Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
482 osoby interesują się tą książką
Amy Prescott miała czternaście lat, gdy jedno z najpotężniejszych tornad w historii Oklahomy odebrało jej całą rodzinę. Od tamtej pory zrobiła wszystko, by zostawić przeszłość za sobą. Wyjechała do Nowego Jorku i została dziennikarką, wierząc, że od żywiołu można uciec.
Los miał jednak inne plany.
Kiedy Amy dostaje szansę przygotowania reportażu o grupie słynnych łowców tornad, musi wrócić do miejsca, z którego przed laty uciekła. Jej przewodnikiem zostaje Hunter Kane – charyzmatyczny lider ekipy, człowiek, który ufa wyłącznie własnemu doświadczeniu i nie zamierza niańczyć reporterki w samym środku Tornado Alley.
On uważa ją za przeszkodę.
Ona wie o tornadach znacznie więcej niż jest gotowa wyznać.
Każda kolejna wyprawa na spotkanie nadciągającego żywiołu wystawia ich odwagę na próbę, a napięcie między nimi staje się równie niebezpieczne jak burze, które ścigają. Gdy spokojnym z pozoru miasteczkiem zaczynają wstrząsać tajemnicze wydarzenia, Amy i Hunter będą musieli zdecydować, czy bardziej boją się niszczycielskiej siły natury… czy uczuć, których nie da się już zatrzymać.
„Nie daj się porwać” to pełen emocji romans z motywem enemies to lovers, osadzony w sercu Tornado Alley. Historia o drugich szansach, traumach, które nie chcą odejść, i miłości rodzącej się tam, gdzie jeden podmuch wiatru może zmienić wszystko.
Nowelka z Grzesznej kolekcji Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 156
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Nie daj się porwać
Aleksandra Witkowska
Wydawnictwo Inanna
Prolog
Copyright
📖 Informacja o wersji demo
Dwadzieścia dwa lata wcześniej.
Niedzielny poranek.
Miałam wtedy pięć lat. Leżałam na trawie, na skraju pola kukurydzy, otoczona wysokimi, zielonymi łodygami. Chmury nade mną przesuwały się powoli po niebie, a ja przyglądałam im się z zaciekawieniem, obserwując, jak zmieniają kształty i płyną jedna za drugą.
Nie umiałam tego wytłumaczyć, ale uwielbiałam wiatr. Było w nim coś tajemniczego, co sprawiało, że czułam dreszcz na skórze. Niósł się tam, gdzie tylko zapragnął, i dosięgał miejsc, które dla ludzi były nie do zdobycia. Lubiłam, kiedy delikatnie muskał moje ramiona i wplątywał się w moje rozpuszczone włosy. Patrzyłam wtedy, w którą stronę unoszą się moje kosmyki, dokąd prowadzi je powietrze.
Często wpatrywałam się w niebo i przyglądałam, jak się zmienia. Miałam wrażenie, że dorosłych, których znałam, nie interesowało to tak jak mnie. Ani naszego sąsiada Bena, ani pana Owena, który przyjaźnił się z tatą, ani pani Kenny ze sklepiku, w którym zawsze kupowałam swoje ukochane lody. Oni wcale nie widzieli, jak ważne jest niebo. A przecież ono było wszędzie. Ogromne, zmienne i pełne sekretów. Coś zawsze przykuwało moją uwagę. Czasem były to powolne wędrówki chmur, które za każdym razem miały inny kształt, a kiedy indziej światło, które nigdy nie było takie samo. Wydawało mi się, że tylko ja naprawdę na nie patrzę, że tylko ja próbuję zrozumieć, co chce mi pokazać.
Oczywiście poza mamą. Ona chyba jako jedyna w naszej rodzinie i miasteczku czuła coś podobnego do mnie. Była dorosła, więc na pewno widziała więcej niż ja mogłam zauważyć. Często powtarzała, że musimy obserwować niebo i być czujni. Nie rozumiałam wtedy, co miała na myśli i czego dokładnie powinnam wypatrywać, ale coś w głębi mnie, na wysokości klatki piersiowej, podpowiadało mi, żeby patrzeć. Przyglądać się jeszcze uważniej, jakby coś miało się wydarzyć. Instynktownie więc wytężałam wzrok i próbowałam dostrzec coś, co różni się od reszty. Coś innego. Zupełnie jak w bajkach, które opowiadają o ukrytych znakach i rzeczach widocznych tylko dla tych, którzy naprawdę otworzą oczy.
