Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
67 osób interesuje się tą książką
Zuza wkłada całe serce w swoją niewielką pracownię świec. W zależności od pory roku unosi się w niej zapach truskawek z wanilią, jaśminu, lawendy i piwonii. To jej azyl - miejsce, w którym może oddychać pełną piersią i wierzyć, że marzenia mają sens.
Niestety rzeczywistość bywa trudna. Od lat słyszy od matki, że powinna wreszcie dorosnąć, znaleźć „prawdziwą” pracę i przestać bujać w obłokach. Coraz bardziej rozdarta między własnymi pragnieniami a oczekiwaniami rodziny zaczyna wątpić, czy starczy jej odwagi, by zawalczyć o siebie.
Wtedy w jej życiu pojawia się Tymon - operator koparki. Na pierwszy rzut oka gburowaty i nieprzystępny, z tatuażami budzącymi respekt. Skutecznie trzyma ludzi na dystans. Nie wierzy w bezinteresowność kobiet ani w miłość bez kalkulacji. Zuza, impulsywnie i wbrew rozsądkowi, proponuje, że znajdzie mu partnerkę, która udowodni, że świat nie jest tak cyniczny, jak mu się wydaje.
Tylko czy można zostać swatką, nie ryzykując własnego serca?
*
Nie taki gbur straszny to ciepła, pełna humoru i najgłębszych emocji powieść o uczuciach, które budzą się, kiedy pojawia się miłość. To historia o kobiecie, która uparcie podąża własną drogą, i mężczyźnie, który odkrywa, że czasem warto dać się zaskoczyć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 275
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © Urszula Kacprowska, 2026
Redakcja: Sara Rzeczycka – @redakcjabezzartow
Korekta: Karolina Rudak – @szaarotka
Projekt okładki: Kamila Lebiedzińska
Opracowanie e-booka: Dorota Bębenek – Literackie Atelier
Wydanie I
ISBN 978-83-975581-2-0
Znajdźmy się na:
Facebook: W sielskim zaczytaniu – Urszula Kacprowska
Instagram: w_sielskim_zaczytaniu
Mail: [email protected]
Oto jest miłość. Dwoje ludzi spotyka się przypadkiem, a okazuje się, że czekali na siebie całe życie.
~Lima Barreto
Moja mama, Małgośka, miała zawsze ten sam plan na nasze cotygodniowe, rodzinne niedzielne obiady. Siadaliśmy do stołu o trzynastej, a każde kolejne danie poprzedzała szturmem pytań o moje życie. W tej roli czuła się jak ryba w wodzie. Uwielbiała zadawać zwłaszcza jedno pytanie:
– I co, Zuza, dalej będziesz prowadziła tę swoją firemkę? – mówiła niby mimochodem, ale z dobrze mi znaną zaciętością na twarzy.
Prezentowała się jak zawsze nienagannie. Podobnie jak dzisiaj – włosy wyczesane na szczotkę elektryczną, spódnica w kolorze cappuccino i delikatny, zwiewny jasnoniebieski sweterek.
Pytanie słyszałam przy każdym wspólnym posiłku. Kiedy je wypowiadała, czas zatrzymywał się w miejscu. Wówczas w mojej głowie pojawiał się niewytłumaczalny obraz – wiekowy zamek na odludziu, w nim poświata od tlących się świec, długi korytarz, na końcu którego stał wielki mosiężny zegar. Jego wskazówki pragnęły ruszyć do przodu, lecz tylko drżały w miejscu. Wokół panowała cisza, a wiatr, wślizgując się przez uchylone okno, delikatnie podwiewał toporne zasłony i muskał dół obszernej sukni na kole w kolorze ciemnego granatu z elementami ze złotej nitki. Niezmiennie podążałam wzrokiem od ziemi w górę, potem na ramiona jej właścicielki, dalej na szyję i na twarz, mając nadzieję ujrzeć piękną, bajkową księżniczkę – blondynkę o anielskich, kręconych włosach sięgających pasa, malinowych ustach, delikatnym nosku i idealnie podkręconych rzęsach. Niestety, kiedy dłużej zatrzymywałam spojrzenie na ustach, te traciły swój urok, zmieniał się i kolor, i kształt. Przypominały wąską linię. Mniej przyjemną dla oka. W tym momencie sen na jawie znikał.
Najbliższa rodzina, a precyzyjnie mówiąc, większa jej część, miała coraz mniej cierpliwości do prowadzonej przeze mnie działalności. Nie kryli tego, przeciwnie, wykorzystywali każdą okazję, żeby dać mi to odczuć. Pouczali, doradzali, czasem wręcz wygłaszali całe mowy na temat mojego marnowania sobie życia. Nie potrafili pogodzić się z faktem, że to moje wybory i mój sposób budowania szczęścia.
Od kiedy mama skończyła pięćdziesiąt pięć lat, niedzielne obiady stały się stałym punktem w kalendarzu, nie do ruszenia. Próbowałam się czasem wykręcić, ale żaden powód nie był wystarczająco ważny, aby ominąć te jakże zacne wydarzenie. A ja, choć już dawno dorosłam, wciąż czułam się przy tym stole jak ktoś, kogo trzeba wychować od nowa. Odnosiłam wrażenie, że te spotkania były po to, by sprowadzić mnie na właściwe tory. Od kilku lat, co bym nie zrobiła, zawsze było źle, niewystarczająco dobrze wobec wysokich kryteriów mamy.
Przy stole, poza mną – rodzinną czarną owcą, byli: mój tato Leszek, starszy brat Krzysiek i jego żona Julka. W pokoju, dwa tygodnie temu ekipa remontowa zakończyła prace, a ja nadal czułam zapach farb i lakierowanej drewnianej podłogi. Małgorzata sama przygotowała projekt zmian pomieszczenia i śledziła każdy etap prac. Serdecznie współczułam fachowcom – całymi dniami mieli jej wymagający i nieznoszący poprawek „oddech na plecach”. Gdy wchodziła do pokoju, mężczyźni blisko jej wieku stawali na baczność i z przerażeniem wyczekiwali kolejnych pomysłów remontowych. Im bardziej panowie mieli zaawansowane prace, tym mama chętniej wprowadzała poprawki na pierwotny projekt, czym doprowadzała do skraju wytrzymałości tatę. W momencie gdy już na suficie schła farba, ona zażyczyła sobie trzech zwisających lamp nad stołem jadalnianym, zamiast zaplanowanych wcześniej dwóch.
