Morderstwo w fabryce snów - Max Nightingale - ebook + książka
NOWOŚĆ

Morderstwo w fabryce snów ebook

Max Nightingale

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Los Angeles, lata pięćdziesiąte. W przeddzień rozdania prestiżowych Golden Star Awards w apartamencie ekskluzywnego hotelu Royale Premiere zostaje brutalnie zamordowana gwiazda Hollywood, Blanche Aikerman – faworytka do nagrody dla najlepszej aktorki. Sprawę prowadzi doświadczony detektyw wydziału zabójstw, który szybko odkrywa, że w świecie blasku fleszy i czerwonych dywanów kryje się mroczna sieć kłamstw, zazdrości i zbrodni.

Na jego drodze stają potężny producent Victor Ramsay, ekscentryczny reżyser Peter von Hiltz, zapomniana diva Elizabeth Gresham, tajemnicza Camilla Boffi – żona gangstera trzęsącego Los Angeles – a także matka ofiary i dyskretny dyrektor hotelu. Każdy z nich coś ukrywa.

W świecie, gdzie wszyscy grają swoje role, a prawda ma wysoką cenę, detektyw musi znaleźć mordercę, zanim hollywoodzki sen zamieni się w koszmar bez końca.

Max Nightingale to pseudonim literacki Jonathana Whitelawa, nagradzanego pisarza, dziennikarza i współpracownika radia. Początkowo działał w polityce w Wielkiej Brytanii, po czym zajął się dziennikarstwem. Regularnie recenzuje prace artystyczne dla radia BBC i książki dla gazety „Sun”. Mieszka wraz z rodziną w Kanadzie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 189

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Mur­der In Tin­sel­town

Copy­ri­ght © 2024 by Max Nigh­tin­gale Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Tomasz Wyżyń­ski

All rights rese­rved

Wydawca: Kata­rzyna Słup­ska Redak­cja: Anna Brze­ziń­ska Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Marta Tyczyńska_Lewicka Pro­jekt okładki: Nathan Bur­ton Adap­ta­cja okładki: Mag­da­lena Zawadzka Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN: 978-83-8457-011-1

Dla AM, H i B – na waszą cześć, dzieci

7. Rozdział pierwszy

Blan­che Aiker­man patrzy pustym wzro­kiem na ostatni posi­łek w swoim życiu. Jest skromny, to po pro­stu sałatka. W kubełku z lodem obok sto­lika chło­dzi się butelka szam­pana – natu­ral­nie Dom Pérignon. Blan­che w ogóle nie ma ape­tytu.

Miał to być szczę­śliwy week­end, oka­zja, by uczcić suk­ces. Jest w końcu naj­sław­niej­szą kobietą na świe­cie. Co napi­sało o niej „Variety”? „Aktorka o talen­cie, jaki zda­rza się raz na poko­le­nie, i uro­dzie, dla któ­rej można oddać życie”. Blan­che się wzdryga. Tak, jest gwiazdą Hol­ly­wood, ale na szczy­cie każdy jest samotny.

Wstaje ze skraju łóżka. Z jej apar­ta­mentu na naj­wyż­szym pię­trze hotelu Roy­ale Pre­miere roz­ciąga się widok na Los Ange­les. Nad mia­stem unosi się mgiełka smogu i spa­lin, a na wzgó­rzach widać sławny napis „HOL­LY­WOOD”, lekko fali­sty, zło­żony z ogrom­nych bia­łych liter. Blan­che ma wra­że­nie, że to ogromne oko spo­glą­da­jące na nią w mil­cze­niu. Czy­tała jako nasto­latka Wiel­kiego Gatsby’ego – jedno z nie­licz­nych miłych wspo­mnień z okresu dora­sta­nia. Napis „HOL­LY­WOOD” koja­rzy się z ogrom­nymi oczami dok­tora T.J. Eckle­burga opi­sa­nymi w powie­ści, które zawsze budziły w niej dreszcz lęku. Teraz jest kró­lową fabryki snów i obser­wuje ją jej wła­sny dok­tor Eckle­burg. Widzi jej roz­pacz. Blan­che dobrze zna to uczu­cie. Sława, sta­tus gwiazdy mają swoją cenę.

– Patrzę na cie­bie, dziecko – mówi i śmieje się szy­der­czo.

Jej uwagę odciąga puka­nie do drzwi. Odwraca się od wyj­ścia na bal­kon i idzie przez apar­ta­ment. Panuje w nim bała­gan, nie zawra­cała sobie głowy sprzą­ta­niem i pro­siła, by jej nie prze­szka­dzano. Może prze­cież robić, co chce, prawda? Jest w końcu Blan­che Aiker­man.

Znowu roz­lega się puka­nie, gło­śniej­sze i bar­dziej natar­czywe. Otwiera drzwi, gotowa krzyk­nąć na natręt­nego głupca, który ośmie­lił się prze­rwać jej kola­cję.

– Gdzie się podzie­wasz, do licha?! – To Peter von Hiltz, genialny reży­ser, który w ciągu ostat­nich pię­ciu wspa­nia­łych lat zapew­nił Blan­che sławę. – Wszy­scy na cie­bie cze­kają, powin­naś być na dole pół godziny temu – dodaje po wej­ściu do apar­ta­mentu.

– Jem kola­cję – odpo­wiada Blan­che, muska­jąc dło­nią dłu­gie ciemne włosy. – Cie­szę się, że cię widzę, Peter. Roz­gość się, odpocz­nij. Posie­dzisz u mnie przez chwilę?

Reży­ser staje na środku pomiesz­cze­nia i patrzy na panu­jący w nim bała­gan. Cmoka gło­śno.

