Mroczne opowieści 2025 - Paweł Janiszewski - ebook

Mroczne opowieści 2025 ebook

Paweł Janiszewski

5,0

Opis

„Mroczne opowieści 2025” to zbiór pięciu klimatycznych opowieści z dreszczykiem, rozgrywających się w Lublinie i małych miejscowościach. Książka jest kontynuacją „Mrocznych opowieści 1995” — powracają znani bohaterowie i echa wydarzeń sprzed 30 lat, ale pojawiają się też zupełnie nowe historie. Tajemnicze zniknięcia, niewyjaśnione zjawiska i miejsca naznaczone przeszłością przypominają, że nie każde zło odchodzi wraz z upływem czasu. Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich 18+.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 198

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
beata_kwiat

Nie oderwiesz się od lektury

utrzymany klimat pierwszej części...fajnie się czyta, lubię historię z dreszczykiem
00
dariodario3000

Nie oderwiesz się od lektury

wow...super...bardzo mi się podobało, klimat pierwszej części zachowany i są też nowe historie
00



Paweł Janiszewski

Mroczne opowieści 2025

Patron MedialnyCzytaninka

Patron MedialnyRead with tea, dog & me

© Paweł Janiszewski, 2026

„Mroczne opowieści 2025” to zbiór pięciu klimatycznych opowieści z dreszczykiem, rozgrywających się w Lublinie i małych miejscowościach. Książka jest kontynuacją „Mrocznych opowieści 1995” — powracają znani bohaterowie i echa wydarzeń sprzed 30 lat, ale pojawiają się też zupełnie nowe historie. Tajemnicze zniknięcia, niewyjaśnione zjawiska i miejsca naznaczone przeszłością przypominają, że nie każde zło odchodzi wraz z upływem czasu.

Książka przeznaczona jest wyłącznie dla osób pełnoletnich 18+.

ISBN 978-83-8467-426-0

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Wszystkie postaci i wydarzenia opisane w tej książce są fikcyjne a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistymi jest przypadkowa. Książka przeznaczona wyłącznie dla dorosłych czytelników.

Część 1

Szymek 2

Rozdział 1. Książka

Paweł Janicki miał czterdzieści osiem lat, kiedy po raz pierwszy zobaczył własną młodość wystawioną na sprzedaż między poradnikiem o zdrowych jelitach a kryminałem szwedzkiego autora, którego nazwiska nie potrafił wymówić.

Stał w księgarni na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie i przez kilka sekund po prostu patrzył.

Na okładce była droga.

Czarna droga biegnąca przez las.

Na końcu drogi ktoś namalował mały prostokąt światła, który mógł być oknem domu, wiatą albo wejściem do czegoś, czego człowiek nie powinien odwiedzać po zmroku.

Nad tym wszystkim widniał tytuł:

MROCZNE OPOWIEŚCI 1995

A pod nim:

Paweł Janicki

— Nadal robi na panu wrażenie? — zapytała sprzedawczyni.

Paweł drgnął.

— Co?

— Własna książka.

Uśmiechnęła się. Mogła mieć dwadzieścia pięć lat, może mniej. Dla niej rok 1995 był zapewne czymś równie odległym jak dla osiemnastoletniego Pawła rok 1964. Epoka należąca do rodziców. Kasety magnetofonowe, budki telefoniczne, oranżada w szklanych butelkach, ludzie palący papierosy w autobusach i świat, w którym jeśli ktoś zniknął, nie można było sprawdzić ostatniego logowania na komunikatorze.

— Chyba bardziej mnie dziwi — odpowiedział.

— Mamy ostatnie dwa egzemplarze.

— Przecież dodruk był tydzień temu.

— Właśnie.

Sprzedawczyni wydawała się z tego autentycznie zadowolona.

Paweł nie był.

To znaczy był. Oczywiście, że był. Człowiek, który przez dwadzieścia lat pracował w różnych miejscach, pisał po nocach, drukował opowiadania w czasopismach czytanych przez trzy tysiące osób, z czego połowę stanowili inni autorzy publikujący w tych samych czasopismach, powinien cieszyć się z sukcesu.

I cieszył się.

Tylko że z każdym kolejnym sprzedanym egzemplarzem Mrocznych opowieści 1995 miał coraz silniejsze wrażenie, że zrobił coś, czego nie powinien.

Jakby otworzył drzwi, które trzydzieści lat temu z wielkim trudem udało mu się zamknąć.

Pierwsze wydanie ukazało się w lutym 2025 roku.

Niewielkie wydawnictwo spod Warszawy nie spodziewało się niczego wielkiego. Redaktorka powiedziała mu nawet podczas podpisywania umowy:

— Nostalgia za latami dziewięćdziesiątymi dobrze się sprzedaje, ale horror obyczajowy jest trudny. Zobaczymy.

Zobaczyli.

Najpierw pojawiła się recenzja na popularnym portalu.