Leszek wyzwolił w sobie mężczyznę domu i definitywnie zabronił tych i podobnych pomysłów. Ku wielkiej uldze pracowników od remontu. Małgorzata zrozumiała, że za daleko się posunęła, fachowcy ledwo ukrywali radość na twarzach i byli gotowi przybić piątki Leszkowi.
Ostatecznie salon wyglądał bardzo ładnie – jasne kolory ścian, komody i półki na książki wykonane przez stolarza, szyte na miarę firany i zasłony, dwa kwietniki pełne zielonych roślin, dębowy stół z krzesłami z tapicerką. Jak to mówią mucha, nie siada. Idealne miejsce do „złośliwych, rodzinnych przesłuchań” i reprymendy w jednym.
Mama tradycyjnie siedziała naprzeciwko mnie – wtedy byłam pod jej pełną obserwacją, co ułatwiało jej rzucanie kąśliwych uwag w moją stronę.
Tato zajął miejsce po prawej stronie Małgorzaty, a brat z bratową po mojej lewej. Krzysiek nie starał się nawet ukryć głupiego uśmiechu, który wciąż błąkał się na jego ustach, wypatrując z utęsknieniem kolejnej tyrady w moim kierunku. Nie musiał czekać długo, bo Małgośka nie wytrzymała już przy zupie pomidorowej.
– Zuzka, nasza sąsiadka Stefania ostatnio pytała o ciebie. Ma dobrą propozycję pracy! – Matka nie spuszczała ze mnie oka, jej spojrzenie przenikało mnie na wskroś. Wyglądała jak guwernantka dyscyplinująca niesfornego podopiecznego. – Zuza, patrz na mnie! – Znowu to karcące spojrzenie. – Stefania szuka pomocy księgowej w swoim biurze rachunkowym.
– Mamo… – Pod wpływem jej zimnego i zdecydowanego wzroku poddałam się.
Położyłam dłonie na kolanach pod blatem stołu, by nie widziała, jak bawię się bransoletkami z drobnych, czarnych koralików. Już słyszałam jej uwagę: Jak mówię do ciebie, to się nie rozpraszaj! Skup się na ważnych kwestiach, które dotyczą twojego życia! Jak można tak lekkomyślnie podchodzić do własnej przyszłości?
– To stanowisko byłoby dobrym początkiem pracy zawodowej. Stefania obiecała, że stopniowo wprowadzi cię w meandry podstaw księgowości, potem to już będziesz sama się dokształcać. Mówiła, że na rynku jest szeroki wybór kursów. Ustaliłyśmy, że przyjdziesz na rozmowę jutro w południe. – Och jak była dumna z perspektywy pozornie robionych porządków w moim życiu. – Wieczorem prześlę ci adres jej biura.
Ustaliłyśmy! No jakżeż mogło być inaczej! Czy ją interesuje moje zdanie?
– Małgośka, ile razy mamy to przerabiać? Zuza jest dorosła. Sama wybierze, co dla niej dobre – powiedział tata spokojnie, ale stanowczo, przesuwając z miejsca na miejsce łyżkę stołową.
Wiele rzeczy potrafił wyperswadować swojej żonie z głowy, ale nie mnie. Dwoił się i troił, by przystopowała i nie wtrącała się w moje życie. Bezskutecznie. W tej kwestii go lekceważyła. Ostatnio zauważyłam przez to u niego wyraźniej zarysowane zmarszczki wokół oczu. Coraz trudniej było mu wysłuchiwać jej męczących wywodów.
Tato zawsze był po mojej stronie. Rekompensował za wszelką cenę brak właściwej matczynej troski w ostatnich latach. Dyskretnie wspierał moją firmę – nie tylko duchowo, ale również finansowo. Taki właśnie był. Przyjmował życie takim, jakie było. Kochałam go za bezgraniczne wsparcie, naturalną troskę i anielską cierpliwość do mojej mamy. I na swój sposób do mnie. Wierzył we mnie, zależało mu, bym nie zmuszała się do pracy, w której nie będę szczęśliwa.
Kiedy usłyszał, jaki mam plan na życie, z nieukrywaną ulgą ucieszył się, że miałam pomysł na siebie.
– Zuziu, już od dawna widziałem w tobie duszę artystyczną. Tak bardzo jesteś wrażliwa na piękno i naturę. Zupełnie nie pasujesz do roli marketingowca – zaśmiał się i schował mnie w swoich ramionach.
Od tej chwili był ze mną na każdym kroku: jak zakładałam pierwszą działalność gospodarczą, podpisywałam umowę na wynajem lokalu. Był też nieocenioną pomocą przy aranżacji. Zdarzało się, że wspierał mnie, gdy zakupywałam materiały. Starałam się korzystać z jego pomocy finansowej tylko w naprawdę newralgicznych sytuacjach. Musiałam w końcu zacząć zarabiać na takim poziomie, by stać się w pełni samodzielna. Byłam dorosłą kobietą, a to zobowiązywało do dorosłego życia.
– Ty wciąż myślisz, że ona ma całe życie przed sobą, ale tak nie jest! Skończyła już trzydzieści pięć lat! Zmarnowała wystarczająco dużo czasu na tę swoją pożal się Boże firemkę! – Małgośka przybrała jeszcze bardziej bojową postawę i położyła dłonie na stole, zmierzając do wyartykułowania kolejnych argumentów.