– Widzę, że korzy­stasz z fun­du­szu repre­zen­ta­cyj­nego – mówi i kopie lśnią­cym butem do kon­nej jazdy pustą butelkę po szam­pa­nie. – Miło widzieć, że wytwór­nia wydaje pie­nią­dze na coś poży­tecz­nego.

– Jeśli przy­sze­dłeś powie­dzieć, że źle się zacho­wuję, tro­chę się spóź­ni­łeś – odpo­wiada Blan­che. – Moja mama już o tym wspo­mi­nała. Za chwilę się pojawi, będzie­cie mówić jed­nym gło­sem.

– Chcia­łem się upew­nić, że się nie spóź­nisz, Blan­che. Będzie cię feto­wać cała śmie­tanka towa­rzy­ska Hol­ly­wood, pamię­tasz?

– Jak mogła­bym zapo­mnieć? – odpo­wiada cicho Blan­che.

Peter posta­na­wia zigno­ro­wać jej słowa. Odwraca się i patrzy na Blan­che, czer­wie­nie­jąc ze zło­ści. Mimo to panuje nad gnie­wem i wkłada rękę do kie­szeni. Wyj­muje kopertę i podaje jej.

– Co to takiego, Peter? Kartka na walen­tynki? – pyta Blan­che z iro­nicz­nym uśmie­chem.

– Umowa – odpo­wiada von Hiltz.

– Na co?

– Zaro­bimy wię­cej pie­nię­dzy, niż zdo­łamy poli­czyć, Blan­che! – rzuca von Hiltz. – Thun­der­saga Pic­tu­res chce z nami zawrzeć wie­lo­letni kon­trakt na wyłącz­ność. Jeśli go pod­pi­szemy, będziemy nale­żeć do nich. Dosta­niesz każde hono­ra­rium, jakiego zażą­dasz, kocha­nie. Zawsze tego pra­gnę­łaś.

– Zawsze tego pra­gnę­łam, rze­czy­wi­ście! – pry­cha Blan­che.

– Nie uda­waj boha­terki, Blan­che, to do cie­bie nie pasuje – mówi z pogardą von Hiltz. – Pod­pisz umowę, a potem możemy poroz­ma­wiać o two­jej nie­na­wi­ści do samej sie­bie. Pan Ram­say to nie­cier­pliwy czło­wiek, nie daje akto­rom i reży­se­rom dużo czasu do zasta­no­wie­nia.

Blan­che patrzy na kopertę w rękach Petera. Pozwala mu się męczyć przez chwilę; jego czer­wona twarz staje się fio­le­towa. Pie­nią­dze zawsze tak dzia­łają na von Hiltza. Zna go od dawna, od przy­by­cia do Hol­ly­wood. Ma opi­nię twórcy hitów, ale nie cho­dzi mu o sztukę, nie­za­leż­nie od tego, co opo­wiada pra­sie. Inte­re­sują go wyłącz­nie pie­nią­dze. W tej chwili wzra­sta mu ciśnie­nie, nie­długo dosta­nie udaru, przy­po­mina napom­po­wany balon. Blan­che bie­rze kopertę.

– Zasta­no­wię się nad tym – mówi i prze­cho­dzi obok niego pew­nym kro­kiem.

– Zasta­no­wisz się?! – rzuca szy­der­czo von Hiltz.

– Wła­śnie to powie­dzia­łam, Peter. – Blan­che macha kopertą trzy­maną w dłoni. – Zasta­no­wię się. Jak wiesz, jestem bar­dzo zajęta. Zer­knę na umowę, gdy będę miała kilka minut.

Reży­ser jest wście­kły. Zaci­ska pię­ści, nie­wiele bra­kuje, by zaczął tupać jak roz­gnie­wane dziecko. Mimo to powstrzy­muje gniew i idzie do drzwi apar­ta­mentu.

– Nie wpad­nij na sto­lik przy drzwiach, kocha­nie! – woła za nim Blan­che z sypialni.

Von Hiltz z całej siły trza­ska drzwiami. Po jego wyj­ściu Blan­che siada na skraju łóżka i znowu patrzy przez drzwi bal­konu na Los Ange­les.

Wszystko, czego zawsze pra­gnęła. Te słowa stale krążą w jej umy­śle. Wszystko, czego zawsze pra­gnęła. Jeśli to prawda… Zdo­bę­dzie sławę i pie­nią­dze, któ­rych nie zdoła wydać przez całe życie. Nie różni się od zwy­kłych ludzi. Jest po pro­stu wiej­ską dziew­czyną z głu­chej pro­win­cji i jakimś cudem jej się udało. Uroda, tro­chę talentu i deter­mi­na­cja spra­wiły, że dotarła na sam szczyt. Więc dla­czego nie jest szczę­śliwa?

Kolejne puka­nie do drzwi wyrywa ją z zamy­śle­nia. Prze­wraca oczami.

– Prze­czy­tam umowę, kiedy będę miała chwilę czasu, Peter! – woła.

Puka­nie nie ustaje. Apa­tia Blan­che zmie­nia się w gniew. Rzuca kopertę na łóżko i wybiega z sypialni. Klnie pod nosem, pod­cho­dzi do drzwi i otwiera je. To decy­zja, któ­rej będzie żało­wać przez resztę życia, które potrwa zale­d­wie kilka minut.

11. Rozdział drugi

Dzwoni twój tele­fon. Ni­gdy nie prze­staje dzwo­nić. To ryzyko zawo­dowe zwią­zane z pracą detek­tywa wydziału zabójstw poli­cji Los Ange­les. Mia­sto liczy prze­szło dwie­ście tysięcy miesz­kań­ców, stale dzieje się w nim coś nie­zwy­kłego.

