Mroczna strona mojego życia - Anna Makos - ebook
NOWOŚĆ

Mroczna strona mojego życia ebook

Anna Makos

0,0

Opis

Nawet w ciemności można dostrzec światło. Trzeba tylko uwierzyć, że tam jest.

Ona nie ma już siły. Opieka nad chorą, tracącą kontakt z rzeczywistością matką oraz próby pogodzenia pracy z życiem osobistym odbierają jej resztki energii. Przez to ma wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej zatraca siebie.

Gdy w jej domu pojawia się nowa opiekunka, wydaje się, że los wreszcie się do niej uśmiechnął. Jednak cicha, oddana Barbara okazuje się wręcz zbyt idealna... a to wzbudza niepokój.

Pozornie przywróconą równowagę burzy dodatkowo powrót dawnego partnera. Córka schorowanej kobiety nieoczekiwanie zaczyna balansować między potrzebą bliskości a lękiem przed kolejnym zranieniem.

Czy zdoła zaufać sobie na tyle, by wyrwać się z kręgu strachu i zacząć żyć dla siebie?

Anna Makos w swojej książce snuje poruszającą opowieść o odpowiedzialności, trudnych wyborach i granicach psychicznej wytrzymałości. To historia o kobiecej sile oraz intuicji, która nigdy nie milknie – nawet jeśli bardzo staramy się zagłuszyć jej głos.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 262

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dla mo­jej Ma­my,

z po­dzię­ko­wa­nia­mi za wszyst­kie chwi­le spę­dzo­ne ra­zem…

PRO­LOG

– Tyl­ko nie idź w stro­nę świa­tła – sły­sza­łam głos, pa­trząc na sie­bie le­żą­cą na ka­na­pie w sa­lo­nie. Ta­ta sie­dział na fo­te­lu i oglą­dał pro­gno­zę po­go­dy.

– A śnie­gu jak nie by­ło, tak nie ma. Nad­cho­dzą­ca noc bę­dzie rów­nież po­chmur­na. Deszcz omi­nie po­łu­dnio­wo-wschod­nią część kra­ju. Na po­zo­sta­łym ob­sza­rze sła­be opa­dy desz­czu…

Le­ża­łam pod ko­cem, spa­łam. Mo­ja świa­do­mość uno­si­ła się wy­so­ko nad mo­im cia­łem na ka­na­pie. To mo­je świa­do­me „ja” za­wie­szo­ne w po­wie­trzu raz de­li­kat­nie opa­da­ło w dół, a raz uno­si­ło się co­raz wy­żej.

– Tyl­ko nie idź w stro­nę świa­tła – usły­sza­łam i na­tych­miast pod­nio­słam się na ka­na­pie.

– O mat­ko! – krzyk­nę­łam, czu­jąc, że ser­ce bi­je mi jak osza­la­łe.

– Co się sta­ło? – za­py­tał ta­ta, wsta­jąc z fo­te­la.

– Nie wiem, coś dziw­ne­go mi się przy­śni­ło.

– Je­steś ca­ła roz­pa­lo­na! – po­wie­dział, do­ty­ka­jąc mo­je­go czo­ła. – Masz strasz­ną go­rącz­kę!

***

– To był sen? Mia­ła pa­ni wte­dy go­rącz­kę?

Pró­bo­wa­łam wy­tłu­ma­czyć wy­da­rze­nie sprzed lat, któ­re – mi­mo upły­wu cza­su – wciąż tkwi­ło w mo­jej pa­mię­ci. Za każ­dym ra­zem, gdy o tym my­śla­łam, czu­łam ten sam lek­ki nie­po­kój.

– Pew­nie w dzie­ciń­stwie na­czy­ta­łam się Ży­cia po ży­ciu i te­raz mo­ja wy­obraź­nia sza­le­je.

Psy­cho­loż­ka prze­krzy­wi­ła lek­ko gło­wę.

– Czy po­dob­ne zja­wi­ska po­wtó­rzy­ły się w pa­ni ży­ciu?

Za­wa­ha­łam się. Pal­ce mi­mo­wol­nie za­czę­ły ba­wić się bran­so­let­ką.

– Nie… Nie wiem. Chy­ba nie – po­wie­dzia­łam, cho­ciaż sa­ma nie by­łam te­go pew­na. – Ale pod­czas snu mam wra­że­nie, że po­dró­żu­ję.

Unio­sła brwi, a w jej oczach po­ja­wi­ło się za­cie­ka­wie­nie.

– Mo­że pa­ni opi­sać te po­dró­że?

Prze­łknę­łam śli­nę, za­sta­na­wia­jąc się, czy po­win­nam zdra­dzić wię­cej. W koń­cu ode­tchnę­łam głę­biej i pod­ję­łam de­cy­zję.

– Tak. Za­wsze pod­czas ta­kich wy­praw sły­szę od­gło­sy, czu­ję sma­ki i za­pa­chy. Ostat­nio by­łam w ja­kimś mie­ście, chy­ba we Fran­cji. Bru­ko­wa­na uli­ca lśni­ła w za­cho­dzą­cym słoń­cu, a po­wie­trze pach­nia­ło ka­wą i świe­żym pie­czy­wem. Ka­mien­ny tro­tu­ar re­zo­no­wał od­głos mo­ich kro­ków, gdy przy­spie­sza­łam, chcąc zdą­żyć ku­pić pach­ną­ce­go cro­is­san­ta. Zaj­rza­łam do pie­kar­ni, ale ich nie by­ło. Tyl­ko ba­giet­ki.

Za­mil­kłam na chwi­lę, za­my­ślo­na.

– W koń­cu zna­la­złam chaus­sons aux pom­mes. Pięk­ne, zło­ci­ste, pach­ną­ce jabł­ka­mi. Pa­mię­tam, jak wzię­łam wdech, chcąc chło­nąć ten mo­ment. I wte­dy…

Psy­cho­loż­ka na­chy­li­ła się lek­ko do przo­du.

– Tak?

– Po­wie­dzia­łam: „Une de­mi-ba­gu­et­te, s’il vo­us pla­ît!” – rzu­ci­łam od­waż­nie. – Jak­by to by­ło zu­peł­nie na­tu­ral­ne.

Za­miast się uśmiech­nąć, psy­cho­loż­ka przez chwi­lę mil­cza­ła.

– Wy­glą­da na to, że bra­ku­je pa­ni po­dró­ży – za­uwa­ży­ła, uważ­nie mi się przy­glą­da­jąc.

Wes­tchnę­łam i wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Tak. Bar­dzo. Ale w tej chwi­li nie mo­gę so­bie na nie po­zwo­lić. Dla­te­go mam sny. Sma­ku­ję w nich, po­dzi­wiam, czu­ję, jak­bym by­ła tam na­praw­dę. W pew­nym stop­niu re­kom­pen­su­ją mi one rze­czy­wi­stość.

– Czy­li oszu­ku­je pa­ni sie­bie? – Unio­sła brew.

Jej py­ta­nie by­ło jak cios, ale za­miast się zi­ry­to­wać, uśmiech­nę­łam się lek­ko.

– Tak. Z pre­me­dy­ta­cją. I spra­wia mi to ogrom­ną przy­jem­ność.

Psy­cho­loż­ka po­pra­wi­ła su­kien­kę, ale wi­dzia­łam, że nie da mi tak ła­two spo­ko­ju.

– Cza­sem sny są spo­so­bem, w ja­ki umysł ra­dzi so­bie z wy­par­ty­mi wspo­mnie­nia­mi – po­wie­dzia­ła, spo­koj­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. – Mo­że te po­dró­że to coś wię­cej? Mo­że coś, co wy­da­rzy­ło się na­praw­dę?

Ser­ce za­czę­ło mi bić moc­niej. Z ca­łych sił sta­ra­łam się nie od­wró­cić wzro­ku.

– Nie wiem – od­po­wie­dzia­łam, ale ton mo­je­go gło­su zdra­dzał, że się bro­nię. – To tyl­ko sny.

– Mo­że. – Przy­glą­da­ła mi się uważ­nie. – A mo­że pod­świa­do­mość pró­bu­je pa­ni coś po­wie­dzieć? Czy ni­g­dy nie zda­rzy­ło się pa­ni obu­dzić z wra­że­niem, że coś jest nie tak? Że cze­goś pa­ni nie pa­mię­ta?

Czu­łam, jak za­czy­na mi bra­ko­wać po­wie­trza. Za­schło mi w gar­dle.

– Nie – skła­ma­łam.

Zbyt szyb­ko.

Psy­cho­loż­ka unio­sła lek­ko gło­wę, jak­by usły­sza­ła coś wię­cej, niż po­wie­dzia­łam. Przez mo­ment pa­trzy­ła na mnie bez sło­wa.

A po­tem zmie­ni­ła te­mat.

– A jak pa­ni part­ner od­no­si się do tej sy­tu­acji?

Mru­gnę­łam, zbi­ta z tro­pu.

– Ja­kiej?

– Że nie mo­że pa­ni wy­jeż­dżać. Nie iry­tu­je się?

Prze­krzy­wi­łam lek­ko gło­wę.

– Nie, bo sam nie mo­że. Pra­cu­je. Po­za tym… – za­wa­ha­łam się – …roz­sta­li­śmy się.

– Tak, ale z te­go, co pa­mię­tam, spo­tka­li­ście się po­now­nie?

– Tak, wi­dzie­li­śmy się. Ale nie bę­dzie z te­go hap­py en­du.

Psy­cho­loż­ka po­now­nie unio­sła brew i przez chwi­lę mil­cza­ła, jak­by wa­ży­ła sło­wa.

– A pa­ni w ogó­le wie­rzy w hap­py en­dy?

Nie mo­głam się po­wstrzy­mać – mu­sia­łam uką­sić.

– Czy to py­ta­nie te­ra­peu­tycz­ne, czy zwy­kła cie­ka­wość?

Uśmiech­nę­ła się lek­ko.

– Mo­że jed­no i dru­gie. Bo kie­dy pa­ni o tym mó­wi, mam wra­że­nie, że od daw­na wie pa­ni, jak to się skoń­czy. Jak­by każ­de ko­lej­ne zda­rze­nie by­ło tyl­ko po­twier­dze­niem te­go, co już pa­ni za­kła­da.

Zmru­ży­łam oczy.

– Su­ge­ru­je pa­ni, że je­stem prze­wraż­li­wio­na?

– Su­ge­ru­ję, że mo­że pa­ni wca­le nie chce, że­by by­ło ina­czej.

Po­czu­łam w środ­ku dziw­ne ukłu­cie. Nie gniew. Nie iry­ta­cję. Coś, co przy­po­mi­na­ło… nie­po­kój.

Skrzy­żo­wa­łam ra­mio­na.

– Sko­ro tak, to chy­ba nie mam po co tu przy­cho­dzić.

Psy­cho­loż­ka nie wy­glą­da­ła na po­ru­szo­ną.

– Mo­że. Ale przy­szła pa­ni, praw­da?

Pa­trzy­ły­śmy na sie­bie przez chwi­lę. Czu­łam, że po­win­nam od­po­wie­dzieć coś cię­te­go, ale nie mo­głam. W gło­wie mia­łam pust­kę.

W koń­cu się­gnę­ła po no­tes i za­czę­ła coś za­pi­sy­wać.

– W ta­kim ra­zie… na czym chce się pa­ni sku­pić na ko­lej­nej se­sji?

Mo­głam rzu­cić co­kol­wiek. Zno­wu uciec w iro­nię.

Ale za­nim się zo­rien­to­wa­łam, usły­sza­łam wła­sny głos:

– Mo­że na tym, dla­cze­go cią­gle wy­bie­ram coś, co nie ma szans się udać.

Sa­ma sie­bie za­sko­czy­łam tym wy­zna­niem.

Psy­cho­loż­ka spoj­rza­ła na mnie znad no­ta­tek i uśmiech­nę­ła się lek­ko.

– Do­bry po­czą­tek.

CZĘŚĆ I

Roz­dział 1

Po wyj­ściu z ga­bi­ne­tu czu­łam, jak na­pię­cie ści­ska mi klat­kę pier­sio­wą. Po­trze­bo­wa­łam dy­stan­su, po­wie­trza, cze­goś, co od­cią­gnie mnie od te­go wszyst­kie­go. Spo­tka­nie z Jo­lą wy­da­wa­ło się ide­al­nym spo­so­bem na uciecz­kę.

– Wiesz co, ta ka­wa sma­ku­je jak mi­lion do­la­rów… – po­wie­dzia­łam, obej­mu­jąc fi­li­żan­kę dłoń­mi i eks­po­nu­jąc twarz na cie­płe pro­mie­nie słoń­ca.

– Za­wsze sma­ku­je le­piej, kie­dy ktoś po­da – do­da­ła Jo­la z lek­kim uśmie­chem. Przez chwi­lę w mil­cze­niu mie­sza­ła swo­ją ka­wę, jak­by za­sta­na­wia­ła się, czy coś po­wie­dzieć. W koń­cu pod­nio­sła na mnie wzrok. – I jak tam two­ja te­ra­pia?

Za­wa­ha­łam się na uła­mek se­kun­dy, za­nim wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– A daj spo­kój! Nie wiem, za co jej pła­cę. I dla­cze­go jesz­cze z tej far­sy nie zre­zy­gno­wa­łam.

Jo­la zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Je­steś dziś ja­kaś in­na. Coś się sta­ło?

Otwo­rzy­łam usta, ale nie od ra­zu od­po­wie­dzia­łam. W mo­jej gło­wie kłę­bi­ły się ob­ra­zy roz­mo­wy z psy­cho­loż­ką, jej py­ta­nia, na któ­re nie chcia­łam od­po­wia­dać. Przez se­kun­dę za­sta­na­wia­łam się, czy nie ob­ró­cić te­ma­tu w żart, ale za­miast te­go od­wró­ci­łam wzrok na uli­cę.

– Mo­że – po­wie­dzia­łam w koń­cu, si­ląc się na lek­ki ton. – Cza­sem mam wra­że­nie, że ktoś grze­bie mi w gło­wie.

Jo­la odło­ży­ła ły­żecz­kę na spodek.

– W gło­wie?

– I bez­czel­nie w ży­ciu – do­da­łam po chwi­li, spo­glą­da­jąc na nią ką­tem oka.

Uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale nie da­ła się zbyć.

– A o czym tym ra­zem roz­ma­wia­ły­ście?

Wes­tchnę­łam i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Jak zwy­kle o fa­ce­tach.

– Czy dla niej świat krę­ci się tyl­ko wo­kół fa­ce­tów? – Jo­la po­krę­ci­ła gło­wą. – Bez nich jej świat praw­do­po­dob­nie roz­sy­pał­by się w pył.

– Prze­cież nie wszy­scy mu­szą mieć mę­żów, dzie­ci i spo­ty­kać się w nie­dzie­lę na obie­dzie u te­ściów – do­da­łam z nu­tą iry­ta­cji.

– A co, zno­wu na­ma­wia­ła cię do związ­ku?

– Go­rzej! Do ma­cie­rzyń­stwa!

Jo­la aż się za­krztu­si­ła ka­wą.

– W two­im wie­ku?!

– No dzię­ki… – Skrzy­wi­łam się, ale bar­dziej dla żar­tu. To aku­rat ni­g­dy nie by­ło dla mnie pro­ble­mem.

– A co jej od­po­wie­dzia­łaś?

– Że w mo­im wie­ku już się dzie­ci nie ro­dzi. A ona na to, że me­dy­cy­na po­szła do przo­du i że je­dy­na prze­szko­da jest w na­szej gło­wie.

– Kla­syk – rzu­ci­ła z iro­nią Jo­la.

– A po­tem do­da­ła, że mo­że po pro­stu nie chcę.

Jo­la prze­sta­ła się uśmie­chać.

– I co?

Od­wró­ci­łam wzrok.

– Po­wie­dzia­łam jej, że nie je­stem ego­ist­ką. Nie chcę mieć dziec­ka tyl­ko dla­te­go, że­by za­spo­ko­ić swój in­stynkt. Że wczu­łam się w sy­tu­ację mo­je­go ewen­tu­al­ne­go po­tom­ka – je­dy­na­ka, któ­ry nie bę­dzie miał ro­dzeń­stwa, a ja prze­cież nie bę­dę żyć wiecz­nie. Zo­sta­wię je sa­mo na świe­cie w mo­men­cie, gdy do­pie­ro za­cznie wcho­dzić w do­ro­słe ży­cie.

Jo­la mil­cza­ła przez chwi­lę, jak­by wa­ży­ła mo­je sło­wa.

– Moc­ne.

– Bo tak my­ślę. Nie wi­dzę w tym szczę­ścia.

Jo­la wes­tchnę­ła i do­pi­ła ka­wę.

– Wiesz, co mnie za­sta­na­wia?

– Co?

– Dla­cze­go ona tak roz­trzą­sa to, co aku­rat cie­bie nie in­te­re­su­je? Prze­cież po­szłaś do psy­cho­lo­ga w zu­peł­nie in­nej spra­wie, nie?

Wes­tchnę­łam, czu­jąc, jak na­pię­cie znów za­czy­na ro­snąć.

– No tak! Na ko­lej­nym spo­tka­niu wy­mu­szę na niej sku­pie­nie się na tym, co waż­ne dla mnie te­raz. I na pew­no nie jest to za­ło­że­nie ro­dzi­ny.

Spoj­rza­łam na te­le­fon, by spraw­dzić go­dzi­nę.

– Jo­la, prze­pra­szam, mu­szę le­cieć. Ma­mę trze­ba na­kar­mić.

Jo­la przy­glą­da­ła mi się uważ­nie.

– Jak za­wsze, co?

Za­wa­ha­łam się, ale nie od­po­wie­dzia­łam.

– Na ra­zie – po­wie­dzia­łam tyl­ko i szyb­ko do­pi­łam reszt­kę ka­wy.

Od­wra­ca­jąc się, usły­sza­łam jesz­cze, jak Jo­la ci­cho wzdy­cha.

– Na ra­zie…

Roz­dział 2

Nie ra­dzi­łam so­bie z ży­ciem. Z sy­tu­acją, w ja­kiej się zna­la­złam. Z emo­cja­mi, któ­re z każ­dym dniem gro­ma­dzi­ły się jak kurz na sta­rym lu­strze, przy­sła­nia­jąc to, co by­ło kie­dyś.

Wszyst­kie sfe­ry ży­cia za­czę­ły mnie przy­tła­czać. Z każ­dym dniem co­raz bar­dziej. Co­dzien­nie czu­łam, jak coś we mnie pę­ka. Drob­ne, nie­mal nie­zau­wa­żal­ne ry­sy z cza­sem mia­ły za­mie­nić się w głę­bo­kie pęk­nię­cia. Nie znaj­do­wa­łam w so­bie si­ły, by sta­wiać czo­ła ko­lej­nym wy­zwa­niom. A mi­mo to twier­dzi­łam, że je­stem szczę­śli­wa.

Bo by­łam.

Nie wiem, jak to czu­łam, ja­ki wy­miar mia­ło wte­dy szczę­ście, ale by­ło praw­dzi­we. Przy­naj­mniej tak so­bie po­wta­rza­łam. Że in­ni ma­ją go­rzej. Że to, co dzie­je się w mo­im ży­ciu, jest po coś. Jesz­cze nie wiem po co, ale po­win­nam to za­ak­cep­to­wać. Cze­kać. Prze­cze­kać.

Każ­da go­dzi­na wy­rwa­na z dnia peł­ne­go obo­wiąz­ków by­ła dla mnie bło­go­sła­wień­stwem. Mo­ją na­gro­dą. Do­wo­dem, że wciąż mam nad czymś kon­tro­lę. Że wciąż da­ję ra­dę.

Sie­dzia­ły­śmy przy sto­le. Ma­ma z tru­dem uno­si­ła ły­żecz­kę z zu­pą. Trzy­ma­ła ją nie­zgrab­nie, a ja wal­czy­łam ze so­bą, że­by nie prze­jąć łyż­ki i nie kar­mić jej jak dziec­ka.

Ob­ser­wo­wa­łam, jak wal­czy o każ­dy ruch – nie­po­rad­ne unie­sie­nie ły­żecz­ki, krót­ka pau­za, drże­nie dło­ni. Zu­pa le­d­wie się­ga­ła jej ust, kil­ka kro­pel spa­dło na brzeg ta­le­rza.

– Po­móc ci? – za­py­ta­łam, choć zna­łam od­po­wiedź.

Przez chwi­lę mil­cza­ła, jak­by to jed­no py­ta­nie by­ło dla niej cio­sem. Po­tem pod­nio­sła na mnie wzrok – nie­gdyś wy­ra­żał su­ro­wość i si­łę, a te­raz… Sie­dzą­ca na­prze­ciw mnie ko­bie­ta by­ła za­le­d­wie cie­niem sie­bie sprzed lat.

– Sa­ma… – wy­szep­ta­ła ci­cho, ale w jej oczach bły­snę­ła du­ma.

Sa­ma.

To sło­wo by­ło wszyst­kim, co jej zo­sta­ło.

Prze­łknę­łam śli­nę, czu­jąc zna­jo­my ucisk w gar­dle. Psy­cho­loż­ka po­wie­dzia­ła­by pew­nie, że to mo­ment, w któ­rym po­win­nam „na­zwać emo­cję”. Ale ja nie po­trze­bo­wa­łam jej te­ra­pii, że­by wie­dzieć, co czu­ję.

Żal.

Bo wie­dzia­łam, że na­dej­dzie dzień, w któ­rym to „sa­ma” już nie pad­nie.

Po­czu­łam na so­bie spoj­rze­nie ma­my.

– Je­steś smut­na – wy­szep­ta­ła.

Otwo­rzy­łam usta, że­by za­prze­czyć. Po­wie­dzieć to, co za­wsze: „Wszyst­ko w po­rząd­ku”, „Nie martw się”, „To tyl­ko zmę­cze­nie”.

Ale coś mnie po­wstrzy­ma­ło.

Mo­że sło­wa psy­cho­loż­ki. Mo­że to, że przez la­ta zbyt szyb­ko mó­wi­łam: „Wszyst­ko w po­rząd­ku”.

– Tyl­ko zmę­czo­na – od­po­wie­dzia­łam w koń­cu, na­wet nie wiem, czy bar­dziej do niej, czy do sie­bie.

Ma­ma uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale to był ten jej no­wy uśmiech – w któ­rym by­ło wię­cej wy­ro­zu­mia­ło­ści niż si­ły.

I wte­dy, jak echo, w mo­jej gło­wie za­brzmiał głos psy­cho­loż­ki: „Mo­że pa­ni wca­le nie chce, że­by by­ło ina­czej”.

Za­ci­snę­łam pal­ce na kub­ku her­ba­ty.

– Do­koń­czysz zu­pę? – za­py­ta­łam, zmie­nia­jąc te­mat.

Ma­ma spoj­rza­ła na łyż­kę, jak­by oce­nia­ła, czy ma w so­bie jesz­cze wy­star­cza­ją­co si­ły.

– Nie… – po­wie­dzia­ła ci­chut­ko.

– Czy­li Za­pi do­sta­nie ostat­nią łyż­kę.

Pies, jak­by ro­zu­miał, pod­niósł gło­wę i za­ma­chał ogo­nem.

„Mo­że pa­ni wca­le nie chce, że­by by­ło ina­czej”. Mo­że nie chcia­łam. Mo­że na­uczy­łam się żyć w tym za­mro­żo­nym sta­nie, w któ­rym nic się nie dzie­je, bo każ­da zmia­na ozna­cza po­gor­sze­nie.

