Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 262
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla mojej Mamy,
z podziękowaniami za wszystkie chwile spędzone razem…
– Tylko nie idź w stronę światła – słyszałam głos, patrząc na siebie leżącą na kanapie w salonie. Tata siedział na fotelu i oglądał prognozę pogody.
– A śniegu jak nie było, tak nie ma. Nadchodząca noc będzie również pochmurna. Deszcz ominie południowo-wschodnią część kraju. Na pozostałym obszarze słabe opady deszczu…
Leżałam pod kocem, spałam. Moja świadomość unosiła się wysoko nad moim ciałem na kanapie. To moje świadome „ja” zawieszone w powietrzu raz delikatnie opadało w dół, a raz unosiło się coraz wyżej.
– Tylko nie idź w stronę światła – usłyszałam i natychmiast podniosłam się na kanapie.
– O matko! – krzyknęłam, czując, że serce bije mi jak oszalałe.
– Co się stało? – zapytał tata, wstając z fotela.
– Nie wiem, coś dziwnego mi się przyśniło.
– Jesteś cała rozpalona! – powiedział, dotykając mojego czoła. – Masz straszną gorączkę!
***
– To był sen? Miała pani wtedy gorączkę?
Próbowałam wytłumaczyć wydarzenie sprzed lat, które – mimo upływu czasu – wciąż tkwiło w mojej pamięci. Za każdym razem, gdy o tym myślałam, czułam ten sam lekki niepokój.
– Pewnie w dzieciństwie naczytałam się Życia po życiu i teraz moja wyobraźnia szaleje.
Psycholożka przekrzywiła lekko głowę.
– Czy podobne zjawiska powtórzyły się w pani życiu?
Zawahałam się. Palce mimowolnie zaczęły bawić się bransoletką.
– Nie… Nie wiem. Chyba nie – powiedziałam, chociaż sama nie byłam tego pewna. – Ale podczas snu mam wrażenie, że podróżuję.
Uniosła brwi, a w jej oczach pojawiło się zaciekawienie.
– Może pani opisać te podróże?
Przełknęłam ślinę, zastanawiając się, czy powinnam zdradzić więcej. W końcu odetchnęłam głębiej i podjęłam decyzję.
– Tak. Zawsze podczas takich wypraw słyszę odgłosy, czuję smaki i zapachy. Ostatnio byłam w jakimś mieście, chyba we Francji. Brukowana ulica lśniła w zachodzącym słońcu, a powietrze pachniało kawą i świeżym pieczywem. Kamienny trotuar rezonował odgłos moich kroków, gdy przyspieszałam, chcąc zdążyć kupić pachnącego croissanta. Zajrzałam do piekarni, ale ich nie było. Tylko bagietki.
Zamilkłam na chwilę, zamyślona.
– W końcu znalazłam chaussons aux pommes. Piękne, złociste, pachnące jabłkami. Pamiętam, jak wzięłam wdech, chcąc chłonąć ten moment. I wtedy…
Psycholożka nachyliła się lekko do przodu.
– Tak?
– Powiedziałam: „Une demi-baguette, s’il vous plaît!” – rzuciłam odważnie. – Jakby to było zupełnie naturalne.
Zamiast się uśmiechnąć, psycholożka przez chwilę milczała.
– Wygląda na to, że brakuje pani podróży – zauważyła, uważnie mi się przyglądając.
Westchnęłam i wzruszyłam ramionami.
– Tak. Bardzo. Ale w tej chwili nie mogę sobie na nie pozwolić. Dlatego mam sny. Smakuję w nich, podziwiam, czuję, jakbym była tam naprawdę. W pewnym stopniu rekompensują mi one rzeczywistość.
– Czyli oszukuje pani siebie? – Uniosła brew.
Jej pytanie było jak cios, ale zamiast się zirytować, uśmiechnęłam się lekko.
– Tak. Z premedytacją. I sprawia mi to ogromną przyjemność.
Psycholożka poprawiła sukienkę, ale widziałam, że nie da mi tak łatwo spokoju.
– Czasem sny są sposobem, w jaki umysł radzi sobie z wypartymi wspomnieniami – powiedziała, spokojnie dobierając słowa. – Może te podróże to coś więcej? Może coś, co wydarzyło się naprawdę?
Serce zaczęło mi bić mocniej. Z całych sił starałam się nie odwrócić wzroku.
– Nie wiem – odpowiedziałam, ale ton mojego głosu zdradzał, że się bronię. – To tylko sny.
– Może. – Przyglądała mi się uważnie. – A może podświadomość próbuje pani coś powiedzieć? Czy nigdy nie zdarzyło się pani obudzić z wrażeniem, że coś jest nie tak? Że czegoś pani nie pamięta?
Czułam, jak zaczyna mi brakować powietrza. Zaschło mi w gardle.
– Nie – skłamałam.
Zbyt szybko.
Psycholożka uniosła lekko głowę, jakby usłyszała coś więcej, niż powiedziałam. Przez moment patrzyła na mnie bez słowa.
A potem zmieniła temat.
– A jak pani partner odnosi się do tej sytuacji?
Mrugnęłam, zbita z tropu.
– Jakiej?
– Że nie może pani wyjeżdżać. Nie irytuje się?
Przekrzywiłam lekko głowę.
– Nie, bo sam nie może. Pracuje. Poza tym… – zawahałam się – …rozstaliśmy się.