Co gor­sza, w cza­sie tego week­endu zostaną wrę­czone pre­sti­żowe Gol­den Star Awards. W mie­ście są wszyst­kie gwiazdy Hol­ly­wood. Zwy­kle pogar­sza to sytu­ację. Tele­fony waria­tów, groźby pod­ło­że­nia bomb, stal­ke­rzy i gang­ste­rzy, wszy­scy chcą wykroić dla sie­bie kawa­łek sza­leń­stwa fabryki snów, gdy wrę­czane są nagrody. Nie pamię­tasz, jak ci się udało dostać dyżur w cza­sie tego week­endu. Ni­gdy się tego nie dowiesz. Ale to ozna­cza, że będziesz zajęty – naprawdę zajęty.

Pod­no­sisz słu­chawkę tele­fonu. Na początku nic w niej nie sły­chać. Myślisz, że tele­fo­nistki z cen­trali robią sobie żarty. Nie byłby to pierw­szy raz. Ten week­end przy­po­mina prima apri­lis. Jed­nak linia działa. Mówisz do tajem­ni­czego nie­zna­jo­mego, że połą­czył się z Depar­ta­men­tem Poli­cji Los Ange­les, i pytasz, czego chce.

Sły­szysz tylko ciężki oddech. Pytasz, czy wszystko w porządku. Żad­nej odpo­wie­dzi. Dzwo­niący wydaje się zde­ner­wo­wany. Sły­szysz cichy char­kot. Cią­gle mil­czy i zaczy­nasz się zasta­na­wiać, czy to nie żart.

Póź­niej roz­lega się nie­pewny głos. Cichy, pra­wie nie­zro­zu­miały. Usi­łu­jesz coś zro­zu­mieć, ale to trudne; roz­mówca jest daleko od tele­fonu.

– Nie mogę… boli… to nie moja wina… pomocy… to oni… prze­pra­szam.

Sły­chać dale­kie kroki. Zapada cisza. Odkła­dasz słu­chawkę i posta­na­wiasz zwró­cić uwagę dow­cip­nym dziew­czy­nom z cen­trali.

W komen­dzie jak zwy­kle panuje zamie­sza­nie. Wielu detek­ty­wów biega i krzy­czy na sie­bie. Cela przy wej­ściu jest pełna podej­rza­nych, nie­win­nych, pija­nych albo win­nych jak cho­lera. To hała­śliwe miej­sce i cza­sami masz wra­że­nie, że chciał­byś mieć wię­cej spo­koju, jak kapi­tan Barc­lay. Ni­gdzie go nie widać, praw­do­po­dob­nie gra w golfa z bur­mi­strzem albo nad­in­spek­to­rem. Nie­któ­rzy ludzie mają życie usłane różami…

O co cho­dziło roz­mówcy? Głos brzmiał sen­nie, jakby dzwo­niący był naćpany. Praw­do­po­dob­nie kolejny menel mar­nu­jący czas poli­cji. W Los Ange­les miesz­kają tysiące waria­tów, któ­rzy zwy­kle prę­dzej czy póź­niej mają do czy­nie­nia z poli­cją.

Na biurku leżą przed tobą dzi­siej­sze gazety. Bie­rzesz „Los Ange­les Times”, by zapo­mnieć o zamie­sza­niu i mil­czą­cym tele­fo­nie. Pierw­szą stronę zaj­mują rela­cje o Gol­den Star Awards. Widzisz ogromne zdję­cie Blan­che Aiker­man. Uśmie­cha się do kamery, sto­jąc na czer­wo­nym dywa­nie.

Znie­wa­la­jący uśmiech Blan­che to jeden z powo­dów, dla któ­rych jest pewną kan­dy­datką do tytułu Kró­lo­wej Hol­ly­wood.

To aktorka, wielka gwiazda fil­mowa. Trudno byłoby zna­leźć na świe­cie kogoś, kto w ciągu ostat­nich dzie­się­ciu lat nie sły­szał o Blan­che Aiker­man. Olśnie­wała widzów od Ame­ryki po Chiny, gra­jąc w ekra­ni­za­cjach Biblii, wester­nach i fil­mach gang­ster­skich. Jest atrak­cyjna. Dłu­gie kru­czo­czarne włosy i wspa­niała figura – nic dziw­nego, że nazwano ją „współ­cze­sną Kle­opa­trą”. Ma mnó­stwo przy­ja­ciół, budzi nie­ustanne zain­te­re­so­wa­nie prasy i opi­nii publicz­nej. Jest jedną z naj­bo­gat­szych i naj­po­pu­lar­niej­szych kobiet na świe­cie.

Podobno ma szanse zdo­być jedną z Gol­den Star Awards. Film, w któ­rym grała Boudikę – jeden z naj­bar­dziej kaso­wych fil­mów tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego siód­mego i pięć­dzie­sią­tego ósmego roku – pobił już kilka rekor­dów i Blan­che zdo­była zasłu­żone uzna­nie. Krążą plotki o tym, że w przy­szło­ści może żądać fan­ta­stycz­nych hono­ra­riów, choć ma zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Świat leży u jej stóp, wszy­scy ją podzi­wiają.

– Hej! Nie wolno tu pić! – krzy­czy ktoś w kory­ta­rzu.

– Gówno prawda! – pada gniewna odpo­wiedź.

Wybu­cha bójka, która prze­rywa ci lek­turę gazety. Odkła­dasz ją, ale coś cię nie­po­koi. Ten cho­lerny tele­fon. O co wła­ści­wie cho­dziło? Nie był to typowy wariat, nikt nie dow­cip­ko­wał, w słu­chawce nie chi­cho­tały dzieci. Nie suge­ro­wano, że gonisz za błęd­nym ogni­kiem. Nic z tych rze­czy. Po pro­stu oddech i te nie­składne słowa. Posta­na­wiasz cze­goś się dowie­dzieć, dopóki cią­gle masz czas. Dzwo­nisz do cen­trali.

