Moja pokusa - Joanna Black - ebook
NOWOŚĆ

Moja pokusa ebook

Joanna Black

5,0

146 osób interesuje się tą książką

Opis

Po śmierci rodziców wyjechałam do rezydencji wujka. Kiedy byłam już pewna, że nic nie uleczy mojej duszy z tęsknoty i smutku, pojawił się on. Złodziej mojego serca. Ktoś, z kim nie powinnam się spotykać. Ktoś jednocześnie dobry i zły. Byłam gotowa wejść do świata, w którym czaił się mrok, ale prawdziwe zło znalazłam we własnym domu. Było tuż obok, a ja naiwnie sądziłam, że trafiłam do pałacu... Czy uda mi się uniknąć okrutnego przeznaczenia?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 158

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (1 ocena)
1
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



J. BLACK

Moja pokusa

© J. BLACK, 2024

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

PROLOG

Dopiero teraz ogarnęła mnie panika. Znieruchomiałam, kiedy zobaczyłam, jak wyciągnął pasek od spodni. Naprawdę chciał to zrobić. Chwycił mój nadgarstek i pociągnął za niego tak, że już po chwili leżałam na brzuchu.

— To kara za to, że postanowiłaś złamać zasady. Kara za to, że chciałaś mnie przechytrzyć.

— Nie masz prawa, puszczaj! — jęknęłam, ale on nic sobie z tego nie robił.

— Nieprawda i doskonale o tym wiemy, a skoro ośmieliłaś się zrobić coś takiego, musisz ponieść konsekwencje swoich czynów. Należysz do mnie. Duszą i ciałem! I nigdy tego nie bagatelizuj, a jeśli przypadkiem znów zapomnisz, nie opuścisz tej sypialni nawet na moment! — warknął. Był zły. Po raz pierwszy widziałam go w takim stanie.

Boże. I co teraz?

Kątem oka dostrzegłam, jak zrzucił koszulkę. Po co…? Czułam się okropnie w tej pozycji, bo miał doskonały widok na mój wypięty tyłek. Żałowałam, że założyłam tę cholerną sukienkę, mogłam wybrać coś innego, a tak… byłam zupełnie obnażona.

Jego gorący oddech na szyi sprawił, że znów się spięłam, ale kiedy nachylił się bliżej, moja skóra zlodowaciała. Zaczęłam intensywnie szlochać, gdy świst paska przeciął powietrze. Na szczęście jeszcze nim nie uderzył.

— Nigdy więcej nie zrobisz niczego przeciwko mnie. Moja słodka, grzeszna dziewczynka. Czy nie powtarzał ci nikt, że lepiej nie igrać ze mną, bo kiedy jestem wkurwiony, tracę nad sobą kontrolę? Zwłaszcza, jeśli chodzi o kobiety.

— Zostaw mnie! — znów warknęłam, ale i tym razem nie słuchał. Jego chłodna dłoń, ta na której nosił sygnet, przesunęła się wzdłuż moich pleców, a potem uderzyła o pośladki. Syknęłam, ale to było tylko preludium bólu i upokorzenia, jakie miały wkrótce nadejść.

Zamiast spodziewanego ciosu paskiem, poczułam delikatne muśnięcia opuszkami palców. Głaskał mnie… Pieścił, a ja przełknęłam ślinę i próbowałam zacisnąć uda, bo ciało zaczynało reagować na jego dotyk, a na to, nie mogłam sobie pozwolić.

— Miałem cię nie tknąć, dopóki nie zostaniesz moją żoną, ale przecież nie mogę zostawić cię niezaspokojonej, prawda? Wobec tego pokażesz mi, jak zadowalasz się sama. I właśnie to będzie twoją karą. Utrzymywanie kontaktu wzrokowego ze mną, kiedy będziesz już na skraju, Pozbycie się hamulców. Skoro postanowiłaś spotkać się z tym chłopakiem, a ja wam przeszkodziłem w finalnej scenie, naprawię swój błąd. Obróć się do mnie. A potem zrób to, na co miałaś ochotę, księżniczko.