– Tak, ale z tego, co pamiętam, spotkaliście się ponownie?
– Tak, widzieliśmy się. Ale nie będzie z tego happy endu.
Psycholożka ponownie uniosła brew i przez chwilę milczała, jakby ważyła słowa.
– A pani w ogóle wierzy w happy endy?
Nie mogłam się powstrzymać – musiałam ukąsić.
– Czy to pytanie terapeutyczne, czy zwykła ciekawość?
Uśmiechnęła się lekko.
– Może jedno i drugie. Bo kiedy pani o tym mówi, mam wrażenie, że od dawna wie pani, jak to się skończy. Jakby każde kolejne zdarzenie było tylko potwierdzeniem tego, co już pani zakłada.
Zmrużyłam oczy.
– Sugeruje pani, że jestem przewrażliwiona?
– Sugeruję, że może pani wcale nie chce, żeby było inaczej.
Poczułam w środku dziwne ukłucie. Nie gniew. Nie irytację. Coś, co przypominało… niepokój.
Skrzyżowałam ramiona.
– Skoro tak, to chyba nie mam po co tu przychodzić.
Psycholożka nie wyglądała na poruszoną.
– Może. Ale przyszła pani, prawda?
Patrzyłyśmy na siebie przez chwilę. Czułam, że powinnam odpowiedzieć coś ciętego, ale nie mogłam. W głowie miałam pustkę.
W końcu sięgnęła po notes i zaczęła coś zapisywać.
– W takim razie… na czym chce się pani skupić na kolejnej sesji?
Mogłam rzucić cokolwiek. Znowu uciec w ironię.
Ale zanim się zorientowałam, usłyszałam własny głos:
– Może na tym, dlaczego ciągle wybieram coś, co nie ma szans się udać.
Sama siebie zaskoczyłam tym wyznaniem.
Psycholożka spojrzała na mnie znad notatek i uśmiechnęła się lekko.
– Dobry początek.
Po wyjściu z gabinetu czułam, jak napięcie ściska mi klatkę piersiową. Potrzebowałam dystansu, powietrza, czegoś, co odciągnie mnie od tego wszystkiego. Spotkanie z Jolą wydawało się idealnym sposobem na ucieczkę.
– Wiesz co, ta kawa smakuje jak milion dolarów… – powiedziałam, obejmując filiżankę dłońmi i eksponując twarz na ciepłe promienie słońca.
– Zawsze smakuje lepiej, kiedy ktoś poda – dodała Jola z lekkim uśmiechem. Przez chwilę w milczeniu mieszała swoją kawę, jakby zastanawiała się, czy coś powiedzieć. W końcu podniosła na mnie wzrok. – I jak tam twoja terapia?
Zawahałam się na ułamek sekundy, zanim wzruszyłam ramionami.
– A daj spokój! Nie wiem, za co jej płacę. I dlaczego jeszcze z tej farsy nie zrezygnowałam.
Jola zmarszczyła czoło.
– Jesteś dziś jakaś inna. Coś się stało?
Otworzyłam usta, ale nie od razu odpowiedziałam. W mojej głowie kłębiły się obrazy rozmowy z psycholożką, jej pytania, na które nie chciałam odpowiadać. Przez sekundę zastanawiałam się, czy nie obrócić tematu w żart, ale zamiast tego odwróciłam wzrok na ulicę.
– Może – powiedziałam w końcu, siląc się na lekki ton. – Czasem mam wrażenie, że ktoś grzebie mi w głowie.
Jola odłożyła łyżeczkę na spodek.
– W głowie?
– I bezczelnie w życiu – dodałam po chwili, spoglądając na nią kątem oka.
Uśmiechnęła się lekko, ale nie dała się zbyć.
– A o czym tym razem rozmawiałyście?
Westchnęłam i przewróciłam oczami.
– Jak zwykle o facetach.
– Czy dla niej świat kręci się tylko wokół facetów? – Jola pokręciła głową. – Bez nich jej świat prawdopodobnie rozsypałby się w pył.
– Przecież nie wszyscy muszą mieć mężów, dzieci i spotykać się w niedzielę na obiedzie u teściów – dodałam z nutą irytacji.
– A co, znowu namawiała cię do związku?
– Gorzej! Do macierzyństwa!
Jola aż się zakrztusiła kawą.
– W twoim wieku?!
– No dzięki… – Skrzywiłam się, ale bardziej dla żartu. To akurat nigdy nie było dla mnie problemem.
– A co jej odpowiedziałaś?
– Że w moim wieku już się dzieci nie rodzi. A ona na to, że medycyna poszła do przodu i że jedyna przeszkoda jest w naszej głowie.
– Klasyk – rzuciła z ironią Jola.
– A potem dodała, że może po prostu nie chcę.
Jola przestała się uśmiechać.
– I co?
Odwróciłam wzrok.
– Powiedziałam jej, że nie jestem egoistką. Nie chcę mieć dziecka tylko dlatego, żeby zaspokoić swój instynkt. Że wczułam się w sytuację mojego ewentualnego potomka – jedynaka, który nie będzie miał rodzeństwa, a ja przecież nie będę żyć wiecznie. Zostawię je samo na świecie w momencie, gdy dopiero zacznie wchodzić w dorosłe życie.
Jola milczała przez chwilę, jakby ważyła moje słowa.
– Mocne.