– O, cześć, kochany, co mogę dla cie­bie zro­bić? – To Mar­got, jedna z sym­pa­tycz­niej­szych, bar­dziej kom­pe­tent­nych tele­fo­ni­stek. Słu­cha two­jej prośby, a potem mówi: – Przed chwilą nikogo z tobą nie łączy­łam, ale spy­tam inne dziew­czyny. Daj mi sekundę, okej?

Pozwa­lasz Mar­got prze­pro­wa­dzić wła­sne śledz­two. W trak­cie ocze­ki­wa­nia przy­po­mi­nasz sobie słowa nie­zna­jo­mego.

Nie mogę… boli… to nie moja wina… pomocy… to oni… prze­pra­szam.

– Okej, nie uwie­rzysz, kochany – mówi. – Wygląda na to, że dzwo­niono do cie­bie z hotelu Roy­ale Pre­miere na Bul­wa­rze Zacho­dzą­cego Słońca.

Pię­cio­gwiazd­kowy hotel dla boga­czy i sław­nych ludzi, gdy odwie­dzają Los Ange­les. To nie wszystko: jutro odbę­dzie się tam gala wrę­cze­nia Gol­den Star Awards.

– Tak, wydaje się, że dzwo­niono do cen­trali, ale nikt się nie ode­zwał, więc prze­łą­czy­ły­śmy go na komendę – dodaje Mar­got. – I ty byłeś pechow­cem, który ode­brał tajem­ni­czy tele­fon. Oba­wiam się, że to wszystko, co wiem. Mam nadzieję, że to pomoże.

Dzię­ku­jesz Mar­got i odkła­dasz słu­chawkę. Nie wiesz, co o tym sądzić. Może to po pro­stu intu­icja? Instynkt funk­cjo­na­riu­sza poli­cji? Podej­rze­wasz, że coś jest nie w porządku, coś się nie zga­dza. Tajem­ni­czy tele­fon ze sław­nego hotelu? W chwili, gdy panuje tam naj­więk­szy ruch? Nie wie­rzysz w zbiegi oko­licz­no­ści, nie w tej branży.

Bie­rzesz płaszcz, kape­lusz, pisto­let i klu­czyki od jed­nego z samo­cho­dów poli­cyj­nych, po czym wycho­dzisz z hała­śli­wej sali odpraw.

15. Rozdział trzeci

W pobliżu wej­ścia do hotelu kłę­bią się tłumy ludzi. Per­so­nel, goście i dzien­ni­ka­rze z całego świata obser­wują przy­go­to­wa­nia do efek­tow­nej cere­mo­nii wrę­cze­nia nagród. Kiedy pod­cho­dzisz do drzwi fron­to­wych, cisną się do nich repor­te­rzy i papa­razzi.

Otwie­rasz drzwi i oświe­tlają cię bły­ski fle­szy. Sły­szysz chór wykrzy­ki­wa­nych pytań, gdy dzien­ni­ka­rze i dzien­ni­karki marzą o sen­sa­cji – chcą poznać plotki o gwiaz­dach. Wysia­dasz z samo­chodu i poka­zu­jesz odznakę, po czym sły­chać zbio­rowy jęk zawodu.

– To po pro­stu gli­niarz – mówi zawie­dzio­nym tonem jeden z repor­te­rów.

– Myśla­łem, że to ktoś sławny – zauważa inny.

– Nie ma się czym przej­mo­wać, to nic cie­ka­wego – odzywa się ktoś.

Wcho­dzisz do hotelu. Wszę­dzie widać twa­rze sław­nych ludzi, cza­sami bar­dziej zna­nych, cza­sami mniej. Nie­któ­rzy piją drinki przy barze albo spa­ce­rują po lobby. Część gości nie­śmiało poluje na auto­grafy, a per­so­nel odku­rza, czy­ści, porząd­kuje hotel, przy­go­to­wu­jąc go do jutrzej­szej wie­czor­nej cere­mo­nii.

Recep­cja znaj­duje się w przed­niej czę­ści westy­bulu. Pod­cho­dzisz i naci­skasz dzwo­nek. Wita cię łysy męż­czy­zna z zadba­nym wąsi­kiem.

– Dzień dobry panu. Witamy w Roy­ale Pre­miere. Wpro­wa­dza się pan czy wypro­wa­dza?

Poka­zu­jesz odznakę i przy­ja­zny uśmiech natych­miast znika.

– Och, jest pan z poli­cji – mówi z szy­der­czym uśmie­chem. – Nazy­wam się Wal­ter. Jestem dyrek­to­rem hotelu. Czym mogę panu słu­żyć?

Wyja­śniasz, że przed pół­go­dziną otrzy­ma­łeś tele­fon. Wydaje się zakło­po­tany.

– Jest pan pewien, że dzwo­niono z naszego hotelu? – pyta. – Takie rze­czy nie zda­rzają się w Roy­ale Pre­miere. To nie­moż­liwe, zwłasz­cza dziś wie­czo­rem albo w ten week­end. Nasi goście to crème de la crème Hol­ly­wood, a nie nasto­letni chu­li­gani chcący mar­no­wać czas poli­cji.

Jest jasne, że usi­łuje rato­wać twarz. Przy­po­mi­nasz, że jesteś funk­cjo­na­riu­szem poli­cji i że musisz brać poważ­nie takie sygnały. I że wszelka współ­praca z Depar­ta­men­tem Poli­cji Los Ange­les jest zawsze głę­boko ceniona.