Potem filmik dziewczyny na TikToku, która płakała, mówiąc o zakończeniu.

Potem ktoś napisał, że książka przypomina mu dzieciństwo w małym mieście, choć nigdy nie był w Łosicach.

Pierwszy nakład zniknął.

Drugi też.

Po trzecim wydawnictwo zaczęło używać słowa „fenomen”.

Paweł zaczął dostawać zaproszenia.

Biblioteki.

Domy kultury.

Festiwale literackie.

Najpierw Lublin, potem Radom, Rzeszów, Białystok, Warszawa, Toruń, Olsztyn, Gdańsk.

Jeździł.

Opowiadał.

Uśmiechał się.

Ludzie pytali, ile w książce jest prawdy.

To było pytanie, którego nienawidził najbardziej.

Zawsze odpowiadał tak samo:

— Każdy horror jest prawdziwy dokładnie w tym miejscu, w którym człowiek zaczyna się bać.

Publiczność zwykle była zadowolona.

Dziennikarze jeszcze bardziej.

Nikt nie zauważał, że Paweł nigdy nie odpowiadał naprawdę.

Bo prawdziwa odpowiedź brzmiała:

Prawie wszystko.

Nie nazywał bohaterów inaczej.

Nie zmienił Łosic.

Nie zmienił Jeziory.

Nie zmienił imienia Marty.

Nie zmienił Szymka.

Zmienił tylko swoje nazwisko w kilku pierwszych wersjach tekstu, ale później uznał, że to tchórzostwo.

Przez trzydzieści lat próbował nie myśleć o tamtym lecie.

Studia.

Praca.

Małżeństwo, które rozpadło się po jedenastu latach bez wielkiego dramatu, co było chyba jeszcze smutniejsze niż dramat.

Córka mieszkająca obecnie w Holandii.

Kredyty.

Pogrzeby rodziców.

Nowe mieszkania.

Nowe telefony.

Nowe samochody.

Pandemia.

Wojna oglądana na ekranie.

Świat zmieniał się tak szybko, że rok 1995 stał się zdjęciem leżącym na dnie szuflady.

A jednak nie było tygodnia, żeby Paweł nie przypomniał sobie Szymka.

Czasem był to zapach.

Nagrzany asfalt.

Czasem charakterystyczny trzask otwieranej butelki oranżady.

Czasem stara piosenka usłyszana w samochodowym radiu.

I wtedy przez krótką chwilę znowu miał osiemnaście lat.

Widział wysokiego chłopaka o długich włosach.

Słyszał:

Nie gap się tak, bo ci lód skapnie.

Dopiero po śmierci matki, kiedy porządkował jej mieszkanie, znalazł pudełko ze starymi zdjęciami.

Na jednym siedzieli na murku przy rynku.

Paweł.

Szymek.

Marta.

Zdjęcie zrobił ktoś przypadkowy.

Szymek patrzył poza kadr i śmiał się.

Marta patrzyła na Pawła.

Paweł patrzył na Martę.

Pomyślał wtedy, że fotografia wie o ludziach więcej niż oni sami.

Tej nocy zaczął pisać.

Tekst powstawał prawie rok.

Po napisaniu ostatniego zdania przez dwadzieścia minut siedział przed monitorem.

Za oknem padał deszcz.

Była druga siedemnaście.

A na czarnym ekranie laptopa, w odbiciu za swoim ramieniem, zobaczył przez sekundę twarz osiemnastoletniego chłopaka.

Odwrócił się.

Nikogo.

Powiedział sobie wtedy, że to zmęczenie.

Teraz, stojąc przed własną książką, też tak sobie mówił.

Telefon zawibrował.

Redaktorka.

— Paweł?

— Jestem.

— Mam dla ciebie kolejne spotkanie.

— Powiedz, że w przyszłym miesiącu. Ten tydzień mam zawalony.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— Tego raczej nie będziesz chciał przekładać.

— Dlaczego?

— Łosice.

Świat nie zatrzymał się.

W księgarni ktoś przesunął krzesło.

Przy kasie zapiszczał terminal.

Na ulicy zatrąbił samochód.

Ale Paweł poczuł dokładnie to samo, co trzydzieści lat wcześniej, kiedy nocą usłyszał kroki za plecami między drzewami.

— Co powiedziałaś?

— Biblioteka w Łosicach. Chcą zrobić duże spotkanie. Podobno zainteresowanie jest ogromne. Dyrektorka mówiła, że ludzie zapisują się od rana.

— Nie.

Odpowiedział natychmiast.

— Paweł…

— Nie.

— Rozumiem. Powiem im.

Powinien poczuć ulgę.

Nie poczuł.

— Kiedy?

— Co?

— Kiedy ma być spotkanie?

— Dwudziestego trzeciego sierpnia.

Paweł zamknął oczy.

Sierpień.

Oczywiście.

— Dlaczego wtedy?