– Bo tak myślę. Nie widzę w tym szczęścia.
Jola westchnęła i dopiła kawę.
– Wiesz, co mnie zastanawia?
– Co?
– Dlaczego ona tak roztrząsa to, co akurat ciebie nie interesuje? Przecież poszłaś do psychologa w zupełnie innej sprawie, nie?
Westchnęłam, czując, jak napięcie znów zaczyna rosnąć.
– No tak! Na kolejnym spotkaniu wymuszę na niej skupienie się na tym, co ważne dla mnie teraz. I na pewno nie jest to założenie rodziny.
Spojrzałam na telefon, by sprawdzić godzinę.
– Jola, przepraszam, muszę lecieć. Mamę trzeba nakarmić.
Jola przyglądała mi się uważnie.
– Jak zawsze, co?
Zawahałam się, ale nie odpowiedziałam.
– Na razie – powiedziałam tylko i szybko dopiłam resztkę kawy.
Odwracając się, usłyszałam jeszcze, jak Jola cicho wzdycha.
– Na razie…
Nie radziłam sobie z życiem. Z sytuacją, w jakiej się znalazłam. Z emocjami, które z każdym dniem gromadziły się jak kurz na starym lustrze, przysłaniając to, co było kiedyś.
Wszystkie sfery życia zaczęły mnie przytłaczać. Z każdym dniem coraz bardziej. Codziennie czułam, jak coś we mnie pęka. Drobne, niemal niezauważalne rysy z czasem miały zamienić się w głębokie pęknięcia. Nie znajdowałam w sobie siły, by stawiać czoła kolejnym wyzwaniom. A mimo to twierdziłam, że jestem szczęśliwa.
Bo byłam.
Nie wiem, jak to czułam, jaki wymiar miało wtedy szczęście, ale było prawdziwe. Przynajmniej tak sobie powtarzałam. Że inni mają gorzej. Że to, co dzieje się w moim życiu, jest po coś. Jeszcze nie wiem po co, ale powinnam to zaakceptować. Czekać. Przeczekać.
Każda godzina wyrwana z dnia pełnego obowiązków była dla mnie błogosławieństwem. Moją nagrodą. Dowodem, że wciąż mam nad czymś kontrolę. Że wciąż daję radę.
Siedziałyśmy przy stole. Mama z trudem unosiła łyżeczkę z zupą. Trzymała ją niezgrabnie, a ja walczyłam ze sobą, żeby nie przejąć łyżki i nie karmić jej jak dziecka.
Obserwowałam, jak walczy o każdy ruch – nieporadne uniesienie łyżeczki, krótka pauza, drżenie dłoni. Zupa ledwie sięgała jej ust, kilka kropel spadło na brzeg talerza.
– Pomóc ci? – zapytałam, choć znałam odpowiedź.
Przez chwilę milczała, jakby to jedno pytanie było dla niej ciosem. Potem podniosła na mnie wzrok – niegdyś wyrażał surowość i siłę, a teraz… Siedząca naprzeciw mnie kobieta była zaledwie cieniem siebie sprzed lat.
– Sama… – wyszeptała cicho, ale w jej oczach błysnęła duma.
Sama.
To słowo było wszystkim, co jej zostało.
Przełknęłam ślinę, czując znajomy ucisk w gardle. Psycholożka powiedziałaby pewnie, że to moment, w którym powinnam „nazwać emocję”. Ale ja nie potrzebowałam jej terapii, żeby wiedzieć, co czuję.
Żal.
Bo wiedziałam, że nadejdzie dzień, w którym to „sama” już nie padnie.
Poczułam na sobie spojrzenie mamy.
– Jesteś smutna – wyszeptała.
Otworzyłam usta, żeby zaprzeczyć. Powiedzieć to, co zawsze: „Wszystko w porządku”, „Nie martw się”, „To tylko zmęczenie”.
Ale coś mnie powstrzymało.
Może słowa psycholożki. Może to, że przez lata zbyt szybko mówiłam: „Wszystko w porządku”.
– Tylko zmęczona – odpowiedziałam w końcu, nawet nie wiem, czy bardziej do niej, czy do siebie.
Mama uśmiechnęła się lekko, ale to był ten jej nowy uśmiech – w którym było więcej wyrozumiałości niż siły.
I wtedy, jak echo, w mojej głowie zabrzmiał głos psycholożki: „Może pani wcale nie chce, żeby było inaczej”.
Zacisnęłam palce na kubku herbaty.
– Dokończysz zupę? – zapytałam, zmieniając temat.
Mama spojrzała na łyżkę, jakby oceniała, czy ma w sobie jeszcze wystarczająco siły.
– Nie… – powiedziała cichutko.
– Czyli Zapi dostanie ostatnią łyżkę.
Pies, jakby rozumiał, podniósł głowę i zamachał ogonem.
„Może pani wcale nie chce, żeby było inaczej”. Może nie chciałam. Może nauczyłam się żyć w tym zamrożonym stanie, w którym nic się nie dzieje, bo każda zmiana oznacza pogorszenie.
A może po prostu bałam się przyznać, że jestem przerażona.
W tle słychać delikatną muzykę płynącą z radia. Łudzę się, że mamie sprawia przyjemność słuchanie jakichkolwiek dźwięków, ale ona tak naprawdę od kilku lat żyje w swoim świecie. Tylko że ja nie wiem, czy ten świat jej się podoba, czy tkwi w nim zamknięta mimo woli.