Nie. Nie zmusisz mnie do tego.

Ale on, jakby czytał w jej myślach, bo zbliżył się i chrapliwym, niskim głosem dodał:

— Ból czy przyjemność? Po tym pierwszym nie usiądziesz na tyłku przez dobre kilka dni. Wybierz mądrze — zamruczał, a jego ciemne oczy przepełniała seksualna furia.

Rozdział 1

Emily siedziała bez ruchu, a jej serce biło tak głośno, że miała wrażenie, iż nagle wyskoczy z piersi. Słowa, które usłyszała jeszcze w szpitalu, odbijały się echem w jej umyśle, nie posiadając żadnego sensu.

— Przykro mi, nie udało się ich uratować — powiedział lekarz cierpkim i stłumionym głosem, jakby docierał do niej z końca długiego tunelu. To okrutne zrządzenie losu, ten koszmar, z którego desperacko chciała się obudzić, powodowały, że brakowało jej tchu. Ale pobudka nie następowała. Nikt nie roześmiał się głośno, mówiąc, że to tylko żart i lada chwila rodzice wyjdą z wypadku cali i zdrowi.

Kiedy więc tkwiła już na sterylnym komisariacie, otoczona obojętnymi twarzami i ostrym światłem fluorescencyjnym, ogarnęło ją poczucie głębokiej pustki. Nigdy nie czuła niczego podobnego, to tak, jakby zamiast powietrza wdychała mikroskopijne igiełki żelaza. I choć miała już siedemnaście lat, to teraz, bez rodziców, czuła się niczym maleńka dryfująca łódź, pozbawiona przystani, do której codziennie przypływała.

— Czy trzeba kogoś powiadomić? Masz tu babcię albo dziadka? Jakieś rodzeństwo? — usłyszała z ust policjantki.

— Nie mam nikogo takiego. Zawsze byliśmy we trójkę, jest tylko ciocia, ale mieszka w Kanadzie — powiedziała smutno, łapiąc rozpaczliwie oddech.

— Mogłaby cię przyjąć pod swój dach? Jeśli nie znajdziemy ci kogoś, trafisz do placówki i…

Policjantka mówiła i mówiła, ale Emily była myślami gdzieś daleko. Przetwarzała raz po raz w głowie ten wypadek i wymyślała, co mogła zrobić inaczej, by rodzice nie zginęli. Tata jechał za szybko, ulica była zbyt była mokra od deszczu, ale tamten samochód, on też wyprzedził w niewłaściwy sposób… Zamknęła oczy i dała popłynąć łzom.

Pośród tego szoku i żalu decyzja o tym, żeby powiadomić ciocię i wujka wyłoniła się jednak z zaskakującą jasnością. Przecież powinna się dowiedzieć, w końcu to siostra mamy i choć spotykały się rzadziej niż raz na kilka lat, wciąż należała do rodziny.

— Nie mam do niej numeru — powiedziała nagle Emily.

— Nie martw się tym, zajmiemy się kontaktem z twoją ciocią, podaj mi tylko jej dane, wszystko, co wiesz. I… — zawahała się nagle.

— Tak?

— Miałaś tyle szczęścia, że uszłaś z tego wypadku bez szwanku, to naprawdę niewiarygodne. Przyniosę ci ciepłą herbatę, poczekaj tutaj.