Komar przeleciał mi nad głową, więc odruchowo machnęłam dłonią, próbując go odgonić. Jego bzyczenie na chwilę wyrwało mnie z mojego małego świata wyobraźni, ale już po chwili ułożyłam się wygodniej na kocu i wyciągnęłam palce ku górze, udając, że przesuwam chmury. Czułam, że były lekkie, miękkie i puszyste. Wydawało mi się wtedy, że naprawdę mnie słuchają i podążają za moimi ruchami.
– Amy!
Usłyszałam głos mamy, która wybiegła z domu i ruszyła w moją stronę. Zatrzymała się obok mnie i zaczęła zbierać moje kolorowanki rozrzucone na trawie.
– Skarbie, mówiłam ci, żebyś się nie oddalała. Muszę widzieć cię z okna.
– Tak, wiem, mamusiu… – odpowiedziałam cicho.
Podniosłam rękę i wskazałam na niebo.
– Ale te chmurki…
Mała ja chciała przekazać coś, czego nie rozumiała.
– Są dziwne – dodałam po chwili.
Mama spojrzała w górę, potem znów na mnie i lekko się uśmiechnęła. Uznała to za jedną z dziecięcych, niegroźnych obserwacji.
– Chodź, mała wróżko – rzuciła ciepło. – Idziemy na obiad.
– A potem tutaj wrócimy? – spytałam z nadzieją.
– Tak. – Skinęła głową. – Wrócimy. Ale razem.
Chwyciła mnie za rękę i splotła nasze palce. Ruszyłam za nią, odwracając lekko głowę. Wpatrywałam się w jeden punkt na niebie, gdzie chmury wydawały się gęstsze i ciemniejsze niż reszta.
Tego dnia nie wróciłyśmy już na polanę.
Kilkanaście kilometrów od naszego miasteczka przeszła trąba powietrzna. Niewielka, o stosunkowo małej sile, ale i tak zdążyła spowodować kilka zniszczeń. Pięć osób zostało rannych.
Dla naszego bezpieczeństwa, rodzice zakazali mi i mojemu bratu oddalać się samym od domu. Dopóki alerty nie ustały, mieliśmy się trzymać blisko siebie.
Razem.
***
Trzynaście lat wcześniej.
Sobotnie popołudnie.
Siedziałam przy biurku w swoim pokoju, pochylona nad kartką papieru. Robiłam wyklejankę na zajęcia z plastyki. Małe kawałki kolorowej bibuły leżały rozsypane wokół mnie, a ja cierpliwie przyklejałam je, jeden po drugim. Byłam tak skupiona, że zupełnie straciłam poczucie czasu. Przez otwarte okno do środka wpadał ciepły, letni wiatr. Delikatnie poruszał zasłoną i przyjemnie otulał moją skórę. Przynosił ze sobą zapach świeżo skoszonej trawy i nagrzanej słońcem ziemi.
W tamtym momencie nie miałam świadomości, że ta ulotna, krucha chwila zostanie ze mną na zawsze. Że nigdy nie zapomnę tej beztroski i spokoju, które mi towarzyszyły. Wtedy wszystko wydawało się zwyczajne. Nuciłam pod nosem ukochaną piosenkę country i co jakiś czas sięgałam po słodkie pianki. Malinowe, z czekoladową posypką. Byłam od nich uzależniona.
Nie wiedziałam jeszcze, że za kilkanaście minut moje życie zmieni się na zawsze.
Uniosłam wzrok w stronę małego radyjka stojącego na parapecie. Z głośnika dobiegło lekkie trzeszczenie, które na kilka sekund przyciągnęło moją uwagę. Skrzywiłam się lekko. W tym regionie przez częste zmiany warunków atmosferycznych sygnał często się urywał.
– Meteorolodzy zaobserwowali dziś niepokojące zjawiska atmosferyczne. Zaleca się mieszkańcom pozostanie w domach. Powtarzamy, najlepiej pozostać w domach. W przypadku gwałtownego pogorszenia pogody burmistrz prosi o udanie się do swoich schronów.