Zgodnie z rytuałem pies dostał ostatnią symboliczną łyżeczkę posiłku. Jest szczęśliwy, że może uczestniczyć w życiu swojej podopiecznej. Tak, to Zapi opiekuje się swoją panią. Oboje są zżyci do tego stopnia, że pies przejmuje emocje i zachowania swojej właścicielki. Kiedy mama nie ma nastroju, on również wydaje się apatyczny, wycofany, snuje się po pokoju albo zalega na swojej kanapie. Kiedy mama nie ma apetytu, on również rezygnuje ze swojej porcji posiłku.
Zapi jest członkiem naszej rodziny od niedawna. Kiedy musiałam uśpić Zuzię, jego poprzedniczkę, mama popadła w otępienie. Nie wstawała z łóżka, choć dni były słoneczne i powinna mieć więcej energii. Nie jadła, nie piła. Przez kilka dni z kolei leżała w łóżku i patrzyła pusto przed siebie.
Zuzia była z nami cztery lata. Cudowna, puchata suczka, która nie musiała mówić, bo wszystko można było wyczytać w jej cudnych, mądrych oczach. Nawet w swojej chorobie była bardzo dzielna. Diagnoza była okrutna – nowotwór trzustki. Postanowiłam uśpić ją, jak tylko pojawi się pierwszy symptom cierpienia.
Po jej odejściu nie wiedziałam, jak przywrócić mamę do funkcjonowania. Pomyślałam o nowym psie. Wprawdzie dom tętnił życiem od małych kocich łapek, ale jak widać – to nie pomagało.
W drodze do schroniska zmagałam się z lękiem na widok zwierzaków zamkniętych w klatkach. Moja wrażliwość została wystawiona na potężną próbę, otrzymałam solidną dawkę silnych, ściskających za serce emocji.
Wiedziałam, że chcę małą suczkę. Byłam gotowa przygarnąć najsmutniejsze oczy w klatce. A stało się zupełnie inaczej.
– O Jezu! Jaki paskudny! – powiedziała mama, kiedy zobaczyła Zapiego, po czym wstała z łóżka, uśmiechnęła się i zaczęła go głaskać.
Uległam średniej wielkości psu o pogodnej osobowości. Ujęło mnie to, że nie było między nami dystansu i świetnie bawiliśmy się na trawniku schroniska podczas spaceru zapoznawczego.
Najważniejsze było to, że depresja mamy minęła w momencie, kiedy pies przekroczył próg naszego domu. Wiedziałam, że jego rola nie będzie łatwa, ale zbawienna dla mamy, która najwidoczniej była bardziej związana z psami.
Zapi dosłownie wywrócił dom do góry nogami. Nie wiedziałyśmy tylko, że nie toleruje kotów…
Wszystko wokół zbladło. Świat się zatrzymał, a ja miałam wrażenie, że przestaję oddychać.
– Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z alzheimerem – powiedziała pani doktor, patrząc na mnie ze współczuciem.
Czułam, jak powoli rozmazuje mi się obraz przed oczami. Serce biło gdzieś w gardle, dłonie zaczęły drżeć. Powietrze nagle stało się ciężkie, gęste, jakby wypełnione niewypowiedzianymi słowami.
– Dobrze się pani czuje? – zapytała doktor.
– Tak… Nie. To niemożliwe – wykrztusiłam.
– Niestety, badanie MRI nie pozostawia złudzeń.
– I co teraz?
– Teraz włączymy odpowiednie leki, które spowolnią rozwój choroby.
– Zatrzymają?
– Na jakiś czas. Przy regularnym stosowaniu leków i systematycznej aktywizacji choroba może pozostać, jak to powiedzieć, uśpiona. Musi się jednak pani liczyć z tym, że będzie stopniowo postępować.
W jednej chwili los przewrócił moje życie do góry nogami. Ogarnęła mnie panika. Przecież ja sobie nie poradzę!
– Musi się pani przygotować na to, że mama będzie coraz bardziej wzburzona, a nawet agresywna. Zazwyczaj przy tej chorobie wyostrzają się u pacjentów ich najgorsze cechy charakteru – powiedziała lekarka, tym razem unikając mojego wzroku.
– Co ja mam teraz zrobić? – zapytałam, czując się jak bezradne dziecko.
– Najlepiej jak najszybciej przekonać mamę do wizyty u psychiatry. Warto już teraz wprowadzić leczenie antydepresyjne. Gdy pacjent uświadamia sobie luki w pamięci, może pojawić się silna frustracja, która tylko przyspiesza rozwój choroby.
Słuchałam, ale czułam, że moje myśli odpływają. Jak ja mam to wszystko udźwignąć? Co z moją pracą? Co z moim życiem? Przecież nie dam rady…
Szłam do samochodu jak w transie. Nie widziałam ludzi, nie słyszałam dźwięków. Gdy tylko zamknęłam drzwi, łzy zaczęły płynąć wartkim strumieniem.
Przecież sama sobie z tym nie poradzę…
Musiałam działać. Coś robić. Wróciłam do domu i zaczęłam sprzątać, układać książki, sortować dokumenty – cokolwiek, byle tylko nie myśleć. Potrzebowałam kontroli nad czymś, choćby nad porządkiem na biurku, skoro nie miałam jej nad własnym życiem.
Każda wolna chwila wypełniała się obowiązkami. Wmawiałam sobie, że to pragmatyzm, ale w rzeczywistości był to strach. Im bardziej zajęta byłam planowaniem, tym mniej miejsca zostawało na lęk.
Ale wieczorem, gdy dom cichł, a ja zostawałam sama ze sobą, myśli wracały, choć nie prosiłam ich o to.
Czy naprawdę dam radę?
– Dobra, koniec tych smutów – powiedziała Jola, przesuwając w moją stronę kieliszek wina. – Wiesz, że najlepszym sposobem na ucieczkę od problemów jest odrobina dobrego alkoholu i rozmowa z najlepszą przyjaciółką?
Spojrzałam na nią z półuśmiechem i uniosłam kieliszek.
– Niech będzie. Ale tylko jeden.
– Oczywiście – odparła niewinnie. – A potem drugi.
Parsknęłam śmiechem.
– Ty to potrafisz człowieka przekonać.
– Bo ktoś musi – stwierdziła, unosząc swój kieliszek. – No to za… ucieczkę od rzeczywistości?
Westchnęłam i stuknęłam swoim kieliszkiem o jej.
– Za chwilową ulgę.
***
Życie toczyło się spokojnie. Emocje opadły, a ja uciekłam w pracę. Każda dodatkowa godzina, każdy projekt, każde zlecenie miało jeden cel – jak najszybciej zarobić pieniądze na remont.
Nowe meble dla mamy, odświeżony taras, nowa pościel, lepsze oświetlenie. Wszystko dla niej. Wszystko teraz, bo nie wiadomo, ile jeszcze czasu świadomości jej zostało.
Nie myślałam o sobie. Nie myślałam o niczym innym poza kolejnymi planami i kolejnymi zadaniami. Im więcej obowiązków, tym mniej miejsca na strach.
I tak mijały tygodnie, miesiące, kilka lat. Pracowałam w środowisku, które było dla mnie przyjazne, wiedziałam, czego mogę się tutaj spodziewać, stałam na twardym i pewnym gruncie. Przynajmniej zawodowo czułam się stabilnie.
Prywatny grunt był grząski, ruchomy, niebezpieczny. Nigdy nie wiedziałam, czego mogę się spodziewać. Każda minuta mogła być tą ostatnią. Każda była na wagę złota. Niesamowicie droga i przepełniona modlitwą o następną.
Samotność zaczęła coraz mocniej ciążyć. Wracałam do pustego mieszkania na piętrze domu i czułam ten przygniatający ciężar – brak rozmowy, brak ramion, w które mogłabym się wtulić, brak kogoś, kto po prostu powiedziałby „odpocznij, ja się tym zajmę”. Ale nie było nikogo. Tylko ja. I moja codzienna walka.
Czasami budziłam się w środku nocy z uczuciem paniki, jakby wszystko wymykało mi się z rąk. Patrzyłam na telefon, ale nie miałam do kogo zadzwonić. Przewijałam listę kontaktów, ale nie byłam w stanie napisać nawet krótkiego „hej”. Bo co miałabym powiedzieć? Że nie daję rady? Że mam ochotę wyjechać, zostawić wszystko i przez chwilę po prostu nie być? Nikt by tego nie zrozumiał.
Pewnego razu bladym świtem nie wytrzymałam i zadzwoniłam do przyjaciółki.
– Jola, spotkaj się ze mną, bo zwariuję…
– Matko! Co się stało?
– Nie wiem – szlochałam w słuchawkę. – Mam jakiś kryzys.
– Gdzie jesteś?
– W domu.
– Za piętnaście minut będę.
Usiadłam przy stole, wpatrując się w telefon, jakbym oczekiwała, że znajdę w nim odpowiedzi na wszystkie swoje pytania. Chwilę później usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam bez słowa. Jola spojrzała na mnie uważnie, a potem po prostu mnie przytuliła.
– No już, spokojnie – powiedziała cicho. – Jestem.
Szlochałam w ramię mojej przyjaciółki, a powinnam w ramię mężczyzny. Powinnam słyszeć, że dam radę, bo on jest obok. Że nie jestem sama, kiedy się rozsypuję.
Jola gładziła mnie po plecach, ale to nie wystarczało. Wciąż czułam w sobie pustkę, której nie umiałam nazwać. Przecież wiedziałam, że mam w sobie siłę, że potrafię, ale czasami wolałabym, żeby ktoś mnie wyręczył, choć na chwilę.
Chciałam usłyszeć, że dzisiaj jest źle, bo jestem zmęczona, ale jutro będzie nowy, lepszy dzień, który uśmiechnie się do mnie, kiedy zobaczę, jak mama rozpoczyna swój poranek. Wtedy poczuję ulgę. I to będzie na pewno dobry dzień.
Tylko że nie wiedziałam, ile ich jeszcze przede mną.
Gabinet pachniał lawendą i czymś jeszcze – może herbatą, może książkami. Zawsze mnie to uspokajało. Ale dziś nie działało.
– Wygląda pani na zmęczoną – powiedziała psycholożka, przekrzywiając lekko głowę.
Wzruszyłam ramionami.
– A kto nie jest?
– To nie wygląda na zwykłe zmęczenie – stwierdziła cicho. – Co panią sprowadza?
Przez chwilę wpatrywałam się w punkt na ścianie, unikając jej spojrzenia. Nie chciałam mówić, ale przecież dlatego tu przyszłam.