– Tato, mama ma rację – wtrącił się mój brat. – Zuza powinna zacząć normalną pracę i w końcu zarabiać normalne pieniądze. Wciąż się zastanawiam, czy jest w stanie pokrywać rosnące kwoty rachunków i czynszu. – Złapał pełne aprobaty spojrzenie mamy. – Mam nadzieję, że pewnego dnia nie zapuka do jej drzwi komornik, wtedy wszyscy będziemy zmuszeni do pokrycia jej długów. – Skrzywił się i poprawił idealnie prezentujący się krawat.
Małgośka i Krzysiek byli nad wyraz przewidywalni. Przewróciłam oczami na samą myśl. Matkę rozpierała duma z obranej przez Krzyśka ścieżki życiowej i zawodowej. Byli do siebie podobni – pod względem osobowości i wyglądu. Oboje mieli dość zimne rysy twarzy, ciemne oprawy oczu, kruczoczarne włosy, byli wysocy i bardzo szczupli. Cenili sobie poukładane życie „odrysowane od linijki”. Każdy krok – wyjazd na wakacje, remont, nawet zakup drobnostek do domu – skrupulatnie analizowali, planowali, ważąc za i przeciw przed podjęciem ostatecznej decyzji. Krzysiek świetnie dogadywał się z mamą – może dlatego, że jego czyny były zawsze po myśli Małgośki.
Nie można było tego samego powiedzieć o mnie. Byłam bardziej spontaniczna, emocjonalna, raczej nieprzewidywalna i kierowałam się w życiu maksymą dążenia do spełniania marzeń. Nie zwracałam uwagi na to, co sądzą o mnie inni. Nie potrafiłam się wpasować w sztywne ramy nieswoich zasad. A swoją pracą nikomu nie robiłam krzywdy.
Uwielbiałam więc moment, w którym padało z ust mamy, żenie potrafię wziąć przykładu z idealnego życia starszego brata. W wieku czterdziestu lat z sukcesem i poważaniem prowadził kancelarię doradztwa podatkowego. Miał huczny ślub i wesele. Wybranka jego serca została chirurgiem dziecięcym. Idealne małżeństwo mojego idealnego brata spodziewało się bliźniaczek. Ja nie miałam partnera i nie zapowiadało się, by mój stan cywilny miał się zmienić. Prowadzona przeze mnie działalność chyliła się raczej ku upadkowi niż rozwojowi. A według mamy traciłam najcenniejszy czas na posiadanie dzieci.
– Czy my chociaż raz możemy zjeść obiad w spokoju? Zupa nadaje się do odgrzania, bo ty, Małgośka, wciąż drążysz dziurę w tej samej skale! – Mój tato popatrzył na małżonkę z wyrzutem, delikatnie, rytmicznie stukając palcami o blat stołu. Tak bardzo różnili się od siebie i jednocześnie przepadali za sobą. Nie potrafiłam tego zrozumieć.
– Jeśli Zuzka pójdzie na rozmowę do Stefanii, to za trzy minuty będziesz miał talerz gorącej pomidorówki i zjesz, jak lubisz. – Spojrzała na Leszka tak ciepło, że zapragnęłam, by kiedyś ktoś patrzył na mnie z tak szczerą miłością. Jednak gdzieś tam głęboko mama miała uczucia zarezerwowane głównie dla męża.
– Córeczko, błagam, pójdziesz? Bo w innym razie drugie danie zjemy w porze kolacji – jęknął tata.
Wiedziałam, że mam to zrobić dla świętego spokoju swojego i taty, bo matka nie odpuści. Zdawałam sobie sprawę, że gdy będę wracała do siebie, tato szepnie mi do ucha, tak by nikt nie zauważył: Wierzę w ciebie, w końcu rozkręcisz porządnie swój biznes. A to spotkanie do niczego cię nie zobowiązuje, pamiętaj o tym.
Obiecałam, że pojadę na tę rozmowę. Wiedziałam, że Małgośka pewnie zrobi sobie nadzieję, ale to już nie moje zmartwienie. Nie chciałam się z nią kłócić. Była moją mamą. Mimo wszystko zasługiwała na szacunek od córki.
Wróciłam do wynajmowanego mieszkania. Od razu poszłam do kuchni i zaparzyłam malinową herbatę z cytryną. Oparłam się o blat szafki, napawałam się aromatem unoszącym się z kubka i zastanawiałam się, czy przed samym spotkaniem ze Stefanią nie wymyślić niestrawności lub silnego bólu głowy. Chodziły mi po głowie też inne, bardziej dramatyczne sceny – może ponad czterdziestostopniowa gorączka albo zbyt wysokie ciśnienie spowodowane stresem przed rozmową kwalifikacyjną. Uśmiechnęłam się do własnych myśli, wzięłam łyk herbaty i skrzywiłam się. Nie na smak naparu, bo był pyszny, ale na myśl wręcz realnych słów Małgorzaty: Dorośnij wreszcie Zuza, widziałyśmy się wczoraj i byłaś zdrowa jak ryba, nie próbuj sztuczek, by odwołać rozmowę u Stefci!
Dokończyłam herbatę, pompatycznie zwiesiłam głowę i – głośno szurając kapciami – dotarłam do części sypialnianej. Mieszkałam w kawalerce, moja manifestacja zajęła mi więc tylko parę sekund. Zawsze to coś. Dodatkowo zbojkotowałam piżamę i opadłam na łóżko w ubraniu. Od razu zasnęłam.
Kochałam Małgośkę – kiedyś była cudowną, opiekuńczą i troskliwą mamą. Nasz dziecięcy i nastoletni czas był pełen wycieczek, gier planszowych, spacerów, wypadów na basen czy do zoo. Potrafiła znakomicie zaplanować atrakcje na weekendy, ferie zimowe i wakacje. Podczas tych ostatnich zawsze miała czas tylko dla nas – mogła sobie na to pozwolić, bo wykładała logistykę i zarządzanie produkcją, a rok akademicki zaczynał się dopiero w październiku. W swojej pracy była świetna i profesjonalna, studenci ją za to uwielbiali. Najtrudniejszy materiał na zajęciach przekazywała lekko, z pasją – tak, by każdy mógł zrozumieć i bez problemu zdać egzamin.
Wychowaliśmy się z Krzyśkiem w fajnej, ciepłej rodzinie. Rodzice wspierali nas na każdym etapie edukacji. Nie narzucali nam wyboru szkoły średniej czy uczelni. Po prostu siadaliśmy i dyskutowaliśmy o opcjach. To do nas należała ostateczna decyzja. I tak było do momentu ukończenia przeze mnie studiów z zarządzania i marketingu na lokalnej uczelni. Zbiegło się to w czasie z klimakterium mamy, którego konsekwencje bardzo mocno odczuwaliśmy na co dzień. Zmienne nastroje, wybuchy złości, irytacja po kolejnej nieprzespanej nocy z powodu przypływów gorąca – to wszystko stało się naszą codziennością. Chyba najbardziej odczułam to po powrocie do domu po obronie magisterki. Zastałam mamę w kuchni – siedziała na hokerze przy mini wyspie przy oknie, pijąc popołudniową kawę.
– Zuza, jak poszło? – Odstawiła kubek, zerwała się w moim kierunku i wyciągnęła do mnie ramiona. Była szczerze zainteresowana wynikiem.
– Obroniłam na piątkę, mam magistra! – krzyknęłam głośno, wyrzucając ręce w górę, po czym mocno się w nią wtuliłam.
– Wiedziałam, że tak będzie, w końcu jesteś moją córką – rzuciła z dumą i objęła mnie jeszcze mocniej. – Masz ochotę na sorbet z mango? Wiem, jak go uwielbiasz. Kupiłam specjalnie na dzisiejsze świętowanie. – Odsunęła się ode mnie na długość ramion, zsuwając dłonie na moje. Oczy jej błyszczały, uśmiechała się szeroko – promieniała.
– Nie poczekamy na Krzyśka i tatę? – zapytałam.
– W zamrażarce są aż dwa pudełka. – Puściła mi oko. – Poza tym, Krzysiek mówił, że ma bardzo dużo pracy, a tato będzie po osiemnastej – oznajmiła i poruszyła sugestywnie brwiami.
– Idealnie. Poświętujemy teraz i późnej, gdy wrócą chłopaki.
Zapowiadał się cudowny wieczór. Już planowałam, w jaką grę zagramy i jak będziemy się wspólnie świetnie bawić.
Mama wyjęła lody, ja przygotowałam pucharki. Nałożyłyśmy sobie porządne porcje i poszłyśmy na kanapę do salonu. Zajadałyśmy się, a ja dodatkowo wciąż nie mogłam uwierzyć, że skończyłam studia. Przygotowanie pracy magisterskiej, sesja, obrona – to były bardzo wymagające i intensywne tygodnie. Wizja wakacji przepełniała mnie porządną dawką energii. Kiedy myślami odpłynęłam na plażę – prażyłam się w promieniach słońca albo grałam w plażową siatkówkę – z ust mamy zaczęły padać coraz trudniejsze pytania, na które nie chciałam odpowiadać lub nie znałam jeszcze odpowiedzi. Małgośka w tamtej chwili dostała kompletnego bzika na punkcie planowania mojej dalszej przyszłości. Postawiła niedojedzony deser na stoliku kawowym, obróciła się w moją stronę z poważnym wyrazem twarzy, założyła ręce na klatce piersiowej i rzuciła:
– Przygotowałaś CV? Pomogę wybrać ci najlepsze ogłoszenia o pracę.
Miałam wrażenie, że mama traktuje mnie jak studenta, którego właśnie egzaminuje. Dreszcz niepokoju przeturlał się powoli po moich plecach.
– Mamo, dopiero co skończyłam studia, dzisiaj miałam egzamin… – przypomniałam.
Zamierzałam zjeść kolejną łyżkę lodów, jednak zatrzymałam dłoń w połowie drogi do ust.
– Życie studentki już się skończyło, powinnaś zacząć poważnie działać na rynku pracy! – upomniała mnie, ściągając brwi, a ja uciekłam wzrokiem w bok.
– Ale… mamo… teraz będą wakacje – wydukałam płaczliwym głosem, nie potrafiąc zebrać myśli.
Nie tego spodziewałam się po powrocie do domu. Nie zdążyłam jeszcze ochłonąć z emocji i stresu po egzaminie. Mimo że miałam już wystawioną ocenę, to wciąż zastanawiałam się, czy mogłam dać z siebie jeszcze więcej. Potem zatrzymywałam myśli, bo były już zupełnie niepotrzebne.
– Wakacje? Zuza, bądź poważna, musisz zdobywać doświadczenie zawodowe! Przed tobą najbardziej produktywne lata w pracy. Kiedy, jak nie teraz, będziesz miała głowę pełną pomysłów na świetne projekty marketingowe?!
– Tylko że ja nie jestem pewna, co chciałabym robić w życiu – powiedziałam ledwo słyszalnym głosem i również odstawiłam pucharek na stół.
Straciłam apetyt. Odsunęłam się od mamy, podkuliłam nogi i objęłam je ramionami. Znalazłam się w potrzasku, osaczona, w obawie przed dalszym gradem pytań.
– Skończyłaś zarządzanie i marketing, zacznij aplikować do działów marketingowych albo PR-owych. Nic w tym skomplikowanego. – Wstała i sięgnęła po laptop, a po kilku sekundach usiadła blisko mnie. W tamtej chwili przestała być moją mamą, która czule świętuje sukces córki – zamieniła się w upartego doradcę zawodowego. – Chodź, pomogę ci przy CV.
– Mamo, tylko że ja nie chcę pracować w marketingu… – Potrzebowałam być szczera wobec niej i siebie. Małgośka zmrużyła oczy i już chciała coś powiedzieć. Właśnie zdałam sobie sprawę z faktu, że nie wyobrażałam sobie pracy w marketingu. – Idę do swojego pokoju.
Przez kilka następnych dni mama wciąż proponowała mi wspólne tworzenie niezbędnych dokumentów aplikacyjnych, bym mogła odpowiadać na wybrane przez nią ogłoszenia o pracę. Przygotowała zestawienie: od najbardziej prestiżowych, po najmniej interesujące. Przy każdym zbierała opinie z sieci, które również podzieliła na pozytywne i negatywne, bo też takie się zdarzały. Kolejna rubryka zawierała pełną datę i godzinę – termin, do kiedy należy złożyć papiery aplikacyjne. Dzwoniła do swoich koleżanek i kolegów z uczelni. Wypytywała ich, czy nie znają firm z renomą, w których są wolne wakaty w działach marketingowych. Doprowadzała mnie tym do białej gorączki. Momentami zaczynałam czuć wobec własnej matki szczerą niechęć i absolutny brak zrozumienia wobec mnie. Nie dawała mi szansy na własne przemyślenia, spokojne rozważenie, co mogłabym robić zawodowo. Ani razu nie zapytała mnie, co sprawia mi radość. Przez nią stawałam się coraz bardziej zagubiona. Presja z jej strony działała na mnie destrukcyjnie. Powodowała mętlik w głowie. Kiedy próbowałam mówić o swoich odczuciach, stopowała mnie, przez co czułam się zraniona. Nie potrafiłam jej zatrzymać. Była moją mamą i obawiałam się, że jeśli powiem za dużo, skrzywdzę ją, a tego bardzo nie chciałam. Były dni, w których czułam się jak chomik kręcący się w kółko, bez celu.
Tato na szczęście wybawił mnie z matczynej opresji i pozwolił rozwijać skrzydła po mojemu. Będę mu za to dozgonnie wdzięczna. Zaufał mojej intuicji, uwierzył w pracowitość i wiedział, że dobrze wykorzystam swoją artystyczną duszę, o której istnieniu wcześniej sama nie miałam pojęcia.
Nie znosiłam poniedziałków – nie ze względu na pracę, ale na fakt, że zawsze po obiedzie u rodziców budziłam się następnego dnia odrętwiała. Miałam sztywny kark, spięte ciało, a od częstych pobudek bolała mnie głowa. Wysoki kortyzol pomiędzy trzecią a czwartą nad ranem dość pewnie rozgościł się w moim organizmie. Już nie wspomnę o sinusoidzie w nastroju.
W jednej chwili miałam ochotę pojechać do rodzinnego domu, pewnie wkroczyć do salonu, położyć ręce na biodra, przyjąć silne i nieznoszące sprzeciwu spojrzenie i na jednym wdechu z całych sił wykrzyczeć mamie:
Mamo, kocham cię i bardzo szanuję, ale, do jasnej cholery, pozwól mi żyć po mojemu!!! Odczep się ode mnie raz a dobrze!!! Bo inaczej będziesz miała córkę bez własnej osobowości, celu w życiu, pełną zgryzoty i niechęci do własnej rodziny. Za ciebie nikt nie decydował, miałaś wolną rękę. Zastanów się przez chwilę, co byś poczuła, gdyby ktoś zabronił ci wykonywać swoją pracę?
Spoglądałam we własne odbicie w lustrze i doskonale zdawałam sobie sprawę, że pomysł był spalony już w samej jego koncepcji. W życiu bym się nie odważyła. To byłaby nieprzemyślana brawura. Dopiero Małgośka miałaby używanie. Bezzwłocznie chwyciłaby za telefon i wybrała numer do mojego brata. Przecież musiałaby przekazać arcyważną informację o haniebnym zachowaniu swojej córki. Od razu opracowaliby i skutecznie wcielili w życie nowy plan naprawy mojej osoby.
Dlatego zaraz się zreflektowałam. Gdzieś tam w środku starałam się zrozumieć, że wszystko, co robi mama – jak bardzo próbuje ingerować w moje życie – jest objawem jej niezliczonej troski, miłości i zapanowania nad lękiem. W taki sposób pokazywała, jak bardzo się martwi. To nie była jej wina, że do wszystkiego podchodziła tak pragmatycznie. Prowadziła spokojne życie, kiedy wszystko miała pod kontrolą.
Przez chwilę nawet rozważałam zamknięcie mojego butikowego biznesu. Ale zainwestowałam tyle wysiłku, nauki, oszczędności ze stypendium, sporych kwot od taty – które teraz leżały w surowcach na zapleczu – że nie chciałam sobie wyobrażać takiego wyjścia z sytuacji. Aż drgnęłam i poczułam zimny dreszcz na plecach. Zamknięcie firmy byłoby moją osobistą, bardzo bolesną porażką. Nie wiem, jak bym sobie z nią poradziła.
Wróciłam do przeglądania się w stojącym w sypialni prostokątnym lustrze z grubą ramą, które, swoją drogą, świetnie wyglądało na tle drewnianych lameli na czarnym filcu na ścianie. Mimo wszystko widziałam w jego odbiciu radosną kobietę z delikatnymi dziewczęcymi rysami twarzy, blondynkę z lekko falowanymi włosami, sięgającymi sporo za ramiona. Natura była dla mnie łaskawa i nie widziałam jeszcze nawet zarysów zmarszczek. To był dobry gen od mamy. Miałam jednak ogromną nadzieję, że nic więcej nie odziedziczę, zwłaszcza jej charakteru.
Nie chciałabym się tak zachowywać wobec własnych dzieci.
Uwielbiałam podkreślać delikatnym makijażem niebieski kolor oczu. Do tego odrobina lekko różowego błyszczyku i mogłam wyjść z domu. Jeszcze tylko obrót wokół własnej osi – upewniłam się, czy długa sukienka z kopertowym dekoltem, rękawami typu kimono, w kolorze butelkowej zieleni dobrze leży i będzie właściwa na rozmowę u pani Stefanii.
Na co dzień miałam styl rusałki, ale wolałabym nie zgorszyć jej swoim ubiorem.
Dodałam sobie otuchy, mentalnego, pozytywnego kopniaka i ruszyłam w stronę osiedlowego parkingu. Pierwszym punktem docelowym była moja praca. Zawsze otwierałam o dziewiątej. I nie mogła na to wpłynąć żadna, nawet niezaplanowana rozmowa.
Dojechałam na miejsce po niespełna dwudziestu minutach i zaparkowałam prawie przed samym wejściem, jak to Małgośka mówiła: „firemki”. Otworzyłam drzwi, obróciłam dwustronną drewnianą tabliczkę na napis „OTWARTE” i rozejrzałam się w zamyśleniu. W powietrzu czułam fantastyczną mieszankę aromatów, zamieszkałą w całym pomieszczeniu, które pełniło kilka funkcji: było sklepem, małą wytwórnią i miejscem rozmów z klientami.
Miałam niewielką rzemieślniczą pracownię świec Zatrzymaj się na chwilkę i otul zapachem w małej miejscowości Wasilków koło Białegostoku. Stworzyłam ją od podstaw, zaaranżowałam w stylu boho, by klienci czuli się swobodnie. Po lewej stronie, przy oknie, które było prawie na całą ścianę, stał drewniany stolik i dwa fotele typu uszak – jeden miał tkaninę bardzo jasną, drugi był w pięknym odcieniu zieleni. Na stoliku oraz parapecie ustawione były świece, których kompozycje zapachowe zmieniały się w zależności od pór roku. Teraz, w niemal letnim już czerwcu, przygotowałam świecę o delikatnej nucie bzu oraz drugą, o bardziej wyrazistym zapachu jaśminu. Dla fanów owocowych aromatów nie mogło zabraknąć połączenia truskawki z wanilią, natomiast dla miłośników ziół – lawendy z rozmarynem. Klient mógł wygodnie zasiąść w fotelu, wybrać świecę, samodzielnie ją zapalić i chłonąć zapach. Dopiero wtedy dokonywał zakupu wypróbowanego zapachu i wychodził w pełni usatysfakcjonowany.
Na wprost drzwi lokalu znajdowało się wejście na zaplecze, które służyło za magazynek na szklane pojemniki do świec, wosk i pudełka prezentowe. Po prawej stronie była długa drewniana lada. Nad nią wisiały bambusowe lampy, a za nią znajdowały się regały z suszonymi kwiatami, ziołami, olejkami zapachowymi i knotami. Wszystko to, co było mi niezbędne do tworzenia moich produktów. Nie mogło zabraknąć miejsca na gotowe świece.
Widząc moją pracownię, utwierdziłam się w przekonaniu, że nie będę realizowała planów mamy, a podążała za głosem serca i dalej prowadziła swój biznes. Z pasją i dbałością o detale będę nadal tworzyła nietuzinkowe, naturalne, pięknie pachnące świece z wosku pszczelego i sojowego. Niezmiennie do każdego klienta będę podchodziła indywidualnie i starała się stworzyć mu taką kompozycję, która najbardziej mu odpowiada. Klientki, bo to głównie kobiety do mnie przychodziły, samodzielnie będą dobierać olejki zapachowe, kolor barwnika, suszone zioła lub kwiaty. Zachowam kunszt rękodzieła.
Mama z bratem wciąż mi wyrzucali, że to właśnie przez zbyt indywidualne podejście mój biznes kuleje. Według nich powinnam tworzyć bardziej masowo, wtedy miałabym szansę na lepszy zarobek. Tylko nie wiem, czy tak bym potrafiła. Bo kochałam moment, kiedy klientka otwierała poszczególne fiolki z aromatem i gdy już trafiała na ten najbardziej odpowiedni, jej twarz promieniała, na ustach gościł uśmiech, a w oczach spokój. Tym sposobem przynosiłam ludziom chociaż chwilę wytchnienia od codziennych trosk, zmagań, a może nawet gorszych momentów w życiu. Czasem podczas wyboru zapachu ludzie otwierali się przede mną. Jakby zapach wyzwalał w nich potrzebę rozmowy, wyrzucenia z siebie smutku, lęku, tęsknoty. Traktowali moją pracownię jak bezpieczną przystań, po wizycie w której oddychali pełną piersią. Otrzymywali dobrą dawkę energii i wracali z nową, lepszą siłą do własnego życia. Nie potrafiłam rozwiązać ich problemów, ale mogłam sprawić, by było im chociaż troszkę lżej, nawet jeśli trwało to tylko kilka minut. Wierzyłam w to, że chwila życzliwości wobec drugiej osoby przyniesie jej tak wiele dobrej energii, może pozwoli na spojrzenie nawet na najbardziej trudną sytuację z innej perspektywy i przyniesie rozwiązania, których wcześniej nie dostrzegali.
Wzięłam z zaplecza pudełko prezentowe. Zamierzałam zapakować świecę o nucie waniliowej i podarować ją pani Stefanii w podziękowaniu za organizację dzisiejszej rozmowy kwalifikacyjnej. Obawiałam się, że może być zawiedziona przebiegiem spotkania, więc choć w ten sposób chciałam wynagrodzić jej fatygę. Pani Stefania mogła usłyszeć od mojej mamy tyle dobrego o mnie, tylko po to, by dobrze mnie zareklamować, że po realnym spotkaniu ze mną mogła być nieco skonfundowana i zaskoczona.
Gdy wypełniałam pudełko suchym wypełniaczem, na wyświetlaczu komórki zobaczyłam: „mama dzwoni”. Moje ciało spięło się od razu, oddech przyspieszył, a dłonie zaczęły się pocić. Mama była mistrzynią w wywieraniu presji. Nie miała sobie równych.
– Tylko się nie spóźnij na rozmowę! – Jeszcze nic nie zrobiłam, a już usłyszałam reprymendę.
– Cześć, mamo – powiedziałam na długim wydechu. – Pamiętasz jeszcze, że twoja córka jest dorosłą kobietą? – Moje ramiona opadły bezsilnie. – Nie potrzebuję twoich przypominajek telefonicznych. – Byłam ostoją spokoju, nie zależało mi na kłótni, bo i tak doskonale wiedziałam, kto będzie zwycięzcą potyczki słownej. Kontynuowałam pakowanie świecy z telefonem pomiędzy moim uchem a ramieniem. Tylko ja wiedziałam, ile wysiłku musiałam włożyć w opanowanie.