Zmarszczyłam lekko brwi, wsłuchując się w komunikat. Wiatr nadal wpadał do mnie przez otwarte okno, poruszając zasłoną tak spokojnie, jakby nic złego nie miało się wydarzyć. Nie czułam się zaniepokojona.
Od okrągłego miesiąca podobne komunikaty pojawiały się niemal codziennie. Nowo powstała stacja meteorologiczna w Oklahomie, oddalona od naszego miasteczka o ponad sto kilometrów, próbowała wychwytywać wszystkie potencjalnie niebezpieczne zjawiska pogodowe. Mieszkaliśmy w Hearthville, niewielkiej mieścinie, otoczonej polami i długimi, zakurzonymi drogami ciągnącymi się aż po horyzont. To miejsce od zawsze było szczególnie narażone na trąby powietrzne. Każdy, kto tu dorastał, wiedział, że burza może pojawić się nagle, znikąd. Mimo to mieszkańcy starali się żyć normalnie. Nie panikowali przy każdym ostrzeżeniu, nie biegli do schronu za każdym razem, gdy w radiu wspomniano o zagrożeniu. Tornada były częścią naszego świata, tak samo naturalną koleją rzeczy jak upalne lata czy czas zbiorów lub żniw. Miałam sporo szczęścia, bo jeszcze nigdy nie byłam świadkiem żadnego większego tornada. Kilka razy widziałam trąbę powietrzną z oddali, a w pamięci utkwił mi moment, gdy miałam bodajże sześć lat i rodzice zamknęli mnie i mojego brata w schronie, a sami w tym czasie starali się zabezpieczyć nasze konie. Babcia często powtarzała, że ktoś na górze roztoczył nad nami parasol ochronny, bo burza nigdy bezpośrednio nie dotknęła ani nikogo z naszej rodziny, ani naszego domu.
Stacja meteorologiczna była zaskoczeniem dla wszystkich. Miała być wielkim projektem władz stanu. Gubernator chciał uczynić z niej przykład nowoczesnego systemu ostrzegania i pochwalić się sukcesem na miarę całego kraju. W rzeczywistości jednak była tylko pustą obietnicą. Stacja radziła sobie raczej kiepsko. Ich prognozy rzadko się sprawdzały, a zapobiegawcze ostrzeżenia, które na początku wywoływały wśród mieszkańców napięcie i niepokój, z czasem stały się jedynie rutyną, do której wszyscy się przyzwyczaili. Ludzie przestali zwracać na nie większą uwagę, bo w naszym regionie nagłe zmiany pogody były czymś zupełnie normalnym, nad czym nikt specjalnie się nie roztrząsał.
Zresztą, każdy wiedział, że nawet gdyby naprawdę działo się coś złego, stacja nie miała odpowiedniego sprzętu ani możliwości, by powiadomić mieszkańców na czas. A życie w ciągłym strachu nikomu nie służy. Trzeba nauczyć się go oswajać. Ludzie w naszym miasteczku mieli swoje gospodarstwa, żyli z tego, co wypracowali własnymi rękami. Cały region opierał się głównie na rolnictwie. Na polach kukurydzy i stadach bydła pasących się na rozległych łąkach. Wielu marzyło o tym, by kiedyś przeprowadzić się gdzieś dalej, do większego miasta, gdzie życie wydawało się łatwiejsze, ale tornada były częścią Oklahomy od zawsze. Ludzie tutaj się wychowali. Od dziecka uczono ich, jak sobie z nimi radzić. Mocno ufali przeznaczeniu i sile wyższej. Wierzyli, że każdy huragan wpisany jest w ich los, a życie w zgodzie z rytmem przyrody pozwala im przetrwać.
I choć czasem marzyli o innym życiu, nikt tak naprawdę nie byłby gotów zostawić swojego gospodarstwa i rozpoczynać wszystkiego od nowa w obcym miejscu.
Lubiłam klimat naszego miasteczka. To, jak zżyta była nasza społeczność, jak wszyscy się znali i wzajemnie sobie pomagali. Każdy mógł na siebie liczyć. Byliśmy jak jedna wielka rodzina.
Spojrzałam przez okno. Na niebie świeciło piękne, złote słońce. Spuściłam wzrok z powrotem na kartkę i przykleiłam kolejny skrawek bibuły. Chciałam, by szkolna plastyczka w poniedziałek doceniła moją pracę. Miałam szansę zdobyć szóstkę na koniec roku.
Drgnęłam, gdy poczułam, że wiatr nagle dziwnie się poderwał. Jeden liść zawirował w powietrzu, wpadł przez okno i opadł na biurko, tuż przed moją twarzą. Zmarszczyłam brwi. Serce zabiło mi szybciej. Ogarnął mnie delikatny niepokój, którego nie potrafiłam wytłumaczyć. Miałam wrażenie, że zrobiło się nienaturalnie cicho, ptaki przestały ćwierkać. Zupełnie jakby ktoś nagle odciął dźwięk z całego miasteczka.
Wiatr też zmienił kierunek. Czułam to.
Jakieś niezrozumiałe przeczucie w głębi mnie podpowiadało mi, że coś jest nie tak.
Coś nadchodzi.
Nagle do mojego pokoju wbiegła mama. Drzwi uderzyły z hukiem, aż podskoczyłam.
– Amy! Natychmiast wołaj brata i biegnijcie do schronu! Teraz! – rozkazała.
Nigdy nie widziałam, by była aż tak roztrzęsiona.
– Co się stało? – spytałam, czując, jak dłonie mi zadrżały.
Oczy mamy były inne. Nie widziałam w nich znajomych iskierek, lecz bezdenną ciemność. Łzy lśniły na jej policzkach, a w jej spojrzeniu krył się nieopisany strach.
– Coś się zbliża… – rzuciła tylko, patrząc mi prosto w oczy.
Przełknęłam ślinę. Poderwałam się gwałtownie z krzesła.
– Gdzie jest tata? – wykrztusiłam.
– Tata pojechał do pana Owena, na wzgórze… – mama mówiła trzęsącym się głosem, ledwo łapiąc oddech. – Mieli razem przywieźć drewno. Nie odbiera telefonu… Na pewno nie słyszał ostrzeżeń… Są w środku lasu! – Chwyciła się za głowę, jakby nie wiedziała, co robić.
Poczułam, jak dreszcz przebiega mi po całym ciele.
– Muszę do niego jechać i go ostrzec. Schowajcie się. Teraz! – powtórzyła dużo głośniej i momentalnie cofnęła się w stronę drzwi.
Zerwałam się z miejsca. Chciałam ją zatrzymać.
– Nie, mamuś! Nigdzie nie wychodź, proszę! Ja pojadę do taty! – zawołałam.
Miałam dopiero czternaście lat, ale gdy chodziło o burzę, rodził się we mnie instynkt. Chciałam wszystkich ochronić, nie myśląc o sobie.
Mama gwałtownie się odwróciła.
– Ani mi się waż! – krzyknęła. – Schowajcie się i nie wychodźcie na zewnątrz, dopóki nie wrócimy!
Na chwilę jej wzrok znów zawiesił się na moich oczach.
– Proszę… – dodała ciszej, a gdy tylko lekko skinęłam głową, rzuciła się w stronę drzwi.
Wybiegłam za nią na korytarz. Zobaczyłam, jak zbiega po schodach, w pośpiechu łapiąc kluczyki od auta. Jej cień przemknął po ścianie.
– Mieliśmy się zawsze trzymać razem… – wyszeptałam sama do siebie.
Czułam, jak oczy robią mi się mokre. Już po chwili przez otwarte okno w moim pokoju dobiegł do mnie dźwięk odpalanego silnika. Mama odjechała.
Znałam ją. Zawsze była odważna i kierowała się impulsem. Chciała nas chronić, a jednocześnie nigdy nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie ostrzegła taty. Rodzice kochali się na zabój. Nie znałam drugiej takiej pary, która po tylu latach małżeństwa byłaby ze sobą aż tak szczęśliwa. Mama wiedziała, że może mi ufać. Nigdy nie złamałabym danego jej słowa.
Pobiegłam do pokoju Davida i w nerwach szarpnęłam za klamkę. Siedział przy komputerze, ze słuchawkami na uszach. Grał w swoją ulubioną grę i nawet mnie nie zauważył.
– David! David, słyszysz mnie?! – zawołałam, podbiegając do niego.
Zerwałam mu słuchawki i rzuciłam na biurko.
– Co robisz?! – syknął. – Gram z ludźmi online! Teraz trwa najważniejsza runda!
Był starszy ode mnie o cztery lata. W następny weekend miał obchodzić osiemnastkę, a ja zawsze powtarzałam, że jest najmniej rozsądny w całej naszej rodzinie. Momentami zachowywał się jak rozpieszczony dzieciak. Chociaż był moim bratem i zależało mi na nim, to bywały momenty, że okropnie mnie wkurzał.
Zacisnęłam usta.
– Mam gdzieś twoją grę! Coś się zbliża! – krzyknęłam. – Mama pojechała po tatę, bo jest z panem Owenem w lesie!
Zmarszczył brwi i spojrzał na mnie leniwie, jakby moje słowa zupełnie do niego nie docierały.
– Co się zbliża?
Zmierzyłam go wzrokiem.
– Jak to co! – odpowiedziałam zniecierpliwiona. – Prawdopodobnie burza albo… trąba powietrzna, cymbale!
Prychnął. Machnął ręką, znów chcąc założyć słuchawki.
– To już trzydziesta taka sytuacja w tym miesiącu, której nikt nie widział. Daj spokój, przestań panikować.
Zacisnęłam zęby i ponownie wyrwałam mu słuchawki.
– No co robisz, odbiło ci?! Wiesz, ile trwało, żeby przejść tyle poziomów?! – krzyczał, ale ja w ogóle nie zwracałam na niego uwagi.
Podeszłam do okna i otworzyłam je na oścież. Coś wewnątrz mnie, jakaś nieznana siła, kazała mi przyjrzeć się niebu. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to wrodzony instynkt, który wkrótce stanie się moją tarczą i przekleństwem w jednym.
– No i przez ciebie przegrałem! – rzucił nerwowo David, gdy z komputera rozległ się dźwięk zakończonej gry.
Mój wzrok jednak utkwiony był w ciemnych chmurach, które unosiły się nienaturalnie nisko. Przypominały ogromną falę oceanu zawieszoną w powietrzu. Wyglądało to tak, jakby chmury zlały się w jedną masę i tylko czekały na to, aż pochłoną swoją siłą całą otaczającą przestrzeń. Zmrużyłam oczy. Ciarki przebiegły mi po skórze, palce zadrżały, a usta rozchyliły się nieco. Ten widok był tak samo piękny i przerażający jednocześnie. Nie dało się go porównać z niczym innym.
– Gdzie jest mama? – Nerwowy głos Davida przebijał się przez moje rozbiegane myśli.
Kątem oka uchwyciłam, że odsunął gwałtownie krzesło i jednym przyciskiem wyłączył komputer. Był na mnie wściekły. Coś mówił, ale ja nie słyszałam go prawie wcale. Stałam jak zahipnotyzowana, wpatrując się w niebo. Na zewnątrz wciąż panowała dziwna cisza. Nie trwało to jednak długo. Spojrzałam na małe dzwoneczki na parapecie, które już po kilku sekundach nagle zaczęły się o siebie obijać, coraz szybciej i bardziej chaotycznie.
– Gdzie jest mama, Amy? – odezwał się głośniej David i podszedł bliżej mnie.
Zatrzymał się tuż za mną.
Otrząsnęłam się lekko, ale wciąż nie mogłam oderwać wzroku od chmur. Były takie… inne. Zachwycające i groźne jednocześnie.
– Mówiłam, że pojechała po tatę. Kazała nam się ukryć w schronie… – powiedziałam cicho. – Ale…
– Ale co? – David minął mnie i wyjrzał przez okno.
Skrzywił się, jakby niczego niepokojącego tam nie widział.
– Przecież tam nic nie ma – wycedził. – Po co ta cała szopka?
Jego spokój jednak w ogóle mi się nie udzielał.
– Boże… – wyszeptałam, czując gromadzący się w moim sercu i ciele strach. – To nie jest zwykła burza… To… – zawahałam się przez moment – prawdziwe tornado – dodałam z zaciśniętym gardłem. – Ogromne… Zbliża się coś wielkiego…
– Co? – rzucił sucho. – Skąd ty to niby wiesz?
– Te chmury… – mówiłam do siebie. – One są takie… – urwałam, próbując dobrać właściwe słowa.
– Jakie? – Kątem oka widziałam, że David patrzył na mnie jak na wariatkę.
Kącik jego ust wykrzywił się. Po chwili machnął ręką i odsunął się nieco, kręcąc głową.
– E tam, babskie gadanie. Zawsze wszystko niepotrzebnie wyolbrzymiacie. Burza, jak burza.
Mój wzrok przesuwał się po niebie. Wciągnęłam głębiej powietrze do płuc, skupiając się na wietrze, który muskał moje policzki. Jego powiew z każdą sekundą stawał się coraz chłodniejszy. Przetwarzałam w głowie jego kierunek i przyglądałam się liściom na drzewie, analizując ich nerwowe drżenie. Zaczynały układać się pod prąd, jakby coś silniejszego przejmowało nad nimi kontrolę.
Byłam jak w transie. Miałam wrażenie, że natura sama daje mi znak.
Przeniosłam wzrok z prawej strony na lewą i przeskoczyłam spojrzeniem pomiędzy chmurami, które otaczały nas z każdej strony.
– Nie wiem, co to jest, ale… musimy znaleźć rodziców – powiedziałam twardo.
Nigdy dotąd nie sprzeciwiłam się mamie, ale teraz czułam, że muszę coś zrobić, zanim będzie za późno.
– Co? Oszalałaś? – David wyraźnie się wzdrygnął. – Mama nie daruje nam, jak się teraz stąd ruszymy. To na pewno tylko niepotrzebna histeria. Stacja znowu coś wychwyciła i próbują zaistnieć, siejąc panikę. Nic się nie wydarzy, ale odkąd te komunikaty zaczęły się pojawiać, mama wpadła w jakąś obsesję. – Westchnął ciężko. – Nie zamierzam zarobić szlabanu. Jutro jestem umówiony z chłopakami. Gramy ważny mecz. Jeśli kazała nam się ukryć w schronie, to to zróbmy. – Wzruszył ramionami. – Posiedzimy tam chwilę i będzie po sprawie.
W tym momencie wiatr zerwał się gwałtownie. Liście i drobne gałązki uderzyły o okno, a gdzieś z oddali dobiegł głęboki szum. Odwróciłam się na pięcie w stronę Davida.
– David, to nie żarty. Mama… tata… – wyszeptałam. – Musimy ich znaleźć!
Mój brat kolejny raz się skrzywił i pokręcił głową.
– Przestań histeryzować. Nigdzie nie pójdziemy, bo nie zamierzam przez taką głupotę stracić szansy na mistrzostwo w zawo…
Przerwał. Zmarszczyłam brwi. Widziałam, jak jego wzrok nagle zawiesił się gdzieś na przestrzeni za mną. Jego twarz, jeszcze przed chwilą obojętna, w jednej chwili skamieniała. Zbladł, jakby zobaczył ducha.
– O kurwa… – przeklął.
Otworzyłam szerzej oczy.
– Co?!
Odwróciłam się gwałtownie i zobaczyłam, jak w oddali z nieba formuje się lej. Obracał się i powoli zniżał w stronę ziemi.
– J..j..a pieprzę… – David potarł kark. – Naprawdę coś nadciąga!
Na moment zrobiło mi się duszno, jakby wszystko wokół przygasło. Wpatrywałam się w jeden punkt, dokładnie tam, gdzie tworzył się wir. To było dziwne, ale… on wcale nie miał zamiaru już teraz dotknąć ziemi. Cofał się. Zaś niebo… zdawało się opadać coraz bardziej, jakby zaraz miało runąć prosto na ziemię. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziałam.
Wiatr uderzył nagle tak mocno, że aż cofnęłam się o krok. Zadźwięczało mi w uszach. Ocuciłam się dopiero, gdy David szarpnął mnie za rękę i pociągnął gwałtownie w tył.
– Chodź! Musimy się schować!
Zza okna dobiegł huk. Wiatr wdarł się do pokoju z jeszcze większą siłą. Kartki papieru fruwały po pokoju, a żaluzje trzaskały i uderzały o okno. Czułam, jak ziemia drżała pod naszymi stopami. Zupełnie jakby zbliżał się koniec świata.
Nie odpowiedziałam. Nie poruszyłam się nawet o milimetr. Wsłuchiwałam się w szum tornada, które było już bardzo blisko.
– Amy, do cholery! – Podniesiony ton głosu Davida odbił się echem w moich skroniach.
Drgnęłam, a on szarpnął mnie jeszcze gwałtowniej. Byłam jak w transie, ale nie opierałam się dłużej. Strach ścisnął mi żołądek tak mocno, że nie zastanawiając się nad niczym, pobiegłam za Davidem przez korytarz. Nie puszczał mojej dłoni.
– Amy, nie zwalniaj! Biegnij za mną! – krzyczał, mocno ściskając moje palce.
Wiele razy w życiu się kłóciliśmy, ale wiedziałam, że gdyby stało się coś naprawdę złego, zrobilibyśmy dla siebie wszystko. David właśnie mi to udowadniał. Był jak starszy brat, który w chwili tak wielkiego zagrożenia nie myślał tylko o sobie. Chciał za wszelką cenę ochronić nas oboje.
Słyszałam, jak wiatr wyje gdzieś w ścianach. Trzeszczały, jakby coś niewidzialnego napierało na nie ze wszystkich stron. Cały dom zdawał się drżeć w posadach.
Wybiegliśmy na zewnątrz. Zatrzymałam się gwałtownie, patrząc w niebo. Wiatr szarpał moje włosy z taką siłą, że prawie nic nie widziałam. Odgarniałam je z twarzy, ale to niewiele pomagało. David puścił moją dłoń i chwycił za metalowy pręt, który leżał oparty o ścianę domu. Ścisnął go i podbiegł do klapy schronu, który znajdował się tuż obok. Znieruchomiałam. Drzewa wyginały się w nienaturalny sposób, trzeszczały i łamały się, a różne przedmioty wokół nas znikały gdzieś w powietrzu. Mój wzrok utknął w wirujących fragmentach czyjegoś dachu, który pofrunął wysoko nad nami w przeciwnym kierunku. W oddali zobaczyłam, jak pan Kennedy, który mieszkał po drugiej stronie ulicy, pomagał swojej żonie i dzieciom zejść do schronu. Tuż za nimi z domu wybiegł pies. Duży golden retriever. Mała córeczka sąsiada krzyczała, gdy wiatr nagle porwał jej czworonożnego przyjaciela. Zwierzak nie był w stanie się utrzymać. Nie można było nic zrobić, by go uratować. Pan Kennedy szybko wślizgnął się do schronu i zatrzasnął za nimi drzwiczki. Moje oczy napełniły się łzami, gdy patrzyłam, jak pies znika gdzieś na tle ciemnego nieba.
Kątem oka widziałam, że David siłował się z żelazną pokrywą od naszego schronu. Przy takim wietrze potrzeba było ogromnej siły, by ją utrzymać. W pierwszym odruchu chciałam do niego podbiec i spróbować mu pomóc, ale zamiast tego odwróciłam się na pięcie. Szum, który się do nas zbliżał, był potworny. Tej siły nie dało się opisać słowami.
Przyglądałam się niebu, słysząc za sobą ciężkie, szybkie dyszenie Davida. Coś naprawdę było nie tak i to nie w taki sposób, jak dotąd przypuszczałam. Chmury znajdowały się tak nisko, jakby miały pochłonąć całą ziemię.
– One się połączą… – wyszeptałam, czując jak serce wali mi w piersi. – Lej… on… ogarnie wszystko… – dodałam cicho, przerażona. Nie wierzyłam, że to dzieje się naprawdę. Takie historie znałam tylko z opowieści w szkole. – To najwyższa siła… – powiedziałam do siebie z pewnością, której nie rozumiałam.
Usłyszałam za sobą głuchy huk klapy. Davidowi udało się otworzyć wejście do schronu. Odwróciłam się w jego stronę.
– Muszę znaleźć rodziców! – krzyknęłam bez namysłu.
– Zwariowałaś?! – David natychmiast się poderwał i do mnie podbiegł. – Właź do schronu! Teraz!
Chwycił mnie za nadgarstek.
– Nie mogę… – wyszarpnęłam się. – Muszę wiedzieć, że nic im nie grozi! – rzuciłam, czując paniczny strach.
Ktoś mógłby uznać, że kompletnie mi odbiło, ale czułam, że w jakiś sposób znam to tornado. Wiedziałam, co nadchodzi i nie mogłam tak po prostu się ukryć, wiedząc, że rodzice są w niebezpieczeństwie.
Nie daj się porwać
Copyright © Aleksandra Witkowska
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-831-3
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Grażyna Wesołowska
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Książkę i ebook najtaniej kupisz w MadBooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
