Niania dla sąsiadów - Lily Gold - ebook + książka

Niania dla sąsiadów ebook

Gold Lily

5,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

35 osób interesuje się tą książką

Opis

Płomienny romans pełen pikanterii, emocji i słodyczy – proszę państwa, Lily Gold powraca!

„Do chłopaków spod numeru 5A: Gratulacje. Macie dziecko” – tak brzmi notatka dołączona do nosidełka. A moi trzej atrakcyjni sąsiedzi właśnie wpadli w tarapaty. Żaden z nich nie ma pojęcia, jak zająć się niemowlęciem, które ktoś zostawił pod ich drzwiami.

Na szczęście w budynku mieszka niania. Gdy jeden z przystojniaków z 5A puka do moich drzwi z prośbą o pomoc, nie wierzę własnym oczom. Wreszcie mam okazję ich poznać: Jack to projektant gier z zaraźliwym uśmiechem. Cyrus to seksowny tancerz, którego płynne ruchy zamieniają mój mózg w papkę. I na koniec Sebastian – umięśniony biznesmen o spojrzeniu, które rozpala zmysły.

Każdego dnia przychodzę do ich mieszkania, by opiekować się dzieckiem. Każdej nocy to oni zajmują się mną.

Nasz układ szybko nabiera rumieńców, a ja coraz bardziej tracę głowę, choć przecież nie powinnam: są moimi pracodawcami, nie chłopakami. Ale każde namiętne spojrzenie, każdy pocałunek sprawiają, że jest mi coraz trudniej. W pewnym momencie jedno staje się jasne:

Mam dość bycia dziewczyną z sąsiedztwa. Czas, by ta niania dostała awans.

Niania dla sąsiadów tokolejny gorący romans Lily Gold, autorki Faking with Benefits.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 471

Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Wasilewska83

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo fajna. Czekam na kolejne książki
00
Ckazia3

Nie oderwiesz się od lektury

😁
00



Lily Gold Niania dla sąsiadów Tytuł oryginału Nanny for the Neighbors ISBN Copyright © 2021 by Lily Gold Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2026 All rights reserved Redaktor Anna Szymczak Cover Art © Yummy Book Covers Opracowanie polskiej wersji okładki i stron tytułowych Grzegorz Kalisiak Projekt typograficzny i łamanie Grzegorz Kalisiak | Pracownia Liternictwa i Grafiki Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Od autorki

Niniejszy romans kilkuosobowy zawiera wyraziste i zmysłowe sceny rozgrywające się między kilkorgiem partnerów (nie dajcie się zwieść niewinnemu rysunkowi na okładce — książka jest naprawdę ostra!).

Chociaż ogólnie mówiąc, stanowi sympatyczną i (mam nadzieję) humorystyczną opowieść, to jednak porusza kilka tematów i spraw drażliwych. Czytelnicy, którzy chcą się dowiedzieć więcej, mogą znaleźć pełną listę na mojej stronie:

https://www.lilygoldauthor.com/content

Miłej lektury!

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Beth

— Do cholery, chyba sobie jaja robisz! — niesie się echem krzyk na ulicy pode mną. — Mogła zginąć!

Wyglądam przez okno; przed budynkiem w tę i z powrotem chodzi sąsiad i rozgorączkowany rozmawia przez telefon. Wielki biceps pręży mu się pod koszulą, kiedy ręką szarpie się za włosy. Wygląda, jakby przeżywał właśnie jakieś załamanie.

Mój przyjaciel Benny wychyla się nade mną, żeby mieć lepszy widok.

— Jezu, a temu co odwaliło?

— Nie wiem — mruczę, mrużąc oczy przed słońcem. — ­Nigdy nie widziałam go w takim stanie.

Benny prycha.

— Taaa, przecież tak świetnie go znasz. Czy ty w ogóle zamieniłaś z nim chociaż parę słów? Wiesz przynajmniej, jak ma na imię?