— Nie wiem. Weekend. Wakacje. Pasuje im termin.

— A dokładna data?

— Dwudziesty trzeci.

Prawie trzydzieści lat co do dnia.

Otworzył oczy.

Na półce przed nim stały dwa egzemplarze książki.

Tylko dwa.

Przez chwilę wydawało mu się, że na dolnej części jednej z okładek coś się poruszyło.

Czerwona kreska.

Jak nitka.

Jak wstążka.

Mrugnął.

Zniknęła.

— Paweł?

— Tak.

— Mam odmówić?

Spojrzał przez szybę księgarni na ludzi przechodzących Krakowskim Przedmieściem.

Żywi.

Zajęci.

Bezpieczni.

Pomyślał o słowach Szymka.

Żyj tak, żebyś nie musiał mnie znowu wymyślać.

— Nie — powiedział.

— Nie mam odmawiać?

— Jadę.

Tego wieczoru po raz pierwszy od trzydziestu lat wyszukał w telefonie:

Marta Jeziory Łosice.

Znalazł ją po niespełna minucie.

Zdjęcie profilowe przedstawiało kobietę o kasztanowych włosach, w których pojawiło się trochę siwizny.

Była starsza.

Oczywiście.

On też był.

Ale uśmiech pozostał ten sam.

Przez chwilę patrzył.

Potem odłożył telefon.

Nie napisał.

O pierwszej w nocy obudziło go stukanie.

Stuk.

Stuk.

Stuk.

Paweł otworzył oczy.

Mieszkał na czwartym piętrze.

Stuk.

Stuk.

Stuk.

Dźwięk dochodził od okna sypialni.

Usiadł.

Ciemność pokoju zgęstniała wokół niego.

Nie chciał patrzeć.

Czterdzieści osiem lat to odpowiedni wiek, żeby człowiek wiedział, że są rzeczy, których lepiej nie sprawdzać.

Ale osiemnaście lat to wiek, który nigdy do końca z człowieka nie wychodzi.

Wstał.

Podszedł do okna.

Odsunął zasłonę.

Za szybą nie było nikogo.

Tylko odbicie jego własnej twarzy.

Starszej.

Zmęczonej.

I czegoś czerwonego zawiązanego na klamce.

Paweł zapalił światło.

Na klamce wisiała cienka, mokra wstążka.

Rozdział 2. Powrót

Do Łosic wjechał o siedemnastej czterdzieści dwie.

Sprawdził godzinę zupełnie bez powodu.

Później miał ją pamiętać bardzo długo.

Nawigacja oznajmiła pogodnym kobiecym głosem:

— Dotarłeś do celu.

— Nie — odpowiedział Paweł. — Jeszcze nie.

Miasto było jednocześnie inne i dokładnie takie samo.

To odkrycie zabolało go bardziej, niż się spodziewał.

Sklepów było więcej.

Szyldy bardziej kolorowe.

Samochody większe.

Ludzie chodzili ze smartfonami zamiast z reklamówkami z Pewexu.

Nie było już kiosku, w którym kupowali gumy Turbo.

Knajpka Karasia zniknęła. W jej miejscu działał lokal z kebabem.

Stary dworzec też wyglądał inaczej.

Ale rondo nadal zmuszało samochody do tego samego idiotycznego krążenia.

Kościół nadal wystawał ponad dachy.

Stadion był w tym samym miejscu.

I kiedy Paweł zobaczył rynek, poczuł coś w gardle.

Zatrzymał samochód przed hotelem.

Wysiadł.

Powietrze pachniało gorącym chodnikiem.

Sierpień 2025 roku był upalny.

Przez minutę stał z torbą w dłoni jak turysta.

Potem ruszył w stronę rynku.

Kawiarenka nadal istniała.

Nie ta sama.

Oczywiście, że nie.

Nowoczesny szyld.

Stoliki z jasnego drewna.

Lodów dwadzieścia kilka smaków.

Ale kiedy podszedł bliżej, zobaczył na tablicy:

WANILIOWE — ŻÓŁTE

Zaśmiał się.

Naprawdę się zaśmiał.

— Wiedziałam, że najpierw tutaj przyjdziesz.

Głos za plecami sprawił, że wszystko w nim zamarło.

Odwrócił się.

Marta stała kilka metrów dalej.

Przez trzydzieści lat wielokrotnie wyobrażał sobie tę chwilę.

W niektórych wersjach rzucali się sobie w ramiona.

W innych mijali się chłodno.

W jeszcze innych Marta nie żyła i dowiadywał się o tym przypadkiem.

Rzeczywistość była prostsza.

Patrzyli na siebie.

Dwoje czterdziestoośmioletnich ludzi.

I nagle Marta powiedziała:

— No co?

Paweł poczuł, że się uśmiecha.

— Nic.

— Wyglądam staro?

— Nie wiedziałem, czy wolno mi to powiedzieć pierwszej kobiecie po trzydziestu latach.

— Odpowiedź brzmi: nie.

— To dobrze.

Podeszła.

Przytulili się.

Krótko.

Trochę niezręcznie.

Ale kiedy poczuł zapach jej włosów, coś w nim wykonało bolesny skok przez trzy dekady.

— Cześć — powiedziała.

— Cześć.

— Trzydzieści lat.

— Wiem.

— Miałeś napisać.

— Wiem.

— Miałeś przyjechać.

— Wiem.

— Bardzo dużo wiesz.

— To przychodzi z wiekiem.

— Tobie najwyraźniej wolniej.

Roześmiał się.

Jej śmiech też się nie zmienił.

Usiedli.

Marta zamówiła kawę.

Paweł żółte lody.

Spojrzała na pucharek.

— Poważnie?

— Badania terenowe.

— Literat.

— Od niedawna.

— Czytałam.

Jego łyżeczka zatrzymała się w połowie drogi.

— Całość?

— Dwa razy.

— I?

— Za pierwszym razem chciałam cię udusić.

— A za drugim?

— Też. Ale trochę mniej.

Paweł opuścił łyżeczkę.

— Przepraszam, że użyłem twojego imienia.

— Nie za to.

— Za co?

Marta patrzyła na niego przez kilka sekund.

— Naprawdę nie wiesz?

Wiedział.

— Nie zadzwoniłem.

— Przez trzydzieści lat.

— Ty też nie.

— Kobiety lubią mieć argumenty. Nie odbieraj mi jedynego.

Zrobiło się cicho.

Dookoła nich ludzie rozmawiali.

Dziecko płakało o lody.

Ktoś przejechał rowerem.

Normalność.

Paweł nauczył się nie ufać normalności.

— Bałem się wrócić — powiedział.

Marta skinęła głową.

— Wiem.

— Bałem się nawet ciebie.

— Mnie?

— Bo jesteś częścią tamtego czasu.

Marta spojrzała w stronę rynku.

— Ja nie mogłam wyjechać od własnej pamięci.

— Zostałaś tutaj?

— Kilka lat mieszkałam w Warszawie. Potem wróciłam. Mama zachorowała. Później już zostałam. Pracuję w szkole.

— Rodzina?

— Był mąż. Nie ma męża.

— Przepraszam.

— Nie umarł. Mieszka w Siedlcach i ma nową żonę. Nie musisz robić miny jak na pogrzebie.

— Dzieci?

— Syn. Studiuje w Krakowie.

Popatrzyła na niego.

— A ty?

— Córka. Holandia.

— Żona?

— Była.

— Czyli oboje okazaliśmy się wyjątkowo dobrzy w trwałych związkach.

— Może Szymek miał rację.

Marta zesztywniała.

Imię zawisło między nimi.

Paweł natychmiast pożałował, że je wypowiedział.

— W książce jest prawie wszystko — powiedziała.

— Prawie.

— Nie napisałeś, co było potem.

— Nie było nic.

— Było.

Spojrzał na nią.

— Przez kilka miesięcy byliśmy razem.

Paweł milczał.

— Pamiętam.

— Potem wyjechałeś na studia. Na początku pisałeś. Później coraz rzadziej. A potem przestałeś.

— Wiem.

— Ja też przestałam.

— Wiem.

— I żadnego telefonu przez trzydzieści lat.

— Marta…

— Nie robię ci wyrzutów. Naprawdę. Po prostu zastanawia mnie jedna rzecz.

— Jaka?

Pochyliła się nad stolikiem.

— Dlaczego napisałeś tę książkę teraz?

Paweł pomyślał o zdjęciu znalezionym po śmierci matki.

O twarzy na ekranie laptopa.

O czerwonej wstążce na klamce.

Nie powiedział o niej.

Jeszcze nie.

— Chciałem to domknąć.

Marta bardzo powoli odłożyła filiżankę.

— Nie powinieneś był używać tego słowa.

— Jakiego?

— Domknąć.

Zrobiło mu się zimno.

— Dlaczego?

— Babcia przed śmiercią powiedziała mi coś dziwnego.

Babcia Marty zmarła w 2008 roku.

Paweł wiedział o tym z internetu.

— Co?

— Że niektóre rzeczy można zamknąć tylko wtedy, kiedy nikt więcej o nich nie pamięta.

Paweł spojrzał na leżący na stole telefon.

Jego książkę kupiło ponad osiemdziesiąt tysięcy ludzi.

— To byłaby dość istotna informacja — powiedział.

— Wtedy nie rozumiałam.

— A teraz?

— Teraz osiemdziesiąt tysięcy osób zna imię Szymka.

Paweł poczuł suchość w ustach.

Marta patrzyła na niego.

— Paweł, od kiedy wyszła książka, ludzie zaczęli chodzić do jeziorka.

— Co?

— Czytelnicy. Fani. Robią zdjęcia. Nagrywają filmy. Szukają wiaty.

— Przecież wiata…

— Nie istnieje od lat.

— Właśnie.

— Mimo to niektórzy twierdzą, że ją znaleźli.

Paweł przestał oddychać.

Marta wyjęła telefon.

Otworzyła zdjęcie.

Było nocne.

Słabe.

Zrobione między drzewami.

Na fotografii stała drewniana wiata.

Ta sama.

Paweł poznał przekrzywiony dach.

Słupek.

Ławkę.

A na gałęziach wisiały czerwone wstążki.

— Kto to zrobił?

— Zdjęcie wrzucił jakiś chłopak z Warszawy. Dwa tygodnie temu.

— Fotomontaż.

— Pewnie.

Przesunęła palcem.

Drugie zdjęcie przedstawiało brzeg jeziorka.

Na wodzie stał chłopak.

Nie w wodzie.

Na wodzie.

Tyłem do aparatu.

Długie włosy.

Dżinsowa kurtka.

Paweł odepchnął telefon.

— Nie.

— Wiedziałam, że tak zareagujesz.

— Ktoś robi sobie jaja.

— Też tak mówiłam.

— Bo tak jest.

— W takim razie nie będzie ci przeszkadzało, że jutro wieczorem mam być na spotkaniu.

— Przyjdź.

— Przyjdę.

Popatrzyli na siebie.

I wtedy Marta zrobiła coś, czego się nie spodziewał.

Dotknęła jego dłoni.

— Cieszę się, że wróciłeś.

Paweł poczuł ciepło jej palców.

— Ja też.

— Nawet jeśli jesteś idiotą.

— Oczywiście.

— I napisałeś o mnie bez pozwolenia.

— Zmienię w drugim wydaniu.

— Nie zmieniaj.

Ich dłonie nadal się dotykały.

Paweł zauważył, że Marta patrzy na niego tak samo jak na tamtej starej fotografii.

I pomyślał coś absurdalnego.

Że może trzydzieści lat nie jest przepaścią.

Może jest tylko bardzo długim korytarzem.

Wieczorem odprowadził ją do samochodu.

Przy pożegnaniu pocałowała go w policzek.

— Do jutra, pisarzu.

— Do jutra.

Odjechała.

Paweł długo patrzył za czerwonymi światłami samochodu.

Dopiero kiedy zniknęły, zauważył chłopaka stojącego po drugiej stronie rynku.

Wysoki.

Chudy.

Długie włosy.

Chłopak patrzył prosto na niego.

Paweł zrobił krok.

Tamten odwrócił się i wszedł między ludzi.

— Hej!

Paweł ruszył za nim.

Minął fontannę.

Parę z wózkiem.

Starszego mężczyznę prowadzącego psa.

Chłopak zniknął.

Paweł stał przez chwilę, dysząc.

Potem spojrzał pod nogi.

Na kostce brukowej leżał papierek po lodzie.

Stary.

Wyblakły.

Z nadrukowaną ceną:

4 500 zł

Sprzed denominacji.

Paweł podniósł go.

Z tyłu ktoś napisał długopisem:

JUTRO SIĘ ZOBACZYMY

Rozdział 3. Spotkanie

Biblioteka pękała w szwach.

Dyrektorka powiedziała Pawłowi przed spotkaniem, że nigdy nie widziała czegoś podobnego.

— Mamy sto czterdzieści krzeseł. Dostawiliśmy trzydzieści. Ludzie stoją na korytarzu.

— To przez książkę?

— Nie, przyszli na warsztaty z haftu.

Paweł spojrzał na nią.

Uśmiechnęła się.

— Oczywiście, że przez książkę.

Lubił ją od razu.

Miała około sześćdziesięciu lat i poczucie humoru człowieka, który zbyt długo pracował z ludźmi, żeby nadal wierzyć, że należy traktować ich całkiem serio.

— Zdenerwowany?

— Trochę.

— Przecież odbył pan kilkadziesiąt spotkań.

— Ale nie tutaj.

Zrozumiała.

— To prawda.

Z sali dochodził gwar.

Paweł poprawił koszulę.

Na stoliku leżał stos książek.

Na ścianie wisiał jego portret powiększony tak bardzo, że zaczynał wyglądać jak list gończy.

— Marta już jest? — zapytał.

— Marta…

Dyrektorka uśmiechnęła się znacząco.

— Jest.

— Co?

— Nic.

— Znam ten uśmiech.

— Pochodzę z małego miasta. My tutaj wszyscy mamy taki uśmiech, kiedy wiemy coś wcześniej niż zainteresowany.

— Minęło trzydzieści lat i nic się nie zmieniło.

— Zmieniły się telefony. Plotki zostały.

Weszli.

Oklaski uderzyły w Pawła jak fala.

Przez pierwsze sekundy widział tylko twarze.

Dużo twarzy.

Starsze.

Młode.

Ludzie w jego wieku.

Nastolatki.

Marta siedziała w trzecim rzędzie.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uniosła dłoń.

Paweł usiadł na scenie.

Prowadząca rozpoczęła od pytania o dzieciństwo.

Potem o lata dziewięćdziesiąte.

O pisanie.

O to, czy Łosice są naprawdę takie jak w książce.

Paweł rozluźniał się stopniowo.

Publiczność śmiała się w odpowiednich momentach.

W połowie spotkania ktoś zapytał:

— Czy Szymek istniał naprawdę?

Sala ucichła.

Paweł spojrzał na Martę.

— Tak — powiedział.

Szept przebiegł między ludźmi.

Prowadząca nachyliła się.

— Czyli książka jest oparta na faktach?

— Nie powiedziałem tego.

— Ale Szymek istniał?

— Tak.

— I zginął?

Paweł poczuł, jak stare zimno przesuwa mu się wzdłuż kręgosłupa.

— Tak.

— W jeziorku?

To pytanie zadał ktoś z końca sali.

Młody męski głos.

Paweł spojrzał w tamtą stronę.

Nie widział pytającego.

— Tak — odpowiedział.

— A wrócił?

Kilka osób zaśmiało się.

Paweł nie.

— W książce wrócił.

— Nie pytam o książkę.

Teraz zobaczył.

Ostatni rząd.

Chłopak siedział przy ścianie.

Osiemnaście lat.

Może dziewiętnaście.

Długie ciemne włosy opadające na ramiona.

Czarna koszulka.

Dżinsowa kurtka przewieszona przez oparcie krzesła.

Był zbyt daleko, żeby dobrze widzieć oczy.

Ale Paweł nie potrzebował oczu.

Znał sposób, w jaki chłopak siedział.

Jedna noga wysunięta.

Łokcie na kolanach.

Lekko przechylona głowa.

Świat zwęził się do jednego punktu.

— Paweł? — odezwała się prowadząca.

Chłopak uśmiechnął się.

Paweł poczuł, jak serce wykonuje uderzenie tak mocne, że zabolało.

Szymek.

Nie podobny.

Nie przypominający.

Szymek.

Dokładnie taki, jak miał osiemnaście lat.

Chłopak podniósł rękę.

— Mogę jeszcze jedno?

Prowadząca spojrzała na Pawła.

Ten skinął głową.

— Dlaczego zakończenie jest nieprawdziwe?

W sali zapanowała cisza.

— Słucham?

— Napisał pan, że Szymek odszedł.

Chłopak mówił spokojnie.

— A skąd pan wie?

Paweł nie potrafił odpowiedzieć.

— Może został.

Ktoś z publiczności zachichotał.

Chłopak spojrzał w jego stronę.

Śmiech ucichł.

— Może siedział przez trzydzieści lat i czekał, aż ktoś znowu wypowie jego imię wystarczająco dużo razy.

Paweł wstał.

— Kim jesteś?

Prowadząca wyłączyła mikrofon.

— Panie Pawle…

Chłopak też wstał.

— Naprawdę mnie nie poznajesz?

Marta zerwała się z krzesła.

Paweł zobaczył jej twarz.

Ona również go widziała.

To było najgorsze.

Bo gdyby widział go tylko on, można byłoby jeszcze mówić o traumie.

O sugestii.

O pamięci.

Ale Marta miała twarz osiemnastoletniej dziewczyny, która po raz pierwszy usłyszała głos z jeziorka.

— Szymek — wyszeptała.

Chłopak spojrzał na nią.

Jego uśmiech zmienił się.

Stał się niemal czuły.

— Cześć, Marta.

Krzyk rozległ się z lewej strony sali.

Starsza kobieta zemdlała.

Ludzie wstali.

Ktoś próbował nagrywać telefonem.

Ktoś wołał o karetkę.

Przez kilka sekund zapanował chaos.

Paweł ruszył między krzesłami.

— Szymek!

Chłopak cofał się ku drzwiom.

— Zaczekaj!

Wyszedł na korytarz.

Paweł przepchnął się za nim.

— Stój!

Korytarz był pusty.

Drzwi wejściowe biblioteki otwarte.

Paweł wybiegł na zewnątrz.

Nikogo.

Marta pojawiła się za nim.

— Widziałeś go — powiedział.

— Tak.

— Naprawdę.

— Tak.

— Powiedział do ciebie.

— Tak.

Paweł oparł dłonie o kolana.

— Kurwa.

— Bardzo dojrzałe podsumowanie.

— Masz lepsze?

— Nie.

Za nimi wybiegli ludzie.

— Wszystko w porządku?

— Co się stało?

— Kim był ten chłopak?

— To było ustawione?

Prowadząca patrzyła na Pawła z przerażeniem.

— Zna pan go?

Paweł wyprostował się.

— Nie.

Marta spojrzała na niego.

Skłamał odruchowo.

Jak trzydzieści lat wcześniej.

I natychmiast wiedział, że popełnił błąd.

W tej samej chwili wszystkie telefony zgromadzonych ludzi zapiszczały.

Jeden po drugim.

Powiadomienia.

Ludzie zaczęli patrzeć na ekrany.

— Co jest?

— Dostałam wiadomość…

— Ja też.

— Bez numeru.

Marta wyjęła telefon.

Paweł zrobił to samo.

Na ekranie widniała wiadomość.

Bez nadawcy.

Tylko jedno zdanie:

NIE KŁAM DRUGI RAZ

Tej nocy nie spał.

Marta została z nim w hotelu.

Nie w taki sposób, o jakim zapewne natychmiast pomyślałaby połowa Łosic.

Siedzieli przy małym stoliku, pili whisky z hotelowych szklanek i oglądali nagrania ze spotkania.

Było ich już kilkadziesiąt.

Internet działał szybko.

Za szybko.

Film z pytaniem chłopaka miał trzydzieści tysięcy wyświetleń przed północą.

— Zatrzymaj — powiedziała Marta.

Paweł nacisnął ekran.

Kadr zatrzymał się na chwili, gdy chłopak wstawał.

Marta powiększyła obraz.

Twarz była niewyraźna.

— Jeszcze.

Powiększył.

Piksele.

Rozmycie.

Ale rysy dało się rozpoznać.

— To on — powiedziała.

— Wiem.

— Nie może być.

— Wiem.

Puścili film dalej.

Szymek mówił:

Może siedział przez trzydzieści lat i czekał…

I wtedy Paweł zauważył coś dziwnego.

— Cofnij.

Marta cofnęła.

— Co?

— Ludzie za nim.

Za ostatnim rzędem znajdowało się okno.

W szybie odbijała się sala.

Krzesła.

Lampy.

Ludzie.

Ale miejsce, w którym stał Szymek, było puste.

— Nie odbija się — wyszeptała Marta.

Film leciał.

Szymek wychodził.

A sekundę przed tym, zanim zniknął z kadru, spojrzał bezpośrednio w obiektyw telefonu.

I powiedział coś.

Na sali nikt tego nie słyszał.

Nagranie wychwyciło szept.

Paweł podgłośnił.

— Co powiedział? — zapytała Marta.

Odtworzył ponownie.

Tym razem usłyszeli.

Przyprowadź ją.

Marta pobladła.

— Mnie?

Paweł nie odpowiedział.

Telefon zawibrował.

Nieznany numer.

Wiadomość zawierała zdjęcie.

Jeziorko.

Noc.

Wiata.

A przed nią dwie postaci.

Paweł.

Marta.

Zdjęcie przedstawiało ich jako osiemnastolatków.

Zostało zrobione trzydzieści lat temu.

Paweł nigdy wcześniej go nie widział.

Pod fotografią znajdowały się cztery słowa:

TERAZ DOKOŃCZCIE TĘ HISTORIĘ

Rozdział 4. To, czego nie napisano

Rano Marta powiedziała:

— Muszę ci coś powiedzieć.

Paweł wiedział, że nie spodoba mu się to zdanie.

Ludzie nie zaczynają nim informacji o wygranej na loterii.

Siedzieli przy śniadaniu.

Hotelowa jajecznica miała konsystencję żółtej gąbki.

— Mów.

Marta mieszała kawę.

— Po twoim wyjeździe jeziorko nie uspokoiło się całkiem.

Paweł odłożył widelec.

— Co to znaczy?

— Przez kilka lat nic się nie działo. Potem ktoś zaginął.

— Kto?

— Chłopak z Jeziory. Siedemnaście lat. W 2001 roku.

— Utonął?

— Nie znaleziono go.

Paweł poczuł zimno.

— Następny?

— Dziewczyna w 2007. Potem mężczyzna w 2013.

— Dlaczego mi nie powiedziałaś?

— A jak? Zadzwonić po dwunastu latach i powiedzieć: cześć, pamiętasz przeklęte jeziorko, przy którym zginął twój najlepszy przyjaciel? Chyba znowu zabija ludzi?

— Tak!

— Nie miałam numeru!

— Można było znaleźć!

— Ty mnie znalazłeś wczoraj w minutę!

Zamilkli.

Kelnerka podeszła.

— Kawy?

— Tak — odpowiedzieli jednocześnie.

Kiedy odeszła, Marta roześmiała się nerwowo.

— Nadal świetnie rozwiązujemy konflikty.

Paweł potarł twarz.

— Przepraszam.

— Ja też.

— Co robiono po zaginięciach?

— Policja szukała. Straż. Nurkowie. Nic.

— Wstążki?

Marta spojrzała na niego.

— Wracały.

— Kto je wieszał?

— Nie wiadomo.

— A wiata?

— Rozebrano ją pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Dlatego zdjęcia, które ci pokazywałam, nie mają sensu.

— A miejsce po niej?

— Zarosło.

— Byłaś tam?

— Wiele razy.

— Sama?

— Czasami.

Paweł spojrzał na nią ostro.

— Zwariowałaś?

— Nie ty jeden masz prawo do głupich decyzji.

— Widziałaś coś?

Długo nie odpowiadała.

— Raz.

— Co?

— Ciebie.

Paweł poczuł ucisk w brzuchu.

— Kiedy?

— 2019.

— W 2019 byłem w Lublinie.

— Wiem.

— Więc to nie byłem ja.

— Wiem.

Marta patrzyła w kawę.

— Stałeś przy wodzie. Tyłem. Miałeś osiemnaście lat. Pomyślałam, że oszalałam. Zawołałam cię.

— Odwrócił się?

— Nie.

— Co zrobił?

— Wszedł do wody.

Paweł przypomniał sobie zeszyt Szymka.

Chłopak stojący na brzegu.

Wchodzący do jeziorka bez plusku.

— Powiedziałaś komuś?

— Babcia już nie żyła. Komu miałam powiedzieć?

Paweł wstał.

— Jedziemy.

— Dokąd?

— Do jeziorka.

— Teraz?

— W dzień.

— W książce też byliście przekonani, że w dzień jest bezpiecznie.

Paweł spojrzał na nią.

— Zauważyłem, że nie wszystkie pomysły osiemnastolatków były genialne.

— To pierwszy objaw dojrzałości.

Pojechali.

Droga do Jeziory była węższa, niż zapamiętał.

Albo samochody stały się większe.

Las zaczynał się w tym samym miejscu.

Zatrzymali samochód.

Paweł wysiadł.

Przez chwilę nie mógł ruszyć.

Drzewa.

Zapach żywicy.

Sucha ziemia.

Światło przesączające się między liśćmi.

Trzydzieści lat zniknęło.

— Możemy wrócić — powiedziała Marta.

— Nie.

— Nie musisz niczego udowadniać.

— Muszę.

— Komu?

Paweł spojrzał w las.

— Sobie.

Ruszyli.

Ścieżka prawie zniknęła.

W miejscu dawnej wiaty rosły krzewy i młode brzozy.

Nie było desek.

Nie było słupków.

Nie było śladów ogniska.

— Widzisz? — powiedziała Marta.

Paweł skinął głową.

Jeziorko znajdowało się kilkadziesiąt metrów dalej.

Mniejsze niż w pamięci.

To było rozczarowujące.

Koszmary powinny być ogromne.

Tymczasem tafla miała może kilkadziesiąt metrów szerokości.

Brązowa woda.

Trzciny.

Owady.

— Tutaj — powiedział.

— Tak.

Podeszli bliżej.

Paweł zatrzymał się.

Na gałęzi wisiała czerwona wstążka.

Marta zobaczyła ją chwilę później.

— Wczoraj jej nie było — powiedziała.

— Byłaś tutaj wczoraj?

— Przejeżdżałam rano.

Paweł zdjął wstążkę.

Była mokra.

Przyłożył palce do nosa.

— Czujesz?

Marta powąchała.

— Woda.

— Nie.

Znał ten zapach.

Błoto.

Stara woda.

Wilgotna ziemia spod wiaty.

Wstążka poruszyła się w jego dłoni.

Nie było wiatru.

Puścił ją.

Upadła.

Z jeziorka dobiegł plusk.

Marta ścisnęła jego ramię.

— Paweł.

— Wiem.

Na wodzie pojawiły się kręgi.

Jeden.

Drugi.

Potem w odległości kilkunastu metrów coś wynurzyło się na powierzchnię.

Głowa.

Długie włosy.

Chłopak płynął ku nim.

Paweł cofnął się.

— Szymek!

Marta krzyknęła:

— Nie wołaj!

Za późno.

Chłopak zatrzymał się.

Wstał.

Woda sięgała mu do pasa.

To był on.

Osiemnaście lat.

Twarz dokładnie taka, jak w 1995 roku.

— Cześć — powiedział.

Paweł nie potrafił wydobyć głosu.

Szymek popatrzył na Martę.

— Ładnie się starzejesz.

— Ty za to beznadziejnie — odpowiedziała.

Głos jej drżał.

Szymek roześmiał się.

Ten śmiech.

Paweł poczuł łzy.

— Kim jesteś? — zapytał.

— Znowu to samo.

— Szymek odszedł.

— Napisałeś tak.

— Widziałem.

— Pamiętasz tak.

Szymek zrobił krok.

Woda wokół jego nóg pozostała nieruchoma.

— Czego chcesz?

Chłopak spojrzał na Pawła.

— Chcę wiedzieć, dlaczego skłamałeś.

— O czym?

— O zakończeniu.

— Niczego nie…

Szymek uniósł palec.

— Nie.

I nagle Paweł poczuł ból.