– Chyba już nie daję rady – powiedziałam w końcu. Wyprostowałam się. – A to dopiero początek mojego nowego doświadczenia.
Psycholożka popatrzyła na mnie.
– Ma pani jakąś rodzinę, prawda? – zapytała.
– Nie. Nie mam. Mama jest jedyną moją rodziną.
Skinęła głową, jakby spodziewała się tej odpowiedzi.
– A przyjaciele?
– To nie to samo. Mają swoje życie, swoje problemy. Nie chcę ich obciążać.
– A siebie obciąża pani bez końca – zauważyła cicho.
Zacisnęłam usta. Nie znalazłam na to odpowiedzi.
– Czasami największą siłą jest pozwolić sobie na słabość – dodała. – Kiedy ostatnio pomyślała pani o sobie?
Pochyliłam głowę, jakby ze wstydu.
– Nie pamiętam.
Psycholożka uśmiechnęła się lekko, ale w jej oczach było coś, co sprawiło, że poczułam ucisk w gardle.
– Może czas zacząć. – Milczałam. – Mam dla pani zadanie – powiedziała po chwili. – Do następnej wizyty proszę znaleźć w ciągu dnia chociaż jedną chwilę dla siebie. Cokolwiek, co sprawi pani przyjemność. Może to być kawa wypita bez pośpiechu, pięć minut ciszy na balkonie, ciepła kąpiel. Coś małego, ale tylko dla pani.
Wzruszyłam ramionami i odpowiedziałam obojętnie.
– Nie mam na to czasu.
– Proszę spróbować – powiedziała spokojnie. – Już jest pani świadoma, jak trudno to będzie wykonać.
Patrzyłam na nią, czując, jak narasta we mnie sprzeciw. Przecież ja robiłam coś, co ma mi usprawnić życie, czyli również coś dla siebie. Pracowałam, zajmowałam się domem, organizowałam życie mamy. A jednak… czy naprawdę znajdowałam choć chwilę, żeby po prostu być?
Wyszłam z gabinetu z tym pytaniem w głowie i nie opuszczało mnie ono przez resztę dnia.
Powietrze na zewnątrz wydawało się o wiele zimniejsze, niż kiedy wchodziłam. Zatrzymałam się na chwilę, patrząc na ludzi spieszących się w różnych kierunkach. Czułam, jak każda minuta wciąga mnie w wir obowiązków, które czekają na mnie w domu. Muszę zrobić zakupy, rozwiązać tysiąc spraw, które narosły przez cały tydzień. Gdzie tu miejsce na mnie?
Wzruszyłam ramionami, jakbym chciała zrzucić z siebie to dziwne wrażenie. Zacisnęłam usta i ruszyłam w stronę najbliższego sklepu. Ale coś w środku nie pozwalało mi zapomnieć o słowach terapeutki. Chciałam je zignorować, nie wierzyć, że są aż tak ważne. Że ta „chwila dla siebie” może zmienić cokolwiek.
Idąc wolno, spojrzałam na witrynę kawiarni po drugiej stronie ulicy. Tam, przy stoliku w oknie, siedziała kobieta, sącząc powoli kawę. Uśmiechała się, patrząc w dal. Może w tej prostocie było coś, co nie pozwalało mi oderwać wzroku. I wtedy poczułam, jakby ktoś szepnął mi do ucha, że ta chwila, właśnie teraz, mogłaby być moją.
Odwróciłam wzrok, z trudem łapiąc oddech. Po co myśleć o takich rzeczach? Przecież mam swoje życie, które trzeba organizować. Chociaż… może to nie byłoby takie złe, może warto chociaż spróbować?
Kroki stawały się coraz wolniejsze. Nogi prowadziły mnie w stronę kawiarni, choć wciąż nie byłam pewna, czy to dobry pomysł.
Małe pomieszczenie wypełniał aromat kawy, zachęcał do zajęcia miejsca i oddania się zapomnieniu, które trwałoby kilka łyków. Zatrzymałam się tuż przy drzwiach, wstrzymując oddech, jakby ten zapach miał w sobie jakąś magię. Chciałam tego… tylko na chwilę. Ale wtedy, jak echo, pojawiła się myśl o mamie, samej w domu. A może już jest głodna? Czy dobrze się czuje? Serce zaczęło bić szybciej. Wciągnęłam głęboko powietrze, próbując stłumić poczucie winy, które zalewało mnie od środka.
Kawa kusiła. Moje dłonie zadrżały lekko. Siadanie przy stoliku, picie bez pośpiechu – to miało być takie proste, ale czułam, jakbym w każdej minucie spędzonej tutaj zaniedbywała mamę, zostawiając ją samą. Wyrzuty sumienia zaciskały mi żołądek.
Czy naprawdę mogę sobie na to pozwolić? Kiedy ostatni raz miałam czas tylko dla siebie?
Zamrugałam oczami, patrząc na ludzi w kawiarni. Nie wyglądali na takich, których nie stać na chwilę relaksu. Każdy siedział spokojnie, pochłaniając swój napój, a rozmowy płynęły w tle. A ja? Ja miałam poczucie, że coś ważnego czeka w domu, czego nie mogę zostawić. Nie potrafiłam uwolnić się od tego myślenia.
Ale kawa… Tylko kilka minut! Tylko jedna, mała kawa, a potem wrócę do obowiązków. Może to pozwoli mi poczuć się lepiej, chociaż przez chwilę.
Piłam ją powoli, delektując się każdym łykiem. Aromat czekolady i arabiki otulił mnie jak miękka kołdra, a ja nie chciałam tego kończyć. Zatrzymałam czas na kilka chwil, tylko dla siebie, bez poczucia winy, choć świadomość, że tak bardzo pragnęłam tego momentu, nie dawała mi spokoju. Właśnie tego brakowało mi najbardziej – zwykłej chwili zapomnienia.
Z każdym łykiem wracały do mnie myśli o mamie. Co się dzieje, kiedy mnie nie ma? Zawsze tak było – miałam poczucie, że nie powinnam się zatrzymywać. Wstałam, wzięłam ostatni łyk, zapłaciłam i opuściłam kawiarnię.
Zimne powietrze uderzyło od razu, jakby chciało przypomnieć o tym, co czeka mnie w domu. Pospiesznie wracałam; moje kroki stawały się coraz szybsze, a serce zaczęło bić mocniej. Już przekraczając próg domu, poczułam, że coś jest nie tak. Wzrok momentalnie przyciągnęła scena, która zmroziła mnie na chwilę.
Mama klęczała na podłodze. Jej nogi były całkowicie sztywne, jakby coś je sparaliżowało. Tkwiła tam bez ruchu, patrząc na mnie, błagając oczami o pomoc. Zatrzymałam się w miejscu.
– Mamo… – powiedziałam, ale ledwie słyszałam własny głos.
Podbiegłam do niej, ukucnęłam obok.
– Mamo, co się stało?
Próbowałam ją unieść, ale jej nogi były zbyt zesztywniałe. Wtedy paniczny strach zalał mnie całkowicie. Wzięłam ją delikatnie za ręce, szukając w sobie siły, by pomóc jej wstać. Łzy zaczęły cisnąć mi się do oczu, ale nie miałam czasu na płacz. Musiałam ją podnieść. Musiałam pomóc.
Czułam jej ciało, które było zbyt ciężkie, zbyt sztywne, jakby nie należało do niej.
– Mamo, proszę…
Moje ręce trzęsły się z bezsilności, a łzy płynęły strumieniami. Tego wszystkiego było za dużo. Za dużo dla mnie, za dużo dla niej. Ale musiałam jakoś sobie poradzić.
Pracowałam w ogrodzie późnym popołudniem, gdy żar słońca zaczynał słabnąć, a temperatura stawała się bardziej znośna. Pochylona nad kwiatami, cieszyłam się wrażeniem ulgi – jakby rośliny potrafiły odciągnąć moje myśli od problemów, które nieustannie krążyły w głowie.
Nagle usłyszałam szamotaninę. Krzaki naprzeciw mojej posesji poruszyły się gwałtownie, jakby ktoś się z nimi siłował. Na początku pomyślałam, że to tylko wiatr, ale dźwięk się nasilił. Serce zaczęło bić szybciej.
– Pomocy… – Głos był cichy, ale pełen desperacji.
Kobieta próbowała podnieść się z ziemi. Krew sączyła się z jej czoła, a dłonie były sztywne, jakby od długotrwałego wysiłku. Obraz ten sprawił, że poczułam lodowaty ucisk w żołądku. Nie tylko krzaki oplatały jej ciało, ale i chmara komarów nieustannie ją atakowała.
– Spokojnie, zaraz pani pomogę! – powiedziałam, starając się brzmieć pewnie, choć w środku czułam narastającą panikę.
Podbiegłam do niej. Była blada, a jej oddech płytki. Próbowała się podnieść, ale gałęzie trzymały ją w pułapce.
– Co się stało? – zapytałam, pochylając się nad nią.
Oczy miała zamglone, twarz wykrzywioną bólem.
– Cukrzyca… mam cukrzycę… – wychrypiała. – Zasłabłam… osunęłam się… uderzyłam głową o kamień…
Wstrzymałam oddech. Musiałam działać szybko.
– Zaraz zadzwonię po pomoc! – Sięgnęłam po telefon, starając się nie myśleć o tym, jak bardzo trzęsą mi się ręce. Podałam jej dłoń, próbując pomóc wstać. – Proszę się trzymać, niech pani nie zamyka oczu. Pogotowie już…
– Nie… nie karetka… Woda… i coś słodkiego… – Jej głos ledwo do mnie docierał.
– Okej, okej, woda i cukier, zaraz coś znajdę.
Spojrzała na mnie zmęczonym wzrokiem.
– Dziękuję… bez pani… nie wiem, co by się stało…
– Nie ma za co, ale niech mi pani nie mdleje…
***
Kilka dni później, kiedy wracałam do domu, zauważyłam ją. Stała przy furtce, trzymając w rękach bukiet świeżych kwiatów – kobieta, którą uratowałam kilka dni temu, oszołomioną, z cukrzycą, z krwawiącym czołem. Jej oczy były teraz pełne wdzięczności, a uśmiech nie znikał z jej twarzy.
– Dzień dobry… – zaczęła, nieco nieśmiało, jakby nie wiedziała, jak rozpocząć tę rozmowę. – Chciałam pani podziękować. Za to, że mi pani pomogła. Bez pani… nie wiem, co by się ze mną stało.
– Nie ma za co – odpowiedziałam, lekko zaskoczona jej wizytą. – To była zwykła reakcja. Wie pani, każdy z nas mógłby się znaleźć w takiej sytuacji.
– Ale to pani była tam, w odpowiednim momencie. – Spojrzała na mnie z ciepłym wzrokiem. – Chciałam pani coś przynieść, choć wiem, że to nie wystarczy, by wyrazić moją wdzięczność.
Patrzyłam na bukiet kwiatów, który trzymała w dłoniach. Były to piękne, świeże róże, które od razu poprawiały nastrój.
– To bardzo miłe z pani strony – rzekłam, uśmiechając się. – Może wejdzie pani na chwilę? Zapraszam na herbatę. To najmniejsze, co mogę zrobić.
Kobieta uśmiechnęła się szczerze i po chwili weszła za mną do domu. Usiadła przy stole, a ja przygotowałam herbatę. Zaczęłyśmy rozmawiać. Czułam, że atmosfera jest luźna, a rozmowa płynie naturalnie.
W pewnym momencie kobieta zamilkła na chwilę, a następnie powiedziała:
– Wie pani… Po wszystkim, co się wydarzyło, zaczęłam myśleć o tym, jak bardzo moje życie jest nieprzewidywalne. Pracuję jako opiekunka osób starszych. Czasami czuję się, jakbym nie miała chwili dla siebie, na nic. Dni mijają, a ja tylko ogarniam innych. Chciałam powiedzieć, że pani gest był dla mnie jak zbawienie… Jakby spadł mi z nieba ktoś, kto pomógł mi w najtrudniejszym momencie.
Patrzyłam na nią, zaskoczona tym wyznaniem.
– Tak naprawdę to też jestem w podobnej sytuacji. Moja mama jest starsza, wymaga opieki, i czasem mam wrażenie, że cały świat spoczywa na moich barkach. To nie jest łatwe. Ma pani rację, zdarza się, że brakuje chwili na oddech.
Kobieta spojrzała na mnie ze zrozumieniem.
Zamilkłyśmy na chwilę, obie pogrążone w zadumie. W końcu kobieta dodała:
– Może… może ja mogłabym pani pomóc. Wie pani – przy mamie. Jeśli tylko chciałaby pani, mogłabym przychodzić na kilka godzin w tygodniu. Chociaż trochę odciążyć, dać pani czas na odpoczynek, na chwilę dla siebie.
Moje serce zabiło szybciej. Nie spodziewałam się, że rozmowa pójdzie w tym kierunku, ale pomysł był dla mnie jak prezent od losu.
– Naprawdę?! – Nie wierzyłam, że to słyszę. Zaskoczona, zerwałam się z krzesła, nie mogąc powstrzymać emocji, i ucałowałam ją w policzek. – Dziękuję pani… naprawdę dziękuję! – wykrztusiłam, czując ogromną ulgę, jakby spadł ze mnie cały ciężar dnia.
Kobieta uśmiechnęła się, a w jej oczach widać było ciepło.
– Cieszę się, że mogę pomóc. Każdy zasługuje na chwilę wytchnienia. Bywa, że wystarczy mały krok, żeby poczuć się lepiej.
– To prawda… Czasami człowiek ma dość, ale nie znajduje siły, żeby prosić o pomoc. Dziękuję za to, że mi ją pani oferuje. Moja mama będzie w dobrych rękach, a ja w końcu będę mogła trochę odpocząć.
Kobieta przyszła do mnie rano, nim wyszłam do pracy. Z początku wszystko wydawało się w porządku, jednak już po chwili pojawiło się napięcie. Mama spoglądała na nią nieufnie, jakby nie wiedziała, czego się spodziewać. Na początku starała się być grzeczna, ale widać było, że nie jest zadowolona z obecności obcej osoby w jej domu.
– Kto to jest? – spytała, marszcząc brwi, kiedy tylko wprowadziłam kobietę do pokoju.
– To pani Joasia, mamuś. Będzie nam pomagać. Muszę mieć pomoc, bo sama już nie daję rady – powiedziałam cicho, starając się brzmieć spokojnie, choć w środku czułam niepokój.
Mama spojrzała na panią Joasię z niechęcią, a potem odwróciła wzrok i wpatrzyła się w okno. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Zawsze była osobą bardzo niezależną, a teraz – w wyniku wieku i pogarszającego się zdrowia – czuła, że nie ma kontroli nad swoim życiem. Obca osoba w jej przestrzeni to dla niej obciążenie, nie ulga.
W końcu zgodziła się, by pani Joasia pomogła jej przy codziennych czynnościach, ale mimo to atmosfera pozostała pełna napięcia. Mama co kilka minut wydawała dźwięki niezadowolenia, gdy tylko opiekunka dotknęła jej ręki lub spróbowała pomóc przy ubraniu.
– Tylko niech się pani nie przyzwyczaja! – mamrotała, patrząc na panią Joasię gniewnie. – Ja potrzebuję tylko mojej córki, nie żadnej obcej kobiety!
Serce mi pękało, gdy na to patrzyłam. Wiedziałam, że to dla niej trudne, ale jednocześnie czułam, że nie dam rady dłużej dźwigać wszystkiego na swoich barkach. […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Mroczna strona mojego życia
isbn: 978-83-8423-278-1
© Anna Makos i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Małgorzata Piotrowicz
korekta: Agata Ogórek
okładka: Paulina Radomska-Skierkowska
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