– Wiek nie świadczy o dorosłości, kochanie. – Wszechwiedza mamy była niewyczerpywalna! Dodatkowo, niestety, mamie bardzo mocno zakotwiczył syndrom wykładowcy, wciąż podkreślała swoją dojrzałość i doświadczenie życiowe.
– To wszystko? – Na pewno usłyszała moje westchnięcie. Coraz trudniej było mi utrzymywać telefon na ramieniu. Nie pomagała kiełkująca irytacja.
Na horyzoncie pojawił się promyk nadziei – przez szklane drzwi wejściowe ujrzałam klientkę, która zastanawiała się, czy wejść do mojej pracowni.
Moja ty wybawicielko – ucieszyłam się i zamierzałam szybko zakończyć rozmowę.
– Zuza…
– Mamo, najmocniej cię przepraszam, ale muszę zająć się klientką. – Poczułam triumfującą satysfakcję.
Na ustach sprintem pojawił się szczery uśmiech, reakcja ciała była też szybka – wyprostowałam plecy, podniosłam ramiona. Wyobraziłam sobie, że strzeliłam bramkę z co najmniej dziesięciu metrów.
Zanim mama zdążyła mi odpowiedzieć, nacisnęłam czerwoną słuchawkę. Klientka zdecydowała się i weszła do środka. Rozmawiałyśmy dłuższą chwilę i dowiedziałam się, że szuka prezentu na trzydzieste urodziny przyjaciółki. Kobieta lubiła mocne, wyraziste aromaty. Doradziłam, by na prezent wziąć świeczkę o zapachu lawendy z rozmarynem. Sama lubiłam to połączenie i nierzadko klienci mogli poczuć ten aromat w mojej pracowni.
– Och, bardzo się cieszę, że tu do pani zajrzałam. – Klientka klasnęła w dłonie i się uśmiechnęła. – Będę mogła podarować jej coś wyjątkowego.
Odpowiedziałam jej równie entuzjastycznym uśmiechem. Zapakowałam świeczkę, przyjęłam płatność i wydrukowałam paragon, po czym wróciłam do pakowania prezentu pani Stefanii. Zerknęłam na zegarek, bo obawiałam się, że na rozmowie z klientką upłynęło mi znacznie więcej czasu niż miałam dzisiaj do dyspozycji. Na szczęście uspokoiły mnie elektroniczne cyferki.
Już zawiązywałam kokardkę z lnianej wstążki, gdy ponownie rozdzwonił się telefon. Nie miałam jak od razu odebrać, tylko kątem oka spostrzegłam, że to znowu mama. Pokręciłam głową i bardzo głośno wypuściłam powietrze z płuc. Determinacja tej kobiety była na coraz bardziej zaawansowanym poziomie. A może to już zakrawało o rodzicielskie stręczycielstwo?
Czy ja powinnam skorzystać z porady prawnika od spraw rodzinnych? Nie no, chyba by mnie wyśmiał. Zrobiłam kwaśną minę i zakpiłam z własnych rozmyślań.
Telefon ponownie się rozdzwonił, miałam już wolne dłonie i żadnej wymówki, by go nie odebrać.
– Mam nadzieję, że pokażesz się z najlepszej strony i nie przyniesiesz mi wstydu – oznajmiła. Przewróciłam oczami i zacisnęłam palce na telefonie. – Stefcia to jedna z moich ulubionych sąsiadek i wolałabym, żeby tak zostało!
Wyobraziłam sobie, jak wygląda jej twarz, gdy to mówi: bez uśmiechu, z przymrużonymi oczami. I na pewno co chwilę poprawiała okulary. Była panią sytuacji i nie zamierzała zrezygnować z samozwańczej funkcji doprowadzania jedynej córki do granic wytrzymałości.
Niech mnie ktoś uratuje od macek własnej matki!
Wzniosłam oczy do sufitu.
– Mamo… nie prosiłam cię o szukanie mi pracy, prowadzę pracownię. To tylko i wyłącznie twój pomysł! – Bardzo mi zależało, by usłyszała moją stanowczość w głosie.
– Ale…
– Mamo! – Nie krzyczałam, ale postawiłam granicę. – Tak jak chciałaś, pójdę na tę rozmowę. Bardzo lubię panią Stefanię i nie zamierzam robić scen. Zresztą, skąd u ciebie taki pomysł? Wiem, że masz coraz mniej zajęć na uczelni i chyba z tej nudy skupiłaś więcej uwagi na mojej osobie. Może umów się z przyjaciółką, wyjedźcie gdzieś razem. Albo wykupcie sobie z tatą jakąś wycieczkę. Bo poważnie rozważam, czy nie zablokować twojego numeru – zaśmiałam się szczerze, by rozładować gęstą atmosferę.
– Zuza, pragnę dla ciebie dobrego życia, takiego bez zmartwień i kłopotów. – Nareszcie słyszałam swoją mamę, kochaną i troskliwą.
– Moje życie nie potrzebuje zmian, mamo. Zrozum to. – Tym razem to ja usłyszałam głośne westchnienie po drugiej stronie.
Jeszcze przez chwilę rozmawiałyśmy o codziennych sprawach, umówiłyśmy się nawet na wspólne zakupy w jakieś wolniejsze popołudnie. Uwielbiałam to wydanie mamy, które nie przejmowało się wszystkim profilaktycznie, które czerpało radość ze wspólnych chwil i potrafiło nawet być zabawne.
Pożegnałam się z mamą i pojechałam na spotkanie.
Biuro rachunkowe ProSaldo pani Stefanii mieściło się na drugim piętrze kamienicy w centrum Białegostoku. Zaparkowałam ulicę wcześniej, gdyż bliżej był zakaz. Ucieszyłam się z tego nawet, był bardzo ciepły, słoneczny, czerwcowy dzień, z przyjemnością zrobiłam sobie krótki spacer. Serce miasta o tej godzinie tętniło życiem, młodsze dzieciaki zaglądały do fontanny, co chwilę moczyły dłonie albo chlapały się wzajemnie, niektóre były już kompletnie mokre. Grupy szkolne z podstawówek spacerowały z przewodnikiem. Inne stały w kolejce po lody.
Z każdą kolejną minutą widziałam coraz więcej osób w koszulkach lokalnej drużyny piłkarskiej, schodzili się w jednym kierunku, pod ratusz. Przypomniałam sobie wczorajszą audycję w radiu, w której menedżer drużyny serdecznie zapraszał na prezentację piłkarzy przed nadchodzącym sezonem. Jeszcze nigdy nie byłam na meczu, postanowiłam, że dopiszę to do listy rzeczy do zrobienia. Zaśmiałam się do siebie, bo już od dwóch lat próbowałam taką listę stworzyć.
Zakończyłam spacer przed kamienicą, zatrzymałam się i zerknęłam na zegarek. Do spotkania miałam jeszcze dziesięć minut, wymierzyłam idealnie.
Bywałam dumna z tak bardzo prostych, wręcz błahych rzeczy, niewiele potrzebowałam do małych radości. Chadzałam własnymi ścieżkami, nie planowałam życia z wyprzedzeniem, wolałam poczekać na działania losu.
W swojej pracowni miałam nawet plakat z cytatem Anny Przybylskiej, bo tak bardzo odzwierciedlał moje życiowe przekonania:
Jeśli rzeczy małe nie będą cię cieszyły, to i duże nigdy nie ucieszą.
Odłożyłam na później rozmyślania i wyjęłam z torebki lusterko, by sprawdzić, czy makijaż gdzieś przypadkiem się nie rozmazał. Wszystko jednak było na swoim miejscu. Weszłam więc na górę, ręce lekko mi drżały, czułam suchość w ustach. Poza tym, że sama wystawiałam faktury, o księgowości miałam zerową wiedzę. Firmowe papiery raz w miesiącu woziłam do koleżanki, która rozliczała tak małe firmy jak moja.
Na piętrze było tylko jedno przeszklone wejście, nie musiałam błądzić. Skorzystałam z domofonu. Po drugiej stronie odezwał się ciepły głos. Przedstawiłam się, usłyszałam dźwięk i weszłam do środka.
W tym samym momencie, gdy usłyszałam za sobą odgłos zamykających się drzwi, z jednego z pokojów wyszła pani Stefania. Mama wspominała, że do emerytury zostały jej jeszcze dwa lata pracy. Nie mogłam wyjść z podziwu, bo wyglądała na co najmniej dziesięć lat młodszą. Nawet naturalny siwy kolor włosów jej nie postarzył. Miała na sobie bardzo prostą granatową sukienkę do kolan, z krótkim rękawem. I była bardzo szczupła.
– Zuzanno, jesteś w samą porę – przywitała mnie i zamknęła w ramionach, czym bardzo mnie zaskoczyła i rozczuliła. To nie było w żaden sposób wymuszone. Uścisk był szczery, dawał obietnicę ciepłej rozmowy w troskliwym, wyrozumiałym tonie. Pani Stefania używała bardzo delikatnych, różanych perfum, ich zapach koił niepokój i zdenerwowanie.
– Dzień dobry, pani Stefanio – wydusiłam z siebie niemal drżącym głosem i delikatnie, nie sprawiając przykrości kobiecie, wyswobodziłam się z jej ramion.
– Chodź, Zuza, do mojego gabinetu. – Objęła mnie, bym wiedziała, w którym kierunku iść. – Możesz już odetchnąć, nie mam zamiaru prowadzić z tobą rozmowy kwalifikacyjnej. – Uśmiechnęła się zawadiacko i tajemniczo.
Szłam trochę zagubiona, zastanawiając się, co to oznaczało. Czyżby od razu mnie skreśliła?
Wskazała mi krzesło naprzeciwko jej biurka. Sama z gracją oparła się o nie. Cały czas uśmiechała się serdecznie, co pozwoliło mi odrobinę mniej odczuwać stres. O wiele łatwiej by mi było, gdybym była na rozmowie u kogoś zupełnie obcego. Wiedziałam, że jeśli chlapnę coś bez sensu, nie będę umiała spojrzeć jej w oczy. A Małgośka urządzi mi piekło w postaci niekończących się rozmów i pouczeń.
Nienachalnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Gabinet był urządzony w bardzo biurowym stylu. Na równoległych ścianach ciągnęły się rzędy białych regałów z otwartymi półkami, wypełnionymi segregatorami. Wszystkie miały na grzbietach etykiety z oznaczeniami.
Moją uwagę przyciągnęło krzesło obrotowe w kolorze jasnej zieleni. Pani Stefania nie żałowała na nie pieniędzy. Miało rewelacyjnie zaprojektowane siedzisko – na pewno pozwalało pracować przez kilka godzin, bez konsekwencji obciążania kręgosłupa.
– Twoja mama ledwie usłyszała, że szukam pracownicy, a od razu przeprowadziła zmasowany atak na moją osobę – oznajmiła i przewróciła oczami. Splotła ramiona na klatce piersiowej i kontynuowała. – Muszę przyznać, że nieustępliwa z niej kobieta. – Przytaknęłam ruchem głowy, cierpliwe czekając, do czego zmierzała. – Zuza, widzę jak bardzo jesteś spięta. Spokojnie, nie mam zamiaru cię zatrudniać. Nie bierz tego do siebie, ale potrzebuję doświadczonych pracowników. – Na chwilę położyła rękę na moim ramieniu, po czym zajęła miejsce za biurkiem. – Jestem już za stara na szkolenie stażystów.
– Kamień z serca – odparłam i swobodnie oparłam się o krzesło. Poczułam nieziemską ulgę. – To znaczy – zerwałam się do pionu – nie uważam, że jest pani stara. – W popłochu kręciłam się na krześle i uciekałam wzrokiem od rozmówczyni. – Chciałam powiedzieć…
– Spokojnie, Zuza. Cieszę się, że doskonale się rozumiemy.