Emily skinęła głową. Okryła się szczelniej kocem, który przyniósł jej jeden z policjantów i siedziała tak, obserwując obskurne ściany komisariatu. Jego wnętrze, tak zimne i pospolite zupełnie nie korespondowało z życzliwością pracowników. A może tak sobie tylko wmawiała? Może musieli być mili, bo przecież straciła rodziców? Zbyt dużo myśli kotłowało się w jej głowie, a każda kolejna dodawała ciężaru i powodowała ucisk w klatce. Wiedziała jedno, nie chciała spędzić kolejnych lat w jakiejś placówce, razem z innymi dziećmi, które być może nigdy nie zaznały miłości od rodziców. W takim tłumie czułaby się jeszcze bardziej samotna niż teraz. Ale nie mogła też tu zostać, w miejscu przepełnionym wspomnieniami, które teraz przynosiły tylko ból. W tym małym miasteczku, gdzie wszyscy znali się, a plotka goniła plotkę, nie mogła czuć się już dobrze, a wieść o tym, że rodzice mieli długi i zastawili dom, spadła na nią jak grom z jasnego nieba. W jednej chwili straciła wszystko.

Dlaczego nie zginęłam? Dlaczego wyszłam z tego cało, a oni nie żyją? Zadawała sobie te pytania raz po raz, ale odpowiedź nie nadchodziła, nikt nie umiał wyjaśnić, dlaczego los dał szansę właśnie jej.

W końcu usłyszała głos tej samej policjantki, która wcześniej przyprowadziła ją na komisariat.

— Twoja ciocia już o wszystkim wie. Może chciałabyś z nią porozmawiać? — Podała jej słuchawkę.

Emily drżącymi rękami sięgnęła po telefon, ale tak naprawdę nie miała pojęcia, co miałaby powiedzieć. W gardle miała gulę wielkości pięści, a ilekroć tylko próbowała powiedzieć coś mądrego, jej głos brzmiał obco. Cieszyła się więc, że trwało to krótko i to ciocia przejęła na siebie ciężar rozmowy, a potem zapewniła, że dopełnią wszelkich formalności i jeśli tak trzeba, wezmą ją do siebie. W głosie pięćdziesięcioletniej już Sary nie słychać było jednak ani rozpaczy, ani cierpienia na wiadomość o śmierci siostry, była tylko jakaś nutka goryczy, że odtąd ich życie stanie się zupełnie inne za sprawą Emily.

— Ona mnie nie chce — rzuciła dziewczyna, gdy tylko połączenie zostało zerwane. — Wiem, że nie.

— Gdyby tak było, nie zgodziłaby się, żeby cię przygarnąć. Nie myśl o tym, jeszcze wszystko się ułoży, całe życie przed tobą. — Policjantka zaczesała włosy do tyłu i uśmiechnęła się słabo, bo zdała sobie sprawę, jak kuriozalnie brzmiały jej słowa o przyszłości.

Emily nie miała za to złudzeń — zawsze już będzie naznaczona tymi wydarzeniami, zawsze na plecach będzie dźwigać ciężar tej tragedii, w której tylko ona została uratowana. Mimo wszystko pokiwała głową na znak, że myśli podobnie, a potem znów przeniosła wzrok na ściany komisariatu. Adrenalina powoli przestawała działać. Emily zrobiła się senna, pod powiekami czuła piasek, miała ochotę zasnąć i nie obudzić się więcej, a jeśli już — w tej samej rzeczywistości, w której była jeszcze przed wypadkiem. Bała się zmierzyć nie tylko z samotnością, ale i nowym miejscem, i nową kulturą, które były jej zupełnie obce.

Rozdział 2

Zostawiała wszystko za sobą i wsiadała do samolotu. Rye od zawsze było jej domem i choć to małe miasteczko liczyło mniej niż pięć tysięcy mieszkańców, dla niej miało swój urok i klimat.

Jej pierwszy lot samolotem zamiast ekscytacji był zlepkiem łez i turbulencji, a krajobraz poniżej niewyraźną plamą kolorów i kształtów. Emily przycisnęła do piersi zniszczone zdjęcie rodziców, jedyne namacalne połączenie, jakie jej pozostało z życiem, które kiedyś znała i starała się ukoić ten żal, który wciąż gromadził się w sercu. Ciocia Sara i wujek Richard siedzieli tuż obok. Ona wysoka blondynka z niebieskimi oczami i starannie upiętym kokiem wydawała się przy nim, barczystym mężczyźnie o bladej cerze, jak mała dziewczynka. Wujek w Rye niewiele się odzywał. Przez cały pogrzeb nie uronił ani jednej łzy, a Emily wydawało się, że zupełnie nie miał serca i traktował ceremonię, jak ważną sprawę do odhaczenia. Ciocia z kolei już w momencie dotarcia do Rye miała podkrążone czerwone oczy, jakby całą podróż przepłakała.

— Może lepiej byłoby zostawić dziewczynę opiece? — Usłyszała cichy głos wujka. — Nie jestem przyzwyczajony do dzieci, a moja praca jest specyficzna. Sama wiesz, nie chciałbym, żeby przeszkadzała.

— To już duża dziewczyna, nie krzyczy po nocach i nie psoci. Nie mogłam jej tam zostawić, byłam to winna Dianie, trudno jakoś sobie poradzimy.

— Nie widziałaś jej od czterech lat.

— Ale kiedyś byłyśmy sobie bardzo bliskie — oznajmiła ciocia.

— No tak, zanim nie narobiła długów, które potem trzeba było spłacać. Gdybym to ja…

— Cii… Nie roztrząsajmy tego teraz, o zmarłych nie powinno się mówić źle. Dla mnie to też nie na rękę, ale co miałam zrobić? Udawać, że jej nie znam? Emily za niecały rok będzie pełnoletnia, lada chwila wyfrunie z rezydencji i być może będzie żyła swoim życiem. Teraz możemy zapewnić jej trochę bezpieczeństwa, to chyba nie jest zbyt wiele?

Richard pokręcił głową, ale w końcu skapitulował. Sara miała rację, nie przygarniali przecież rozwydrzonego dzieciaka, który miał jeszcze mleko pod nosem, a nastolatkę. Pamiętał Emily sprzed lat, wtedy nie była jeszcze tak urodziwa, a teraz długie blond włosy i niebieskie oczy, zupełnie podobne do tych które miały jego żona i Diana, były tym, co ją wyróżniało wśród równolatek. Urodą przypominała raczej piękną Szwedkę niźli Angielkę, a jej ruchy były jak wyćwiczone do perfekcji. Może rzeczywiście nie będzie z nią aż tyle problemów? Westchnął przeciągle i skupił się na czytaniu gazety. Przez resztę podróży nie roztrząsali już tego tematu.

Gdy samolot wylądował, Emily poczuła przypływ niepokoju zmieszanego z niewyobrażalną tęsknotą za domem, którego już przecież nie było. Powoli staczała się więc w otchłań beznadziei, udając przed innymi pasażerami, że wszystko jest w porządku, ale doskonale wiedziała, że niczego takiego prędko nie zazna. Usłyszana w samolocie rozmowa sprawiła z kolei, że Emily nabrała pewności, że to, co mówiła na komisariacie, było prawdą. Nikt jej nie chciał. Była ciężarem. Z głębokim oddechem wysiadła z samolotu i ruszyła w nieznane.

***

Po trzydziestu minutach w aucie, które prowadził kierowca wujka, wyjechali z miejskich ulic i ruszyli w kierunku mniej zaludnionych terenów. Wielkie wieżowce znikały gdzieś w oddali, ustępując miejsca bliźniaczo podobnym do siebie domkom. Obrazki przesuwały się jak w kalejdoskopie i zanim się obejrzała, byli już na miejscu.

Popołudniowe słońce rzucało długie cienie na elegancko utrzymany ogród posiadłości Fairfaxów, gdy Emily wyszła na starannie przystrzyżony trawnik domu swojego wujka i cioci. Powietrze było pełne delikatnego brzęczenia owadów i słodkiego zapachu kwitnących kwiatów. Nie spodziewała się czegoś takiego. To była scena rodem z bajki, świat inny niż ciasne przestrzenie jej rodzinnego domu, jednak, kiedy spojrzała na rezydencję, poczuła dziwny niepokój. Okna, wysokie i wąskie, zdawały się wpatrywać w nie jak czujne oczy, podczas gdy bluszcz, który trzymał się kamiennych ścian, szeptał tajemnice na wietrze.