– Tak, oczy­wi­ście – mówi pojed­naw­czo. – Cóż, naprawdę nie wiem, co o tym myśleć. To, co goście robią w swo­ich poko­jach albo apar­ta­men­tach, jest wyłącz­nie ich sprawą. Na pewno pan rozu­mie, że ze względu na naszą klien­telę przy­wią­zu­jemy ogromną wagę do zacho­wa­nia dys­kre­cji. Wśród naszych gości są naj­słyn­niej­sze osoby w kraju. Nie możemy pod­słu­chi­wać ich pry­wat­nych roz­mów, prawda? Byłoby to prze­cież prze­stęp­stwo.

Nim masz czas odpo­wie­dzieć, poja­wia się obok cie­bie męż­czy­zna. Odpy­cha cię lekko, macha rękami.

– To hańba! – woła. – Abso­lutna hańba!

Wal­ter natych­miast sku­pia na nim uwagę. Widzia­łeś już gdzieś tę twarz i prze­szu­ku­jesz pamięć, by go sobie przy­po­mnieć. Nagle dozna­jesz olśnie­nia: to Peter von Hiltz, naj­bar­dziej kry­ty­ko­wany reży­ser w Hol­ly­wood, gazety plot­kują o tym, jak trak­tuje gwiazdy na pla­nie. Per­fek­cjo­ni­sta, ma tyle Gold Star Awards, że nie wie, co z nimi robić. Wydaje się wście­kły, przy­po­mina roz­gnie­wane dziecko.

– Gdzie jest Blan­che? Gdzie moja gwiazda? – woła do Wal­tera.

– Panie von Hiltz, ja…

– Herr von Hiltz! – rzuca reży­ser.

– Tak, oczy­wi­ście, Herr von Hiltz. Nie wiem, gdzie jest panna Aiker­man. Nikt z mojego per­so­nelu nie widział jej od wczo­raj­szego wie­czoru.

– Chce pan powie­dzieć, że stra­cił pan z oczu naj­sław­niej­szą kobietę na świe­cie?!

– Nie. Tak, to zna­czy…

Wal­ter patrzy na cie­bie, szu­ka­jąc wspar­cia. Kiedy rozu­mie, że mu go nie udzie­lisz, pró­buje uspo­koić reży­sera.

– Jeśli pan chce, zadzwo­nię do jej pen­tho­use’u, choć linia jest w tej chwili zajęta. Ale jeśli to ważne, mogę kogoś posłać.

– Pro­szę to zro­bić! – rzuca ostro von Hiltz. – I natych­miast dać mi znać, gdy się pan z nią skon­tak­tuje. Musimy poroz­ma­wiać o sce­na­riu­szu, a ja jestem zaję­tym, nie­cier­pli­wym czło­wie­kiem. Ocze­kuję pana w swoim apar­ta­men­cie, gdy tylko pan ją znaj­dzie, zro­zu­miano?

Zerka na cie­bie ze zło­ścią i obraca się na pię­cie. Obser­wu­jesz, jak prze­cho­dzi przez westy­bul i znika.

– Prze­pra­szam, detek­ty­wie – mówi Wal­ter. Wydaje się zmę­czony. – Herr von Hiltz to jeden z naszych naj­bar­dziej pre­sti­żo­wych gości. Speł­niamy wszyst­kie życze­nia wybit­nych oso­bi­sto­ści, które się u nas zatrzy­mują. Chyba pan to rozu­mie, prawda? W czym jesz­cze mógł­bym panu pomóc?

Za długą ladą recep­cji wsz­czyna się zamie­sza­nie. Na końcu poja­wia się młody czło­wiek, ubrany w strój kel­nera. Jest blady jak kreda.

– Panie Wal­ter! – woła.

Reszta per­so­nelu scho­dzi mu z drogi, gdy bie­gnie w stronę dyrek­tora. Potyka się i Wal­ter musi go pod­trzy­mać, by nie upadł na pod­łogę.

– Co ty wyra­biasz, do cho­lery, Car­ter?! – pyta Wal­ter. – Zwa­rio­wa­łeś?! Nie możesz wrzesz­czeć przy gościach!

– Prze­pra­szam, sir… to po pro­stu, po pro­stu…

– Co się stało? Gadaj, chłop­cze!

– Blan­che Aiker­man nie żyje – odpo­wiada kel­ner. – Została zamor­do­wana!

17. Rozdział czwarty

– Nie żyje?! Co to zna­czy, że nie żyje?! Nie może nie żyć, jest gwiazdą wie­czoru!

Wal­ter i Car­ter wybie­gają zza lady. Idą przed tobą kory­ta­rzem. W ciągu ostat­nich kilku minut sytu­acja cał­ko­wi­cie się zmie­niła, prze­stała być banalna. Ruty­nowo spraw­dza­łeś tele­fon żar­tow­ni­sia, a teraz zaj­mu­jesz się mor­der­stwem. Wal­ter upew­nia się, że nikt nie sły­szał tego, co powie­dział Car­ter, po czym wpro­wa­dza was do windy towa­ro­wej jadą­cej bez­po­śred­nio na naj­wyż­sze pię­tro hotelu Roy­ale Pre­miere. Jest bogato zdo­bione, wszystko wydaje się kosz­towne.

Z przodu widać dwie pary podwój­nych drzwi. Te po lewej są lekko uchy­lone, stoi obok nich wózek z jedze­niem.

– Dostar­czy­łem posi­łek – mówi Car­ter, cią­gle zdy­szany i blady. – Robię to od dwóch dni, po przy­jeź­dzie pani Aiker­man. Panna Blan­che pra­wie nic nie jadła, choć miała szcze­gólne wyma­ga­nia: pół grejp­fruta codzien­nie o dru­giej po połu­dniu, a poza tym szam­pan, natu­ral­nie Dom Pérignon. Przy­nio­słem to dziś po połu­dniu, ale zauwa­ży­łem, że drzwi są otwarte. Zapu­ka­łem i wsze­dłem, a potem… cóż, sami pano­wie zoba­czą.

– Jesteś pewien, że nie żyje? – pyta dyrek­tor.

– Słu­cham?

– Jesteś pewien, że nie żyje? Mogła po pro­stu się zdrzem­nąć. Wiesz, jaki tryb życia pro­wa­dzą gwiazdy, do późna uczest­ni­czą w przy­ję­ciach i galach. Cią­gle jest wcze­sne popo­łu­dnie.

– Sami pano­wie zoba­czy­cie – odpo­wiada kel­ner.

– Nikomu o tym nie mówi­łeś, prawda, Car­ter? – pyta Wal­ter. – Nikt o tym nie wie?

– Nie, sir – odpo­wiada młody czło­wiek.

– To ostat­nia rzecz, jakiej nam potrzeba – cią­gnie dyrek­tor. – Nie dzi­siaj, nie w przed­dzień wrę­cze­nia nagród.

Docie­rasz do wej­ścia do pen­tho­use’u. Wal­ter puka do drzwi, a Car­ter stoi z boku, mnąc guziki kami­zelki.

– Halo? Panno Aiker­man? Jest tam pani? – pyta Wal­ter.

Apar­ta­ment jest ciemny. Zasłony są zasu­nięte, świa­tła zga­szone. Wal­ter prze­kręca kon­takt i zapa­lają się lampy. Wydaje się, że wszystko jest na wła­ści­wym miej­scu. Meble stoją równo, drzwi szaf są zamknięte, wszę­dzie panuje porzą­dek. Pokój wygląda, jakby nikt w nim nie miesz­kał.

Idziesz za dyrek­to­rem, na wszelki wypa­dek trzy­ma­jąc rękę na kol­bie pisto­letu. Salon rów­nież jest w ide­al­nym sta­nie. Nikogo w nim nie ma, wszystko jest na swoim miej­scu. Zauwa­żasz drzwi do przy­le­głego pomiesz­cze­nia, chyba sypialni, i kiwasz głową.

– Tak, okej – mówi Wal­ter. – Może powi­nie­nem… zostanę tu na wypa­dek, gdyby ktoś wszedł.

Zga­dzasz się i pod­cho­dzisz do drzwi sypialni. Czu­jesz chłodny powiew pach­nący per­fu­mami, słodki zapach podobny do tru­ska­wek. Wcho­dzisz do ogrom­nej sypialni, w dal­szym ciągu trzy­ma­jąc rękę na kol­bie pisto­letu.

Z przodu stoi wiel­kie łoże z czte­rema kolum­nami i zasło­nami ze wszyst­kich stron. Zauwa­żasz, że drzwi na bal­kon są zamknięte, lecz mimo to czuć podmu­chy wia­tru. Nie jest to w tej chwili ważne. Naj­waż­niej­sza jest blada, wiotka ręka zwi­sa­jąca z łóżka.

Roz­glą­dasz się po sypialni, by się upew­nić, że nikogo w niej nie ma. Jest pusta. Potem szybko pod­cho­dzisz do łóżka, odsu­wasz zasłonę i widzisz mar­twe ciało Blan­che Aiker­man.

Ma zwiot­czałą twarz, otwarte oczy i coś w rodzaju pół­u­śmie­chu zasty­głego na war­gach. Łóżko jest zalane krwią i nawet z tego miej­sca widać, że pode­rżnięto jej gar­dło. Naj­sław­niej­sza kobieta na świe­cie patrzy na cie­bie mar­twymi oczami. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łeś tak dobrze ubra­nej ofiary mor­der­stwa – ma na sobie ciemną, powłó­czy­stą suk­nię.

– O mój Boże!

To Wal­ter, sto­jący za two­imi ple­cami. Nie sły­sza­łeś, że się zbliża. Może potrafi cho­dzić bez­sze­lest­nie?

– O mój Boże, to prawda! Blan­che Aiker­man nie żyje! Została zamor­do­wana w moim hotelu! O mój Boże… Herr von Hiltz! Muszę go zawia­do­mić!

Wybiega z sypialni. Nie masz wyboru i musisz iść za nim. Przede wszyst­kim nie wolno dopu­ścić, by wybu­chła masowa panika. Hotel stał się miej­scem prze­stęp­stwa. Powi­nie­neś roz­po­cząć śledz­two.

19. Rozdział piąty

Pukasz do drzwi apar­ta­mentu. Stoi obok cie­bie pan Wal­ter, dyrek­tor hotelu. W pobliżu kręci się Car­ter, kel­ner. Opu­ściła go panika i ma tro­chę pyszał­ko­watą minę. Wie, że zdo­był cenne infor­ma­cje, które zna tylko kilku ludzi na świe­cie. Po raz pierw­szy w życiu jest czę­ścią elity.

Nikt nie odpo­wiada na puka­nie. Wal­ter wydaje się zanie­po­ko­jony. Jest zde­ner­wo­wany, spo­cony, prze­stę­puje z nogi na nogę.

– Prze­pra­szam, detek­ty­wie – mówi. – Herr von Hiltz pro­sił, żebym go zawia­do­mił o odna­le­zie­niu panny Aiker­man. Nie mogę uwie­rzyć, że nie żyje. Była naj­więk­szą gwiazdą fil­mową Hol­ly­wood! Jak może nie żyć?!

– I miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem lat – dodaje Car­ter.

– Tak, tylko dwa­dzie­ścia sie­dem lat. Po pro­stu dziecko. Straszna tra­ge­dia. I do tego w okrop­nym momen­cie, tuż przed wrę­cze­niem nagród. Herr von Hiltz będzie wie­dział, co zro­bić.

– O tak – wtrąca kel­ner. – Umie pora­dzić sobie ze wszyst­kim.

Wal­ter znowu nie­cier­pli­wie puka do drzwi.

– Herr von Hiltz! – woła. – To ja, Wal­ter, dyrek­tor. Mamy tra­giczne wia­do­mo­ści. Jest ze mną detek­tyw z poli­cji Los Ange­les. Cho­dzi o pannę Aiker­man. Zna­leź­li­śmy ją, sir. Musi pan natych­miast przyjść.

Nikt nie odpo­wiada. Wal­ter zaczyna się nie­po­koić. Pociera pod­bró­dek, patrzy na cie­bie i na drzwi.

– Nic z tego nie rozu­miem – mówi bez­rad­nie.

Podej­muje kolejną próbę. Tym razem ude­rza pię­ścią w drzwi apar­ta­mentu.

– Herr von Hiltz! To ja, dyrek­tor Wal­ter. Jest ze mną poli­cja, sir. Kazał nam pan natych­miast prze­ka­zać wia­do­mość, gdy znaj­dziemy pannę Aiker­man… Herr von Hiltz?

– Może jest w klo­pie? – Car­ter chi­choce.

– Dosyć tego, Car­ter! – rzuca Wal­ter. – Prze­pra­szam, detek­ty­wie. Naprawdę nie wiem, co o tym myśleć. To zupeł­nie nie pasuje do Herr von Hiltza. Jest bar­dzo pedan­tyczny i godny zaufa­nia. Nie rozu­miem, o co cho­dzi.

Roz­glą­dasz się po pustym kory­ta­rzu. Docho­dzisz do wnio­sku, że cho­dzi o coś wię­cej niż tylko mor­der­stwo Blan­che Aiker­man. Przy­pro­wa­dzono cię do apar­ta­mentu von Hiltza, co wydaje się bar­dzo dziwne, zwłasz­cza teraz, gdy nie otwiera drzwi.

„Co się tu dzieje? Tajem­nice i kłam­stwa to nic nowego w tym mie­ście. Ale utrud­nia­nie śledz­twa to prze­stęp­stwo”.

Powi­nie­neś zba­dać miej­sce zbrodni. Co robisz?

Nale­gasz, by Wal­ter zapro­wa­dził cię z powro­tem na miej­sce zbrodni (przejdź do 45)

Pro­sisz Wal­tera, by wpu­ścił cię do pokoju von Hiltza (przejdź do 25)

Pytasz Car­tera, czy ma jakieś dodat­kowe infor­ma­cje (przejdź do 129)

25

– Otwo­rzyć pokój? – pyta Wal­ter. – Jest pan pewien? Roy­ale Pre­miere szczyci się swoją dys­kre­cją. Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł.

– To poli­cjanci, panie dyrek­to­rze – nalega Car­ter. – Jeśli chcą, żeby pan otwo­rzył drzwi, lepiej to zro­bić, by nie tra­fić do wię­zie­nia.

Wal­ter zasta­na­wia się przez chwilę. Popra­wia koł­nie­rzyk koszuli, a potem wyj­muje uni­wer­salny klucz. Prze­kręca go w zamku i otwiera drzwi.

Czuć silny zapach ben­zyny. Wal­ter kaszle i krztusi się, po czym przy­kłada chu­s­teczkę do ust.

Idziesz do przodu mimo zapa­chu. W apar­ta­men­cie panuje chaos. Prze­wró­cone stoły, wycią­gnięte półki. Wszę­dzie walają się ubra­nia, brudne tale­rze i strony sce­na­riu­sza. Drzwi na bal­kon są sze­roko otwarte, łagodny wiatr poru­sza zasło­nami. Nie zmniej­sza to zapa­chu, który staje się sil­niej­szy, gdy idziesz w głąb apar­ta­mentu.

– Herr von Hiltz! – woła Wal­ter. – Sły­szy mnie pan, sir? Wszystko w porządku?

Żad­nej odpo­wie­dzi. Roz­glą­dasz się po apar­ta­men­cie, pró­bu­jąc coś zro­zu­mieć, ale panuje w nim zbyt wielki chaos. Póź­niej zauwa­żasz drzwi do łazienki. Są lekko uchy­lone i dobiega z nich odgłos pły­ną­cej wody. Ostroż­nie pod­cho­dzisz do drzwi.

– Herr von Hiltz? – cią­gle woła Wal­ter.

Pukasz do drzwi łazienki. Nikt nie odpo­wiada. Dywan leżący na pod­ło­dze jest nasiąk­nięty wodą. Z wnę­trza łazienki w dal­szym ciągu dobiega plusk pły­ną­cej wody. Ostroż­nie otwie­rasz drzwi. Z prysz­nica leje się woda, lecz nikogo nie ma w środku.

Jed­nak zauwa­żasz coś dziw­nego. Na pod­ło­dze obok toa­lety stoi kani­ster z ben­zyną. W wieku tkwi zapa­lona świeca. Zda­jesz sobie sprawę, że pod­łoga jest pokryta ben­zyną i że świeca za chwilę wpad­nie do kani­stra.

26

Co dalej?

Pró­bu­jesz chwy­cić świecę, nim pło­mień dotrze do ben­zyny (przejdź do 27)

Nale­gasz, by ewa­ku­owano Roy­ale Pre­miere (przejdź do 28)

Ostrze­gasz obec­nych i jak naj­szyb­ciej opusz­czasz pomiesz­cze­nie (przejdź do 29)

27

Rzu­casz się do przodu, by zga­sić świecę, nim ogień dotrze do ben­zyny. Nie jesteś dosta­tecz­nie szybki i świeca wpada do kani­stra. Poko­jem wstrząsa eks­plo­zja, zabi­ja­jąc cie­bie, Wal­tera i Car­tera.

Popeł­ni­łeś błąd, spró­buj pod­jąć inną decy­zję doty­czącą świecy w 26.

28

Wyko­rzy­stu­jesz swój auto­ry­tet funk­cjo­na­riu­sza poli­cji i nale­gasz, by Wal­ter ewa­ku­ował hotel. Nie­chęt­nie się zga­dza i idzie z tobą na par­ter do westy­bulu.

Poja­wia się straż pożarna, by zająć się skut­kami eks­plo­zji. Goście, dzien­ni­ka­rze, gwiazdy fil­mowe i pra­cow­nicy hotelu wycho­dzą na Bul­war Zacho­dzą­cego Słońca i zaczy­nają się roz­pra­szać. Dopiero teraz przy­cho­dzi ci do głowy, że jeśli jest wśród nich mor­derca, ma łatwą drogę ucieczki.

Zanim jesteś w sta­nie zmu­sić gości do powrotu do hotelu, przy­bywa twój prze­ło­żony i pyta, co zro­bi­łeś. Jest oczy­wi­ste, że ni­gdy nie schwy­tasz mor­dercy ani sprawcy eks­plo­zji.

Sprawa koń­czy się dla cie­bie. Ewa­ku­acja hotelu była błę­dem. Spró­buj pod­jąć inną decy­zję, by goście, gwiazdy fil­mowe i podej­rzani pozo­stali w hotelu. Przejdź do 26.

29

– Co takiego? – pyta Wal­ter. Ma prze­ra­żoną minę.

Chwy­tasz go za ramię i bie­gniesz do drzwi. Car­ter wydaje się zaszo­ko­wany, gdy obaj pędzi­cie w jego stronę. Wpa­dasz na niego, po czym tara­nu­jesz drzwi i wypa­da­cie na zewnątrz.

Za two­imi ple­cami poja­wia się krótki błysk i huk, gdy świeca w końcu się dopala i pło­myk dotyka ben­zyny. Wal­tera, Car­tera i cie­bie owiewa podmuch powie­trza. Chwy­tasz oddech, a potem doty­kasz rąk i nóg, by się upew­nić, że jesteś cały. Pozo­stali kaszlą i par­skają. Żyje­cie – to cud, że udało wam się uciec przed eks­plo­zją.

Dzwoni ci w uszach. Zda­jesz sobie sprawę, że nic wam już nie grozi. Powoli wsta­jesz i poma­gasz pozo­sta­łym się pod­nieść.

– O mój Boże! – jęczy Wal­ter. – Co to było, do cho­lery?!

– Nie jestem eks­per­tem, ale moim zda­niem doszło do wybu­chu – mówi Car­ter, pokryty pyłem.

Wszy­scy patrzy­cie na apar­ta­ment von Hiltza. Jest zruj­no­wany, podarta zasłona od prysz­nica cią­gle się pali. Całą pod­łogę pokry­wają odłamki szkła, a ze znisz­czo­nej toa­lety leje się woda. Czuć inten­sywny odór ben­zyny.

Na kory­ta­rzu poja­wiają się człon­ko­wie per­so­nelu i goście. Wal­ter zapew­nia ich, że nic im nie grozi. Suge­ru­jesz, by ewa­ku­owano hotel na wypa­dek, gdyby ukryto w nim miny pułapki.

– Nie możemy tego zro­bić! – krzy­czy Wal­ter. – Jutro zostaną wrę­czone Gol­den Star Awards, to naj­więk­sze wyda­rze­nie w branży fil­mo­wej. Nie możemy ewa­ku­ować hotelu, to by nas zruj­no­wało!

Cią­gle jesteś tro­chę oszo­ło­miony i przez chwilę się zasta­na­wiasz. Pra­cow­nicy hotelu i goście gapią się na ogromną dziurę w ścia­nie budynku wybitą przez eks­plo­zję.

– Myślę, że powinni nas zba­dać sani­ta­riu­sze – mówi Car­ter. – Strasz­nie boli mnie głowa.

30

Wcho­dzisz do spa­lo­nego pomiesz­cze­nia. Wiatr się nasi­lił i wywiewa przez otwór kosz­marny smród ben­zyny. Papiery i ubra­nia roz­rzu­cone w pokoju znik­nęły. Łazienka wyle­ciała w powie­trze; w kilku miej­scach płoną nie­wiel­kie ogni­ska.

Idziesz w stronę łazienki, gdy nagle sły­szysz, że coś chrzę­ści ci pod sto­pami. Spo­glą­dasz na pod­łogę i widzisz, że nadep­ną­łeś na opra­wioną foto­gra­fię, roz­bi­ja­jąc szkło. Pod­no­sisz ją, wycie­rasz z sadzy i kurzu. Widzisz pod­pi­sane zdję­cie Blan­che Aiker­man, która posyła całusa w stronę obiek­tywu. Mru­żysz oczy i pró­bu­jesz odczy­tać dedy­ka­cję, która brzmi: „Kocha­nemu Pete’owi, dzię­kuję za wszystko. Ni­gdy nie zapo­mnę Kairu. Z wyra­zami dozgon­nej miło­ści. Blan­che”.

Wal­ter pod­cho­dzi do cie­bie od tyłu, kasz­ląc i jęcząc na widok znisz­czeń. Zagląda ci przez ramię. Poka­zu­jesz mu zdję­cie.

– O tak, była naprawdę piękna – mówi.

Pytasz, czy miała romans z von Hilt­zem.

– Och, nie mogę tego potwier­dzić. – Rumieni się i ociera czoło chu­s­teczką. – To temat dla plot­kar­skich rubryk w gaze­tach, prawda?

Przy­po­mi­nasz, że jesteś funk­cjo­na­riu­szem poli­cji pro­wa­dzą­cym śledz­two w spra­wie mor­der­stwa. I że nie­dawno obaj o mało nie wyle­cie­li­ście w powie­trze.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki