli jutro znów nazwę go Grinchem, może tym razem odpowie czymś więcej niż groźbą. Uśmiechnęłam się w ciemności. Chyba właśnie dlatego miałam przeczucie, że ta znajomość okaże się znacznie większym problemem, niż powinna.