— Chodźmy, Tomas zajmie się bagażami — rzuciła Sara. — Chyba nie zamierzasz spędzić całego dnia na dworze, gapiąc się w okna? Jeszcze znajdziesz czas na oglądanie, teraz pokażę ci twój pokój, a wujek wytłumaczy parę zasad.

Emily skinęła głową i podążyła za nimi. Richard wszedł pierwszy, a jego kroki odbijały się echem na brukowanej ścieżce, wijącej się przez zarośnięty ogród. Emily podążała tuż za nim, a serce biło jej w piersi z mieszaniny podniecenia i lęku. Słyszała opowieści mamy o bogatej rezydencji, którą zamieszkiwał niegdyś dziadek wujka, potem ojciec, a następnie on sam przejął po nich posiadłość, ale opowieści to jedno — zobaczenie tego na własne oczy to drugie.

Kiedy dotarli do frontowych schodów, Emily spojrzała na wysokie kolumny stojące po obu stronach wejścia, których marmurowe powierzchnie lśniły w świetle słońca. Wyrosły przed nimi masywne dębowe drzwi, a wujek Richard pchnął je, odsłaniając słabo oświetlony hol.

Powietrze było ciężkie od zapachu antyków zmieszanego ze słabym aromatem pasty do drewna. Drobinki kurzu tańczyły w snopach światła sączącego się przez witraże, rzucając tęczowe wzory na marmurową podłogę. Kroki Emily odbijały się echem na wypolerowanym kamieniu, gdy podążała za wujkiem do serca rezydencji.

Środek był równie okazały jak to, co zobaczyła na zewnątrz. Hol z wysokimi sufitami i ozdobnymi żyrandolami zwisającymi z sufitu. Portrety przodków o surowych twarzach spoglądały na nich z pozłacanych ram, a ich oczy śledziły każdy ich ruch.

Z minuty na minutę Emily nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest obserwowana. Nie mogła powstrzymać uczucia ogarniającego ją niepokoju, jakby same ściany były ożywione złowrogą obecnością. Jednak pomimo obaw, nie mogła też zaprzeczyć niesamowitemu urokowi rezydencji.

— Twój pokój jest na piętrze — usłyszała.

Emily znów przemierzała długie korytarze, obserwując kolejne portrety osób, których nie znała, aż w końcu dotarła do drzwi, gdzie miała swój własny pokój. Otworzyła je, a jej serce zabiło mocniej. Duże okna wpuszczały do środka sporo naturalnego światła. Na podłodze leżał dywan w miękkich pastelowych barwach, a na ścianach wisiały obrazy kwiatów i ptaków. W rogu, tuż przy łóżku stała lustrzana stara szafa, w której Emily zobaczyła swoje odbicie, a przy oknie ustawiono biurko. Przeszła po pokoju, dotykając wszystkiego delikatnie, jakby obawiała się, że to zaraz zniknie jak miraż. W jednym z kątów zauważyła także sztalugę, zapas farb i pędzli. Spojrzała na ciocię.

— Diana opowiadała, że lubisz malować. Widziałam niektóre twoje prace, pomyślałam, że może ci się to przyda, ale jak będziesz chciała jej użyć, przejdź do pracowni. Jest zaraz za twoim pokojem.

— Dziękuję. — Tylko na tyle było ją stać. Przytłoczona pięknem tego domu, wielkością i wspaniałym pokojem, jakiego nigdy nie miała, nie zdołała wyrazić większej ekscytacji. Wciąż myślami była przy rodzicach.

— Zejdę na dół. Rozpakuj się i odśwież trochę, a jak będziesz gotowa, zjemy coś — oznajmiła Sara i już miała ruszyć na schody, kiedy Emily głośno chrząknęła.

— Nie będę sprawiać problemów, obiecuję. Słyszałam waszą rozmowę z wujkiem, wiem, że dla nikogo nie jest to łatwa sytuacja, ale będę zachowywać się dobrze.

Sara uśmiechnęła się blado.

— To prawda, Richard jest zbyt zaborczy, nigdy nie przepadał za dziećmi, ja zresztą też, więc nie chciał cię tu przyjąć, ale byłam to winna Dianie. Jesteś tu, bo kiedyś, dawno temu, twoja mama zrobiła dla mnie coś ważnego.

— Co takiego?

— To sprawy między dorosłymi, nie myśl o tym. Rozgość się, Emily, czekam na dole.

Kiedy Sara wyszła, nastolatka usiadła na łóżku i wpatrywała się w widok za oknem. Sięgnęła do walizki i wyjęła z niej stary album, jeszcze z czasów gdy była małą dziewczynką. Na fotografiach była wraz z rodzicami, jej serce zaczęło napływać goryczą, bo te wspomnienia były wciąż takie żywe. Zamknęła oczy, starając się odnaleźć w pamięci ciepło ich ramion, dźwięk głosów. To było tak bolesne, że poczuła łzy zbierające się w kącikach oczu.

— Mamo, tato… — szepnęła cicho.

W jej myślach przewijały się wszystkie kolacje, wizyty w parku, czytanie ulubionych bajek przed snem. Momenty dobre i złe.

Wyjęła z walizki jeszcze biały, koronkowy sweter, który często pożyczała od mamy i przytuliła do siebie, próbując odnaleźć w nim jakieś ukojenie. Jednak pustka w sercu była zbyt wielka. Szlochała cicho, nie mogąc powstrzymać łez. Znów spoglądała na zdjęcia z rodzicami, ich uśmiechy były tak prawdziwe i ciepłe, z każdym oddechem tęskniła za ich obecnością coraz bardziej.

Przeniosła wzrok na okno. Bezkresny ogród rozlewał się wzdłuż i wszerz, dając ukojenie. Wiedziała, że musi być silna, że nikt nie zwróci jej rodziców, dlatego po chwilowej rozpaczy, otarła oczy i nieco roztrzęsionym głosem powiedziała do siebie:

— Zawsze będę was kochać, ale musicie dać mi siłę, żebym mogła poradzić sobie sama.

Wiatr poruszył gałęziami krzewów i drzew, a Emily wydawało się, że to niemy znak właśnie od nich.

Rozdział 3

Po zjedzeniu posiłku Emily została sam na sam z wujkiem Richardem.

— Wiem, że może to nieodpowiednia chwila, bo niedawno straciłaś rodziców, ale są pewne zasady, których przestrzegamy w tym domu. Obowiązują wszystkich bez wyjątków, więc żebyśmy czuli się tu dobrze, warto, żebyś je poznała.

Emily popatrzyła na niego uważnie.

— Zasada numer jeden — zaczął — to szacunek. Szacunek dla domu, szacunek dla jego historii i szacunek dla siebie nawzajem. Traktujemy ten dom jak najlepiej, ponieważ jest on w mojej, to znaczy w naszej rodzinie, od pokoleń. Rozumiesz?

— Tak.

— Zasada numer dwa to punktualność — powiedział stanowczo wujek Richard. — Na spotkania, posiłki i jakiekolwiek wyjścia należy przychodzić punktualnie. Czas jest cennym dobrem i nie marnujemy go bez potrzeby, poza tym nic tak nie denerwuje, jak ktoś niepunktualny. Czy to jest jasne?

Emily nie pozostało nic innego, jak tylko przytaknąć.

— Zasada numer trzy — kontynuował wujek Richard — to uczciwość. W tym domu nie ma miejsca na kłamstwa i oszustwa, a jeśli dowiem się, że coś przede mną ukrywasz, będę musiał wymyślić jakąś karę. Zaufanie jest podstawą naszej rodziny i nie wolno go nigdy złamać. I wreszcie zasada numer cztery dotyczy odpowiedzialności — powiedział nieco złagodzonym głosem. Dbamy o siebie nawzajem i dbamy o ten dom, ale przede wszystkim zachowujemy się rozsądnie, nie toleruję alkoholu, imprez, czy jakichkolwiek schadzek w tym domu, rozumiesz?

— Nie do końca — powiedziała szczerze Emily. — Alkoholu nie piję, ale czy nie można mi nigdy nikogo tu zaprosić?

— Można. Na pewno będziesz miała jakieś koleżanki, ale to poważny dom z długoletnią historią, dlatego nie ma tu miejsca na sprowadzanie chłopaków. Przynajmniej nie do momentu, kiedy wyrażę na to zgodę. — Uśmiechnął się i położył jej uspokajająco rękę na ramieniu. — Przywykniesz, Emily. Kiedy będziesz przestrzegać wszystkich zasad i poddasz się im, dom Fairfaxów stanie się dla ciebie całkiem znośny.

— Nie wyd… — Już chciała powiedzieć, że nie wydaje jej się, bo jest co najmniej niepokojący, ale wolała ugryźć się w język. Nie chciała sprawiać kłopotów już na samym początku. Zamiast tego dodała: — Postaram się o wszystkim pamiętać. Mogę się teraz rozejrzeć na zewnątrz?

Wujek zmarszczył czoło.

— Tylko nie odchodź za daleko, nie chciałbym, żebyś zgubiła się już pierwszego dnia, mam dość tych podróży i wyjazdów.

— Jasne. Chciałam tylko pobyć na dworze, tu jest trochę… po prostu potrzebuję wyjść — rzuciła i wybiegła na zewnątrz.

***

Wędrowała po terenie ogrodu, podziwiając bujną zieleń i kolorowe kwiaty, kiedy nagle zauważyła postać klęczącą pośród róż, z rękami zręcznie pielęgnującymi rośliny. Zaintrygowana podeszła bliżej, a jej ciekawość została wzmożona widokiem kogoś tak całkowicie pochłoniętego swoim zadaniem. Młody chłopak, na oko dwa może trzy lata starszy od niej podniósł wzrok, gdy się zbliżyła. Jego ręce pokryte były ziemią.

— Cześć — przywitał się miękkim i melodyjnym głosem. — Jestem Liam, a ty musisz być Emily, Fairfax trąbił o tobie od kilku dni.

— Cześć. Tak, zgadza się.

— Myślałem, że będziesz wyglądać trochę inaczej — rzucił nagle, przesuwając wzrokiem po jej ciele, od stóp do głów. Miała na sobie tylko kusy top i szorty. Od razu na myśl przyszło jej, że może powinna założyć coś innego?

— O czym ty mówisz?

— Jesteś za ładna. — Patrzył na nią intensywnie, nie przerywając, nawet na moment, kontaktu wzrokowego. Ten nagły komplement sprawił, że zarumieniła się, zupełnie zbita z tropu. Uniosła brew.

— Za ładna na co?

— Na nic, po prostu inaczej sobie ciebie wyobraziłem, ale jestem mile zaskoczony. Właściwie to nie sądziłem, że jednak po ciebie pojadą.

— Dlaczego?

— Takie przeczucie, ale intuicja czasem zawodzi — rzucił gorzko i znów przeniósł wzrok na jej oczy.

— Nie wiedziałem, że wujek ma ogrodnika, w zasadzie to niczego nie wiedziałam. Znałam to miejsce tylko z opowieści i nie sądziłam, że będzie aż takie dziwne.

— Dziwne?

— Mroczne i piękne jednocześnie.

— Ja tam widzę tylko brzydki stary budynek i wielki kawał ziemi do przekopywania. A ogrodnikiem nie jestem — wyjaśnił. — Przysłali mnie tu w ramach… — zawahał się — pewnego programu. Pomagam w ogrodzie i utrzymaniu posiadłości. Jak dotąd całkiem dobrze mi idzie.

— Aha, a do kiedy trwa ten program?