A mo­że po pro­stu ba­łam się przy­znać, że je­stem prze­ra­żo­na.

W tle sły­chać de­li­kat­ną mu­zy­kę pły­ną­cą z ra­dia. Łu­dzę się, że ma­mie spra­wia przy­jem­ność słu­cha­nie ja­kich­kol­wiek dźwię­ków, ale ona tak na­praw­dę od kil­ku lat ży­je w swo­im świe­cie. Tyl­ko że ja nie wiem, czy ten świat jej się po­do­ba, czy tkwi w nim za­mknię­ta mi­mo wo­li.

Zgod­nie z ry­tu­ałem pies do­stał ostat­nią sym­bo­licz­ną ły­żecz­kę po­sił­ku. Jest szczę­śli­wy, że mo­że uczest­ni­czyć w ży­ciu swo­jej pod­opiecz­nej. Tak, to Za­pi opie­ku­je się swo­ją pa­nią. Obo­je są zży­ci do te­go stop­nia, że pies przej­mu­je emo­cje i za­cho­wa­nia swo­jej wła­ści­ciel­ki. Kie­dy ma­ma nie ma na­stro­ju, on rów­nież wy­da­je się apa­tycz­ny, wy­co­fa­ny, snu­je się po po­ko­ju al­bo za­le­ga na swo­jej ka­na­pie. Kie­dy ma­ma nie ma ape­ty­tu, on rów­nież re­zy­gnu­je ze swo­jej por­cji po­sił­ku.

Za­pi jest człon­kiem na­szej ro­dzi­ny od nie­daw­na. Kie­dy mu­sia­łam uśpić Zu­zię, je­go po­przed­nicz­kę, ma­ma po­pa­dła w otę­pie­nie. Nie wsta­wa­ła z łóż­ka, choć dni by­ły sło­necz­ne i po­win­na mieć wię­cej ener­gii. Nie ja­dła, nie pi­ła. Przez kil­ka dni z ko­lei le­ża­ła w łóż­ku i pa­trzy­ła pu­sto przed sie­bie.

Zu­zia by­ła z na­mi czte­ry la­ta. Cu­dow­na, pu­cha­ta sucz­ka, któ­ra nie mu­sia­ła mó­wić, bo wszyst­ko moż­na by­ło wy­czy­tać w jej cud­nych, mą­drych oczach. Na­wet w swo­jej cho­ro­bie by­ła bar­dzo dziel­na. Dia­gno­za by­ła okrut­na – no­wo­twór trzust­ki. Po­sta­no­wi­łam uśpić ją, jak tyl­ko po­ja­wi się pierw­szy symp­tom cier­pie­nia.

Po jej odej­ściu nie wie­dzia­łam, jak przy­wró­cić ma­mę do funk­cjo­no­wa­nia. Po­my­śla­łam o no­wym psie. Wpraw­dzie dom tęt­nił ży­ciem od ma­łych ko­cich ła­pek, ale jak wi­dać – to nie po­ma­ga­ło.

W dro­dze do schro­ni­ska zma­ga­łam się z lę­kiem na wi­dok zwie­rza­ków za­mknię­tych w klat­kach. Mo­ja wraż­li­wość zo­sta­ła wy­sta­wio­na na po­tęż­ną pró­bę, otrzy­ma­łam so­lid­ną daw­kę sil­nych, ści­ska­ją­cych za ser­ce emo­cji.

Wie­dzia­łam, że chcę ma­łą sucz­kę. By­łam go­to­wa przy­gar­nąć naj­smut­niej­sze oczy w klat­ce. A sta­ło się zu­peł­nie ina­czej.

– O Je­zu! Ja­ki pa­skud­ny! – po­wie­dzia­ła ma­ma, kie­dy zo­ba­czy­ła Za­pie­go, po czym wsta­ła z łóż­ka, uśmiech­nę­ła się i za­czę­ła go gła­skać.

Ule­głam śred­niej wiel­ko­ści psu o po­god­nej oso­bo­wo­ści. Uję­ło mnie to, że nie by­ło mię­dzy na­mi dy­stan­su i świet­nie ba­wi­li­śmy się na traw­ni­ku schro­ni­ska pod­czas spa­ce­ru za­po­znaw­cze­go.

Naj­waż­niej­sze by­ło to, że de­pre­sja ma­my mi­nę­ła w mo­men­cie, kie­dy pies prze­kro­czył próg na­sze­go do­mu. Wie­dzia­łam, że je­go ro­la nie bę­dzie ła­twa, ale zba­wien­na dla ma­my, któ­ra naj­wi­docz­niej by­ła bar­dziej zwią­za­na z psa­mi.

Za­pi do­słow­nie wy­wró­cił dom do gó­ry no­ga­mi. Nie wie­dzia­ły­śmy tyl­ko, że nie to­le­ru­je ko­tów…

Dzie­sięć lat wcze­śniej…

Wszyst­ko wo­kół zbla­dło. Świat się za­trzy­mał, a ja mia­łam wra­że­nie, że prze­sta­ję od­dy­chać.

– Wszyst­ko wska­zu­je na to, że ma­my do czy­nie­nia z al­zhe­ime­rem – po­wie­dzia­ła pa­ni dok­tor, pa­trząc na mnie ze współ­czu­ciem.

Czu­łam, jak po­wo­li roz­ma­zu­je mi się ob­raz przed ocza­mi. Ser­ce bi­ło gdzieś w gar­dle, dło­nie za­czę­ły drżeć. Po­wie­trze na­gle sta­ło się cięż­kie, gę­ste, jak­by wy­peł­nio­ne nie­wy­po­wie­dzia­ny­mi sło­wa­mi.

– Do­brze się pa­ni czu­je? – za­py­ta­ła dok­tor.

– Tak… Nie. To nie­moż­li­we – wy­krztu­si­łam.

– Nie­ste­ty, ba­da­nie MRI nie po­zo­sta­wia złu­dzeń.

– I co te­raz?

– Te­raz włą­czy­my od­po­wied­nie le­ki, któ­re spo­wol­nią roz­wój cho­ro­by.

– Za­trzy­ma­ją?

– Na ja­kiś czas. Przy re­gu­lar­nym sto­so­wa­niu le­ków i sys­te­ma­tycz­nej ak­ty­wi­za­cji cho­ro­ba mo­że po­zo­stać, jak to po­wie­dzieć, uśpio­na. Mu­si się jed­nak pa­ni li­czyć z tym, że bę­dzie stop­nio­wo po­stę­po­wać.

W jed­nej chwi­li los prze­wró­cił mo­je ży­cie do gó­ry no­ga­mi. Ogar­nę­ła mnie pa­ni­ka. Prze­cież ja so­bie nie po­ra­dzę!

– Mu­si się pa­ni przy­go­to­wać na to, że ma­ma bę­dzie co­raz bar­dziej wzbu­rzo­na, a na­wet agre­syw­na. Za­zwy­czaj przy tej cho­ro­bie wy­ostrza­ją się u pa­cjen­tów ich naj­gor­sze ce­chy cha­rak­te­ru – po­wie­dzia­ła le­kar­ka, tym ra­zem uni­ka­jąc mo­je­go wzro­ku.

– Co ja mam te­raz zro­bić? – za­py­ta­łam, czu­jąc się jak bez­rad­ne dziec­ko.

– Naj­le­piej jak naj­szyb­ciej prze­ko­nać ma­mę do wi­zy­ty u psy­chia­try. War­to już te­raz wpro­wa­dzić le­cze­nie an­ty­de­pre­syj­ne. Gdy pa­cjent uświa­da­mia so­bie lu­ki w pa­mię­ci, mo­że po­ja­wić się sil­na fru­stra­cja, któ­ra tyl­ko przy­spie­sza roz­wój cho­ro­by.

Słu­cha­łam, ale czu­łam, że mo­je my­śli od­pły­wa­ją. Jak ja mam to wszyst­ko udźwi­gnąć? Co z mo­ją pra­cą? Co z mo­im ży­ciem? Prze­cież nie dam ra­dy…

Szłam do sa­mo­cho­du jak w tran­sie. Nie wi­dzia­łam lu­dzi, nie sły­sza­łam dźwię­ków. Gdy tyl­ko za­mknę­łam drzwi, łzy za­czę­ły pły­nąć wart­kim stru­mie­niem.

Prze­cież sa­ma so­bie z tym nie po­ra­dzę…

Mu­sia­łam dzia­łać. Coś ro­bić. Wró­ci­łam do do­mu i za­czę­łam sprzą­tać, ukła­dać książ­ki, sor­to­wać do­ku­men­ty – co­kol­wiek, by­le tyl­ko nie my­śleć. Po­trze­bo­wa­łam kon­tro­li nad czymś, choć­by nad po­rząd­kiem na biur­ku, sko­ro nie mia­łam jej nad wła­snym ży­ciem.

Każ­da wol­na chwi­la wy­peł­nia­ła się obo­wiąz­ka­mi. Wma­wia­łam so­bie, że to prag­ma­tyzm, ale w rze­czy­wi­sto­ści był to strach. Im bar­dziej za­ję­ta by­łam pla­no­wa­niem, tym mniej miej­sca zo­sta­wa­ło na lęk.

Ale wie­czo­rem, gdy dom cichł, a ja zo­sta­wa­łam sa­ma ze so­bą, my­śli wra­ca­ły, choć nie pro­si­łam ich o to.

Czy na­praw­dę dam ra­dę?

Roz­dział 3

– Do­bra, ko­niec tych smu­tów – po­wie­dzia­ła Jo­la, prze­su­wa­jąc w mo­ją stro­nę kie­li­szek wi­na. – Wiesz, że naj­lep­szym spo­so­bem na uciecz­kę od pro­ble­mów jest odro­bi­na do­bre­go al­ko­ho­lu i roz­mo­wa z naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką?

Spoj­rza­łam na nią z pół­u­śmie­chem i unio­słam kie­li­szek.

– Niech bę­dzie. Ale tyl­ko je­den.

– Oczy­wi­ście – od­par­ła nie­win­nie. – A po­tem dru­gi.

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Ty to po­tra­fisz czło­wie­ka prze­ko­nać.

– Bo ktoś mu­si – stwier­dzi­ła, uno­sząc swój kie­li­szek. – No to za… uciecz­kę od rze­czy­wi­sto­ści?

Wes­tchnę­łam i stuk­nę­łam swo­im kie­lisz­kiem o jej.

– Za chwi­lo­wą ulgę.

***

Ży­cie to­czy­ło się spo­koj­nie. Emo­cje opa­dły, a ja ucie­kłam w pra­cę. Każ­da do­dat­ko­wa go­dzi­na, każ­dy pro­jekt, każ­de zle­ce­nie mia­ło je­den cel – jak naj­szyb­ciej za­ro­bić pie­nią­dze na re­mont.

No­we me­ble dla ma­my, od­świe­żo­ny ta­ras, no­wa po­ściel, lep­sze oświe­tle­nie. Wszyst­ko dla niej. Wszyst­ko te­raz, bo nie wia­do­mo, ile jesz­cze cza­su świa­do­mo­ści jej zo­sta­ło.

Nie my­śla­łam o so­bie. Nie my­śla­łam o ni­czym in­nym po­za ko­lej­ny­mi pla­na­mi i ko­lej­ny­mi za­da­nia­mi. Im wię­cej obo­wiąz­ków, tym mniej miej­sca na strach.

I tak mi­ja­ły ty­go­dnie, mie­sią­ce, kil­ka lat. Pra­co­wa­łam w śro­do­wi­sku, któ­re by­ło dla mnie przy­ja­zne, wie­dzia­łam, cze­go mo­gę się tu­taj spo­dzie­wać, sta­łam na twar­dym i pew­nym grun­cie. Przy­naj­mniej za­wo­do­wo czu­łam się sta­bil­nie.

Pry­wat­ny grunt był grzą­ski, ru­cho­my, nie­bez­piecz­ny. Ni­g­dy nie wie­dzia­łam, cze­go mo­gę się spo­dzie­wać. Każ­da mi­nu­ta mo­gła być tą ostat­nią. Każ­da by­ła na wa­gę zło­ta. Nie­sa­mo­wi­cie dro­ga i prze­peł­nio­na mo­dli­twą o na­stęp­ną.

Sa­mot­ność za­czę­ła co­raz moc­niej cią­żyć. Wra­ca­łam do pu­ste­go miesz­ka­nia na pię­trze do­mu i czu­łam ten przy­gnia­ta­ją­cy cię­żar – brak roz­mo­wy, brak ra­mion, w któ­re mo­gła­bym się wtu­lić, brak ko­goś, kto po pro­stu po­wie­dział­by „od­pocz­nij, ja się tym zaj­mę”. Ale nie by­ło ni­ko­go. Tyl­ko ja. I mo­ja co­dzien­na wal­ka.

Cza­sa­mi bu­dzi­łam się w środ­ku no­cy z uczu­ciem pa­ni­ki, jak­by wszyst­ko wy­my­ka­ło mi się z rąk. Pa­trzy­łam na te­le­fon, ale nie mia­łam do ko­go za­dzwo­nić. Prze­wi­ja­łam li­stę kon­tak­tów, ale nie by­łam w sta­nie na­pi­sać na­wet krót­kie­go „hej”. Bo co mia­ła­bym po­wie­dzieć? Że nie da­ję ra­dy? Że mam ocho­tę wy­je­chać, zo­sta­wić wszyst­ko i przez chwi­lę po pro­stu nie być? Nikt by te­go nie zro­zu­miał.

Pew­ne­go ra­zu bla­dym świ­tem nie wy­trzy­ma­łam i za­dzwo­ni­łam do przy­ja­ciół­ki.

– Jo­la, spo­tkaj się ze mną, bo zwa­riu­ję…

– Mat­ko! Co się sta­ło?

– Nie wiem – szlo­cha­łam w słu­chaw­kę. – Mam ja­kiś kry­zys.

– Gdzie je­steś?

– W do­mu.

– Za pięt­na­ście mi­nut bę­dę.

Usia­dłam przy sto­le, wpa­tru­jąc się w te­le­fon, jak­bym ocze­ki­wa­ła, że znaj­dę w nim od­po­wie­dzi na wszyst­kie swo­je py­ta­nia. Chwi­lę póź­niej usły­sza­łam dzwo­nek do drzwi. Otwo­rzy­łam bez sło­wa. Jo­la spoj­rza­ła na mnie uważ­nie, a po­tem po pro­stu mnie przy­tu­li­ła.

– No już, spo­koj­nie – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Je­stem.

Szlo­cha­łam w ra­mię mo­jej przy­ja­ciół­ki, a po­win­nam w ra­mię męż­czy­zny. Po­win­nam sły­szeć, że dam ra­dę, bo on jest obok. Że nie je­stem sa­ma, kie­dy się roz­sy­pu­ję.

Jo­la gła­dzi­ła mnie po ple­cach, ale to nie wy­star­cza­ło. Wciąż czu­łam w so­bie pust­kę, któ­rej nie umia­łam na­zwać. Prze­cież wie­dzia­łam, że mam w so­bie si­łę, że po­tra­fię, ale cza­sa­mi wo­la­ła­bym, że­by ktoś mnie wy­rę­czył, choć na chwi­lę.

Chcia­łam usły­szeć, że dzi­siaj jest źle, bo je­stem zmę­czo­na, ale ju­tro bę­dzie no­wy, lep­szy dzień, któ­ry uśmiech­nie się do mnie, kie­dy zo­ba­czę, jak ma­ma roz­po­czy­na swój po­ra­nek. Wte­dy po­czu­ję ulgę. I to bę­dzie na pew­no do­bry dzień.

Tyl­ko że nie wie­dzia­łam, ile ich jesz­cze przede mną.

Roz­dział 4

Ga­bi­net pach­niał la­wen­dą i czymś jesz­cze – mo­że her­ba­tą, mo­że książ­ka­mi. Za­wsze mnie to uspo­ka­ja­ło. Ale dziś nie dzia­ła­ło.

– Wy­glą­da pa­ni na zmę­czo­ną – po­wie­dzia­ła psy­cho­loż­ka, prze­krzy­wia­jąc lek­ko gło­wę.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– A kto nie jest?

– To nie wy­glą­da na zwy­kłe zmę­cze­nie – stwier­dzi­ła ci­cho. – Co pa­nią spro­wa­dza?

Przez chwi­lę wpa­try­wa­łam się w punkt na ścia­nie, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia. Nie chcia­łam mó­wić, ale prze­cież dla­te­go tu przy­szłam.

– Chy­ba już nie da­ję ra­dy – po­wie­dzia­łam w koń­cu. Wy­pro­sto­wa­łam się. – A to do­pie­ro po­czą­tek mo­je­go no­we­go do­świad­cze­nia.

Psy­cho­loż­ka po­pa­trzy­ła na mnie.

– Ma pa­ni ja­kąś ro­dzi­nę, praw­da? – za­py­ta­ła.

– Nie. Nie mam. Ma­ma jest je­dy­ną mo­ją ro­dzi­ną.

Ski­nę­ła gło­wą, jak­by spo­dzie­wa­ła się tej od­po­wie­dzi.

– A przy­ja­cie­le?

– To nie to sa­mo. Ma­ją swo­je ży­cie, swo­je pro­ble­my. Nie chcę ich ob­cią­żać.

– A sie­bie ob­cią­ża pa­ni bez koń­ca – za­uwa­ży­ła ci­cho.

Za­ci­snę­łam usta. Nie zna­la­złam na to od­po­wie­dzi.

– Cza­sa­mi naj­więk­szą si­łą jest po­zwo­lić so­bie na sła­bość – do­da­ła. – Kie­dy ostat­nio po­my­śla­ła pa­ni o so­bie?

Po­chy­li­łam gło­wę, jak­by ze wsty­du.

– Nie pa­mię­tam.

Psy­cho­loż­ka uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale w jej oczach by­ło coś, co spra­wi­ło, że po­czu­łam ucisk w gar­dle.

– Mo­że czas za­cząć. – Mil­cza­łam. – Mam dla pa­ni za­da­nie – po­wie­dzia­ła po chwi­li. – Do na­stęp­nej wi­zy­ty pro­szę zna­leźć w cią­gu dnia cho­ciaż jed­ną chwi­lę dla sie­bie. Co­kol­wiek, co spra­wi pa­ni przy­jem­ność. Mo­że to być ka­wa wy­pi­ta bez po­śpie­chu, pięć mi­nut ci­szy na bal­ko­nie, cie­pła ką­piel. Coś ma­łe­go, ale tyl­ko dla pa­ni.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i od­po­wie­dzia­łam obo­jęt­nie.

– Nie mam na to cza­su.

– Pro­szę spró­bo­wać – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Już jest pa­ni świa­do­ma, jak trud­no to bę­dzie wy­ko­nać.

Pa­trzy­łam na nią, czu­jąc, jak na­ra­sta we mnie sprze­ciw. Prze­cież ja ro­bi­łam coś, co ma mi uspraw­nić ży­cie, czy­li rów­nież coś dla sie­bie. Pra­co­wa­łam, zaj­mo­wa­łam się do­mem, or­ga­ni­zo­wa­łam ży­cie ma­my. A jed­nak… czy na­praw­dę znaj­do­wa­łam choć chwi­lę, że­by po pro­stu być?

Wy­szłam z ga­bi­ne­tu z tym py­ta­niem w gło­wie i nie opusz­cza­ło mnie ono przez resz­tę dnia.

Po­wie­trze na ze­wnątrz wy­da­wa­ło się o wie­le zim­niej­sze, niż kie­dy wcho­dzi­łam. Za­trzy­ma­łam się na chwi­lę, pa­trząc na lu­dzi spie­szą­cych się w róż­nych kie­run­kach. Czu­łam, jak każ­da mi­nu­ta wcią­ga mnie w wir obo­wiąz­ków, któ­re cze­ka­ją na mnie w do­mu. Mu­szę zro­bić za­ku­py, roz­wią­zać ty­siąc spraw, któ­re na­ro­sły przez ca­ły ty­dzień. Gdzie tu miej­sce na mnie?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, jak­bym chcia­ła zrzu­cić z sie­bie to dziw­ne wra­że­nie. Za­ci­snę­łam usta i ru­szy­łam w stro­nę naj­bliż­sze­go skle­pu. Ale coś w środ­ku nie po­zwa­la­ło mi za­po­mnieć o sło­wach te­ra­peut­ki. Chcia­łam je zi­gno­ro­wać, nie wie­rzyć, że są aż tak waż­ne. Że ta „chwi­la dla sie­bie” mo­że zmie­nić co­kol­wiek.

Idąc wol­no, spoj­rza­łam na wi­try­nę ka­wiar­ni po dru­giej stro­nie uli­cy. Tam, przy sto­li­ku w oknie, sie­dzia­ła ko­bie­ta, są­cząc po­wo­li ka­wę. Uśmie­cha­ła się, pa­trząc w dal. Mo­że w tej pro­sto­cie by­ło coś, co nie po­zwa­la­ło mi ode­rwać wzro­ku. I wte­dy po­czu­łam, jak­by ktoś szep­nął mi do ucha, że ta chwi­la, wła­śnie te­raz, mo­gła­by być mo­ją.

Od­wró­ci­łam wzrok, z tru­dem ła­piąc od­dech. Po co my­śleć o ta­kich rze­czach? Prze­cież mam swo­je ży­cie, któ­re trze­ba or­ga­ni­zo­wać. Cho­ciaż… mo­że to nie by­ło­by ta­kie złe, mo­że war­to cho­ciaż spró­bo­wać?

Kro­ki sta­wa­ły się co­raz wol­niej­sze. No­gi pro­wa­dzi­ły mnie w stro­nę ka­wiar­ni, choć wciąż nie by­łam pew­na, czy to do­bry po­mysł.

Ma­łe po­miesz­cze­nie wy­peł­niał aro­mat ka­wy, za­chę­cał do za­ję­cia miej­sca i od­da­nia się za­po­mnie­niu, któ­re trwa­ło­by kil­ka ły­ków. Za­trzy­ma­łam się tuż przy drzwiach, wstrzy­mu­jąc od­dech, jak­by ten za­pach miał w so­bie ja­kąś ma­gię. Chcia­łam te­go… tyl­ko na chwi­lę. Ale wte­dy, jak echo, po­ja­wi­ła się myśl o ma­mie, sa­mej w do­mu. A mo­że już jest głod­na? Czy do­brze się czu­je? Ser­ce za­czę­ło bić szyb­ciej. Wcią­gnę­łam głę­bo­ko po­wie­trze, pró­bu­jąc stłu­mić po­czu­cie wi­ny, któ­re za­le­wa­ło mnie od środ­ka.

Ka­wa ku­si­ła. Mo­je dło­nie za­drża­ły lek­ko. Sia­da­nie przy sto­li­ku, pi­cie bez po­śpie­chu – to mia­ło być ta­kie pro­ste, ale czu­łam, jak­bym w każ­dej mi­nu­cie spę­dzo­nej tu­taj za­nie­dby­wa­ła ma­mę, zo­sta­wia­jąc ją sa­mą. Wy­rzu­ty su­mie­nia za­ci­ska­ły mi żo­łą­dek.

Czy na­praw­dę mo­gę so­bie na to po­zwo­lić? Kie­dy ostat­ni raz mia­łam czas tyl­ko dla sie­bie?

Za­mru­ga­łam ocza­mi, pa­trząc na lu­dzi w ka­wiar­ni. Nie wy­glą­da­li na ta­kich, któ­rych nie stać na chwi­lę re­lak­su. Każ­dy sie­dział spo­koj­nie, po­chła­nia­jąc swój na­pój, a roz­mo­wy pły­nę­ły w tle. A ja? Ja mia­łam po­czu­cie, że coś waż­ne­go cze­ka w do­mu, cze­go nie mo­gę zo­sta­wić. Nie po­tra­fi­łam uwol­nić się od te­go my­śle­nia.

Ale ka­wa… Tyl­ko kil­ka mi­nut! Tyl­ko jed­na, ma­ła ka­wa, a po­tem wró­cę do obo­wiąz­ków. Mo­że to po­zwo­li mi po­czuć się le­piej, cho­ciaż przez chwi­lę.

Pi­łam ją po­wo­li, de­lek­tu­jąc się każ­dym ły­kiem. Aro­mat cze­ko­la­dy i ara­bi­ki otu­lił mnie jak mięk­ka koł­dra, a ja nie chcia­łam te­go koń­czyć. Za­trzy­ma­łam czas na kil­ka chwil, tyl­ko dla sie­bie, bez po­czu­cia wi­ny, choć świa­do­mość, że tak bar­dzo pra­gnę­łam te­go mo­men­tu, nie da­wa­ła mi spo­ko­ju. Wła­śnie te­go bra­ko­wa­ło mi naj­bar­dziej – zwy­kłej chwi­li za­po­mnie­nia.

Z każ­dym ły­kiem wra­ca­ły do mnie my­śli o ma­mie. Co się dzie­je, kie­dy mnie nie ma? Za­wsze tak by­ło – mia­łam po­czu­cie, że nie po­win­nam się za­trzy­my­wać. Wsta­łam, wzię­łam ostat­ni łyk, za­pła­ci­łam i opu­ści­łam ka­wiar­nię.

Zim­ne po­wie­trze ude­rzy­ło od ra­zu, jak­by chcia­ło przy­po­mnieć o tym, co cze­ka mnie w do­mu. Po­spiesz­nie wra­ca­łam; mo­je kro­ki sta­wa­ły się co­raz szyb­sze, a ser­ce za­czę­ło bić moc­niej. Już prze­kra­cza­jąc próg do­mu, po­czu­łam, że coś jest nie tak. Wzrok mo­men­tal­nie przy­cią­gnę­ła sce­na, któ­ra zmro­zi­ła mnie na chwi­lę.

Ma­ma klę­cza­ła na pod­ło­dze. Jej no­gi by­ły cał­ko­wi­cie sztyw­ne, jak­by coś je spa­ra­li­żo­wa­ło. Tkwi­ła tam bez ru­chu, pa­trząc na mnie, bła­ga­jąc ocza­mi o po­moc. Za­trzy­ma­łam się w miej­scu.

– Ma­mo… – po­wie­dzia­łam, ale le­d­wie sły­sza­łam wła­sny głos.

Pod­bie­głam do niej, ukuc­nę­łam obok.

– Ma­mo, co się sta­ło?

Pró­bo­wa­łam ją unieść, ale jej no­gi by­ły zbyt ze­sztyw­nia­łe. Wte­dy pa­nicz­ny strach za­lał mnie cał­ko­wi­cie. Wzię­łam ją de­li­kat­nie za rę­ce, szu­ka­jąc w so­bie si­ły, by po­móc jej wstać. Łzy za­czę­ły ci­snąć mi się do oczu, ale nie mia­łam cza­su na płacz. Mu­sia­łam ją pod­nieść. Mu­sia­łam po­móc.

Czu­łam jej cia­ło, któ­re by­ło zbyt cięż­kie, zbyt sztyw­ne, jak­by nie na­le­ża­ło do niej.

– Ma­mo, pro­szę…

Mo­je rę­ce trzę­sły się z bez­sil­no­ści, a łzy pły­nę­ły stru­mie­nia­mi. Te­go wszyst­kie­go by­ło za du­żo. Za du­żo dla mnie, za du­żo dla niej. Ale mu­sia­łam ja­koś so­bie po­ra­dzić.

Roz­dział 5

Pra­co­wa­łam w ogro­dzie póź­nym po­po­łu­dniem, gdy żar słoń­ca za­czy­nał słab­nąć, a tem­pe­ra­tu­ra sta­wa­ła się bar­dziej zno­śna. Po­chy­lo­na nad kwia­ta­mi, cie­szy­łam się wra­że­niem ulgi – jak­by ro­śli­ny po­tra­fi­ły od­cią­gnąć mo­je my­śli od pro­ble­mów, któ­re nie­ustan­nie krą­ży­ły w gło­wie.

Na­gle usły­sza­łam sza­mo­ta­ni­nę. Krza­ki na­prze­ciw mo­jej po­se­sji po­ru­szy­ły się gwał­tow­nie, jak­by ktoś się z ni­mi si­ło­wał. Na po­cząt­ku po­my­śla­łam, że to tyl­ko wiatr, ale dźwięk się na­si­lił. Ser­ce za­czę­ło bić szyb­ciej.

– Po­mo­cy… – Głos był ci­chy, ale pe­łen de­spe­ra­cji.

Ko­bie­ta pró­bo­wa­ła pod­nieść się z zie­mi. Krew są­czy­ła się z jej czo­ła, a dło­nie by­ły sztyw­ne, jak­by od dłu­go­trwa­łe­go wy­sił­ku. Ob­raz ten spra­wił, że po­czu­łam lo­do­wa­ty ucisk w żo­łąd­ku. Nie tyl­ko krza­ki opla­ta­ły jej cia­ło, ale i chma­ra ko­ma­rów nie­ustan­nie ją ata­ko­wa­ła.

– Spo­koj­nie, za­raz pa­ni po­mo­gę! – po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się brzmieć pew­nie, choć w środ­ku czu­łam na­ra­sta­ją­cą pa­ni­kę.

Pod­bie­głam do niej. By­ła bla­da, a jej od­dech płyt­ki. Pró­bo­wa­ła się pod­nieść, ale ga­łę­zie trzy­ma­ły ją w pu­łap­ce.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­łam, po­chy­la­jąc się nad nią.

Oczy mia­ła za­mglo­ne, twarz wy­krzy­wio­ną bó­lem.

– Cu­krzy­ca… mam cu­krzy­cę… – wy­chry­pia­ła. – Za­sła­błam… osu­nę­łam się… ude­rzy­łam gło­wą o ka­mień…

Wstrzy­ma­łam od­dech. Mu­sia­łam dzia­łać szyb­ko.

– Za­raz za­dzwo­nię po po­moc! – Się­gnę­łam po te­le­fon, sta­ra­jąc się nie my­śleć o tym, jak bar­dzo trzę­są mi się rę­ce. Po­da­łam jej dłoń, pró­bu­jąc po­móc wstać. – Pro­szę się trzy­mać, niech pa­ni nie za­my­ka oczu. Po­go­to­wie już…

– Nie… nie ka­ret­ka… Wo­da… i coś słod­kie­go… – Jej głos le­d­wo do mnie do­cie­rał.

– Okej, okej, wo­da i cu­kier, za­raz coś znaj­dę.

Spoj­rza­ła na mnie zmę­czo­nym wzro­kiem.

– Dzię­ku­ję… bez pa­ni… nie wiem, co by się sta­ło…

– Nie ma za co, ale niech mi pa­ni nie mdle­je…

***

Kil­ka dni póź­niej, kie­dy wra­ca­łam do do­mu, za­uwa­ży­łam ją. Sta­ła przy furt­ce, trzy­ma­jąc w rę­kach bu­kiet świe­żych kwia­tów – ko­bie­ta, któ­rą ura­to­wa­łam kil­ka dni te­mu, oszo­ło­mio­ną, z cu­krzy­cą, z krwa­wią­cym czo­łem. Jej oczy by­ły te­raz peł­ne wdzięcz­no­ści, a uśmiech nie zni­kał z jej twa­rzy.

– Dzień do­bry… – za­czę­ła, nie­co nie­śmia­ło, jak­by nie wie­dzia­ła, jak roz­po­cząć tę roz­mo­wę. – Chcia­łam pa­ni po­dzię­ko­wać. Za to, że mi pa­ni po­mo­gła. Bez pa­ni… nie wiem, co by się ze mną sta­ło.

– Nie ma za co – od­po­wie­dzia­łam, lek­ko za­sko­czo­na jej wi­zy­tą. – To by­ła zwy­kła re­ak­cja. Wie pa­ni, każ­dy z nas mógł­by się zna­leźć w ta­kiej sy­tu­acji.

– Ale to pa­ni by­ła tam, w od­po­wied­nim mo­men­cie. – Spoj­rza­ła na mnie z cie­płym wzro­kiem. – Chcia­łam pa­ni coś przy­nieść, choć wiem, że to nie wy­star­czy, by wy­ra­zić mo­ją wdzięcz­ność.

Pa­trzy­łam na bu­kiet kwia­tów, któ­ry trzy­ma­ła w dło­niach. By­ły to pięk­ne, świe­że ró­że, któ­re od ra­zu po­pra­wia­ły na­strój.

– To bar­dzo mi­łe z pa­ni stro­ny – rze­kłam, uśmie­cha­jąc się. – Mo­że wej­dzie pa­ni na chwi­lę? Za­pra­szam na her­ba­tę. To naj­mniej­sze, co mo­gę zro­bić.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się szcze­rze i po chwi­li we­szła za mną do do­mu. Usia­dła przy sto­le, a ja przy­go­to­wa­łam her­ba­tę. Za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać. Czu­łam, że at­mos­fe­ra jest luź­na, a roz­mo­wa pły­nie na­tu­ral­nie.

W pew­nym mo­men­cie ko­bie­ta za­mil­kła na chwi­lę, a na­stęp­nie po­wie­dzia­ła:

– Wie pa­ni… Po wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło, za­czę­łam my­śleć o tym, jak bar­dzo mo­je ży­cie jest nie­prze­wi­dy­wal­ne. Pra­cu­ję ja­ko opie­kun­ka osób star­szych. Cza­sa­mi czu­ję się, jak­bym nie mia­ła chwi­li dla sie­bie, na nic. Dni mi­ja­ją, a ja tyl­ko ogar­niam in­nych. Chcia­łam po­wie­dzieć, że pa­ni gest był dla mnie jak zba­wie­nie… Jak­by spadł mi z nie­ba ktoś, kto po­mógł mi w naj­trud­niej­szym mo­men­cie.

Pa­trzy­łam na nią, za­sko­czo­na tym wy­zna­niem.

– Tak na­praw­dę to też je­stem w po­dob­nej sy­tu­acji. Mo­ja ma­ma jest star­sza, wy­ma­ga opie­ki, i cza­sem mam wra­że­nie, że ca­ły świat spo­czy­wa na mo­ich bar­kach. To nie jest ła­twe. Ma pa­ni ra­cję, zda­rza się, że bra­ku­je chwi­li na od­dech.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie ze zro­zu­mie­niem.

Za­mil­kły­śmy na chwi­lę, obie po­grą­żo­ne w za­du­mie. W koń­cu ko­bie­ta do­da­ła:

– Mo­że… mo­że ja mo­gła­bym pa­ni po­móc. Wie pa­ni – przy ma­mie. Je­śli tyl­ko chcia­ła­by pa­ni, mo­gła­bym przy­cho­dzić na kil­ka go­dzin w ty­go­dniu. Cho­ciaż tro­chę od­cią­żyć, dać pa­ni czas na od­po­czy­nek, na chwi­lę dla sie­bie.

Mo­je ser­ce za­bi­ło szyb­ciej. Nie spo­dzie­wa­łam się, że roz­mo­wa pój­dzie w tym kie­run­ku, ale po­mysł był dla mnie jak pre­zent od lo­su.

– Na­praw­dę?! – Nie wie­rzy­łam, że to sły­szę. Za­sko­czo­na, ze­rwa­łam się z krze­sła, nie mo­gąc po­wstrzy­mać emo­cji, i uca­ło­wa­łam ją w po­li­czek. – Dzię­ku­ję pa­ni… na­praw­dę dzię­ku­ję! – wy­krztu­si­łam, czu­jąc ogrom­ną ulgę, jak­by spadł ze mnie ca­ły cię­żar dnia.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się, a w jej oczach wi­dać by­ło cie­pło.

– Cie­szę się, że mo­gę po­móc. Każ­dy za­słu­gu­je na chwi­lę wy­tchnie­nia. By­wa, że wy­star­czy ma­ły krok, że­by po­czuć się le­piej.

– To praw­da… Cza­sa­mi czło­wiek ma dość, ale nie znaj­du­je si­ły, że­by pro­sić o po­moc. Dzię­ku­ję za to, że mi ją pa­ni ofe­ru­je. Mo­ja ma­ma bę­dzie w do­brych rę­kach, a ja w koń­cu bę­dę mo­gła tro­chę od­po­cząć.

Roz­dział 6

Ko­bie­ta przy­szła do mnie ra­no, nim wy­szłam do pra­cy. Z po­cząt­ku wszyst­ko wy­da­wa­ło się w po­rząd­ku, jed­nak już po chwi­li po­ja­wi­ło się na­pię­cie. Ma­ma spo­glą­da­ła na nią nie­uf­nie, jak­by nie wie­dzia­ła, cze­go się spo­dzie­wać. Na po­cząt­ku sta­ra­ła się być grzecz­na, ale wi­dać by­ło, że nie jest za­do­wo­lo­na z obec­no­ści ob­cej oso­by w jej do­mu.

– Kto to jest? – spy­ta­ła, marsz­cząc brwi, kie­dy tyl­ko wpro­wa­dzi­łam ko­bie­tę do po­ko­ju.

– To pa­ni Jo­asia, ma­muś. Bę­dzie nam po­ma­gać. Mu­szę mieć po­moc, bo sa­ma już nie da­ję ra­dy – po­wie­dzia­łam ci­cho, sta­ra­jąc się brzmieć spo­koj­nie, choć w środ­ku czu­łam nie­po­kój.

Ma­ma spoj­rza­ła na pa­nią Jo­asię z nie­chę­cią, a po­tem od­wró­ci­ła wzrok i wpa­trzy­ła się w okno. Wie­dzia­łam, że nie bę­dzie ła­two. Za­wsze by­ła oso­bą bar­dzo nie­za­leż­ną, a te­raz – w wy­ni­ku wie­ku i po­gar­sza­ją­ce­go się zdro­wia – czu­ła, że nie ma kon­tro­li nad swo­im ży­ciem. Ob­ca oso­ba w jej prze­strze­ni to dla niej ob­cią­że­nie, nie ulga.

W koń­cu zgo­dzi­ła się, by pa­ni Jo­asia po­mo­gła jej przy co­dzien­nych czyn­no­ściach, ale mi­mo to at­mos­fe­ra po­zo­sta­ła peł­na na­pię­cia. Ma­ma co kil­ka mi­nut wy­da­wa­ła dźwię­ki nie­za­do­wo­le­nia, gdy tyl­ko opie­kun­ka do­tknę­ła jej rę­ki lub spró­bo­wa­ła po­móc przy ubra­niu.

– Tyl­ko niech się pa­ni nie przy­zwy­cza­ja! – mam­ro­ta­ła, pa­trząc na pa­nią Jo­asię gniew­nie. – Ja po­trze­bu­ję tyl­ko mo­jej cór­ki, nie żad­nej ob­cej ko­bie­ty!

Ser­ce mi pę­ka­ło, gdy na to pa­trzy­łam. Wie­dzia­łam, że to dla niej trud­ne, ale jed­no­cze­śnie czu­łam, że nie dam ra­dy dłu­żej dźwi­gać wszyst­kie­go na swo­ich bar­kach. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Mrocz­na stro­na mo­je­go ży­cia

isbn: 978-83-8423-278-1

© An­na Ma­kos i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pio­tro­wicz

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Pau­li­na Ra­dom­ska-Skier­kow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.