— Tak — odpowiadam obronnym tonem — Jack. — Mieszkam na czwartym piętrze, więc patrzę na niego z góry, ale wszędzie rozpoznałabym te szerokie bary i oślepiająco jasne włosy. — Poza tym całkiem nieźle go znam — dodaję z uporem.

Benny parska śmiechem.

Pewnie ma rację — technicznie rzecz biorąc. Rozmawiałam z Jackiem ledwie raz, a jednak wiem o nim bardzo dużo.

Wiem, że mieszka na piątym piętrze, w mieszkaniu nade mną. Wiem, że ma dwóch nieprzyzwoicie atrakcyjnych współlokatorów. Wiem, że przy każdym naszym przypadkowym spotkaniu wydawał się słodki i trochę nieśmiały. Nigdy dotąd nie słyszałam, żeby podniósł głos.

— Dlaczego nie chcecie nam powiedzieć? — Jego zniecierpliwione krzyki wypełniają popołudniowe powietrze; kilka gołębi drepczących po ulicy zrywa się w przestrachu do lotu. — Do diabła, co mamy teraz zrobić? Nikt z nas nie wie, jak się nią zajmować! I… Halo? Halo! — Wpatruje się w pusty ekran telefonu, a potem pokonany osuwa się na schody przed wejściem.

Wykręcam sobie palce; czuję, jak ogarnia mnie niepokój.

— Chyba stało się coś naprawdę złego. Może potrzebuje pomocy?

— Cudownie. — Benny wyciąga rękę nade mną i przesuwa zasuwkę w oknie. — Wreszcie masz powód, żeby do niego zagadać. — Otwiera okno; chwytam go za rękę i odciągam do tyłu.

— Co ty wyrabiasz? — syczę przerażona. — Nie będę się do niego wydzierać z okna! To nienormalne!

— Aha, bo przyglądanie mu się z daleka, po kryjomu jest zdecydowanie normalniejsze. — Benny wygląda na poirytowanego. — Na miłość boską, od dwóch lat snujesz się za nim jak cień. Po prostu z nim porozmawiaj, Beth. To nie jest aż tak trudne.

Krzywię się; łatwo mu mówić. Benny jest niezwykle atrakcyjny: wysoki, o ciemnej cerze, kędzierzawej czuprynie i umięśnionych ramionach, pokrytych barwnymi tatuażami. Nie oprze mu się żaden mężczyzna ani żadna kobieta, a Benny o tym wie.

Ja z kolei jestem drobna, tak blada, że odbijam promienie słońca, i tak piegowata, że latem wszystkie piegi zlewają się w jedno. Przy Bennym wyglądam jak anemiczny rudy goblin. Nie ma mowy, żebym poszła na górę i zaczepiła mojego niezwykle przystojnego sąsiada. W zupełności wystarczy mi podziwianie go z daleka.

Nagle rozlega się piknięcie telefonu; Benny wyjmuje aparat i zerka na ekran.

— Cholera, muszę iść.

— Kolejna randka?

Kręci głową.

— Wychodzę z mamą i tatą, kolacja rodzinna. — Przewraca oczami. — Jedno z ich dzieci zastępczych gra jakiś koncert skrzypcowy czy coś w tym stylu.

Uśmiecham się ciut niepewnie.

— W porządku. Pozdrów ode mnie Jane i Paula.

Benny spogląda na mnie ze współczuciem.

Jane i Paul to moi byli rodzice zastępczy i rodzice adopcyjni Benny’ego. Poznaliśmy się z Bennym jako nastolatkowie, w ich rodzinie zastępczej. Mieszkaliśmy z nimi niemal przez rok, po czym mnie odesłali z powrotem do domu dziecka, a jego adoptowali.

Zwykle nie utrzymuję kontaktu z byłymi rodzinami zastępczymi, kosztuje mnie to zbyt wiele bólu, ale Benny po prostu nie przyjął tego do wiadomości. Teraz, dziesięć lat później, z byłego brata zastępczego stał się najbliższym przyjacielem. Jest dla mnie kimś w rodzaju rodziny.

