Mroczna strona mojego życia - Anna Makos - ebook
NOWOŚĆ

Mroczna strona mojego życia ebook

Anna Makos

3,2

Opis

Nawet w ciemności można dostrzec światło. Trzeba tylko uwierzyć, że tam jest.

Ona nie ma już siły. Opieka nad chorą, tracącą kontakt z rzeczywistością matką oraz próby pogodzenia pracy z życiem osobistym odbierają jej resztki energii. Przez to ma wrażenie, że z każdym dniem coraz bardziej zatraca siebie.

Gdy w jej domu pojawia się nowa opiekunka, wydaje się, że los wreszcie się do niej uśmiechnął. Jednak cicha, oddana Barbara okazuje się wręcz zbyt idealna... a to wzbudza niepokój.

Pozornie przywróconą równowagę burzy dodatkowo powrót dawnego partnera. Córka schorowanej kobiety nieoczekiwanie zaczyna balansować między potrzebą bliskości a lękiem przed kolejnym zranieniem.

Czy zdoła zaufać sobie na tyle, by wyrwać się z kręgu strachu i zacząć żyć dla siebie?

Anna Makos w swojej książce snuje poruszającą opowieść o odpowiedzialności, trudnych wyborach i granicach psychicznej wytrzymałości. To historia o kobiecej sile oraz intuicji, która nigdy nie milknie – nawet jeśli bardzo staramy się zagłuszyć jej głos.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 262

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,2 (6 ocen)
1
2
0
3
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
halyna_and_books

Nie oderwiesz się od lektury

„Mroczna strona mojego życia” to książka, która trafia do głowy, myśli i zostaje na długo po przeczytaniu. To nie jest słodka historia. Jest za to bardzo życiowa, otwierająca umysł. Czytając nie raz naszła mnie refleksja nad życiem, nad jego ulotnością.  Ta historia jest przede wszystkim opowieścią o zmęczeniu, które nie jest tylko fizyczne, ale przede wszystkim psychiczne. Pokazuje życie na granicy wytrzymałości, kiedy obowiązki zaczynają odbierać własną tożsamość.  Główna bohaterka balansuje między opieką nad chorą na alzheimera matką, pracą i własnymi emocjami, potrzebami . Najbardziej poruszyło mnie to, jak subtelnie autorka pokazuje, że nawet w największym chaosie można szukać światła, jasnej strony życia, mimo że czasem wydaje się ono bardzo odległe.  W książce pojawia się wątek tajemniczej opiekunki i powrót byłego partnera. Dodają one historii napięcia, ciekawości , powodują snucie domysłów i sprawiają, że nie sposób się oderwać. To nie jest lekka książka, ale zdecydowani...
00

Popularność




Dla mo­jej Ma­my,

z po­dzię­ko­wa­nia­mi za wszyst­kie chwi­le spę­dzo­ne ra­zem…

PRO­LOG

– Tyl­ko nie idź w stro­nę świa­tła – sły­sza­łam głos, pa­trząc na sie­bie le­żą­cą na ka­na­pie w sa­lo­nie. Ta­ta sie­dział na fo­te­lu i oglą­dał pro­gno­zę po­go­dy.

– A śnie­gu jak nie by­ło, tak nie ma. Nad­cho­dzą­ca noc bę­dzie rów­nież po­chmur­na. Deszcz omi­nie po­łu­dnio­wo-wschod­nią część kra­ju. Na po­zo­sta­łym ob­sza­rze sła­be opa­dy desz­czu…

Le­ża­łam pod ko­cem, spa­łam. Mo­ja świa­do­mość uno­si­ła się wy­so­ko nad mo­im cia­łem na ka­na­pie. To mo­je świa­do­me „ja” za­wie­szo­ne w po­wie­trzu raz de­li­kat­nie opa­da­ło w dół, a raz uno­si­ło się co­raz wy­żej.

– Tyl­ko nie idź w stro­nę świa­tła – usły­sza­łam i na­tych­miast pod­nio­słam się na ka­na­pie.

– O mat­ko! – krzyk­nę­łam, czu­jąc, że ser­ce bi­je mi jak osza­la­łe.

– Co się sta­ło? – za­py­tał ta­ta, wsta­jąc z fo­te­la.

– Nie wiem, coś dziw­ne­go mi się przy­śni­ło.

– Je­steś ca­ła roz­pa­lo­na! – po­wie­dział, do­ty­ka­jąc mo­je­go czo­ła. – Masz strasz­ną go­rącz­kę!

***

– To był sen? Mia­ła pa­ni wte­dy go­rącz­kę?

Pró­bo­wa­łam wy­tłu­ma­czyć wy­da­rze­nie sprzed lat, któ­re – mi­mo upły­wu cza­su – wciąż tkwi­ło w mo­jej pa­mię­ci. Za każ­dym ra­zem, gdy o tym my­śla­łam, czu­łam ten sam lek­ki nie­po­kój.

– Pew­nie w dzie­ciń­stwie na­czy­ta­łam się Ży­cia po ży­ciu i te­raz mo­ja wy­obraź­nia sza­le­je.

Psy­cho­loż­ka prze­krzy­wi­ła lek­ko gło­wę.

– Czy po­dob­ne zja­wi­ska po­wtó­rzy­ły się w pa­ni ży­ciu?

Za­wa­ha­łam się. Pal­ce mi­mo­wol­nie za­czę­ły ba­wić się bran­so­let­ką.

– Nie… Nie wiem. Chy­ba nie – po­wie­dzia­łam, cho­ciaż sa­ma nie by­łam te­go pew­na. – Ale pod­czas snu mam wra­że­nie, że po­dró­żu­ję.

Unio­sła brwi, a w jej oczach po­ja­wi­ło się za­cie­ka­wie­nie.

– Mo­że pa­ni opi­sać te po­dró­że?

Prze­łknę­łam śli­nę, za­sta­na­wia­jąc się, czy po­win­nam zdra­dzić wię­cej. W koń­cu ode­tchnę­łam głę­biej i pod­ję­łam de­cy­zję.

– Tak. Za­wsze pod­czas ta­kich wy­praw sły­szę od­gło­sy, czu­ję sma­ki i za­pa­chy. Ostat­nio by­łam w ja­kimś mie­ście, chy­ba we Fran­cji. Bru­ko­wa­na uli­ca lśni­ła w za­cho­dzą­cym słoń­cu, a po­wie­trze pach­nia­ło ka­wą i świe­żym pie­czy­wem. Ka­mien­ny tro­tu­ar re­zo­no­wał od­głos mo­ich kro­ków, gdy przy­spie­sza­łam, chcąc zdą­żyć ku­pić pach­ną­ce­go cro­is­san­ta. Zaj­rza­łam do pie­kar­ni, ale ich nie by­ło. Tyl­ko ba­giet­ki.

Za­mil­kłam na chwi­lę, za­my­ślo­na.

– W koń­cu zna­la­złam chaus­sons aux pom­mes. Pięk­ne, zło­ci­ste, pach­ną­ce jabł­ka­mi. Pa­mię­tam, jak wzię­łam wdech, chcąc chło­nąć ten mo­ment. I wte­dy…

Psy­cho­loż­ka na­chy­li­ła się lek­ko do przo­du.

– Tak?

– Po­wie­dzia­łam: „Une de­mi-ba­gu­et­te, s’il vo­us pla­ît!” – rzu­ci­łam od­waż­nie. – Jak­by to by­ło zu­peł­nie na­tu­ral­ne.

Za­miast się uśmiech­nąć, psy­cho­loż­ka przez chwi­lę mil­cza­ła.

– Wy­glą­da na to, że bra­ku­je pa­ni po­dró­ży – za­uwa­ży­ła, uważ­nie mi się przy­glą­da­jąc.

Wes­tchnę­łam i wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Tak. Bar­dzo. Ale w tej chwi­li nie mo­gę so­bie na nie po­zwo­lić. Dla­te­go mam sny. Sma­ku­ję w nich, po­dzi­wiam, czu­ję, jak­bym by­ła tam na­praw­dę. W pew­nym stop­niu re­kom­pen­su­ją mi one rze­czy­wi­stość.

– Czy­li oszu­ku­je pa­ni sie­bie? – Unio­sła brew.

Jej py­ta­nie by­ło jak cios, ale za­miast się zi­ry­to­wać, uśmiech­nę­łam się lek­ko.

– Tak. Z pre­me­dy­ta­cją. I spra­wia mi to ogrom­ną przy­jem­ność.

Psy­cho­loż­ka po­pra­wi­ła su­kien­kę, ale wi­dzia­łam, że nie da mi tak ła­two spo­ko­ju.

– Cza­sem sny są spo­so­bem, w ja­ki umysł ra­dzi so­bie z wy­par­ty­mi wspo­mnie­nia­mi – po­wie­dzia­ła, spo­koj­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. – Mo­że te po­dró­że to coś wię­cej? Mo­że coś, co wy­da­rzy­ło się na­praw­dę?

Ser­ce za­czę­ło mi bić moc­niej. Z ca­łych sił sta­ra­łam się nie od­wró­cić wzro­ku.

– Nie wiem – od­po­wie­dzia­łam, ale ton mo­je­go gło­su zdra­dzał, że się bro­nię. – To tyl­ko sny.

– Mo­że. – Przy­glą­da­ła mi się uważ­nie. – A mo­że pod­świa­do­mość pró­bu­je pa­ni coś po­wie­dzieć? Czy ni­g­dy nie zda­rzy­ło się pa­ni obu­dzić z wra­że­niem, że coś jest nie tak? Że cze­goś pa­ni nie pa­mię­ta?

Czu­łam, jak za­czy­na mi bra­ko­wać po­wie­trza. Za­schło mi w gar­dle.

– Nie – skła­ma­łam.

Zbyt szyb­ko.

Psy­cho­loż­ka unio­sła lek­ko gło­wę, jak­by usły­sza­ła coś wię­cej, niż po­wie­dzia­łam. Przez mo­ment pa­trzy­ła na mnie bez sło­wa.

A po­tem zmie­ni­ła te­mat.

– A jak pa­ni part­ner od­no­si się do tej sy­tu­acji?

Mru­gnę­łam, zbi­ta z tro­pu.

– Ja­kiej?

– Że nie mo­że pa­ni wy­jeż­dżać. Nie iry­tu­je się?

Prze­krzy­wi­łam lek­ko gło­wę.

– Nie, bo sam nie mo­że. Pra­cu­je. Po­za tym… – za­wa­ha­łam się – …roz­sta­li­śmy się.

– Tak, ale z te­go, co pa­mię­tam, spo­tka­li­ście się po­now­nie?

– Tak, wi­dzie­li­śmy się. Ale nie bę­dzie z te­go hap­py en­du.

Psy­cho­loż­ka po­now­nie unio­sła brew i przez chwi­lę mil­cza­ła, jak­by wa­ży­ła sło­wa.

– A pa­ni w ogó­le wie­rzy w hap­py en­dy?

Nie mo­głam się po­wstrzy­mać – mu­sia­łam uką­sić.

– Czy to py­ta­nie te­ra­peu­tycz­ne, czy zwy­kła cie­ka­wość?

Uśmiech­nę­ła się lek­ko.

– Mo­że jed­no i dru­gie. Bo kie­dy pa­ni o tym mó­wi, mam wra­że­nie, że od daw­na wie pa­ni, jak to się skoń­czy. Jak­by każ­de ko­lej­ne zda­rze­nie by­ło tyl­ko po­twier­dze­niem te­go, co już pa­ni za­kła­da.

Zmru­ży­łam oczy.

– Su­ge­ru­je pa­ni, że je­stem prze­wraż­li­wio­na?

– Su­ge­ru­ję, że mo­że pa­ni wca­le nie chce, że­by by­ło ina­czej.

Po­czu­łam w środ­ku dziw­ne ukłu­cie. Nie gniew. Nie iry­ta­cję. Coś, co przy­po­mi­na­ło… nie­po­kój.

Skrzy­żo­wa­łam ra­mio­na.

– Sko­ro tak, to chy­ba nie mam po co tu przy­cho­dzić.

Psy­cho­loż­ka nie wy­glą­da­ła na po­ru­szo­ną.

– Mo­że. Ale przy­szła pa­ni, praw­da?

Pa­trzy­ły­śmy na sie­bie przez chwi­lę. Czu­łam, że po­win­nam od­po­wie­dzieć coś cię­te­go, ale nie mo­głam. W gło­wie mia­łam pust­kę.

W koń­cu się­gnę­ła po no­tes i za­czę­ła coś za­pi­sy­wać.

– W ta­kim ra­zie… na czym chce się pa­ni sku­pić na ko­lej­nej se­sji?

Mo­głam rzu­cić co­kol­wiek. Zno­wu uciec w iro­nię.

Ale za­nim się zo­rien­to­wa­łam, usły­sza­łam wła­sny głos:

– Mo­że na tym, dla­cze­go cią­gle wy­bie­ram coś, co nie ma szans się udać.

Sa­ma sie­bie za­sko­czy­łam tym wy­zna­niem.

Psy­cho­loż­ka spoj­rza­ła na mnie znad no­ta­tek i uśmiech­nę­ła się lek­ko.

– Do­bry po­czą­tek.

CZĘŚĆ I

Roz­dział 1

Po wyj­ściu z ga­bi­ne­tu czu­łam, jak na­pię­cie ści­ska mi klat­kę pier­sio­wą. Po­trze­bo­wa­łam dy­stan­su, po­wie­trza, cze­goś, co od­cią­gnie mnie od te­go wszyst­kie­go. Spo­tka­nie z Jo­lą wy­da­wa­ło się ide­al­nym spo­so­bem na uciecz­kę.

– Wiesz co, ta ka­wa sma­ku­je jak mi­lion do­la­rów… – po­wie­dzia­łam, obej­mu­jąc fi­li­żan­kę dłoń­mi i eks­po­nu­jąc twarz na cie­płe pro­mie­nie słoń­ca.

– Za­wsze sma­ku­je le­piej, kie­dy ktoś po­da – do­da­ła Jo­la z lek­kim uśmie­chem. Przez chwi­lę w mil­cze­niu mie­sza­ła swo­ją ka­wę, jak­by za­sta­na­wia­ła się, czy coś po­wie­dzieć. W koń­cu pod­nio­sła na mnie wzrok. – I jak tam two­ja te­ra­pia?

Za­wa­ha­łam się na uła­mek se­kun­dy, za­nim wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– A daj spo­kój! Nie wiem, za co jej pła­cę. I dla­cze­go jesz­cze z tej far­sy nie zre­zy­gno­wa­łam.

Jo­la zmarsz­czy­ła czo­ło.

– Je­steś dziś ja­kaś in­na. Coś się sta­ło?

Otwo­rzy­łam usta, ale nie od ra­zu od­po­wie­dzia­łam. W mo­jej gło­wie kłę­bi­ły się ob­ra­zy roz­mo­wy z psy­cho­loż­ką, jej py­ta­nia, na któ­re nie chcia­łam od­po­wia­dać. Przez se­kun­dę za­sta­na­wia­łam się, czy nie ob­ró­cić te­ma­tu w żart, ale za­miast te­go od­wró­ci­łam wzrok na uli­cę.

– Mo­że – po­wie­dzia­łam w koń­cu, si­ląc się na lek­ki ton. – Cza­sem mam wra­że­nie, że ktoś grze­bie mi w gło­wie.

Jo­la odło­ży­ła ły­żecz­kę na spodek.

– W gło­wie?

– I bez­czel­nie w ży­ciu – do­da­łam po chwi­li, spo­glą­da­jąc na nią ką­tem oka.

Uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale nie da­ła się zbyć.

– A o czym tym ra­zem roz­ma­wia­ły­ście?

Wes­tchnę­łam i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Jak zwy­kle o fa­ce­tach.

– Czy dla niej świat krę­ci się tyl­ko wo­kół fa­ce­tów? – Jo­la po­krę­ci­ła gło­wą. – Bez nich jej świat praw­do­po­dob­nie roz­sy­pał­by się w pył.

– Prze­cież nie wszy­scy mu­szą mieć mę­żów, dzie­ci i spo­ty­kać się w nie­dzie­lę na obie­dzie u te­ściów – do­da­łam z nu­tą iry­ta­cji.

– A co, zno­wu na­ma­wia­ła cię do związ­ku?

– Go­rzej! Do ma­cie­rzyń­stwa!

Jo­la aż się za­krztu­si­ła ka­wą.

– W two­im wie­ku?!

– No dzię­ki… – Skrzy­wi­łam się, ale bar­dziej dla żar­tu. To aku­rat ni­g­dy nie by­ło dla mnie pro­ble­mem.

– A co jej od­po­wie­dzia­łaś?

– Że w mo­im wie­ku już się dzie­ci nie ro­dzi. A ona na to, że me­dy­cy­na po­szła do przo­du i że je­dy­na prze­szko­da jest w na­szej gło­wie.

– Kla­syk – rzu­ci­ła z iro­nią Jo­la.

– A po­tem do­da­ła, że mo­że po pro­stu nie chcę.

Jo­la prze­sta­ła się uśmie­chać.

– I co?

Od­wró­ci­łam wzrok.

– Po­wie­dzia­łam jej, że nie je­stem ego­ist­ką. Nie chcę mieć dziec­ka tyl­ko dla­te­go, że­by za­spo­ko­ić swój in­stynkt. Że wczu­łam się w sy­tu­ację mo­je­go ewen­tu­al­ne­go po­tom­ka – je­dy­na­ka, któ­ry nie bę­dzie miał ro­dzeń­stwa, a ja prze­cież nie bę­dę żyć wiecz­nie. Zo­sta­wię je sa­mo na świe­cie w mo­men­cie, gdy do­pie­ro za­cznie wcho­dzić w do­ro­słe ży­cie.

Jo­la mil­cza­ła przez chwi­lę, jak­by wa­ży­ła mo­je sło­wa.

– Moc­ne.

– Bo tak my­ślę. Nie wi­dzę w tym szczę­ścia.

Jo­la wes­tchnę­ła i do­pi­ła ka­wę.

– Wiesz, co mnie za­sta­na­wia?

– Co?

– Dla­cze­go ona tak roz­trzą­sa to, co aku­rat cie­bie nie in­te­re­su­je? Prze­cież po­szłaś do psy­cho­lo­ga w zu­peł­nie in­nej spra­wie, nie?

Wes­tchnę­łam, czu­jąc, jak na­pię­cie znów za­czy­na ro­snąć.

– No tak! Na ko­lej­nym spo­tka­niu wy­mu­szę na niej sku­pie­nie się na tym, co waż­ne dla mnie te­raz. I na pew­no nie jest to za­ło­że­nie ro­dzi­ny.

Spoj­rza­łam na te­le­fon, by spraw­dzić go­dzi­nę.

– Jo­la, prze­pra­szam, mu­szę le­cieć. Ma­mę trze­ba na­kar­mić.

Jo­la przy­glą­da­ła mi się uważ­nie.

– Jak za­wsze, co?

Za­wa­ha­łam się, ale nie od­po­wie­dzia­łam.

– Na ra­zie – po­wie­dzia­łam tyl­ko i szyb­ko do­pi­łam reszt­kę ka­wy.

Od­wra­ca­jąc się, usły­sza­łam jesz­cze, jak Jo­la ci­cho wzdy­cha.

– Na ra­zie…

Roz­dział 2

Nie ra­dzi­łam so­bie z ży­ciem. Z sy­tu­acją, w ja­kiej się zna­la­złam. Z emo­cja­mi, któ­re z każ­dym dniem gro­ma­dzi­ły się jak kurz na sta­rym lu­strze, przy­sła­nia­jąc to, co by­ło kie­dyś.

Wszyst­kie sfe­ry ży­cia za­czę­ły mnie przy­tła­czać. Z każ­dym dniem co­raz bar­dziej. Co­dzien­nie czu­łam, jak coś we mnie pę­ka. Drob­ne, nie­mal nie­zau­wa­żal­ne ry­sy z cza­sem mia­ły za­mie­nić się w głę­bo­kie pęk­nię­cia. Nie znaj­do­wa­łam w so­bie si­ły, by sta­wiać czo­ła ko­lej­nym wy­zwa­niom. A mi­mo to twier­dzi­łam, że je­stem szczę­śli­wa.

Bo by­łam.

Nie wiem, jak to czu­łam, ja­ki wy­miar mia­ło wte­dy szczę­ście, ale by­ło praw­dzi­we. Przy­naj­mniej tak so­bie po­wta­rza­łam. Że in­ni ma­ją go­rzej. Że to, co dzie­je się w mo­im ży­ciu, jest po coś. Jesz­cze nie wiem po co, ale po­win­nam to za­ak­cep­to­wać. Cze­kać. Prze­cze­kać.

Każ­da go­dzi­na wy­rwa­na z dnia peł­ne­go obo­wiąz­ków by­ła dla mnie bło­go­sła­wień­stwem. Mo­ją na­gro­dą. Do­wo­dem, że wciąż mam nad czymś kon­tro­lę. Że wciąż da­ję ra­dę.

Sie­dzia­ły­śmy przy sto­le. Ma­ma z tru­dem uno­si­ła ły­żecz­kę z zu­pą. Trzy­ma­ła ją nie­zgrab­nie, a ja wal­czy­łam ze so­bą, że­by nie prze­jąć łyż­ki i nie kar­mić jej jak dziec­ka.

Ob­ser­wo­wa­łam, jak wal­czy o każ­dy ruch – nie­po­rad­ne unie­sie­nie ły­żecz­ki, krót­ka pau­za, drże­nie dło­ni. Zu­pa le­d­wie się­ga­ła jej ust, kil­ka kro­pel spa­dło na brzeg ta­le­rza.

– Po­móc ci? – za­py­ta­łam, choć zna­łam od­po­wiedź.

Przez chwi­lę mil­cza­ła, jak­by to jed­no py­ta­nie by­ło dla niej cio­sem. Po­tem pod­nio­sła na mnie wzrok – nie­gdyś wy­ra­żał su­ro­wość i si­łę, a te­raz… Sie­dzą­ca na­prze­ciw mnie ko­bie­ta by­ła za­le­d­wie cie­niem sie­bie sprzed lat.

– Sa­ma… – wy­szep­ta­ła ci­cho, ale w jej oczach bły­snę­ła du­ma.

Sa­ma.

To sło­wo by­ło wszyst­kim, co jej zo­sta­ło.

Prze­łknę­łam śli­nę, czu­jąc zna­jo­my ucisk w gar­dle. Psy­cho­loż­ka po­wie­dzia­ła­by pew­nie, że to mo­ment, w któ­rym po­win­nam „na­zwać emo­cję”. Ale ja nie po­trze­bo­wa­łam jej te­ra­pii, że­by wie­dzieć, co czu­ję.

Żal.

Bo wie­dzia­łam, że na­dej­dzie dzień, w któ­rym to „sa­ma” już nie pad­nie.

Po­czu­łam na so­bie spoj­rze­nie ma­my.

– Je­steś smut­na – wy­szep­ta­ła.

Otwo­rzy­łam usta, że­by za­prze­czyć. Po­wie­dzieć to, co za­wsze: „Wszyst­ko w po­rząd­ku”, „Nie martw się”, „To tyl­ko zmę­cze­nie”.

Ale coś mnie po­wstrzy­ma­ło.

Mo­że sło­wa psy­cho­loż­ki. Mo­że to, że przez la­ta zbyt szyb­ko mó­wi­łam: „Wszyst­ko w po­rząd­ku”.

– Tyl­ko zmę­czo­na – od­po­wie­dzia­łam w koń­cu, na­wet nie wiem, czy bar­dziej do niej, czy do sie­bie.

Ma­ma uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale to był ten jej no­wy uśmiech – w któ­rym by­ło wię­cej wy­ro­zu­mia­ło­ści niż si­ły.

I wte­dy, jak echo, w mo­jej gło­wie za­brzmiał głos psy­cho­loż­ki: „Mo­że pa­ni wca­le nie chce, że­by by­ło ina­czej”.

Za­ci­snę­łam pal­ce na kub­ku her­ba­ty.

– Do­koń­czysz zu­pę? – za­py­ta­łam, zmie­nia­jąc te­mat.

Ma­ma spoj­rza­ła na łyż­kę, jak­by oce­nia­ła, czy ma w so­bie jesz­cze wy­star­cza­ją­co si­ły.

– Nie… – po­wie­dzia­ła ci­chut­ko.

– Czy­li Za­pi do­sta­nie ostat­nią łyż­kę.

Pies, jak­by ro­zu­miał, pod­niósł gło­wę i za­ma­chał ogo­nem.

„Mo­że pa­ni wca­le nie chce, że­by by­ło ina­czej”. Mo­że nie chcia­łam. Mo­że na­uczy­łam się żyć w tym za­mro­żo­nym sta­nie, w któ­rym nic się nie dzie­je, bo każ­da zmia­na ozna­cza po­gor­sze­nie.

A mo­że po pro­stu ba­łam się przy­znać, że je­stem prze­ra­żo­na.

W tle sły­chać de­li­kat­ną mu­zy­kę pły­ną­cą z ra­dia. Łu­dzę się, że ma­mie spra­wia przy­jem­ność słu­cha­nie ja­kich­kol­wiek dźwię­ków, ale ona tak na­praw­dę od kil­ku lat ży­je w swo­im świe­cie. Tyl­ko że ja nie wiem, czy ten świat jej się po­do­ba, czy tkwi w nim za­mknię­ta mi­mo wo­li.

Zgod­nie z ry­tu­ałem pies do­stał ostat­nią sym­bo­licz­ną ły­żecz­kę po­sił­ku. Jest szczę­śli­wy, że mo­że uczest­ni­czyć w ży­ciu swo­jej pod­opiecz­nej. Tak, to Za­pi opie­ku­je się swo­ją pa­nią. Obo­je są zży­ci do te­go stop­nia, że pies przej­mu­je emo­cje i za­cho­wa­nia swo­jej wła­ści­ciel­ki. Kie­dy ma­ma nie ma na­stro­ju, on rów­nież wy­da­je się apa­tycz­ny, wy­co­fa­ny, snu­je się po po­ko­ju al­bo za­le­ga na swo­jej ka­na­pie. Kie­dy ma­ma nie ma ape­ty­tu, on rów­nież re­zy­gnu­je ze swo­jej por­cji po­sił­ku.

Za­pi jest człon­kiem na­szej ro­dzi­ny od nie­daw­na. Kie­dy mu­sia­łam uśpić Zu­zię, je­go po­przed­nicz­kę, ma­ma po­pa­dła w otę­pie­nie. Nie wsta­wa­ła z łóż­ka, choć dni by­ły sło­necz­ne i po­win­na mieć wię­cej ener­gii. Nie ja­dła, nie pi­ła. Przez kil­ka dni z ko­lei le­ża­ła w łóż­ku i pa­trzy­ła pu­sto przed sie­bie.

Zu­zia by­ła z na­mi czte­ry la­ta. Cu­dow­na, pu­cha­ta sucz­ka, któ­ra nie mu­sia­ła mó­wić, bo wszyst­ko moż­na by­ło wy­czy­tać w jej cud­nych, mą­drych oczach. Na­wet w swo­jej cho­ro­bie by­ła bar­dzo dziel­na. Dia­gno­za by­ła okrut­na – no­wo­twór trzust­ki. Po­sta­no­wi­łam uśpić ją, jak tyl­ko po­ja­wi się pierw­szy symp­tom cier­pie­nia.

Po jej odej­ściu nie wie­dzia­łam, jak przy­wró­cić ma­mę do funk­cjo­no­wa­nia. Po­my­śla­łam o no­wym psie. Wpraw­dzie dom tęt­nił ży­ciem od ma­łych ko­cich ła­pek, ale jak wi­dać – to nie po­ma­ga­ło.

W dro­dze do schro­ni­ska zma­ga­łam się z lę­kiem na wi­dok zwie­rza­ków za­mknię­tych w klat­kach. Mo­ja wraż­li­wość zo­sta­ła wy­sta­wio­na na po­tęż­ną pró­bę, otrzy­ma­łam so­lid­ną daw­kę sil­nych, ści­ska­ją­cych za ser­ce emo­cji.

Wie­dzia­łam, że chcę ma­łą sucz­kę. By­łam go­to­wa przy­gar­nąć naj­smut­niej­sze oczy w klat­ce. A sta­ło się zu­peł­nie ina­czej.

– O Je­zu! Ja­ki pa­skud­ny! – po­wie­dzia­ła ma­ma, kie­dy zo­ba­czy­ła Za­pie­go, po czym wsta­ła z łóż­ka, uśmiech­nę­ła się i za­czę­ła go gła­skać.

Ule­głam śred­niej wiel­ko­ści psu o po­god­nej oso­bo­wo­ści. Uję­ło mnie to, że nie by­ło mię­dzy na­mi dy­stan­su i świet­nie ba­wi­li­śmy się na traw­ni­ku schro­ni­ska pod­czas spa­ce­ru za­po­znaw­cze­go.

Naj­waż­niej­sze by­ło to, że de­pre­sja ma­my mi­nę­ła w mo­men­cie, kie­dy pies prze­kro­czył próg na­sze­go do­mu. Wie­dzia­łam, że je­go ro­la nie bę­dzie ła­twa, ale zba­wien­na dla ma­my, któ­ra naj­wi­docz­niej by­ła bar­dziej zwią­za­na z psa­mi.

Za­pi do­słow­nie wy­wró­cił dom do gó­ry no­ga­mi. Nie wie­dzia­ły­śmy tyl­ko, że nie to­le­ru­je ko­tów…

Dzie­sięć lat wcze­śniej…

Wszyst­ko wo­kół zbla­dło. Świat się za­trzy­mał, a ja mia­łam wra­że­nie, że prze­sta­ję od­dy­chać.

– Wszyst­ko wska­zu­je na to, że ma­my do czy­nie­nia z al­zhe­ime­rem – po­wie­dzia­ła pa­ni dok­tor, pa­trząc na mnie ze współ­czu­ciem.

Czu­łam, jak po­wo­li roz­ma­zu­je mi się ob­raz przed ocza­mi. Ser­ce bi­ło gdzieś w gar­dle, dło­nie za­czę­ły drżeć. Po­wie­trze na­gle sta­ło się cięż­kie, gę­ste, jak­by wy­peł­nio­ne nie­wy­po­wie­dzia­ny­mi sło­wa­mi.

– Do­brze się pa­ni czu­je? – za­py­ta­ła dok­tor.

– Tak… Nie. To nie­moż­li­we – wy­krztu­si­łam.

– Nie­ste­ty, ba­da­nie MRI nie po­zo­sta­wia złu­dzeń.

– I co te­raz?

– Te­raz włą­czy­my od­po­wied­nie le­ki, któ­re spo­wol­nią roz­wój cho­ro­by.

– Za­trzy­ma­ją?

– Na ja­kiś czas. Przy re­gu­lar­nym sto­so­wa­niu le­ków i sys­te­ma­tycz­nej ak­ty­wi­za­cji cho­ro­ba mo­że po­zo­stać, jak to po­wie­dzieć, uśpio­na. Mu­si się jed­nak pa­ni li­czyć z tym, że bę­dzie stop­nio­wo po­stę­po­wać.

W jed­nej chwi­li los prze­wró­cił mo­je ży­cie do gó­ry no­ga­mi. Ogar­nę­ła mnie pa­ni­ka. Prze­cież ja so­bie nie po­ra­dzę!

– Mu­si się pa­ni przy­go­to­wać na to, że ma­ma bę­dzie co­raz bar­dziej wzbu­rzo­na, a na­wet agre­syw­na. Za­zwy­czaj przy tej cho­ro­bie wy­ostrza­ją się u pa­cjen­tów ich naj­gor­sze ce­chy cha­rak­te­ru – po­wie­dzia­ła le­kar­ka, tym ra­zem uni­ka­jąc mo­je­go wzro­ku.

– Co ja mam te­raz zro­bić? – za­py­ta­łam, czu­jąc się jak bez­rad­ne dziec­ko.

– Naj­le­piej jak naj­szyb­ciej prze­ko­nać ma­mę do wi­zy­ty u psy­chia­try. War­to już te­raz wpro­wa­dzić le­cze­nie an­ty­de­pre­syj­ne. Gdy pa­cjent uświa­da­mia so­bie lu­ki w pa­mię­ci, mo­że po­ja­wić się sil­na fru­stra­cja, któ­ra tyl­ko przy­spie­sza roz­wój cho­ro­by.

Słu­cha­łam, ale czu­łam, że mo­je my­śli od­pły­wa­ją. Jak ja mam to wszyst­ko udźwi­gnąć? Co z mo­ją pra­cą? Co z mo­im ży­ciem? Prze­cież nie dam ra­dy…

Szłam do sa­mo­cho­du jak w tran­sie. Nie wi­dzia­łam lu­dzi, nie sły­sza­łam dźwię­ków. Gdy tyl­ko za­mknę­łam drzwi, łzy za­czę­ły pły­nąć wart­kim stru­mie­niem.

Prze­cież sa­ma so­bie z tym nie po­ra­dzę…

Mu­sia­łam dzia­łać. Coś ro­bić. Wró­ci­łam do do­mu i za­czę­łam sprzą­tać, ukła­dać książ­ki, sor­to­wać do­ku­men­ty – co­kol­wiek, by­le tyl­ko nie my­śleć. Po­trze­bo­wa­łam kon­tro­li nad czymś, choć­by nad po­rząd­kiem na biur­ku, sko­ro nie mia­łam jej nad wła­snym ży­ciem.

Każ­da wol­na chwi­la wy­peł­nia­ła się obo­wiąz­ka­mi. Wma­wia­łam so­bie, że to prag­ma­tyzm, ale w rze­czy­wi­sto­ści był to strach. Im bar­dziej za­ję­ta by­łam pla­no­wa­niem, tym mniej miej­sca zo­sta­wa­ło na lęk.

Ale wie­czo­rem, gdy dom cichł, a ja zo­sta­wa­łam sa­ma ze so­bą, my­śli wra­ca­ły, choć nie pro­si­łam ich o to.

Czy na­praw­dę dam ra­dę?

Roz­dział 3

– Do­bra, ko­niec tych smu­tów – po­wie­dzia­ła Jo­la, prze­su­wa­jąc w mo­ją stro­nę kie­li­szek wi­na. – Wiesz, że naj­lep­szym spo­so­bem na uciecz­kę od pro­ble­mów jest odro­bi­na do­bre­go al­ko­ho­lu i roz­mo­wa z naj­lep­szą przy­ja­ciół­ką?

Spoj­rza­łam na nią z pół­u­śmie­chem i unio­słam kie­li­szek.

– Niech bę­dzie. Ale tyl­ko je­den.

– Oczy­wi­ście – od­par­ła nie­win­nie. – A po­tem dru­gi.

Par­sk­nę­łam śmie­chem.

– Ty to po­tra­fisz czło­wie­ka prze­ko­nać.

– Bo ktoś mu­si – stwier­dzi­ła, uno­sząc swój kie­li­szek. – No to za… uciecz­kę od rze­czy­wi­sto­ści?

Wes­tchnę­łam i stuk­nę­łam swo­im kie­lisz­kiem o jej.

– Za chwi­lo­wą ulgę.

***

Ży­cie to­czy­ło się spo­koj­nie. Emo­cje opa­dły, a ja ucie­kłam w pra­cę. Każ­da do­dat­ko­wa go­dzi­na, każ­dy pro­jekt, każ­de zle­ce­nie mia­ło je­den cel – jak naj­szyb­ciej za­ro­bić pie­nią­dze na re­mont.

No­we me­ble dla ma­my, od­świe­żo­ny ta­ras, no­wa po­ściel, lep­sze oświe­tle­nie. Wszyst­ko dla niej. Wszyst­ko te­raz, bo nie wia­do­mo, ile jesz­cze cza­su świa­do­mo­ści jej zo­sta­ło.

Nie my­śla­łam o so­bie. Nie my­śla­łam o ni­czym in­nym po­za ko­lej­ny­mi pla­na­mi i ko­lej­ny­mi za­da­nia­mi. Im wię­cej obo­wiąz­ków, tym mniej miej­sca na strach.

I tak mi­ja­ły ty­go­dnie, mie­sią­ce, kil­ka lat. Pra­co­wa­łam w śro­do­wi­sku, któ­re by­ło dla mnie przy­ja­zne, wie­dzia­łam, cze­go mo­gę się tu­taj spo­dzie­wać, sta­łam na twar­dym i pew­nym grun­cie. Przy­naj­mniej za­wo­do­wo czu­łam się sta­bil­nie.

Pry­wat­ny grunt był grzą­ski, ru­cho­my, nie­bez­piecz­ny. Ni­g­dy nie wie­dzia­łam, cze­go mo­gę się spo­dzie­wać. Każ­da mi­nu­ta mo­gła być tą ostat­nią. Każ­da by­ła na wa­gę zło­ta. Nie­sa­mo­wi­cie dro­ga i prze­peł­nio­na mo­dli­twą o na­stęp­ną.

Sa­mot­ność za­czę­ła co­raz moc­niej cią­żyć. Wra­ca­łam do pu­ste­go miesz­ka­nia na pię­trze do­mu i czu­łam ten przy­gnia­ta­ją­cy cię­żar – brak roz­mo­wy, brak ra­mion, w któ­re mo­gła­bym się wtu­lić, brak ko­goś, kto po pro­stu po­wie­dział­by „od­pocz­nij, ja się tym zaj­mę”. Ale nie by­ło ni­ko­go. Tyl­ko ja. I mo­ja co­dzien­na wal­ka.

Cza­sa­mi bu­dzi­łam się w środ­ku no­cy z uczu­ciem pa­ni­ki, jak­by wszyst­ko wy­my­ka­ło mi się z rąk. Pa­trzy­łam na te­le­fon, ale nie mia­łam do ko­go za­dzwo­nić. Prze­wi­ja­łam li­stę kon­tak­tów, ale nie by­łam w sta­nie na­pi­sać na­wet krót­kie­go „hej”. Bo co mia­ła­bym po­wie­dzieć? Że nie da­ję ra­dy? Że mam ocho­tę wy­je­chać, zo­sta­wić wszyst­ko i przez chwi­lę po pro­stu nie być? Nikt by te­go nie zro­zu­miał.

Pew­ne­go ra­zu bla­dym świ­tem nie wy­trzy­ma­łam i za­dzwo­ni­łam do przy­ja­ciół­ki.

– Jo­la, spo­tkaj się ze mną, bo zwa­riu­ję…

– Mat­ko! Co się sta­ło?

– Nie wiem – szlo­cha­łam w słu­chaw­kę. – Mam ja­kiś kry­zys.

– Gdzie je­steś?

– W do­mu.

– Za pięt­na­ście mi­nut bę­dę.

Usia­dłam przy sto­le, wpa­tru­jąc się w te­le­fon, jak­bym ocze­ki­wa­ła, że znaj­dę w nim od­po­wie­dzi na wszyst­kie swo­je py­ta­nia. Chwi­lę póź­niej usły­sza­łam dzwo­nek do drzwi. Otwo­rzy­łam bez sło­wa. Jo­la spoj­rza­ła na mnie uważ­nie, a po­tem po pro­stu mnie przy­tu­li­ła.

– No już, spo­koj­nie – po­wie­dzia­ła ci­cho. – Je­stem.

Szlo­cha­łam w ra­mię mo­jej przy­ja­ciół­ki, a po­win­nam w ra­mię męż­czy­zny. Po­win­nam sły­szeć, że dam ra­dę, bo on jest obok. Że nie je­stem sa­ma, kie­dy się roz­sy­pu­ję.

Jo­la gła­dzi­ła mnie po ple­cach, ale to nie wy­star­cza­ło. Wciąż czu­łam w so­bie pust­kę, któ­rej nie umia­łam na­zwać. Prze­cież wie­dzia­łam, że mam w so­bie si­łę, że po­tra­fię, ale cza­sa­mi wo­la­ła­bym, że­by ktoś mnie wy­rę­czył, choć na chwi­lę.

Chcia­łam usły­szeć, że dzi­siaj jest źle, bo je­stem zmę­czo­na, ale ju­tro bę­dzie no­wy, lep­szy dzień, któ­ry uśmiech­nie się do mnie, kie­dy zo­ba­czę, jak ma­ma roz­po­czy­na swój po­ra­nek. Wte­dy po­czu­ję ulgę. I to bę­dzie na pew­no do­bry dzień.

Tyl­ko że nie wie­dzia­łam, ile ich jesz­cze przede mną.

Roz­dział 4

Ga­bi­net pach­niał la­wen­dą i czymś jesz­cze – mo­że her­ba­tą, mo­że książ­ka­mi. Za­wsze mnie to uspo­ka­ja­ło. Ale dziś nie dzia­ła­ło.

– Wy­glą­da pa­ni na zmę­czo­ną – po­wie­dzia­ła psy­cho­loż­ka, prze­krzy­wia­jąc lek­ko gło­wę.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– A kto nie jest?

– To nie wy­glą­da na zwy­kłe zmę­cze­nie – stwier­dzi­ła ci­cho. – Co pa­nią spro­wa­dza?

Przez chwi­lę wpa­try­wa­łam się w punkt na ścia­nie, uni­ka­jąc jej spoj­rze­nia. Nie chcia­łam mó­wić, ale prze­cież dla­te­go tu przy­szłam.

– Chy­ba już nie da­ję ra­dy – po­wie­dzia­łam w koń­cu. Wy­pro­sto­wa­łam się. – A to do­pie­ro po­czą­tek mo­je­go no­we­go do­świad­cze­nia.

Psy­cho­loż­ka po­pa­trzy­ła na mnie.

– Ma pa­ni ja­kąś ro­dzi­nę, praw­da? – za­py­ta­ła.

– Nie. Nie mam. Ma­ma jest je­dy­ną mo­ją ro­dzi­ną.

Ski­nę­ła gło­wą, jak­by spo­dzie­wa­ła się tej od­po­wie­dzi.

– A przy­ja­cie­le?

– To nie to sa­mo. Ma­ją swo­je ży­cie, swo­je pro­ble­my. Nie chcę ich ob­cią­żać.

– A sie­bie ob­cią­ża pa­ni bez koń­ca – za­uwa­ży­ła ci­cho.

Za­ci­snę­łam usta. Nie zna­la­złam na to od­po­wie­dzi.

– Cza­sa­mi naj­więk­szą si­łą jest po­zwo­lić so­bie na sła­bość – do­da­ła. – Kie­dy ostat­nio po­my­śla­ła pa­ni o so­bie?

Po­chy­li­łam gło­wę, jak­by ze wsty­du.

– Nie pa­mię­tam.

Psy­cho­loż­ka uśmiech­nę­ła się lek­ko, ale w jej oczach by­ło coś, co spra­wi­ło, że po­czu­łam ucisk w gar­dle.

– Mo­że czas za­cząć. – Mil­cza­łam. – Mam dla pa­ni za­da­nie – po­wie­dzia­ła po chwi­li. – Do na­stęp­nej wi­zy­ty pro­szę zna­leźć w cią­gu dnia cho­ciaż jed­ną chwi­lę dla sie­bie. Co­kol­wiek, co spra­wi pa­ni przy­jem­ność. Mo­że to być ka­wa wy­pi­ta bez po­śpie­chu, pięć mi­nut ci­szy na bal­ko­nie, cie­pła ką­piel. Coś ma­łe­go, ale tyl­ko dla pa­ni.

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi i od­po­wie­dzia­łam obo­jęt­nie.

– Nie mam na to cza­su.

– Pro­szę spró­bo­wać – po­wie­dzia­ła spo­koj­nie. – Już jest pa­ni świa­do­ma, jak trud­no to bę­dzie wy­ko­nać.

Pa­trzy­łam na nią, czu­jąc, jak na­ra­sta we mnie sprze­ciw. Prze­cież ja ro­bi­łam coś, co ma mi uspraw­nić ży­cie, czy­li rów­nież coś dla sie­bie. Pra­co­wa­łam, zaj­mo­wa­łam się do­mem, or­ga­ni­zo­wa­łam ży­cie ma­my. A jed­nak… czy na­praw­dę znaj­do­wa­łam choć chwi­lę, że­by po pro­stu być?

Wy­szłam z ga­bi­ne­tu z tym py­ta­niem w gło­wie i nie opusz­cza­ło mnie ono przez resz­tę dnia.

Po­wie­trze na ze­wnątrz wy­da­wa­ło się o wie­le zim­niej­sze, niż kie­dy wcho­dzi­łam. Za­trzy­ma­łam się na chwi­lę, pa­trząc na lu­dzi spie­szą­cych się w róż­nych kie­run­kach. Czu­łam, jak każ­da mi­nu­ta wcią­ga mnie w wir obo­wiąz­ków, któ­re cze­ka­ją na mnie w do­mu. Mu­szę zro­bić za­ku­py, roz­wią­zać ty­siąc spraw, któ­re na­ro­sły przez ca­ły ty­dzień. Gdzie tu miej­sce na mnie?

Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi, jak­bym chcia­ła zrzu­cić z sie­bie to dziw­ne wra­że­nie. Za­ci­snę­łam usta i ru­szy­łam w stro­nę naj­bliż­sze­go skle­pu. Ale coś w środ­ku nie po­zwa­la­ło mi za­po­mnieć o sło­wach te­ra­peut­ki. Chcia­łam je zi­gno­ro­wać, nie wie­rzyć, że są aż tak waż­ne. Że ta „chwi­la dla sie­bie” mo­że zmie­nić co­kol­wiek.

Idąc wol­no, spoj­rza­łam na wi­try­nę ka­wiar­ni po dru­giej stro­nie uli­cy. Tam, przy sto­li­ku w oknie, sie­dzia­ła ko­bie­ta, są­cząc po­wo­li ka­wę. Uśmie­cha­ła się, pa­trząc w dal. Mo­że w tej pro­sto­cie by­ło coś, co nie po­zwa­la­ło mi ode­rwać wzro­ku. I wte­dy po­czu­łam, jak­by ktoś szep­nął mi do ucha, że ta chwi­la, wła­śnie te­raz, mo­gła­by być mo­ją.

Od­wró­ci­łam wzrok, z tru­dem ła­piąc od­dech. Po co my­śleć o ta­kich rze­czach? Prze­cież mam swo­je ży­cie, któ­re trze­ba or­ga­ni­zo­wać. Cho­ciaż… mo­że to nie by­ło­by ta­kie złe, mo­że war­to cho­ciaż spró­bo­wać?

Kro­ki sta­wa­ły się co­raz wol­niej­sze. No­gi pro­wa­dzi­ły mnie w stro­nę ka­wiar­ni, choć wciąż nie by­łam pew­na, czy to do­bry po­mysł.

Ma­łe po­miesz­cze­nie wy­peł­niał aro­mat ka­wy, za­chę­cał do za­ję­cia miej­sca i od­da­nia się za­po­mnie­niu, któ­re trwa­ło­by kil­ka ły­ków. Za­trzy­ma­łam się tuż przy drzwiach, wstrzy­mu­jąc od­dech, jak­by ten za­pach miał w so­bie ja­kąś ma­gię. Chcia­łam te­go… tyl­ko na chwi­lę. Ale wte­dy, jak echo, po­ja­wi­ła się myśl o ma­mie, sa­mej w do­mu. A mo­że już jest głod­na? Czy do­brze się czu­je? Ser­ce za­czę­ło bić szyb­ciej. Wcią­gnę­łam głę­bo­ko po­wie­trze, pró­bu­jąc stłu­mić po­czu­cie wi­ny, któ­re za­le­wa­ło mnie od środ­ka.

Ka­wa ku­si­ła. Mo­je dło­nie za­drża­ły lek­ko. Sia­da­nie przy sto­li­ku, pi­cie bez po­śpie­chu – to mia­ło być ta­kie pro­ste, ale czu­łam, jak­bym w każ­dej mi­nu­cie spę­dzo­nej tu­taj za­nie­dby­wa­ła ma­mę, zo­sta­wia­jąc ją sa­mą. Wy­rzu­ty su­mie­nia za­ci­ska­ły mi żo­łą­dek.

Czy na­praw­dę mo­gę so­bie na to po­zwo­lić? Kie­dy ostat­ni raz mia­łam czas tyl­ko dla sie­bie?

Za­mru­ga­łam ocza­mi, pa­trząc na lu­dzi w ka­wiar­ni. Nie wy­glą­da­li na ta­kich, któ­rych nie stać na chwi­lę re­lak­su. Każ­dy sie­dział spo­koj­nie, po­chła­nia­jąc swój na­pój, a roz­mo­wy pły­nę­ły w tle. A ja? Ja mia­łam po­czu­cie, że coś waż­ne­go cze­ka w do­mu, cze­go nie mo­gę zo­sta­wić. Nie po­tra­fi­łam uwol­nić się od te­go my­śle­nia.

Ale ka­wa… Tyl­ko kil­ka mi­nut! Tyl­ko jed­na, ma­ła ka­wa, a po­tem wró­cę do obo­wiąz­ków. Mo­że to po­zwo­li mi po­czuć się le­piej, cho­ciaż przez chwi­lę.

Pi­łam ją po­wo­li, de­lek­tu­jąc się każ­dym ły­kiem. Aro­mat cze­ko­la­dy i ara­bi­ki otu­lił mnie jak mięk­ka koł­dra, a ja nie chcia­łam te­go koń­czyć. Za­trzy­ma­łam czas na kil­ka chwil, tyl­ko dla sie­bie, bez po­czu­cia wi­ny, choć świa­do­mość, że tak bar­dzo pra­gnę­łam te­go mo­men­tu, nie da­wa­ła mi spo­ko­ju. Wła­śnie te­go bra­ko­wa­ło mi naj­bar­dziej – zwy­kłej chwi­li za­po­mnie­nia.

Z każ­dym ły­kiem wra­ca­ły do mnie my­śli o ma­mie. Co się dzie­je, kie­dy mnie nie ma? Za­wsze tak by­ło – mia­łam po­czu­cie, że nie po­win­nam się za­trzy­my­wać. Wsta­łam, wzię­łam ostat­ni łyk, za­pła­ci­łam i opu­ści­łam ka­wiar­nię.

Zim­ne po­wie­trze ude­rzy­ło od ra­zu, jak­by chcia­ło przy­po­mnieć o tym, co cze­ka mnie w do­mu. Po­spiesz­nie wra­ca­łam; mo­je kro­ki sta­wa­ły się co­raz szyb­sze, a ser­ce za­czę­ło bić moc­niej. Już prze­kra­cza­jąc próg do­mu, po­czu­łam, że coś jest nie tak. Wzrok mo­men­tal­nie przy­cią­gnę­ła sce­na, któ­ra zmro­zi­ła mnie na chwi­lę.

Ma­ma klę­cza­ła na pod­ło­dze. Jej no­gi by­ły cał­ko­wi­cie sztyw­ne, jak­by coś je spa­ra­li­żo­wa­ło. Tkwi­ła tam bez ru­chu, pa­trząc na mnie, bła­ga­jąc ocza­mi o po­moc. Za­trzy­ma­łam się w miej­scu.

– Ma­mo… – po­wie­dzia­łam, ale le­d­wie sły­sza­łam wła­sny głos.

Pod­bie­głam do niej, ukuc­nę­łam obok.

– Ma­mo, co się sta­ło?

Pró­bo­wa­łam ją unieść, ale jej no­gi by­ły zbyt ze­sztyw­nia­łe. Wte­dy pa­nicz­ny strach za­lał mnie cał­ko­wi­cie. Wzię­łam ją de­li­kat­nie za rę­ce, szu­ka­jąc w so­bie si­ły, by po­móc jej wstać. Łzy za­czę­ły ci­snąć mi się do oczu, ale nie mia­łam cza­su na płacz. Mu­sia­łam ją pod­nieść. Mu­sia­łam po­móc.

Czu­łam jej cia­ło, któ­re by­ło zbyt cięż­kie, zbyt sztyw­ne, jak­by nie na­le­ża­ło do niej.

– Ma­mo, pro­szę…

Mo­je rę­ce trzę­sły się z bez­sil­no­ści, a łzy pły­nę­ły stru­mie­nia­mi. Te­go wszyst­kie­go by­ło za du­żo. Za du­żo dla mnie, za du­żo dla niej. Ale mu­sia­łam ja­koś so­bie po­ra­dzić.

Roz­dział 5

Pra­co­wa­łam w ogro­dzie póź­nym po­po­łu­dniem, gdy żar słoń­ca za­czy­nał słab­nąć, a tem­pe­ra­tu­ra sta­wa­ła się bar­dziej zno­śna. Po­chy­lo­na nad kwia­ta­mi, cie­szy­łam się wra­że­niem ulgi – jak­by ro­śli­ny po­tra­fi­ły od­cią­gnąć mo­je my­śli od pro­ble­mów, któ­re nie­ustan­nie krą­ży­ły w gło­wie.

Na­gle usły­sza­łam sza­mo­ta­ni­nę. Krza­ki na­prze­ciw mo­jej po­se­sji po­ru­szy­ły się gwał­tow­nie, jak­by ktoś się z ni­mi si­ło­wał. Na po­cząt­ku po­my­śla­łam, że to tyl­ko wiatr, ale dźwięk się na­si­lił. Ser­ce za­czę­ło bić szyb­ciej.

– Po­mo­cy… – Głos był ci­chy, ale pe­łen de­spe­ra­cji.

Ko­bie­ta pró­bo­wa­ła pod­nieść się z zie­mi. Krew są­czy­ła się z jej czo­ła, a dło­nie by­ły sztyw­ne, jak­by od dłu­go­trwa­łe­go wy­sił­ku. Ob­raz ten spra­wił, że po­czu­łam lo­do­wa­ty ucisk w żo­łąd­ku. Nie tyl­ko krza­ki opla­ta­ły jej cia­ło, ale i chma­ra ko­ma­rów nie­ustan­nie ją ata­ko­wa­ła.

– Spo­koj­nie, za­raz pa­ni po­mo­gę! – po­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się brzmieć pew­nie, choć w środ­ku czu­łam na­ra­sta­ją­cą pa­ni­kę.

Pod­bie­głam do niej. By­ła bla­da, a jej od­dech płyt­ki. Pró­bo­wa­ła się pod­nieść, ale ga­łę­zie trzy­ma­ły ją w pu­łap­ce.

– Co się sta­ło? – za­py­ta­łam, po­chy­la­jąc się nad nią.

Oczy mia­ła za­mglo­ne, twarz wy­krzy­wio­ną bó­lem.

– Cu­krzy­ca… mam cu­krzy­cę… – wy­chry­pia­ła. – Za­sła­błam… osu­nę­łam się… ude­rzy­łam gło­wą o ka­mień…

Wstrzy­ma­łam od­dech. Mu­sia­łam dzia­łać szyb­ko.

– Za­raz za­dzwo­nię po po­moc! – Się­gnę­łam po te­le­fon, sta­ra­jąc się nie my­śleć o tym, jak bar­dzo trzę­są mi się rę­ce. Po­da­łam jej dłoń, pró­bu­jąc po­móc wstać. – Pro­szę się trzy­mać, niech pa­ni nie za­my­ka oczu. Po­go­to­wie już…

– Nie… nie ka­ret­ka… Wo­da… i coś słod­kie­go… – Jej głos le­d­wo do mnie do­cie­rał.

– Okej, okej, wo­da i cu­kier, za­raz coś znaj­dę.

Spoj­rza­ła na mnie zmę­czo­nym wzro­kiem.

– Dzię­ku­ję… bez pa­ni… nie wiem, co by się sta­ło…

– Nie ma za co, ale niech mi pa­ni nie mdle­je…

***

Kil­ka dni póź­niej, kie­dy wra­ca­łam do do­mu, za­uwa­ży­łam ją. Sta­ła przy furt­ce, trzy­ma­jąc w rę­kach bu­kiet świe­żych kwia­tów – ko­bie­ta, któ­rą ura­to­wa­łam kil­ka dni te­mu, oszo­ło­mio­ną, z cu­krzy­cą, z krwa­wią­cym czo­łem. Jej oczy by­ły te­raz peł­ne wdzięcz­no­ści, a uśmiech nie zni­kał z jej twa­rzy.

– Dzień do­bry… – za­czę­ła, nie­co nie­śmia­ło, jak­by nie wie­dzia­ła, jak roz­po­cząć tę roz­mo­wę. – Chcia­łam pa­ni po­dzię­ko­wać. Za to, że mi pa­ni po­mo­gła. Bez pa­ni… nie wiem, co by się ze mną sta­ło.

– Nie ma za co – od­po­wie­dzia­łam, lek­ko za­sko­czo­na jej wi­zy­tą. – To by­ła zwy­kła re­ak­cja. Wie pa­ni, każ­dy z nas mógł­by się zna­leźć w ta­kiej sy­tu­acji.

– Ale to pa­ni by­ła tam, w od­po­wied­nim mo­men­cie. – Spoj­rza­ła na mnie z cie­płym wzro­kiem. – Chcia­łam pa­ni coś przy­nieść, choć wiem, że to nie wy­star­czy, by wy­ra­zić mo­ją wdzięcz­ność.

Pa­trzy­łam na bu­kiet kwia­tów, któ­ry trzy­ma­ła w dło­niach. By­ły to pięk­ne, świe­że ró­że, któ­re od ra­zu po­pra­wia­ły na­strój.

– To bar­dzo mi­łe z pa­ni stro­ny – rze­kłam, uśmie­cha­jąc się. – Mo­że wej­dzie pa­ni na chwi­lę? Za­pra­szam na her­ba­tę. To naj­mniej­sze, co mo­gę zro­bić.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się szcze­rze i po chwi­li we­szła za mną do do­mu. Usia­dła przy sto­le, a ja przy­go­to­wa­łam her­ba­tę. Za­czę­ły­śmy roz­ma­wiać. Czu­łam, że at­mos­fe­ra jest luź­na, a roz­mo­wa pły­nie na­tu­ral­nie.

W pew­nym mo­men­cie ko­bie­ta za­mil­kła na chwi­lę, a na­stęp­nie po­wie­dzia­ła:

– Wie pa­ni… Po wszyst­kim, co się wy­da­rzy­ło, za­czę­łam my­śleć o tym, jak bar­dzo mo­je ży­cie jest nie­prze­wi­dy­wal­ne. Pra­cu­ję ja­ko opie­kun­ka osób star­szych. Cza­sa­mi czu­ję się, jak­bym nie mia­ła chwi­li dla sie­bie, na nic. Dni mi­ja­ją, a ja tyl­ko ogar­niam in­nych. Chcia­łam po­wie­dzieć, że pa­ni gest był dla mnie jak zba­wie­nie… Jak­by spadł mi z nie­ba ktoś, kto po­mógł mi w naj­trud­niej­szym mo­men­cie.

Pa­trzy­łam na nią, za­sko­czo­na tym wy­zna­niem.

– Tak na­praw­dę to też je­stem w po­dob­nej sy­tu­acji. Mo­ja ma­ma jest star­sza, wy­ma­ga opie­ki, i cza­sem mam wra­że­nie, że ca­ły świat spo­czy­wa na mo­ich bar­kach. To nie jest ła­twe. Ma pa­ni ra­cję, zda­rza się, że bra­ku­je chwi­li na od­dech.

Ko­bie­ta spoj­rza­ła na mnie ze zro­zu­mie­niem.

Za­mil­kły­śmy na chwi­lę, obie po­grą­żo­ne w za­du­mie. W koń­cu ko­bie­ta do­da­ła:

– Mo­że… mo­że ja mo­gła­bym pa­ni po­móc. Wie pa­ni – przy ma­mie. Je­śli tyl­ko chcia­ła­by pa­ni, mo­gła­bym przy­cho­dzić na kil­ka go­dzin w ty­go­dniu. Cho­ciaż tro­chę od­cią­żyć, dać pa­ni czas na od­po­czy­nek, na chwi­lę dla sie­bie.

Mo­je ser­ce za­bi­ło szyb­ciej. Nie spo­dzie­wa­łam się, że roz­mo­wa pój­dzie w tym kie­run­ku, ale po­mysł był dla mnie jak pre­zent od lo­su.

– Na­praw­dę?! – Nie wie­rzy­łam, że to sły­szę. Za­sko­czo­na, ze­rwa­łam się z krze­sła, nie mo­gąc po­wstrzy­mać emo­cji, i uca­ło­wa­łam ją w po­li­czek. – Dzię­ku­ję pa­ni… na­praw­dę dzię­ku­ję! – wy­krztu­si­łam, czu­jąc ogrom­ną ulgę, jak­by spadł ze mnie ca­ły cię­żar dnia.

Ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się, a w jej oczach wi­dać by­ło cie­pło.

– Cie­szę się, że mo­gę po­móc. Każ­dy za­słu­gu­je na chwi­lę wy­tchnie­nia. By­wa, że wy­star­czy ma­ły krok, że­by po­czuć się le­piej.

– To praw­da… Cza­sa­mi czło­wiek ma dość, ale nie znaj­du­je si­ły, że­by pro­sić o po­moc. Dzię­ku­ję za to, że mi ją pa­ni ofe­ru­je. Mo­ja ma­ma bę­dzie w do­brych rę­kach, a ja w koń­cu bę­dę mo­gła tro­chę od­po­cząć.

Roz­dział 6

Ko­bie­ta przy­szła do mnie ra­no, nim wy­szłam do pra­cy. Z po­cząt­ku wszyst­ko wy­da­wa­ło się w po­rząd­ku, jed­nak już po chwi­li po­ja­wi­ło się na­pię­cie. Ma­ma spo­glą­da­ła na nią nie­uf­nie, jak­by nie wie­dzia­ła, cze­go się spo­dzie­wać. Na po­cząt­ku sta­ra­ła się być grzecz­na, ale wi­dać by­ło, że nie jest za­do­wo­lo­na z obec­no­ści ob­cej oso­by w jej do­mu.

– Kto to jest? – spy­ta­ła, marsz­cząc brwi, kie­dy tyl­ko wpro­wa­dzi­łam ko­bie­tę do po­ko­ju.

– To pa­ni Jo­asia, ma­muś. Bę­dzie nam po­ma­gać. Mu­szę mieć po­moc, bo sa­ma już nie da­ję ra­dy – po­wie­dzia­łam ci­cho, sta­ra­jąc się brzmieć spo­koj­nie, choć w środ­ku czu­łam nie­po­kój.

Ma­ma spoj­rza­ła na pa­nią Jo­asię z nie­chę­cią, a po­tem od­wró­ci­ła wzrok i wpa­trzy­ła się w okno. Wie­dzia­łam, że nie bę­dzie ła­two. Za­wsze by­ła oso­bą bar­dzo nie­za­leż­ną, a te­raz – w wy­ni­ku wie­ku i po­gar­sza­ją­ce­go się zdro­wia – czu­ła, że nie ma kon­tro­li nad swo­im ży­ciem. Ob­ca oso­ba w jej prze­strze­ni to dla niej ob­cią­że­nie, nie ulga.

W koń­cu zgo­dzi­ła się, by pa­ni Jo­asia po­mo­gła jej przy co­dzien­nych czyn­no­ściach, ale mi­mo to at­mos­fe­ra po­zo­sta­ła peł­na na­pię­cia. Ma­ma co kil­ka mi­nut wy­da­wa­ła dźwię­ki nie­za­do­wo­le­nia, gdy tyl­ko opie­kun­ka do­tknę­ła jej rę­ki lub spró­bo­wa­ła po­móc przy ubra­niu.

– Tyl­ko niech się pa­ni nie przy­zwy­cza­ja! – mam­ro­ta­ła, pa­trząc na pa­nią Jo­asię gniew­nie. – Ja po­trze­bu­ję tyl­ko mo­jej cór­ki, nie żad­nej ob­cej ko­bie­ty!

Ser­ce mi pę­ka­ło, gdy na to pa­trzy­łam. Wie­dzia­łam, że to dla niej trud­ne, ale jed­no­cze­śnie czu­łam, że nie dam ra­dy dłu­żej dźwi­gać wszyst­kie­go na swo­ich bar­kach. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Mrocz­na stro­na mo­je­go ży­cia

isbn: 978-83-8423-278-1

© An­na Ma­kos i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mał­go­rza­ta Pio­tro­wicz

ko­rek­ta: Aga­ta Ogó­rek

okład­ka: Pau­li­na Ra­dom­ska-Skier­kow­ska

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.