— Coś ci powiem. — Klepie mnie po plecach, wstaje i chowa klucze do kieszeni. — Jeśli zdobędziesz się na odwagę i pogadasz z Jakiem, postawię ci pizzę.

— On ma na imię Jack. I nie chcę z nim gadać. — Znacząco odwracam się w stronę otwartego laptopa. — Mam robotę.

Benny to ignoruje.

— Błagam. Facet ci się podoba, odkąd się tu wprowadził.

— Nieprawda. Wiesz, że nie chodzę na randki.

— To nie znaczy, że nie może ci się ktoś spodobać. — Benny podnosi telefon. — Mam dowód: pijackie esemesy. Mam ci je odczytać? Lekko żenujące… — Złowieszczo zaczyna przesuwać palcem po ekranie. — „Wynosiłam śmieci, widziałam blond bóstwo” — odczytuje na głos. — „Co za słodziak”. I emotka serca.

Szczęka mi opada.

— Nie mówiłam nic takiego!

— Jasne. To chyba było tego wieczoru, kiedy po sześciu tequilach rozmazałaś humus na dywanie. — Dalej przegląda wiadomości. — Powiedziałaś jeszcze: „Przysięgam, że jego szczęka wygląda jak kąt prosty i, OMG!, on nie ma żadnej wady”. — Zamierzam się na niego, ale Benny robi unik. — „No dobrze, prawie żadnej. Na karku ma przesłodkie znamię w kształcie ryby”. Boże, wolę nie wiedzieć, jak udało ci się zbliżyć do niego na tyle, że zobaczyłaś jego znamiona. Masz gdzieś schowaną lornetkę?

Odsuwam go od biurka.

— Chyba musisz wyjść? Nie krępuj się. No już.

Benny ze śmiechem chwyta płaszcz.

— Dobra, dobra. Zadzwoń później, dobrze? I powodzenia w szukaniu pracy. Kocham cię.

— Pa! — wołam, a on przesyła mi całusa i wypada z mieszkania. Jego kroki w korytarzu stopniowo cichną, a ja padam na fotel przy biurku, obracam się na nim i znów wyglądam przez okno. Jack nadal siedzi zgarbiony na schodach, z głową w dłoniach. Czuję kolejne ukłucie niepokoju.

Beznadziejne, ale Benny ma rację. Odkąd wprowadziłam się do tego bloku, jestem w Jacku skrycie zakochana. Smutna sprawa: rozmawialiśmy tylko raz — w dniu mojej przeprowadzki. Próbowałam wtedy zataszczyć do windy dwie olbrzymie walizki, a Jack zauważył moją szarpaninę. Schylił się, podniósł je tak, jakby nic nie ważyły, i spojrzał na mnie nieśmiałymi błękitnymi oczami zza hipsterskich okularów. Podbił mnie od razu.

Od tamtej chwili uśmiechnął się do mnie ze dwa razy, kiedy czekaliśmy na windę albo sprawdzaliśmy skrzynkę na listy — i to byłyby wszystkie nasze kontakty. Chyba nawet nie wie, jak się nazywam.

Kiedy tak się przyglądam, Jack wstaje, spuszcza głowę i wchodzi po schodach do bloku. Czekam, aż zniknie, a potem wzdycham i wracam do strony z ofertami pracy, którą przeglądam od trzech godzin. Muszę się skupić.

Jestem bezrobotna prawie od roku — latem moja dotychczasowa agencja dla opiekunek zbankrutowała. Na początku nie martwiłam się za bardzo, przekonana, że wystarczy mi oszczędności, aż znajdę nową pracę. W Londynie nie brakuje zajętych, zapracowanych rodziców — czy naprawdę tak trudno o pracę dla niani?

Jak się okazuje, koszmarnie trudno. W ciągu roku wysłałam około setki zgłoszeń — nie miałam szczęścia. Oszczędności mi się skończyły, potem wyczerpałam też debet na koncie. Za jakieś dwa tygodnie będę bezdomna. Moje spojrzenie pada na stos rachunków w rogu biurka, który niepokojąco rośnie.

Ze zdenerwowania ściska mnie w żołądku. Biorę głęboki oddech, otwieram następną kartę przeglądarki, wpisuję adres kolejnej strony z ogłoszeniami o pracę i poszerzam kryteria wyszukiwania. W tej chwili wzięłabym wszystko: usuwanie odpadów niebezpiecznych, czyszczenie toalet, wypełnianie kwestionariuszy online. Jestem totalnie zdesperowana.

Przez piętnaście minut w skupieniu przeglądam oferty, kiedy przerywa mi pukanie do drzwi. Marszczę brwi i unoszę wzrok znad komputera.

Do mnie nigdy nikt nie puka. Trzymam się na uboczu. Właściwie moim jedynym przyjacielem jest Benny, a on dorobił sobie klucz, więc na ogół po prostu wchodzi.

— Bethany — odzywa się zza drzwi niski głos. — Czy to Bethany Ellis? Jesteś tam? Tu Jack. Mieszkam nad tobą, w mieszkaniu 5A.

Nieruchomieję.

— Hm, może nie wiesz, kim jestem — mówi dalej; drzwi trochę tłumią jego głos. — Mamy ze współlokatorami pewien problem. Bardzo przydałaby nam się pomoc, jeśli jesteś w domu.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Beth

Przez chwilę stoję jak słup soli, z mocno bijącym sercem. Potem zrywam się — zeskakuję z fotela i rzucam się do lustra. Boże! Wyglądam okropnie. W koszulce mam dziurę, makijaż rozmazany, nieuczesane rude loki sterczą mi na wszystkie strony. Próbuję przeczesać je palcami, ale stroszą się jeszcze mocniej wokół bladej twarzy. Rzucam pod nosem przekleństwa i miotam się po pokoju w poszukiwaniu gumki — w końcu zauważam jakąś pod biurkiem. Dopadam jej susem godnym bejsbolisty biegnącego do bazy i gorączkowo wiążę włosy w niechlujny kok, a potem dzikim wzrokiem rozglądam się za ciuchami. Przy łóżku leży stos czystego prania, którego nie chciało mi się pochować — łapię letnią sukienkę w paski i wciskam się w nią błyskawicznie.

W korytarzu znów słychać nieśmiałe pukanie, po czym rozlega się stłumione przekleństwo. Cholera. Zaraz sobie pójdzie. Chwytam klucze i rzucam się do drzwi; w szaleńczym pośpiechu przekręcam klucz i otwieram je zamaszyście. Jack już się odwrócił, żeby odejść korytarzem.

— Hej, sorki! — wołam. — Tak mi się wydawało, że ktoś puka. Potrzebujesz czegoś?

Facet odwraca się do mnie, twarz mu się rozjaśnia, a w moim brzuchu wzbija się chmara motyli.

Jack Insley jest jeszcze bardziej olśniewający, niż pamiętam. Wysokie kości policzkowe, kwadratowa szczęka i jasnoniebieskie oczy błyszczące za okularami w ciemnej oprawie. Jasne włosy rozwichrzone od przeczesywania palcami, do tego Conversy z nadrukiem Pacmana z boku. Całość składa się na wizerunek szykownego świra.

Poza tym przyszedł z gołym torsem.

Niech to szlag, ma absolutnie niewiarygodne ciało — opalone i umięśnione, do tego szerokie bary, silne ramiona i płaski, twardy brzuch. Obejmuję spojrzeniem cienie poniżej wydatnych mięśni na piersi, potem przesuwam wzrokiem po sprężystych wypukłościach mięśni podbrzusza, docieram do szczupłej, zaostrzonej linii bioder znikającejw dżinsach…

— Bethany Ellis, zgadza się? — pyta sąsiad; gwałtownie wracam do rzeczywistości, podnoszę wzrok i spotykam jego spojrzenie. Jack uśmiecha się nerwowo. — W portierni widziałem twoje ulotki.

Dopiero po kilku sekundach przypominam sobie, o czym mówi — i serce mi zamiera. Nie zapamiętał, jak się nazywam; po prostu zauważył ulotkę, którą przypięłam do tablicy ogłoszeń przy wejściu. W akcie ostatecznej desperacji wywiesiłam tam swoje dane na wypadek, gdyby ktoś w bloku potrzebował opiekunki do dziecka.

Pewnie tylko ja śledzę niektórych lokatorów z daleka.

— Beth — mówię bez tchu. — A ty jesteś Jack.

— Zgadza się — odpowiada z szerokim uśmiechem. — Słuchaj, wiem, że to dziwnie wygląda, ale czy potrafisz uspokoić płaczące dziecko?

Spoglądam na niego zbita z tropu.

— Ehm… chyba tak.

Jack oddycha z ulgą.

— Dzięki Bogu, Seb był pewny, że się na tym znasz. A mog­łabyś wpaść do mnie na chwilę?

— Eee… jasne. Potrzebujesz… — Wskazuję dłonią jego nagą pierś. — Hm… czegoś? Mam kilka dużych T-shirtów, może się zmieścisz…

Dlaczego proponuję mu, żeby się ubrał? Co mi odbiło?

Jack spogląda po sobie i się czerwieni.

— Chryste, przepraszam! Zapomniałem. Na górze się ubiorę. — Rzuca mi niewyraźny uśmiech. — Wiem, że to wygląda na podryw, ale przysięgam, nie mam zamiaru cię uwodzić. Naprawdę potrzebuję pomocy.

Szkoda.

— Jasne — odpowiadam natychmiast, zbyt energicznie kiwając głową. — Oczywiście. Co zechcesz.

— Dziękuję! — Jakby przestraszony, że dłuższa zwłoka skłoni mnie do zmiany zdania, Jack łapie mnie za rękę, wyciąga z mieszkania i prowadzi korytarzem. Wbijam wzrok w jego silne palce zaciśnięte na moim nadgarstku.

— Jeden dzień — mamrocze pod nosem. — Mamy ją jeden dzień, a chyba już tracimy głowy. — Otwiera drzwi na schody i truchtem biegnie na górę.

Ruszam za nim.

— Kogo macie jeden dzień? — pytam lekko zdyszana. —Dziecko?

Jack zerka na mnie kątem oka, po czym wyciąga z klatki na korytarz piątego piętra.

— Łatwiej będzie, jak ci ją pokażę — odpowiada ponuro, prowadząc mnie korytarzem. Przystajemy przed drzwiami takimi jak moje, z numerem 5A wygrawerowanym w drewnie. Jack otwiera je gwałtownie — i natychmiast dobiega mnie płacz dziecka.

— Przyszła! — woła Jack. Płacz przybiera na sile.

— Chwała Bogu — rzuca ktoś. — Zaraz mi uszy pękną.

Jack zaprasza mnie do środka — wchodzę i się rozglądam.

Pierwsza rzecz, jaka rzuca mi się w oczy: jego apartament jest znacznie ładniejszy. Ja wybrałam najtańszą opcję — małe mieszkanie z jedną sypialnią, obłażącą tapetą, niemal bez okien. Dotąd nie widziałam żadnego luksusowego lokum w naszym bloku, a to jest piękne, pełne odsłoniętych elementów z metalu i cegły. Jedna ściana wykonana w całości ze szkła — daje widok na miasto. Pokój wypełniają regały z książkami i fotele, na ścianie wisi nawet wielki telewizor, a naprzeciwko niego stoi długa, czarna skórzana sofa.

Siedzi na niej dwóch mężczyzn: jeden o złocistej skórze, z włosami czarnymi jak atrament, i drugi — w garniturze, z włosami miedzianymi. Od razu rozpoznaję w nich współlokatorów Jacka. Żaden z nich nie patrzy na mnie, gdy podchodzę bliżej — obaj uparcie wpatrują się w to, co stoi na ławie. Podążam za ich wzrokiem i w końcu odkrywam źródło hałasu.

Na ławie stoi plastikowy szary fotelik samochodowy, a w nim leży dziecko. Małe, ma pewnie pięć, może sześć miesięcy, ubrane w szare śpioszki. I wrzeszczy ile sił.

Bez zastanowienia przechodzę przez pokój. Dziewczynka jest prześliczna. Ma oliwkową skórę, gęste czarne włosy i wielkie brązowe oczy z długimi rzęsami. Policzki ma, jak to niemowlę, pucołowate, teraz zaróżowione od krzyku.

— Witaj, maleńka — szepczę. — Czy mogę jej dotknąć?

— Proszę bardzo — odpowiada jeden z mężczyzn. — Tylko zrób coś, żeby przestała.

Sięgam do fotelika i wyjmuję małą. Od niemal roku nie trzymałam dziecka; w moich ramionach dziewczynka wydaje się taka miękka i maleńka, że łzy napływają mi do oczu.

— Oj, złotko, chyba coś ci się nie podoba? — Pocieram policzkiem o jej policzek. — Co się dzieje, kochanie?

Dziewczynka spogląda na mnie udręczona, po czym zakrywa buzię rączkami.

— Raczej ci nie odpowie — mówi powoli ciemnowłosy facet. — Jak dotąd nie była zbyt rozmowna.

Odwracam się do niego i mierzę go wzrokiem, próbując powstrzymać rumieniec. Chyba nigdy jeszcze nie widziałam kogoś aż tak emanującego seksem. Siedzi swobodnie na skórzanej kanapie, ma na sobie dżinsy i jedwabną koszulę, której nawet nie zapiął. Jego oczy i zmierzwione włosy są porażająco czarne, a na palcach połyskują mu srebrne pierścionki.

— Hej, sąsiadko — mówi cicho, z uśmiechem. Głos ma niski i melodyjny, kojarzy się z płynną czekoladą. — Miło wreszcie cię poznać. Jestem Cyrus. — Głową wskazuje mężczyznę obok siebie. — A to Sebastian.

— Beth — odpowiadam piskliwie.

Cyrus uśmiecha się jeszcze szerzej.

— O, wiem, kim jesteś — mruczy, dyskretnie przenosząc spojrzenie z mojej twarzy na biodra.

Do cholery, on mnie obczaja?

Dziecko znów zaczyna płakać; chrząkam i przenoszę wzrok na małą.

— Wszystko dobrze, kochanie — szepczę, głaszcząc jej rączkę. — Jak masz na imię?

— Camilla — odpowiada Jack, stając za moimi plecami. Niestety włożył już koszulkę. Cienka biała bawełna opina twardą pierś, przykleja się do bicepsów. — Mówimy na niąCami.

— Cami. Bardzo ładnie. — Całuję dziewczynkę w policzek. — Śliczne imię. Tak śliczne jak ty.

Cami kręci głową i przeraźliwie płacze. Gładzę ją po pupie, sprawdzam pieluchę. Jest nieco luźna, ale na szczęście sucha.

— Pieluszka w porządku. Może jesteś głodna, skarbie?

— Karmiliśmy ją dziesięć minut temu — odpowiada Jack.

— A potrzymaliście, żeby jej się odbiło?

— Zwróciła wszystko na plecy Jacka — mówi Cyrus, wpatrując się we mnie intensywnie. — Oczywiście to mogła być też reakcja na jego koszulę, ten wzór naprawdę przyprawia o mdłości.

Cami trzęsie się od płaczu, bije mnie piąstkami. Serce mi pęka.

— Och, kochanie, już dobrze, już dobrze. Ćśś… — Huśtam ją na biodrze, przygarniam do siebie i głaszczę po plecach. — Wszystko dobrze.

Jej krzyk powoli milknie. Obejmuję ją, mruczę cichutko, aż w końcu wrzaski cichną, przechodząc w siąkanie.

— No już — odzywam się szeptem. — Już lepiej, prawda? Wszystko dobrze. — Wycieram jej policzki. Dziewczynka gniewnie wtula się w moje piersi, męczy ją czkawka. — Nic jej nie jest — mówię do chłopaków. — Potrzebowała, żeby ktoś ją przytulił.

Nikt się nie odzywa. Podnoszę głowę. Wszyscy trzej gapią się na mnie szeroko otwartymi oczami.

Patrzę na nich, mrugając.

— Co jest?

— To wiedźma — odzywa się Cyrus słabym głosem. — Do diabła… Mała wrzeszczała co najmniej sześć godzin. A ty mówisz, że wystarczyło wziąć ją na ręce?

Marszczę brwi.

— Nie wyjęliście jej z fotelika? Ona płakała, a wy ją po prostu tak zostawiliście?

Jack robi niewyraźną minę.

— To dziecko — odpowiada. — Myśleliśmy, że dzieci płaczą, kiedy są głodne, chcą spać albo mają mokro. Spróbowaliśmy wszystkiego, ale nie pomogło.

— To nie tamagotchi — mówię z wyrzutem. — Nie wystarczy go nakarmić i wytrzeć pupę, a potem ignorować, aż umrze. — Cami prycha, krzywi się, a ja lekko całuję ją po włosach. — Biedactwo. Czy ci wszyscy brutale nie zwracają na ciebie uwagi? — Zerkam na fotelik samochodowy na stole. To model wielofunkcyjny, po uniesieniu kabłąka można go używać jako nosidełka. Wyściółka wygląda na tanią i cienką. — Płakała, bo pewnie było jej niewygodnie. Dlaczego w tymsiedziała?

— Tak została nam przyniesiona dziś rano — odpowiada Jack, splatając dłonie. — Próbowaliśmy coś jej kupić, ale nie wiedzieliśmy, od czego zacząć. Wciąż nie mamy łóżeczka ani niczego, żeby ją położyć.

Znów rozglądam się po pokoju, zwracając uwagę na szczegóły, które przedtem mi umknęły. Wszędzie rozrzucone są nowiutkie rzeczy dla niemowląt: mokre chusteczki, komplet śpioszków, nieotwarta paczka smoczków. Przy zlewie w aneksie kuchennym stoi puszka mleka, a na blacie obok leży plastikowa łyżeczka.

Trochę łagodnieję. Jak widać, ktoś znalazł się w podbramkowej sytuacji i przysłał chłopakom dziecko w ostatnim momencie. Nie ich wina, że się nie przygotowali.

— Ten, kto zobowiązał was do opieki, musiał być naprawdę zdesperowany, co? — Całuję Cami w główkę. Mała kopie mnie stópkami w brzuch i przygląda mi się wielkimi oczami. — Kto to? Siostra? Przyjaciel rodziny?

Jack wydaje się skrępowany.

— Niezupełnie.

— Nie? — Podrzucam Cami w ramionach. — Gdzie jej mama?

— Wy… wymiksowała się — odpowiada po chwili Cyrus.

— Aha. No to tata? Powinien przynajmniej przysłać paczkę pampersów. — Gładzę Cami po pupie. — To nie jej rozmiar. — Po tych słowach na krótko zapada cisza; rozglądam się. — Panowie, gdzie jej ojciec?

Nikt się nie odzywa.

Marszczę brwi.

— Przepraszam, to takie trudne pytanie?

Jack i Cyrus wymieniają znaczące spojrzenia. Sebastian zaciska zęby, unika mojego wzroku.

Poczucie winy wypisane na ich twarzach sprawia, że po plecach przebiega mi dreszcz. Coś jest nie w porządku. Prostuję się, mój głos brzmi ostrzej:

— Czyje to dziecko?

Jack wzdycha i przeczesuje dłonią włosy.

— Szczerze mówiąc, Beth, nie jesteśmy pewni.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Od autorki

Beth

Beth

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki